List Williama do Aissatou

Sceaux, dn. 17.02.2015


Nie umiem pisać takich listów – to, co próbuję właśnie przelać na papier, nijak ma się do wpajanych nam w szkole podstaw. To coś więcej, niż parę grzecznościowych formułek, ładnie zaznaczony wstęp, rozwinięcie z przejściem do meritum sprawy, zakończenie, pozdrowienie, podpis…
Pozostałe, nieudane próby jego sklecenia – podarłem, wyrzuciłem do kosza. Nie liczę już, który to raz, które podejście, która próba, bo wiecznie coś mi w tym nie pasuje. Może… jestem po prostu przewrażliwiony, może jednak mam nadzieję, że mimo wszystko – przeczytasz to, co mam Ci do powiedzenia, a nie mam odwagi powiedzieć Ci twarzą w twarz.
Jestem tchórzem, Młoda. Jestem pierdolonym, ślepym tchórzem – wiem to. Jeżeli powiesz mi to prosto w oczy, jeszcze skinę Ci w potwierdzeniu głową i nie obrażę się o to, że mówisz prawdę.
Bo… naprawdę niczego nie wiedziałem, Aissatou. Wybacz mi – nie widziałem nic. Nie zauważyłem, nie spostrzegłem, nie domyśliłem się, nawet nie odczytałem sygnałów – bo może uznałem, że skoro sam ich nie wysyłałem, to jakby tej całej sprawy nie ma? Po prostu myślałem, że dalej jesteśmy na tej stopie koleżeńskiej, że mogę Cię nazwać przyjaciółką i myślałem, że poważasz mnie w ten sam sposób? Czy ja w ogóle myślałem? Bo w tej chwili poddaję to w wątpliwość.
Bo… tak. Jestem zaskoczony. Byłem. Jestem dalej.
Nie wiedziałem… naprawdę musisz mi uwierzyć w to, że… nie wiedziałem tego. Nie widziałem. ~~Striapach,~~ znowu się powtarzam. Wybacz. To będzie kompletny chaos. Nie wiem, ile jeszcze razy napiszę to samo.
Nigdy… nie potrafiłem podchodzić do pewnych spraw spokojnie. Po prostu. Gdzieś gubię swój pieprzony instynkt samozachowawczy. Zamiast ruszyć cymbałem, zamiast na moment stanąć w miejscu i chociażby podjąć próbę logicznego myślenia, gdzieś pomijam ten krok w nerwach. Wiem – jestem narwańcem (przynajmniej jeszcze nie wbijam ludziom cyrkli w kolana jak moja matka… ale, to inna historia).

Bo tak. Byłem wtedy wściekły, zrozpaczony, zagubiony, przerażony. Bo… obiecałem coś sobie: że nikogo już więcej nie spotka to, co spotkało mnie. Że nie pozwolę na to… a ostatecznie… to spotkało właśnie Akemi.
I nie mogłem z tym nic zrobić.
Satou… nigdy Cię o to nie obwiniałem. Nie winiłem Cię za to, że zostałyście zwabione w pułapkę, bo być może, gdybym był wtedy z Wami… też bym się nie pokapował, chociaż znam jakieś… no, mógłbym powiedzieć, że większość jego sztuczek. Nie wiem dokładnie, czego nauczył się przez ten czas, jaki po, jak się okazywało, tylko częściowym zniszczeniu, hulał po sieci. A z pewnością sobie poużywał, nie sądzę, żeby nie.
On… nie przepuszcza takich okazji. Znalazłem się pod jego kontrolą na pół roku. W tym czasie, na Ziemi, tak jak w przypadku Akemi, funkcjonowało tylko moje spektrum, z podstawowymi informacjami, jakimś tam poziomem wiedzy szkolnej i świadomością, że są rodzice, że trzeba się do nich odezwać…
…ale, to spektrum właśnie pamiętało tylko o usypianiu ich czujności.
Bo nie pamiętało o tym, jaką obietnicę złożyłem Pchełce. W przeddzień mojej pierwszej misji w Lyoko – że do niej zadzwonię. Możesz teraz stwierdzić, że to była tylko pierdoła, ale… zawsze dotrzymywałem obietnic, szczególnie tych, które składałem swojemu ciotecznemu rodzeństwu (jestem jedynakiem – ale, najpierw Rhys i ~~Zadziora~~ Kayleigh traktowali i dalej traktują mnie jak młodszego, rodzonego brata, potem ten sam wzorzec zacząłem odtwarzać wobec Mori, Sequilla i Sayeeda).
Tej jednej nie dotrzymałem przez własną głupotę. Wiesz, czemu powiedziałem, żebyście spierdalali w podskokach na widok latającego potwora z mackami – Scyphozoi? Żebyście nie popełnili mojego błędu i nie uznali, że ona nie atakuje tylko dlatego, że się Was, na przykład, boi. Bo ona się nie boi. Ona usypia Waszą czujność, by zabrać Was samych sobie.
Wtedy, kiedy Akemi została opętana, została zwirtualizowana vis-a-vis tego skurwysyna. By nie mieć nawet najmniejszych szans na ucieczkę.

Wtedy… uspała w ten sposób właśnie moją czujność. Bo mi się, kurwa, zachciało rżnąć bohatera. Bo chciało mi się zaimponować i chciałem poczuć… że mogę coś więcej, niż tylko podawać kolejne chusteczki i móc tylko wesprzeć słowem. Bo byłem za młody, żeby oddać Sid swój szpik. Bo chociażbym chciał, nie mogłem zapakować się w pierwszy, lepszy, samolot do Manchesteru i wesprzeć Seqa i Saya po stracie mamy w wypadku. Bo chciałem wreszcie poczuć, że potrafię zrobić coś więcej, niż sprawiać tylko problemy – wyleciałem z gimnazjum w Szkocji za naczepianie gdzie się dało listów… miłosnych. Well, nie potrafiłem zagadać do jednej dziewczyny, więc uznałem, że może w ten sposób zwrócę na siebie uwagę. Jak sobie o tym przypomnę, zalewa mnie krew. Już mniejsza o to – byłem, najprościej mówiąc, pierdolniętym szczeniakiem. Teraz została tylko część „pierdolnięty”.
Bezpośredniość przyszła mi dopiero z czasem. Dlatego wtedy odważyłem się powiedzieć to, co powiedziałem. Podczas tego pierwszego ataku… po sześciu latach.
Wtedy, kiedy wydano nakazy poszukiwania, aresztowania i egzekucji całej, Starej Gwardii – w tym mnie. Dalej nie wiem, jakim cudem wtedy udało mi się spierdolić przed służbami.
Aissatou… ja nie chciałem, żebyś musiała tam wchodzić. Ja nie chciałem tam sam wchodzić. Nie chciałem, żeby ktokolwiek musiał znowu tam wchodzić.
Bo znam ryzyko.
Bo wiem, jak to jest – kiedy zostaje Ci ukazane piekło i wmówione, że to Twoja wina. Kiedy widzisz, jak cały świat stoi w płomieniach, kiedy powietrze tnie smród benzyny i spalenizny… a to w Twoich dłoniach tkwi pudełko z zapałkami.
Bo przeżyłem to – xanafikacja nie jest jedynie brakiem kontroli nad samym sobą. Jest to również… nie potrafię tego określić słowami. Ale… XANA pokazywał mi, co może zrobić, jeżeli będę się opierał. Co może zrobić mnie, co może zrobić z moimi bliskimi. Kiedy dewirtualizowałem Wojowników, to nie tak, że zmieniali się w cyfrowy proch… widziałem, jakby naprawdę umierali.

