Rycerska przysięga

Mądry wybór, chłopcze.
Skąd ten głos? Kim jesteś, że mnie wołasz?
Pomogłem ci zadecydować. Dzięki mnie jesteś wolny.
Masz rację, jestem. Teraz ona będzie szczęśliwa.
Ale to nie jest koniec. Zemścisz się na nich wszystkich.
Nie chcę.
W głębi duszy chcesz. Oni ciebie zniszczyli, szczególnie ta Chinka.
Japonka!
Nieistotne.
Zawsze wszystkich poprawiała, jak ktoś tak o niej mówił… to było bardzo urocze, widząc, jak potrafi się zdenerwować. Drobna dziewczynka, ale jak oddała z kopniaka, to była moc…
Te, panie romantyk! Chyba nie zamierzasz teraz się wycofać z powodu jakiejś dziewuchy?
To nie była zwykła dziewucha. Z nią można było konie kraść, lecz nie ze mną chciała przeżyć swój pierwszy raz…
Skończ już! Zemścisz się na ich wszystkich. Pokażesz, że nie jesteś nikim…
Bo nie jestem. Chyba…
Musisz złożyć przysięgę. Powtarzaj za mną.
Nie chcę się mścić. Ja tylko chcę jej szczęścia.
Gadaj więcej, to nigdy jej nie zobaczysz…
Chciałbym kiedyś popatrzeć na jej śliczny uśmiech…
Więc skończ żyć w obłokach i powtarzaj. Ja, William Dunbar…
Ja, William Dunbar…
Przysięgam walczyć o dobro Xany…
Przysięgam walczyć o dobro… Xany…
Choćby mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Yumi…
Choćby… mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Na wieki.
Na wieki.

Autorka: Azize

Przyjaciel

Yumi odskoczyła z gracją do tyłu, robiąc przy tym przewrót i odbijając kolejny pocisk. Cel zdążył dokonać korekty, nim wylądowała, ale na szczęście pomylił się o kilka centymetrów. Dziewczyna jednak poczuła na skórze delikatne mrowienie, jakie zostawiał przelatujący obok laser.

– Uważaj Yumi. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia – ostrzegł Jeremy.

– Spokojnie. Następnym razem nie będzie miał okazji.

Dziewczyna rzuciła jednym z wachlarzy. Cel wykonał unik i zaatakował. Ciemnowłosa nie spodziewała się tak szybkiej reakcji. Musiała wykonać kolejny unik. Kolejny raz cel chybił.

Trwało to już około godziny. Cokolwiek zrobiła Yumi, ciemnowłosy chłopak tego unikał. Gdy ona musiała uciekać, on chybił o włos. Sprawiało mu to najwyraźniej niemałą uciechę i Yumi mogła przysiąść, że tylko się z nią bawi. Nikt nigdy jej tak nie denerwował, jak ten nowy. Nawet jej młodszy brat. Nawet Laura.

Chłopak kolejny raz wystrzelił, tym razem jednak kilka pocisków pod rząd, chcąc w końcu zakończyć pojedynek. Dziewczyna nie dała sobie poznać zaskoczenia. Odbiła jeden po drugim. Naglę musiała jednak przyklęknąć. Trafił w nogę. Nie zwróciła uwagi na atak skierowany tak nisko. Prychnęła.

– Dobra, koniec – odparł Jeremy. – Sprowadzę cię.

Yumi skinęła głową, jakby okularnik miał to zobaczyć. Ciemnowłosy uśmiechnął się, a w jego oczach coś błysnęło.

– Odegram się przy wieży – rzuciła na pożegnanie dziewczyna.

Jej cyfrowa postać rozpadła się. Chłopak został w Lyoko zupełnie sam. Coś mówiło mu, że nie na długo, ale postanowił, że choć trochę skorzysta z wolności. Momentalnie znalazł się przy wieży przejścia i skoczył w jej odmęty.

Sektor, nad którym obecnie pracował Jeremy nie był ani trochę tak ciekawy, jak Kora, czy sektor piąty, ale dawał radę zaintrygować choć troszkę. Surowe pliki danych, których wciąż nie udało się ubrać w kolory, układały się w fantazyjne figury grubych, wysokich drzew i lekkich budynków, jakby wyjętych z opowieści o elfach. Chłopak lubił tu przebywać, a jego pan nie śpieszył się ze zniszczeniem tego miejsca. Zresztą, nie widział chyba w tym celu, albo przynajmniej był ciekawy, jak Jeremiemu uda się wykończyć tą część świata. Choć ciekawość, to w przypadku programu dosyć duże nadużycie.

Ale tak. Xana był ciekawy. Chłopak wiedział o tym. W pewnym sensie nie dziwił się, że tak rozwinięta inteligencja może być czymś zaintrygowana… Ale z drugiej strony, czuł się dziwnie, przyznając to. Tak nienaturalnie. Jakby mówił o kamieniu, czy drzewie. Coś ukuło go w głowie za to porównanie. No tak. Program, jak zawsze, słuchał. Nie złościł się raczej, ale wolał, żeby chłopak nie rozważał, do czego można by go porównać. No, chyba, że miałoby to zdekoncentrować przeciwnika przy wieży.

Chłopak w wolnych chwilach bardzo dobrze dogadywał się z Williamem. Gdy tamten nie miał szkoły, potrafili rozmawiać nawet po kilka godzin, o ile Xana nie postanowił inaczej. Wtedy musieli się bić albo przynajmniej rozejść się, jeśli Jeremy, po ocenie sytuacji, uznał, że solowa walka jest bezsensowna. Ocena wychodziła mu całkiem nieźle. Prawie zawsze trafiał.

Zresztą, co to była za różnica? Walka, rozmowa… Mieli wspólnych wrogów. Co prawda inne cele, które, według wojowników, były zbrodnicze, czy coś, ale chłopak nie rozumiał, czemu nie mogą po prostu dać sobie nawzajem działać? Hej! Przecież Xana nie niszczy wam pracy! Czemu wy to robicie jemu?

Zaśmiał się. Obie strony tłumaczyły mu to już kilka razy, ale on wciąż nie mógł pojąć.

Coś w głowie oznajmiło mu, że pora wyruszać.

Dokąd? Do Kory?

Do Kartaginy.

Chłopak westchnął. Nie lubił tam wracać. Do więzienia. Wolał przebywać ze swoim wybawicielem… Albo przynajmniej z przyjaciółmi.

Autorka: Ananasims

Powrót

Zaspał.
Nie żeby był to jego pierwszy raz: przecież nigdy ani nie był prymusem, ani nie przykładał zbyt wielkiej wagi do bycia punktualnym. Taki już był i zazwyczaj nie widział w tym absolutnie nic dziwnego. Ale ten dzień nie był przecież zwyczajny.
Był to bowiem pierwszy dzień Williama Dunbara na wolności.
Kto by pomyślał, że po paru miesiącach spędzonych jako niewolnik Xany chłopak tak spokojnie prześpi całą noc? Sam zainteresowany spodziewał się czegoś zupełnie innego – że przez wiele dni nie uda mu się zmrużyć oka, a jeżeli już jakoś udałoby mu się zasnąć, to koszmary powinny sprawić, że już chwilę później się obudzi. A tu proszę: William nie tylko padł na łóżko natychmiast po powrocie do swojego pokoju, ale przez te wszystkie godziny nie nawiedził go choćby jeden zły sen.
Tyle dobrego, że nie był aż tak bardzo spóźniony. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się nawet zdążyć na początek pierwszej lekcji, która miała rozpocząć się kwadrans po ósmej…
a przynajmniej tak mu się wydawało. A może zaczynała się równo o ósmej? Nie był pewien. Pamiętał, że w Kadic zajęcia zaczynały się o trochę innej godzinie, niż w jego poprzedniej szkole, ale nie potrafił sobie przypomnieć w której była to ósma, a w której ósma piętnaście. Nieco go niepokoiło, że przez tak krótki czas nieobecności zdążył zapomnieć tak kluczową dla niego informację. A może było to tylko tymczasowe rozkojarzenie i te wszystkie drobne wspomnienia z czasem wrócą? W każdym razie William głęboko liczył na to, że jednak zdąży. W końcu dzisiaj rozpoczynał się nowy rozdział jego życia, dobrze zatem byłoby udanie go przeżyć.
Na szczęście pomyślał chociaż o tym, by przed wyjściem z pokoju zerknąć na plan i sprawdzić numer sali, w której miały się odbyć zajęcia. I, chwała Bogu, był w stanie skojarzyć gdzie mniej więcej owa klasa się znajdowała. Chwilę później młodzieniec pędził przez nieco opustoszałe już korytarze zespołu szkół Kadic. Jeszcze tylko dwa zakręty, jedne schody i… tak, był na miejscu.
Ufff, tym razem mu się udało: jego koledzy dopiero wchodzili do środka. Zadowolony z siebie William podążył za nimi. Po wejściu lekko się zawahał. Która ławka należała do niego? Ah, tak, oczywiście. Ta na samym końcu klasy, od strony okien – na wpół sobie przypomniał, a na wpół odgadł. Gdy tylko zajął swoje miejsce, zagadała do niego siedząca tuż przed chłopakiem Yumi.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– W porządku… Chyba. – odparł krótko. – Jestem tylko trochę zdezorientowany.
– No cóż, biorąc pod uwagę okoliczności, to chyba nie ma w tym nic dziwnego. Ale raczej chodzi mi o to, czy… – zawahała się.
– Chcesz wiedzieć, czy w środku lekcji nie opęta mnie Xana i nie rzucę się na innych? – brunet westchnął. – Nie. Nie czuję jego obecności. A po tych wszystkich miesiącach, podczas których mną kierował, raczej wiedziałbym, gdyby jednak wciąż miał nade mną władzę, prawda?
– Chyba tak… – odparła niepewnie Japonka. Chciała jeszcze coś dodać, lecz wtedy konwersację przerwał im głos pani Meyer.
– No dobrze, wyjmijcie długopisy; kartki, jak zwykle, nie będą wam potrzebne.
Williama gwałtownie się wyprostował i przełknął ślinę, a następnie zwrócił się do dziewczyny
z wyraźnym strachem w głosie:
– Błagam, powiedz mi, że nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Ufff…
– Piszemy egzamin końcowy.
Chłopak pobladł. Widząc to, dziewczyna lekko się uśmiechnęła i kontynuowała:
– Co, nie myślałeś chyba, że najgorsze już za tobą?

