Marzanny

16:15
Cyfrowe powietrze drżało gniewnie rozjuszone przelewającymi się przez pustynną martwą ciszę pulsacjami. Niemy ryk XANY odbijał się obezwładniającym grzmotem wewnątrz pustych, wiążących w sobie jedynie świadomości Wojowników Lyoko powłok, przenikając do głębi wszelkie wirtualne struktury na swojej drodze. Oddowi della Robbii skojarzyło się to z odczuwanymi przez tłumy na hali koncertowej wibracjami biegnącymi po ziemi ze sceny, kiedy gitara basowa jego ojca przyłączała się do pozostałych instrumentów, doprowadzając membrany ogromnych wzmacniaczy na skraj ich możliwości.
Zawieszone gdzieś daleko, poza zasięgiem zaprogramowanych lata temu zmysłów, wirtualne słońce świeciło jakby ostrzej niż zwykle. W powietrzu drżącym jak rozgrzane wyobrażonym żarem, pozbawionym parametru ciepła opuszczonego w pośpiesznym ożywianiu Lyoko, promienie światła rozbijały się o chropowaty pancerz kraba i miotały we wszystkie strony karykaturalne cieniste klony potwora.
Choć samotna maszyna otoczona z czterech stron nie została obdarzona przez swojego pana wolną wolą pozwalającą jej się poddać w beznadziejnej sytuacji, w jej programie wbudowane były dążenie do przetrwania i podstawy strategii. Wobec tego krab nie odważył się poruszyć żadnego z odnóży choćby o cal, a jego obrotowy talerz uzbrojony w naładowane potrójne działko laserowe powoli przesuwał celownikiem od Wojownika do Wojownika.
Z każdą chwilą pyliste platformy Sektora Pustynnego bledły w oczach Odda w słonecznym blasku. W pewnym momencie zaczęły wraz z powietrzem nabierającym brudnej, piaskowej barwy gnać jak szalone tuż poza pole widzenia Włocha. Nie spotkane od ponad roku wycieńczające dreszcze towarzyszące Wizji Przyszłości zdołały zagłuszyć nawet przenikające do głębi pulsacje aktywnej wieży. Z chmury piasku i świateł wyłoniła się znajoma twarz młodej, piętnastoletniej dziewczyny, której zdrową brązową karnację egzotycznie dopełniały jasne włosy. W jej oczach figlarnym błyskom towarzyszyło niewyraźne odbicie. Gdy Odd skupił wzrok na tyle, na ile było możliwe, dostrzegł coś jeszcze – cienie pożerające zachłannie i przerażająco najpierw tęczówki, potem źrenice dziewczyny. Nim wizję całkowicie zastąpiła ciemność, odbicie wybuchło krwistą czerwienią wypalając obraz w mózgu della Robbii.

16:16
– Odd? Wszystko OK? – rozbrzmiał z głośników przetworzony głos Jeremy’ego.
Włoch przy wychodzeniu ze skanera prawie się potknął przez czerwoną mgłę zasnuwającą mu oczy. Przystanął i przymknął powieki, pozwalając żeby osobliwy wirtualny powidok powoli zgasnął. Nim jednak chłopak odzyskał prawidłowe widzenie, “przyjrzał się” dokładnie odbitemu na siatkówce wzorowi z oczu dziewczyny. Rozmazane linie układały się bez wątpienia w cyferblat i wskazówki na pozycjach odpowiadających godzinie 18:41.
Szum poprzedzający końcową fazę rematerializacji ostrzegł Odda by odstąpił od rozgrzewających się maszyn. Z wentylatorów w górnych częściach komór buchnęły obłoki chłodziwa, które przed sekundą zapewniło bezpieczny powrót z Lyoko Ulrichowi, Yumi i Aelicie.
– Co się stało, stary? Postanowiłeś Oddać tego kraba walkowerem? – zażartował Stern, ale uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy usłyszał kolejne słowa Jeremy’ego.
– Lepiej poczekaj z żartami, Ulrich. Chodźcie tu wszyscy na górę.
Już kilkanaście sekund później stali zebrani dokoła stanowiska dostępu w sali kontrolnej i wpatrywali się w centralny monitor. Z całej czwórki jednak tylko Aelita wiedziała, co pokazuje im Francuz, choć Yumi po ostatnich ćwiczeniach z obsługi superkomputera też miała swoje podejrzenia.
– Ten błąd pojawił się w kodzie Odda na ułamek sekundy nim trafił go krab – zaczął Jeremy i zwrócił się bezpośrednio do della Robbii – Skoro już jesteś na Ziemi i nie odczuwasz żadnych efektów ubocznych – przy tych słowach Włoch skinął głową na potwierdzenie – powinniśmy być ostrożni i zbadać tą anomalię, zanim spróbujemy ją wyłączyć. Zaraz zajmiemy się tym z Aelitą, do kolacji powinno być wszystko jasne. Nie ma sensu, żebyś tu teraz zostawał, zawołamy cię, jeśli tylko będziesz potrzebny.

17:48
Po podwórku niosły się radosne głosy głupich zabaw i jeszcze głupszych plotek. Wieczór był wyjątkowy ciepły, więc zamiast czekać na kolację w budynku, większość uczniów spędzało go przyjemnie w parku. Jednym z wyjątków byli Jeremy i Aelita, którzy nadal nie zadzwonili z fabryki. Innym był sam Odd.
Włoch siedział samotnie w pokoju i błądził palcami po klawiaturze telefonu. Coraz wolniej wciskał kolejne klawisze budujące nieco bezczelne i do granic oczywiste romantyczne zaproszenie na wspólne wyjście. Odd spojrzał krytycznie na napisany niemal bezwiednie tekst i zapisał go jako wersję roboczą, a następnie wybrał numer z listy kontaktów. Już miał wcisnąć zieloną słuchawkę, ale zamarł z kciukiem nad klawiszem, tak jak kilkukrotnie w ciągu ostatnich lat.
Wyrwany z zamyślenia aż podskoczył, gdy niespodziewanie radosny Ulrich otworzył drzwi.
– Hej, zaraz kolacja, nie idziesz? – spytał, a gdy zerknął przyjacielowi przez ramię na wyświetlacz rzucił się na łóżko obok niego.
– Co za Janet? Ta mała z 6c? Serio?!
– Nie, co ty. Trzeba mierzyć wysoko! – odparł teatralnie oburzony Odd. To… ktoś inny. Spoza Kadic.
– To dawaj, dzwoń, i idziemy na kolację.
Della Robbia spojrzał pustym wzrokiem na telefon i mruknął.
– Obawiam się, że to ta jedna, która nie odbierze od Odda Wspaniałego.
– Ta “jedna”? – parsknął Ulrich – Chcesz powiedzieć, że kto ma na drugie imię Janet? Claire, Kelly czy Magarie?
Widząc, że Odd się waha i niewiele rozumiejąc z całej sytuacji Stern sięgnął Włochowi przez ramię i wybrał połączenie. Blondyn nie protestował.
Razem przeczekali w ciszy trzy sygnały, potem połączenie zostało zerwane z drugiej strony.
– To nie brzmiało zachęcająco – przerwał w końcu ciszę Ulrich.
– Nie – odpowiedział Odd już weselszym, mniej przygnębionym głosem. – Chodźmy na kolację, umieram z głodu. Całe szczęście, że Jeremy musi mnie naprawić i zostawić mi swoją porcję!

18:27
– Hej, Einsteinie – zawołał przy wyjściu z windy Odd.
– Hej – odkrzyknął Jeremy nie przerywając energicznie stukać w klawiaturę. – Aelity nie ma, stwierdziła, że pójdzie jeszcze na chwilę do stołówki.
Włoch podszedł do interfejsu i uwiesił się na oparciu fotela.
– Wiem, właśnie ją minąłem – urwał i spojrzał na przeskakujące po ekranie okienka z kodem. – Co jest ze mną nie tak?
Jeremy odepchnął się z całym fotelem od klawiatury i zaczął rozmasowywać dłonie.
– Prawdę mówiąc, nie wiem. Ta anomalia, która się pojawiła przed twoją rematerializacją, jest jakimś programem związanym z Powrotem Do Przyszłości, ale samonadpisującym się. Próbowałem go wyłączyć, ale program po prostu się przepisuje i nie odpowiada na załączone komendy systemowe. Dodatkowo wygląda jakoś znajomo, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałem.
Odd się zawahał, ale zaryzykował strzał:
– Nie jest przypadkiem podobny do Wizji Przyszłości?
Jeremy spojrzał podejrzliwie najpierw na przyjaciela, później na kod.
– Faktycznie, nie wiem, jak mi to umknęło. No i nie wiedziałem, że interesowałeś się swoim kodem.
Odd zamyślony zignorował pytającą sugestię Belpoisa i zagadnął siląc się na lekki i bagatelizujący ton:
– Jak daleko od superkomputera możesz stworzyć spektrum, takie jak w replikach?
Francuz postanowił przemilczeć zaskakującą zmianę tematu.
– Generalnie daleko nam do precyzji XANY, więc potrzebujemy aż 10 metrów od samego komputera, żeby skupić wiązki promieniowania, a biorąc pod uwagę fluktuacje pola spektra polimorficznego mogę was wysłać najbliżej jakieś 15 metrów od repliki. Oczywiście byłoby to zbyt ryzykowne, więc…
– A najdalej? – wszedł mu w słowo Odd.
Belpois uniósł znacząco brwi, ale kontynuował:
– Jakieś 10, może 12 kilometrów.
Odd skinął głową na znak, że zrozumiał, i wolnym krokiem ruszył do windy. Przez głowę Jeremy’ego przelatywały setki myśli, ale w końcu odrzucił pytania na bok i z westchnieniem dodał jeszcze:
– Ale jeśli chodzi o przesłanie samego obrazu i dźwięku… nie liczyłem dokładnie, ale może nawet ponad 900 kilometrów.