Widziałem śmierć, jak rzekę. Zanurzyłem się w nią. On… codziennie, co chwila… katował mnie. Zrobił wszystko, byleby mnie złamać i to mu się udało.
Dusił.
Zabijał na wszelkie, możliwe sposoby.
Do tej pory pamiętam ten łańcuch, jaki wbijał mi się w szyję. Miał… kolce. Malutkie, ale czułem wyraźnie każdy z nich. Były nasączone jakimś cholerstwem.
Boję się najmniejszego trzasku, jeżeli wydaje go z siebie jakieś urządzenie. Boję się, kiedy ktoś mnie zajdzie od tyłu. Śpię po ledwie trzy-cztery godziny, bo albo nie mogę zasnąć, bo się boję, albo budzę się z krzykiem.
Satou… bałem się. Wybacz mi, nie wiedziałem, co robić – tak, fakt, że miałaś doświadczenie… był dla mnie cenny, ale nigdy nie był cenniejszy od ***samej ciebie***, rozumiesz? To nie może być ważniejsze od człowieka, nigdy nie było, nie jest, i nie będzie ważniejsze od Ciebie, jako osoby. Jesteś czymś więcej, nie jesteś tylko numerem identyfikacyjnym, nie dla nas, nie dla mnie – bo dla mnie jesteś przyjaciółką… nawet, jeżeli straciłem tę relację na własne życzenie, przez błędy, jakie popełniłem i dalej… popełniam.
Wiem, że jestem „tylko człowiekiem”, ale powinienem mieć na tyle doświadczenia, by… nie wiem, poradzić sobie wtedy z Aelitą i Was w to nie wciągać.
Bo znam Lyoko na wylot – przez to, jak na siłę mi wgrał w głowę wszelkie dane związane z lokacjami sektorów, potworami, ich taktykami… wszystko, co mógł.
To nie tak, że tamtego dnia w parku, spanikowałem przez Ciebie – odkąd zostałem wyciągnięty, cierpię na zaburzenia lękowe. Zostałem poprawnie zdiagnozowany dopiero w momencie, w którym również poszedłem na odwyk.
Nie byłem w stanie pomóc sobie samemu – i jeszcze próbuję pomagać innym. Żałosny jestem… wiem doskonale.
Bo kiedy zaczęły do mnie wracać wspomnienia niewoli, kiedy to wszystko zaczęło mi odbierać resztki tego przekonania, że być może temat jest zamknięty – zacząłem się izolować. Bo pamiętałem, co obiecał XANA – co zrobi z „moją pomocą”, do czego mnie zmusi.

Pokazywał mi, jak zabijam wszystkich, którzy cokolwiek dla mnie znaczyli.
Takie sny mam do tej pory, w różnej formie. A żeby je zagłuszyć… robiłem chyba wszystko.
W ten sposób, wpadłem w marihuanę i heroinę – jestem czysty od trzech i pół roku, teoretycznie trochę dłużej… ale liczę dni od zakończenia tej „agresywniejszej” części odwyku. Pić… piję, okazyjnie, ale wyszło, że i tego wyrzekłem się na jakiś rok, sam z siebie.
W ten sposób, zacząłem się okaleczać – mam blizny po całej długości ramion. Nie chcę Ci się o nich rozpisywać. Nie potrafię. Przepraszam, że nie mogę być w tej kwestii szczery, ale… one się nigdy nie zagoją. Dlatego, poza domem, nie chodzę na krótki rękaw, a przełamanie się do tego, by nie zakładać bluzy przy ~~Pchełce~~ Mori, która wie o tych sznytach… jest ciężkie. Chociaż wiem, że nie będzie mi robić o to wyrzutów, nie będzie gderać, nie będzie załamywać rąk.
I… w pewnym momencie życia, również stanąłem na tej samej krawędzi, na linii dzielącej życie od śmierci.
Bo nie chciałem już cierpieć.
Miałem próbę samobójczą. Chciałem… przedawkować herę.
W ostatniej chwili zadzwonił braciak. Elektryk.
Poznałaś mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej, możliwej chwili, a ja zapomniałem wyciszyć tego telefonu.
Tylko… czasem naprawdę myślę, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym jednak się na to odważył, gdybym wziął tę dawkę, bo wierz mi, upewniłem się, że to by mnie na pewno zabiło.
Wtedy, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Ja… nie chciałem cierpieć, ale również nie chciałem jednak kończyć w ten sposób.
Wiem, że Ty też nie chcesz.
Dopiero wtedy, powoli… dałem do siebie dostęp i dałem sobie pomóc. Chociaż nie mogłem powiedzieć nikomu prawdy. Rodzice, rodzeństwo – oni wiedzą, że *coś* się zadziało i dlatego znalazłem się w takim stanie. Nie wiedzą, co dokładnie, a mnie boli takie ukrywanie, to, że muszę ich wciąż okłamywać i jeszcze mam czelność usprawiedliwiać w tym samego siebie, że robię to dla ich dobra.

Nie powiem przecież mamie, tacie, że za ich syna, przez pół roku chodziło spektrum – a ich dziecko przechodziło…
Już sam nie wiem, jak to określić.
Dla nich liczy się, że „wróciłem”. Wiem, że nie zasłużyłem na to ciepło. Wiem, że nie zasłużyłem na wybaczenie ze strony Mori, której było głupio, że na mnie naskoczyła… skąd miała wiedzieć, że nigdy o niej nie zapomniałem – to moje przygłupie spektrum nie miało wgranego odpowiedniego wspomnienia?
Stanęli za mną murem, kiedy zdałem sobie sprawę, że potrzebuję pomocy.
Wtedy, miałem atak paniki. Dostaję je niekiedy bez zapowiedzi. Gdziekolwiek. Szukam wtedy miejsca, w którym mogę się schować, by to przeczekać, boję się samego siebie, boję się, że mogę komuś zrobić krzywdę – raz niechcący przyłożyłem tak Kayleigh. Wystraszyłem się, kiedy podeszła za blisko, kiedy złapała mnie za ramię, bo jeszcze nie wiedziała, co się ze mną dokładnie dzieje. Odepchnąłem ją, chodziła z siniakiem na ramieniu.
Czasem również bywa, że w ich wyniku tracę przytomność. Po prostu mdleję. Organizm wyłącza mi awaryjnie świadomość, bo dostaje za mocne wciry.
Ostatnio, napad dorwał mnie w mieszkaniu. Rozwaliłem szkło, Akemi znalazła mnie pod biurkiem. Gdyby nie ona, prawdopodobnie siedziałbym tam dłużej w tym stanie.
Aissatou, Ty też mi wtedy pomogłaś. Naprawdę.
Dziękuję, że to ze mną przeczekałaś. Przepraszam, że byłaś tego świadkiem – zawsze się wstydzę później, kiedy ktoś mnie znajduje w tym stanie, albo przy kimś w ogóle mi tak odwali.
Czułem się bezpieczniej.
Przepraszam, że sam… nie dałem Ci tego odczuć, kiedy potrzebowałaś wsparcia.
Wtedy… w kawiarni – kiedy spotkaliśmy się, by ustalić, jak możemy pomóc Akemi… przepraszam, że pociągnąłem za jedną ze strun, za mocno – robiąc Ci po raz kolejny krzywdę.
Bo wiem, jak wygląda taka chwilowa fascynacja, takie zauroczenie. Sam je przeżyłem. Ono samo mnie zaprowadziło do diabła, bo chciałem się popisać.

To była moja kara. Poznanie tamtej dziewczyny, lata temu, z perspektywy czasu, to najgorsze, co mi się przytrafiło. Zostawiła mnie po wszystkim jak kredowy obrys zwłok i czekała na deszcz, który mnie zmyje.
Dlatego… poczułem, że dostałem jasno do zrozumienia – nie zasługuję na jakąkolwiek pomoc. Czy to głupie notatki, by móc zrównać się z poziomem ówczesnej klasy (zawaliłem potem rok w liceum – powtarzałem drugą klasę), czy zwykła rozmowa… cokolwiek.
Powiedziała, że to wszystko moja wina.
She was goddamn right.
Nie jesteś tylko kodem. Jesteś Aissatou – naszą Aissatou, czy jak się śmiałem, bo dawałaś tak odczuć, że Cię wszędzie pełno, tuptałaś tu, tuptasz jeszcze tam… „Tuptuś” ^^”
Tak, wiem, jestem w związku z Akemi i kocham ją. Naprawdę mocno ją kocham – a Ciebie traktuję i poważam jako przyjaciółkę i będę szczery, ale i jako młodszą siostrę.
Bo jesteś człowiekiem. Bo nie zrobiłaś niczego złego. To Ciebie skrzywdzono. Nie jesteś wypruta z emocji.
Nie chcesz cierpieć.
To… to ja Cię skrzywdziłem. Jestem jak trucizna – czuję się tak, jakbym niszczył każdego, kto się do mnie chociażby zbliży.
Przepraszam, że Cię w to wszystko wciągnąłem.
Przepraszam, że nie zauważyłem niczego.
Przepraszam, że nie powiedziałem podczas tamtego spotkania chociażby tego, że… jesteśmy. Że masz moje wsparcie. Bałem się. Nie chciałem Cię jeszcze bardziej dobić a wiem, że w większości przypadków kompletnie nie potrafię ważyć swoich słów, lecąc bezpośrednio.
Przepraszam… że nie mogłem nic zrobić.
Przepraszam… że złamałem kolejną obietnicę.
Nie wiem nawet, czy dotarłaś chociażby do połowy listu – jeżeli chociażby go otworzyłaś i przeczytałaś połowę – naprawdę jesteś zajebista, żeś przebrnęła przez ten pierdolnik.
Jeżeli go nie przeczytałaś: nie chciałaś, za co Cię nie winię. Bo nie mam takiego prawa, bo to Ty masz zasrane prawo czuć do mnie żal po tym wszystkim. Równie dobrze, nigdy Ci go nie dałem, bo nie potrafiłem się na to zdobyć.
Powiedz słowo… a stanę za Tobą murem, Tuptuś.