William skończył pisać sprawdzian – o ile można nazwać tak rozwiązanie trzech zadań z dwudziestu – znacznie wcześniej, niż reszta klasy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie miał najmniejszych szans na zaliczenie. Zrezygnowany brunet podniósł się z miejsca, chwycił stos kartek i ruszył w kierunku pani Meyer.
– Skończyłem. – rzekł i wyciągnął rękę ze sprawdzianem w kierunku nauczycieli.
– Tak szybko? – odparła sceptycznie. – Posiedź jeszcze trochę, może przyjdzie ci do głowy coś jeszcze.
– Nie, nic więcej już nie wymyślę. Naprawdę.
Pani Meyer pokręciła głową z dezaprobatą; nadal jednak nie odebrała od niego egzaminu.
– Niech ci będzie. Wróć na miejsce i poczekaj, aż wszyscy skończą pisać. Tak jak się umówiliśmy, po przerwie dokładnie omówimy wszystkie zadania i podliczymy, ile punktów byście dostali, gdyby był to sprawdzian końcoworoczny. – William zdębiał. GDYBY był to sprawdzian
końcoworoczony?! – Chociaż patrząc na to, że skończyłeś po ledwie trzydziestu minutach, już teraz mogę ci powiedzieć, że jeżeli nie przepracujesz intensywnie następnego miesiąca, to nie uda ci się nadrobić braków i nie zdasz do następnej klasy.
– T-tak, ma pani rację. – wydukał chłopak i wrócił na swoje miejsce. Po drodze storpedował wzrokiem Yumi, która w odpowiedzi szeroko się do niego uśmiechnęła.
A jednak to prawda, że kobiety są bezlitosne.
Gdy zabrzmiał dzwonek, Brytyjczyk natychmiast odwrócił się do Japonki.
– No wiesz co?! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jest to próbny egzamin końcowy? Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie wystraszyłaś? Przecież wiesz, że nie mam pojęcia, co przerobiliście przez ten czas, gdy wciąż byłem więźniem Xany i…
– Ciszej, bo inni cię usłyszą. – przerwała słowotok dziewczyna. – Zresztą ten dowcip to i tak niewielka kara w porównaniu do tego, ile problemów nam przyniosłeś.
Chłopak szykował się już do wznowienia tyrady, gdy nagle podeszła do nich Anais.
– Mój drogi Williamie, skocz po kawę dla mnie i dla Priscille, dobrze?
– Co? – zaskoczony Dunbar zdenerwował się jeszcze bardziej. Yumi natomiast ze wszystkich sił próbowała powstrzymać się od śmiechu. – A niby dlaczego sama po nią nie pójdziesz?
– Ale o co ci chodzi? – odpowiedziała zdziwiona blondynka. – Przecież do tej pory nigdy nie przeszkadzało ci, że spełniasz nasze… hmmm… drobne prośby. Jak nie chcesz być pomocny, to trudno, ale nie musisz być taki opryskliwy. – zakończyła i wyraźnie naburmuszona wróciła do swojej ławki.
Zdezorientowany młodzieniec nie wiedział, co powiedzieć. Po chwili wykrztusił tylko:
– Yumi, co się… Dlaczego…?
– Oh, zapomniałam ci powiedzieć. – rzekła Ishiyama, gdy w końcu przestała się śmiać. – Widzisz, twój klon, którego podstawił Jeremie, nie należał do najbystrzejszych. Co prawda był w stanie na co dzień w miarę normalnie funkcjonować, ale miał kilka… niedoskonałości. Na przykład, gdy ktoś prosił go o przysługę, nie potrafił odmówić.
– Chcesz powiedzieć, że przez te kilka miesięcy mój klon robił za niewolnika dla reszty klasy?
– Oj, nie przesadzaj: użyłabym raczej słowa “pomagier”. A skoro już o tym mowa, to o ile dobrze pamiętam, twój bliźniak zgłosił się wczoraj na ochotnika do sprzątania sali gimnastycznej, także nie planuj nic na dzisiejszy wieczór.
William zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach. Może służba u Xany wcale nie była taka zła…?

Autor: Mayakovsky

Pierwszy taniec

W wielkiej sali jak na razie było pusto. Jedynie na podłodze zaznaczono kredą miesjca, gdzie za kilka godzin miały stanąć okrągłe, przywdziane w biel stoły, a wokół nich krzesła. Z okien zdjęto firanki, z żyrandoli klosze. Jutro miało to już być zupełnie inne miejsce. Pełne życia, świeżych kwiatów. Pełne ludzi.
Na salę weszli przyszli małżonkowie; trzymając się za ręce i żartując cicho. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi, kobieta od razu weszła głębiej, rozglądając się.
– Aelita, poczekaj – zawołał za nią mężczyzna. Ona z uśmiechem odwróciła się.
– Nie denerwuj się tak, Jeremy. Przez cały czas mnie widzisz – zaśmiała się, stając obok niego. – Nie ma tu Xany – dodała cicho.
Mężczyzna drgnął na dźwięk tej nazwy i odruchowo poprawił okulary
– To… Jak ci się tu podoba? – zapytał.
-Jest cudownie! – uznała Aelita, łapiąc go za ręce i ciągnąc za sobą. – Ta sala, ten ogród wokół budynku… Przepięknie. Przypomina mi o mamie.
– Na pewno nie chcesz jej jednak zaprosić?
– Tyron by z nią przyjechał. A wiesz. Od kiedy zupełnie zniszczyliśmy jego superkomputer… Dobrze, że nas nie pozwał.
– Moglibyśmy go nie wpuścić – zażartował mężczyzna.
– Chciałbyś awantury? Na weselu? Wystarczy, że Odd się upije i zacznie opowiadać niestworzone rzeczy o równoległych rzeczywistościach.
– Masz rację – zaśmiał się chłopak. – Wystarczy nam Odd… I Xana.
– Daj spokój. Myślisz, że zaatakuje? Przecież prosiliśmy, by się wstrzymał choć ten jeden dzień.
– Właśnie dlatego się boję. Może lepiej będzie wyłączyć Lyoko na czas wesela? W końcu, w razie czego, William może sobie nie poradzić… Nadal mam wyrzuty sumienia, że musi zostać w fabryce.
– Xana tak czy siak ma wiele innych komputerów, z których mógłby skorzystać. A ty pozbawiłbyś nas alarmu.
– Ehh – chłopak wzruszył ramionami. – Jak zwykle masz rację.
Z uśmiechem dał jej szybkiego całusa. Zaśmiała się.
Spletli swoje dłonie i weszli w głąb sali. Jeremy spojrzał za okno, na ogród. Przepiękny widok. Miał nadzieję, że w którymś momencie ucieknie tam z żoną, by spędzić choć chwilę tylko w jej towarzystwie.
– Mogłabym prosić pana do tańca? – zapytała niespodziewanie kobieta.
Jeremy spojrzał na nią.
– Oczywiście, księżniczko – odparł.
Złapał ją delikatnie w pasie. Uśmiechnęli się do siebie.
– Bez muzyki?
– A jak?
Zaczęli się kołysać, potem krążyć po sali. Starali się omijać miejsca, w których miały stać stoliki. Było to trudne. Zostawiono im bardzo dużo miejsca. A może po prostu było aż tylu gości?
Kobieta ucieszyła się na tą myśl. Zobaczy ponownie wszystkich ludzi, których w życiu polubiła. Przyjaciół ze studiów, z Kadic. Wojowników – starych i nowych; rodziców przyjaciół. Zaprosiła też Jima, by opowiadał kolejne niestworzone historie. Zaprosiła kilku nauczycieli, którzy w większym stopniu wpłynęli na jej życie. Zaprosiła jeszcze to małżeństwo z córeczką, które wybudowało się tuż obok Pustelni, którą oni przejęli oficjalnie pół roku wcześniej. I w końcu było jedno puste miejsce.
Dla ojca Aelity, by choć duchem był tu obecny. Na pewno ucieszyłby się, będąc tu.

***

Po jakimś czasie w końcu opuścili salę. Musieli jeszcze obejrzeć kościółek na przedmieściu, w którym mieli brać ślub. Rodzina Jeremiego ich namówiła. Aelita nigdy nie myślała o wierze, czy kościelnym ślubie. Nie pamiętała, czy jej rodzice w coś wierzyli. Nigdy nie zapytała też o to matki, choć rozmawiały często. Ale zgodziła się, ze względu na Jeremiego… A może to była tylko wola ich rodziny?
Weszli do środka. Tutaj już wszystko było ozdobione. Białe kokardy na wiklinowych krzesełkach, donice czekające tylko na świeże kwiaty, które miano przywieść rano. Poza tym, jedynie dwie staruszki klęczały tuż przy ołtarzu, zupełnie nie zwracając uwagi na młodych. Aelita weszła do środka, chcąc wszystko dokładnie obejrzeć, Jeremy czekał przy wejściu. W końcu oboje wyszli i wrócili do nowiutkiego samochodu, który Jeremy kupił za całą jedną wypłatę. Zarabiał naprawdę dużo.
Mężczyzna włożył kluczyk do stacyjki, jednak się zawahał.
– Coś się stało? – zapytała kobieta.
– Boję się, że coś się nie uda. Może Xana, może posypie się coś innego.
– Będzie dobrze. Jeśli chcesz, możemy przecież pojechać do fabryki i wszystko sprawdzić. Zobaczysz, że wszystko jest w porządku.
– Nie wiem, czy chcę tam dzisiaj jechać.
– Na chwilę. Uspokoisz się – zapewniła.
Przez chwilę mężczyzna milczał. Potem odpalił samochód.
– Dobrze.

