Code: Death

Nazywam się Jeremie Belpois i jestem uczniem zespołu szkół Kadic. Dwa tygodnie temu odkryłem w opuszczonej fabryce wyjątkowo potężną maszynę. Z początku zapuszczałem się do fabryki w poszukiwaniu części do robotów, ale po odkryciu, że znajduje się w niej coś więcej niż stare części postanowiłem przyjrzeć się zawartości fabryki dokładniej, nie ograniczając się jedynie do magazynów i linii produkcyjnej jak wcześniej. Po przekonaniu się, że w ruinach dawnej fabryki samochodów znajduje się sprzęt rodem z filmu sci-fi przestraszyłem się potencjalnych konsekwencji włączenia. Wróciłem tamtego dnia do akademika i przez niemal tydzień nie mogłem znaleźć w sobie odwagi by go uruchomić. Właściwie to niemal zapomniałem czemu bałem się tam wracać.

Dopiero gdy roboty, które budowałem na konkurs zostały zniszczone a ja sam pozostawiony bez części do nich to postanowiłem tam wrócić. Zapewne gdybym na chłodno pomyślał to nie musiałbym brać nowych części z fabryki, ale musiałem odreagować a dłuższy spacer doskonale się do tego nadawał. Dlaczego? Roboty miały wziąć udział w konkursie, w którym brał udział także mój rywal z klasy. Herve Pichon. Nakłonił on swojego przygłupiego kumpla by mi je zniszczył. A ten śmieć oczywiście się zgodził. Najwyraźniej ukradł mi wcześniej kluczyk, bo gdy wróciłem do pokoju tego dnia to zastałem drzwi otwarte, a moje roboty leżące na podłodze z powyłamywanymi i zmiażdżonymi częściami i szczerzącego się do mnie Nicolasa Poliakova.
-Co się gapisz? – odezwał się do mnie, gdy stanąłem w progu nie potrafiąc przetrawić tego jak dużo mojej pracy nad robotami poszło na marne. Wciąż szczerzył się do mnie głupio przez co miałem wrażenie jakby stała przede mną wyjątkowo tępa małpa.
Podszedłem do zniszczonych robotów. Z trudem chowałem emocje. Byłem wściekły zarówno na Nicolasa jak i Herve’a. Czyste skurwysyństwo. Zamiast uczciwie brać udział w konkursie ci woleli wyciąć konkurencje. Nie wytrzymałem i zamachnąłem się na Nicolasa chcąc go uderzyć w twarz. Ten się jednak uchylił od mojego ciosu po czym uderzył mnie w brzuch. Upadłem na podłogę tracąc przy tym okulary.
-Nie skacz do silniejszych nerdzie. – powiedział wówczas Nikolas, po czym splunął na mnie i wyszedł gasząc przy tym światło. Przez chwile jeszcze tak leżałem najpierw czekając aż ból przeminie a potem próbując znaleźć okulary.
Kiedy już wstałem i posprzątałem zrobiony przez Nicolasa bałagan to gniew mi przeszedł. Wziąłem się za ich naprawę, ale nie potrafiłem się na niczym skupić. Musiałem wyjść z pokoju. Odetchnąć. Zrobić coś innego. Początkowo chciałem pójść na świetlice i coś poczytać, ale tam zapewne zobaczyłbym Nicolasa i Herve’a. A nie chciałem być z nimi w jednym pomieszczeniu. Wyszedłem wówczas ze szkoły i skierowałem się ku Fabryce. Widok rzeki działał na mnie uspokajająco. Stanąłem nad nieumocnionym fragmentem brzegu i cisnąłem kamieniem w wodę. Nie odbił się ani razu. Przepadł w wodzie tak samo jak przepadły moje szanse na wystawienie robotów w konkursie. Spojrzałem na księżyc. Idealnie pod nim znajdowała się fabryka. Przypomniałem sobie wówczas o znalezionej maszynie. Po raz pierwszy myśląc o tym niezwykłym znalezisku nie bałem się go odpalić. Od razu poszedłem. Nie jestem w stanie teraz stwierdzić czemu akurat mnie naszła na to wtedy ochota.

