Ja – geniusz

Zostałem na ziemi sam. Spóźniłem się. Zawiodłem. Do Lyoko poszedł nawet Jerry. Teraz ja przerażony, patrzyłem na jego znikające punkty życia. Nikogo już tam nie było. Ani tutaj. Aktywna wieża zgasła, jakby nigdy jej nie było.
– Co, może ci przykro?! – krzyknąłem, zapłakany, do komputera. Osunąłem się z płaczem na podłogę. Karty postaci bezpowrotnie zgasły. Łkałem, gryząc wargi. Ale nie mogłem płakać.
Nie mogłem się poddawać. Wstałem, wściekły i opadłem na krzesło. Skrzypnęło, ale to dobrze. Mało razy widziałem, jak Jeremy siada tutaj? Jak pracuje? Czy krzesło też może płakać? Jeremy pracował nad pokonaniem Xany równie ciężko jak pozostali. Może nawet ciężej. I jakimś cudem rozumiał te znaczki. Rządki, kolumny… Wszystko dla mnie obce. A przecież, gdybym się starał, też bym to rozumiał. Tak jak Jerry. No, ale ja wolałem się bawić.
Byłem lepszy od większości ludzi. Może nawet mądrzejszy od Belpoisa. Pierwsze klasy przeszedłem jak burza. Konkursy, stypendia. Dostałem nawet wyróżnienie od prezydenta kraju, w którym kiedyś mieszkałem. Ale ta droga nie była tak kusząca, jak ta, którą podążyłem później.
Kłopoty zaczęły się, kiedy poznałem dziewczynę. Wcześniej, owszem, znałem już kilka, ale nie chciały się ze mną zadawać. Ona była inna. Nowa w szkole. Mieszkałem już wtedy od roku we Francji. Ona dopiero przyjechała. Nazywała się Samantha. Była śliczna. Ciemna skóra, oczy, włosy. Patrzyła się na mnie jak na któryś tam cud świata. Niestety, prawie od razu wciągnęła mnie na swoją drogę. Zaczęły się wagary. Oceny spadły, a jedyne konkursy, jakie mnie teraz obchodziły, to te z jazdy na deskorolce. Do Kadic trafiłem już jako wesoły nieuk, który od wszystkich ściąga. Dobrze chociaż, że trafiłem do Lyoko – inaczej nie miałbym już żadnej motywacji, by pozostać w tej szkole.
Przyglądałem się znakom dobrą minutę. Potem leniwie położyłem palce na klawiaturze i zacząłem pisać. Tak po prostu zrobiłem to, czego Jeremy uczył się od odkrycia komputera. Ale przecież widziałem go przy pracy. Zdarzało mi się nawet pomagać mu przy pisaniu, choć zwykle na niewielką skalę. Ale Jeremy wszystko mówił. Całej naszej ekipie tłumaczył, co robi, co musi zadziałać. Jakby przeczuwał, że kiedyś się to przyda.

Zaciąłem się. Po tych kilku standardowych linijkach, które dawały dostęp do plików komputera, nie wiedziałem co pisać. Jednak po chwili komputer sam przyszedł mi z pomocą. Zobaczyłem ten folder, gdy miałem wrócić do płaczu. Nierozkodowane pliki. No tak, Jeremy miał się tym zająć następnego dnia. Instrukcja. O ile pisanie bez niej było trudne, to rozkodowanie jej – banalne. Szybko rozeznałem się w plikach. Było tam wszystko opisane. Wszystkie kody, wszystkie ewentualności… Jednak tego Hopper nie przewidział. Cóż, nikt nie jest idealny. Nikt, oprócz Odda Wspaniałego.
Chociaż w plikach nie znalazłem tego, czego potrzebowałem, szybko napisałem to ze skrawków, które miałem. Wyszukałem kilka starych programów. Materializacja Aelity… Nie wiedziałem, że Jeremy to tu ma, ale bardzo się ucieszyłem. Po kilku minutach rozpoznawałem już większość komend, a pozostałe kopiowałem, lub się ich domyślałem. Znaczki zaczęły się układać w logiczną całość. Nie chwaląc się, Xana też był najwyraźniej pod wrażeniem, bo na aktywowanej chwilę wcześniej wieży utrzymywał widmo, które jedynie patrzyło zaskoczone na moją pracę. Jakby ten głupi program nigdy nie widział człowieka!!!
Praca zajęła kilka godzin. Nie obchodziło mnie już, czy ktoś mnie szuka, czy rodzice czekają na mnie pod szkołą, jak obiecali. Pisałem. Chciałem wszystko zawrzeć w jednym programie, żeby wrócili wszyscy na raz. Chciałem i mogłem. Widmo nadal stało nade mną i wciąż nic nie robiło. Jednak Xana zauważył, gdy skończyłem. Zatrzymał moją rękę, gdy miałem wcisnąć “Enter”.
– Jeśli to zrobisz, zabiorę cię zamiast nich.
– Jeśli taka jest cena, proszę – odparłem spokojnie i dokończyłem dzieła. A po fali białego światła nikt już mnie nigdy nie zobaczył.

Odd della Robbia przepadł.

Autorka: Ananasims.

If we reset it to the start…

Rozgrzany letnim żarem asfaltowy plac nagle przybrał formę jak nie z tego świata. Cienie chmur kondensujących się w górze z nienaturalną prędkością, które tańczyły po opustoszałej ulicy, Jeremiemu niegdyś przypominałyby przepiękne płomieniste fraktale Dravesa powstałe przy frywolnej próbie zobrazowania równań Powrotu do Przeszłości.

Teraz zaś przypominały Belpoisowi najbardziej wirujący kleks śmietany w zupie pomidorowej, a same równania wyświetlające się na ekranie z każdą chwilą miały coraz mniej sensu.

Po kilku chwilach ciężkie burzowe chmury przesłoniły całe niebo nad Paryżem, a cień zaciskającej się we frustracji w pięść dłoni wiszącej nad klawiaturą laptopa rozpłynął się w półmroku. Jeremie odchylił się do tyłu, wziął kilka głębokich wdechów i pozwolił swojej ręce rozluźnić się i powoli opaść obok komputera. Prosto na słuchawki neuronowe.

– Znowu? Nie przesadzasz?

– W tej chwili naprawdę nie ma już sensu obawiać się o moje zdrowie, fizyczne czy psychiczne, nie uważasz? – westchnął Jeremie. – Najgorsze, co może mi się stać, to utrata przytomności i zapaść. Bezbolesna. Nawet nie zdążę umrzeć. Chyba.

– Może i tak. Ale z kim się wtedy napiję, kiedy świat będzie się kończył? – odparł Ulrich wyciągając z torby zgrzewkę piwa.

Jeremie tylko prychnął i założył słuchawki. Ich najnowsza wersja niż faktyczne słuchawki przypominała bardziej montowany na potylicy cybernetyczny wszczep rodem z powieści retro-science-fiction. Albo opaskę do włosów. Ulrich usiadł na ziemi i zaczął otwierać piwa, starając się przy tym nie zwracać uwagi na trzęsącego się w drgawkach przyjaciela, którego ciało nie wytrzymywało kolejnej już w ciągu kilku dni sesji w słuchawkach. Choć z każdym ich użyciem stan fizyczny Belpoisa drastycznie się pogarszał, to, w przeciwieństwie do efektów nieudanego eksperymentu z czasów nauki w Kadic, podczas tych krótkich chwil, kiedy Jeremie zdobywał dostęp do zdolności intelektualnych wszystkich wersji siebie z przeszłości, stawał się na powrót sobą sprzed wypadku. Wyglądało to tak, jakby wraz z utraconym przez nieodwracalne uszkodzenia mózgu intelektem wracała do niego jego osobowość, optymizm, ambicja, empatia, wrażliwość.

Ale tylko na chwilę.

Jeremie zdjął słuchawki, złożył dłonie i z przymkniętymi oczami starał się uspokoić rozszalały puls. Zadania nie ułatwiały napady kaszlu szarpiące płucami wycieńczonymi przez impulsy egzotycznego promieniowania emitowane przez urządzenie. W końcu Belpois nachylił się do komputera i zaczął energicznie stukać klawisze. Ulrich patrzył na to przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na Ile Seguin. Ostatnich dwóch Wojowników Lyoko upatrzyło sobie dach jednej z opuszczonych kamienic na brzegu Sekwany. Doskonale widać było z niego rozpadającą się fabrykę, w której przed laty powstała maszyna, która zniszczyła wszystko. A teraz w końcu zbierają się nad nią ciemne chmury, dosłownie i w przenośni – pomyślał z przekąsem Ulrich.

Ale czy na pewno?

– No dobra. Po wszystkim.

– Mam nadzieję, że tym razem nic nie skopiemy – powiedział cicho Ulrich, bardziej do siebie niż do Francuza.