***

Zatrzymali się przed fabryką. Sprzed bramy widać było kilkoro robotników, którzy kończyli odnawiać tą ścianę. Jeremy kupił teren, kiedy tylko zarobił wystarczająco pieniędzy. Teraz odnawiali tu wszystko, by budynek nie groził już zawaleniem. Niedługo mieli ruszyć produkcję sprzętu elektronicznego… W pewnym sensie cudowna okazja dla Xany, do ataku. Może dlatego nie blokował w żaden sposób inwestycji?
Ostrożnie weszli do środka. Winda była chroniona przez superkomputer. Nikt nie był w stanie się tam dostać, poza oczywiście Wojownikami. Zresztą pracownicy nie interesowali się nią. Jeremy pilnował ich pracy dzięki kamerom.
Zjechali do superkomputera – Jeremy do interfejsu, Aelita do skanerów. Mężczyzna włożył do ucha słuchawkę.
– Jesteś pewna? – zapytał?
– Tak – zapewniła go.
Kilka kliknięć. Jeremy włączył proces wirtualizacji. Po chwili otrzymał komunikat, że Aelita jest już w Lyoko.
– Och! – kobieta krzyknęła.
– Aelita?! Co się stało?! – mężczyzna poderwał się z fotela.
Kobieta śmiała się. Nie spodziewał się tego. Zaskoczony, opadł z powrotem na siedzisko.
– Och, tu jest cudownie. To twoja sprawka?
– Co? – zdziwił się.
Ponownie kilka kliknięć. Widział teraz Lyoko oczyma Aelity.
Znajdowała się w sektorze leśnym. Odzyskali jego kopię po kolejnym włączeniu superkomputera, jednak wszystko tu wyglądało inaczej. Zmieniły się tekstury, ułożenie platform. Na drzewach pojawiły się gałęzie z liśćmi, wyglądającymi jak prawdziwe, kwiaty.
– Uważaj. To może być podstęp – uznał Jeremy.
– Daj spokój. To nie ty robiłeś? – zapytała kobieta, ruszając przed siebie. Rozglądała się wokół.
– Nie. Nie ja. Zdewirtualizuję cię.
– Spokojnie, Jeremy – zaśmiała się. – To na pewno zrobili chłopcy. Wiesz, że coś przygotowywali.
– Aelita, proszę. Nie chciałbym cię stracić.
– Nie panikuj – znów się zaśmiała.
Na horyzoncie pokazała się wieża. Otaczała ją polana pełna kwiatów, a same jej mury porastał kolorowy bluszcz. Wśród jego listków coś się ruszało.
– Co to jest? – zapytał Jeremy.
– Tylko ptaki. Spokojnie – uznała.
Podeszła bliżej. Na chwilę usiadła na fotorealistycznej trawie.
– Przepięknie – przyznała.
Minęło jeszcze kilka minut. Aelita chodziła od wieży do wieży. Było aż nienaturalne, że Xana jej nie atakował. Przecież nie mógł uszanować prośby! Nie. Na pewno coś knuje. Na pewno zaatakuje podczas ślubu. Może powinni poprosić kogoś jeszcze, by tu czuwał? W końcu William nie dezaktywuje sam wieży. Nawet mimo sztucznych kodów, które wgrali każdemu. Może powinien poprosić jeszcze kogoś z nowych? Mężczyzna pokręcił głową. Kogo?
– Wracaj już – poprosił Aelitę.
Chwila ciszy.
– No dobrze. Dewirtualizuj mnie.
Chłopak kliknął enter. Komendę miał gotową przez cały czas. Chwila czekania. Nie mógł się doczekać. Zjechał do sali skanerów.
Aelita wyszła z tego po środku. Wesoła, wyglądało na to, że nic jej nie jest.
– Za bardzo się denerwujesz, Jeremy  – uznała.
– Może masz rację – przytaknął jej i poprawił okulary. – Chodźmy już do domu. Za kilka godzin zaczynają się nasze imprezy. Nie powinniśmy się spóźnić.
– Wolałabym spędzić noc tylko z tobą.
– Następna noc będzie nasza… O ile Xana nie zaatakuje.
– Przestań już z tym Xaną – delikatnie pacnęła go dłonią.
Roześmiali się.
Następny dzień miał być idealny i nawet Xana nie mógłby tego zmienić.

Autorka: Ananasims

Pamiątka

Chłopak o ciemnych blond włosach przechadzał się po domu. Gdy wchodził do salonu, zauważył pudełko owinięte czerwonym papierem. Gdy się do niego zbliżył, dostrzegł pod pudełkiem złożoną kartkę papieru. Na kartce zauważył ręczną zapisaną wiadomość.

Przepraszam, że nie będę mogła świętować Twoich urodzin razem z Tobą i Twoją rodziną. Nic Ci nie mówiłam, bo nie chciałam robić z tego powodu Tobie przykrości. To, że mnie nie będzie parę dni, nie oznacza, że nic dla Ciebie nie zostawiłam. 15 lat minęło, odkąd dałam podobny własnoręcznie wykonany przeze mnie prezent mojej najbliższej osobie na Boże Narodzenie, który bardzo się jej spodobał. Mam nadzieje, że chociaż to jest mały drobiazg, to też będziesz się cieszyć.

Gdy przeczytał list, rozerwał papier i otworzył pudełko. Ujrzał tam małą lalkę w kształcie elfa. Lalka miała czarne włosy, granatową spiczastą czapkę i czarne oczy. Nosiła złotą pelerynę, srebrny kombinezon i czarne butki. Gdy wziął ją do ręki, zauważył że z tyłu przyczepiona jest do niej metka. Na metce zaś było napisane małymi literkami: „Pan Pück”

Autor: Arwalen

Na granicy światów

Lipcowe słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, a wody pobliskiej rzeki wreszcie zaczynały ochładzać powietrze rozgrzane po długim, parnym dniu. Nieliczni przechodnie, którzy mieli nieszczęście kończyć pracę o tak późnej porze, myślami byli już w swoich domach i nie zwracali nawet najmniejszej uwagi na nastolatka, który niespiesznym krokiem kierował się w stronę starego, zardzewiałego mostu. Gdyby któryś z nich poświęcił chwilę, by nieco bliżej przyjrzeć się chłopakowi, z pewnością zwróciłby uwagę na elegancki garnitur, w który był ubrany, oraz głęboką zadumę, w której młodzieniec był pogrążony już od dłuższego czasu. Co bardziej opiekuńczy z nich mogliby nawet powstrzymać nieznajomego przed wkroczeniem do opuszczonej fabryki, do której najwyraźniej zmierzał. Ale, oczywiście, tak się nie stało – ludzie jak zawsze byli zbyt zajęci własnymi sprawami, by zauważyć nietypowość tej sytuacji. Może to i lepiej; w końcu Niemiec wiedział jak mało kto, że w zdewastowanym zakładzie nic mu nie grozi. Już nie.

Od samego rana Ulricha strasznie ciągnęło do opuszczonego budynku, choć zupełnie nie potrafił zrozumieć dlaczego. Dzisiejszy dzień był bowiem szczególny, gdyż zwieńczał jego dwunastoletni okres nauki w Kadic i chłopak nie powinien nawet myśleć o Fabryce, było przecież tyle osób, z którymi chciał spędzić jeszcze choć kilka chwil więcej, tyle spraw, które należało dociągnąć do końca oraz tyle zakątków szkoły i miasta, które pragnął zobaczyć przed wyjazdem ten jeden, ostatni raz. A jednak, pomimo tego wszystkiego, znalazł się właśnie tutaj i niespiesznym krokiem dążył ku historii, którą przecież on sam zgodził się zakończyć. Ale dlaczego? Czemu jako jedyny nie potrafił ruszyć dalej?

Ku zaskoczeniu wszystkich pierwszą osobą, która zostawiła Lyoko za sobą, był Jeremie. Choć, bez wątpienia, z całej ich grupy to właśnie on poświęcił wirtualnemu światu najwięcej czasu, to udało mu się pogodzić z jego utratą w zaskakująco szybkim tempie. Nim minął miesiąc od wyłączenia Superkomputera, Einstein dał się pochłonąć pracy nad zupełnie nowymi projektami i niemal całkowicie zapomniał o niegdysiejszych bojach. Potem przyszedł czas na Yumi: dziewczyna przystosowywała się do nowej sytuacji trochę dłużej, niż Jeremie, ale gdy tylko na pierwszy plan wysunął się temat egzaminów końcowych oraz studiów, Japonka całkowicie straciła zainteresowanie tematem ich dawnych przygód. Oddowi, który nie potrafił się pogodzić z utratą statusu bohatera, przyszło to znacznie, znacznie trudniej, ale w końcu i on przestał wspominać o Lyoko. Aelita… cóż, tęskniła za utraconym ojcem, ale za tym, co doprowadziło do jego śmierci, zdecydowanie nie. Nawet Williamowi udało się zerwać z przeszłością, choć w jego przypadku konieczne okazało się przedwczesne opuszczenie murów Kadic; jak sam twierdził, w Paryżu nie zostało mu już nic, prócz złych wspomnień i pozostanie w nim byłoby dla niego zbyt bolesne.

Bywały okresy, w których również i jemu udawało się zapomnieć o Lyoko: czy to podczas międzyszkolnych rozgrywkach piłkarskich, czy też tych kilku tygodni fascynującego, lecz nieudanego związku z Emily wspomnienia o wirtualnym świecie znikały gdzieś w odmętach jego umysłu. Za każdym razem miał nadzieję, że tym razem to już na stałe, że wreszcie poszedł dalej, tym razem już na dobre… ale to wracało: czasem prędzej, czasem nieco później, ale tęsknota za starymi czasami zawsze na powrót chwytała go w swe objęcia.

Wnętrze Fabryki nie zmieniło się prawie wcale od tego pamiętnego dnia, gdy odwiedził ją po raz ostatni. Konserwatorzy budynków z pewnością określiliby stan budowli jako opłakany, zdaniem Ulricha natomiast był on zaskakująco dobry, zważywszy na to, ile razy jego plecy testowały wytrzymałość poszczególnych elementów jej wnętrza. W powietrzu wciąż tańczyły tumany kurzu, widoczne jeszcze dzięki ostatnim promieniom zachodzącego słońca. Beżowe mury nadal przecinała siatka drobnych, powierzchniowych pęknięć, a zielonkawe metalowe belki cały czas dzielnie podtrzymywały ciemny dach, wysadzany gdzieniegdzie całkowicie już nieprzezroczystymi szybami. Na dole zaś czekała na niego poczciwa, zardzewiała winda, jak zawsze gotowa na to, by zawieźć go do ukrytego laboratorium. Ile to już czasu minęło, odkąd ostatni raz z niej skorzystał? Dwa lata? Więcej?

Ulrich bezwiednie chwycił za linę i powoli zsunął się po niej w dół. Tak bardzo żałował, że nie ma z kim podzielić się trapiącymi go myślami. Jeremie, Odd i Aelita wciąż byli jego przyjaciółmi, lecz w duchu zdawał sobie sprawę z tego, że żadne z nich nie potrafiłoby zrozumieć jego rozterek. A co do Yumi… nie, to była kolejna sprawa, którą powinien zostawić za sobą: skoro nie udało mu się popchnąć ich relacji do przodu, nim Japonka ukończyła Kadic, nie powinien stawiać jej wyżej od pozostałych. Zresztą, obecnie i tak znajdowała się poza jego zasięgiem. Przed rokiem jej rodzina postanowiła wyjechać z Francji, by dziewczyna mogła zdobyć wyższe wykształcenie w swojej ojczyźnie. Nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek spotkają się jeszcze twarzą w twarz, toteż obarczanie jej swoimi problemami nie wydawało mu się właściwe.