Już wcześniej stwierdziłem, gdzie się włącza maszynerie, która rozbita była na trzy podziemne kondygnacje. Na najwyższej z nich były panel kontrolny, pod nim znajdowały się kilkumetrowe tuby, których funkcji jeszcze nie odkryłem a na trzecim najniższym piętrze znajdował się wysuwany z podłogi włącznik tego superkomputera. Po dojechaniu na najniższy poziom aktywowałem wysunięcie się panelu z włącznikiem. Był on w kształcie smukłego walca, w którego na wysokości rąk zwisała dźwignia. Podszedłem i po wzięciu głębokiego wdechu nacisnąłem. Dzisiaj na szczęście nie przejmowałem się konsekwencjami.
Wraz z naciśnięciem dźwigni pomieszczenie na chwilę się rozjaśniło po to by niemal od razu powrócić do półmroku. Podjarany tym co zrobiłem od razu skierowałem się do windy. Po chwili przeżyłem kolejny szok bowiem, gdy odpaliłem komputer w pomieszczeniu pozapalały się wszystkie ekrany a nad centralna częścią pomieszczenia pojawiła się holograficzna mapa niczym z taka jak z gwiezdnych wojen. Podszedłem do niej by się przyjrzeć temu co przedstawiała. Nie zdołałem jednak ogarnąć wszystkich dziwnych kształtów jakie się na niej znajdowały, ale moja uwagę zwróciło okienko, które otworzyło się na ekranie monitora. Przedstawiało ono śpiąca na stojąco różowowłosa dziewczynę. Pewnie interface albo wstęp do jakiegoś pornusa – pomyślałem z początku. Dostrzegłem słuchawki i mikrofonem zwisające obok klawiatury. Założyłem je i zawołałem przez nie do dziewczyny. Nie usypałem jednak odpowiedzi. Zminimalizowałem okienko z dziewczynka i zacząłem przeglądać zawartość komputera. znajdowało się na nim wiele gotowych programów o dość dziwnych nazwach. Wirtualizacja, Powrót do przeszłości i przeciążenie były jednymi z najbardziej rzucanymi się w oczy. I wszystkie znalazłem w kategorii „Najważniejsze”. Poza nimi był tam tylko program o nazwie Xana. Uruchomiłem go licząc na ujrzenie czegoś co było najwidoczniej najpotężniejszym programem na tym komputerze.

„Wpisz imię osoby, która ma umrzeć”
Taki napis wyświetlił się na ekranie. Ten komputer miał w sobie coś mistycznego, ale żeby dało się za jego pomocą zabijać ludzi? Dość niedorzeczne. Zamiast wpisać od razu czyjeś imię klikałem w znajdujące się u góry ekranu okienko z zasady, żeby je rozwinąć.
„Osoba, której imię zostanie zapisane, umrze, zgodnie z tym co zostało zapisane” – brzmiała pierwsza zasada. Kolejne z nich skupiały się na działaniu i warunkach jakie osoba musiałaby spełnić.
„W przypadku, gdy imię zostanie wprowadzone z zewnątrz i będzie je posiadało kilka osób, zginie ta która jest najbliżej źródła“
„Tak samo się stanie, gdy imię zostanie wprowadzone z wewnątrz a wprowadzający nie zna twarzy ofiary”
„Pseudonimy i fałszywe tożsamości nie działają”
„Przy braku opisania szczegółów śmierci ofiara zginie poprzez zawał serca”
„Przy opisie można podać warunki, które muszą zostać spełnione by śmierć się dokonała”
Zaintrygowało mnie zwłaszcza pojęcie wprowadzania imienia z zewnątrz jak i wewnątrz. No i gdybym teraz wprowadził czyjeś imię to czy ta osoba faktycznie umrze… Powróciłem do pola z wpisywaniem imienia i wprowadziłem te, które nosiła osoba będąca jedynie śmieciem zatruwającym życie innym. Nicolas Poliakoff. W okienku poniżej popuściłem nieco wodze wyobraźni. Ten śmieć sprawił mi dzisiaj ból i jego cierpienie było czymś czego pragnąłem. W sumie aż za nadto, bo sam siebie zaczynałem w tym momencie przerażać. Zażyczyłem mu więc, żeby zadławił się jedzeniem na stołówce po czym miałby wskoczyć na stół i drąc się upaść na widelec tak by ten przebił mu szyje. To było coś czego dla niego pragnąłem. Może niekoniecznie właśnie coś takiego, ale gdybym tylko mógł to bym go ukarał tak by zapłacił za to co zrobił. A potem jego pryszczaty kolega będący inicjatorem całego zajścia. Zatwierdziłem wyrok.

