Zakochany Ślizgon

            – Mógłbyś wyjaśnić ten list jeszcze raz? – spytał spokojnie Albus Dumbledore.
            – Mówię, że zabrał mi go ten kot! – krzyknął zirytowany William, wskazując na zwierzaka kroczącego dumnie  po gabinecie dyrektora.
Gdy zwierzak skoczył z biurka, zamiast sierści miał włosy i ludzką głowę. Wystarczyła zaledwie sekunda, żeby winowajcy już nie było. Zmienił się w profesor McGonagall, która spoglądała na chłopca wzrokiem pełnym pogardy. Młody czarodziej nie krył swojego zdziwienia. Nie wiedział, że nauczycielka jest animagiem.
            – To ciekawe – skomentowała Minerwa, która trzymała w dłoni kartkę. – Uważasz zatem, że pisanie miłosnych wierszy jest ważniejsze od nauki w Hogwarcie?
            Dunbar nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Zaskoczony nagłą przemianą nauczycielki jedyne kiwnął głową w ramach zaprzeczenia.
            – Uważam Albusie, że ten oto świeżak nie zna jeszcze zasad naszej instytucji – odezwał się opiekun domu ucznia, Severus Snape. – Pamiętajmy, że jest tu od niedawna, a wielu innych uczniów i po dłuższym czasie wyrządzało wiele szkód – mówiąc te słowa, spojrzał na swoją koleżankę z pracy.
            – Severusie, twój podopieczny nie jest już dzieckiem. Jeśli dalej będzie tak postępować, nie zostanie dopuszczony do egzaminów. Dopilnuję tego.
            Słowa opiekunki Gryffindoru sprawiły, że Williama przeszył dreszcz. W Hogwarcie uczy się dopiero pół roku, z dużym opóźnieniem przez pomyłkę. Powinien otrzymać list w dniu swoich jedenastych urodzin. Jednak przez błąd znalazł się w czwartej klasie, a jego dalsze losy są niepewne.
            – No dobrze – Dumbledore odłożył pióro na miejsce, splótł palce w koszyk i spojrzał na Williama. – Slytherin traci pięć punktów. Wróć do pokoju.
            Chłopiec kiwnął głową i wyszedł z gabinetu dyrektora.
            – Tylko tyle? Albusie! – skomentowała oburzona McGonagall.
 ~*~
            William usiadł na łóżku, przygnębiony rozmową. Po raz kolejny jego dom stracił punkty. Dodatkowo McGonagall dopilnuje, żeby nie napisał egzaminów i nie został dopuszczony do piątej klasy.
            Spojrzał na zdjęcie z rodzicami. We Francji, gdy jeszcze wszystko było dobrze. Nigdy nie był wybitnym uczniem, ale zawsze radził sobie na tyle, żeby przechodzić dalej. Kiedy tylko dowiedzieli się, że ich syn jest czarodziejem i powinien uczyć się od kilku lat w Hogwarcie, przestali się do niego przyznawać.
            Nie poczuł większej różnicy. Ojciec zawsze pracował i nie było go w domu, a gdy tylko ukończył siedem lat, matka poszła w ślady swojego męża. Miał lepszy kontakt z sąsiadami, niż z własnymi rodzicami.
            Do pokoju wszedł blondyn, który niezbyt zadowolony zmierzał w kierunku Williama.
            – Przez ciebie znowu straciliśmy punkty! – krzyknął, ściągając w emocjach swoją czarną szatę. Sala Slytherinu zaczynała się powoli wypełniać resztą podopiecznych domu.
            – Jak ciebie nie było, rywalizowaliśmy tylko z tymi głupimi Gryfonami – dodał Crabe.
            – A teraz mamy mniej punktów od Hufflepuffu – dokończył Goyle.
            – Dajcie mu już spokój – wtrąciła się Pansy, która poprawiała sobie włosy. – Jest opóźniony i działa na szkodę własnego domu, zamiast innego.
            Draco wraz ze swoimi przyjaciółmi zaczęli złośliwie rechotać. William wściekły uderzył pięścią w nocny stolik. W pokoju nastała cisza.
            – Szkoda, że nikt z was nie raczył mi w ogóle pomóc! To nie moja wina, że w papierach zrobili błąd i nie dotarłem z wami, mając jedenaście lat! Wszystkiego uczę się sam! A wy macie do mnie pretensje, że dom traci punkty za rzeczy, których po prostu nie wiem?
            Po tych słowach Dunbar wziął swoją torbę, zimową szatę i wyszedł. Pokój Ślizgonów dalej pozostał w ciszy. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji z jego strony.
 ~*~
            William postanowił się przejść na boisko Quidditcha. Lubił przebywać na trybunach i obserwować treningi drużyn. Zastanawiał się często nad dołączeniem, jednak wewnętrzne rozterki nie pozwalały mu zrobić czegokolwiek poza patrzeniem.
            Wyciągnął nową kartkę i zaczął od nowa pisać list do pewnej dziewczyny. Widział ją głównie na boisku do Quidditcha podczas meczy. Była doskonałą szukającą – niemal cały czas zdobywała punkty dla swojego domu. Poza celnością wyróżniała się rudym kolorem włosów. Czasem zamienili ze sobą kilka słów, jednak zawsze musiała pędzić na zajęcia, żeby nie mieć wpisanego spóźnienia.
            – Cześć William! – przywitała go ciepło Ginny. Chłopak od razu schował list oraz resztę rzeczy i wstał z uśmiechem, widząc dziewczynę. Przez kilka sekund uświadamiał sobie, z kim właśnie teraz rozmawia.
            – Hej. Co tutaj robisz?
            – Miałam mieć trening razem z braćmi, ale chyba o nim zapomnieli – odpowiedziała rudowłosa. – Pomyślałam, że ciebie nauczę paru zasad Quidditcha.
            – Mnie? – zapytał zaskoczony William propozycją.
    Jeszcze przed chwilą pisał dla niej list miłosny, a teraz nauczy go podstawowych zasad gry. Bez żadnego sprzeciwu powiedział:
            – Znaczy, tak. Chętnie.
            – Bierz nimbusa i widzimy się na boisku – powiedziała szczęśliwa panna Weasley i pobiegła się przygotować na trening. Sprawił, że jest teraz szczęśliwa.
            Dunbar wiedział, że Ginevra Weasley jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką poznał w życiu. Był jednak jeden problem. W zasadzie były dwa.
            Pierwszym był taki, że Ginny była zakochana w Harry’m Potterze.
            Drugi był gorszy. Ona jest z Gryffindoru, a on w Slytherinie.
 ~*~
            Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Hogwart był częściowo już udekorowany świątecznymi dekoracjami, a duchy poszczególnych domów śpiewały z radością kolędy. Slytherin nadrobił zaległości, które stracił przez Williama i prowadził w całej klasyfikacji.
            Dunbar szedł samotnie po korytarzach szkoły. Wszyscy już wcześniej skończyli zajęcia i każdy zajmował się innymi sprawami. Duplikat listu, którego oryginał zabrała profesor McGonagall, skończył pisać kilka dni temu. Wszystkie zaległości  już zaliczył. Nie słyszał już komentarzy pod swoim adresem od kolegów i koleżanek z domu.
            Co zatem może robić zakochanyŚlizgon w młodszej od siebie Gryfonce?
            – Cześć, William – przywitała go zupełnie inna osoba. Odwrócił się, a przy ścianie stała najsympatyczniejsza Krukonka, jaką chłopak poznał.
            Luna Lovegood od dzieciństwa miała niechlubny przydomek „Pomyluna”. Dunbar nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego uczniowie nie akceptują jej odmienności – szczególnie Slytherin. Bardzo często słyszał wyzwiska skierowane do dziewczyny.
            – Witaj, Luno – odpowiedział nonszalancko, a następnie wziął dłoń dziewczyny i ucałował ją. Blondynka z początku nie wiedziała, jak zareagować na takie przywitanie.
            – W twoim świecie tak są witane kobiety? – zapytała, będąc dalej w szoku.
            – Nie zawsze, chociaż uważam, że to powinien być obowiązek każdego mężczyzny – wyjaśnił William. Krukonka patrzyła na niego z podziwem, co dawało mu dużą satysfakcję.
            – Zastanawiam się, dlaczego nie jesteś u nas, w Ravenclaw. Poradzić sobie z tak ogromnymi brakami w czarodziejskim nauczaniu w takim krótkim czasie to powód do dumy.
            – Myślisz?