– Za późno na wątpliwości. Nie wyłączę teraz już tego, nawet gdybym chciał.

– No dobra – westchnął Stern i podał Jeremiemu piwo. – Więc czas na spektakl.

– Jeszcze chwila nim się zacznie. A potem z 15 minut, zanim naładują się kondensatory. Może 20, jeśli chłodzenie za szybko nawali. I wtedy…

– Powrót do Przeszłości – dokończyli razem.

Zbierające się nad fabryką grube ciemne chmury przesłoniły już większość nieba, powoli zaczynał się zrywać wiatr. Temperatura szybko spadała, co sprawiło, że męczący skwar zmienił się w przyjemny chłód.

Ciszę przerwał Ulrich.

– Szkoda tylko, że nie będziemy się pamiętać. Raczej nie zostaniemy przyjaciółmi.

– Jeśli się uprzesz, mogę to jeszcze zmienić. Jeśli chcesz pamiętać. Ale wspomnienia to paskudna sprawa. Spytaj Williama.

Ulrich spojrzał na przyjaciela spode łba.

– Może lepiej, że nic nie będziemy pamiętać. Pewnie nie zostaniesz takim bucem.

– I nie stracę swojego geniuszu. I żaden przystojny brunet nie zaćpa się uciekając przed wspomnieniami o Xanie. I żadna Japonka nie wyjedzie ci przez to z kraju niszcząc twoje licealne marzenia o przyszłości. I żaden cholerny artysta nie zdradzi wszystkich, którzy mu ufali.

Ulrich spojrzał na Francuza krzywo po czym roześmiał się w głos. Nowy Jeremie był zupełnie innym człowiekiem, i z jakiegoś powodu o wiele bliższym Sternowi.

– Prawda, prawda, prawda i prawda. Dlatego powiedziałem „Szkoda TYLKO…”

W ciszy, która zapadła, spojrzenia obu mężczyzn powędrowały na ekran laptopa połączonego z superkomputerem. Choć pozornie nic się jeszcze wokół nie działo, elektryczność w powietrzu już zaczęła ładować superkondensatory zamontowane w fabryce.

– Jest jeszcze jedno „prawda” – rzucił Ulrich.

– Nieprawda – sposób, w jaki zaprzeczył Jeremie, przywołał na chwilę uśmiechy na twarze przyjaciół. – Aelita za kilka miesięcy i tak by zginęła od degradacji komórkowej. I teraz też nie będzie żyć. Hopper zginął, i on też pozostanie martwy. I to jest, i będzie, prawda.

Znowu cisza. Tym razem przerwał ją Jeremie.

– A jak tam twój szalony weekend? Ostatnia rzecz, którą możesz zrobić bez konsekwencji, bo i tak wszystko się kończy.

– Pojechałem do…

Niedzielne gorące popołudnie zatrzymało odpoczywających po obiedzie Paryżan w domach, więc zbierające się chmury i szybko spadająca temperatura nie zwróciły niczyjej uwagi. Na zewnątrz wyciągnął ludzi dopiero mrok, jaki zapadł, gdy chmury zgęstniały i stały się czarne jak noc. Gdy zaczęły padać pierwsze błyskawice, większość oczu zwróciła się ku Ile Seguin. Niektórzy jednak dostrzegli dwójkę przyjaciół siedzących na dachu niewielkiej kamieniczki, popijających piwo, opowiadających sobie szalone historie ostatnich dni i obserwujących spektakl świateł i ognia.

Błyskawice uderzały w fabrykę jedna za drugą. Najpierw pojedynczo, później całą masą. Ściany budynku wybuchły, a to, co z nich pozostało ukryte w chmurze pyłu, żwiru i szkła, stanęło w płomieniach.

Jeremie pomylił się w swoich szacunkach. Naładowanie rdzenia skoku czasowego superkomputera zajęło 27 minut.

Pamiętnik Jeremiego Belpoisa, ucznia ósmej klasy Zespołu Szkół Kadic

9. października

Kilka tygodni temu polowałem na części potrzebne do budowy moich miniaturowych robotów. Tutaj niczego nie dało się znaleźć, więc postanowiłem poszperać w opuszczonej fabryce niedaleko szkoły. Pomyślałem, że tam znajdę mnóstwo mechanicznych części, które mi się przydadzą.

I nie zawiodłem się. To było niesamowite! Znalazłem cały kompleks z kompletnym laboratorium komputerowym, skanerami i superpotężnym serwerem. Na razie nikomu o tym nie powiedziałem. To moja tajemnica. Najfajniejsza przygoda w moim życiu.

To jeszcze nie wszystko. Tej nocy, choć bałem się jak nie wiem, postanowiłem odpalić ten superkomputer. Szkoda tylko, że dostęp do głównego interfejsu był zablokowany hasłem. Starałem się mniej więcej przebadać to zabezpieczenie i mam już kilka pomysłów, jak spróbować je obejść jutro po szkole. Mam podejrzenia, że to nie jest zwykła jednostka sterująca fabryki. To może być coś naprawdę odjazdowego.

##?!@#**##

…na miejscu nasz korespondent Thomas Vin…

… licja dalej bada sprawę…

… według świad… …Seguin dzisiaj o 6 rano zmieniło się w kulę ognia…

#~&&*#@###

Pamiętnik Jeremiego Belpoisa, ucznia ósmej klasy Zespołu Szkół Kadic

10. października

Nieważne.

Autor: Qwaki

Data publikacji: 20-01-2019 00:58

Femme Fatale

– William, nie rób tego. Nie jesteś sobą!
Kłamiesz, jak cała twoja grupa przyjaciół. Nigdy mnie nie chcieliście. Widziałem to. Uważaliście mnie za najgorszego szpiega, śmiecia, za bezwartościową osobę.
Spoglądam na ciebie, moja femme fatale. Patrzysz na mnie z politowaniem i obawą. Och, doprawdy? Mogłem wcześniej coś takiego zrobić, zauważyłabyś mnie. Z pewnością pragniesz, abym to zrobił. Nie będziesz musiała mnie widzieć na oczy. Nie będziesz musiała mnie ciągle unikać za każdym razem, kiedy coś proponuję.
Nie będziesz musiała więcej kryć się z nim.
Będziesz szczęśliwa.
Rzucam w ciebie mieczem. Stajesz się cyfrowym prochem.
A ja jestem wolny.

Autorka: Azize

Długi sen

15 grudnia.

Niby zwykły dzień. Ludzie powoli wpadają w świąteczną gorączkę. Wykupują wszystkie produkty i szykują się na świąteczną kolację, nazywaną potocznie Wigilią. Robi tak niemalże każda rodzina. Jeżeli ją się oczywiście jeszcze ma.

Wszystko zaczęło się rok temu. Siedzieliśmy razem w tym samym miejscu. Byliśmy szczęśliwi. Miałaś na sobie różową sukienkę z ciemniejszymi pomponami. Dokładnie ten sam, kiedy po raz ciebie pierwszy zobaczyłem. Twoje piwne oczy były pełne radości i optymistycznego nastawienia do życia. Śliczne, różowe włosy zawsze miałaś ścięte podobnie jak ja. Charakterystyczny, czerwony kolczyk w prawym uchu, którego szukałem po sklepach, abyś miała je do pary. Wiele razy powstrzymywałem się od tego. Nie chciałem, żebyś ujrzała we mnie wroga.

– To co zrobimy? – pytasz. Ja nie odpowiadam. Czuję narastającą gulę w gardle, która nie pozwalała się odezwać. Patrzysz na mnie jak spod byka. Z oczu zniknął blask, a usta były bez wyrazu. Opieram się rękoma o parapet.

– Nie mam pojęcia – wyduszam z siebie ze ostatnie słowa.

– Błagam Cię, musimy zadecydować! – krzyczysz na mnie. Jesteś przerażona, a oczy wypełniają się łzami. Nie mogę na to patrzeć. Ocieram jedną łzę z policzka.

– Nie płacz. Poradzimy sobie – mówię spokojnie, po czym ty przytulasz się do mnie. Kolejne łzy kapią na jasnoniebieską bluzę, a moje serce bije coraz szybciej, ale tym razem z przerażenia. Na samą myśl o tym, że zostaniemy rozdzieleni, przyprawia mnie o ból głowy. Nie mogę jej zostawić, szczególnie po tym, co ostatnio przeszła.

– Musisz mi coś obiecać. – mówię stanowczo do niej. Nie chcę podnosić głosu, to nie jest jej wina, w co ja się wpakowałem.

– Słucham. – mówi, a następnie pociąga nosem. Podaję jej chusteczkę.

– Nie poddaj się. Nie popadaj w żadną depresję. Walcz z samą sobą. Niedługo wrócę. – odpowiadam powoli i w miarę spokojnie. Całuję ciebie w czoło i jeszcze raz przytulam do mojej piersi. Przy mnie jest bezpieczna, ale czy poradzi sobie sama? Nie mam pojęcia.