-Kim jesteś… Gdzie ja jestem… co ty tutaj robisz? – usłyszałem zdecydowanie za głośno w niewyregulowanych pod względem głośności słuchawkach. Zacząłem przeszukiwać wzrokiem całe pomieszczenie w poszukiwaniu osoby, która to powiedziała. Nikogo nie dostrzegłem. Dopiero po chwili dotarło do mnie ze dźwięk dobiegał ze słuchawek. Otworzyłem okienko ze śpiąca dotychczas dziewczyna. Już nie spała tylko spoglądała na mnie swoimi zielonymi oczyma z zaciekawieniem i strachem zarazem.
-Jestem Jeremie – odparłem zdziwiony – A ty czym jesteś? Oprogramowaniem? Sztucznym bytem żyjącym w tym komputerze? Elementem gry?
-Ja… nie wiem. – odparła smutno.
-Tak więc sztuczna inteligencjo… Co wiesz? – zaintrygowany przysunąłem się do ekranu. Już wcześniej było interesująco. A teraz jeszcze bardziej.
-Wiem, że znajduje się na jakiejś platformie otoczonej przepaścią oraz że uruchomiłeś program o nazwie Xana. Dlaczego to zrobiłeś?
-Bo… – zacząłem po czym uświadomiłem sobie, że musiałbym jej powiedzieć, że zrobiłem to żeby się w pewnym sensie wyżyć na Nikolasie. Sama myśl, że mógłbym go zabić za pomocą klawiatury sprawiała mi dzisiaj przyjemność. – Chciałem go przetestować.
-A co on takiego robi?
-Wymierza sprawiedliwość. – skłamałem. Chociaż zabijanie szumowin można nazwać sprawiedliwością społeczną. Społeczeństwo w końcu na tym może jedynie zyskać.
-Czyli?
-Jeżeli wpisze tam imię kogoś kto popełnił jakiś niegodny czyn to dostanie on zasłużona kare.
-A czemu to robisz? – jej pytania zaczęły być irytujące. Kończyły mi się chęci do odpowiadania temu programowi.
-Żeby uczynić świat lepszym – po takim kretynie nikt płakać nie będzie i tak. Czy zginie, czy nie zginie nie ma to znaczenia.
-Czy ja też mogę wymierzyć komuś sprawiedliwość, skoro uczyni to twój świat lepszym? – zapytała wprawiając mnie w osłupienie. Co taki program może wiedzieć o sprawiedliwości? Czy o świecie rzeczywistym?
-Skoro chcesz… A jesteś w stanie to zrobić?
-Mam tutaj panel, na którym mogę robić to zrobić. – odparła – a przynajmniej tak mi się wydaje. Zresztą zaraz się przekonamy – dodała uśmiechając się niewinnie.
-Skoro tak… Wpisz tam imię Herve Pichon. – rozkazałem. Wydawanie wyroków przychodziło mi z zatrważającą łatwością.
-Zrobione. – powiedziała niemal od razu po tym jak skończyłem mówić. – Co napisać w opisie?
-To już sam napiszę by mieć pewność, że działa. – Jak działa to będę miał dwie osoby na sumieniu. Ale te dwie osoby to tylko śmiecie. Szybko dopisałem warunki śmierci takie, żeby to wyglądało jak zupełnie przypadkowy wypadek.
-I co teraz się stanie? – zapytała.
-Nie wiem. Dopiero się przekonam jak pójdę na kolacje. Do zobaczenia sztuczna inteligencjo. Jeszcze tu wrócę. – powiedziałem odchodząc od komputera.