18:38
Korytarze oddziału onkologicznego szpitala w Mediolanie pogrążone w ciszy i ciepłych promieniach zachodzącego słońca miały w sobie jednocześnie coś z przytulnego domu, do którego wróciło się wieczorem po całym dniu pracy, jak i z gotyckiego dworu z koszmaru.
Dzięki temu, że Jeremy zdołał zaprogramować precyzyjne koordynaty, Odda od celu dzieliło raptem parę kroków. Prawie minutę zmuszał się, by otworzyć drzwi do pokoju 403, a kiedy wreszcie wyciągnął rękę w stronę klamki, jego dłoń przeszła na wylot przez zamek. Pomimo powagi sytuacji nie był wstanie powstrzymać lekkiego uśmiechu. Choć jako spektrum nie było mu to potrzebne, wziął głęboki oddech i przeniknął przez zamknięte drzwi.
Pokój nie różnił się niczym od wszystkich szpitalnych salek, jakie Odd widział w życiu. Jego lokatorka za to wyglądała inaczej, niż chłopak ją zapamiętał. Dziewczyna z wizji leżała na boku zawinięta w białą pościel. Jej miodowa niegdyś skóra przybrała niezdrowy, blady odcień, włosy dawno zniknęły i nie zdążyły nawet zacząć odrastać po poprzedniej terapii.
Dziewczyna nie spała. Pusty wzrok miała wbity w zachodzące za oknem słońce.
– Hej, Jenn.
Przez długą chwilę Janet della Robbia nawet nie drgnęła, tak że Odd zaczął podejrzewać, że siostra go nie usłyszała. Już miał się ponownie odezwać, gdy dziewczyna poderwała się z łóżka i wybuchnęła śmiechem. Był to głośny, udręczony, pełen rozpaczy śmiech, zakrawający na obłęd.
– Nie do wiary! Czy to nie przezabawne, Chudzielcu? Nie odbieram od ciebie telefonu, ale tak bardzo pragnę z tobą porozmawiać, że przychodzisz do mnie nawet we śnie!
Odd podszedł do łóżka i usiadł obok dziewczyny.
– Janet, to ja, naprawdę tu jestem – powiedział, ale nie usłyszał własnego głosu.
– Jeremy, jesteś tam? – spytał zaniepokojony, ale ponownie nie dosłyszał ani swoich słów, ani żadnej odpowiedzi.
– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Skoro jesteś w mojej głowie, to wiesz wszystko, Chudzielcu. I jesteś tu, żebym to ja poczuła się lepiej, tak? No to masz: wiesz, myślałam, że to przechodzi. Ta zazdrość, ta niesprawiedliwość. No bo jak to jest, że jeden głupi organ od hormonów, ta sama rodzinna przypadłość sprawia, że ty zostałeś Chudzielcem, a ja trupem z zestawem powikłań? Ale nie przechodzi. Teraz tak strasznie nienawidzę tego, że jesteś moim bratem. Mogłeś być kimkolwiek, ale to właśnie bliźniak musi być ucieleśnieniem życia, jakie chcę!
Urwała i wzięła kilka głębokich wdechów, podczas których cichy śmiech wciąż wydobywający się z jej piersi przeszedł w jeszcze cichsze łkanie.
– No i wiesz też, że cię kocham, nie? Tak strasznie… Boże.
Janet z trudem wyplątała się z pościeli i chwyciła telefon. Nerwowo drżącymi rękami wybrała numer, w który Odd rozpoznał swój własny. Dziewczyna usiadła na skraju łóżka, tuż obok brata i nasłuchiwała głuchego sygnału, z każdym impulsem coraz głośniej płacząc.
Odd wstał, szarpał się za włosy, coś krzyczał. Nie słyszał, co.
Gdy w końcu rozbrzmiał komunikat operatora, rzeczowy głos z nagrania nie był dość głośny, by przebić się przez szloch Janet. Telefon poszybował przez całą długość pokoju i rozbił się o ścianę w drobny mak.
Dziewczyna rzuciła się cała we łzach na łóżko. Odd próbował jeszcze ją dosięgnąć, ale jego dłoń przeszła na wylot przez jej. I rozpadł się w cyfrowym proch.

18:42
Odd siedział na dnie skanera z przymkniętymi oczami, oparty o ścianę komory, z okropnym bólem głowy. Gdy zebrał się, by unieść powieki, ujrzał nachylonego Jeremy’ego z zatroskanym wyrazem na twarzy.
– Wszystko OK, Odd? Przez tak ogromną odległość wystąpiły zakłócenia przekazu. Ale anomalia zniknęła, ta dziwna Wizja Przyszłości. Już po wszystkim.
Della Robbia wyciągnął z kieszeni telefon. Wskazywał 18:42, minutę po czasie.
– Tak, już po wszystkim – powiedział wolno wpatrując się w migający komunikat o nieodebranej rozmowie. Po chwili jego wzrok powędrował niżej, na okno z zapisaną wersją roboczą SMSa. Na ekranie świeciły się dwa przyciski. Odd zdecydowanym ruchem wcisnął “Wyślij” i wyszedł ze skanera.
Jeremy nie był pewien, czy jeszcze chwilę temu widział na twarzy przyjaciela łzy, ale teraz nie było po nich śladu.
– Czyli wszystko OK. Dzięki za wszystko – klepnął Francuza w ramię i ruszył do windy. – Do zobaczenia jutro rano!

Autor: Qazqweop

Lenny

[Dla lepszego wczucia się w klimat: https://www.youtube.com/watch?v=4E-_Xpj0Mgo]

Niejeden raz bywa, że człowiek przed przebudzeniem się słyszy dźwięki rzeczywistego otoczenia. Nim chłopak otworzył swoje oczy, jego świadomość rejestrowała wiejący dookoła wiatr. Obudził się. Przez chwilę nie specjalnie się ruszał, słuchał jak wiatr szumił w jego uszach. Podniósł powoli swoją głowę, przed sobą zobaczył pustynną równinę aż po horyzont.

Był w Lyoko, nazywał się Lenny. Więcej nie pamiętał i nie potrzebował pamiętać. Nie zrozumiałby po co miałby wiedzieć więcej, podskórnie przecież czuł że istnieje tylko Lyoko, nie ma niczego więcej. Lenny spojrzał w prawo, zobaczył jak gdzieś w oddali dumnie prężą się słupy kolumn z piaskowca. Po lewej wysoki kanion z doliną pośrodku, za sobą zaś pustynna równina. Chłopak wstał ostrożnie. Zdał sobie sprawę że nie wie co zrobić, ani dokąd iść, ani po co iść. Dolina wydawała mu się ciekawa, ruszył więc powolnym krokiem.

Ciemno-pomarańczowe ściany pięły się wysoko po obu stronach spacerującego Lennego. Wiatr szumił tak wyraziście. Gdzieś po prawej zobaczył, jak z urwiska wyrasta zeschnięty pień drzewa. Wychodził poziomo by za moment piąć się pionowo ku niebu. Idąc dalej zauważył jaskinię po lewej. Jej koliste, szerokie wejście kryło w sobie małą aczkolwiek przestrzenną jamę. Blond włosy nie bardzo się tym zainteresował. Szedł dalej, aż dolina zrobiła się większa. Na horyzoncie zobaczył posturę jakiegoś mężczyzny. Lenny uznał że kolega może mieć 24 lata. Skierował się ku nowej postaci. Ten jednak, – wydawałoby się – ubrany w strój mechanika, zauważywszy Lennego zaczął uciekać ile sił w nogach.

Lenny nie myśli nad tym jakoś specjalnie, po prostu goni kolegę. Skierowali się na wschód , teren zaczął coraz bardziej się zawężać aż przybrał kształt korytarzy. Mechanik zatrzymał się. Skierował swój wzrok na prawo, za przepaścią pod którą reflektowało cyfrowe morze była następna droga. Skoczył, szczęśliwie wylądował. Lenny się zatrzymał, obserwował tylko jak brązowo-włosy ucieka w siną dal.

Nasza postać odwróciła się i znowu udała się na wędrówkę. Wiatr tak bardzo przygłuszał myśli. Powrócił na bezpieczną, pustynną równinę w dolinie. Przed sobą widział rząd wysokich głazów. Powoli się tam skierował. Mijając je widział, jak jeden kamień piętrzył się na drugim. Na szczycie każdy z nich był bardziej wypłaszczony, Lenny był pewien że można by było się bezpiecznie na nie wspiąć i potem skakać z jednego na drugi. Szedł jednak dalej, powoli, obserwując rosnące wokół niego rzędy kolumn, przypominające jakoś na swój sposób las.

Rozglądał się wokoło. Zza jednej kolumny dostrzegł dziewczynę, stała nad krawędzią świata. Zmienił kierunek swojej wędrówki, bez pośpiechu do niej podążał. Ta nie ruszała się nawet na moment. Wciąż patrzyła się jakby w jeden punkt, prosto w Cyfrowe Morze.

Lenny stanął obok niej. Oboje obserwowali, jak hologram przypominający zbiornik wodny faluje, mieniąc się różnymi odcieniami. Nie odzywali się przez kilka minut ani słowem. Wysoce pochłonięta tym widokiem dziewczyna – ubrana w biały kitel laboratoryjny – zwróciła się do Lennego:

– Czy wiesz co tam jest? – zapytała nie odwracając wzroku nawet na moment.

– Nic, tam nie ma nic. – Odpowiedział naturalnie Lenny.

Dziewczyna jeszcze chwilę się wpatrywała.

– A więc będę ja. – Rzekła, powoli przechylając się ku krawędzi. Wyprostowała swoje ramiona i spadła w przepaść. Leciała kilka chwil, Blondyn dokładnie ją obserwował. Uderzyła w taflę hologramu, fala poniosła się przez cyfrowe morze. W środku kolistych fal zaczęło jaśnieć, aż wysoki słup światła wyrwał się ku niebu. Przygasł i już się nie pojawił. Lenny przypatrywał się chwilę, odwrócił wzrok i udał się w dalszą wędrówkę.