            – Oczywiście – odpowiedziała spokojnie Luna, a następnie założyła swoje widmokulary. Wyglądały one nietypowo. Oprawki były w kształcie dwóch dłoni skierowanych do siebie w przeciwnym kierunku, a miały kolor złoty. Lewe szkiełko było w środku niebieskie, a dalej białe. Prawe wyróżniał jedynie różowy środek.
            Świeży Ślizgon nie umiał zrozumieć, czemu Luna je nosi, jednak akceptował to w pełni.
            – Coś się z tobą dzieje, Williamie. – stwierdza dziewczyna.
            – Skąd to wiesz?
            – Zachowujesz się inaczej, niż zwykle – wyjaśniła Krukonka, a następnie uniosła swoje okulary na czoło. Dunbar westchnął głośno, po czym zaczął opowiadać wszystko, co go męczy:
            – Nie potrafię dogadać się ze swoim domem. Nikt nie wyjaśnił mi zasad funkcjonowania w Hogwarcie, przeze mnie Slytherin stracił dużo punktów i spadł na ostatnie miejsce. Do tego jeszcze McGonagall chce, żebym nie został dopuszczony do egzaminów.
            William usiadł na chłodnej podłodze, opierając się o chropowatą ścianę. Prawe kolano miał uniesione, a lewa noga była wyprostowana.
            – Jednak nie to jest najgorsze. Zakochałem się.
            – To urocze – komentuje Luna, która podczas słuchania jego historii schowała do upchanej torby swoje widmokulary.
            – Nie jest. Ona jest Gryfonką.
            – Co z tego?
            – Nie mam u niej żadnych czas – odpowiedział zrezygnowany.
            – Dlaczego? – dopytywała Luna.
            – Ona kocha Harry’ego Pottera. Z nim nie da się konkurować.
            – Spróbuj. Nie zaszkodzi – doradziła Krukonka.
            – Myślisz, że warto?
            – Oczywiście. Spójrz – dziewczyna wskazała dłonią na dwór. Był otulony białą pierzyną, a udekorowane choinki świeciły, dając dodatkowy blask.
            – Zbliżają się Święta. Piękniejszej okazji nie będzie.
            Dunbar zadumał się nad słowami koleżanki. Nie pomyślał w ten sposób. Jego dalsza nauka w Hogwarcie stoi pod znakiem zapytania, a Ginny z pewnością wraca do rodziny na Boże Narodzenie. Być może już nigdy więcej jej nie zobaczy.
            – Jesteś geniuszem! – wykrzyknął chłopak i zerwał się na nogi. Poczuł nowy przypływ energii. Musi teraz tylko zaplanować sytuację przed świętami. Ma jeszcze jeden prezent do zrobienia.
            – Powodzenia, Williamie – powiedziała Luna, która po raz czwarty zaczęła czytać najnowszy magazyn „Żonglera”, który przysłał pan Lovegood.
 ~*~
     Do Wigilii został jeden dzień. Cała szkoła została już udekorowana świątecznymi ozdobami, duchy krążyły po korytarzach, śpiewając z radością kolędy, a w Głównej Sali świeczki balansowały nad przygotowanymi miejscami dla uczniów, którzy zostali na Święta w Hogwarcie. Część uczniów już wyjechała do swoich rodzin.
            William czekał na pannę Weasley przed wejściem do szkoły. Zaproponował małe spotkanie przed wyjazdem dziewczyny na święta. Był jednocześnie zestresowany i podekscytowany.  Prezent trzymał schowany w torbie.
            – Hej, ślizgonie – zawołała z radością Ginny, widząc Dunbara.
            – Eee… Witaj – odpowiedział zaskoczony chłopak. To już? Tak szybko przyszła? Nie zdążył przygotować w pełni swojej wypowiedzi.
            “Działaj, William. Nie możesz tego zepsuć.” – pomyślał.
            Chłopak ujął jedną dłoń Gryfonki, po czym schylił się i pocałował ją. Spojrzał na minę dziewczyny obdarzonej nietypowym przywitaniem. Kilka sekund nie odzywała się. Kiedy minął jej największy szok, spytała:
            – Każdy mężczyzna tak wita dziewczynę w twoim świecie?
            – Tak zostałem wychowany, by takim gestem obdarzać kobiety – odpowiedział Dunbar tak samo nonszalancko, jak wyjaśnił kilka dni wcześniej Lunie.
            – Jesteś prawdziwym dżentelmenem – skomentowała rudowłosa, dalej nie mogąc wyjść z zachwytu nad zachowaniem chłopaka.
            – Przygotowałem dla ciebie mały prezent. Wiesz, święta… – powiedział William. Od razu wyciągnął niewielką paczkę okrytą złotym papierem i obwiązaną czerwoną wstążką. Wręczył ją dziewczynie.
            – Kolory Gryffindoru. Dziękuję ci, Williamie – wydusiła z siebie Ginny. – Też coś dla ciebie przygotowałam – po tych słowach wyciągnęła spod płaszcza podobnej wielkości prezent, zapakowany w barwach jego domu.
            Dunbar nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się podarunku od dziewczyny.
            – Muszę się zbierać. Niedługo odjeżdża pociąg. Bracia pewnie się martwią o mnie. Wesołych Świąt, Williamie!
            Ginny spojrzała na chłopaka jeszcze raz, po czym ominęła go i skierowała się  w kierunku pociągu. Dunbar nie odwrócił się – cały czas był zszokowany całą sytuacją.
            “Matko, zapomniałem!” – pomyślał chłopak, a następnie podbiegł do dziewczyny. Zaskoczona zatrzymała się, gdy tylko przed nią pojawił się William.
            – Zaczekaj. Muszę powiedzieć ci coś naprawdę ważnego.
            – Słucham – powiedziała ze spokojem panna Weasley.
            – No… więc… – jąkał się Dunbar. Nie wiedział, że powiedzenie jej uczuć będzie tak ciężkie. Pewnie wyjdzie na totalnego głupka przy ukochanej.
            – William, powiedz. Spóźnię się na pociąg – nalegała Ginny.
            – Dobrze. Zatem… – Ślizgon wziął głęboki oddech. Ujął w swoje dłonie jeszcze raz ręce Gryfonki. – Zakochałem się w tobie.
            Po tych słowach puścił dłonie dziewczyny. Patrzył jej w oczy, jednak nie potrafił nic z nich odczytać. Żadnej reakcji. Miał przeczucie, że niepotrzebnie wyznał uczucia. Ona woli Pottera – człowieka z jej domu. Na co on liczył? Że pokocha osobę z domu, którego całego wręcz nienawidzi?
            Nagle Ginny umieściła swoje dłonie na ramionach Williama. Stanęła na palcach i zbliżyła się do jego ust. Chłopak wiedział, co musi zrobić.
            Przybliżył się do dziewczyny, a ich usta złączyły się w jednym pocałunku. Dzwony w Hogwarcie dzwoniły coraz głośniej. Śnieg spokojnie prószył na ich twarze.
            – Matko, pociąg! – krzyknęła Ginny. Dała Dunbarowi jeszcze jednego buziaka w policzek, po czym ruszyła w pościg na stację. Chłopak teraz odwrócił się w jej stronę. Stał przy moście tak długo, póki nie zniknął z jego oczu ostatni wagon czarodziejskiego pociągu.
 ~*~
            Dzień później stu uczniów i cała kadra nauczycieli zasiadła przy stole. Byli już po dzieleniu opłatkiem oraz wspólnej kolacji. Teraz każdy rozmawiał w mniejszym lub większym gronie. Kilka osób śpiewało razem z duchami.
– Jak było? – zapytała Luna podczas szkolnej Wigilii. Chłopak głośno westchnął i odpowiedział:
– Miałaś rację. Warto było spróbować.
– Krukoni rzadko kiedy się mylą – powiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy.
– Właśnie! – krzyknął William do samego siebie. Z torby wyjął drugi prezent, po czym wręczył go Lunie.
– To dla ciebie. Nawet nie wiesz, jaki mam u ciebie dług.
– Naprawdę nie trzeba… – zaczęła dziewczyna, będąc zdziwiona gestem Ślizgona.
– Są święta. To mój prezent dla ciebie. Koniecznie załóż, chłodno jest – przerwał jej William. Zszokowana dziewczyna od razu założyła ciepłe, niebieskie skarpety od kolegi. Spojrzała na stopy i ruszała nimi, próbując nie wybuchnąć przez nadmiar radości.
– Skąd wiedziałeś?
– Zauważyłem, że ostatnio chodzisz boso.
– Draco Malfoy pożyczył moje buty. Mówił, że je odnowi – odpowiedziała Krukonka – Nie wiem jednak dlaczego, ale do dziś mi ich nie oddał.
– Zdobędę je – zadeklarował Dunbar, czując wstręt do kolegi z domu.
– Po świętach. Teraz na nich się skupmy – uspokoiła go dziewczyna.
– Masz rację. Wesołych Świąt, Luno.
– Wesołych Świąt, Williamie.