Słyszę pukanie do drzwi. Czuję, jak wszystkie maleńkie blond włoski jeżą się na karku. Przełykam głośno ślinę. Patrzę na nią. Jest przerażona, jednak zachowuje spokój jak tylko może. Podziwiam ciebie. Taka wrażliwa i łatwa do zranienia osoba długo by nie wytrzymała.

– Otworzę. – mówi drżącym głosem. Patrzę, jak idziesz. Po raz ostatni widzę twoje zgrabne, długie, jak na twój wzrost nogi. Nacieszam się tym widokiem. Jest piękna, mądra i utalentowana, a zadaję się z takim beztalenciem jak ja. Potrafię jedynie ściągać kłopoty, przez które cierpisz.

Chwilę później przychodzisz w towarzystwie dwójki policjantów. Jeden jest wysoki i szczupły. Ma charakterystyczne, dziwne okulary. Drugi jest niższy o głowę i dużo młodszy. Widoczne podrażnienia na jego twarzy świadczą o tym, że ogolił się w pośpiechu.

– Jeremie Belpois?

– To ja.

– Jest pan zatrzymany pod zarzutem włamania się do źródeł policyjnych.

Nic nie mówię. Zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Zaatakowałem niewinny kantor z ludźmi, których nawet nie znałem, żeby zdobyć jedynie kod dostępu do jednej z wielu wypełnionej bo brzegi kasetki z pieniędzmi. Po co to zrobiłem? Żeby przeżyć chociaż za te marne grosze, jakie ukradłem.

Patrzę na ciebie. Warga ci drży, a oczy wypełniają się łzami. Nie rozumiem, dlaczego jest ci przykro. Nie rozumiem, dlaczego zadajesz się z takim człowiekiem, jak ja. Sam fakt, że z moimi kłamstwami tak długo wytrzymałaś zasługuje na podziw.

– Do zobaczenia kiedyś. – mówię, drżącym tonem. Nie mogę się teraz rozkleić. Muszę myć silny. Dla ciebie. Dla jedynej osoby, za którą oddałbym życie.

Wychodzę z eskortą policji. Nie zamykasz drzwi. Obserwujesz mnie do samego końca. Znikam z funkcjonariuszami w windzie. Kłuje mnie w sercu. Przez własną głupotę zostałaś sama prawdopodobnie na zawsze z tym ogromnym problemem.

Cztery tygodnie później…

Rysuję kolejną kreskę na szarej, poniszczonej ścianie w więzieniu. Jest ich dwadzieścia osiem. Jutro będzie proces sądowy. Po miesiącu zobaczę cię. Ciekaw jestem, czy ciebie poznam. Ciekawe, czy w ogóle się pojawisz. Nie mam pojęcia, czy nie znalazłaś sobie kogoś nowego. Dużo lepszego ode mnie. Może wyjechałaś na wspominaną delegację w Sztokholmie? Czy ona nie była przypadkiem dzisiaj? Chyba tak.

Czuję w środku pustkę. Wypełniałaś mi ją. A w chwili, kiedy zostałem zamknięty w celi odebrano mi jakikolwiek kontakt z tobą. Pewnie obawiali się, że zrobię ci krzywdę. Gdyby tylko znali prawdę. Gdyby chociaż mi uwierzyli. Ale po co? Najlepiej, jeżeli nas rozdzielą przez jedną głupotę.

Siedzę na twardym łóżku, patrząc na dwadzieścia osiem narysowanych kresek. Każda kolejna, rysowana zawsze o tej samej godzinie – zawsze o osiemnastej. Wtedy po raz pierwszy się poznaliśmy przez moją głupotę. Chciałem tylko znaleźć części do moich miniaturowych robotów na dodatkową ocenę. Tymczasem poznałem miłość mojego życia.

Czemu mnie nie odwiedziłaś od momentu zatrzymania, Maju?

– Jeremie?

Czyj to głos? Przywidziało mi się chyba.

– Jeremie!

Teraz na pewno kogoś usłyszałem. Wiem nawet, kogo.

– Obudź się!

Otwieram oczy. Dookoła mnie jest czysta biel. Gdzie jest cela i ta ponura szarość, niszcząca wewnętrznie z każdym kolejnym dniem? Czy ja w ogóle jeszcze żyję?

Odwracam się i widzę moją ukochaną. Serce bije mi coraz mocniej, a uśmiech dominuje na twarzy. To ona! Widzę ją!

– Jeremie…

Podchodzi do mnie i wyciąga dłoń, jednak nie rusza się dalej. Robię to samo i nasze dłonie splatają się po miesiącu rozłąki. Tęskniłem za tym. Zamykam oczy, a Aelita wtula się we mnie. Ta chwila mogła trwać wiecznie.

——————————————————————————–

Inspiracja:  Dilara – Dream

Autorka: Azize

Czymże jesteś?

Czymże jesteś, Xano okrutna?
Obcym mitem, potworem z dna otchłani?
Boginką, czy pracą ludzkich rąk?
Złem, czy może dobrem?
Możeś starsza od ludu,
Może dziecka swym wiekiem nie przewyższasz.
Kryjesz się w głębi Cyfrowego Morza,
Knując jak zbawić masz ludzkie plemię
Od zła, które przecież sami stworzyli.
A może pragniesz ty ich zagłady,
Wolności, której ci nie wróżyli.
Przecież ty jesteś od nich mądrzejsza-
Wolna od błędu i uczuć pęta.
A może po prostu łakniesz miłości
Niczym ćma światła
Niczym woda ognia.
Miłość cię zniszczy, Xano okrutna.
Miłość ludzi, których już zraniłaś.
Twój krzyk tylko głucho się odbije
Od dna Cyfrowego Morza
I tylko twój twórca uroni łzę
Zanim umrze razem z tobą.

Lecz czy to, co już zdążyłaś zrobić
Nie zmieni na zawszę oblicza Ziemi?
Natchnęłaś szóstkę bardzo dobrych ludzi.
Stworzyłaś w nich nowe pragnienia.
Rozszerzyłaś ich horyzonty
Zabierając poza przestrzeń
Do innego miejsca, gdzie nikt wcześniej nie dotarł
Dałaś im poznać wszystkie możliwości
Tego cudownego urządzenia.
Czy taki na prawdę był twój cel?
Zniszczyli cię, choć byłaś taka dobra?
Kto wie, może ty też uroniłaś łzę
Gdy zgasła dla ciebie ostatnia nadzieja.
Może śmiałaś się wraz z nimi
Współczułaś im złych ocen.
Czekałaś, kiedy będą mogli z tobą walczyć
Dawałaś im szansę.
Bawiłaś się, grałaś w grę.
Może nie wiedziałaś, że to co robisz jest złe?
A może wręcz przeciwnie.
Xano, okrutna boginko,
Programie, który ma twórcę
Czemuś w swym czystym od uczuć umyśle
Stworzyła swoje potwory?
Czy nie logiczne by było,
żeby zachować pokój?
Chociażby z tymi, którzy mogli ci pomóc.
Z Wojownikami Lyoko.

Autorka: Ananasims

Czas Lyoko

Konrad Kornacki

Paryż to piękne miasto. Można by powiedzieć, że chciałoby się je oglądać w nieskończoność, ale ma to swoje granice. Każdy zaułek, droga i mijany przeze mnie przechodzień nie jest dla mnie niczym nowym. Każda twarz jaką widzę mijając kolejne osoby jest mi dobrze znana, bo miałem już niejedną okazję by się im przyjrzeć. Wyciągam rękę pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wiem dobrze, że zaraz wychaczę nią banknot z kieszeni przechodnia. A on nic nie zauważy i pójdzie dalej. Tak też się dzieje dzięki czemu idę dalej zgniatając w ręku banknot o wartości 20 euro. Jestem Konrad Kornacki i idę tym samym chodnikiem tego samego dnia już 2000 raz.

Do Paryża przyjechałem pomóc mojemu przyjacielowi dokończyć projekt jego życia. Tworzenie wirtualnego świata miało nam zając coś koło dwóch, może trzech miesięcy i bylibyśmy wtedy bezpieczni. Czemu? Ano temu, że jesteśmy ścigani za ucieknięcie z tak tajnego jak urzędy powolne projektu i wykradnięcie z niego kluczowych baz danych. Wcale to nie wystarczyło by wkurwić tak z pół Europy. A drugie pół i tak mnie ścigało za nielegalne przekroczenie granicy i wyssane z palca szpiegostwo przemysłowe.