Odblokowanie windy zajęło mu zaledwie kilka sekund – chłopakowi tyle razy śniło się gorączkowe wstukiwanie kodu, że szczerze wątpił, by kiedykolwiek miał go zapomnieć. Po chwili zmierzał już w głąb starego szybu, pogrążając się przy tym we wspomnieniach dawnych czasów. Wciąż doskonale pamiętał tę ciekawość zmieszaną z nutką zaniepokojenia, która towarzyszyła mu podczas pierwszej podróży tą starą maszyną; Jeremie nie wyjawił mu wtedy jeszcze, dokąd właściwie zmierzają. Albo ten dzień, gdy Xana uwięził go w środku wraz z Sissi. Kto by wtedy pomyślał, że opatrzenie jego złamanej ręki nie będzie jednorazowym wybrykiem i kilka lat później dziewczyna postanowi zostać pielęgniarką? Albo tą jedną przejażdżkę, kiedy Jim – tak, Jim! – towarzyszył im jako pełnoprawny członek grupy. Do dziś Ulrichowi zdarzało się zwrócić do niego per “Jimbo”, co zawsze wywoływało w nauczycielu sporą konsternację. Albo…

Winda zatrzymała się z przenikliwym zgrzytem, a jej drzwi powoli się rozsunęły; Niemiec dotarł na miejsce. Gdy tylko chłopak przekroczył próg pomieszczenia klapy w podłodze rozsunęły się, uwalniając przy tym snopy jasnego, białego światła, a Superkomputer nieśpiesznie wychynął ze swojego bezpiecznego schronu – zupełnie jakby od chwili jego wyłączenia nie minęła nawet godzina. Coś jednak wydawało mu się nie do końca w porządku, choć nie potrafił określić co. Dopiero po dłuższym momencie uzmysłowił sobie, o co chodzi: w przeciwieństwie do reszty Fabryki, to piętro pozostawało nienaturalnie wręcz czyste. Na podłodze nie dostrzegł ani śladu brudu, którego przez tyle lat musieli przecież nanieść całkiem sporo, ani nawet kurzu, który na powierzchni przykrywał każdą choć trochę płaską powierzchnię.

“Xana”, pomyślał natychmiast, a jego ręka błyskawicznie powędrowała do kieszeni. Nim jednak zdążył wyciągnąć z niej komórkę, by czym prędzej powiadomić o swoim odkryciu pozostałych, młodzieniec uzmysłowił sobie, że ta teoria było całkowicie pozbawione sensu. W końcu, gdyby ich wróg faktycznie miał powrócić, to czy traciłby czas na coś tak trywialnego jak sprzątanie? Nie, wytłumaczenie musiało być inne. Przez głowę zdążyła mu jeszcze przebiec myśl, że może to ktoś obcy odkrył ich tajemnicę, nim w końcu dotarło do niego, jak było naprawdę: na podłodze, tuż obok drzwi windy, dostrzegł bowiem niewielki bordowy koc, drewnianą miotełkę oraz bardzo dobrze mu znaną zabawkę.

Ulrich pochylił się, delikatnie chwycił leżącego na ziemi Pana Pucka i westchnął przeciągle. Chłopak po raz pierwszy pomyślał o Superkomputerze nie jako o siedlisku ich odwiecznego wroga czy narzędziu umożliwiającym mu przeżywanie przygód w Lyoko, lecz jak o monumencie upamiętniającym jego twórcę. W duchu poczuł nawet lekkie wyrzuty sumienia; jak mógł nie pomyśleć wcześniej, że Aelita będzie czuła potrzebę odwiedzania Fabryki? Później będzie musiał się zastanowić, czy powinien porozmawiać o tym z dziewczyną, czy pozwolić jej zachować ten mały sekret dla siebie. Póki co jednak…

Czarna, metalowa dźwignia na tle innych, znacznie bardziej futurystycznych elementów maszyny wypadała boleśnie wręcz prozaicznie; ot, zwykły kawałek żelastwa, na którym powoli zaczynały pojawiać ślady rdzy. Dzisiaj jednak ten niepozorny uchwyt przyciągał Ulricha niczym magnes, mamiąc go wizją powrotu do starych, dobrych lat. Cóż z tego, że były one cholernie niebezpieczne, skoro jednocześnie wydawały się tak… proste? Niezależnie od tego, na jak trudne przeszkody natrafiali, przyświecający im cel zawsze pozostawał wyraźnie widoczny. Ulrich nigdy nie musiał się zastanawiać ani nad tym co robi, ani nad sensem swoich działań; wystarczyło, by jego ostrze dosięgnęło wystarczająco dużą ilość potworów, a Aelita dotarła cała do wieży.

I chyba właśnie to pozostawało sednem jego problemu. Teraz bowiem, gdy czas Wojowników bezpowrotnie przeminął, nie było już oczywistej mety, do której mógł zmierzać, a każdy nowy kierunek, jaki mógł obrać, wydawał się całkowicie nieistotny w porównaniu do ratowania świata przed Xaną. Ulrichowi ciążyła myśl, że najważniejszą część swojego życia ma już za sobą; bo jeżeli faktycznie tak było, to czy mógł zrobić cokolwiek innego, niż spróbować do niej powrócić?

Prawa dłoń chłopaka spoczęła na dźwigni, lecz nim Niemiec zdążył uruchomić Superkomputer, w jego kieszeni zawibrował telefon. Ulrich zawahał się; miał szczerą ochotę odrzucić połączenie, bo zdecydowanie nie był w nastroju na jakiekolwiek rozmowy. Z drugiej strony jednak jego przyjaciele nie zasługiwali na to, by ich tak bezceremonialnie zignorował, a rodziców po prostu nie opłacało się niepotrzebnie drażnić – niedługo miał wrócić pod ich dach, więc powinien chociaż spróbować pozostać z nimi w poprawnych stosunkach. Ostatecznie, gdy dźwięk dzwonka rozbrzmiał po raz piąty, brunet puścił wajchę, wyjął komórkę z kieszeni i odebrał połączenie.

– Halo? – odezwał się pierwszy, starając nie okazywać w swoim głosie niechęci.

– Cześć. – odpowiedział kompletnie mu nieznajomy, ale sympatycznie brzmiący dziewczęcy głos. – Czy dodzwoniłam się do Ulricha Sterna?

– Przy telefonie. – odparł już nieco mniej przyjaźnie, żałując, że nie sprawdził numeru dzwoniącego przed odebraniem. – O co chodzi?

– Uhmmm… – zmieszała się jego rozmówczyni, słysząc zmianę w jego głosie. – Nazywam się Alicia Backer. Nie znamy się jeszcze, ale od przyszłego semestru będziemy razem studiować; znalazłam Twoje nazwisko na liście wstępnej.

– W porządku. I co?

– To znaczy… – po zdawkowej odpowiedzi chłopaka dziewczyna zdeprymowała się jeszcze bardziej. – Nigdy jeszcze nie mieszkałam w innym kraju i… uhm… bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że na kierunku będzie inny Niemiec. Pomyślałam, że fajnie byłoby zapoznać się już teraz, więc poprosiłam uczelnię o twój numer. Wybacz, powinnam była wpaść na to, że będę ci tylko niepotrzebnie zawracać głowę…

Ulrich miał już się rozłączyć, gdy jego wzrok po raz kolejny spoczął na Panu Pucku, którego wciąż trzymał w swojej prawej dłoni. Chłopak przymknął oczy i uśmiechnął się z nostalgią: niespełna pięć lat temu to właśnie taka sytuacja okazała się początkiem jego wielkiej przygody. Gdyby tamtego pamiętnego dnia nie naciskał na Jeremiego i zajął się własnymi sprawami, całe jego życie potoczyłoby się znacznie inaczej i chociaż teraz czuł się mocno zagubiony, nigdy nie zamieniłby tamtych dni na jakiekolwiek inne. Rzecz jasna, nic dwa razy się nie zdarza; niezależnie od tego, jak bardzo by chciał, w jego życiu nie będzie już następnego Lyoko czy kolejnego Xany. Ale skoro i tak nie widział żadnego światełka w tunelu, może powinien pozwolić ponieść się fali raz jeszcze i zobaczyć, dokąd go zaniesie?

– Ulrich? Jesteś tam jeszcze?

– Jestem. – powiedział, odkładając maskotkę na jej poprzednie miejsce. – Wiesz co? W sumie to nie jest taki zły pomysł.

Po kilku minutach Ulrich ponownie znalazł się na moście. Jego nowa znajoma zdawała się być niezwykle intrygującą osobą, a rozmowa kleiła się wręcz wyśmienicie.

– Alicia? Przepraszam, że na początku byłem taki oschły. – rzucił w pewnym momencie.

– Zdarza się. Pewnie miałeś ciężki dzień, co?

– Ciężki? – spytał, po raz ostatni spoglądając w stronę Ile Seguin. – Och, wręcz przeciwnie.

I wszystko skończyło się tak, jak się zaczęło: pod bezmiarem rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba, w cieniu rzucanym przez masyw opuszczonej Fabryki, pośród cichego szumu leniwie płynących wód Sekwany, na progu nowego, nieznanego świata.