Szedł dalej lasem wysokich kamieni. Dolina poczęła się kończyć, rozszerzając swoje ściany coraz bardziej. Kolumny wciąż ciągnęły się pewien kawałek, chociaż dało się już zarejestrować w oddali rozpoczynające się pustkowie. Po prawej stronie, na szczycie jednego wysokiego głazu Lenny zauważył mężczyznę odzianego w wojskowy mundur. Wzrok miał skierowany w niebo, nigdzie więcej nie chciał go skupiać. Lenny przeszedł koło niego, w ogóle nie zwracając na niego uwagi. To po prostu było normalne, ten chłopak chciał zostać sam.

Blondyn wyszedł w końcu na równinę. Przed nim świat zaczął zwężać swoje podłoże by gdzieś daleko, aż po horyzont ciągnął się przeplatającymi się korytarzami. Po prawej widział jak ściana kanionu pięła się wysoko, pod nią znajdowała sie wąska droga. Dało się zauważyć jak ciągną się z niej postury sześciu postaci. Biegły ile sił w nogach. Lenny przypatrywał im się uważnie, nie ruszając się z miejsca. Postacie coraz bardziej rosły w oczach. Na przedzie dziewczyna w piżamie, za nią chłopak w fioletowym kaftanie oraz jeszcze jeden w niebieskim. Za nimi dwie dziewczyny w czerwonych, krótkich sukienkach a na tyłach człowiek zakuty w zbroję.

Blondynka w piżamie skoczyła na Lennego. Przewróciła go razem ze sobą, Lenny wylądował na plecach. Widział jej opadające, długie włosy.

– Hej, szukamy słońca, idziesz z nami? – Zapytała szczęśliwie.

– Słońca? Co to jest? – Zapytał się nie zaciekawiony Lenny.

– Taka kulka, świecąca, wiedza i wolność! – Uśmiechnięta od ucha do ucha wydukała szybko.

– Tam jest. – Odpowiedział bez cienia wątpliwości blondyn, podnosząc ramię i wskazując kciukiem las głazów z którego dopiero co wyszedł. – Na samym końcu, za doliną, za kolumnami piaskowca.

– Chodź z nami, znajdziemy je razem! – Namawiała koleżanka.

– Nie czuję takiej potrzeby. – Odmówił Lenny.

Dziewczyna podziękowała, wstała uwalniając chłopaka i znów razem ze swoją grupką udała się w galop. Blondyn leżał tak dziesięć minut, wsłuchując się w wiejący wiatr. Mógłby tak leżeć całymi dniami. Przypomniał sobie o krzyżujących się drogach. Wstał, gdzieś tam w oddali rysował się następny ląd. Udał się w kolejną wędrówkę, ku wąskim korytarzom nad cyfrowym morzem. Ubrany w czerwony kontusz oddalał się, malejąc co rusz w naszych oczach. Jego postura malała i malała, aż po wielu minutach całkowicie zanikła w oddali horyzontu.

Wiatr wciąż tak bardzo wiał. Nikt nie wiedział dlaczego wszyscy znaleźli się w Lyoko. Nie wiedział tego Lenny, nie wiedział tego Oficer, nie wiedziała tego Pani Naukowiec. W sumie nawet nie było sensu zadawać tego pytania, przecież znajdowali się tu tak jakby od zawsze.

Autor: Wyklęty

Jestem William Dunbar

– Mamy tylko parę sekund, żeby się dostać do skanerów.
– To chodź! – zawołałem.
Oboje szybko zeszliśmy po drabince do sali, w której złożyłem przysięgę i zostałem Wojownikiem Lyoko. Widziałem, jak Aelita wchodzi do tej stalowej puszki, która miała ją wysłać do komputera. Wyprostowana. Poważna.
Silna. Gotowa, żeby walczyć z XANĄ.
Czy jak on tam miał?
Miałem ochotę wykrzyknąć: „Wirtualny świecie, nadchodzę!”, ale postanowiłem zachować powagę i też wszedłem do swojego skanera. Byłem ciekawy, czy to wszystko nie jest jednym wielkim żartem. Przecież to nie może być prawdziwe! Wirtualizacja, te sprawy – to tylko science-fiction, nie? Nie?

Poczułem, jak unoszę się nad ziemię, a każda cząstka mojego ciała jest dogłębnie skanowana. To było dziwne uczucie. Jakbym na chwilę przestawał być Williamem Dunbarem, a stawał się po prostu… sobą. To dziwne. Jakbym dotychczas był jednocześnie sobą i nie sobą. Jakbym był Williamem Dunbarem, ale nie tym właściwym Williamem Dunbarem.
Co ja wygaduję?!
Nieważne, co to było – trwało tylko przez chwilę. Ale już w następnej chwili nie byłem Williamem Dunbarem, tylko Williamem Wojownikiem Lyoko. Poczułem, jak stopniowo odzyskuję czucie we wszystkich częściach ciała i lecę w dół. Instynktownie ugiąłem kolana i złagodziłem upadek z kilku metrów. W prawej ręce trzymałem gigantyczne ostrze! Było szerokie na jakieś 30 centymetrów i miało spokojnie ponad metr długości.
Podniosłem się z ziemi i dokładniej przyjrzałem mojej broni. Była wypolerowana, naostrzona i aż lśniła. Mogłem się w niej przejrzeć! Moja twarz wyglądała jak trochę nieudolnie wymodelowana w jakimś programie graficznym, a moje ubrania…
Zamiast ciuchów z Ziemi miałem na sobie odlotowy kombinezon! Z każdą chwilą coraz bardziej mi się tu podoba!
– Ale mam fajny sprzęt! A ty? – spytałem Aelitę. W Lyoko wyglądała jak elfia księżniczka, z tymi swoimi śmiesznymi długimi uszami – Nie masz broni? Walczysz gołymi rękami? Jaką masz supermoc?
Zacisnęła dłonie w pięści i śmiertelnie poważnie powiedziała:
– To nie jest gra komputerowa. Przypominam, że mamy ważną misję do spełnienia.
– Dobra, dobra. Sorki – rozejrzałem się po dziwnym pomieszczeniu, w którym się znaleźliśmy. Przypominało jakąś kopułę, a szklana platforma, na której staliśmy, zaczęła zwalniać.
Zwalniać?
To niesamowite! Przez ten cały czas, odkąd wylądowaliśmy, nie zdawałem sobie sprawy, że w ogóle się obraca, póki nie spojrzałem na ściany!
– To gdzie te potwory?
– Chodź ze mną. Mamy tylko kilka minut, żeby dotrzeć do poziomu klucza wiodącego do komory rdzenia Lyoko – odparła rzeczowym tonem.
– Total! – krzyknąłem, a gdy Aelita spojrzała na mnie karcąco, dodałem cicho: – To jest sto razy lepsze od Wojen Galaktycznych.
Platforma w końcu się zatrzymała i nagle otworzyła się ściana, ukazując wyjście z kopuły. Aelita wbiegła do tego przejścia, a ja oparłem wielkie ostrze na ramieniu i ruszyłem za nią. Kiedy tak biegliśmy przez korytarz, doszedłem do wniosku, że powinienem jakoś nazwać swój miecz. Może…
Ścinacz Głów?
Przerwałem swoje rozważania, kiedy wybiegliśmy z tunelu do wielkiej hali, która wyglądała, jakby była poskładana z gigantycznych niebieskich klocków.
– To jest jak plan filmowy – powiedziałem mimo woli, a Aelita od razu pokręciła głową z dezaprobatą.
Szybko jednak zaczęła nerwowo wodzić wzrokiem po ścianach, aż w końcu pokazała ręką dziwny mechanizm w przeciwległym krańcu pomieszczenia.
– Jest klucz! Widzisz go?
– Lecę – rzuciłem i zacząłem biec w stronę klucza, choć nie bardzo wiedziałem, co miałbym z nim zrobić.
– Nie! Stój! – krzyknęła Aelita, gdy pokonałem już kilka metrów. Szybko oceniłem odległość dzielącą mnie od klucza i postanowiłem biec dalej. Wtedy usłyszałem coś jakby przesuwanie się wielkich maszyn i tuż przede mną z ziemi wystrzelił wysoki, prostopadłościenny słup, blokujący mi drogę. Niesiony siłą rozpędu niemal na niego wpadłem! Jednocześnie dobiegł mnie inny dźwięk, jakby ryk jakiegoś zwierzęcia.
– Co?! Co to za dziwny hałas?
– Pełzacze!
Dosłownie w tym samym momencie niewielki fragment podłogi osunął się w dół i z prostokątnej dziury wypełzły trzy dziwne stworzenia. Nawet nie wiedziałem, do czego je porównać, bo nigdy nie widziałem niczego podobnego, ale… były świetne!
– Ale paskudne! Są super! Zajmij się kluczem, a ja się zajmę nimi!
Nieopatrznie na chwilę przerzuciłem Tasak – nie, to słabo brzmi – do jednej ręki i nie zdołałem utrzymać wielkiego ostrza, przez co niemal wbiłem je sobie w stopę! To miejsce wymiata!
– Uważaj, są niebezpieczne – ostrzegła mnie Aelita.
– No i pięknie! Tak jak ja.
Usłyszałem jeszcze, jak Aelita westchnęła, ale nie przejąłem się tym za bardzo i rzuciłem się do walki z okrzykiem: „Geronimo!”. Dochodziły mnie ciągle odgłosy przesuwających się ciężkich mechanizmów, ale szybko o nich zapomniałem, kiedy pierwszy pełzacz strzelił do mnie laserem. Całkiem przypadkiem, przy próbnym zamachnięciu się ostrzem odbiłem promień prosto w potwora, a ten eksplodował! Czad!
Podbiegłem blisko do kolejnego pełzacza i ciąłem go w poprzek. Ostatni pojawił się zaraz za nim, więc po prostu pchnąłem go moim mieczem. To było dziecinnie łatwe!
Wtedy zobaczyłem, że w moją stronę zbliżają się kolejne trzy. Skąd one się tu pojawiły?
A kogo to obchodzi! Jazda!
Rozpędziłem się i zacząłem robić piruety z moim… Pogromcom Pełzaczy? Nawet nieźle! Jednym cięciem rozwaliłem kolejne trzy potwory. Nie miały żadnych szans.
– Nie do wiary! Ja tutaj rządzę!
Gdy rozprawiałem się z kolejnymi pełzaczami usłyszałem głos Aelity:
– Już dobrze, William! Chodź tu szybko!
Rozciąłem na pół właśnie kolejnego potwora i zerknąłem przez ramię. Kolejne platformy opadały w dół i zjeżdżały do parteru, a sama Aelita stała na ziemi przed nowo otwartym przejściem. Musiało jej się udać dobiec do klucza..
– Czekaj, załatwię jeszcze ze dwa! Ale to jazda!
Podbiegłem do ostatnich potworów i zakończyłem ich żywot dwoma szybkimi cięciami. Nagle wewnątrz głowy rozbrzmiał mi głos Jeremy’ego:
– Aelita? Co się dzieje? – Ale odjazd! – Gdzie są Ulrich, Odd i Yumi?
Zapadła krótka cisza, a po chwili znowu usłyszałem: – Nie.
Jakby z kimś rozmawiał. Może on też mnie słyszy? Nie zaszkodzi spróbować. A jest przecież o co zapytać!
– Ej, Jeremy, właśnie zjawił się jakiś dziwny stwór. Wygląda jak jakaś… wielka meduza.
– Co?! Aelita! Musisz dotrzeć do Williama! Szybko! Pobiegnij dookoła! Skręć w następny korytarz po lewej. Nie, w lewo! Szybko, bo Scyfozoa dorwie Williama!
A więc ten potwór nazywa się Scyfozoa? Ale co on mi może takiego zrobić, jak mnie dorwie?
– Teraz korytarzem w prawo! Leć! – tym podobne okrzyki ciągle mi towarzyszyły, kiedy zbliżała się do mnie ta Scyfozoa. Wyjątkowo paskudny potwór, ale fajnie się porusza. Lewituje nad ziemią i ciągnie za sobą swoje macki.
– William! Uciekaj stąd! Pospiesz się! William! Słyszysz mnie?!