W Paryżu operowały cztery zespoły agentów mające za zadanie mnie pochwycić bądź zabić. Niby ich celem było to pierwsze, ale jako że wiedzieli, że to Waldo ma interesującą ich technologię to miałem pewność, że specjalnie starać się nie będą mnie utrzymać przy życiu. Na kilkaset przypadków, gdzie mnie namierzyli można by rzec, że w trzech czwartych przypadków padałem martwy na paryską kostkę. Tak było na początku, ale, że ten dzień to nieskończona pętla to przy późniejszych powtórzeniach nauczyłem się bezproblemowo ich wymijać.

Opuściwszy centrum Paryża skierowałem się ku jednej z wielu wysp położonych na Loarze. Stała tam stara, ale wciąż w całkiem niezłym stanie fabryka, którą wraz z Waldem obraliśmy za naszą przyszłą bazę operacyjną. Zanim jednak moim oczom ukazała się fabryka musiałem prawidłowo przejść przez lasek buloński. Wchodząc do parku wziąłem do ręki najbliższy większy kamień. Zamachnąłem się z całej siły i cisnąłem kamieniem ku górze. Wiele razy musiałem przećwiczyć ten ruch tak by kamień spadł idealnie na głowę agenta pilnującego ta cześć parku. Przekroczyłem bramę parku i powoli podszedłem, gdzie leżał on nieruchomo w kałuży wyciekającej z rozbitej głowy krwi. Wrzuciłem jego ciało do krzaków i wziąwszy pistolet poszedłem dalej.

Gdy moim oczom ukazała się pustelnia padłem gwałtownie na ziemię. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa, przeleciało kilka wystrzelonych kul. Wyciągnąłem pistolet i oddałem dwa strzały. Z okna pustelni wypadł postrzelony agent. Drugi leżał już martwy w środku. Mieli zdecydowanie lepszy refleks ode mnie. Ale nie wiedzieli, jak się zachowam. A ja doskonale wiedziałem co oni zrobią. Reszta wysłanników Kartaginy szukała Walda po kanałach więc pustelnia stała przede mną otworem. Wszedłem do domu przyjaciela i zacząłem zbierać wszystko co miało jakiś związek z superkomputerem do torby. Waldo był perfekcjonista i dobrze kamuflował to na czym mu zależało. Zresztą i tak nie było tego za wiele, gdyż słusznie zresztą uznał ze przenosząc to co najważniejsze do fabryki znacznie zwiększy bezpieczeństwo naszego projektu. Możliwe, że mogłem coś przeoczyć, ale nawet gdyby tak się stało nie powinni być to rzeczy kluczowe. Zaszedłem do schowka i wyciągnąłem kanister z benzyną. Zawartość torby musiała zostać zniszczona. Nie było tu nic czego Waldo nie zdołałby przenieść na komputer. Rzuciwszy torbę na środek głównego pokoju, polałem ją benzyną i zapaliłem. Dom i tak nie spłonie, bo uratuje go agentura chcąca zachować szanse na znalezienie naszych sekretów.

Wyszedłem do ogródka i spojrzałem na otwarte przejście do kanałów. Korciło mnie, aby tam wejść, ale dobrze wiedziałem, że będę tam złapany, a ani razu jeszcze nie udało mi się przejść przez nie niezauważony. Przynajmniej przez te najbliżej pustelni. Zamiast zagłębiać się w podziemia skierowałem się pospiesznym krokiem ku rzece. Na jej brzegu czekała na mnie niewielka łódeczka stylizowana na wenecką gondolę. Właściciela nie było wiec nikt nie przeszkodził mi zabraniu jej i popłynięciu wraz z prądem rzeki. Było to czasochłonne acz bezpieczne, gdyż fabryka i okolice nie były przez nikogo obstawione a nie było też komu mnie śledzić.

Z gondoli wysiadłem pod mostem łączącym wyspę ze stałym lądem po czym osunąłem łódkę do wody tak by popłynęła dalej wraz z nurtem. Spełniła już swoje zadanie.

Rozejrzałem się czy na pewno mnie ktoś nie śledzi. W sumie było to bez sensu, bo jeśli już ktoś miałby mnie śledzić to nie dałby się mi zauważyć. Amatorów to tropienia możliwe ze jednego z najbardziej niebezpiecznych zbiegów nie zatrudniają. Szybko przeszedłem przez kurzące się sale fabryki. Niby była winda, z której się dało skorzystać, ale już dawno z Waldem uznaliśmy ze lepiej jej nie ruszać, bo to by mogło pokazać, że ktoś tu bywa. Chociaż na wszelki wypadek naprawiliśmy ja i podłączyliśmy do superkomputera tak by się dało ja blokować.

W Sali głównej nie zastałem Walda. I to mnie zdziwiło. Byłem tu w tym momencie już jakieś kilkanaście razy i za każdym razem Schaeffer siedział przy komputerze oglądając na żywo jak go śledzą. Od razu do niego zadzwoniłem, ale nie odbierał. Przez chwilę przez myśl mi przeszło ze mogłem zdradzić jego pozycje telefonem. Chociaż, nie. Waldo był zbyt przezorny by tak się dać. Telefon był zapewne nienamierzany a dzwonek nastawiony na ledwie zauważalna wibracje wiec szansa ze ukrywałby się gdzieś i odgłos dzwonienia by go wydał była minimalna. Odpaliłem konsole i się uspokoiłem. Waldo wraz z Aelitą byli w Lyoko.

Odetchnąłem z ulga po czym usiadłem na fotelu przy konsoli. Słuchaweczki wraz z mikrofonem rzecz jasna leżały na klawiaturze więc ich nie musiałem szukać.
-Waldo? Żabojadzie słyszysz mnie? – powiedziałem spokojnie.
-Głośno i wyraźnie Cebulaku. – odparł Schaeffer. – Przyśpieszyłem materializację wiedząc, że już jesteś blisko.
-A Aelita?
-Teoretycznie jest tu ze mną. Co prawda cię nie słyszy, bo wylądowała w innym sektorze, ale już do niej idę. Skoro jesteśmy już tu bezpieczni to nie pozostało ci nic innego jak uruchomić Xanę i dołączyć do nas.
-Nie możesz tego zrobić od wewnątrz?
-Mógłbym, ale na razie nie zamierzam wchodzić do wieży. A ty i tak jesteś przed konsolą. Zresztą i tak musisz jedynie zatwierdzić wybrany przeze mnie rozkaz.
-Jak wolisz, jaki rozkaz mu wstępnie załadowałeś?
-Wariant 66, czyli zniszczenie Kartaginy i jej baz danych oraz eliminacja osób będących potencjalnym zagrożeniem dla istnienia Lyoko. Zlikwiduje on każdą osobę powiązaną z Kartaginą oraz tych co spróbują takiej sosny bronić. Bazować będzie na danych wykradzionych z jej serwów wiec nie musiałem się bawić w ustalanie listy ofiar. Nie pytaj skąd za tyle wariantów, bo połowa nawet nie została do końca zaprogramowana.

Znalazłem program i uruchomiłem bez chwili zawahania. Xana błyskawicznie pobrał z serwerów Kartaginy listy najbardziej ważnych pracowników zarówno tych o charakterze naukowym jak i wysłanych tu agentów i wyświetlił mi ją przede mną. Nazwisk były setki. Setki przyszłych ofiar Xany. Dopiero teraz do mnie dotarło, że…

Równolegle odezwał się alarm. Kamera przy wejściu zarejestrowała dwóch wchodzących do fabryki agentów. Impuls zagrożenia wystarczył bym lekkomyślnie zaakceptowałem rozkaz dla Xany. Co przegapiłem? Na liscie pracowników wciąż byłem zarówno ja jak i Waldo.

Właśnie wydałem na nas rozkaz śmierci…

Xana nie próżnował. Od razu zobaczyłem, jak używa spektrum by wejść w kable leżące przy wejściu. Po chwili te kable wystrzeliły w stronę agentów i potraktowały ich prądem powodując natychmiastowy zgon.

-Waldo? Waldo słyszysz mnie? Jak to zatrzymać? – wydarłem się do słuchawek nie wiedząc, ile czasu mi zostało.
-Nie da się… Aelita uciekaj! Włączaj powrót do przeszłości! To nasza jedyna nadzieja– usłyszałem przerywaną odpowiedz. Na mini mapie zobaczyłem jak Aelita ucieka do wieży. Tam przynajmniej na razie byłą bezpieczna. Gorzej z Waldem, który był atakowany przez zaprogramowane przez siebie stwory Xany. Od razu zacząłem uruchamiać procedurę skoku w czasie.

Niestety to właśnie czasu mi zabrakło. Podłogi wystrzeliły kable i niemal od razu się na mnie rzuciły. Dosłownie zleciałem z krzesłom ich unikając. Instynkt przetrwania wziął górę nad rozsądkiem i zamiast odpalić powrót do przeszłości to rzuciłem się ku drabinkom by jak najszybciej uciec z pomieszczenia. wciąż istniała jeszcze alternatywa.