Marzanny

16:15
Cyfrowe powietrze drżało gniewnie rozjuszone przelewającymi się przez pustynną martwą ciszę pulsacjami. Niemy ryk XANY odbijał się obezwładniającym grzmotem wewnątrz pustych, wiążących w sobie jedynie świadomości Wojowników Lyoko powłok, przenikając do głębi wszelkie wirtualne struktury na swojej drodze. Oddowi della Robbii skojarzyło się to z odczuwanymi przez tłumy na hali koncertowej wibracjami biegnącymi po ziemi ze sceny, kiedy gitara basowa jego ojca przyłączała się do pozostałych instrumentów, doprowadzając membrany ogromnych wzmacniaczy na skraj ich możliwości.
Zawieszone gdzieś daleko, poza zasięgiem zaprogramowanych lata temu zmysłów, wirtualne słońce świeciło jakby ostrzej niż zwykle. W powietrzu drżącym jak rozgrzane wyobrażonym żarem, pozbawionym parametru ciepła opuszczonego w pośpiesznym ożywianiu Lyoko, promienie światła rozbijały się o chropowaty pancerz kraba i miotały we wszystkie strony karykaturalne cieniste klony potwora.
Choć samotna maszyna otoczona z czterech stron nie została obdarzona przez swojego pana wolną wolą pozwalającą jej się poddać w beznadziejnej sytuacji, w jej programie wbudowane były dążenie do przetrwania i podstawy strategii. Wobec tego krab nie odważył się poruszyć żadnego z odnóży choćby o cal, a jego obrotowy talerz uzbrojony w naładowane potrójne działko laserowe powoli przesuwał celownikiem od Wojownika do Wojownika.
Z każdą chwilą pyliste platformy Sektora Pustynnego bledły w oczach Odda w słonecznym blasku. W pewnym momencie zaczęły wraz z powietrzem nabierającym brudnej, piaskowej barwy gnać jak szalone tuż poza pole widzenia Włocha. Nie spotkane od ponad roku wycieńczające dreszcze towarzyszące Wizji Przyszłości zdołały zagłuszyć nawet przenikające do głębi pulsacje aktywnej wieży. Z chmury piasku i świateł wyłoniła się znajoma twarz młodej, piętnastoletniej dziewczyny, której zdrową brązową karnację egzotycznie dopełniały jasne włosy. W jej oczach figlarnym błyskom towarzyszyło niewyraźne odbicie. Gdy Odd skupił wzrok na tyle, na ile było możliwe, dostrzegł coś jeszcze – cienie pożerające zachłannie i przerażająco najpierw tęczówki, potem źrenice dziewczyny. Nim wizję całkowicie zastąpiła ciemność, odbicie wybuchło krwistą czerwienią wypalając obraz w mózgu della Robbii.

16:16
– Odd? Wszystko OK? – rozbrzmiał z głośników przetworzony głos Jeremy’ego.
Włoch przy wychodzeniu ze skanera prawie się potknął przez czerwoną mgłę zasnuwającą mu oczy. Przystanął i przymknął powieki, pozwalając żeby osobliwy wirtualny powidok powoli zgasnął. Nim jednak chłopak odzyskał prawidłowe widzenie, “przyjrzał się” dokładnie odbitemu na siatkówce wzorowi z oczu dziewczyny. Rozmazane linie układały się bez wątpienia w cyferblat i wskazówki na pozycjach odpowiadających godzinie 18:41.
Szum poprzedzający końcową fazę rematerializacji ostrzegł Odda by odstąpił od rozgrzewających się maszyn. Z wentylatorów w górnych częściach komór buchnęły obłoki chłodziwa, które przed sekundą zapewniło bezpieczny powrót z Lyoko Ulrichowi, Yumi i Aelicie.
– Co się stało, stary? Postanowiłeś Oddać tego kraba walkowerem? – zażartował Stern, ale uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy usłyszał kolejne słowa Jeremy’ego.
– Lepiej poczekaj z żartami, Ulrich. Chodźcie tu wszyscy na górę.
Już kilkanaście sekund później stali zebrani dokoła stanowiska dostępu w sali kontrolnej i wpatrywali się w centralny monitor. Z całej czwórki jednak tylko Aelita wiedziała, co pokazuje im Francuz, choć Yumi po ostatnich ćwiczeniach z obsługi superkomputera też miała swoje podejrzenia.
– Ten błąd pojawił się w kodzie Odda na ułamek sekundy nim trafił go krab – zaczął Jeremy i zwrócił się bezpośrednio do della Robbii – Skoro już jesteś na Ziemi i nie odczuwasz żadnych efektów ubocznych – przy tych słowach Włoch skinął głową na potwierdzenie – powinniśmy być ostrożni i zbadać tą anomalię, zanim spróbujemy ją wyłączyć. Zaraz zajmiemy się tym z Aelitą, do kolacji powinno być wszystko jasne. Nie ma sensu, żebyś tu teraz zostawał, zawołamy cię, jeśli tylko będziesz potrzebny.

17:48
Po podwórku niosły się radosne głosy głupich zabaw i jeszcze głupszych plotek. Wieczór był wyjątkowy ciepły, więc zamiast czekać na kolację w budynku, większość uczniów spędzało go przyjemnie w parku. Jednym z wyjątków byli Jeremy i Aelita, którzy nadal nie zadzwonili z fabryki. Innym był sam Odd.
Włoch siedział samotnie w pokoju i błądził palcami po klawiaturze telefonu. Coraz wolniej wciskał kolejne klawisze budujące nieco bezczelne i do granic oczywiste romantyczne zaproszenie na wspólne wyjście. Odd spojrzał krytycznie na napisany niemal bezwiednie tekst i zapisał go jako wersję roboczą, a następnie wybrał numer z listy kontaktów. Już miał wcisnąć zieloną słuchawkę, ale zamarł z kciukiem nad klawiszem, tak jak kilkukrotnie w ciągu ostatnich lat.
Wyrwany z zamyślenia aż podskoczył, gdy niespodziewanie radosny Ulrich otworzył drzwi.
– Hej, zaraz kolacja, nie idziesz? – spytał, a gdy zerknął przyjacielowi przez ramię na wyświetlacz rzucił się na łóżko obok niego.
– Co za Janet? Ta mała z 6c? Serio?!
– Nie, co ty. Trzeba mierzyć wysoko! – odparł teatralnie oburzony Odd. To… ktoś inny. Spoza Kadic.
– To dawaj, dzwoń, i idziemy na kolację.
Della Robbia spojrzał pustym wzrokiem na telefon i mruknął.
– Obawiam się, że to ta jedna, która nie odbierze od Odda Wspaniałego.
– Ta “jedna”? – parsknął Ulrich – Chcesz powiedzieć, że kto ma na drugie imię Janet? Claire, Kelly czy Magarie?
Widząc, że Odd się waha i niewiele rozumiejąc z całej sytuacji Stern sięgnął Włochowi przez ramię i wybrał połączenie. Blondyn nie protestował.
Razem przeczekali w ciszy trzy sygnały, potem połączenie zostało zerwane z drugiej strony.
– To nie brzmiało zachęcająco – przerwał w końcu ciszę Ulrich.
– Nie – odpowiedział Odd już weselszym, mniej przygnębionym głosem. – Chodźmy na kolację, umieram z głodu. Całe szczęście, że Jeremy musi mnie naprawić i zostawić mi swoją porcję!

18:27
– Hej, Einsteinie – zawołał przy wyjściu z windy Odd.
– Hej – odkrzyknął Jeremy nie przerywając energicznie stukać w klawiaturę. – Aelity nie ma, stwierdziła, że pójdzie jeszcze na chwilę do stołówki.
Włoch podszedł do interfejsu i uwiesił się na oparciu fotela.
– Wiem, właśnie ją minąłem – urwał i spojrzał na przeskakujące po ekranie okienka z kodem. – Co jest ze mną nie tak?
Jeremy odepchnął się z całym fotelem od klawiatury i zaczął rozmasowywać dłonie.
– Prawdę mówiąc, nie wiem. Ta anomalia, która się pojawiła przed twoją rematerializacją, jest jakimś programem związanym z Powrotem Do Przyszłości, ale samonadpisującym się. Próbowałem go wyłączyć, ale program po prostu się przepisuje i nie odpowiada na załączone komendy systemowe. Dodatkowo wygląda jakoś znajomo, ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go widziałem.
Odd się zawahał, ale zaryzykował strzał:
– Nie jest przypadkiem podobny do Wizji Przyszłości?
Jeremy spojrzał podejrzliwie najpierw na przyjaciela, później na kod.
– Faktycznie, nie wiem, jak mi to umknęło. No i nie wiedziałem, że interesowałeś się swoim kodem.
Odd zamyślony zignorował pytającą sugestię Belpoisa i zagadnął siląc się na lekki i bagatelizujący ton:
– Jak daleko od superkomputera możesz stworzyć spektrum, takie jak w replikach?
Francuz postanowił przemilczeć zaskakującą zmianę tematu.
– Generalnie daleko nam do precyzji XANY, więc potrzebujemy aż 10 metrów od samego komputera, żeby skupić wiązki promieniowania, a biorąc pod uwagę fluktuacje pola spektra polimorficznego mogę was wysłać najbliżej jakieś 15 metrów od repliki. Oczywiście byłoby to zbyt ryzykowne, więc…
– A najdalej? – wszedł mu w słowo Odd.
Belpois uniósł znacząco brwi, ale kontynuował:
– Jakieś 10, może 12 kilometrów.
Odd skinął głową na znak, że zrozumiał, i wolnym krokiem ruszył do windy. Przez głowę Jeremy’ego przelatywały setki myśli, ale w końcu odrzucił pytania na bok i z westchnieniem dodał jeszcze:
– Ale jeśli chodzi o przesłanie samego obrazu i dźwięku… nie liczyłem dokładnie, ale może nawet ponad 900 kilometrów.