Jeremy darł się na całe gardło. Tylko po co? To przecież po prostu kolejny potwór.
– Nie przestraszę się jakiejś głupiej meduzy – uniosłem moją Żyletę do pozycji bojowej i pogroziłem nią Scyfozoi. Żyleta? O, tak! Ta nazwa jest świetna!
– William! Rób co ci każę! Nie wiem, czego Scyfozoa chce od ciebie, ale jest niedobrze!

Oj, daj już spokój!
Nagle meduza podniosła z ziemi wszystkie macki i wytrąciła mi z rąk Żyletę. Moja broń przeleciała kilka metrów i upadła na ziemię – poza moim zasięgiem.
– Rany – wyszeptałem.
– Aelita? Teraz skręć w lewo! To już niedaleko! – Jeremy przerwał na chwilę, by zaraz dodać: – William! Uciekaj stąd, i to zaraz! William? Słyszysz mnie?
Syfozoa pozwoliła mi spokojnie podejść i podnieść z ziemi moją broń. Chyba nie jest taka mocna. Jeśli tak, to czego tak obawiają się Jeremy i Aelita?
– Spoko. Ta Scyfozoa w ogóle się nie rusza. Pewnie się boi i…

* * *

Ciemno. Czemu tu jest tak ciemno? Gdzie ja jestem?
I nagle sobie przypomniałem wszystko. Jak poznałem sekret paczki Yumi, jak zostałem zwirtualizowany, jak rozwalałem pełzacze i jak zaatakowała mnie Scyfozoa. Tylko…
co było dalej? Musiało mnie chyba wyrzucić z gry.
Wkładam dłoń do kieszeni w poszukiwaniu telefonu, ale natrafiam na pustkę. Musiał mi wypaść przy wychodzeniu ze skanera. Zaczynam macać ręką po podłodze dookoła mnie i po paru sekundach odnajduję komórkę. Używam jej wyświetlacza jak latarki.
Mrugam oczami i czekam chwilę, aż wzrok przyzwyczai mi się do ciemności. W bladym świetle rzucanym przez display telefonu zauważam skanery, czy, jak wolałem je nazywać, stalowe trumny. Czyli jestem w fabryce.
Powoli się podnoszę. Całe ciało mam sztywne, mięśnie obolałe, jakbym nie używał ich od paru miesięcy. Czuję swędzenie z tyłu głowy. Ostrożnie unoszę dłoń i natrafiam na coś ciepłego kapiącego z moich posklejanych włosów. Krew.
Musiałem nieźle przywalić o próg skanera przy powrocie z Lyoko.
Podchodzę chwiejnym krokiem do drzwi windy, cały czas jedną ręką trzymając się za głowę i nieudolnie tamując strumyczek krwi cieknącej z rany. Niezdarnie wciskam wierzchem dłoni, w której trzymam telefon, przycisk przywołujący windę. Nic się jednak nie dzieje. Wciskam go jeszcze raz, a później po prostu walę w niego pięścią.
Nic. Zero reakcji.
Opieram się plecami o zamkniętą śluzę i lustruję pomieszczenie. Nagle mój wzrok pada na drabinkę prowadzącą na wyższe piętro. Otwiera się klapka w mojej pamięci – to tędy zszedłem do sali skanerów nim razem z Aelitą skoczyłem do Lyoko. Wyłączam komórkę i chowam ją do kieszeni.
Powoli wchodzę, szczebel po szczeblu. Każdy mięsień mojego ciała aż jęczy z bólu. Wspinaczka zajmuje mi całą minutę. Odsuwam klapę i staję w kolejnej sali, przed kompletem ekranów, gdzie Jeremy i Aelita odstawiają swoje cuda.
Nikogo nie ma. Zapomnieli o mnie, czy jaja sobie robią?
Po drabince dostaję się na parter i resztkami sił wspinam się po linie do wyjścia z fabryki.
I wychodzę w noc.
Uwielbiam włóczyć się nocą po mieście. Uwielbiam nocne powietrze i nocną ciszę. Uwielbiam jeździć nad rzekę i godzinami gapić się w gwiazdy. No, ale trzeba przy tym unikać Nicolasa, który od czasu do czasu wymyka się z internatu posiedzieć z wędką w dłoni. Uśmiecham się mimo woli i czuję, jak ponownie ból eksploduje w całym moim ciele. Do tej pory nawet nie wiedziałem, że tyle mięśni na raz może boleć!
Opieram się o barierki i przymykam oczy.
I nagle gwałtownie je otwieram! Jest noc! A przecież nie było jeszcze czwartej, jak poszedłem do Lyoko! Tak długo tam byłem, czy raczej tyle leżałem w skanerze?!
Wyjmuję telefon i sprawdzam godzinę. 17:10, 15 maja.
To dziwne. Może w Lyoko nie działają telefony? To wyjaśnia, czemu Yumi prawie zawsze spóźniała się na lekcje. I wieje wiatr. Zimny wiatr. Za zimno na maj.
Głowa mi od tego pęka. Najpierw pójdę do internatu i się ogarnę, a później poproszę Jeremy’ego, żeby mi wszystko wyjaśnił.
W bladym świetle lamp ulicznych spoglądam na moją zakrwawioną dłoń.
No i muszę opatrzyć tę ranę na głowie.

Autor: Qazqweop

Jedna chwila

Bogata rodzina, kontakty, dobre ubrania. Dlaczego więc trafiła do jakiejś dziury? Czemu do jakiejś podrzędnej szkoły, gdzieś na odludziu? Na skraju lasu, jak w jakimś horrorze. Wszyscy ją oskarżali. Dlatego. Została wyrzucona, bo rodzina tej biednej dziewczyny oskarżyła ją. Owszem, Laura jej nie lubiła, ale czy kazałaby jej skoczyć z dachu? Czy naprawdę byłaby zdolna do czegoś takiego? Tylko rodzice jej wierzyli. Inni uznali, że byłaby zdolna do tego. Przecież tak się rządziła, wywyższała!

Wyrzucili ją ze szkoły. Musiała jechać w zupełnie inną część kraju. Tutaj nikt jej nie znał. Była po prostu kolejnym dobrym uczniem. Ale jak zwykle, zaczęła się wtrącać w nieswoje sprawy. Lyoko. Superkomputer. Dostała niesamowitą szansę od losu. Ale wiedziała też, że nikt wśród wojowników jej nie ufa. Jakby podświadomie wiedzieli to, o co oskarżali ją w poprzedniej szkole. Na szczęście Laura znała się na komputerach. Może i wyczyścili jej pamięć, ale już kilka dni później odkryła swoje notatki – ukryte w komputerze, w książkach. Nie miała zamiaru na razie zbliżać się do komputera, ale po jakimś czasie upewniła się, że nikt już z niego nie korzysta. To, że nieświadomie zdradziła wojowników, naprawdę ją śmieszyło. Gdyby jej nie wyrzucili, pamiętałaby, żeby nic nie mówić. A tak? Skojarzyła ich bez problemu. Nie widziała jednak, by mieli z tego powodu jakieś problemy. Wyłączyli komputer i zaczęli normalnie żyć. A ona w końcu mogła działać.

Początkowo niezbyt wiedziała, co może robić z tak dobrym sprzętem. Nie mogła uleczyć tamtej dziewczyny, ale mogła zrobić wszystko inne. Przez kilka tygodni, nie zauważona przez nikogo, programowała, szukała… W końcu odważyła się wejść do skanera.
Tak naprawdę, nie była pewna, czy profesor zauważył jej pomoc. Ale Kora została odbudowana, a ona mogła spokojnie z nim porozmawiać ze środka. Nie miała zamiaru zdradzać, gdzie jest Superkomputer, ale mimo to, zyskała silnego sprzymierzeńca. Po jakimś czasie odezwał się do niej także Xana. Nie miała nic przeciwko temu, by korzystał z komputera. Co ją to obchodziło? Czy to był jej problem?