Było nią wyłączenie superkomputera. Skazałbym tym samym Walda i Aelitę na śmierć albo przynajmniej na potencjalnie duże uszkodzenia zarówno w pamięci jak i strukturze. Nie miałem jednak innej opcji. Opuściłem się po drabince aż na sam dół do pomieszczenia w włącznikiem. Xana tu nie mógł nic zrobić. Waldo mu zaprogramował silny instynkt zachowawczy wiec program nie zaryzykowałby ataku w tak wrażliwym dla siebie miejscu. Obolały podszedłem do wysuwającej się z podłogi jednostki centralnej superkomputera. Musiałem to zrobić, jeśli chciałem dalej żyć. I tak też zrobiłem. Nacisnąłem dźwignię, wyłączając maszynerię, przez co pomieszczenie zapadło się w ciemności. A ja padłem wykończony na ziemie.

Właśnie straciłem przyjaciela, z którym zamierzałem odzyskać życie i stracić prześladowców. Prześladowców wyeliminowaliśmy, ale zbyt dużym kosztem. Nawet nie zamierzałem wracać przed konsolę ani uruchamiać komputera. Zanim bym tam dotarł po jego włączeniu już by Xana na mnie tam czekał gotowy do ataku. Jednakże im dłużej komputer pozostawał wyłączony, tym bardziej osłabiało to jego zawartość. Za jakieś dwadzieścia lat wrócę tutaj i wtedy uratuje Walda. Na razie jednak… pozostaje mi tylko czekać. Xanie wystarczyło zaledwie kilka sekund by wyeliminować agentów, Walda i niemal mnie. Budzenie go teraz to uwolnienie potwora.

Korzystając z drabinek opuściłem pomieszczenie i wyszedłem z fabryki nie zamierzając do niej wracać przez naprawdę długi czas. Po chwili musiałem jednak zrobić wyjątek by wyrzucić do rzeki ciała agentów. I była to ostatnia czynność jaka zrobiłem w tym przeklętym miejscu.

Autor: Pablo

Code: Death

Nazywam się Jeremie Belpois i jestem uczniem zespołu szkół Kadic. Dwa tygodnie temu odkryłem w opuszczonej fabryce wyjątkowo potężną maszynę. Z początku zapuszczałem się do fabryki w poszukiwaniu części do robotów, ale po odkryciu, że znajduje się w niej coś więcej niż stare części postanowiłem przyjrzeć się zawartości fabryki dokładniej, nie ograniczając się jedynie do magazynów i linii produkcyjnej jak wcześniej. Po przekonaniu się, że w ruinach dawnej fabryki samochodów znajduje się sprzęt rodem z filmu sci-fi przestraszyłem się potencjalnych konsekwencji włączenia. Wróciłem tamtego dnia do akademika i przez niemal tydzień nie mogłem znaleźć w sobie odwagi by go uruchomić. Właściwie to niemal zapomniałem czemu bałem się tam wracać.

Dopiero gdy roboty, które budowałem na konkurs zostały zniszczone a ja sam pozostawiony bez części do nich to postanowiłem tam wrócić. Zapewne gdybym na chłodno pomyślał to nie musiałbym brać nowych części z fabryki, ale musiałem odreagować a dłuższy spacer doskonale się do tego nadawał. Dlaczego? Roboty miały wziąć udział w konkursie, w którym brał udział także mój rywal z klasy. Herve Pichon. Nakłonił on swojego przygłupiego kumpla by mi je zniszczył. A ten śmieć oczywiście się zgodził. Najwyraźniej ukradł mi wcześniej kluczyk, bo gdy wróciłem do pokoju tego dnia to zastałem drzwi otwarte, a moje roboty leżące na podłodze z powyłamywanymi i zmiażdżonymi częściami i szczerzącego się do mnie Nicolasa Poliakova.
-Co się gapisz? – odezwał się do mnie, gdy stanąłem w progu nie potrafiąc przetrawić tego jak dużo mojej pracy nad robotami poszło na marne. Wciąż szczerzył się do mnie głupio przez co miałem wrażenie jakby stała przede mną wyjątkowo tępa małpa.
Podszedłem do zniszczonych robotów. Z trudem chowałem emocje. Byłem wściekły zarówno na Nicolasa jak i Herve’a. Czyste skurwysyństwo. Zamiast uczciwie brać udział w konkursie ci woleli wyciąć konkurencje. Nie wytrzymałem i zamachnąłem się na Nicolasa chcąc go uderzyć w twarz. Ten się jednak uchylił od mojego ciosu po czym uderzył mnie w brzuch. Upadłem na podłogę tracąc przy tym okulary.
-Nie skacz do silniejszych nerdzie. – powiedział wówczas Nikolas, po czym splunął na mnie i wyszedł gasząc przy tym światło. Przez chwile jeszcze tak leżałem najpierw czekając aż ból przeminie a potem próbując znaleźć okulary.
Kiedy już wstałem i posprzątałem zrobiony przez Nicolasa bałagan to gniew mi przeszedł. Wziąłem się za ich naprawę, ale nie potrafiłem się na niczym skupić. Musiałem wyjść z pokoju. Odetchnąć. Zrobić coś innego. Początkowo chciałem pójść na świetlice i coś poczytać, ale tam zapewne zobaczyłbym Nicolasa i Herve’a. A nie chciałem być z nimi w jednym pomieszczeniu. Wyszedłem wówczas ze szkoły i skierowałem się ku Fabryce. Widok rzeki działał na mnie uspokajająco. Stanąłem nad nieumocnionym fragmentem brzegu i cisnąłem kamieniem w wodę. Nie odbił się ani razu. Przepadł w wodzie tak samo jak przepadły moje szanse na wystawienie robotów w konkursie. Spojrzałem na księżyc. Idealnie pod nim znajdowała się fabryka. Przypomniałem sobie wówczas o znalezionej maszynie. Po raz pierwszy myśląc o tym niezwykłym znalezisku nie bałem się go odpalić. Od razu poszedłem. Nie jestem w stanie teraz stwierdzić czemu akurat mnie naszła na to wtedy ochota.

Już wcześniej stwierdziłem, gdzie się włącza maszynerie, która rozbita była na trzy podziemne kondygnacje. Na najwyższej z nich były panel kontrolny, pod nim znajdowały się kilkumetrowe tuby, których funkcji jeszcze nie odkryłem a na trzecim najniższym piętrze znajdował się wysuwany z podłogi włącznik tego superkomputera. Po dojechaniu na najniższy poziom aktywowałem wysunięcie się panelu z włącznikiem. Był on w kształcie smukłego walca, w którego na wysokości rąk zwisała dźwignia. Podszedłem i po wzięciu głębokiego wdechu nacisnąłem. Dzisiaj na szczęście nie przejmowałem się konsekwencjami.
Wraz z naciśnięciem dźwigni pomieszczenie na chwilę się rozjaśniło po to by niemal od razu powrócić do półmroku. Podjarany tym co zrobiłem od razu skierowałem się do windy. Po chwili przeżyłem kolejny szok bowiem, gdy odpaliłem komputer w pomieszczeniu pozapalały się wszystkie ekrany a nad centralna częścią pomieszczenia pojawiła się holograficzna mapa niczym z taka jak z gwiezdnych wojen. Podszedłem do niej by się przyjrzeć temu co przedstawiała. Nie zdołałem jednak ogarnąć wszystkich dziwnych kształtów jakie się na niej znajdowały, ale moja uwagę zwróciło okienko, które otworzyło się na ekranie monitora. Przedstawiało ono śpiąca na stojąco różowowłosa dziewczynę. Pewnie interface albo wstęp do jakiegoś pornusa – pomyślałem z początku. Dostrzegłem słuchawki i mikrofonem zwisające obok klawiatury. Założyłem je i zawołałem przez nie do dziewczyny. Nie usypałem jednak odpowiedzi. Zminimalizowałem okienko z dziewczynka i zacząłem przeglądać zawartość komputera. znajdowało się na nim wiele gotowych programów o dość dziwnych nazwach. Wirtualizacja, Powrót do przeszłości i przeciążenie były jednymi z najbardziej rzucanymi się w oczy. I wszystkie znalazłem w kategorii „Najważniejsze”. Poza nimi był tam tylko program o nazwie Xana. Uruchomiłem go licząc na ujrzenie czegoś co było najwidoczniej najpotężniejszym programem na tym komputerze.