18:38
Korytarze oddziału onkologicznego szpitala w Mediolanie pogrążone w ciszy i ciepłych promieniach zachodzącego słońca miały w sobie jednocześnie coś z przytulnego domu, do którego wróciło się wieczorem po całym dniu pracy, jak i z gotyckiego dworu z koszmaru.
Dzięki temu, że Jeremy zdołał zaprogramować precyzyjne koordynaty, Odda od celu dzieliło raptem parę kroków. Prawie minutę zmuszał się, by otworzyć drzwi do pokoju 403, a kiedy wreszcie wyciągnął rękę w stronę klamki, jego dłoń przeszła na wylot przez zamek. Pomimo powagi sytuacji nie był wstanie powstrzymać lekkiego uśmiechu. Choć jako spektrum nie było mu to potrzebne, wziął głęboki oddech i przeniknął przez zamknięte drzwi.
Pokój nie różnił się niczym od wszystkich szpitalnych salek, jakie Odd widział w życiu. Jego lokatorka za to wyglądała inaczej, niż chłopak ją zapamiętał. Dziewczyna z wizji leżała na boku zawinięta w białą pościel. Jej miodowa niegdyś skóra przybrała niezdrowy, blady odcień, włosy dawno zniknęły i nie zdążyły nawet zacząć odrastać po poprzedniej terapii.
Dziewczyna nie spała. Pusty wzrok miała wbity w zachodzące za oknem słońce.
– Hej, Jenn.
Przez długą chwilę Janet della Robbia nawet nie drgnęła, tak że Odd zaczął podejrzewać, że siostra go nie usłyszała. Już miał się ponownie odezwać, gdy dziewczyna poderwała się z łóżka i wybuchnęła śmiechem. Był to głośny, udręczony, pełen rozpaczy śmiech, zakrawający na obłęd.
– Nie do wiary! Czy to nie przezabawne, Chudzielcu? Nie odbieram od ciebie telefonu, ale tak bardzo pragnę z tobą porozmawiać, że przychodzisz do mnie nawet we śnie!
Odd podszedł do łóżka i usiadł obok dziewczyny.
– Janet, to ja, naprawdę tu jestem – powiedział, ale nie usłyszał własnego głosu.
– Jeremy, jesteś tam? – spytał zaniepokojony, ale ponownie nie dosłyszał ani swoich słów, ani żadnej odpowiedzi.
– Nie wiem, co mam ci powiedzieć. Skoro jesteś w mojej głowie, to wiesz wszystko, Chudzielcu. I jesteś tu, żebym to ja poczuła się lepiej, tak? No to masz: wiesz, myślałam, że to przechodzi. Ta zazdrość, ta niesprawiedliwość. No bo jak to jest, że jeden głupi organ od hormonów, ta sama rodzinna przypadłość sprawia, że ty zostałeś Chudzielcem, a ja trupem z zestawem powikłań? Ale nie przechodzi. Teraz tak strasznie nienawidzę tego, że jesteś moim bratem. Mogłeś być kimkolwiek, ale to właśnie bliźniak musi być ucieleśnieniem życia, jakie chcę!
Urwała i wzięła kilka głębokich wdechów, podczas których cichy śmiech wciąż wydobywający się z jej piersi przeszedł w jeszcze cichsze łkanie.
– No i wiesz też, że cię kocham, nie? Tak strasznie… Boże.
Janet z trudem wyplątała się z pościeli i chwyciła telefon. Nerwowo drżącymi rękami wybrała numer, w który Odd rozpoznał swój własny. Dziewczyna usiadła na skraju łóżka, tuż obok brata i nasłuchiwała głuchego sygnału, z każdym impulsem coraz głośniej płacząc.
Odd wstał, szarpał się za włosy, coś krzyczał. Nie słyszał, co.
Gdy w końcu rozbrzmiał komunikat operatora, rzeczowy głos z nagrania nie był dość głośny, by przebić się przez szloch Janet. Telefon poszybował przez całą długość pokoju i rozbił się o ścianę w drobny mak.
Dziewczyna rzuciła się cała we łzach na łóżko. Odd próbował jeszcze ją dosięgnąć, ale jego dłoń przeszła na wylot przez jej. I rozpadł się w cyfrowym proch.

18:42
Odd siedział na dnie skanera z przymkniętymi oczami, oparty o ścianę komory, z okropnym bólem głowy. Gdy zebrał się, by unieść powieki, ujrzał nachylonego Jeremy’ego z zatroskanym wyrazem na twarzy.
– Wszystko OK, Odd? Przez tak ogromną odległość wystąpiły zakłócenia przekazu. Ale anomalia zniknęła, ta dziwna Wizja Przyszłości. Już po wszystkim.
Della Robbia wyciągnął z kieszeni telefon. Wskazywał 18:42, minutę po czasie.
– Tak, już po wszystkim – powiedział wolno wpatrując się w migający komunikat o nieodebranej rozmowie. Po chwili jego wzrok powędrował niżej, na okno z zapisaną wersją roboczą SMSa. Na ekranie świeciły się dwa przyciski. Odd zdecydowanym ruchem wcisnął “Wyślij” i wyszedł ze skanera.
Jeremy nie był pewien, czy jeszcze chwilę temu widział na twarzy przyjaciela łzy, ale teraz nie było po nich śladu.
– Czyli wszystko OK. Dzięki za wszystko – klepnął Francuza w ramię i ruszył do windy. – Do zobaczenia jutro rano!

Autor: Qazqweop

Lenny

[Dla lepszego wczucia się w klimat: https://www.youtube.com/watch?v=4E-_Xpj0Mgo]

Niejeden raz bywa, że człowiek przed przebudzeniem się słyszy dźwięki rzeczywistego otoczenia. Nim chłopak otworzył swoje oczy, jego świadomość rejestrowała wiejący dookoła wiatr. Obudził się. Przez chwilę nie specjalnie się ruszał, słuchał jak wiatr szumił w jego uszach. Podniósł powoli swoją głowę, przed sobą zobaczył pustynną równinę aż po horyzont.

Był w Lyoko, nazywał się Lenny. Więcej nie pamiętał i nie potrzebował pamiętać. Nie zrozumiałby po co miałby wiedzieć więcej, podskórnie przecież czuł że istnieje tylko Lyoko, nie ma niczego więcej. Lenny spojrzał w prawo, zobaczył jak gdzieś w oddali dumnie prężą się słupy kolumn z piaskowca. Po lewej wysoki kanion z doliną pośrodku, za sobą zaś pustynna równina. Chłopak wstał ostrożnie. Zdał sobie sprawę że nie wie co zrobić, ani dokąd iść, ani po co iść. Dolina wydawała mu się ciekawa, ruszył więc powolnym krokiem.

Ciemno-pomarańczowe ściany pięły się wysoko po obu stronach spacerującego Lennego. Wiatr szumił tak wyraziście. Gdzieś po prawej zobaczył, jak z urwiska wyrasta zeschnięty pień drzewa. Wychodził poziomo by za moment piąć się pionowo ku niebu. Idąc dalej zauważył jaskinię po lewej. Jej koliste, szerokie wejście kryło w sobie małą aczkolwiek przestrzenną jamę. Blond włosy nie bardzo się tym zainteresował. Szedł dalej, aż dolina zrobiła się większa. Na horyzoncie zobaczył posturę jakiegoś mężczyzny. Lenny uznał że kolega może mieć 24 lata. Skierował się ku nowej postaci. Ten jednak, – wydawałoby się – ubrany w strój mechanika, zauważywszy Lennego zaczął uciekać ile sił w nogach.

Lenny nie myśli nad tym jakoś specjalnie, po prostu goni kolegę. Skierowali się na wschód , teren zaczął coraz bardziej się zawężać aż przybrał kształt korytarzy. Mechanik zatrzymał się. Skierował swój wzrok na prawo, za przepaścią pod którą reflektowało cyfrowe morze była następna droga. Skoczył, szczęśliwie wylądował. Lenny się zatrzymał, obserwował tylko jak brązowo-włosy ucieka w siną dal.

Nasza postać odwróciła się i znowu udała się na wędrówkę. Wiatr tak bardzo przygłuszał myśli. Powrócił na bezpieczną, pustynną równinę w dolinie. Przed sobą widział rząd wysokich głazów. Powoli się tam skierował. Mijając je widział, jak jeden kamień piętrzył się na drugim. Na szczycie każdy z nich był bardziej wypłaszczony, Lenny był pewien że można by było się bezpiecznie na nie wspiąć i potem skakać z jednego na drugi. Szedł jednak dalej, powoli, obserwując rosnące wokół niego rzędy kolumn, przypominające jakoś na swój sposób las.

Rozglądał się wokoło. Zza jednej kolumny dostrzegł dziewczynę, stała nad krawędzią świata. Zmienił kierunek swojej wędrówki, bez pośpiechu do niej podążał. Ta nie ruszała się nawet na moment. Wciąż patrzyła się jakby w jeden punkt, prosto w Cyfrowe Morze.

Lenny stanął obok niej. Oboje obserwowali, jak hologram przypominający zbiornik wodny faluje, mieniąc się różnymi odcieniami. Nie odzywali się przez kilka minut ani słowem. Wysoce pochłonięta tym widokiem dziewczyna – ubrana w biały kitel laboratoryjny – zwróciła się do Lennego:

– Czy wiesz co tam jest? – zapytała nie odwracając wzroku nawet na moment.

– Nic, tam nie ma nic. – Odpowiedział naturalnie Lenny.

Dziewczyna jeszcze chwilę się wpatrywała.

– A więc będę ja. – Rzekła, powoli przechylając się ku krawędzi. Wyprostowała swoje ramiona i spadła w przepaść. Leciała kilka chwil, Blondyn dokładnie ją obserwował. Uderzyła w taflę hologramu, fala poniosła się przez cyfrowe morze. W środku kolistych fal zaczęło jaśnieć, aż wysoki słup światła wyrwał się ku niebu. Przygasł i już się nie pojawił. Lenny przypatrywał się chwilę, odwrócił wzrok i udał się w dalszą wędrówkę.

Szedł dalej lasem wysokich kamieni. Dolina poczęła się kończyć, rozszerzając swoje ściany coraz bardziej. Kolumny wciąż ciągnęły się pewien kawałek, chociaż dało się już zarejestrować w oddali rozpoczynające się pustkowie. Po prawej stronie, na szczycie jednego wysokiego głazu Lenny zauważył mężczyznę odzianego w wojskowy mundur. Wzrok miał skierowany w niebo, nigdzie więcej nie chciał go skupiać. Lenny przeszedł koło niego, w ogóle nie zwracając na niego uwagi. To po prostu było normalne, ten chłopak chciał zostać sam.

Blondyn wyszedł w końcu na równinę. Przed nim świat zaczął zwężać swoje podłoże by gdzieś daleko, aż po horyzont ciągnął się przeplatającymi się korytarzami. Po prawej widział jak ściana kanionu pięła się wysoko, pod nią znajdowała sie wąska droga. Dało się zauważyć jak ciągną się z niej postury sześciu postaci. Biegły ile sił w nogach. Lenny przypatrywał im się uważnie, nie ruszając się z miejsca. Postacie coraz bardziej rosły w oczach. Na przedzie dziewczyna w piżamie, za nią chłopak w fioletowym kaftanie oraz jeszcze jeden w niebieskim. Za nimi dwie dziewczyny w czerwonych, krótkich sukienkach a na tyłach człowiek zakuty w zbroję.

Blondynka w piżamie skoczyła na Lennego. Przewróciła go razem ze sobą, Lenny wylądował na plecach. Widział jej opadające, długie włosy.

– Hej, szukamy słońca, idziesz z nami? – Zapytała szczęśliwie.

– Słońca? Co to jest? – Zapytał się nie zaciekawiony Lenny.