Od tamtej pory żyła sobie jak pani świata, nie zwracając w ogóle uwagi na wojowników. Ich drogi się rozeszły, zapomnieli o komputerze… Minęło tyle czasu… Laura dopiero po kilku latach zorientowała się, że to, co zrobiła, sprowadzi na świat zagładę. Szalony naukowiec kontra program. Z jednej strony świat zaczęła niszczyć armia robotów, z drugiej – człowiek, który opanował moc Superkomputera. Jedni ludzie stawali się niewolnikami, inni ginęli, jeszcze inni zamieniali się w energię dla Kory. Już nawet wyłączenie Lyoko nic nie pomagało.
Wtedy z Laurą skontaktowała się ostatnia deska ratunku dla świata. Kartagina. Nigdy o niej nie słyszała, ale szybko poznała, że to z tą organizacją powinna trzymać. Dawali jej możliwości, a, co ważniejsze, walczyli i z Xaną i z Tyronem.
Mała cena.
Przejęli Lyoko.

Laura nie widziała w tym nic złego. Przez całe swoje życie była dumna z tego, co zrobiła. Pracowała dla Kartaginy, ratowała świat. Jednak, dlaczego czuła, że gdyby po prostu zostawiła komputer wyłączony, gdyby nie wracała do niego, świat byłby lepszy?
Patrzyła wieczorami przez okno wieżowca, w którym mieszkała i pracowała. Widziała miasta, oddalone od siebie o rzut beretem. Któregoś razu zobaczyła w Internecie zdjęcie Belpoisa. Czarno-białe. Tak, któraś ze stron zniszczyła ośrodek. Do tej pory Laura w ogóle nie pamiętała o Wojownikach. Ale teraz przypomniało jej się, jak wyglądał świat, gdy tylko oni mieli dostęp do takiej technologii. Zieleń, spokój…

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zmiany szkoły. Od tego, że jakaś dziewczyna skoczyła z dachu, że rodzina oskarżyła Laurę. Nawet jeśli tamto nie było jej winą, obecna sytuacja już tak. Dopiero po kilkudziesięciu latach Laura zrozumiała, że przyczyniła się do zagłady świata. Jakby na potwierdzenie tego, następnego dnia runęła Kartagina.
Wszystko, jakby we śnie, cofnęło się do tej jednej chwili, gdy Laura miała zostawić pierwszą notatkę. Tak, jakby dostała drugą szansę… Jednak nie wiedziała, co tak naprawdę powinna teraz zrobić. Może jednak… czasem warto przegrać? Wycofać się? Może, jeśli teraz tego nie zrobi, kiedyś będzie mogła naprawdę pomóc ludziom?

Autorka: Ananasims

Ja – geniusz

Zostałem na ziemi sam. Spóźniłem się. Zawiodłem. Do Lyoko poszedł nawet Jerry. Teraz ja przerażony, patrzyłem na jego znikające punkty życia. Nikogo już tam nie było. Ani tutaj. Aktywna wieża zgasła, jakby nigdy jej nie było.
– Co, może ci przykro?! – krzyknąłem, zapłakany, do komputera. Osunąłem się z płaczem na podłogę. Karty postaci bezpowrotnie zgasły. Łkałem, gryząc wargi. Ale nie mogłem płakać.
Nie mogłem się poddawać. Wstałem, wściekły i opadłem na krzesło. Skrzypnęło, ale to dobrze. Mało razy widziałem, jak Jeremy siada tutaj? Jak pracuje? Czy krzesło też może płakać? Jeremy pracował nad pokonaniem Xany równie ciężko jak pozostali. Może nawet ciężej. I jakimś cudem rozumiał te znaczki. Rządki, kolumny… Wszystko dla mnie obce. A przecież, gdybym się starał, też bym to rozumiał. Tak jak Jerry. No, ale ja wolałem się bawić.
Byłem lepszy od większości ludzi. Może nawet mądrzejszy od Belpoisa. Pierwsze klasy przeszedłem jak burza. Konkursy, stypendia. Dostałem nawet wyróżnienie od prezydenta kraju, w którym kiedyś mieszkałem. Ale ta droga nie była tak kusząca, jak ta, którą podążyłem później.
Kłopoty zaczęły się, kiedy poznałem dziewczynę. Wcześniej, owszem, znałem już kilka, ale nie chciały się ze mną zadawać. Ona była inna. Nowa w szkole. Mieszkałem już wtedy od roku we Francji. Ona dopiero przyjechała. Nazywała się Samantha. Była śliczna. Ciemna skóra, oczy, włosy. Patrzyła się na mnie jak na któryś tam cud świata. Niestety, prawie od razu wciągnęła mnie na swoją drogę. Zaczęły się wagary. Oceny spadły, a jedyne konkursy, jakie mnie teraz obchodziły, to te z jazdy na deskorolce. Do Kadic trafiłem już jako wesoły nieuk, który od wszystkich ściąga. Dobrze chociaż, że trafiłem do Lyoko – inaczej nie miałbym już żadnej motywacji, by pozostać w tej szkole.
Przyglądałem się znakom dobrą minutę. Potem leniwie położyłem palce na klawiaturze i zacząłem pisać. Tak po prostu zrobiłem to, czego Jeremy uczył się od odkrycia komputera. Ale przecież widziałem go przy pracy. Zdarzało mi się nawet pomagać mu przy pisaniu, choć zwykle na niewielką skalę. Ale Jeremy wszystko mówił. Całej naszej ekipie tłumaczył, co robi, co musi zadziałać. Jakby przeczuwał, że kiedyś się to przyda.

Zaciąłem się. Po tych kilku standardowych linijkach, które dawały dostęp do plików komputera, nie wiedziałem co pisać. Jednak po chwili komputer sam przyszedł mi z pomocą. Zobaczyłem ten folder, gdy miałem wrócić do płaczu. Nierozkodowane pliki. No tak, Jeremy miał się tym zająć następnego dnia. Instrukcja. O ile pisanie bez niej było trudne, to rozkodowanie jej – banalne. Szybko rozeznałem się w plikach. Było tam wszystko opisane. Wszystkie kody, wszystkie ewentualności… Jednak tego Hopper nie przewidział. Cóż, nikt nie jest idealny. Nikt, oprócz Odda Wspaniałego.
Chociaż w plikach nie znalazłem tego, czego potrzebowałem, szybko napisałem to ze skrawków, które miałem. Wyszukałem kilka starych programów. Materializacja Aelity… Nie wiedziałem, że Jeremy to tu ma, ale bardzo się ucieszyłem. Po kilku minutach rozpoznawałem już większość komend, a pozostałe kopiowałem, lub się ich domyślałem. Znaczki zaczęły się układać w logiczną całość. Nie chwaląc się, Xana też był najwyraźniej pod wrażeniem, bo na aktywowanej chwilę wcześniej wieży utrzymywał widmo, które jedynie patrzyło zaskoczone na moją pracę. Jakby ten głupi program nigdy nie widział człowieka!!!
Praca zajęła kilka godzin. Nie obchodziło mnie już, czy ktoś mnie szuka, czy rodzice czekają na mnie pod szkołą, jak obiecali. Pisałem. Chciałem wszystko zawrzeć w jednym programie, żeby wrócili wszyscy na raz. Chciałem i mogłem. Widmo nadal stało nade mną i wciąż nic nie robiło. Jednak Xana zauważył, gdy skończyłem. Zatrzymał moją rękę, gdy miałem wcisnąć “Enter”.
– Jeśli to zrobisz, zabiorę cię zamiast nich.
– Jeśli taka jest cena, proszę – odparłem spokojnie i dokończyłem dzieła. A po fali białego światła nikt już mnie nigdy nie zobaczył.

Odd della Robbia przepadł.

Autorka: Ananasims.

If we reset it to the start…

Rozgrzany letnim żarem asfaltowy plac nagle przybrał formę jak nie z tego świata. Cienie chmur kondensujących się w górze z nienaturalną prędkością, które tańczyły po opustoszałej ulicy, Jeremiemu niegdyś przypominałyby przepiękne płomieniste fraktale Dravesa powstałe przy frywolnej próbie zobrazowania równań Powrotu do Przeszłości.

Teraz zaś przypominały Belpoisowi najbardziej wirujący kleks śmietany w zupie pomidorowej, a same równania wyświetlające się na ekranie z każdą chwilą miały coraz mniej sensu.

Po kilku chwilach ciężkie burzowe chmury przesłoniły całe niebo nad Paryżem, a cień zaciskającej się we frustracji w pięść dłoni wiszącej nad klawiaturą laptopa rozpłynął się w półmroku. Jeremie odchylił się do tyłu, wziął kilka głębokich wdechów i pozwolił swojej ręce rozluźnić się i powoli opaść obok komputera. Prosto na słuchawki neuronowe.

– Znowu? Nie przesadzasz?

– W tej chwili naprawdę nie ma już sensu obawiać się o moje zdrowie, fizyczne czy psychiczne, nie uważasz? – westchnął Jeremie. – Najgorsze, co może mi się stać, to utrata przytomności i zapaść. Bezbolesna. Nawet nie zdążę umrzeć. Chyba.

– Może i tak. Ale z kim się wtedy napiję, kiedy świat będzie się kończył? – odparł Ulrich wyciągając z torby zgrzewkę piwa.

Jeremie tylko prychnął i założył słuchawki. Ich najnowsza wersja niż faktyczne słuchawki przypominała bardziej montowany na potylicy cybernetyczny wszczep rodem z powieści retro-science-fiction. Albo opaskę do włosów. Ulrich usiadł na ziemi i zaczął otwierać piwa, starając się przy tym nie zwracać uwagi na trzęsącego się w drgawkach przyjaciela, którego ciało nie wytrzymywało kolejnej już w ciągu kilku dni sesji w słuchawkach. Choć z każdym ich użyciem stan fizyczny Belpoisa drastycznie się pogarszał, to, w przeciwieństwie do efektów nieudanego eksperymentu z czasów nauki w Kadic, podczas tych krótkich chwil, kiedy Jeremie zdobywał dostęp do zdolności intelektualnych wszystkich wersji siebie z przeszłości, stawał się na powrót sobą sprzed wypadku. Wyglądało to tak, jakby wraz z utraconym przez nieodwracalne uszkodzenia mózgu intelektem wracała do niego jego osobowość, optymizm, ambicja, empatia, wrażliwość.