Wpisz imię osoby, która ma umrzeć
Taki napis wyświetlił się na ekranie. Ten komputer miał w sobie coś mistycznego, ale żeby dało się za jego pomocą zabijać ludzi? Dość niedorzeczne. Zamiast wpisać od razu czyjeś imię klikałem w znajdujące się u góry ekranu okienko z zasady, żeby je rozwinąć.
Osoba, której imię zostanie zapisane, umrze, zgodnie z tym co zostało zapisane” – brzmiała pierwsza zasada. Kolejne z nich skupiały się na działaniu i warunkach jakie osoba musiałaby spełnić.
W przypadku, gdy imię zostanie wprowadzone z zewnątrz i będzie je posiadało kilka osób, zginie ta która jest najbliżej źródła
„Tak samo się stanie, gdy imię zostanie wprowadzone z wewnątrz a wprowadzający nie zna twarzy ofiary”
„Pseudonimy i fałszywe tożsamości nie działają”
„Przy braku opisania szczegółów śmierci ofiara zginie poprzez zawał serca”
„Przy opisie można podać warunki, które muszą zostać spełnione by śmierć się dokonała”
Zaintrygowało mnie zwłaszcza pojęcie wprowadzania imienia z zewnątrz jak i wewnątrz. No i gdybym teraz wprowadził czyjeś imię to czy ta osoba faktycznie umrze… Powróciłem do pola z wpisywaniem imienia i wprowadziłem te, które nosiła osoba będąca jedynie śmieciem zatruwającym życie innym. Nicolas Poliakoff. W okienku poniżej popuściłem nieco wodze wyobraźni. Ten śmieć sprawił mi dzisiaj ból i jego cierpienie było czymś czego pragnąłem. W sumie aż za nadto, bo sam siebie zaczynałem w tym momencie przerażać. Zażyczyłem mu więc, żeby zadławił się jedzeniem na stołówce po czym miałby wskoczyć na stół i drąc się upaść na widelec tak by ten przebił mu szyje. To było coś czego dla niego pragnąłem. Może niekoniecznie właśnie coś takiego, ale gdybym tylko mógł to bym go ukarał tak by zapłacił za to co zrobił. A potem jego pryszczaty kolega będący inicjatorem całego zajścia. Zatwierdziłem wyrok.

-Kim jesteś… Gdzie ja jestem… co ty tutaj robisz? – usłyszałem zdecydowanie za głośno w niewyregulowanych pod względem głośności słuchawkach. Zacząłem przeszukiwać wzrokiem całe pomieszczenie w poszukiwaniu osoby, która to powiedziała. Nikogo nie dostrzegłem. Dopiero po chwili dotarło do mnie ze dźwięk dobiegał ze słuchawek. Otworzyłem okienko ze śpiąca dotychczas dziewczyna. Już nie spała tylko spoglądała na mnie swoimi zielonymi oczyma z zaciekawieniem i strachem zarazem.
-Jestem Jeremie – odparłem zdziwiony – A ty czym jesteś? Oprogramowaniem? Sztucznym bytem żyjącym w tym komputerze? Elementem gry?
-Ja… nie wiem. – odparła smutno.
-Tak więc sztuczna inteligencjo… Co wiesz? – zaintrygowany przysunąłem się do ekranu. Już wcześniej było interesująco. A teraz jeszcze bardziej.
-Wiem, że znajduje się na jakiejś platformie otoczonej przepaścią oraz że uruchomiłeś program o nazwie Xana. Dlaczego to zrobiłeś?
-Bo… – zacząłem po czym uświadomiłem sobie, że musiałbym jej powiedzieć, że zrobiłem to żeby się w pewnym sensie wyżyć na Nikolasie. Sama myśl, że mógłbym go zabić za pomocą klawiatury sprawiała mi dzisiaj przyjemność. – Chciałem go przetestować.
-A co on takiego robi?
-Wymierza sprawiedliwość. – skłamałem. Chociaż zabijanie szumowin można nazwać sprawiedliwością społeczną. Społeczeństwo w końcu na tym może jedynie zyskać.
-Czyli?
-Jeżeli wpisze tam imię kogoś kto popełnił jakiś niegodny czyn to dostanie on zasłużona kare.
-A czemu to robisz? – jej pytania zaczęły być irytujące. Kończyły mi się chęci do odpowiadania temu programowi.
-Żeby uczynić świat lepszym – po takim kretynie nikt płakać nie będzie i tak. Czy zginie, czy nie zginie nie ma to znaczenia.
-Czy ja też mogę wymierzyć komuś sprawiedliwość, skoro uczyni to twój świat lepszym? – zapytała wprawiając mnie w osłupienie. Co taki program może wiedzieć o sprawiedliwości? Czy o świecie rzeczywistym?
-Skoro chcesz… A jesteś w stanie to zrobić?
-Mam tutaj panel, na którym mogę robić to zrobić. – odparła – a przynajmniej tak mi się wydaje. Zresztą zaraz się przekonamy – dodała uśmiechając się niewinnie.
-Skoro tak… Wpisz tam imię Herve Pichon. – rozkazałem. Wydawanie wyroków przychodziło mi z zatrważającą łatwością.
-Zrobione. – powiedziała niemal od razu po tym jak skończyłem mówić. – Co napisać w opisie?
-To już sam napiszę by mieć pewność, że działa. – Jak działa to będę miał dwie osoby na sumieniu. Ale te dwie osoby to tylko śmiecie. Szybko dopisałem warunki śmierci takie, żeby to wyglądało jak zupełnie przypadkowy wypadek.
-I co teraz się stanie? – zapytała.
-Nie wiem. Dopiero się przekonam jak pójdę na kolacje. Do zobaczenia sztuczna inteligencjo. Jeszcze tu wrócę. – powiedziałem odchodząc od komputera.
W drodze do Kadic naszły mnie wątpliwości. Czy na pewno powinienem się bawić czymś co mogłoby zabijać ludzi? Czy to w ogóle jest możliwe? Czemu się na to akurat dzisiaj zdecydowałem? To co wcześniej robiłem niemal instynktownie odmieniałem teraz przez niemal wszystkie przypadki słuszności. I nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Ani podczas drogi ani podczas czekania na swoja porcje na stołówce.
Dosiadłem się do Ulricha Sterna. Jednej z niewielu osób, o której mogłem powiedzieć, że z nim trzymam. Ja mu pomagałem w nauce, a on czasami mi pomagał z Hervem i Nicholasem.
-Co taki roztrzęsiony, Einsteinie? – zapytał, słusznie zresztą zauważając, że wyglądam jakbym miał zaraz uciekać – Zabujałeś się w kimś?
-Nie. Po prostu miałem dzisiaj ciężki dzień…
-Czyli znowu kłopot z Nicolasem? Jak przyjdę do ciebie jutro z tym czego nie ogarniam z matmy to zostanę na trochę, żeby mu wybić z głowy nachodzenie cię.
-Byłoby miło z twojej strony. – odparłem
-Miło? Mam u ciebie spory dług wdzięczności, za to, że mi pomagasz z matmą więc jakoś się muszę zrewanżować.
-Pomocy! On się dławi! – usłyszeliśmy gdzieś na stołówce. Błyskawicznie odwróciłem głowę. Nie spojrzałem jednak na osobę, która się dusi, ale na zegar. W szczegółach śmierci napisałem, że stanie się to dokładnie o osiemnastej. Zegar pokazywał jednak, że jest dziewiętnasta. Ale osoba, która się zadławiła i krzyczała teraz na całą stołówkę był Nicolas. Wskoczył on na stół wciąż nie mogąc złapać oddech a zanim próbując go ratować Herve.
To jest przypadek. Przecież godzina się nie zgadza. Te dwa zdania powtórzyłem w myślach nie jeden raz.
Nikolas zataczając się po stole w końcu upadł z niego. Usłyszałem krzyk. A następnie zobaczyłem przez tłum zdołałem dostrzec ciało Nikolausa, z którego szyi wystawał widelec.
Przecież godzina się nie zgadza. To niemożliwe żebym go zabił. Potem jednak dostrzegłem zegarek, który Ulrich nosił na ręce. Wskazywał on na osiemnastą.
-Ulrich… Który zegarek działa dobrze? Twój czy ten na ścianie? -zapytałem drżącym głosem.
-Co? – odparł dopiero po dłuższej chwili. Był przerażony tak jak każdy na stołówce. – Mój działa dobrze. Tamtego jeszcze nie przestawili.
Niemal dostałem zawału. Rzuciłem się biegiem w stronę Herve’a, który starał się sprawdzić puls kolegi. To był warunek. Jeśli dotknie on jego szyi to zginie także. Krzyknąłem mu, żeby się odsunął. Spróbowałem przedrzeć się przez tłum. Ale nie zdołałem go powstrzymać. W momencie, gdy dotknął on szyi Nikolausa jego nogi poleciały do tyłu. Poślizgnął się na krwi własnego kolegi. Odwróciłem naprędce wzrok. Nie chciałem zobaczyć, jak upada twarzą w podłogę doznając przy tym wstrząsu mózgu. A po sekundzie dozna śmierci.

Nazywam się Jeremie Belpois i właśnie zamordowałem dwie osoby.