Autorka: Azize

Wiewiórka

Wiewiórka przemknęła po śniegu tuż przed kilkuletnią dziewczynką. Różowowłosa krzyknęła do ojca, co widziała, lecz on nie uwierzył. Kazał jej wracać do środka, by się nie przeziębiła.

***

Aelita rzadko dekoncentrowała się podczas matematyki, teraz jednak nie była w stanie myśleć o tych wszystkich równaniach, które pojawiały się na tablicy szybciej, niż była w stanie je przepisywać. Od kilku dni męczyły ją sny. Wspomnienia z dzieciństwa bez żadnego konkretnego kontekstu- ot urywki. Przypomniał jej się tort z szóstych urodzin, wspólne czytanie z ojcem, nawet coś związanego z jej matką – jak zakładała jasną perukę, gdy wybierała się na zakupy. Zapętało się to jednak w nieskończone kręgi. Kilka kręgów i cztery linie. Znak Xany. Sen zawsze się nim kończył. Ale przecież Xana nie żył. Prawda?

Zacznijmy może od tego, że Xana żył w przynajmniej kilku wersjach tego czasu. Na pewno w którejś nawet wygrał. W innej przeżył w komputerze profesora Tyrona, który w tej przestrzeni dopiero przypominał sobie, nad czym kiedyś pracował- znalazł jakaś starą notatkę, czy może Anthea przypomniała mu o dziele Walda. W jeszcze innej czasoprzestrzeni Xana przetrwał w ciele zwykłej wiewiórki. Wiewiórki, którą paradoks czasu wysłał do tej kilkuletniej dziewczynki.

Zatem Xana żył, choć nie był to ten sam Xana. Skąd jednak ten paradoks? Skąd Xana wziął się w spokojnej kryjówce Walda?

Cóż, to chyba była wina Jeremiego. Tak przynajmniej sądził, gdy postanowił samotnie wybrać się do tej czasoprzestrzeni.

***

Pojawił się zgodnie z planem w fabryce. Nikogo nie było, więc odetchnął z ulgą. Schował do torby paralizator, który na tą okazję kupił i poszedł na górę. Winda skrzypiała, zupełnie jak w jego czasoprzestrzeni. Uśmiechnął się delikatnie. Pewnie nie da rady wrócić.

Znalazł się w sali superkomputera. Niewiele się tu zmieniło, jednak widział, że nie jest u siebie. Leżała tu masa nowych rzeczy, krzesło było wymienione, a monitorów było ze dwa razy więcej. Chłopak podszedł do interfejsu. Musiał znaleźć Xanę. Wiedział jak, nie wiedział gdzie. Wpisał dane, które superkomputer powinien powiązać z programem.

Miło. Rezerwat wiewiórek.

Czy wiewiórki były pod jakąś szczególną ochroną w tym świecie? Jeremy potrzebował chwili, by zorientować się, co się stało. Jakaś epidemia. Gatunek zagrożony wyginięciem. Zostało około stu osobników.

– Cwany jesteś Xana. Cwany – przyznał Jeremy, wstając z krzesła. W tym momencie otworzyły się drzwi windy.

***

Różowowłosa spojrzała na okularnika. Nie widziała go od kilku lat. Od kiedy zginął. Co więc tu robił? Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Przyglądała się. Był wyższy, niż pamiętała. Miał delikatny, jasny zarost, którym najwyraźniej starał się przykryć te kilka pokręconych blizn. Na szyi majaczyła się blizna po poparzeniu. W kształcie znaku Xany.

Aelita przeklęła i wyciągnęła z kieszeni nożyk.

– Poczekaj chwilę – krzyknął do niej Jeremy. Uniósł delikatnie ręce, by je pokazać dziewczynie. – Szukam Xany. Pomóż mi go pokonać.

Kłamca.

­­— Kłamiesz- powiedziała Aelita i rzuciła się na niego.

***

Wiewiórka przemknęła po dachu Kadic. Nie łatwo było zmylić superkomputer, ale gdy przestał wysyłać sygnał szukania, Xana miał wolną rękę. Po chwili wślizgnął się do pokoju, który w jego czasoprzestrzeni należał do Jeremiego. Jakież było jego zdziwienie, gdy zastał tam rzeczy zupełnie obcej osoby. Czuł zapach spalenizny. Znalazł to za szafą. Kawałek jakiejś książki

Więc Jeremy zginął? Xana tak długo się ukrywał, że jego tutejsza wersja zdążyła wszystkich pozabijać? Przecież to niepotrzebne! On nigdy nie próbował zabijać ludzi. Nawet w ostatniej chwili, gdy nie miał już innego wyboru, niż zabić lub uciec.

Skoczył na klamkę i wybiegł na korytarz. Zaczął szukać reszty. Pokój Williama- ktoś inny. Pokój Aelity- zamknięty. W pokoju Urlicha i Odda, znalazł tylko tego pierwszego. Siedział na jedynym w tym pokoju łóżku i uczył się czegoś. Xana wskoczył na niego, zwracając jego uwagę, a później dotknął jego telefonu.

– Co się z wami stało?

Dodał swój znak. Nie był pewien, czy powinien, ale zrobił to.

– Zabiłeś nas, zapomniałeś? – warknął Ulrich. Nie zdziwiła go postać wiewiórki.

– Więc czemu któryś z was mnie szuka?

Ulrich zerwał się na równe nogi.

– Szuka? – zdziwił się. Pozwolił Xanie wskoczyć na jego ramię i wybiegł z pokoju. Po kilkunastu minutach znalazł się już w fabryce. Znalazł ciało. Ciało Jeremiego, starszego i dziwacznie ubranego. Później znalazł też Aelitę. Była w szoku, płakała. Nie zwróciła uwagi ani na Ulricha, ani na wiewiórkę. Po chwili straciła przytomność.

­- Nie mogę wezwać karetki- powiedział Ulrich. – Wybacz, kochanie.

Wstał i odszedł.

Xana spoglądał to na niego, to na znikającą w oddali różowowłosą. To nie tak powinno się zakończyć. Nie takie zakończenie przewidywał dla tej czasoprzestrzeni. Czyżby oprócz niego, te kilkanaście lat temu, pojawił się tutaj ktoś jeszcze? Ktoś, kto zepsuł wszystko? Zabił wojowników, tak samo jak resztę? Jak połowę ludzkości.

***

Zastanówmy się, co by było, gdyby oprócz Xany, w jakiejś czasoprzestrzeni żyłby ktoś dużo gorszy. Ktoś, kogo Xana powstrzymywałby od zgładzenia ludzkości. Co by się wtedy stało, gdy Xana zostałby pokonany? Gdyby zniknął w cyfrowym morzu, albo utknął gdzieś między Lyoko a Korą? Ten drugi przeciwnik nie dbałby o wojowników. W ogóle. Zabiłby ich, albo uczynił swoimi niewolnikami. Oczywiście posługując się tym samym znakiem. Znakiem Xany.

A może znakiem Hoppera?

***

Wiewiórka zasnęła na poduszce Ulricha. Dwa dni temu w fabryce znaleziono ciało nastolatki. Kręciła się tam masa osób, na szczęście jednak tutejszy Xana dobrze pilnował, by nie odnaleziono komputera. Zachodziło właśnie słońce, a Ulrich został sam. Jako ostatni wojownik. Tyle dobrze, że miał przy sobie tego Xanę, który nosił w sobie cząstkę dobra.

Autorka: Ananasims

Stary sklerotyk

Jim Morales obudził się, jak zwykle, w pokoju w internacie. Od dwudziestu lat te same ściany, ten sam sufit, te same meble… Jedynie zwiększyła się jego kolekcja kopii dyplomów i zdjęć uczniów. Tęsknił za czasami, gdy sam zdobywał nagrody.
Wstał, przeciągnął się, ziewając i wyszedł umyć się. Wszyscy w internacie jeszcze spali, była zaledwie piąta rano. Mężczyzna jak zwykle wbił się w swój szary dres i czerwoną bluzę, założył opaskę i, po pośpiesznym umyciu zębów, zszedł na dół. Kiedyś chodził biegać. Zawsze po przebudzeniu. Ale nie mógł zostawić budynku otwartego, ani nawet zabrać ze sobą kluczy. Rozłożył przed drzwiami swoje krzesełko i wczytał się we wczorajszą gazetę.
Jego oczy błądziły po literkach. Zwykle tego nie czytał. Czasem rzuciło mu się w oczy znajome nazwisko, czy twarz, ale tak naprawdę unikał prasy jak ognia. Gazeta miała jedynie dawać wrażenie, że jest w pełni skupiony. Tak na prawdę przez cały czas rozmyślał. Rozmyślał o pracy. Jego pamięć nie była najlepsza. Uczniów, z którymi cały czas przebywał, jakoś rozpoznawał, ale dawne wydarzenia mieszały mu się okropnie. Po tych dwudziestu latach w szkole nie pamiętał już, czy pracował w CBA, czy CIA, czy ścinał lasy amazońskie, czy może rozbił się tam prywatnym samolotem. Mieszały mu się fakty i daty. Jedyne, co było dla niego pewne, to tu i teraz.
Kiedyś jeden z profesorów obiecał mu pomóc. Jim już nie pamiętał jego nazwiska. Z twarzy owszem, poznałby go. Miał taką śliczną córeczkę… Zawsze przypominała Jimowi córkę jego kuzynki. Szkoda, że obie zmarły. Chociaż nie. Jim nie był pewien, co się stało z córką profesora. Ogólnie sprawa zniknięcia tego nauczyciela… Była dziwna i utkwiła mu w pamięci na dobre. Gdy kolejny dzień nie dawał znaku życia, wezwano policję. Przeszukano dom, znaleziono ślady włamania. Nic więcej. Nigdy nie trafiono na trop profesora, ani jego córki.
A to natomiast przypominało zawsze Jimowi to, jak pracował z kilkoma amerykańskimi sławami nad sprawą… Już nie pamiętał kogo. Jakiegoś Belga z doklejanym wąsem? Nie, nie. Coś musiało mu się pomieszać. Ale pamiętał dobrze, że już kiedyś coś takiego widział. Zniknął mężczyzna i jego córka. Porwani przez jakiś gangsterów, terrorystów, czy rewolucjonistów. Może to jednak był jakiś film?
Jim wzruszył ramionami i spojrzał na jakiś akapit. Znajome nazwisko. Tak, znajome. Jeden z jego kuzynów miał córkę, która poślubiła takiego jednego. Czyżby to o nim była mowa? Tragiczny wypadek? Niee… Gdyby to był ktoś z rodziny, już dawno by o tym wiedział. Wrócił do wodzenia wzrokiem po kartce, ponownie oddając się wspomnieniom.
Praca w cyrku. Tak, był też taki epizod w jego życiu. Zawsze lubił cyrki, ale przez tamten miesiąc nie bawił się dobrze. Nie wiedział, czy po prostu źle trafił, czy może było tak wszędzie. Żal mu się robiło tych zwierząt, które tam widział. Wściekał się na ludzi, którzy je tam trzymali. Stracił pracę przez to, że wygarnął w końcu to, co myślał. W twarz dyrektora. Nie dostał wypłaty. Znalazł się w zupełnie obcym mu rejonie Francji, bez grosza przy duszy. Wtedy po raz pierwszy spotkał….
Eureka!
Profesor Hopper!
Ale czy aby mu się nie wydawało? Przecież poznał go dopiero w szkole. Nie znał go wtedy, gdy zaczął pracować dla… Dla…
Zdenerwował się. Nie mógł sobie przypomnieć najmniejszego szczegółu. Wszystko musiało mu się pomieszać, ale przecież nie zapomniałby człowieka, który pomógł mu znaleźć tą pracę w… Gdzie? Gdzie on wtedy pracował? Po tym cyrku, zanim jeszcze trafił do Kadic?
Zanim jego pamięć zaczęła tak szwankować.
Ale chwileczkę. Przecież on nie miał aż tak złej pamięci. Pamiętał nazwiska swoich pierwszych uczniów, nauczycieli, z którymi pracował, nawet takich błahostek, jak kiedy wygrał misia dla tej kobiety, która tak bardzo mu się wtedy podobała. Czemu więc umysł płatał mu figle, gdy myślał o tym, co zdarzyło się wcześniej. Czemu nie mógł sobie przypomnieć, czy ścinał ten głupi las, czy może próbował ratować?