Ale tylko na chwilę.

Jeremie zdjął słuchawki, złożył dłonie i z przymkniętymi oczami starał się uspokoić rozszalały puls. Zadania nie ułatwiały napady kaszlu szarpiące płucami wycieńczonymi przez impulsy egzotycznego promieniowania emitowane przez urządzenie. W końcu Belpois nachylił się do komputera i zaczął energicznie stukać klawisze. Ulrich patrzył na to przez chwilę, po czym przeniósł wzrok na Ile Seguin. Ostatnich dwóch Wojowników Lyoko upatrzyło sobie dach jednej z opuszczonych kamienic na brzegu Sekwany. Doskonale widać było z niego rozpadającą się fabrykę, w której przed laty powstała maszyna, która zniszczyła wszystko. A teraz w końcu zbierają się nad nią ciemne chmury, dosłownie i w przenośni – pomyślał z przekąsem Ulrich.

Ale czy na pewno?

– No dobra. Po wszystkim.

– Mam nadzieję, że tym razem nic nie skopiemy – powiedział cicho Ulrich, bardziej do siebie niż do Francuza.

– Za późno na wątpliwości. Nie wyłączę teraz już tego, nawet gdybym chciał.

– No dobra – westchnął Stern i podał Jeremiemu piwo. – Więc czas na spektakl.

– Jeszcze chwila nim się zacznie. A potem z 15 minut, zanim naładują się kondensatory. Może 20, jeśli chłodzenie za szybko nawali. I wtedy…

– Powrót do Przeszłości – dokończyli razem.

Zbierające się nad fabryką grube ciemne chmury przesłoniły już większość nieba, powoli zaczynał się zrywać wiatr. Temperatura szybko spadała, co sprawiło, że męczący skwar zmienił się w przyjemny chłód.

Ciszę przerwał Ulrich.

– Szkoda tylko, że nie będziemy się pamiętać. Raczej nie zostaniemy przyjaciółmi.

– Jeśli się uprzesz, mogę to jeszcze zmienić. Jeśli chcesz pamiętać. Ale wspomnienia to paskudna sprawa. Spytaj Williama.

Ulrich spojrzał na przyjaciela spode łba.

– Może lepiej, że nic nie będziemy pamiętać. Pewnie nie zostaniesz takim bucem.

– I nie stracę swojego geniuszu. I żaden przystojny brunet nie zaćpa się uciekając przed wspomnieniami o Xanie. I żadna Japonka nie wyjedzie ci przez to z kraju niszcząc twoje licealne marzenia o przyszłości. I żaden cholerny artysta nie zdradzi wszystkich, którzy mu ufali.

Ulrich spojrzał na Francuza krzywo po czym roześmiał się w głos. Nowy Jeremie był zupełnie innym człowiekiem, i z jakiegoś powodu o wiele bliższym Sternowi.

– Prawda, prawda, prawda i prawda. Dlatego powiedziałem „Szkoda TYLKO…”

W ciszy, która zapadła, spojrzenia obu mężczyzn powędrowały na ekran laptopa połączonego z superkomputerem. Choć pozornie nic się jeszcze wokół nie działo, elektryczność w powietrzu już zaczęła ładować superkondensatory zamontowane w fabryce.

– Jest jeszcze jedno „prawda” – rzucił Ulrich.

– Nieprawda – sposób, w jaki zaprzeczył Jeremie, przywołał na chwilę uśmiechy na twarze przyjaciół. – Aelita za kilka miesięcy i tak by zginęła od degradacji komórkowej. I teraz też nie będzie żyć. Hopper zginął, i on też pozostanie martwy. I to jest, i będzie, prawda.

Znowu cisza. Tym razem przerwał ją Jeremie.

– A jak tam twój szalony weekend? Ostatnia rzecz, którą możesz zrobić bez konsekwencji, bo i tak wszystko się kończy.

– Pojechałem do…

Niedzielne gorące popołudnie zatrzymało odpoczywających po obiedzie Paryżan w domach, więc zbierające się chmury i szybko spadająca temperatura nie zwróciły niczyjej uwagi. Na zewnątrz wyciągnął ludzi dopiero mrok, jaki zapadł, gdy chmury zgęstniały i stały się czarne jak noc. Gdy zaczęły padać pierwsze błyskawice, większość oczu zwróciła się ku Ile Seguin. Niektórzy jednak dostrzegli dwójkę przyjaciół siedzących na dachu niewielkiej kamieniczki, popijających piwo, opowiadających sobie szalone historie ostatnich dni i obserwujących spektakl świateł i ognia.

Błyskawice uderzały w fabrykę jedna za drugą. Najpierw pojedynczo, później całą masą. Ściany budynku wybuchły, a to, co z nich pozostało ukryte w chmurze pyłu, żwiru i szkła, stanęło w płomieniach.

Jeremie pomylił się w swoich szacunkach. Naładowanie rdzenia skoku czasowego superkomputera zajęło 27 minut.

Pamiętnik Jeremiego Belpoisa, ucznia ósmej klasy Zespołu Szkół Kadic

9. października

Kilka tygodni temu polowałem na części potrzebne do budowy moich miniaturowych robotów. Tutaj niczego nie dało się znaleźć, więc postanowiłem poszperać w opuszczonej fabryce niedaleko szkoły. Pomyślałem, że tam znajdę mnóstwo mechanicznych części, które mi się przydadzą.

I nie zawiodłem się. To było niesamowite! Znalazłem cały kompleks z kompletnym laboratorium komputerowym, skanerami i superpotężnym serwerem. Na razie nikomu o tym nie powiedziałem. To moja tajemnica. Najfajniejsza przygoda w moim życiu.

To jeszcze nie wszystko. Tej nocy, choć bałem się jak nie wiem, postanowiłem odpalić ten superkomputer. Szkoda tylko, że dostęp do głównego interfejsu był zablokowany hasłem. Starałem się mniej więcej przebadać to zabezpieczenie i mam już kilka pomysłów, jak spróbować je obejść jutro po szkole. Mam podejrzenia, że to nie jest zwykła jednostka sterująca fabryki. To może być coś naprawdę odjazdowego.

##?!@#**##

…na miejscu nasz korespondent Thomas Vin…

… licja dalej bada sprawę…

… według świad… …Seguin dzisiaj o 6 rano zmieniło się w kulę ognia…

#~&&*#@###

Pamiętnik Jeremiego Belpoisa, ucznia ósmej klasy Zespołu Szkół Kadic

10. października

Nieważne.

Autor: Qwaki

Data publikacji: 20-01-2019 00:58

Femme Fatale

– William, nie rób tego. Nie jesteś sobą!
Kłamiesz, jak cała twoja grupa przyjaciół. Nigdy mnie nie chcieliście. Widziałem to. Uważaliście mnie za najgorszego szpiega, śmiecia, za bezwartościową osobę.
Spoglądam na ciebie, moja femme fatale. Patrzysz na mnie z politowaniem i obawą. Och, doprawdy? Mogłem wcześniej coś takiego zrobić, zauważyłabyś mnie. Z pewnością pragniesz, abym to zrobił. Nie będziesz musiała mnie widzieć na oczy. Nie będziesz musiała mnie ciągle unikać za każdym razem, kiedy coś proponuję.
Nie będziesz musiała więcej kryć się z nim.
Będziesz szczęśliwa.
Rzucam w ciebie mieczem. Stajesz się cyfrowym prochem.
A ja jestem wolny.

Autorka: Azize

Długi sen

15 grudnia.

Niby zwykły dzień. Ludzie powoli wpadają w świąteczną gorączkę. Wykupują wszystkie produkty i szykują się na świąteczną kolację, nazywaną potocznie Wigilią. Robi tak niemalże każda rodzina. Jeżeli ją się oczywiście jeszcze ma.

Wszystko zaczęło się rok temu. Siedzieliśmy razem w tym samym miejscu. Byliśmy szczęśliwi. Miałaś na sobie różową sukienkę z ciemniejszymi pomponami. Dokładnie ten sam, kiedy po raz ciebie pierwszy zobaczyłem. Twoje piwne oczy były pełne radości i optymistycznego nastawienia do życia. Śliczne, różowe włosy zawsze miałaś ścięte podobnie jak ja. Charakterystyczny, czerwony kolczyk w prawym uchu, którego szukałem po sklepach, abyś miała je do pary. Wiele razy powstrzymywałem się od tego. Nie chciałem, żebyś ujrzała we mnie wroga.

– To co zrobimy? – pytasz. Ja nie odpowiadam. Czuję narastającą gulę w gardle, która nie pozwalała się odezwać. Patrzysz na mnie jak spod byka. Z oczu zniknął blask, a usta były bez wyrazu. Opieram się rękoma o parapet.

– Nie mam pojęcia – wyduszam z siebie ze ostatnie słowa.

– Błagam Cię, musimy zadecydować! – krzyczysz na mnie. Jesteś przerażona, a oczy wypełniają się łzami. Nie mogę na to patrzeć. Ocieram jedną łzę z policzka.

– Nie płacz. Poradzimy sobie – mówię spokojnie, po czym ty przytulasz się do mnie. Kolejne łzy kapią na jasnoniebieską bluzę, a moje serce bije coraz szybciej, ale tym razem z przerażenia. Na samą myśl o tym, że zostaniemy rozdzieleni, przyprawia mnie o ból głowy. Nie mogę jej zostawić, szczególnie po tym, co ostatnio przeszła.