Autorka: Morrigan

Co, jeżeli…

Na trawniku przed boiskiem szkolnym w Kadic wylegiwała się piątka młodych uczniów. Jeremy siedział z laptopem na kolanach, zza pleców zaglądała mu Aelita. Razem omawiali ostatnie zadanie domowe. Odd skrobał coś w swoim notatniku, przygotowując pomysły na nowy scenariusz filmu krótkometrażowego. Yumi  wespół z Ulrichem leżeli na trawie wpatrując się w leniwie poruszające się chmury na niebie. Chłopak wciąż zastanawiał się nad zbliżającym się terminem oddania wypracowania języcznego. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi, postanowił podnieść się z ziemi i zwrócić się do swojego współlokatora:

– Odd, jak ty to robisz że zawsze znajdziesz jakiś ciekawy temat na wypracowanie albo film?

 – Po prostu zadaje sobie pytanie, na przykład “Co jeżeli?”

– Co jeżeli? – Powtórzył się pytająco Ulrich.

– Tak. No wiesz, rzucasz jakieś pytanie które ciebie by zainteresowało i masz gotowy materiał na film.

– Czyli jakie? Jak ukryć Kiwiego w walizce? – Zaśmiał się Jeremy.

– Na przykład… Co jeżeli Sissi pojawiłaby się w Lyoko?

– Miałbym niefart. – Krótko rzucił Stern, jednocześnie z powrotem kładąc się plecami na trawie.

– A jakby Sissi wyglądała? Miałaby rogi albo wampirze kły doktora Shrenka?

– Prędzej głowę wielką jak jej ego. – Zażartowała Aelita.

Grupa roześmiała się na kilka chwil. Temat poczęła ciągnąć Yumi.

– Ej, ale to w zasadzie jest ciekawe pytanie. Jak wyglądałaby Sissi w Lyoko?

– Chyba jak sam doctor Shrenk. – Poważnie odpowiedział Ulrich.

– Hmmm… – Zastanowił się Odd. – Stawiałbym na Czirliderkę. Zawsze stara się wszystkim udowodnić że wygląda najlepiej i ściąga na siebie uwagę.

– A może pielęgniarka? – Zastanowiła się Aelita.

– Pielęgniarka? A skąd ten pomysł? – Rzucił Belpois.

– No bo w sumie o ile na co dzień jest złośliwa, to zawsze dba o swoich. A w sytuacjach niebezpiecznych potrafi być troskliwa. Superkomputer tworzy awatary na podstawie ludzkiej podświadomości, więc w sumie czemu nie?

– A właśnie, a propo superkomputera. – Wtrącił się Ulrich. – A co jeżeli ktoś go odnajdzie i włączy na nowo?

– Nie ma szans. – Odpowiedział pewnie Jeremy. – Operację rozruchu zabezpieczyłem wymogiem wpięcia przenośnej pamięci flashowej, nikt go nie uruchomi.

– A po naszemu? – Zapytała się Yumi.

– Wkładasz właściwy pen drive i wciskasz przycisk. A takowy mam tylko ja.

– Oprócz tego zablokowaliśmy również windę, przyciski, wrota… – Wtrąciła się Aelita. – Razem z Williamem zamurowaliśmy nawet przejście do laboratorium.

– Ta, ale na długo to nie wystarczy.

– Czemu? – Zapytał się Odd.

– Bo miasto ma zamiar w przyszłości wyburzyć fabrykę. Chwilowo wybierają się do tego jak sójka za morze, ale jak się w końcu wezmą to odkryją superkomputer.

– Oh. – Zaniepokoiła się Yumi. – Mamy na to jakiś pomysł?

– W zasadzie dwa. Jeżeli będą zbierali się wystarczająco długo aby firmy produkowały podobne komputery na masową skalę to po prostu się ujawnię, wtedy i tak będzie wszystko jedno. A jeżeli się sprężą to rozłożę superkompa na części i złożę go gdzieś z powrotem w jakieś dziurze.

– A niby gdzie taką dziurę znajdziesz? – Dopytywał się Ulrich.

– Po prostu coś wymyślę. Po walkach z XANĄ w zasadzie nie widzę rzeczy której musiałbym się bać.

– Hmmm… – Aelita przez moment się zastanowiła. – A co gdyby XANA wygrał?

– Co?

– Gdyby XANA wygrał. Zniewoliłby ludzkość? Wszyscy padliby na kolana jak w utopijnych filmach?

– Na pewno. – Wtrącił się Odd. – Widziałaś te wielkie pająki w opuszczonym laboratorium? Ich ostre kończyny na pewno nie służyły do szydełkowania szalików.

– W sumie nie raz się nad tym zastanawiałem. – Począł mówić Jeremy. – Ciężko dzisiaj stwierdzić co by się stało, ale możliwe że XANA schowałby się i tyle. Zwróćcie uwagę że większość jego ataków była skierowana na mnie albo Aelitę, byliśmy dla niego albo przeszkodą albo środkiem do celu. Ale nikt nie wie jaki był jego prawdziwy cel.

– Czyli co, ryzykowaliśmy życiem na darmo? – Zapytał się Ulrich.

– Skąd, dla XANY cel uświęca środki. Gdyby nie my, kto wie ilu ludzi by przypadkowo zginęło.

– A co jak wszyscy staniemy się dorośli? – Wtrącił Della Robbia. – Założymy rodzinę albo będziemy podróżować po świecie.

– Rodzinę… – Zaczerwienił się Jeremy.

– No wiecie, rozjedziemy się i żaden z nas nie będzie miał czasu dla siebie. Aż w końcu zapomnimy że kiedyś chodziliśmy do jednej i tej samej budy.

– Myślę że trochę za daleko wybiegasz w przyszłość Odd. – Uspokoiła przyjaciela Yumi. – Wszyscy razem przeżyliśmy ze sobą wiele trudnych, tragicznych i chwalebnych chwil. Takich rzeczy nie da się zapomnieć.

– Poza tym mamy XXI wiek. – Powiedziała Aelita. – Będziemy do siebie często dzwonić i raz na kwartał albo pół roku robić długie, wspólne zjazdy. Będzie dobrze.

– To ja może mam fajniejsze pytanie. A co jeżeli pojedziecie w najbliższe wakacje razem ze mną do Japonii?

– A twoi rodzice się zgodzą?

– Pewnie, przekonam ich.

– Hmm… – Przeciągnął Jeremy. – W sumie, czemu nie?

Autor: Wyklęty

Przygody młodego Jima Moralesa

9 lipca 1973, Avenida 9 de Julio, Buenos Aires

20:34 GMT-3

Nocne Buenos Aires, choć wielkie i błyszczące, było tego wieczoru ciche i chłodne. Skąpane w gęstym jak atrament mroku, którego ku zdziwieniu Douglasa dziesiątki przyćmionych latarni nie potrafiły rozpędzić, Plaza Lavalle kusiła zmęczonego Brytyjczyka dużo bardziej niż parkiet Teatro Colón.

Chociaż…

Douglas wrócił z balkonu z powrotem do zapierającej dech w piersiach sali opery. Uroczystości z okazji Dnia Niepodległości przetoczyły się przez cały kraj zwyczajowo kilka tygodni wcześniej, 25. maja. Teraz stolica Argentyny w większości szykowała się do niespokojnego snu, a jedynymi wartymi wspomnienia obchodami 9. lipca był bal dla miejskiej śmietanki.

 – …ski dla głowy argentyńskiego Kościoła!