Nie zauważył cienia stojącego za drzwiami. Nie zauważył tego, który od lat go obserwował. Nie usłyszał słów:
– Zróbcie to jeszcze raz. Chyba coś mu się przypomniało.

Autorka: Ananasims

Stary dąb

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Ale nie było mu jakoś przesadnie przykro z tego powodu. Widywał wiele innych rzeczy. Codziennie coś innego.

Pamiętał czasy, gdy był młody, tak samo jak inne drzewa tutaj. Bał się, że złamie go byle wichura. Potem powoli dorastał. Wśród jego gałęzi zamieszkały ptaki, później jakiś gryzoń, który nigdy nie raczył pokazać się mu w świetle dnia. Później przyszli ludzie, którzy podkopali jego korzenie tak, że bał się, że umrze. Inne drzewa… Nie wszystkie to przeżyły. Las się przerzedził. Ktoś wyznaczył przez niego ścieżki. Ktoś inny postawił płot. Zwierzęta przestały tak często odwiedzać stary dąb, lokatorzy zostawali u niego krótko.

Później pojawił się człowiek, który odwiedzał go prawie codziennie. Dąb miał z tego wielką uciechę. Ale tamten nigdy się nie zatrzymywał, nie pogadał. Nigdy tak na prawdę nie zwrócił uwagi na staruszka. Wchodził do kanału, wychodził. Czasem nosił ze sobą wielkie pudła. Dąb dbał o to, żeby inne drzewa nie podłożyły mu korzeni. Ale on też zniknął, jak ptaki i gryzonie.

Te kilka lat, w których właz do kanału pokrył się rdzą, a inne drzewa zaczęły powoli odchodzić, nie należały do najciekawszych. Przychodzili tu tylko uczniowie. Pili, palili, bawili się. Często łamali dębowe gałązki. W końcu i oni zapomnieli o tym miejscu.

Jednak w momencie, w którym dąb zupełnie już stracił nadzieję na przyjaciela, pojawił się ktoś nowy. Najpierw właz do starego kanału znalazł chłopak– skóra, kości i okulary. Potem zaczął prowadzać tamtędy znajomych. Jakże cieszył się stary dąb, gdy zaczęli chodzić obok niego codziennie. W jego życiu coś się zaczęło dziać! Obserwował ich, słuchał ich młodych głosów, ich śmiechu, ale widział też rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Widział dziwaczne duchy, dziwacznych ludzi, rośliny i zwierzęta. Czasem chciał pomóc walczyć tym młodym ludziom. Ale cóż on mógł zrobić? Przecież i tak na końcu wszystko zalewała fala białego światła i świat wracał do normy.

Jednak i ci ludzie zapomnieli o dębie. Przestali chodzić do niego tak często, czasem przemknęli mniejszą grupą. W końcu na zawsze zamknęli stary właz.

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Cieszyło go, że chociaż zima postanowiła odwiedzić go po raz ostatni. Legł tej nocy na ten stary właz. Nie mógł już utrzymać się sam pośród porywistych wiatrów i obcych, młodych drzew. Rano, gdy umierał, mieszkająca w pobliżu wiewiórka położyła przy nim kamyk. Wiatr zerwał skądś kolorową szmatkę i ułożył ją niby kwiat. W końcu w ostatniej godzinie jego życia przyszedł też samotny człowiek.

Dąb pamiętał go. Pamiętał, jak tchnął w jego życie trochę kolorów. To ten chłopak- skóra, kości i okulary. Przyszedł po raz ostatni. Z gorzkim uśmiechem podszedł do dębu i położył na niego rękę.

– Więc tak się to skończy?

Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku na czarny garnitur. Usiadł, oparł się o stary pień.

– Tak się to kończy – powtórzył jeszcze.

W ostatniej chwili dąb żałował. Żałował, że przewrócił się na ten stary właz. Żałował, że nie dał już nikomu szansy przemknięcia tędy. Choćby jeden raz.

Autorka: Ananasims

Rycerska przysięga

Mądry wybór, chłopcze.
Skąd ten głos? Kim jesteś, że mnie wołasz?
Pomogłem ci zadecydować. Dzięki mnie jesteś wolny.
Masz rację, jestem. Teraz ona będzie szczęśliwa.
Ale to nie jest koniec. Zemścisz się na nich wszystkich.
Nie chcę.
W głębi duszy chcesz. Oni ciebie zniszczyli, szczególnie ta Chinka.
Japonka!
Nieistotne.
Zawsze wszystkich poprawiała, jak ktoś tak o niej mówił… to było bardzo urocze, widząc, jak potrafi się zdenerwować. Drobna dziewczynka, ale jak oddała z kopniaka, to była moc…
Te, panie romantyk! Chyba nie zamierzasz teraz się wycofać z powodu jakiejś dziewuchy?
To nie była zwykła dziewucha. Z nią można było konie kraść, lecz nie ze mną chciała przeżyć swój pierwszy raz…
Skończ już! Zemścisz się na ich wszystkich. Pokażesz, że nie jesteś nikim…
Bo nie jestem. Chyba…
Musisz złożyć przysięgę. Powtarzaj za mną.
Nie chcę się mścić. Ja tylko chcę jej szczęścia.
Gadaj więcej, to nigdy jej nie zobaczysz…
Chciałbym kiedyś popatrzeć na jej śliczny uśmiech…
Więc skończ żyć w obłokach i powtarzaj. Ja, William Dunbar…
Ja, William Dunbar…
Przysięgam walczyć o dobro Xany…
Przysięgam walczyć o dobro… Xany…
Choćby mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Yumi…
Choćby… mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Na wieki.
Na wieki.

Autorka: Azize

Przyjaciel

Yumi odskoczyła z gracją do tyłu, robiąc przy tym przewrót i odbijając kolejny pocisk. Cel zdążył dokonać korekty, nim wylądowała, ale na szczęście pomylił się o kilka centymetrów. Dziewczyna jednak poczuła na skórze delikatne mrowienie, jakie zostawiał przelatujący obok laser.

– Uważaj Yumi. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia – ostrzegł Jeremy.

– Spokojnie. Następnym razem nie będzie miał okazji.

Dziewczyna rzuciła jednym z wachlarzy. Cel wykonał unik i zaatakował. Ciemnowłosa nie spodziewała się tak szybkiej reakcji. Musiała wykonać kolejny unik. Kolejny raz cel chybił.

Trwało to już około godziny. Cokolwiek zrobiła Yumi, ciemnowłosy chłopak tego unikał. Gdy ona musiała uciekać, on chybił o włos. Sprawiało mu to najwyraźniej niemałą uciechę i Yumi mogła przysiąść, że tylko się z nią bawi. Nikt nigdy jej tak nie denerwował, jak ten nowy. Nawet jej młodszy brat. Nawet Laura.

Chłopak kolejny raz wystrzelił, tym razem jednak kilka pocisków pod rząd, chcąc w końcu zakończyć pojedynek. Dziewczyna nie dała sobie poznać zaskoczenia. Odbiła jeden po drugim. Naglę musiała jednak przyklęknąć. Trafił w nogę. Nie zwróciła uwagi na atak skierowany tak nisko. Prychnęła.

– Dobra, koniec – odparł Jeremy. – Sprowadzę cię.

Yumi skinęła głową, jakby okularnik miał to zobaczyć. Ciemnowłosy uśmiechnął się, a w jego oczach coś błysnęło.

– Odegram się przy wieży – rzuciła na pożegnanie dziewczyna.