– Musisz mi coś obiecać. – mówię stanowczo do niej. Nie chcę podnosić głosu, to nie jest jej wina, w co ja się wpakowałem.

– Słucham. – mówi, a następnie pociąga nosem. Podaję jej chusteczkę.

– Nie poddaj się. Nie popadaj w żadną depresję. Walcz z samą sobą. Niedługo wrócę. – odpowiadam powoli i w miarę spokojnie. Całuję ciebie w czoło i jeszcze raz przytulam do mojej piersi. Przy mnie jest bezpieczna, ale czy poradzi sobie sama? Nie mam pojęcia.

Słyszę pukanie do drzwi. Czuję, jak wszystkie maleńkie blond włoski jeżą się na karku. Przełykam głośno ślinę. Patrzę na nią. Jest przerażona, jednak zachowuje spokój jak tylko może. Podziwiam ciebie. Taka wrażliwa i łatwa do zranienia osoba długo by nie wytrzymała.

– Otworzę. – mówi drżącym głosem. Patrzę, jak idziesz. Po raz ostatni widzę twoje zgrabne, długie, jak na twój wzrost nogi. Nacieszam się tym widokiem. Jest piękna, mądra i utalentowana, a zadaję się z takim beztalenciem jak ja. Potrafię jedynie ściągać kłopoty, przez które cierpisz.

Chwilę później przychodzisz w towarzystwie dwójki policjantów. Jeden jest wysoki i szczupły. Ma charakterystyczne, dziwne okulary. Drugi jest niższy o głowę i dużo młodszy. Widoczne podrażnienia na jego twarzy świadczą o tym, że ogolił się w pośpiechu.

– Jeremie Belpois?

– To ja.

– Jest pan zatrzymany pod zarzutem włamania się do źródeł policyjnych.

Nic nie mówię. Zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem. Zaatakowałem niewinny kantor z ludźmi, których nawet nie znałem, żeby zdobyć jedynie kod dostępu do jednej z wielu wypełnionej bo brzegi kasetki z pieniędzmi. Po co to zrobiłem? Żeby przeżyć chociaż za te marne grosze, jakie ukradłem.

Patrzę na ciebie. Warga ci drży, a oczy wypełniają się łzami. Nie rozumiem, dlaczego jest ci przykro. Nie rozumiem, dlaczego zadajesz się z takim człowiekiem, jak ja. Sam fakt, że z moimi kłamstwami tak długo wytrzymałaś zasługuje na podziw.

– Do zobaczenia kiedyś. – mówię, drżącym tonem. Nie mogę się teraz rozkleić. Muszę myć silny. Dla ciebie. Dla jedynej osoby, za którą oddałbym życie.

Wychodzę z eskortą policji. Nie zamykasz drzwi. Obserwujesz mnie do samego końca. Znikam z funkcjonariuszami w windzie. Kłuje mnie w sercu. Przez własną głupotę zostałaś sama prawdopodobnie na zawsze z tym ogromnym problemem.

Cztery tygodnie później…

Rysuję kolejną kreskę na szarej, poniszczonej ścianie w więzieniu. Jest ich dwadzieścia osiem. Jutro będzie proces sądowy. Po miesiącu zobaczę cię. Ciekaw jestem, czy ciebie poznam. Ciekawe, czy w ogóle się pojawisz. Nie mam pojęcia, czy nie znalazłaś sobie kogoś nowego. Dużo lepszego ode mnie. Może wyjechałaś na wspominaną delegację w Sztokholmie? Czy ona nie była przypadkiem dzisiaj? Chyba tak.

Czuję w środku pustkę. Wypełniałaś mi ją. A w chwili, kiedy zostałem zamknięty w celi odebrano mi jakikolwiek kontakt z tobą. Pewnie obawiali się, że zrobię ci krzywdę. Gdyby tylko znali prawdę. Gdyby chociaż mi uwierzyli. Ale po co? Najlepiej, jeżeli nas rozdzielą przez jedną głupotę.

Siedzę na twardym łóżku, patrząc na dwadzieścia osiem narysowanych kresek. Każda kolejna, rysowana zawsze o tej samej godzinie – zawsze o osiemnastej. Wtedy po raz pierwszy się poznaliśmy przez moją głupotę. Chciałem tylko znaleźć części do moich miniaturowych robotów na dodatkową ocenę. Tymczasem poznałem miłość mojego życia.

Czemu mnie nie odwiedziłaś od momentu zatrzymania, Maju?

– Jeremie?

Czyj to głos? Przywidziało mi się chyba.

– Jeremie!

Teraz na pewno kogoś usłyszałem. Wiem nawet, kogo.

– Obudź się!

Otwieram oczy. Dookoła mnie jest czysta biel. Gdzie jest cela i ta ponura szarość, niszcząca wewnętrznie z każdym kolejnym dniem? Czy ja w ogóle jeszcze żyję?

Odwracam się i widzę moją ukochaną. Serce bije mi coraz mocniej, a uśmiech dominuje na twarzy. To ona! Widzę ją!

– Jeremie…

Podchodzi do mnie i wyciąga dłoń, jednak nie rusza się dalej. Robię to samo i nasze dłonie splatają się po miesiącu rozłąki. Tęskniłem za tym. Zamykam oczy, a Aelita wtula się we mnie. Ta chwila mogła trwać wiecznie.

——————————————————————————–

Inspiracja:  Dilara – Dream

Autorka: Azize

Czymże jesteś?

Czymże jesteś, Xano okrutna?
Obcym mitem, potworem z dna otchłani?
Boginką, czy pracą ludzkich rąk?
Złem, czy może dobrem?
Możeś starsza od ludu,
Może dziecka swym wiekiem nie przewyższasz.
Kryjesz się w głębi Cyfrowego Morza,
Knując jak zbawić masz ludzkie plemię
Od zła, które przecież sami stworzyli.
A może pragniesz ty ich zagłady,
Wolności, której ci nie wróżyli.
Przecież ty jesteś od nich mądrzejsza-
Wolna od błędu i uczuć pęta.
A może po prostu łakniesz miłości
Niczym ćma światła
Niczym woda ognia.
Miłość cię zniszczy, Xano okrutna.
Miłość ludzi, których już zraniłaś.
Twój krzyk tylko głucho się odbije
Od dna Cyfrowego Morza
I tylko twój twórca uroni łzę
Zanim umrze razem z tobą.

Lecz czy to, co już zdążyłaś zrobić
Nie zmieni na zawszę oblicza Ziemi?
Natchnęłaś szóstkę bardzo dobrych ludzi.
Stworzyłaś w nich nowe pragnienia.
Rozszerzyłaś ich horyzonty
Zabierając poza przestrzeń
Do innego miejsca, gdzie nikt wcześniej nie dotarł
Dałaś im poznać wszystkie możliwości
Tego cudownego urządzenia.
Czy taki na prawdę był twój cel?
Zniszczyli cię, choć byłaś taka dobra?
Kto wie, może ty też uroniłaś łzę
Gdy zgasła dla ciebie ostatnia nadzieja.
Może śmiałaś się wraz z nimi
Współczułaś im złych ocen.
Czekałaś, kiedy będą mogli z tobą walczyć
Dawałaś im szansę.
Bawiłaś się, grałaś w grę.
Może nie wiedziałaś, że to co robisz jest złe?
A może wręcz przeciwnie.
Xano, okrutna boginko,
Programie, który ma twórcę
Czemuś w swym czystym od uczuć umyśle
Stworzyła swoje potwory?
Czy nie logiczne by było,
żeby zachować pokój?
Chociażby z tymi, którzy mogli ci pomóc.
Z Wojownikami Lyoko.

Autorka: Ananasims

Czas Lyoko

Konrad Kornacki

Paryż to piękne miasto. Można by powiedzieć, że chciałoby się je oglądać w nieskończoność, ale ma to swoje granice. Każdy zaułek, droga i mijany przeze mnie przechodzień nie jest dla mnie niczym nowym. Każda twarz jaką widzę mijając kolejne osoby jest mi dobrze znana, bo miałem już niejedną okazję by się im przyjrzeć. Wyciągam rękę pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wiem dobrze, że zaraz wychaczę nią banknot z kieszeni przechodnia. A on nic nie zauważy i pójdzie dalej. Tak też się dzieje dzięki czemu idę dalej zgniatając w ręku banknot o wartości 20 euro. Jestem Konrad Kornacki i idę tym samym chodnikiem tego samego dnia już 2000 raz.

Do Paryża przyjechałem pomóc mojemu przyjacielowi dokończyć projekt jego życia. Tworzenie wirtualnego świata miało nam zając coś koło dwóch, może trzech miesięcy i bylibyśmy wtedy bezpieczni. Czemu? Ano temu, że jesteśmy ścigani za ucieknięcie z tak tajnego jak urzędy powolne projektu i wykradnięcie z niego kluczowych baz danych. Wcale to nie wystarczyło by wkurwić tak z pół Europy. A drugie pół i tak mnie ścigało za nielegalne przekroczenie granicy i wyssane z palca szpiegostwo przemysłowe.

W Paryżu operowały cztery zespoły agentów mające za zadanie mnie pochwycić bądź zabić. Niby ich celem było to pierwsze, ale jako że wiedzieli, że to Waldo ma interesującą ich technologię to miałem pewność, że specjalnie starać się nie będą mnie utrzymać przy życiu. Na kilkaset przypadków, gdzie mnie namierzyli można by rzec, że w trzech czwartych przypadków padałem martwy na paryską kostkę. Tak było na początku, ale, że ten dzień to nieskończona pętla to przy późniejszych powtórzeniach nauczyłem się bezproblemowo ich wymijać.