– Nikt tak nie mówi, Jimbo – odparł niewysoki mężczyzna próbując wyrwać się z szerokiego uścisku Moralesa. – Cześć Douglas, dobrze cię widzieć.

– Hej, Jorge – Douglas wyciągnął rękę na uściskanie.

– A kim jest wasza urocza towarzyszka, durnie?

Wzrok całej trójki mężczyzn spoczął na ślicznej, niewysokiej Japonce, siedzącej pod ścianą tuż obok, dotychczas nieobecnej w rozmowie, lustrującej uważnie każdy centymetr parkietu. Dopiero po kilku sekundach Akiko zorientowała się, że to o niej mowa, ale nim zdążyła się odezwać, przedstawił ją Jim.

– A, właśnie, dobrze, że jesteś. Potrzebujemy błogosławieństwa. A właściwie to przynajmniej, żeby cud się ziścił. Inaczej ta dwójka nigdy nie wyjdzie razem na parkiet.

– Nie masz… – przerwał mu bardziej zakłopotany niż zirytowany Douglas – Nie masz czegoś do roboty, stary?

Istotnie – stojąca w tyle orkiestra właśnie skończyła stroić instrumenty i dawała znać, że zaraz zacznie grać.

– Racja – Jim przygładził klapy czerwonej dresowej bluzy, która służyła mu zamiast marynarki do garnituru i ruszył na środek sali w poszukiwaniu partnerki, ale po drodze jeszcze zdążył dać Jorge’owi kuksańca w bok. – Ty lepiej się pozbądź tej koloratki, bo nikt nie będzie chciał z tobą tańczyć!

– Phi, amator. Ta koloratka sprawi, że wszystkie najgorętsze laski nie będą myślały, że do nich zarywam, i nie będą się bały wskoczyć do tanga!

***

Pierwsze nuty rozbrzmiały.

Wybuchła noc.

– Mogę prosić Panią do tańca?

– Tango z nieznajomym? Zawsze!

…3, 4 i…

…Więcej się można nauczyć podróżując. Podróżować jest bosko…

…Ach proszę pana jaki pan jest ciekawski. Naturalnie myślę o mężczyznach…

…Kiedy wybrali mnie syreną morza, zaprosili mnie do pierwszej klasy…

***

Ostre nuty rozpalały krew w żyłach nawet tych, którym nie dane dzisiaj było wyjść na parkiet. Douglas usiadł pod ścianą obok zmarnowanej Akiko i z uśmiechem zauważył, że wystukuje nogą rytm. Dziewczyna jednak nadal była spięta, czujna… i gotowa do walki.

– Odpręż się, dzisiaj NIE będziemy się napieprzać z bojówkami Peróna, spokojnie.

Japonka skwitował uwagę lekkim skinieniem głowy i jeszcze lżejszym uśmiechem. I jeszcze lżejszą uwagą.

***

tkt ktk tkt ktk tkt ktk…

Stukot szpilek Akiko niósł się po asfalcie, gdy cała trójka oddalała się żwawym krokiem dalej ulicą Libertad. Japonka szła przodem, dalej wypatrując potencjalnych napastników. Jim i Douglas postanowili już więcej nie zwracać jej dziś uwagi.

– Ładną promenadkę machnąłeś tam na koniec, Jim.

– Serio? Dzięki.

– Tylko tak dla pewności – wiesz, ze istnieje różnica miedzy tangiem amerykańskim a argentyń-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk…

– Wy też nieźle wymiataliście na parkiecie z Akik-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk tkkt ktk tkt…

– To co tam u naszej panny Semiramis?

– Teraz każe do siebie mówić del Carmen.

– Huh, ciekawe.

ktk tkt ktk tkt ktk ktk…

– Też to widziałeś, nie?

– Tak. Dotarli do niej pierwsi.

– Yep. Kartagina: 1, my: 0

Autor: Qazqweop

Przyszłość

Głowy pełne marzeń. Sny, o których każdy nam mówił – są do spełnienia. Wystarczy po nie odpowiednio sięgnąć, prawda? Życzenia się spełniają. Czeka nas świetlana przyszłość…

Uśmiecham się z przekąsem, wspominając te właśnie słowa. Jaka mnie czeka przyszłość? Nie wybiegam w nią dalej, niż parę dni w przód. Nauczyło mnie to parszywe życie Wojownika Lyoko. Ciągłe ocieranie się o śmierć. Myśli śmigające po głowie przy atakach, przelatujące przed oczami życie, zanim mógłby spaść ostatni cios – cudem zatrzymywany przez niezastąpiony Powrót do Przeszłości.

Jednak, czy szczęście będzie się mnie tak kurczowo trzymać za każdym razem? Nie chcę tego, ale mimo wszystko, wciąż o tym myślę. Pewnego dnia… limit cudów może się wyczerpać, a cios, który spadnie – zakończy historię, w książce stawiając ostatnią kropkę.

Nie wybiegam w przyszłość. Czasem próbuję, ale zatrzymuje mnie świadomość… że być może wybiegam za daleko.

Bo pewnego dnia, tej przyszłości dla mnie… może po prostu nie być.

Pewnego dnia, XANA może mi ją zabrać.

Pewnego dnia… może po prostu zabrać przyszłość dla całego świata.

I nie będzie już nic.

Autorka: Morrigan

Wojna Żywieniowa

Zabił dzwonek szkoły Kadic. Zakończyła się niniejszym przerwa, a zebrani na boisku uczniowie oczekiwali na ich nauczyciela. Ten pojawił się niedługo później, głośno otwierając drzwi:

– Hej, wiem że będziecie rozczarowani, ale muszę odłożyć dzisiejsze zawody w bieganiu na setkę!

Zebrani uśmiechnęli się z miejsca z ulgą jednocześnie wiwatując. Odda Dellarobie jednak rozbolał żołądek, jakby na te słowa przeczuwał coś niedobrego.

– Cicho mi tu! – Rzucił Jim Morales, nauczyciel WF – Nasza szkoła przystąpiła do własnego programu  zdrowego odżywiania się, dlatego aby wam wyjaśnić dlaczego garść sałaty może was uratować przed wężami w dzikiej Amazonii, Pani Yolanda Perraudin opowie wam o zaletach waszej nowej diety!

– Nie, to być nie może… – po cichu zaskomlał Odd – To się nie dzieje naprawdę. Mam jakieś deja vu!

Odezwał się głos szkolnej pielęgniarki – Sałata może nie, ale na pewno zdrowe odżywianie pomoże wam zachować dobrą formę. Przykładowo rano warto zjeść  lekkie posiłki.

Pani Perraudin dalej prowadziła wykład z prawidłowych metod odżywiania się. Do Odda po cichu odezwał się jego dobry kolega: Ulrich Stern:

– Zanim dobiegłem na zajęcia przeszedłem obok stołówki. Dzisiaj na obiad podają chyba sałatkę z ryżem i owocami.

– Nie, tak być nie może. – Zbulwersował się Odd. –  Muszę dzisiaj zjeść porządne jedzenie. Idziesz ze mną po lekcjach do stołówki!

========================================

Gdy tylko lekcje się zakończyły, Odd z Ulrichiem zakradli się do szkolnej stołówki.

– Nikogo nie ma. Chodźmy – rzucił Odd.

Weszli do środka i zajrzeli do kuchni. Odd jakby stały bywalec, od razu zlokalizował lodówkę a w niej nie wydane przez Rosę – miejscową kucharkę – jedzenie uznane przed dyrekcję za “nie zdrowe”. Stern odezwał się do swojego przyjaciela:

– Jesteś pewny że nikt nie zauważy braku przyczepy żarcia?

– A skąd, nikt się nie połapie. Wszyscy będą mieli nosy wsadzone w te ich zdrowe żarcie! – Odpowiedział  zadowolony Odd, pakując do plecaka kilka kawałków kurczaka oraz słoik z purre z ziemniaków. – Dobra, spadamy. Wrócimy po więcej jutro.

========================================

– Nie wierzę że się pokapowali! – Powiedział po cichu Odd, wyglądając następnego dnia zza węgła stołówki na stojącego przy drzwiach Jima.

– Nooo – odpowiedział Ulrich – Jeżeli Jim również przyszedł podjadać to pewno że się pokapowali. Co teraz?

– Nie będzie przecież tu stał w nieskończoność, dorwę się do tego jedzenia chociażbym miał podpisać pakt z diabłem.