Jej cyfrowa postać rozpadła się. Chłopak został w Lyoko zupełnie sam. Coś mówiło mu, że nie na długo, ale postanowił, że choć trochę skorzysta z wolności. Momentalnie znalazł się przy wieży przejścia i skoczył w jej odmęty.

Sektor, nad którym obecnie pracował Jeremy nie był ani trochę tak ciekawy, jak Kora, czy sektor piąty, ale dawał radę zaintrygować choć troszkę. Surowe pliki danych, których wciąż nie udało się ubrać w kolory, układały się w fantazyjne figury grubych, wysokich drzew i lekkich budynków, jakby wyjętych z opowieści o elfach. Chłopak lubił tu przebywać, a jego pan nie śpieszył się ze zniszczeniem tego miejsca. Zresztą, nie widział chyba w tym celu, albo przynajmniej był ciekawy, jak Jeremiemu uda się wykończyć tą część świata. Choć ciekawość, to w przypadku programu dosyć duże nadużycie.

Ale tak. Xana był ciekawy. Chłopak wiedział o tym. W pewnym sensie nie dziwił się, że tak rozwinięta inteligencja może być czymś zaintrygowana… Ale z drugiej strony, czuł się dziwnie, przyznając to. Tak nienaturalnie. Jakby mówił o kamieniu, czy drzewie. Coś ukuło go w głowie za to porównanie. No tak. Program, jak zawsze, słuchał. Nie złościł się raczej, ale wolał, żeby chłopak nie rozważał, do czego można by go porównać. No, chyba, że miałoby to zdekoncentrować przeciwnika przy wieży.

Chłopak w wolnych chwilach bardzo dobrze dogadywał się z Williamem. Gdy tamten nie miał szkoły, potrafili rozmawiać nawet po kilka godzin, o ile Xana nie postanowił inaczej. Wtedy musieli się bić albo przynajmniej rozejść się, jeśli Jeremy, po ocenie sytuacji, uznał, że solowa walka jest bezsensowna. Ocena wychodziła mu całkiem nieźle. Prawie zawsze trafiał.

Zresztą, co to była za różnica? Walka, rozmowa… Mieli wspólnych wrogów. Co prawda inne cele, które, według wojowników, były zbrodnicze, czy coś, ale chłopak nie rozumiał, czemu nie mogą po prostu dać sobie nawzajem działać? Hej! Przecież Xana nie niszczy wam pracy! Czemu wy to robicie jemu?

Zaśmiał się. Obie strony tłumaczyły mu to już kilka razy, ale on wciąż nie mógł pojąć.

Coś w głowie oznajmiło mu, że pora wyruszać.

Dokąd? Do Kory?

Do Kartaginy.

Chłopak westchnął. Nie lubił tam wracać. Do więzienia. Wolał przebywać ze swoim wybawicielem… Albo przynajmniej z przyjaciółmi.

Autorka: Ananasims

Powrót

Zaspał.
Nie żeby był to jego pierwszy raz: przecież nigdy ani nie był prymusem, ani nie przykładał zbyt wielkiej wagi do bycia punktualnym. Taki już był i zazwyczaj nie widział w tym absolutnie nic dziwnego. Ale ten dzień nie był przecież zwyczajny.
Był to bowiem pierwszy dzień Williama Dunbara na wolności.
Kto by pomyślał, że po paru miesiącach spędzonych jako niewolnik Xany chłopak tak spokojnie prześpi całą noc? Sam zainteresowany spodziewał się czegoś zupełnie innego – że przez wiele dni nie uda mu się zmrużyć oka, a jeżeli już jakoś udałoby mu się zasnąć, to koszmary powinny sprawić, że już chwilę później się obudzi. A tu proszę: William nie tylko padł na łóżko natychmiast po powrocie do swojego pokoju, ale przez te wszystkie godziny nie nawiedził go choćby jeden zły sen.
Tyle dobrego, że nie był aż tak bardzo spóźniony. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się nawet zdążyć na początek pierwszej lekcji, która miała rozpocząć się kwadrans po ósmej…
a przynajmniej tak mu się wydawało. A może zaczynała się równo o ósmej? Nie był pewien. Pamiętał, że w Kadic zajęcia zaczynały się o trochę innej godzinie, niż w jego poprzedniej szkole, ale nie potrafił sobie przypomnieć w której była to ósma, a w której ósma piętnaście. Nieco go niepokoiło, że przez tak krótki czas nieobecności zdążył zapomnieć tak kluczową dla niego informację. A może było to tylko tymczasowe rozkojarzenie i te wszystkie drobne wspomnienia z czasem wrócą? W każdym razie William głęboko liczył na to, że jednak zdąży. W końcu dzisiaj rozpoczynał się nowy rozdział jego życia, dobrze zatem byłoby udanie go przeżyć.
Na szczęście pomyślał chociaż o tym, by przed wyjściem z pokoju zerknąć na plan i sprawdzić numer sali, w której miały się odbyć zajęcia. I, chwała Bogu, był w stanie skojarzyć gdzie mniej więcej owa klasa się znajdowała. Chwilę później młodzieniec pędził przez nieco opustoszałe już korytarze zespołu szkół Kadic. Jeszcze tylko dwa zakręty, jedne schody i… tak, był na miejscu.
Ufff, tym razem mu się udało: jego koledzy dopiero wchodzili do środka. Zadowolony z siebie William podążył za nimi. Po wejściu lekko się zawahał. Która ławka należała do niego? Ah, tak, oczywiście. Ta na samym końcu klasy, od strony okien – na wpół sobie przypomniał, a na wpół odgadł. Gdy tylko zajął swoje miejsce, zagadała do niego siedząca tuż przed chłopakiem Yumi.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– W porządku… Chyba. – odparł krótko. – Jestem tylko trochę zdezorientowany.
– No cóż, biorąc pod uwagę okoliczności, to chyba nie ma w tym nic dziwnego. Ale raczej chodzi mi o to, czy… – zawahała się.
– Chcesz wiedzieć, czy w środku lekcji nie opęta mnie Xana i nie rzucę się na innych? – brunet westchnął. – Nie. Nie czuję jego obecności. A po tych wszystkich miesiącach, podczas których mną kierował, raczej wiedziałbym, gdyby jednak wciąż miał nade mną władzę, prawda?
– Chyba tak… – odparła niepewnie Japonka. Chciała jeszcze coś dodać, lecz wtedy konwersację przerwał im głos pani Meyer.
– No dobrze, wyjmijcie długopisy; kartki, jak zwykle, nie będą wam potrzebne.
Williama gwałtownie się wyprostował i przełknął ślinę, a następnie zwrócił się do dziewczyny
z wyraźnym strachem w głosie:
– Błagam, powiedz mi, że nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Ufff…
– Piszemy egzamin końcowy.
Chłopak pobladł. Widząc to, dziewczyna lekko się uśmiechnęła i kontynuowała:
– Co, nie myślałeś chyba, że najgorsze już za tobą?

William skończył pisać sprawdzian – o ile można nazwać tak rozwiązanie trzech zadań z dwudziestu – znacznie wcześniej, niż reszta klasy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie miał najmniejszych szans na zaliczenie. Zrezygnowany brunet podniósł się z miejsca, chwycił stos kartek i ruszył w kierunku pani Meyer.
– Skończyłem. – rzekł i wyciągnął rękę ze sprawdzianem w kierunku nauczycieli.
– Tak szybko? – odparła sceptycznie. – Posiedź jeszcze trochę, może przyjdzie ci do głowy coś jeszcze.
– Nie, nic więcej już nie wymyślę. Naprawdę.
Pani Meyer pokręciła głową z dezaprobatą; nadal jednak nie odebrała od niego egzaminu.
– Niech ci będzie. Wróć na miejsce i poczekaj, aż wszyscy skończą pisać. Tak jak się umówiliśmy, po przerwie dokładnie omówimy wszystkie zadania i podliczymy, ile punktów byście dostali, gdyby był to sprawdzian końcoworoczny. – William zdębiał. GDYBY był to sprawdzian
końcoworoczony?! – Chociaż patrząc na to, że skończyłeś po ledwie trzydziestu minutach, już teraz mogę ci powiedzieć, że jeżeli nie przepracujesz intensywnie następnego miesiąca, to nie uda ci się nadrobić braków i nie zdasz do następnej klasy.
– T-tak, ma pani rację. – wydukał chłopak i wrócił na swoje miejsce. Po drodze storpedował wzrokiem Yumi, która w odpowiedzi szeroko się do niego uśmiechnęła.
A jednak to prawda, że kobiety są bezlitosne.
Gdy zabrzmiał dzwonek, Brytyjczyk natychmiast odwrócił się do Japonki.
– No wiesz co?! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jest to próbny egzamin końcowy? Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie wystraszyłaś? Przecież wiesz, że nie mam pojęcia, co przerobiliście przez ten czas, gdy wciąż byłem więźniem Xany i…
– Ciszej, bo inni cię usłyszą. – przerwała słowotok dziewczyna. – Zresztą ten dowcip to i tak niewielka kara w porównaniu do tego, ile problemów nam przyniosłeś.
Chłopak szykował się już do wznowienia tyrady, gdy nagle podeszła do nich Anais.
– Mój drogi Williamie, skocz po kawę dla mnie i dla Priscille, dobrze?
– Co? – zaskoczony Dunbar zdenerwował się jeszcze bardziej. Yumi natomiast ze wszystkich sił próbowała powstrzymać się od śmiechu. – A niby dlaczego sama po nią nie pójdziesz?
– Ale o co ci chodzi? – odpowiedziała zdziwiona blondynka. – Przecież do tej pory nigdy nie przeszkadzało ci, że spełniasz nasze… hmmm… drobne prośby. Jak nie chcesz być pomocny, to trudno, ale nie musisz być taki opryskliwy. – zakończyła i wyraźnie naburmuszona wróciła do swojej ławki.
Zdezorientowany młodzieniec nie wiedział, co powiedzieć. Po chwili wykrztusił tylko:
– Yumi, co się… Dlaczego…?
– Oh, zapomniałam ci powiedzieć. – rzekła Ishiyama, gdy w końcu przestała się śmiać. – Widzisz, twój klon, którego podstawił Jeremie, nie należał do najbystrzejszych. Co prawda był w stanie na co dzień w miarę normalnie funkcjonować, ale miał kilka… niedoskonałości. Na przykład, gdy ktoś prosił go o przysługę, nie potrafił odmówić.
– Chcesz powiedzieć, że przez te kilka miesięcy mój klon robił za niewolnika dla reszty klasy?
– Oj, nie przesadzaj: użyłabym raczej słowa “pomagier”. A skoro już o tym mowa, to o ile dobrze pamiętam, twój bliźniak zgłosił się wczoraj na ochotnika do sprzątania sali gimnastycznej, także nie planuj nic na dzisiejszy wieczór.
William zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach. Może służba u Xany wcale nie była taka zła…?