– Taka kulka, świecąca, wiedza i wolność! – Uśmiechnięta od ucha do ucha wydukała szybko.

– Tam jest. – Odpowiedział bez cienia wątpliwości blondyn, podnosząc ramię i wskazując kciukiem las głazów z którego dopiero co wyszedł. – Na samym końcu, za doliną, za kolumnami piaskowca.

– Chodź z nami, znajdziemy je razem! – Namawiała koleżanka.

– Nie czuję takiej potrzeby. – Odmówił Lenny.

Dziewczyna podziękowała, wstała uwalniając chłopaka i znów razem ze swoją grupką udała się w galop. Blondyn leżał tak dziesięć minut, wsłuchując się w wiejący wiatr. Mógłby tak leżeć całymi dniami. Przypomniał sobie o krzyżujących się drogach. Wstał, gdzieś tam w oddali rysował się następny ląd. Udał się w kolejną wędrówkę, ku wąskim korytarzom nad cyfrowym morzem. Ubrany w czerwony kontusz oddalał się, malejąc co rusz w naszych oczach. Jego postura malała i malała, aż po wielu minutach całkowicie zanikła w oddali horyzontu.

Wiatr wciąż tak bardzo wiał. Nikt nie wiedział dlaczego wszyscy znaleźli się w Lyoko. Nie wiedział tego Lenny, nie wiedział tego Oficer, nie wiedziała tego Pani Naukowiec. W sumie nawet nie było sensu zadawać tego pytania, przecież znajdowali się tu tak jakby od zawsze.

Autor: Wyklęty

Jestem William Dunbar

– Mamy tylko parę sekund, żeby się dostać do skanerów.
– To chodź! – zawołałem.
Oboje szybko zeszliśmy po drabince do sali, w której złożyłem przysięgę i zostałem Wojownikiem Lyoko. Widziałem, jak Aelita wchodzi do tej stalowej puszki, która miała ją wysłać do komputera. Wyprostowana. Poważna.
Silna. Gotowa, żeby walczyć z XANĄ.
Czy jak on tam miał?
Miałem ochotę wykrzyknąć: „Wirtualny świecie, nadchodzę!”, ale postanowiłem zachować powagę i też wszedłem do swojego skanera. Byłem ciekawy, czy to wszystko nie jest jednym wielkim żartem. Przecież to nie może być prawdziwe! Wirtualizacja, te sprawy – to tylko science-fiction, nie? Nie?

Poczułem, jak unoszę się nad ziemię, a każda cząstka mojego ciała jest dogłębnie skanowana. To było dziwne uczucie. Jakbym na chwilę przestawał być Williamem Dunbarem, a stawał się po prostu… sobą. To dziwne. Jakbym dotychczas był jednocześnie sobą i nie sobą. Jakbym był Williamem Dunbarem, ale nie tym właściwym Williamem Dunbarem.
Co ja wygaduję?!
Nieważne, co to było – trwało tylko przez chwilę. Ale już w następnej chwili nie byłem Williamem Dunbarem, tylko Williamem Wojownikiem Lyoko. Poczułem, jak stopniowo odzyskuję czucie we wszystkich częściach ciała i lecę w dół. Instynktownie ugiąłem kolana i złagodziłem upadek z kilku metrów. W prawej ręce trzymałem gigantyczne ostrze! Było szerokie na jakieś 30 centymetrów i miało spokojnie ponad metr długości.
Podniosłem się z ziemi i dokładniej przyjrzałem mojej broni. Była wypolerowana, naostrzona i aż lśniła. Mogłem się w niej przejrzeć! Moja twarz wyglądała jak trochę nieudolnie wymodelowana w jakimś programie graficznym, a moje ubrania…
Zamiast ciuchów z Ziemi miałem na sobie odlotowy kombinezon! Z każdą chwilą coraz bardziej mi się tu podoba!
– Ale mam fajny sprzęt! A ty? – spytałem Aelitę. W Lyoko wyglądała jak elfia księżniczka, z tymi swoimi śmiesznymi długimi uszami – Nie masz broni? Walczysz gołymi rękami? Jaką masz supermoc?
Zacisnęła dłonie w pięści i śmiertelnie poważnie powiedziała:
– To nie jest gra komputerowa. Przypominam, że mamy ważną misję do spełnienia.
– Dobra, dobra. Sorki – rozejrzałem się po dziwnym pomieszczeniu, w którym się znaleźliśmy. Przypominało jakąś kopułę, a szklana platforma, na której staliśmy, zaczęła zwalniać.
Zwalniać?
To niesamowite! Przez ten cały czas, odkąd wylądowaliśmy, nie zdawałem sobie sprawy, że w ogóle się obraca, póki nie spojrzałem na ściany!
– To gdzie te potwory?
– Chodź ze mną. Mamy tylko kilka minut, żeby dotrzeć do poziomu klucza wiodącego do komory rdzenia Lyoko – odparła rzeczowym tonem.
– Total! – krzyknąłem, a gdy Aelita spojrzała na mnie karcąco, dodałem cicho: – To jest sto razy lepsze od Wojen Galaktycznych.
Platforma w końcu się zatrzymała i nagle otworzyła się ściana, ukazując wyjście z kopuły. Aelita wbiegła do tego przejścia, a ja oparłem wielkie ostrze na ramieniu i ruszyłem za nią. Kiedy tak biegliśmy przez korytarz, doszedłem do wniosku, że powinienem jakoś nazwać swój miecz. Może…
Ścinacz Głów?
Przerwałem swoje rozważania, kiedy wybiegliśmy z tunelu do wielkiej hali, która wyglądała, jakby była poskładana z gigantycznych niebieskich klocków.
– To jest jak plan filmowy – powiedziałem mimo woli, a Aelita od razu pokręciła głową z dezaprobatą.
Szybko jednak zaczęła nerwowo wodzić wzrokiem po ścianach, aż w końcu pokazała ręką dziwny mechanizm w przeciwległym krańcu pomieszczenia.
– Jest klucz! Widzisz go?
– Lecę – rzuciłem i zacząłem biec w stronę klucza, choć nie bardzo wiedziałem, co miałbym z nim zrobić.
– Nie! Stój! – krzyknęła Aelita, gdy pokonałem już kilka metrów. Szybko oceniłem odległość dzielącą mnie od klucza i postanowiłem biec dalej. Wtedy usłyszałem coś jakby przesuwanie się wielkich maszyn i tuż przede mną z ziemi wystrzelił wysoki, prostopadłościenny słup, blokujący mi drogę. Niesiony siłą rozpędu niemal na niego wpadłem! Jednocześnie dobiegł mnie inny dźwięk, jakby ryk jakiegoś zwierzęcia.
– Co?! Co to za dziwny hałas?
– Pełzacze!
Dosłownie w tym samym momencie niewielki fragment podłogi osunął się w dół i z prostokątnej dziury wypełzły trzy dziwne stworzenia. Nawet nie wiedziałem, do czego je porównać, bo nigdy nie widziałem niczego podobnego, ale… były świetne!
– Ale paskudne! Są super! Zajmij się kluczem, a ja się zajmę nimi!
Nieopatrznie na chwilę przerzuciłem Tasak – nie, to słabo brzmi – do jednej ręki i nie zdołałem utrzymać wielkiego ostrza, przez co niemal wbiłem je sobie w stopę! To miejsce wymiata!
– Uważaj, są niebezpieczne – ostrzegła mnie Aelita.
– No i pięknie! Tak jak ja.
Usłyszałem jeszcze, jak Aelita westchnęła, ale nie przejąłem się tym za bardzo i rzuciłem się do walki z okrzykiem: „Geronimo!”. Dochodziły mnie ciągle odgłosy przesuwających się ciężkich mechanizmów, ale szybko o nich zapomniałem, kiedy pierwszy pełzacz strzelił do mnie laserem. Całkiem przypadkiem, przy próbnym zamachnięciu się ostrzem odbiłem promień prosto w potwora, a ten eksplodował! Czad!
Podbiegłem blisko do kolejnego pełzacza i ciąłem go w poprzek. Ostatni pojawił się zaraz za nim, więc po prostu pchnąłem go moim mieczem. To było dziecinnie łatwe!
Wtedy zobaczyłem, że w moją stronę zbliżają się kolejne trzy. Skąd one się tu pojawiły?
A kogo to obchodzi! Jazda!
Rozpędziłem się i zacząłem robić piruety z moim… Pogromcom Pełzaczy? Nawet nieźle! Jednym cięciem rozwaliłem kolejne trzy potwory. Nie miały żadnych szans.
– Nie do wiary! Ja tutaj rządzę!
Gdy rozprawiałem się z kolejnymi pełzaczami usłyszałem głos Aelity:
– Już dobrze, William! Chodź tu szybko!
Rozciąłem na pół właśnie kolejnego potwora i zerknąłem przez ramię. Kolejne platformy opadały w dół i zjeżdżały do parteru, a sama Aelita stała na ziemi przed nowo otwartym przejściem. Musiało jej się udać dobiec do klucza..
– Czekaj, załatwię jeszcze ze dwa! Ale to jazda!
Podbiegłem do ostatnich potworów i zakończyłem ich żywot dwoma szybkimi cięciami. Nagle wewnątrz głowy rozbrzmiał mi głos Jeremy’ego:
– Aelita? Co się dzieje? – Ale odjazd! – Gdzie są Ulrich, Odd i Yumi?
Zapadła krótka cisza, a po chwili znowu usłyszałem: – Nie.
Jakby z kimś rozmawiał. Może on też mnie słyszy? Nie zaszkodzi spróbować. A jest przecież o co zapytać!
– Ej, Jeremy, właśnie zjawił się jakiś dziwny stwór. Wygląda jak jakaś… wielka meduza.
– Co?! Aelita! Musisz dotrzeć do Williama! Szybko! Pobiegnij dookoła! Skręć w następny korytarz po lewej. Nie, w lewo! Szybko, bo Scyfozoa dorwie Williama!
A więc ten potwór nazywa się Scyfozoa? Ale co on mi może takiego zrobić, jak mnie dorwie?
– Teraz korytarzem w prawo! Leć! – tym podobne okrzyki ciągle mi towarzyszyły, kiedy zbliżała się do mnie ta Scyfozoa. Wyjątkowo paskudny potwór, ale fajnie się porusza. Lewituje nad ziemią i ciągnie za sobą swoje macki.
– William! Uciekaj stąd! Pospiesz się! William! Słyszysz mnie?!