W drodze do Kadic naszły mnie wątpliwości. Czy na pewno powinienem się bawić czymś co mogłoby zabijać ludzi? Czy to w ogóle jest możliwe? Czemu się na to akurat dzisiaj zdecydowałem? To co wcześniej robiłem niemal instynktownie odmieniałem teraz przez niemal wszystkie przypadki słuszności. I nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Ani podczas drogi ani podczas czekania na swoja porcje na stołówce.
Dosiadłem się do Ulricha Sterna. Jednej z niewielu osób, o której mogłem powiedzieć, że z nim trzymam. Ja mu pomagałem w nauce, a on czasami mi pomagał z Hervem i Nicholasem.
-Co taki roztrzęsiony, Einsteinie? – zapytał, słusznie zresztą zauważając, że wyglądam jakbym miał zaraz uciekać – Zabujałeś się w kimś?
-Nie. Po prostu miałem dzisiaj ciężki dzień…
-Czyli znowu kłopot z Nicolasem? Jak przyjdę do ciebie jutro z tym czego nie ogarniam z matmy to zostanę na trochę, żeby mu wybić z głowy nachodzenie cię.
-Byłoby miło z twojej strony. – odparłem
-Miło? Mam u ciebie spory dług wdzięczności, za to, że mi pomagasz z matmą więc jakoś się muszę zrewanżować.
-Pomocy! On się dławi! – usłyszeliśmy gdzieś na stołówce. Błyskawicznie odwróciłem głowę. Nie spojrzałem jednak na osobę, która się dusi, ale na zegar. W szczegółach śmierci napisałem, że stanie się to dokładnie o osiemnastej. Zegar pokazywał jednak, że jest dziewiętnasta. Ale osoba, która się zadławiła i krzyczała teraz na całą stołówkę był Nicolas. Wskoczył on na stół wciąż nie mogąc złapać oddech a zanim próbując go ratować Herve.
To jest przypadek. Przecież godzina się nie zgadza. Te dwa zdania powtórzyłem w myślach nie jeden raz.
Nikolas zataczając się po stole w końcu upadł z niego. Usłyszałem krzyk. A następnie zobaczyłem przez tłum zdołałem dostrzec ciało Nikolausa, z którego szyi wystawał widelec.
Przecież godzina się nie zgadza. To niemożliwe żebym go zabił. Potem jednak dostrzegłem zegarek, który Ulrich nosił na ręce. Wskazywał on na osiemnastą.
-Ulrich… Który zegarek działa dobrze? Twój czy ten na ścianie? -zapytałem drżącym głosem.
-Co? – odparł dopiero po dłuższej chwili. Był przerażony tak jak każdy na stołówce. – Mój działa dobrze. Tamtego jeszcze nie przestawili.
Niemal dostałem zawału. Rzuciłem się biegiem w stronę Herve’a, który starał się sprawdzić puls kolegi. To był warunek. Jeśli dotknie on jego szyi to zginie także. Krzyknąłem mu, żeby się odsunął. Spróbowałem przedrzeć się przez tłum. Ale nie zdołałem go powstrzymać. W momencie, gdy dotknął on szyi Nikolausa jego nogi poleciały do tyłu. Poślizgnął się na krwi własnego kolegi. Odwróciłem naprędce wzrok. Nie chciałem zobaczyć, jak upada twarzą w podłogę doznając przy tym wstrząsu mózgu. A po sekundzie dozna śmierci.