Autor: Mayakovsky

Pierwszy taniec

W wielkiej sali jak na razie było pusto. Jedynie na podłodze zaznaczono kredą miesjca, gdzie za kilka godzin miały stanąć okrągłe, przywdziane w biel stoły, a wokół nich krzesła. Z okien zdjęto firanki, z żyrandoli klosze. Jutro miało to już być zupełnie inne miejsce. Pełne życia, świeżych kwiatów. Pełne ludzi.
Na salę weszli przyszli małżonkowie; trzymając się za ręce i żartując cicho. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi, kobieta od razu weszła głębiej, rozglądając się.
– Aelita, poczekaj – zawołał za nią mężczyzna. Ona z uśmiechem odwróciła się.
– Nie denerwuj się tak, Jeremy. Przez cały czas mnie widzisz – zaśmiała się, stając obok niego. – Nie ma tu Xany – dodała cicho.
Mężczyzna drgnął na dźwięk tej nazwy i odruchowo poprawił okulary
– To… Jak ci się tu podoba? – zapytał.
-Jest cudownie! – uznała Aelita, łapiąc go za ręce i ciągnąc za sobą. – Ta sala, ten ogród wokół budynku… Przepięknie. Przypomina mi o mamie.
– Na pewno nie chcesz jej jednak zaprosić?
– Tyron by z nią przyjechał. A wiesz. Od kiedy zupełnie zniszczyliśmy jego superkomputer… Dobrze, że nas nie pozwał.
– Moglibyśmy go nie wpuścić – zażartował mężczyzna.
– Chciałbyś awantury? Na weselu? Wystarczy, że Odd się upije i zacznie opowiadać niestworzone rzeczy o równoległych rzeczywistościach.
– Masz rację – zaśmiał się chłopak. – Wystarczy nam Odd… I Xana.
– Daj spokój. Myślisz, że zaatakuje? Przecież prosiliśmy, by się wstrzymał choć ten jeden dzień.
– Właśnie dlatego się boję. Może lepiej będzie wyłączyć Lyoko na czas wesela? W końcu, w razie czego, William może sobie nie poradzić… Nadal mam wyrzuty sumienia, że musi zostać w fabryce.
– Xana tak czy siak ma wiele innych komputerów, z których mógłby skorzystać. A ty pozbawiłbyś nas alarmu.
– Ehh – chłopak wzruszył ramionami. – Jak zwykle masz rację.
Z uśmiechem dał jej szybkiego całusa. Zaśmiała się.
Spletli swoje dłonie i weszli w głąb sali. Jeremy spojrzał za okno, na ogród. Przepiękny widok. Miał nadzieję, że w którymś momencie ucieknie tam z żoną, by spędzić choć chwilę tylko w jej towarzystwie.
– Mogłabym prosić pana do tańca? – zapytała niespodziewanie kobieta.
Jeremy spojrzał na nią.
– Oczywiście, księżniczko – odparł.
Złapał ją delikatnie w pasie. Uśmiechnęli się do siebie.
– Bez muzyki?
– A jak?
Zaczęli się kołysać, potem krążyć po sali. Starali się omijać miejsca, w których miały stać stoliki. Było to trudne. Zostawiono im bardzo dużo miejsca. A może po prostu było aż tylu gości?
Kobieta ucieszyła się na tą myśl. Zobaczy ponownie wszystkich ludzi, których w życiu polubiła. Przyjaciół ze studiów, z Kadic. Wojowników – starych i nowych; rodziców przyjaciół. Zaprosiła też Jima, by opowiadał kolejne niestworzone historie. Zaprosiła kilku nauczycieli, którzy w większym stopniu wpłynęli na jej życie. Zaprosiła jeszcze to małżeństwo z córeczką, które wybudowało się tuż obok Pustelni, którą oni przejęli oficjalnie pół roku wcześniej. I w końcu było jedno puste miejsce.
Dla ojca Aelity, by choć duchem był tu obecny. Na pewno ucieszyłby się, będąc tu.

***

Po jakimś czasie w końcu opuścili salę. Musieli jeszcze obejrzeć kościółek na przedmieściu, w którym mieli brać ślub. Rodzina Jeremiego ich namówiła. Aelita nigdy nie myślała o wierze, czy kościelnym ślubie. Nie pamiętała, czy jej rodzice w coś wierzyli. Nigdy nie zapytała też o to matki, choć rozmawiały często. Ale zgodziła się, ze względu na Jeremiego… A może to była tylko wola ich rodziny?
Weszli do środka. Tutaj już wszystko było ozdobione. Białe kokardy na wiklinowych krzesełkach, donice czekające tylko na świeże kwiaty, które miano przywieść rano. Poza tym, jedynie dwie staruszki klęczały tuż przy ołtarzu, zupełnie nie zwracając uwagi na młodych. Aelita weszła do środka, chcąc wszystko dokładnie obejrzeć, Jeremy czekał przy wejściu. W końcu oboje wyszli i wrócili do nowiutkiego samochodu, który Jeremy kupił za całą jedną wypłatę. Zarabiał naprawdę dużo.
Mężczyzna włożył kluczyk do stacyjki, jednak się zawahał.
– Coś się stało? – zapytała kobieta.
– Boję się, że coś się nie uda. Może Xana, może posypie się coś innego.
– Będzie dobrze. Jeśli chcesz, możemy przecież pojechać do fabryki i wszystko sprawdzić. Zobaczysz, że wszystko jest w porządku.
– Nie wiem, czy chcę tam dzisiaj jechać.
– Na chwilę. Uspokoisz się – zapewniła.
Przez chwilę mężczyzna milczał. Potem odpalił samochód.
– Dobrze.

***

Zatrzymali się przed fabryką. Sprzed bramy widać było kilkoro robotników, którzy kończyli odnawiać tą ścianę. Jeremy kupił teren, kiedy tylko zarobił wystarczająco pieniędzy. Teraz odnawiali tu wszystko, by budynek nie groził już zawaleniem. Niedługo mieli ruszyć produkcję sprzętu elektronicznego… W pewnym sensie cudowna okazja dla Xany, do ataku. Może dlatego nie blokował w żaden sposób inwestycji?
Ostrożnie weszli do środka. Winda była chroniona przez superkomputer. Nikt nie był w stanie się tam dostać, poza oczywiście Wojownikami. Zresztą pracownicy nie interesowali się nią. Jeremy pilnował ich pracy dzięki kamerom.
Zjechali do superkomputera – Jeremy do interfejsu, Aelita do skanerów. Mężczyzna włożył do ucha słuchawkę.
– Jesteś pewna? – zapytał?
– Tak – zapewniła go.
Kilka kliknięć. Jeremy włączył proces wirtualizacji. Po chwili otrzymał komunikat, że Aelita jest już w Lyoko.
– Och! – kobieta krzyknęła.
– Aelita?! Co się stało?! – mężczyzna poderwał się z fotela.
Kobieta śmiała się. Nie spodziewał się tego. Zaskoczony, opadł z powrotem na siedzisko.
– Och, tu jest cudownie. To twoja sprawka?
– Co? – zdziwił się.
Ponownie kilka kliknięć. Widział teraz Lyoko oczyma Aelity.
Znajdowała się w sektorze leśnym. Odzyskali jego kopię po kolejnym włączeniu superkomputera, jednak wszystko tu wyglądało inaczej. Zmieniły się tekstury, ułożenie platform. Na drzewach pojawiły się gałęzie z liśćmi, wyglądającymi jak prawdziwe, kwiaty.
– Uważaj. To może być podstęp – uznał Jeremy.
– Daj spokój. To nie ty robiłeś? – zapytała kobieta, ruszając przed siebie. Rozglądała się wokół.
– Nie. Nie ja. Zdewirtualizuję cię.
– Spokojnie, Jeremy – zaśmiała się. – To na pewno zrobili chłopcy. Wiesz, że coś przygotowywali.
– Aelita, proszę. Nie chciałbym cię stracić.
– Nie panikuj – znów się zaśmiała.
Na horyzoncie pokazała się wieża. Otaczała ją polana pełna kwiatów, a same jej mury porastał kolorowy bluszcz. Wśród jego listków coś się ruszało.
– Co to jest? – zapytał Jeremy.
– Tylko ptaki. Spokojnie – uznała.
Podeszła bliżej. Na chwilę usiadła na fotorealistycznej trawie.
– Przepięknie – przyznała.
Minęło jeszcze kilka minut. Aelita chodziła od wieży do wieży. Było aż nienaturalne, że Xana jej nie atakował. Przecież nie mógł uszanować prośby! Nie. Na pewno coś knuje. Na pewno zaatakuje podczas ślubu. Może powinni poprosić kogoś jeszcze, by tu czuwał? W końcu William nie dezaktywuje sam wieży. Nawet mimo sztucznych kodów, które wgrali każdemu. Może powinien poprosić jeszcze kogoś z nowych? Mężczyzna pokręcił głową. Kogo?
– Wracaj już – poprosił Aelitę.
Chwila ciszy.
– No dobrze. Dewirtualizuj mnie.
Chłopak kliknął enter. Komendę miał gotową przez cały czas. Chwila czekania. Nie mógł się doczekać. Zjechał do sali skanerów.
Aelita wyszła z tego po środku. Wesoła, wyglądało na to, że nic jej nie jest.
– Za bardzo się denerwujesz, Jeremy  – uznała.
– Może masz rację – przytaknął jej i poprawił okulary. – Chodźmy już do domu. Za kilka godzin zaczynają się nasze imprezy. Nie powinniśmy się spóźnić.
– Wolałabym spędzić noc tylko z tobą.
– Następna noc będzie nasza… O ile Xana nie zaatakuje.
– Przestań już z tym Xaną – delikatnie pacnęła go dłonią.
Roześmiali się.
Następny dzień miał być idealny i nawet Xana nie mógłby tego zmienić.