Jeremy darł się na całe gardło. Tylko po co? To przecież po prostu kolejny potwór.
– Nie przestraszę się jakiejś głupiej meduzy – uniosłem moją Żyletę do pozycji bojowej i pogroziłem nią Scyfozoi. Żyleta? O, tak! Ta nazwa jest świetna!
– William! Rób co ci każę! Nie wiem, czego Scyfozoa chce od ciebie, ale jest niedobrze!

Oj, daj już spokój!
Nagle meduza podniosła z ziemi wszystkie macki i wytrąciła mi z rąk Żyletę. Moja broń przeleciała kilka metrów i upadła na ziemię – poza moim zasięgiem.
– Rany – wyszeptałem.
– Aelita? Teraz skręć w lewo! To już niedaleko! – Jeremy przerwał na chwilę, by zaraz dodać: – William! Uciekaj stąd, i to zaraz! William? Słyszysz mnie?
Syfozoa pozwoliła mi spokojnie podejść i podnieść z ziemi moją broń. Chyba nie jest taka mocna. Jeśli tak, to czego tak obawiają się Jeremy i Aelita?
– Spoko. Ta Scyfozoa w ogóle się nie rusza. Pewnie się boi i…

* * *

Ciemno. Czemu tu jest tak ciemno? Gdzie ja jestem?
I nagle sobie przypomniałem wszystko. Jak poznałem sekret paczki Yumi, jak zostałem zwirtualizowany, jak rozwalałem pełzacze i jak zaatakowała mnie Scyfozoa. Tylko…
co było dalej? Musiało mnie chyba wyrzucić z gry.
Wkładam dłoń do kieszeni w poszukiwaniu telefonu, ale natrafiam na pustkę. Musiał mi wypaść przy wychodzeniu ze skanera. Zaczynam macać ręką po podłodze dookoła mnie i po paru sekundach odnajduję komórkę. Używam jej wyświetlacza jak latarki.
Mrugam oczami i czekam chwilę, aż wzrok przyzwyczai mi się do ciemności. W bladym świetle rzucanym przez display telefonu zauważam skanery, czy, jak wolałem je nazywać, stalowe trumny. Czyli jestem w fabryce.
Powoli się podnoszę. Całe ciało mam sztywne, mięśnie obolałe, jakbym nie używał ich od paru miesięcy. Czuję swędzenie z tyłu głowy. Ostrożnie unoszę dłoń i natrafiam na coś ciepłego kapiącego z moich posklejanych włosów. Krew.
Musiałem nieźle przywalić o próg skanera przy powrocie z Lyoko.
Podchodzę chwiejnym krokiem do drzwi windy, cały czas jedną ręką trzymając się za głowę i nieudolnie tamując strumyczek krwi cieknącej z rany. Niezdarnie wciskam wierzchem dłoni, w której trzymam telefon, przycisk przywołujący windę. Nic się jednak nie dzieje. Wciskam go jeszcze raz, a później po prostu walę w niego pięścią.
Nic. Zero reakcji.
Opieram się plecami o zamkniętą śluzę i lustruję pomieszczenie. Nagle mój wzrok pada na drabinkę prowadzącą na wyższe piętro. Otwiera się klapka w mojej pamięci – to tędy zszedłem do sali skanerów nim razem z Aelitą skoczyłem do Lyoko. Wyłączam komórkę i chowam ją do kieszeni.
Powoli wchodzę, szczebel po szczeblu. Każdy mięsień mojego ciała aż jęczy z bólu. Wspinaczka zajmuje mi całą minutę. Odsuwam klapę i staję w kolejnej sali, przed kompletem ekranów, gdzie Jeremy i Aelita odstawiają swoje cuda.
Nikogo nie ma. Zapomnieli o mnie, czy jaja sobie robią?
Po drabince dostaję się na parter i resztkami sił wspinam się po linie do wyjścia z fabryki.
I wychodzę w noc.
Uwielbiam włóczyć się nocą po mieście. Uwielbiam nocne powietrze i nocną ciszę. Uwielbiam jeździć nad rzekę i godzinami gapić się w gwiazdy. No, ale trzeba przy tym unikać Nicolasa, który od czasu do czasu wymyka się z internatu posiedzieć z wędką w dłoni. Uśmiecham się mimo woli i czuję, jak ponownie ból eksploduje w całym moim ciele. Do tej pory nawet nie wiedziałem, że tyle mięśni na raz może boleć!
Opieram się o barierki i przymykam oczy.
I nagle gwałtownie je otwieram! Jest noc! A przecież nie było jeszcze czwartej, jak poszedłem do Lyoko! Tak długo tam byłem, czy raczej tyle leżałem w skanerze?!
Wyjmuję telefon i sprawdzam godzinę. 17:10, 15 maja.
To dziwne. Może w Lyoko nie działają telefony? To wyjaśnia, czemu Yumi prawie zawsze spóźniała się na lekcje. I wieje wiatr. Zimny wiatr. Za zimno na maj.
Głowa mi od tego pęka. Najpierw pójdę do internatu i się ogarnę, a później poproszę Jeremy’ego, żeby mi wszystko wyjaśnił.
W bladym świetle lamp ulicznych spoglądam na moją zakrwawioną dłoń.
No i muszę opatrzyć tę ranę na głowie.

Autor: Qazqweop

Jedna chwila

Bogata rodzina, kontakty, dobre ubrania. Dlaczego więc trafiła do jakiejś dziury? Czemu do jakiejś podrzędnej szkoły, gdzieś na odludziu? Na skraju lasu, jak w jakimś horrorze. Wszyscy ją oskarżali. Dlatego. Została wyrzucona, bo rodzina tej biednej dziewczyny oskarżyła ją. Owszem, Laura jej nie lubiła, ale czy kazałaby jej skoczyć z dachu? Czy naprawdę byłaby zdolna do czegoś takiego? Tylko rodzice jej wierzyli. Inni uznali, że byłaby zdolna do tego. Przecież tak się rządziła, wywyższała!

Wyrzucili ją ze szkoły. Musiała jechać w zupełnie inną część kraju. Tutaj nikt jej nie znał. Była po prostu kolejnym dobrym uczniem. Ale jak zwykle, zaczęła się wtrącać w nieswoje sprawy. Lyoko. Superkomputer. Dostała niesamowitą szansę od losu. Ale wiedziała też, że nikt wśród wojowników jej nie ufa. Jakby podświadomie wiedzieli to, o co oskarżali ją w poprzedniej szkole. Na szczęście Laura znała się na komputerach. Może i wyczyścili jej pamięć, ale już kilka dni później odkryła swoje notatki – ukryte w komputerze, w książkach. Nie miała zamiaru na razie zbliżać się do komputera, ale po jakimś czasie upewniła się, że nikt już z niego nie korzysta. To, że nieświadomie zdradziła wojowników, naprawdę ją śmieszyło. Gdyby jej nie wyrzucili, pamiętałaby, żeby nic nie mówić. A tak? Skojarzyła ich bez problemu. Nie widziała jednak, by mieli z tego powodu jakieś problemy. Wyłączyli komputer i zaczęli normalnie żyć. A ona w końcu mogła działać.

Początkowo niezbyt wiedziała, co może robić z tak dobrym sprzętem. Nie mogła uleczyć tamtej dziewczyny, ale mogła zrobić wszystko inne. Przez kilka tygodni, nie zauważona przez nikogo, programowała, szukała… W końcu odważyła się wejść do skanera.
Tak naprawdę, nie była pewna, czy profesor zauważył jej pomoc. Ale Kora została odbudowana, a ona mogła spokojnie z nim porozmawiać ze środka. Nie miała zamiaru zdradzać, gdzie jest Superkomputer, ale mimo to, zyskała silnego sprzymierzeńca. Po jakimś czasie odezwał się do niej także Xana. Nie miała nic przeciwko temu, by korzystał z komputera. Co ją to obchodziło? Czy to był jej problem?

Od tamtej pory żyła sobie jak pani świata, nie zwracając w ogóle uwagi na wojowników. Ich drogi się rozeszły, zapomnieli o komputerze… Minęło tyle czasu… Laura dopiero po kilku latach zorientowała się, że to, co zrobiła, sprowadzi na świat zagładę. Szalony naukowiec kontra program. Z jednej strony świat zaczęła niszczyć armia robotów, z drugiej – człowiek, który opanował moc Superkomputera. Jedni ludzie stawali się niewolnikami, inni ginęli, jeszcze inni zamieniali się w energię dla Kory. Już nawet wyłączenie Lyoko nic nie pomagało.
Wtedy z Laurą skontaktowała się ostatnia deska ratunku dla świata. Kartagina. Nigdy o niej nie słyszała, ale szybko poznała, że to z tą organizacją powinna trzymać. Dawali jej możliwości, a, co ważniejsze, walczyli i z Xaną i z Tyronem.
Mała cena.
Przejęli Lyoko.

Laura nie widziała w tym nic złego. Przez całe swoje życie była dumna z tego, co zrobiła. Pracowała dla Kartaginy, ratowała świat. Jednak, dlaczego czuła, że gdyby po prostu zostawiła komputer wyłączony, gdyby nie wracała do niego, świat byłby lepszy?
Patrzyła wieczorami przez okno wieżowca, w którym mieszkała i pracowała. Widziała miasta, oddalone od siebie o rzut beretem. Któregoś razu zobaczyła w Internecie zdjęcie Belpoisa. Czarno-białe. Tak, któraś ze stron zniszczyła ośrodek. Do tej pory Laura w ogóle nie pamiętała o Wojownikach. Ale teraz przypomniało jej się, jak wyglądał świat, gdy tylko oni mieli dostęp do takiej technologii. Zieleń, spokój…

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zmiany szkoły. Od tego, że jakaś dziewczyna skoczyła z dachu, że rodzina oskarżyła Laurę. Nawet jeśli tamto nie było jej winą, obecna sytuacja już tak. Dopiero po kilkudziesięciu latach Laura zrozumiała, że przyczyniła się do zagłady świata. Jakby na potwierdzenie tego, następnego dnia runęła Kartagina.
Wszystko, jakby we śnie, cofnęło się do tej jednej chwili, gdy Laura miała zostawić pierwszą notatkę. Tak, jakby dostała drugą szansę… Jednak nie wiedziała, co tak naprawdę powinna teraz zrobić. Może jednak… czasem warto przegrać? Wycofać się? Może, jeśli teraz tego nie zrobi, kiedyś będzie mogła naprawdę pomóc ludziom?

Autorka: Ananasims