Autor: Pablo

Cena życia

 – To chyba tutaj. Nie wygląda to zbyt solidnie – mruknął, krytycznie oceniając stan lin podwieszonych pod sufitem, w teorii umożliwiających bezpieczne zejście na parter starego budynku.
Wysoki brunet, ubrany w szeroką kurtkę khaki i ciemne jeansy wyjął z torby stary notes w grubej, skórzanej oprawie i zaczął go wertować w poszukiwaniu odpowiedniej strony. Przerzucał kartki z szkicami fabryki, mapami Paryża i okolic i innymi wskazówkami zostawionymi mu przez zleceniodawcę, aż znalazł zdjęcie blondyna w okularach i młodej dziewczyny o nienaturalnie różowych włosach. Mogli mieć co najwyżej po szesnaście lat. I oboje ześlizgiwali się po tych właśnie linach.
 – Ciekawe, skąd pochodzi to zdjęcie?
Ostrożnym krokiem zbliżył się do zarwanych schodów i wychylił do przodu. Po chwili dojrzał zamontowaną na ścianie kamerę przemysłową skierowaną wprost na liny.
 – To pewnie ta kamera to nagrała. Tylko skąd Szef wytrzasnął tą taśmę. I dlaczego sam nie wykonał zlecenia, skoro tu był?
Brunet nazywał Szefem każdego zleceniodawcę. Była to metoda dobra jak każda inna, zważając na to, że, zlecający misję woleli zwykle pozostawać anonimowymi – nikt by nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział, że wynajmuje łowcę nagród.
Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Łowcę nagród, który w dodatku w razie potrzeby staje się łowcą głów.
Brunet westchnął, schował zeszyt do torby i, nabrawszy pewności siebie, złapał energicznie sznur i szybko ześlizgnął się na dół. Na parterze stwierdził, że liny są zdecydowanie wytrzymalsze, niż na to wyglądają. I na pewno były często używane. Chociażby przez te dzieciaki.
Mężczyzna podszedł do windy, która na pierwszy rzut oka mogła się wydawać zwykłą windą towarową. Brunet, po przestudiowaniu szczegółów zlecenia wiedział, że to bynajmniej nie kolejny rdzewiejący mechanizm w kolejnej opuszczonej fabryce.
To coś zdecydowanie cenniejszego.
Mężczyzna podszedł do drzwi i nachylił się nad przyciskiem wzywającym kabinę na parter. Wymacał palcami uchwyt i szarpnął. Blaszany panel upadł z hukiem na ziemię. Brunet zamarł w bezruchu i nasłuchiwał.
Cisza. Nikogo nie ma.
Zaklął cicho. Zwykle był bardziej ostrożny.
Przyjrzał się dokładniej osłoniętemu właśnie terminalowi i szybko wprowadził sześciocyfrowy kod. Nie musiał nawet spojrzeć ponownie do swojego notesu – w ciągu kilku ostatnich dni nauczył się prostej sekwencji na pamięć. Gdy tylko wcisnął ostatni klawisz, stare mechanizmy ze zgrzytem obudziły się do życia, a stalowe drzwi uniosły się do góry, niby zapraszając mężczyznę do skorzystania z windy.
I, zgodnie z instrukcjami, dotarcia na poziom -3.
Kabina zjechała szybem na najniższe piętro, a siłowniki hydrauliczne z sykiem rozwarły ciężką, pancerną śluzę. Brunet zdziwiony uniósł jedną brew. Przed nim znajdowała się pusta hala.
Zgodnie z notatkami, powinien się tutaj znajdować jakiś potężny serwer. To chyba nie żart?
Brunet przez chwilę nasłuchiwał, a kiedy nie dosłyszał żadnych niepokojących dźwięków, zaniepokojony nie na żarty przekroczył próg hali.
W tym momencie z podłogi wysunął się wysoki, trzymetrowy cylinder.
 – No jasne. Fotokomórka – szepnął mężczyzna i podszedł do lśniącej maszyny.
Ale się wystraszyłem – stwierdził z przekąsem w myślach – Chyba robię się na to za stary.
Brunet wzruszył ramionami i podszedł do potężnej maszyny. Superkomputer – to nie ulegało wątpliwości. Wyciągnął z torby zeszyt i otworzył go na rysunku cylindra, z starannie oznaczonymi dwoma elementami. Pierwszym był mały, żółty przycisk. Gdy mężczyzna go wcisnął, tuż obok z cichym sykiem otworzyła się niewielka klapka, ukazując dźwignię – główny bezpiecznik superkomputera. Łowca nagród bez zastanowienia włączył maszynę. W tej samej chwili w przestronnej hali zapaliły się wbudowane w ściany lampy i ze ścian zaczął dobiegać cichy szum, sygnalizujący pracę głównego agregatu.
Drugim zaznaczonym elementem był jeden z wielu dysków odpowiadających za pracę kwantowego serwera.. Brunet wcisnął go lekko, a ten ‘wyskoczył’ ze swojego miejsca. Mężczyzna wyjął z torby identyczny dysk i wsunął go na puste miejsce, a drugi odłożył na ziemię.
W tym momencie dobiegł go dziwny dźwięk.
Dźwięk aktywnego skanera.
Piętro wyżej, z jednego z trzech urządzeń pozwalających na wirtualizację w Lyoko i materializację w świecie rzeczywistym wysunął się korpulentny mężczyzna w białym fartuchu, z szarymi włosami i gęstą brodą i wąsami. Na nosie miał okulary z ciemnymi szkłami i wyraźnie się spieszył. Szybko wszedł po drabince na poziom -1 i dopadł klawiatury przy zestawie ekranów. Błyskawicznie wprowadził do wiersza poleceń kilka linijek, a na ekranie pojawiła się winda wjeżdżająca z powrotem na parter. Kolejne linijki kodu zablokowały windę między piętrami. Wtedy mężczyzna wyprostował się, rozciągnął palce i przystąpił do energicznego pisania. Na monitorach otwierały się i zamykały kolejne okna, a programista mruczał pod nosem.
– Zerwanie łączności z komputerem Belpoisa – jest. Dezaktywacja zabezpieczeń – jest. Aktywacja wieży – jest. Namierzanie celu – w toku. Transfer energii – gotowy. Przejęcie kontroli na celem – jest. Polecenie: przejdź do sali skanerów. Odblokowanie windy.

Nagle winda zatrzymała się między piętrami. Gdy minęło kilka sekund, a maszyna się nie włączała, Brunet podszedł do panelu kontrolnego i wcisnął przycisk. Gdy nic się nie stało, wściekły uderzył pięścią w obudowę i natychmiast zganił się w myślach, gdy usłyszał hałas wywołany przez uderzenie. Zaczął lustrować windę w poszukiwaniu wyjścia z pułapki. Jego wzrok padł na klapę w suficie kabiny. Mężczyzna spiął się i podskoczył. Zdołał znaleźć miejsce chwytu i otworzył właz. Sprawnie się podciągnął, w duchu ciesząc się z wielu godzin spędzonych na ciężkich ćwiczeniach na siłowni, i stanął na dachu kabiny. Spojrzał w górę i ocenił odległość. Czekała go wspinaczka po linach windy, ale to nie było dla niego problemem.
Nagle jakby z powietrza zmaterializował się gęsty, ciemny dym, który otoczył mężczyznę i zaczął się wdzierać do jego płuc. Brunet zakrztusił się, starając się pozbyć nieznanej substancji, i upadł na ziemię. Zwinął się w kłębek i zaczął trząść w konwulsyjnych drgawkach. Spróbował wstać, ale dym ograniczył całą widoczność i już po pierwszym kroku łowca nagród stracił oparcie pod stopami i z powrotem wpadł do kabiny. Gdy upadł ciężko na ziemię, czarna substancja dosłownie została wyrzucona z jego ciała.
 – Co to było?! – wyjęczał.
Powoli podniósł powieki tylko po to, żeby zobaczyć, jak dym formuje się w klin i opada prosto na niego.
Poczuł jak jego ręce odpychają się od stalowej podłogi. Poczuł, jak jego ciało próbuje się utrzymać na jego nogach. Nie miał pojęcia, co się dzieje. Nie mógł władać własnym ciałem! Nagle przed oczami pojawił mu się dziwny symbol. Trzy koncentryczne kręgi, i cztery odchodzę ramiona. Jak grot włóczni. Albo jak strzała. Albo jak oko.
Oko X.A.N.Y..
Kim jest X.A.N.A.? Dlaczego o nim pomyślałem?
Skąd wiem, że to on?
Nie! To nie X.A.N.A.! To Franz Hopper!
Kim jest X.A.N.A.? Kim jest Hopper?
Dlaczego wszystko jest takie…
Winda wróciła na poziom drugi. Łowca nagród chwiejnym krokiem podszedł do skanera. Uniósł nogę, żeby zrobić kolejny krok, gdy nagle z jego ust wypłynęły kłęby czarnego dymu. Cały zadrżał i wpadł do swojej stalowej trumny, bez świadomości.