Autorka: Ananasims

Pamiątka

Chłopak o ciemnych blond włosach przechadzał się po domu. Gdy wchodził do salonu, zauważył pudełko owinięte czerwonym papierem. Gdy się do niego zbliżył, dostrzegł pod pudełkiem złożoną kartkę papieru. Na kartce zauważył ręczną zapisaną wiadomość.

Przepraszam, że nie będę mogła świętować Twoich urodzin razem z Tobą i Twoją rodziną. Nic Ci nie mówiłam, bo nie chciałam robić z tego powodu Tobie przykrości. To, że mnie nie będzie parę dni, nie oznacza, że nic dla Ciebie nie zostawiłam. 15 lat minęło, odkąd dałam podobny własnoręcznie wykonany przeze mnie prezent mojej najbliższej osobie na Boże Narodzenie, który bardzo się jej spodobał. Mam nadzieje, że chociaż to jest mały drobiazg, to też będziesz się cieszyć.

Gdy przeczytał list, rozerwał papier i otworzył pudełko. Ujrzał tam małą lalkę w kształcie elfa. Lalka miała czarne włosy, granatową spiczastą czapkę i czarne oczy. Nosiła złotą pelerynę, srebrny kombinezon i czarne butki. Gdy wziął ją do ręki, zauważył że z tyłu przyczepiona jest do niej metka. Na metce zaś było napisane małymi literkami: „Pan Pück”

Autor: Arwalen

Na granicy światów

Lipcowe słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, a wody pobliskiej rzeki wreszcie zaczynały ochładzać powietrze rozgrzane po długim, parnym dniu. Nieliczni przechodnie, którzy mieli nieszczęście kończyć pracę o tak późnej porze, myślami byli już w swoich domach i nie zwracali nawet najmniejszej uwagi na nastolatka, który niespiesznym krokiem kierował się w stronę starego, zardzewiałego mostu. Gdyby któryś z nich poświęcił chwilę, by nieco bliżej przyjrzeć się chłopakowi, z pewnością zwróciłby uwagę na elegancki garnitur, w który był ubrany, oraz głęboką zadumę, w której młodzieniec był pogrążony już od dłuższego czasu. Co bardziej opiekuńczy z nich mogliby nawet powstrzymać nieznajomego przed wkroczeniem do opuszczonej fabryki, do której najwyraźniej zmierzał. Ale, oczywiście, tak się nie stało – ludzie jak zawsze byli zbyt zajęci własnymi sprawami, by zauważyć nietypowość tej sytuacji. Może to i lepiej; w końcu Niemiec wiedział jak mało kto, że w zdewastowanym zakładzie nic mu nie grozi. Już nie.

Od samego rana Ulricha strasznie ciągnęło do opuszczonego budynku, choć zupełnie nie potrafił zrozumieć dlaczego. Dzisiejszy dzień był bowiem szczególny, gdyż zwieńczał jego dwunastoletni okres nauki w Kadic i chłopak nie powinien nawet myśleć o Fabryce, było przecież tyle osób, z którymi chciał spędzić jeszcze choć kilka chwil więcej, tyle spraw, które należało dociągnąć do końca oraz tyle zakątków szkoły i miasta, które pragnął zobaczyć przed wyjazdem ten jeden, ostatni raz. A jednak, pomimo tego wszystkiego, znalazł się właśnie tutaj i niespiesznym krokiem dążył ku historii, którą przecież on sam zgodził się zakończyć. Ale dlaczego? Czemu jako jedyny nie potrafił ruszyć dalej?

Ku zaskoczeniu wszystkich pierwszą osobą, która zostawiła Lyoko za sobą, był Jeremie. Choć, bez wątpienia, z całej ich grupy to właśnie on poświęcił wirtualnemu światu najwięcej czasu, to udało mu się pogodzić z jego utratą w zaskakująco szybkim tempie. Nim minął miesiąc od wyłączenia Superkomputera, Einstein dał się pochłonąć pracy nad zupełnie nowymi projektami i niemal całkowicie zapomniał o niegdysiejszych bojach. Potem przyszedł czas na Yumi: dziewczyna przystosowywała się do nowej sytuacji trochę dłużej, niż Jeremie, ale gdy tylko na pierwszy plan wysunął się temat egzaminów końcowych oraz studiów, Japonka całkowicie straciła zainteresowanie tematem ich dawnych przygód. Oddowi, który nie potrafił się pogodzić z utratą statusu bohatera, przyszło to znacznie, znacznie trudniej, ale w końcu i on przestał wspominać o Lyoko. Aelita… cóż, tęskniła za utraconym ojcem, ale za tym, co doprowadziło do jego śmierci, zdecydowanie nie. Nawet Williamowi udało się zerwać z przeszłością, choć w jego przypadku konieczne okazało się przedwczesne opuszczenie murów Kadic; jak sam twierdził, w Paryżu nie zostało mu już nic, prócz złych wspomnień i pozostanie w nim byłoby dla niego zbyt bolesne.

Bywały okresy, w których również i jemu udawało się zapomnieć o Lyoko: czy to podczas międzyszkolnych rozgrywkach piłkarskich, czy też tych kilku tygodni fascynującego, lecz nieudanego związku z Emily wspomnienia o wirtualnym świecie znikały gdzieś w odmętach jego umysłu. Za każdym razem miał nadzieję, że tym razem to już na stałe, że wreszcie poszedł dalej, tym razem już na dobre… ale to wracało: czasem prędzej, czasem nieco później, ale tęsknota za starymi czasami zawsze na powrót chwytała go w swe objęcia.

Wnętrze Fabryki nie zmieniło się prawie wcale od tego pamiętnego dnia, gdy odwiedził ją po raz ostatni. Konserwatorzy budynków z pewnością określiliby stan budowli jako opłakany, zdaniem Ulricha natomiast był on zaskakująco dobry, zważywszy na to, ile razy jego plecy testowały wytrzymałość poszczególnych elementów jej wnętrza. W powietrzu wciąż tańczyły tumany kurzu, widoczne jeszcze dzięki ostatnim promieniom zachodzącego słońca. Beżowe mury nadal przecinała siatka drobnych, powierzchniowych pęknięć, a zielonkawe metalowe belki cały czas dzielnie podtrzymywały ciemny dach, wysadzany gdzieniegdzie całkowicie już nieprzezroczystymi szybami. Na dole zaś czekała na niego poczciwa, zardzewiała winda, jak zawsze gotowa na to, by zawieźć go do ukrytego laboratorium. Ile to już czasu minęło, odkąd ostatni raz z niej skorzystał? Dwa lata? Więcej?

Ulrich bezwiednie chwycił za linę i powoli zsunął się po niej w dół. Tak bardzo żałował, że nie ma z kim podzielić się trapiącymi go myślami. Jeremie, Odd i Aelita wciąż byli jego przyjaciółmi, lecz w duchu zdawał sobie sprawę z tego, że żadne z nich nie potrafiłoby zrozumieć jego rozterek. A co do Yumi… nie, to była kolejna sprawa, którą powinien zostawić za sobą: skoro nie udało mu się popchnąć ich relacji do przodu, nim Japonka ukończyła Kadic, nie powinien stawiać jej wyżej od pozostałych. Zresztą, obecnie i tak znajdowała się poza jego zasięgiem. Przed rokiem jej rodzina postanowiła wyjechać z Francji, by dziewczyna mogła zdobyć wyższe wykształcenie w swojej ojczyźnie. Nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek spotkają się jeszcze twarzą w twarz, toteż obarczanie jej swoimi problemami nie wydawało mu się właściwe.