========================================

W pokoju Jeremiego Belpuois, oprócz niego samego przebywała jeszcze jego koleżanka Aelita Stones. Do pokoju zapukali a potem weszli Odd oraz Ulrich.

– I jak? – Zapytał się Jeremy, obracając się na swoim krześle obrotowym – Dalej stoi przy tych drzwiach?

– Jim broni swojego terenu jak lew swej jaskini! – Zaśmiał się Ulrich – Wygląda na to że nawet Odd się nie prześlizgnie.

– Nie mogą przez wieczność tych drzwi pilnować, w końcu skończy się ten cały program! – Rzucił oburzony Odd.

– No tak, tylko czy twój żołądek to przeżyje? – Powtórnie zaśmiał się Ulrich.

– Oj, Odd, przesadzasz. – Odezwała się Aelita. – Zdrowe jedzenie nie jest takie złe.

– Wypluj to albo pożałujesz! To jest walka o przetrwanie! – Rzucił wyraźnie niezadowolony Della Robbia. – Skoro Jim pilnuje bez przerwy przy stołówce, to go po prostu zmuszę by ustąpił!

Aelita spojrzała na niego, trochę z niepokojem. – Mam nadzieję że nie będziesz go znów szantażować?

========================================

Późnym wieczorem żadnego ucznia nie dało się zauważyć na szkolnym podwórku. Robiło się coraz ciemniej, i tylko nauczyciel WF dumnie stał przy drzwiach stołówki. Zauważył idącego w jego kierunku jakiegoś ucznia, zasłoniętego szarym płaszczem, ciemnymi okularami oraz kapeluszem.

– Dwa słoiki psiego, znaczy, pysznego pasztetu mojej babci – odezwał się Odd, wyciągając zza pazuchy dwa szare słoiki z podejrzaną zawartością.

Jim otworzył pokrywkę, powąchał z zadowoleniem – Mmm, twoja babcia przyrządza naprawdę dobry pasztet Della Robbia. Proszę, zgodnie z obietnicą. – Uchylając delikatnie drzwi wyciągnął papierową torbę by zaraz przekazać ją Oddowi. – Tylko mam nadzieję że to pozostanie między nami.

– Oczywiście, nikogo tu nie widziałem proszę Pana.

========================================

– Ty, ja nie chcę nic mówić Odd – Obracając się na krześle w pokoju Jeremiego powiedział Ulrich – ale czy ci się nie kończy ta psia karma?

– Ta, a wygląda na to że i w stołówce zaczyna brakować zapasów. Zostało już tylko te zdrowe żarcie.

– To co zamierzasz zrobić? – Zapytał się Stern, wciąż kręcąc się na krześle.

– Najtrudniejsze sytuacje wymagają największych poświęceń. – Powiedział Włoch po czym stanął gwałtownie na równe nogi:

– Do biblioteki!

Ulrich aż spadł z krzesła.

========================================

Na lekcji historii nauczyciel zbierał po kolei referaty od każdego ucznia, wcześniej jednak wysłuchując ich ustnej odpowiedzi na zadane im wcześniej tematy.

– Della Robbia! – Zawołał Gilles Fumet – Teraz twoja kolej. Miałeś przygotować pracę o antycznym Rzymie.

– Tak Panie psorze – odpowiedział Odd, wstając z ławki i wychodząc na środek sali. – Starożytny Rzym był państwem istniejącym już od około 530 roku przed naszą erą. Zostało ono zbudowane dzięki wspólnemu wysiłkowi żołnierzy i ich dowódców. Żołnierze musieli być dobrze wyszkoleni, wyposażeni, oraz wyżywieni. Przykładowo podczas kolacji spożywano wieprzowinę oraz wołowinę. Na stołach pojawiały się również gęsi, kaczki, gołębie. Rzymianie znani też byli z sosów bez których żadna prawdziwa uczta nie mogła się odbyć…

Ostatecznie zakończyło się, że Odd przez dziesięć minut opowiadał o potrawach jakie spożywali Rzymianie.

========================================

Podczas zajęć prowadzonych przez Pana Gustava Chardina, uczniowie przygotowywali się do nowego spektaklu. Nauczyciela postanowił odwiedzić Dyrektor szkoły:

– A co oni tacy zmarkotnieli? – Zapytał się Delmas patrząc na zrezygnowanych podopiecznych.

– Nie wiem Panie Dyrektorze, wszyscy stracili humor gdy Della Robbia przyniósł własnoręcznie wykonane modele dziczyzny do sceny z ucztą. Powinni być zadowoleni, ten chłopak włożył w to całego ducha!

Do sali wszedł nauczyciel WF z dość nietęgą miną.

– Ja rozumiem że nasi uczniowie mogą być nieprzyzwyczajeni do zbilansowanej diety… – Począł mówić zakłopotany dyrektor, jakby próbując się bronić. – Ale jako dyrektor mam obowiązek dbać o ich zdrowie.

– Panie dyrektorze – Odezwał się Jim. – Telewizja przyjechała do naszej szkoły.

– Hę? – Zdziwił się Delmas. – A to niby w jakiej sprawie?

Przez drzwi sali przeszedł Thomas Wincent, człowiek znany w świecie medialnym jako “Telewizja”. Za nim ciągnęła się kamerzystka z widocznie włączoną kamerą.

– Zrób panoramę dzieciaków. – Rzucił do swojej kamerzystki reporter, po czym począł prowadzić reportaż – Czy szkoła Kadic zapewnia prawidłową przyszłość naszych dzieci? Patrząc na te wychudzone biedaki należy w to wątpić. Aby pokazać Państwu jak bardzo jest źle, wystarczy zapytać się pierwszego z brzegu ucznia…

– Moment, Proszę Pana! – Spanikowany dyrektor natychmiast podszedł do dziennikarza.

========================================

W szkolnej stołówce długa kolejka ciągnęła się do Rosy, miejscowej kucharki która wydawała jedzenie. W tem jednak, na sam środek bez pardonu wepchnął się Della Robia z wyraźnym zadowoleniem na ustach:

– I co Rossa? Co dzisiaj mamy na obiad?

– Purre z ziemniaków, panierowane kotlety, wędzoną kiełbasę. Co sobie wybierzesz, Odd. – Odpowiedziała równie zadowolona kucharka, ciesząc się z możliwości powrotu do swojej starej kuchni.

Autor: Wyklęty

Powiedz im, że wciąż żyję

Stali naprzeciw siebie – nastoletni chłopiec w czarnym, przylegającym kombinezonie z czerwonymi akcentami i nieco starszy od niego, młody mężczyzna w pelerynie z kapturem, który zakrywał jego twarz. Mieli do siebie po dwa kroki, byli sobie wzajemnie na wyciągnięcie ręki, na wyciągnięcie broni – choć dzieliła ich od siebie ściana. Nie próbowali się przebić. Przyglądali się sobie wzajemnie, z początku powtarzając ruchy. Jedno podążało w nich za drugim.

Młody mężczyzna zdjął kaptur swojej peleryny – nastolatek zamarł, cofając się o kilka kroków z lekkim opóźnieniem.

– Kim… jesteś!? – zapytał, wystawiając swój oburęczny miecz. Był gotowy do podjęcia ataku, nawet, jeżeli oddzielała ich bariera ze szkła.

Mężczyzna był spokojny. Spoglądał na nieco niższego chłopaka. Nie ruszał się.

            – Ja… jestem tobą. – ten odpowiedział po dłuższej chwili.

            – Czego… chcesz…? Nie wierzę Ci!

            Mężczyzna w pelerynie wyglądał jak nastolatek jako młody dorosły. Przypatrywali się sobie wzajemnie. Mieli różne stroje, różne wyrazy twarzy i różne odczucia – a byli jedną i tą samą osobą.

            – Przestań… błagam, przestań! – wrzasnął wreszcie chłopak – Przestań! Nie będę…! Już nie będę, rób co chcesz, ale daj mi spokój!

            Łamał mu się głos. Drżał, widział trzęsącą się sylwetkę samego siebie.

            – Nie jestem nim… – cicho powiedział mężczyzna – Musisz mi w to uwierzyć. Nie jestem…

            – Skończ…! – pisnął chłopak. Upuścił swój oburęczny miecz. Złapał się za głowę, zakrył uszy dłońmi. – Skończ, rozumiesz…!?

            Jak miał wytłumaczyć to samemu sobie, jeżeli doskonale to znał? Nie potrafiłby wtedy w nic takiego uwierzyć. Uznałby, że to kolejna iluzja, podstęp, mająca na celu złamanie resztek jego oporów.