Nazywam się Jeremie Belpois i właśnie zamordowałem dwie osoby.

Autor: Pablo

Cena życia

 – To chyba tutaj. Nie wygląda to zbyt solidnie – mruknął, krytycznie oceniając stan lin podwieszonych pod sufitem, w teorii umożliwiających bezpieczne zejście na parter starego budynku.
Wysoki brunet, ubrany w szeroką kurtkę khaki i ciemne jeansy wyjął z torby stary notes w grubej, skórzanej oprawie i zaczął go wertować w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Przerzucał kartki z szkicami fabryki, mapami Paryża i okolic i innymi wskazówkami zostawionymi mu przez zleceniodawcę, aż znalazł zdjęcie blondyna w okularach i młodej dziewczyny o nienaturalnie różowych włosach. Mogli mieć co najwyżej po szesnaście lat. I oboje ześlizgiwali się po tych właśnie linach.
 – Ciekawe, skąd pochodzi to zdjęcie?
Ostrożnym krokiem zbliżył się do zarwanych schodów i wychylił do przodu. Po chwili dojrzał zamontowaną na ścianie kamerę przemysłową skierowaną wprost na liny.
 – To pewnie ta kamera to nagrała. Tylko skąd Szef wytrzasnął tą taśmę. I dlaczego sam nie wykonał zlecenia, skoro tu był?
Brunet nazywał Szefem każdego zleceniodawcę. Była to metoda dobra jak każda inna, zważając na to, że, zlecający misję woleli zwykle pozostawać anonimowymi – nikt by nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział, że wynajmuje łowcę nagród.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Łowcę nagród, który w dodatku w razie potrzeby staje się łowcą głów.
Brunet westchnął, schował zeszyt do torby i, nabrawszy pewności siebie, złapał energicznie sznur i szybko ześlizgnął się na dół. Na parterze stwierdził, że liny są zdecydowanie wytrzymalsze, niż na to wyglądają. I na pewno były często używane. Chociażby przez te dzieciaki.
Mężczyzna podszedł do windy, która na pierwszy rzut oka mogła się wydawać zwykłą windą towarową. Brunet, po przestudiowaniu szczegółów zlecenia wiedział, że to bynajmniej nie kolejny rdzewiejący mechanizm w kolejnej opuszczonej fabryce.
To coś zdecydowanie cenniejszego.
Mężczyzna podszedł do drzwi i nachylił się nad przyciskiem wzywającym kabinę na parter. Wymacał palcami uchwyt i szarpnął. Blaszany panel upadł z hukiem na ziemię. Brunet zamarł w bezruchu i nasłuchiwał.
Cisza. Nikogo nie ma.
Zaklął cicho. Zwykle był bardziej ostrożny.
Przyjrzał się dokładniej osłoniętemu właśnie terminalowi i szybko wprowadził sześciocyfrowy kod. Nie musiał nawet spojrzeć ponownie do swojego notesu – w ciągu kilku ostatnich dni nauczył się prostej sekwencji na pamięć. Gdy tylko wcisnął ostatni klawisz, stare mechanizmy ze zgrzytem obudziły się do życia, a stalowe drzwi uniosły się do góry, niby zapraszając mężczyznę do skorzystania z windy.
I, zgodnie z instrukcjami, dotarcia na poziom -3.
Kabina zjechała szybem na najniższe piętro, a siłowniki hydrauliczne z sykiem rozwarły ciężką, pancerną śluzę. Brunet zdziwiony uniósł jedną brew. Przed nim znajdowała się pusta hala.
Zgodnie z notatkami, powinien się tutaj znajdować jakiś potężny serwer. To chyba nie żart?
Brunet przez chwilę nasłuchiwał, a kiedy nie dosłyszał żadnych niepokojących dźwięków, zaniepokojony nie na żarty przekroczył próg hali.
W tym momencie z podłogi wysunął się wysoki, trzymetrowy cylinder.
 – No jasne. Fotokomórka – szepnął mężczyzna i podszedł do lśniącej maszyny.
Ale się wystraszyłem – stwierdził z przekąsem w myślach – Chyba robię się na to za stary.
Brunet wzruszył ramionami i podszedł do potężnej maszyny. Superkomputer – to nie ulegało wątpliwości. Wyciągnął z torby zeszyt i otworzył go na rysunku cylindra, z starannie oznaczonymi dwoma elementami. Pierwszym był mały, żółty przycisk. Gdy mężczyzna go wcisnął, tuż obok z cichym sykiem otworzyła się niewielka klapka, ukazując dźwignię – główny bezpiecznik superkomputera. Łowca nagród bez zastanowienia włączył maszynę. W tej samej chwili w przestronnej hali zapaliły się wbudowane w ściany lampy i ze ścian zaczął dobiegać cichy szum, sygnalizujący pracę głównego agregatu.
Drugim zaznaczonym elementem był jeden z wielu dysków odpowiadających za pracę kwantowego serwera.. Brunet wcisnął go lekko, a ten ‘wyskoczył’ ze swojego miejsca. Mężczyzna wyjął z torby identyczny dysk i wsunął go na puste miejsce, a drugi odłożył na ziemię.
W tym momencie dobiegł go dziwny dźwięk.
Dźwięk aktywnego skanera.
Piętro wyżej, z jednego z trzech urządzeń pozwalających na wirtualizację w Lyoko i materializację w świecie rzeczywistym wysunął się korpulentny mężczyzna w białym fartuchu, z szarymi włosami i gęstą brodą i wąsami. Na nosie miał okulary z ciemnymi szkłami i wyraźnie się spieszył. Szybko wszedł po drabince na poziom -1 i dopadł klawiatury przy zestawie ekranów. Błyskawicznie wprowadził do wiersza poleceń kilka linijek, a na ekranie pojawiła się winda wjeżdżająca z powrotem na parter. Kolejne linijki kodu zablokowały windę między piętrami. Wtedy mężczyzna wyprostował się, rozciągnął palce i przystąpił do energicznego pisania. Na monitorach otwierały się i zamykały kolejne okna, a programista mruczał pod nosem.
– Zerwanie łączności z komputerem Belpoisa – jest. Dezaktywacja zabezpieczeń – jest. Aktywacja wieży – jest. Namierzanie celu – w toku. Transfer energii – gotowy. Przejęcie kontroli na celem – jest. Polecenie: przejdź do sali skanerów. Odblokowanie windy.