Odblokowanie windy zajęło mu zaledwie kilka sekund – chłopakowi tyle razy śniło się gorączkowe wstukiwanie kodu, że szczerze wątpił, by kiedykolwiek miał go zapomnieć. Po chwili zmierzał już w głąb starego szybu, pogrążając się przy tym we wspomnieniach dawnych czasów. Wciąż doskonale pamiętał tę ciekawość zmieszaną z nutką zaniepokojenia, która towarzyszyła mu podczas pierwszej podróży tą starą maszyną; Jeremie nie wyjawił mu wtedy jeszcze, dokąd właściwie zmierzają. Albo ten dzień, gdy Xana uwięził go w środku wraz z Sissi. Kto by wtedy pomyślał, że opatrzenie jego złamanej ręki nie będzie jednorazowym wybrykiem i kilka lat później dziewczyna postanowi zostać pielęgniarką? Albo tą jedną przejażdżkę, kiedy Jim – tak, Jim! – towarzyszył im jako pełnoprawny członek grupy. Do dziś Ulrichowi zdarzało się zwrócić do niego per “Jimbo”, co zawsze wywoływało w nauczycielu sporą konsternację. Albo…

Winda zatrzymała się z przenikliwym zgrzytem, a jej drzwi powoli się rozsunęły; Niemiec dotarł na miejsce. Gdy tylko chłopak przekroczył próg pomieszczenia klapy w podłodze rozsunęły się, uwalniając przy tym snopy jasnego, białego światła, a Superkomputer nieśpiesznie wychynął ze swojego bezpiecznego schronu – zupełnie jakby od chwili jego wyłączenia nie minęła nawet godzina. Coś jednak wydawało mu się nie do końca w porządku, choć nie potrafił określić co. Dopiero po dłuższym momencie uzmysłowił sobie, o co chodzi: w przeciwieństwie do reszty Fabryki, to piętro pozostawało nienaturalnie wręcz czyste. Na podłodze nie dostrzegł ani śladu brudu, którego przez tyle lat musieli przecież nanieść całkiem sporo, ani nawet kurzu, który na powierzchni przykrywał każdą choć trochę płaską powierzchnię.

“Xana”, pomyślał natychmiast, a jego ręka błyskawicznie powędrowała do kieszeni. Nim jednak zdążył wyciągnąć z niej komórkę, by czym prędzej powiadomić o swoim odkryciu pozostałych, młodzieniec uzmysłowił sobie, że ta teoria było całkowicie pozbawione sensu. W końcu, gdyby ich wróg faktycznie miał powrócić, to czy traciłby czas na coś tak trywialnego jak sprzątanie? Nie, wytłumaczenie musiało być inne. Przez głowę zdążyła mu jeszcze przebiec myśl, że może to ktoś obcy odkrył ich tajemnicę, nim w końcu dotarło do niego, jak było naprawdę: na podłodze, tuż obok drzwi windy, dostrzegł bowiem niewielki bordowy koc, drewnianą miotełkę oraz bardzo dobrze mu znaną zabawkę.

Ulrich pochylił się, delikatnie chwycił leżącego na ziemi Pana Pucka i westchnął przeciągle. Chłopak po raz pierwszy pomyślał o Superkomputerze nie jako o siedlisku ich odwiecznego wroga czy narzędziu umożliwiającym mu przeżywanie przygód w Lyoko, lecz jak o monumencie upamiętniającym jego twórcę. W duchu poczuł nawet lekkie wyrzuty sumienia; jak mógł nie pomyśleć wcześniej, że Aelita będzie czuła potrzebę odwiedzania Fabryki? Później będzie musiał się zastanowić, czy powinien porozmawiać o tym z dziewczyną, czy pozwolić jej zachować ten mały sekret dla siebie. Póki co jednak…

Czarna, metalowa dźwignia na tle innych, znacznie bardziej futurystycznych elementów maszyny wypadała boleśnie wręcz prozaicznie; ot, zwykły kawałek żelastwa, na którym powoli zaczynały pojawiać ślady rdzy. Dzisiaj jednak ten niepozorny uchwyt przyciągał Ulricha niczym magnes, mamiąc go wizją powrotu do starych, dobrych lat. Cóż z tego, że były one cholernie niebezpieczne, skoro jednocześnie wydawały się tak… proste? Niezależnie od tego, na jak trudne przeszkody natrafiali, przyświecający im cel zawsze pozostawał wyraźnie widoczny. Ulrich nigdy nie musiał się zastanawiać ani nad tym co robi, ani nad sensem swoich działań; wystarczyło, by jego ostrze dosięgnęło wystarczająco dużą ilość potworów, a Aelita dotarła cała do wieży.

I chyba właśnie to pozostawało sednem jego problemu. Teraz bowiem, gdy czas Wojowników bezpowrotnie przeminął, nie było już oczywistej mety, do której mógł zmierzać, a każdy nowy kierunek, jaki mógł obrać, wydawał się całkowicie nieistotny w porównaniu do ratowania świata przed Xaną. Ulrichowi ciążyła myśl, że najważniejszą część swojego życia ma już za sobą; bo jeżeli faktycznie tak było, to czy mógł zrobić cokolwiek innego, niż spróbować do niej powrócić?

Prawa dłoń chłopaka spoczęła na dźwigni, lecz nim Niemiec zdążył uruchomić Superkomputer, w jego kieszeni zawibrował telefon. Ulrich zawahał się; miał szczerą ochotę odrzucić połączenie, bo zdecydowanie nie był w nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Z drugiej strony jednak jego przyjaciele nie zasługiwali na to, by ich tak bezceremonialnie zignorował, a rodziców po prostu nie opłacało się niepotrzebnie drażnić – niedługo miał wrócić pod ich dach, więc powinien chociaż spróbować pozostać z nimi w poprawnych stosunkach. Ostatecznie, gdy dźwięk dzwonka rozbrzmiał po raz piąty, brunet puścił wajchę, wyjął komórkę z kieszeni i odebrał połączenie.

– Halo? – odezwał się pierwszy, starając nie okazywać w swoim głosie niechęci.

– Cześć. – odpowiedział kompletnie mu nieznajomy, ale sympatycznie brzmiący dziewczęcy głos. – Czy dodzwoniłam się do Ulricha Sterna?

– Przy telefonie. – odparł już nieco mniej przyjaźnie, żałując, że nie sprawdził numeru dzwoniącego przed odebraniem. – O co chodzi?

– Uhmmm… – zmieszała się jego rozmówczyni, słysząc zmianę w jego głosie. – Nazywam się Alicia Backer. Nie znamy się jeszcze, ale od przyszłego semestru będziemy razem studiować; znalazłam Twoje nazwisko na liście wstępnej.

– W porządku. I co?

– To znaczy… – po zdawkowej odpowiedzi chłopaka dziewczyna zdeprymowała się jeszcze bardziej. – Nigdy jeszcze nie mieszkałam w innym kraju i… uhm… bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że na kierunku będzie inny Niemiec. Pomyślałam, że fajnie byłoby zapoznać się już teraz, więc poprosiłam uczelnię o twój numer. Wybacz, powinnam była wpaść na to, że będę ci tylko niepotrzebnie zawracać głowę…

Ulrich miał już się rozłączyć, gdy jego wzrok po raz kolejny spoczął na Panu Pucku, którego wciąż trzymał w swojej prawej dłoni. Chłopak przymknął oczy i uśmiechnął się z nostalgią: niespełna pięć lat temu to właśnie taka sytuacja okazała się początkiem jego wielkiej przygody. Gdyby tamtego pamiętnego dnia nie naciskał na Jeremiego i zajął się własnymi sprawami, całe jego życie potoczyłoby się znacznie inaczej i chociaż teraz czuł się mocno zagubiony, nigdy nie zamieniłby tamtych dni na jakiekolwiek inne. Rzecz jasna, nic dwa razy się nie zdarza; niezależnie od tego, jak bardzo by chciał, w jego życiu nie będzie już następnego Lyoko czy kolejnego Xany. Ale skoro i tak nie widział żadnego światełka w tunelu, może powinien pozwolić ponieść się fali raz jeszcze i zobaczyć, dokąd go zaniesie?

– Ulrich? Jesteś tam jeszcze?

– Jestem. – powiedział, odkładając maskotkę na jej poprzednie miejsce. – Wiesz co? W sumie to nie jest taki zły pomysł.

Po kilku minutach Ulrich ponownie znalazł się na moście. Jego nowa znajoma zdawała się być niezwykle intrygującą osobą, a rozmowa kleiła się wręcz wyśmienicie.

– Alicia? Przepraszam, że na początku byłem taki oschły. – rzucił w pewnym momencie.

– Zdarza się. Pewnie miałeś ciężki dzień, co?

– Ciężki? – spytał, po raz ostatni spoglądając w stronę Ile Seguin. – Och, wręcz przeciwnie.

I wszystko skończyło się tak, jak się zaczęło: pod bezmiarem rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba, w cieniu rzucanym przez masyw opuszczonej Fabryki, pośród cichego szumu leniwie płynących wód Sekwany, na progu nowego, nieznanego świata.