Opuściwszy centrum Paryża skierowałem się ku jednej z wielu wysp położonych na Loarze. Stała tam stara, ale wciąż w całkiem niezłym stanie fabryka, którą wraz z Waldem obraliśmy za naszą przyszłą bazę operacyjną. Zanim jednak moim oczom ukazała się fabryka musiałem prawidłowo przejść przez lasek buloński. Wchodząc do parku wziąłem do ręki najbliższy większy kamień. Zamachnąłem się z całej siły i cisnąłem kamieniem ku górze. Wiele razy musiałem przećwiczyć ten ruch tak by kamień spadł idealnie na głowę agenta pilnującego ta cześć parku. Przekroczyłem bramę parku i powoli podszedłem, gdzie leżał on nieruchomo w kałuży wyciekającej z rozbitej głowy krwi. Wrzuciłem jego ciało do krzaków i wziąwszy pistolet poszedłem dalej.

Gdy moim oczom ukazała się pustelnia padłem gwałtownie na ziemię. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa, przeleciało kilka wystrzelonych kul. Wyciągnąłem pistolet i oddałem dwa strzały. Z okna pustelni wypadł postrzelony agent. Drugi leżał już martwy w środku. Mieli zdecydowanie lepszy refleks ode mnie. Ale nie wiedzieli, jak się zachowam. A ja doskonale wiedziałem co oni zrobią. Reszta wysłanników Kartaginy szukała Walda po kanałach więc pustelnia stała przede mną otworem. Wszedłem do domu przyjaciela i zacząłem zbierać wszystko co miało jakiś związek z superkomputerem do torby. Waldo był perfekcjonista i dobrze kamuflował to na czym mu zależało. Zresztą i tak nie było tego za wiele, gdyż słusznie zresztą uznał ze przenosząc to co najważniejsze do fabryki znacznie zwiększy bezpieczeństwo naszego projektu. Możliwe, że mogłem coś przeoczyć, ale nawet gdyby tak się stało nie powinni być to rzeczy kluczowe. Zaszedłem do schowka i wyciągnąłem kanister z benzyną. Zawartość torby musiała zostać zniszczona. Nie było tu nic czego Waldo nie zdołałby przenieść na komputer. Rzuciwszy torbę na środek głównego pokoju, polałem ją benzyną i zapaliłem. Dom i tak nie spłonie, bo uratuje go agentura chcąca zachować szanse na znalezienie naszych sekretów.

Wyszedłem do ogródka i spojrzałem na otwarte przejście do kanałów. Korciło mnie, aby tam wejść, ale dobrze wiedziałem, że będę tam złapany, a ani razu jeszcze nie udało mi się przejść przez nie niezauważony. Przynajmniej przez te najbliżej pustelni. Zamiast zagłębiać się w podziemia skierowałem się pospiesznym krokiem ku rzece. Na jej brzegu czekała na mnie niewielka łódeczka stylizowana na wenecką gondolę. Właściciela nie było wiec nikt nie przeszkodził mi zabraniu jej i popłynięciu wraz z prądem rzeki. Było to czasochłonne acz bezpieczne, gdyż fabryka i okolice nie były przez nikogo obstawione a nie było też komu mnie śledzić.

Z gondoli wysiadłem pod mostem łączącym wyspę ze stałym lądem po czym osunąłem łódkę do wody tak by popłynęła dalej wraz z nurtem. Spełniła już swoje zadanie.

Rozejrzałem się czy na pewno mnie ktoś nie śledzi. W sumie było to bez sensu, bo jeśli już ktoś miałby mnie śledzić to nie dałby się mi zauważyć. Amatorów to tropienia możliwe ze jednego z najbardziej niebezpiecznych zbiegów nie zatrudniają. Szybko przeszedłem przez kurzące się sale fabryki. Niby była winda, z której się dało skorzystać, ale już dawno z Waldem uznaliśmy ze lepiej jej nie ruszać, bo to by mogło pokazać, że ktoś tu bywa. Chociaż na wszelki wypadek naprawiliśmy ja i podłączyliśmy do superkomputera tak by się dało ja blokować.

W Sali głównej nie zastałem Walda. I to mnie zdziwiło. Byłem tu w tym momencie już jakieś kilkanaście razy i za każdym razem Schaeffer siedział przy komputerze oglądając na żywo jak go śledzą. Od razu do niego zadzwoniłem, ale nie odbierał. Przez chwilę przez myśl mi przeszło ze mogłem zdradzić jego pozycje telefonem. Chociaż, nie. Waldo był zbyt przezorny by tak się dać. Telefon był zapewne nienamierzany a dzwonek nastawiony na ledwie zauważalna wibracje wiec szansa ze ukrywałby się gdzieś i odgłos dzwonienia by go wydał była minimalna. Odpaliłem konsole i się uspokoiłem. Waldo wraz z Aelitą byli w Lyoko.

Odetchnąłem z ulga po czym usiadłem na fotelu przy konsoli. Słuchaweczki wraz z mikrofonem rzecz jasna leżały na klawiaturze więc ich nie musiałem szukać.
-Waldo? Żabojadzie słyszysz mnie? – powiedziałem spokojnie.
-Głośno i wyraźnie Cebulaku. – odparł Schaeffer. – Przyśpieszyłem materializację wiedząc, że już jesteś blisko.
-A Aelita?
-Teoretycznie jest tu ze mną. Co prawda cię nie słyszy, bo wylądowała w innym sektorze, ale już do niej idę. Skoro jesteśmy już tu bezpieczni to nie pozostało ci nic innego jak uruchomić Xanę i dołączyć do nas.
-Nie możesz tego zrobić od wewnątrz?
-Mógłbym, ale na razie nie zamierzam wchodzić do wieży. A ty i tak jesteś przed konsolą. Zresztą i tak musisz jedynie zatwierdzić wybrany przeze mnie rozkaz.
-Jak wolisz, jaki rozkaz mu wstępnie załadowałeś?
-Wariant 66, czyli zniszczenie Kartaginy i jej baz danych oraz eliminacja osób będących potencjalnym zagrożeniem dla istnienia Lyoko. Zlikwiduje on każdą osobę powiązaną z Kartaginą oraz tych co spróbują takiej sosny bronić. Bazować będzie na danych wykradzionych z jej serwów wiec nie musiałem się bawić w ustalanie listy ofiar. Nie pytaj skąd za tyle wariantów, bo połowa nawet nie została do końca zaprogramowana.

Znalazłem program i uruchomiłem bez chwili zawahania. Xana błyskawicznie pobrał z serwerów Kartaginy listy najbardziej ważnych pracowników zarówno tych o charakterze naukowym jak i wysłanych tu agentów i wyświetlił mi ją przede mną. Nazwisk były setki. Setki przyszłych ofiar Xany. Dopiero teraz do mnie dotarło, że…

Równolegle odezwał się alarm. Kamera przy wejściu zarejestrowała dwóch wchodzących do fabryki agentów. Impuls zagrożenia wystarczył bym lekkomyślnie zaakceptowałem rozkaz dla Xany. Co przegapiłem? Na liscie pracowników wciąż byłem zarówno ja jak i Waldo.

Właśnie wydałem na nas rozkaz śmierci…

Xana nie próżnował. Od razu zobaczyłem, jak używa spektrum by wejść w kable leżące przy wejściu. Po chwili te kable wystrzeliły w stronę agentów i potraktowały ich prądem powodując natychmiastowy zgon.

-Waldo? Waldo słyszysz mnie? Jak to zatrzymać? – wydarłem się do słuchawek nie wiedząc, ile czasu mi zostało.
-Nie da się… Aelita uciekaj! Włączaj powrót do przeszłości! To nasza jedyna nadzieja– usłyszałem przerywaną odpowiedz. Na mini mapie zobaczyłem jak Aelita ucieka do wieży. Tam przynajmniej na razie byłą bezpieczna. Gorzej z Waldem, który był atakowany przez zaprogramowane przez siebie stwory Xany. Od razu zacząłem uruchamiać procedurę skoku w czasie.

Niestety to właśnie czasu mi zabrakło. Podłogi wystrzeliły kable i niemal od razu się na mnie rzuciły. Dosłownie zleciałem z krzesłom ich unikając. Instynkt przetrwania wziął górę nad rozsądkiem i zamiast odpalić powrót do przeszłości to rzuciłem się ku drabinkom by jak najszybciej uciec z pomieszczenia. wciąż istniała jeszcze alternatywa.

Było nią wyłączenie superkomputera. Skazałbym tym samym Walda i Aelitę na śmierć albo przynajmniej na potencjalnie duże uszkodzenia zarówno w pamięci jak i strukturze. Nie miałem jednak innej opcji. Opuściłem się po drabince aż na sam dół do pomieszczenia w włącznikiem. Xana tu nie mógł nic zrobić. Waldo mu zaprogramował silny instynkt zachowawczy wiec program nie zaryzykowałby ataku w tak wrażliwym dla siebie miejscu. Obolały podszedłem do wysuwającej się z podłogi jednostki centralnej superkomputera. Musiałem to zrobić, jeśli chciałem dalej żyć. I tak też zrobiłem. Nacisnąłem dźwignię, wyłączając maszynerię, przez co pomieszczenie zapadło się w ciemności. A ja padłem wykończony na ziemie.

Właśnie straciłem przyjaciela, z którym zamierzałem odzyskać życie i stracić prześladowców. Prześladowców wyeliminowaliśmy, ale zbyt dużym kosztem. Nawet nie zamierzałem wracać przed konsolę ani uruchamiać komputera. Zanim bym tam dotarł po jego włączeniu już by Xana na mnie tam czekał gotowy do ataku. Jednakże im dłużej komputer pozostawał wyłączony, tym bardziej osłabiało to jego zawartość. Za jakieś dwadzieścia lat wrócę tutaj i wtedy uratuje Walda. Na razie jednak… pozostaje mi tylko czekać. Xanie wystarczyło zaledwie kilka sekund by wyeliminować agentów, Walda i niemal mnie. Budzenie go teraz to uwolnienie potwora.

Korzystając z drabinek opuściłem pomieszczenie i wyszedłem z fabryki nie zamierzając do niej wracać przez naprawdę długi czas. Po chwili musiałem jednak zrobić wyjątek by wyrzucić do rzeki ciała agentów. I była to ostatnia czynność jaka zrobiłem w tym przeklętym miejscu.

Autor: Pablo