Nagle winda zatrzymała się między piętrami. Gdy minęło kilka sekund, a maszyna się nie włączała, Brunet podszedł do panelu kontrolnego i wcisnął przycisk. Gdy nic się nie stało, wściekły uderzył pięścią w obudowę i natychmiast zganił się w myślach, gdy usłyszał hałas wywołany przez uderzenie. Zaczął lustrować windę w poszukiwaniu wyjścia z pułapki. Jego wzrok padł na klapę w suficie kabiny. Mężczyzna spiął się i podskoczył. Zdołał znaleźć miejsce chwytu i otworzył właz. Sprawnie się podciągnął, w duchu ciesząc się z wielu godzin spędzonych na ciężkich ćwiczeniach na siłowni, i stanął na dachu kabiny. Spojrzał w górę i ocenił odległość. Czekała go wspinaczka po linach windy, ale to nie było dla niego problemem.
Nagle jakby z powietrza zmaterializował się gęsty, ciemny dym, który otoczył mężczyznę i zaczął się wdzierać do jego płuc. Brunet zakrztusił się, starając się pozbyć nieznanej substancji, i upadł na ziemię. Zwinął się w kłębek i zaczął trząść w konwulsyjnych drgawkach. Spróbował wstać, ale dym ograniczył całą widoczność i już po pierwszym kroku łowca nagród stracił oparcie pod stopami i z powrotem wpadł do kabiny. Gdy upadł ciężko na ziemię, czarna substancja dosłownie została wyrzucona z jego ciała.
 – Co to było?! – wyjęczał.
Powoli podniósł powieki tylko po to, żeby zobaczyć, jak dym formuje się w klin i opada prosto na niego.
Poczuł jak jego ręce odpychają się od stalowej podłogi. Poczuł, jak jego ciało próbuje się utrzymać na jego nogach. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Nie mógł władać własnym ciałem! Nagle przed oczami pojawił mu się dziwny symbol. Trzy koncentryczne kręgi, i cztery odchodzę ramiona. Jak grot włóczni. Albo jak strzała. Albo jak oko.
Oko X.A.N.Y..
Kim jest X.A.N.A.? Dlaczego o nim pomyślałem?
Skąd wiem, że to on?
Nie! To nie X.A.N.A.! To Franz Hopper!
Kim jest X.A.N.A.? Kim jest Hopper?
Dlaczego wszystko jest takie…
Winda wróciła na poziom drugi. Łowca nagród chwiejnym krokiem podszedł do skanera. Uniósł nogę, żeby zrobić kolejny krok, gdy nagle z jego ust wypłynęły kłęby czarnego dymu. Cały zadrżał i wpadł do swojej stalowej trumny, bez świadomości.