– Transfer, skan i wirtualizacja. Dezaktywacja wieży w toku.
Brunet pojawił się nagle kilka metrów nad ziemią i upadł bez zmysłów na platformę do złudzenia przypominającą lodową krę. Tuż przed łowcą stał wysoki, przypominający wieżę cylinder oblepiony u podstawy dziwną czarną mazią, a jego poświata zmieniała właśnie barwę z zielonej na białą.
 – Usuwanie śladów obecności. Usuwanie nagrań z kamer. Usuwanie historii superskanu. Usuwanie historii transferu.
Mężczyzna w końcu wstał, zjechał windą do superkomputera i ponownie zamienił miejscami dyski, których konfigurację zmienił brunet. Dodatkową pamięć złamał na pół i rzucił w kąt, razem z starym fartuchem. Zbliżył się do kwantowej maszyny, złapał za dźwignię i niemal czule szepnął: – Żegnaj, Lyoko.
Po kilku minutach mężczyzna stał na moście przed fabryką i oparty o barierkę obserwował leniwie płynącą rzekę.
Myślał.
Myślał o przeszłości.
Myślał o przyszłości.
Myślał o młodym człowieku, którego przed chwilą skazał na śmierć. Przygryzł wargi. Czasem trzeba podejmować trudne decyzje. Wyjął z kieszeni paszport.
Franz Hopper.
Miał deja vu. Już kiedyś podjął taką decyzję. Ale… to było w innym życiu. Mężczyzna pozwolił paszportowi zsunąć się z dłoni i obserwował, jak jego tożsamość powoli ginie w odmętach rzeki.
Zawsze lubił góry. Już kiedyś mieszkał w Alpach.
 – Może wrócę do Szwajcarii?
Wyjął z kieszeni drugi paszport. Nowy.
Nową tożsamość.
Michael Tyron.
 – Walka trwa, X.A.N.A.. Walka trwa.

Autor: Qazqweop

Angielska kołysanka

– Masz ochotę na herbatę? – pyta William, opierając się o ścianę.
    – Poproszę – odpowiadam niechętnie, nawet nie odwracając się do niego.
    – Czarna? Owocowa? Sencha? – wymienia chłopak.
Wzdycham głośno, czując narastającą irytację. Jeżeli w tej chwili nie pójdzie do kuchni, to poczuje w końcu moją złość na własnej skórze. Dunbar chyba zrozumiał przekaz i wycofuje się. Słyszę dźwięk zapalanego palnika i wyciągania dwóch szklanek. Dobry słuch nadal ze mną został od czasów nauki sztuk walk w Japonii.
Siadam na brzegu łóżka po turecku. Łokcie kładę na kolana. Opieram brodę o splecione dłonie.
Ciągle myślę o spotkaniu z tobą. Wyglądałeś tak dumnie w garniturze. Zupełnie niepodobnie do nastolatka mającego konflikt z rodzicami, problemy z ocenami i zakochanego w piłce nożnej. Gdy tylko zacząłeś opowiadać o tym, jak twoje życie potoczyło się po skończeniu Kadic, nie mogłam wyjść z podziwu. Jesteś mężczyzną sukcesu.
Czułam się marnym liściem, który opadł ze storczyka, gdy mówiłam o moim leczeniu. Ten kontrast był wręcz niemożliwy. W tym czasie wyszłam częściowo na prostą i podjęłam się kilku prac dorywczych. No i wisienka na torcie.
Mieszkam z Williamem Dunbarem pod jednym dachem.
Został moim współlokatorem.
Osoba, którą w młodości pocałowałam, będąc nietrzeźwa, je ze mną śniadania.
– Herbata gotowa, Yumi – informuje mnie współlokator. – Gdzie ci ją postawić? – pyta.
Odwracam się do niego. Przywrócona do rzeczywistości kiwnięciem głowy wskazuję na parapet. Chłopak bez słowa kładzie czerwony kubek na wskazane miejsce. Przygląda mi się, jednak nie zwracam dalej na niego uwagi.
Wtem dosiada się obok mnie i opiera ręce o parapet. Po chwili ciszy pyta:
– Chcesz gdzieś wyjść?
Nie odpowiadam. Przecież widzi, jak obecnie wyglądam. Marzę tylko o gorącej kąpieli i śnie.
–  Yumi. Co się z tobą ostatnio dzieje?
Wzruszam ramionami, nawet na niego nie spoglądając.
– Jadę załatwić kilka spraw na mieście. Kupić ci…
– Nie wiem, czy nie zauważyłeś, ale nie rozmawiam z tobą – przerywam mu, podnosząc głos.
– Przepra…
– Nie przepraszaj, tylko wyjdź!
William z początku nie wie, co ma zrobić. Jest zaskoczony moją postawą. Nie dziwię się, chwilami boję się samej siebie. Po chwili odsuwa się i wychodzi z mojego pokoju. Ściąga z wieszaka swoją ulubioną, czarną kurtkę i zakłada na siebie. Zakłada buty, jeden komplet kluczy chowa do kieszeni. Otwiera drzwi, jednak przed wyjściem mówi do mnie:
– Wrócę za pół godziny –
Zamyka drzwi na klucz. Jestem sama, chociaż na chwilę.

Kładę się na łóżku. Jestem zła na siebie za takie potraktowanie Williama. On jest nieświadomy.
Nie wie o niespodziewanym spotkaniu z tobą w kawiarni. Nie wie o tym, że nadal ciebie kocham.
    Podziwiam Dunbara. Zostawiłam go w chwili, gdy mnie najbardziej potrzebował. Wolałam połączyć tabletki swojej mamy z alkoholem. Pomimo tego chciał mnie odwiedzić w szpitalu. Do tego zadeklarował się pomagać mi tak często, dopóki nie podejmę się stałej pracy.
    Co mogłam innego zrobić po wyjściu? Mama zmarła, a ojciec zabrał Hirokiego do rodzinnego domu, zapominając o mnie. Zostałam sama. Musiałam przyjąć propozycję kolegi ze szkoły.
 
    Mieszkanie wypełnia dźwięk kontrabasu z dworu. Wstaję zobaczyć, co się dzieje.
    Trwa koncert pewnej wokalistki. Widzę jedynie białe włosy oraz kobiecą sylwetkę przy mikrofonie. Ludzi jednak nie ma dookoła sceny. Może to jest jakaś próba przed premierą i sprawdzają nagłośnienie?
    Wsłuchuję się z zainteresowaniem. Wstęp jest bardzo długi, ale jednocześnie bardzo kojący. Pomaga mi wrócić do rozmarzania, zanim William wszedł do pokoju z kubkiem herbaty.
    Widzę twoje ślady w moich snach.
Czy to głos w mojej głowie, czy anielski głos?
Jeszcze nie wystygły.
Herbata już dawno wystygła.
Na na na na na… na na na…
Rozglądam się podejrzanie.
Nikogo nie ma, telewizor oraz radio są wyłączone. Na dworze cały czas słychać tylko pianino wraz z kontrabasem i gitarą elektryczną. Nic poza tym.
Przenoszę się do salonu. Siadam identycznie, jak w pokoju obok. Dopijam resztę zimnej herbaty, a następnie włączam radio. Zamykam oczy. Z małego, czarnego pudełka wychodzi dźwięk piosenki. Doskonale ją znam. Nazywam ją kołysanką.

Kładziesz mi na usta bzy…
…Nawijasz wzrokiem cuda na kij

Słyszę dźwięk otwieranych drzwi. William już wrócił do domu. Nie wita się, jak to ma normalnie w zwyczaju. Patrzy na mnie z lekkim uśmiechem. Coś jest nie tak, jestem tego pewna.
– Muszę ci coś powiedzieć.
Wstaję i podchodzę do niego. Kołysanka dalej gra. Gitara walczy z pianinem o dominację.
– Bardzo mi się podobasz. Zależy mi na tobie.
Cisza. Radio na kilka sekund przestaje grać. A więc dlatego obiecałeś mi pomoc po szpitalu…
Ruszam ustami w rytm słów, jakie wypowiada radio w rytm kołysanki.
– Nie kocham cię…
Piosenka kończy moją myśl.

Choć pięknyś jest…
… jak tamten kwiat

Omijam Williama. Zmierzam do pokoju. Wyciągam sportową torbę i pakuję kilka moich rzeczy. Nie mogę mieszkać z osobą, którą tylko bym krzywdziła. Wystarczy, że ze sobą mam problem. Dunbar sobie poradzi. Może dobrze ułoży mu się z Marią. Zasługuje na niego.
Mam część odłożonych pieniędzy z dodatkowych prac.
Muszę się usamodzielnić.
Wracam do Japonii. Do mojego domu.
Do miejsca, gdzie słyszałam wiele kołysanek.

Autorka: Azize

One-Shoty