            Mężczyzna przyłożył dłoń do zimnego szkła. Był wystarczająco blisko. Na tyle, by widział osadzającą się na nim wilgoć od oddechu. Czy to naprawdę było możliwe w wirtualizacji? Czy może to był świat stworzony przez ich – jego – wspólne koszmary?

            Ile czasu minęło, nim nastolatek, choć nieufnie, podszedł do tej ściany?

            – Jakim cudem… jesteś ode mnie starszy? – zapytał nastolatek. – Jeżeli mówisz prawdę…?

            – Sam tego nie rozumiem… ale ktoś zdecydował, że pomoże mi wrócić.

            – Czyli… zostawisz mnie tutaj, prawda?

            – Nie.

            – Jak to nie…?

            – Idziemy stąd razem. Jesteśmy tą samą osobą.

            Mężczyzna był ciałem. Nastolatek – pamięcią o świecie sprzed swojego upadku.

            Ściana nagle zniknęła, a oni razem z nią.

            Otworzył oczy. Rozejrzał się wokoło. Stał przy konsoli, uruchomionej.

            Wysłana wiadomość. Kiedy…?

            „Wrócisz do domu, dziecko.”

            „Powiedz im, że wciąż żyję.”

            Kim był chłopak z jego… dziwnej wizji? Był taki przerażony…

            Czy naprawdę byli jednym ciałem i rozumem?