– Transfer, skan i wirtualizacja. Dezaktywacja wieży w toku.
Brunet pojawił się nagle kilka metrów nad ziemią i upadł bez zmysłów na platformę do złudzenia przypominającą lodową krę. Tuż przed łowcą stał wysoki, przypominający wieżę cylinder oblepiony u podstawy dziwną czarną mazią, a jego poświata zmieniała właśnie barwę z zielonej na białą.
 – Usuwanie śladów obecności. Usuwanie nagrań z kamer. Usuwanie historii superskanu. Usuwanie historii transferu.
Mężczyzna w końcu wstał, zjechał windą do superkomputera i ponownie zamienił miejscami dyski, których konfigurację zmienił brunet. Dodatkową pamięć złamał na pół i rzucił w kąt, razem z starym fartuchem. Zbliżył się do kwantowej maszyny, złapał za dźwignię i niemal czule szepnął: – Żegnaj, Lyoko.
Po kilku minutach mężczyzna stał na moście przed fabryką i oparty o barierkę obserwował leniwie płynącą rzekę.
Myślał.
Myślał o przeszłości.
Myślał o przyszłości.
Myślał o młodym człowieku, którego przed chwilą skazał na śmierć. Przygryzł wargi. Czasem trzeba podejmować trudne decyzje. Wyjął z kieszeni paszport.
Franz Hopper.
Miał deja vu. Już kiedyś podjął taką decyzję. Ale… to było w innym życiu. Mężczyzna pozwolił paszportowi zsunąć się z dłoni i obserwował, jak jego tożsamość powoli ginie w odmętach rzeki.
Zawsze lubił góry. Już kiedyś mieszkał w Alpach.
 – Może wrócę do Szwajcarii?
Wyjął z kieszeni drugi paszport. Nowy.
Nową tożsamość.
Michael Tyron.
 – Walka trwa, X.A.N.A.. Walka trwa.

Autor: Qazqweop

Angielska kołysanka

– Masz ochotę na herbatę? – pyta William, opierając się o ścianę.
    – Poproszę – odpowiadam niechętnie, nawet nie odwracając się do niego.
    – Czarna? Owocowa? Sencha? – wymienia chłopak.
Wzdycham głośno, czując narastającą irytację. Jeżeli w tej chwili nie pójdzie do kuchni, to poczuje w końcu moją złość na własnej skórze. Dunbar chyba zrozumiał przekaz i wycofuje się. Słyszę dźwięk zapalanego palnika i wyciągania dwóch szklanek. Dobry słuch nadal ze mną został od czasów nauki sztuk walk w Japonii.
Siadam na brzegu łóżka po turecku. Łokcie kładę na kolana. Opieram brodę o splecione dłonie.
Ciągle myślę o spotkaniu z tobą. Wyglądałeś tak dumnie w garniturze. Zupełnie niepodobnie do nastolatka mającego konflikt z rodzicami, problemy z ocenami i zakochanego w piłce nożnej. Gdy tylko zacząłeś opowiadać o tym, jak twoje życie potoczyło się po skończeniu Kadic, nie mogłam wyjść z podziwu. Jesteś mężczyzną sukcesu.
Czułam się marnym liściem, który opadł ze storczyka, gdy mówiłam o moim leczeniu. Ten kontrast był wręcz niemożliwy. W tym czasie wyszłam częściowo na prostą i podjęłam się kilku prac dorywczych. No i wisienka na torcie.
Mieszkam z Williamem Dunbarem pod jednym dachem.
Został moim współlokatorem.
Osoba, którą w młodości pocałowałam, będąc nietrzeźwa, je ze mną śniadania.
– Herbata gotowa, Yumi – informuje mnie współlokator. – Gdzie ci ją postawić? – pyta.
Odwracam się do niego. Przywrócona do rzeczywistości kiwnięciem głowy wskazuję na parapet. Chłopak bez słowa kładzie czerwony kubek na wskazane miejsce. Przygląda mi się, jednak nie zwracam dalej na niego uwagi.
Wtem dosiada się obok mnie i opiera ręce o parapet. Po chwili ciszy pyta:
– Chcesz gdzieś wyjść?
Nie odpowiadam. Przecież widzi, jak obecnie wyglądam. Marzę tylko o gorącej kąpieli i śnie.
–  Yumi. Co się z tobą ostatnio dzieje?
Wzruszam ramionami, nawet na niego nie spoglądając.
– Jadę załatwić kilka spraw na mieście. Kupić ci…
– Nie wiem, czy nie zauważyłeś, ale nie rozmawiam z tobą – przerywam mu, podnosząc głos.
– Przepra…
– Nie przepraszaj, tylko wyjdź!
William z początku nie wie, co ma zrobić. Jest zaskoczony moją postawą. Nie dziwię się, chwilami boję się samej siebie. Po chwili odsuwa się i wychodzi z mojego pokoju. Ściąga z wieszaka swoją ulubioną, czarną kurtkę i zakłada na siebie. Zakłada buty, jeden komplet kluczy chowa do kieszeni. Otwiera drzwi, jednak przed wyjściem mówi do mnie:
– Wrócę za pół godziny –
Zamyka drzwi na klucz. Jestem sama, chociaż na chwilę.

Kładę się na łóżku. Jestem zła na siebie za takie potraktowanie Williama. On jest nieświadomy.
Nie wie o niespodziewanym spotkaniu z tobą w kawiarni. Nie wie o tym, że nadal ciebie kocham.
    Podziwiam Dunbara. Zostawiłam go w chwili, gdy mnie najbardziej potrzebował. Wolałam połączyć tabletki swojej mamy z alkoholem. Pomimo tego chciał mnie odwiedzić w szpitalu. Do tego zadeklarował się pomagać mi tak często, dopóki nie podejmę się stałej pracy.
    Co mogłam innego zrobić po wyjściu? Mama zmarła, a ojciec zabrał Hirokiego do rodzinnego domu, zapominając o mnie. Zostałam sama. Musiałam przyjąć propozycję kolegi ze szkoły.
 
    Mieszkanie wypełnia dźwięk kontrabasu z dworu. Wstaję zobaczyć, co się dzieje.
    Trwa koncert pewnej wokalistki. Widzę jedynie białe włosy oraz kobiecą sylwetkę przy mikrofonie. Ludzi jednak nie ma dookoła sceny. Może to jest jakaś próba przed premierą i sprawdzają nagłośnienie?
    Wsłuchuję się z zainteresowaniem. Wstęp jest bardzo długi, ale jednocześnie bardzo kojący. Pomaga mi wrócić do rozmarzania, zanim William wszedł do pokoju z kubkiem herbaty.
    Widzę twoje ślady w moich snach.
Czy to głos w mojej głowie, czy anielski głos?
Jeszcze nie wystygły.
Herbata już dawno wystygła.
Na na na na na… na na na…
Rozglądam się podejrzanie.
Nikogo nie ma, telewizor oraz radio są wyłączone. Na dworze cały czas słychać tylko pianino wraz z kontrabasem i gitarą elektryczną. Nic poza tym.
Przenoszę się do salonu. Siadam identycznie, jak w pokoju obok. Dopijam resztę zimnej herbaty, a następnie włączam radio. Zamykam oczy. Z małego, czarnego pudełka wychodzi dźwięk piosenki. Doskonale ją znam. Nazywam ją kołysanką.

Kładziesz mi na usta bzy…
…Nawijasz wzrokiem cuda na kij

Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. William już wrócił do domu. Nie wita się, jak to ma normalnie w zwyczaju. Patrzy na mnie z lekkim uśmiechem. Coś jest nie tak, jestem tego pewna.
– Muszę ci coś powiedzieć.
Wstaję i podchodzę do niego. Kołysanka dalej gra. Gitara walczy z pianinem o dominację.
– Bardzo mi się podobasz. Zależy mi na tobie.
Cisza. Radio na kilka sekund przestaje grać. A więc dlatego obiecałeś mi pomoc po szpitalu…
Ruszam ustami w rytm słów, jakie wypowiada radio w rytm kołysanki.
– Nie kocham cię…
Piosenka kończy moją myśl.

Choć pięknyś jest…
… jak tamten kwiat

Omijam Williama. Zmierzam do pokoju. Wyciągam sportową torbę i pakuję kilka moich rzeczy. Nie mogę mieszkać z osobą, którą tylko bym krzywdziła. Wystarczy, że ze sobą mam problem. Dunbar sobie poradzi. Może dobrze ułoży mu się z Marią. Zasługuje na niego.
Mam część odłożonych pieniędzy z dodatkowych prac.
Muszę się usamodzielnić.
Wracam do Japonii. Do mojego domu.
Do miejsca, gdzie słyszałam wiele kołysanek.

Autorka: Azize

One-Shoty