Autorka: Morrigan

Zakochany Ślizgon

            – Mógłbyś wyjaśnić ten list jeszcze raz? – spytał spokojnie Albus Dumbledore.
            – Mówię, że zabrał mi go ten kot! – krzyknął zirytowany William, wskazując na zwierzaka kroczącego dumnie  po gabinecie dyrektora.
Gdy zwierzak skoczył z biurka, zamiast sierści miał włosy i ludzką głowę. Wystarczyła zaledwie sekunda, żeby winowajcy już nie było. Zmienił się w profesor McGonagall, która spoglądała na chłopca wzrokiem pełnym pogardy. Młody czarodziej nie krył swojego zdziwienia. Nie wiedział, że nauczycielka jest animagiem.
            – To ciekawe – skomentowała Minerwa, która trzymała w dłoni kartkę. – Uważasz zatem, że pisanie miłosnych wierszy jest ważniejsze od nauki w Hogwarcie?
            Dunbar nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Zaskoczony nagłą przemianą nauczycielki jedyne kiwnął głową w ramach zaprzeczenia.
            – Uważam Albusie, że ten oto świeżak nie zna jeszcze zasad naszej instytucji – odezwał się opiekun domu ucznia, Severus Snape. – Pamiętajmy, że jest tu od niedawna, a wielu innych uczniów i po dłuższym czasie wyrządzało wiele szkód – mówiąc te słowa, spojrzał na swoją koleżankę z pracy.
            – Severusie, twój podopieczny nie jest już dzieckiem. Jeśli dalej będzie tak postępować, nie zostanie dopuszczony do egzaminów. Dopilnuję tego.
            Słowa opiekunki Gryffindoru sprawiły, że Williama przeszył dreszcz. W Hogwarcie uczy się dopiero pół roku, z dużym opóźnieniem przez pomyłkę. Powinien otrzymać list w dniu swoich jedenastych urodzin. Jednak przez błąd znalazł się w czwartej klasie, a jego dalsze losy są niepewne.
            – No dobrze – Dumbledore odłożył pióro na miejsce, splótł palce w koszyk i spojrzał na Williama. – Slytherin traci pięć punktów. Wróć do pokoju.
            Chłopiec kiwnął głową i wyszedł z gabinetu dyrektora.
            – Tylko tyle? Albusie! – skomentowała oburzona McGonagall.
 ~*~
            William usiadł na łóżku, przygnębiony rozmową. Po raz kolejny jego dom stracił punkty. Dodatkowo McGonagall dopilnuje, żeby nie napisał egzaminów i nie został dopuszczony do piątej klasy.
            Spojrzał na zdjęcie z rodzicami. We Francji, gdy jeszcze wszystko było dobrze. Nigdy nie był wybitnym uczniem, ale zawsze radził sobie na tyle, żeby przechodzić dalej. Kiedy tylko dowiedzieli się, że ich syn jest czarodziejem i powinien uczyć się od kilku lat w Hogwarcie, przestali się do niego przyznawać.
            Nie poczuł większej różnicy. Ojciec zawsze pracował i nie było go w domu, a gdy tylko ukończył siedem lat, matka poszła w ślady swojego męża. Miał lepszy kontakt z sąsiadami, niż z własnymi rodzicami.
            Do pokoju wszedł blondyn, który niezbyt zadowolony zmierzał w kierunku Williama.
            – Przez ciebie znowu straciliśmy punkty! – krzyknął, ściągając w emocjach swoją czarną szatę. Sala Slytherinu zaczynała się powoli wypełniać resztą podopiecznych domu.
            – Jak ciebie nie było, rywalizowaliśmy tylko z tymi głupimi Gryfonami – dodał Crabe.
            – A teraz mamy mniej punktów od Hufflepuffu – dokończył Goyle.
            – Dajcie mu już spokój – wtrąciła się Pansy, która poprawiała sobie włosy. – Jest opóźniony i działa na szkodę własnego domu, zamiast innego.
            Draco wraz ze swoimi przyjaciółmi zaczęli złośliwie rechotać. William wściekły uderzył pięścią w nocny stolik. W pokoju nastała cisza.
            – Szkoda, że nikt z was nie raczył mi w ogóle pomóc! To nie moja wina, że w papierach zrobili błąd i nie dotarłem z wami, mając jedenaście lat! Wszystkiego uczę się sam! A wy macie do mnie pretensje, że dom traci punkty za rzeczy, których po prostu nie wiem?
            Po tych słowach Dunbar wziął swoją torbę, zimową szatę i wyszedł. Pokój Ślizgonów dalej pozostał w ciszy. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji z jego strony.
 ~*~
            William postanowił się przejść na boisko Quidditcha. Lubił przebywać na trybunach i obserwować treningi drużyn. Zastanawiał się często nad dołączeniem, jednak wewnętrzne rozterki nie pozwalały mu zrobić czegokolwiek poza patrzeniem.
            Wyciągnął nową kartkę i zaczął od nowa pisać list do pewnej dziewczyny. Widział ją głównie na boisku do Quidditcha podczas meczy. Była doskonałą szukającą – niemal cały czas zdobywała punkty dla swojego domu. Poza celnością wyróżniała się rudym kolorem włosów. Czasem zamienili ze sobą kilka słów, jednak zawsze musiała pędzić na zajęcia, żeby nie mieć wpisanego spóźnienia.
            – Cześć William! – przywitała go ciepło Ginny. Chłopak od razu schował list oraz resztę rzeczy i wstał z uśmiechem, widząc dziewczynę. Przez kilka sekund uświadamiał sobie, z kim właśnie teraz rozmawia.
            – Hej. Co tutaj robisz?
            – Miałam mieć trening razem z braćmi, ale chyba o nim zapomnieli – odpowiedziała rudowłosa. – Pomyślałam, że ciebie nauczę paru zasad Quidditcha.
            – Mnie? – zapytał zaskoczony William propozycją.
    Jeszcze przed chwilą pisał dla niej list miłosny, a teraz nauczy go podstawowych zasad gry. Bez żadnego sprzeciwu powiedział:
            – Znaczy, tak. Chętnie.
            – Bierz nimbusa i widzimy się na boisku – powiedziała szczęśliwa panna Weasley i pobiegła się przygotować na trening. Sprawił, że jest teraz szczęśliwa.
            Dunbar wiedział, że Ginevra Weasley jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką poznał w życiu. Był jednak jeden problem. W zasadzie były dwa.
            Pierwszym był taki, że Ginny była zakochana w Harry’m Potterze.
            Drugi był gorszy. Ona jest z Gryffindoru, a on w Slytherinie.
 ~*~
            Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Hogwart był częściowo już udekorowany świątecznymi dekoracjami, a duchy poszczególnych domów śpiewały z radością kolędy. Slytherin nadrobił zaległości, które stracił przez Williama i prowadził w całej klasyfikacji.
            Dunbar szedł samotnie po korytarzach szkoły. Wszyscy już wcześniej skończyli zajęcia i każdy zajmował się innymi sprawami. Duplikat listu, którego oryginał zabrała profesor McGonagall, skończył pisać kilka dni temu. Wszystkie zaległości  już zaliczył. Nie słyszał już komentarzy pod swoim adresem od kolegów i koleżanek z domu.
            Co zatem może robić zakochanyŚlizgon w młodszej od siebie Gryfonce?
            – Cześć, William – przywitała go zupełnie inna osoba. Odwrócił się, a przy ścianie stała najsympatyczniejsza Krukonka, jaką chłopak poznał.
            Luna Lovegood od dzieciństwa miała niechlubny przydomek „Pomyluna”. Dunbar nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego uczniowie nie akceptują jej odmienności – szczególnie Slytherin. Bardzo często słyszał wyzwiska skierowane do dziewczyny.
            – Witaj, Luno – odpowiedział nonszalancko, a następnie wziął dłoń dziewczyny i ucałował ją. Blondynka z początku nie wiedziała, jak zareagować na takie przywitanie.
            – W twoim świecie tak są witane kobiety? – zapytała, będąc dalej w szoku.
            – Nie zawsze, chociaż uważam, że to powinien być obowiązek każdego mężczyzny – wyjaśnił William. Krukonka patrzyła na niego z podziwem, co dawało mu dużą satysfakcję.
            – Zastanawiam się, dlaczego nie jesteś u nas, w Ravenclaw. Poradzić sobie z tak ogromnymi brakami w czarodziejskim nauczaniu w takim krótkim czasie to powód do dumy.
            – Myślisz?
            – Oczywiście – odpowiedziała spokojnie Luna, a następnie założyła swoje widmokulary. Wyglądały one nietypowo. Oprawki były w kształcie dwóch dłoni skierowanych do siebie w przeciwnym kierunku, a miały kolor złoty. Lewe szkiełko było w środku niebieskie, a dalej białe. Prawe wyróżniał jedynie różowy środek.
            Świeży Ślizgon nie umiał zrozumieć, czemu Luna je nosi, jednak akceptował to w pełni.
            – Coś się z tobą dzieje, Williamie. – stwierdza dziewczyna.
            – Skąd to wiesz?
            – Zachowujesz się inaczej, niż zwykle – wyjaśniła Krukonka, a następnie uniosła swoje okulary na czoło. Dunbar westchnął głośno, po czym zaczął opowiadać wszystko, co go męczy:
            – Nie potrafię dogadać się ze swoim domem. Nikt nie wyjaśnił mi zasad funkcjonowania w Hogwarcie, przeze mnie Slytherin stracił dużo punktów i spadł na ostatnie miejsce. Do tego jeszcze McGonagall chce, żebym nie został dopuszczony do egzaminów.
            William usiadł na chłodnej podłodze, opierając się o chropowatą ścianę. Prawe kolano miał uniesione, a lewa noga była wyprostowana.
            – Jednak nie to jest najgorsze. Zakochałem się.
            – To urocze – komentuje Luna, która podczas słuchania jego historii schowała do upchanej torby swoje widmokulary.
            – Nie jest. Ona jest Gryfonką.
            – Co z tego?
            – Nie mam u niej żadnych czas – odpowiedział zrezygnowany.
            – Dlaczego? – dopytywała Luna.
            – Ona kocha Harry’ego Pottera. Z nim nie da się konkurować.
            – Spróbuj. Nie zaszkodzi – doradziła Krukonka.
            – Myślisz, że warto?
            – Oczywiście. Spójrz – dziewczyna wskazała dłonią na dwór. Był otulony białą pierzyną, a udekorowane choinki świeciły, dając dodatkowy blask.
            – Zbliżają się Święta. Piękniejszej okazji nie będzie.
            Dunbar zadumał się nad słowami koleżanki. Nie pomyślał w ten sposób. Jego dalsza nauka w Hogwarcie stoi pod znakiem zapytania, a Ginny z pewnością wraca do rodziny na Boże Narodzenie. Być może już nigdy więcej jej nie zobaczy.
            – Jesteś geniuszem! – wykrzyknął chłopak i zerwał się na nogi. Poczuł nowy przypływ energii. Musi teraz tylko zaplanować sytuację przed świętami. Ma jeszcze jeden prezent do zrobienia.
            – Powodzenia, Williamie – powiedziała Luna, która po raz czwarty zaczęła czytać najnowszy magazyn „Żonglera”, który przysłał pan Lovegood.
 ~*~
     Do Wigilii został jeden dzień. Cała szkoła została już udekorowana świątecznymi ozdobami, duchy krążyły po korytarzach, śpiewając z radością kolędy, a w Głównej Sali świeczki balansowały nad przygotowanymi miejscami dla uczniów, którzy zostali na Święta w Hogwarcie. Część uczniów już wyjechała do swoich rodzin.
            William czekał na pannę Weasley przed wejściem do szkoły. Zaproponował małe spotkanie przed wyjazdem dziewczyny na święta. Był jednocześnie zestresowany i podekscytowany.  Prezent trzymał schowany w torbie.
            – Hej, ślizgonie – zawołała z radością Ginny, widząc Dunbara.
            – Eee… Witaj – odpowiedział zaskoczony chłopak. To już? Tak szybko przyszła? Nie zdążył przygotować w pełni swojej wypowiedzi.
            “Działaj, William. Nie możesz tego zepsuć.” – pomyślał.
            Chłopak ujął jedną dłoń Gryfonki, po czym schylił się i pocałował ją. Spojrzał na minę dziewczyny obdarzonej nietypowym przywitaniem. Kilka sekund nie odzywała się. Kiedy minął jej największy szok, spytała:
            – Każdy mężczyzna tak wita dziewczynę w twoim świecie?
            – Tak zostałem wychowany, by takim gestem obdarzać kobiety – odpowiedział Dunbar tak samo nonszalancko, jak wyjaśnił kilka dni wcześniej Lunie.
            – Jesteś prawdziwym dżentelmenem – skomentowała rudowłosa, dalej nie mogąc wyjść z zachwytu nad zachowaniem chłopaka.
            – Przygotowałem dla ciebie mały prezent. Wiesz, święta… – powiedział William. Od razu wyciągnął niewielką paczkę okrytą złotym papierem i obwiązaną czerwoną wstążką. Wręczył ją dziewczynie.
            – Kolory Gryffindoru. Dziękuję ci, Williamie – wydusiła z siebie Ginny. – Też coś dla ciebie przygotowałam – po tych słowach wyciągnęła spod płaszcza podobnej wielkości prezent, zapakowany w barwach jego domu.
            Dunbar nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się podarunku od dziewczyny.
            – Muszę się zbierać. Niedługo odjeżdża pociąg. Bracia pewnie się martwią o mnie. Wesołych Świąt, Williamie!
            Ginny spojrzała na chłopaka jeszcze raz, po czym ominęła go i skierowała się  w kierunku pociągu. Dunbar nie odwrócił się – cały czas był zszokowany całą sytuacją.
            “Matko, zapomniałem!” – pomyślał chłopak, a następnie podbiegł do dziewczyny. Zaskoczona zatrzymała się, gdy tylko przed nią pojawił się William.
            – Zaczekaj. Muszę powiedzieć ci coś naprawdę ważnego.
            – Słucham – powiedziała ze spokojem panna Weasley.
            – No… więc… – jąkał się Dunbar. Nie wiedział, że powiedzenie jej uczuć będzie tak ciężkie. Pewnie wyjdzie na totalnego głupka przy ukochanej.
            – William, powiedz. Spóźnię się na pociąg – nalegała Ginny.
            – Dobrze. Zatem… – Ślizgon wziął głęboki oddech. Ujął w swoje dłonie jeszcze raz ręce Gryfonki. – Zakochałem się w tobie.
            Po tych słowach puścił dłonie dziewczyny. Patrzył jej w oczy, jednak nie potrafił nic z nich odczytać. Żadnej reakcji. Miał przeczucie, że niepotrzebnie wyznał uczucia. Ona woli Pottera – człowieka z jej domu. Na co on liczył? Że pokocha osobę z domu, którego całego wręcz nienawidzi?
            Nagle Ginny umieściła swoje dłonie na ramionach Williama. Stanęła na palcach i zbliżyła się do jego ust. Chłopak wiedział, co musi zrobić.
            Przybliżył się do dziewczyny, a ich usta złączyły się w jednym pocałunku. Dzwony w Hogwarcie dzwoniły coraz głośniej. Śnieg spokojnie prószył na ich twarze.
            – Matko, pociąg! – krzyknęła Ginny. Dała Dunbarowi jeszcze jednego buziaka w policzek, po czym ruszyła w pościg na stację. Chłopak teraz odwrócił się w jej stronę. Stał przy moście tak długo, póki nie zniknął z jego oczu ostatni wagon czarodziejskiego pociągu.
 ~*~
            Dzień później stu uczniów i cała kadra nauczycieli zasiadła przy stole. Byli już po dzieleniu opłatkiem oraz wspólnej kolacji. Teraz każdy rozmawiał w mniejszym lub większym gronie. Kilka osób śpiewało razem z duchami.
– Jak było? – zapytała Luna podczas szkolnej Wigilii. Chłopak głośno westchnął i odpowiedział:
– Miałaś rację. Warto było spróbować.
– Krukoni rzadko kiedy się mylą – powiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy.
– Właśnie! – krzyknął William do samego siebie. Z torby wyjął drugi prezent, po czym wręczył go Lunie.
– To dla ciebie. Nawet nie wiesz, jaki mam u ciebie dług.
– Naprawdę nie trzeba… – zaczęła dziewczyna, będąc zdziwiona gestem Ślizgona.
– Są święta. To mój prezent dla ciebie. Koniecznie załóż, chłodno jest – przerwał jej William. Zszokowana dziewczyna od razu założyła ciepłe, niebieskie skarpety od kolegi. Spojrzała na stopy i ruszała nimi, próbując nie wybuchnąć przez nadmiar radości.
– Skąd wiedziałeś?
– Zauważyłem, że ostatnio chodzisz boso.
– Draco Malfoy pożyczył moje buty. Mówił, że je odnowi – odpowiedziała Krukonka – Nie wiem jednak dlaczego, ale do dziś mi ich nie oddał.
– Zdobędę je – zadeklarował Dunbar, czując wstręt do kolegi z domu.
– Po świętach. Teraz na nich się skupmy – uspokoiła go dziewczyna.
– Masz rację. Wesołych Świąt, Luno.
– Wesołych Świąt, Williamie.

Autorka: Azize

Wiewiórka

Wiewiórka przemknęła po śniegu tuż przed kilkuletnią dziewczynką. Różowowłosa krzyknęła do ojca, co widziała, lecz on nie uwierzył. Kazał jej wracać do środka, by się nie przeziębiła.

***

Aelita rzadko dekoncentrowała się podczas matematyki, teraz jednak nie była w stanie myśleć o tych wszystkich równaniach, które pojawiały się na tablicy szybciej, niż była w stanie je przepisywać. Od kilku dni męczyły ją sny. Wspomnienia z dzieciństwa bez żadnego konkretnego kontekstu- ot urywki. Przypomniał jej się tort z szóstych urodzin, wspólne czytanie z ojcem, nawet coś związanego z jej matką – jak zakładała jasną perukę, gdy wybierała się na zakupy. Zapętało się to jednak w nieskończone kręgi. Kilka kręgów i cztery linie. Znak Xany. Sen zawsze się nim kończył. Ale przecież Xana nie żył. Prawda?

Zacznijmy może od tego, że Xana żył w przynajmniej kilku wersjach tego czasu. Na pewno w którejś nawet wygrał. W innej przeżył w komputerze profesora Tyrona, który w tej przestrzeni dopiero przypominał sobie, nad czym kiedyś pracował- znalazł jakaś starą notatkę, czy może Anthea przypomniała mu o dziele Walda. W jeszcze innej czasoprzestrzeni Xana przetrwał w ciele zwykłej wiewiórki. Wiewiórki, którą paradoks czasu wysłał do tej kilkuletniej dziewczynki.

Zatem Xana żył, choć nie był to ten sam Xana. Skąd jednak ten paradoks? Skąd Xana wziął się w spokojnej kryjówce Walda?

Cóż, to chyba była wina Jeremiego. Tak przynajmniej sądził, gdy postanowił samotnie wybrać się do tej czasoprzestrzeni.

***

Pojawił się zgodnie z planem w fabryce. Nikogo nie było, więc odetchnął z ulgą. Schował do torby paralizator, który na tą okazję kupił i poszedł na górę. Winda skrzypiała, zupełnie jak w jego czasoprzestrzeni. Uśmiechnął się delikatnie. Pewnie nie da rady wrócić.

Znalazł się w sali superkomputera. Niewiele się tu zmieniło, jednak widział, że nie jest u siebie. Leżała tu masa nowych rzeczy, krzesło było wymienione, a monitorów było ze dwa razy więcej. Chłopak podszedł do interfejsu. Musiał znaleźć Xanę. Wiedział jak, nie wiedział gdzie. Wpisał dane, które superkomputer powinien powiązać z programem.

Miło. Rezerwat wiewiórek.

Czy wiewiórki były pod jakąś szczególną ochroną w tym świecie? Jeremy potrzebował chwili, by zorientować się, co się stało. Jakaś epidemia. Gatunek zagrożony wyginięciem. Zostało około stu osobników.

– Cwany jesteś Xana. Cwany – przyznał Jeremy, wstając z krzesła. W tym momencie otworzyły się drzwi windy.

***

Różowowłosa spojrzała na okularnika. Nie widziała go od kilku lat. Od kiedy zginął. Co więc tu robił? Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Przyglądała się. Był wyższy, niż pamiętała. Miał delikatny, jasny zarost, którym najwyraźniej starał się przykryć te kilka pokręconych blizn. Na szyi majaczyła się blizna po poparzeniu. W kształcie znaku Xany.

Aelita przeklęła i wyciągnęła z kieszeni nożyk.

– Poczekaj chwilę – krzyknął do niej Jeremy. Uniósł delikatnie ręce, by je pokazać dziewczynie. – Szukam Xany. Pomóż mi go pokonać.

Kłamca.

­­— Kłamiesz- powiedziała Aelita i rzuciła się na niego.

***

Wiewiórka przemknęła po dachu Kadic. Nie łatwo było zmylić superkomputer, ale gdy przestał wysyłać sygnał szukania, Xana miał wolną rękę. Po chwili wślizgnął się do pokoju, który w jego czasoprzestrzeni należał do Jeremiego. Jakież było jego zdziwienie, gdy zastał tam rzeczy zupełnie obcej osoby. Czuł zapach spalenizny. Znalazł to za szafą. Kawałek jakiejś książki

Więc Jeremy zginął? Xana tak długo się ukrywał, że jego tutejsza wersja zdążyła wszystkich pozabijać? Przecież to niepotrzebne! On nigdy nie próbował zabijać ludzi. Nawet w ostatniej chwili, gdy nie miał już innego wyboru, niż zabić lub uciec.

Skoczył na klamkę i wybiegł na korytarz. Zaczął szukać reszty. Pokój Williama- ktoś inny. Pokój Aelity- zamknięty. W pokoju Urlicha i Odda, znalazł tylko tego pierwszego. Siedział na jedynym w tym pokoju łóżku i uczył się czegoś. Xana wskoczył na niego, zwracając jego uwagę, a później dotknął jego telefonu.

– Co się z wami stało?

Dodał swój znak. Nie był pewien, czy powinien, ale zrobił to.

– Zabiłeś nas, zapomniałeś? – warknął Ulrich. Nie zdziwiła go postać wiewiórki.

– Więc czemu któryś z was mnie szuka?

Ulrich zerwał się na równe nogi.

– Szuka? – zdziwił się. Pozwolił Xanie wskoczyć na jego ramię i wybiegł z pokoju. Po kilkunastu minutach znalazł się już w fabryce. Znalazł ciało. Ciało Jeremiego, starszego i dziwacznie ubranego. Później znalazł też Aelitę. Była w szoku, płakała. Nie zwróciła uwagi ani na Ulricha, ani na wiewiórkę. Po chwili straciła przytomność.

­- Nie mogę wezwać karetki- powiedział Ulrich. – Wybacz, kochanie.

Wstał i odszedł.

Xana spoglądał to na niego, to na znikającą w oddali różowowłosą. To nie tak powinno się zakończyć. Nie takie zakończenie przewidywał dla tej czasoprzestrzeni. Czyżby oprócz niego, te kilkanaście lat temu, pojawił się tutaj ktoś jeszcze? Ktoś, kto zepsuł wszystko? Zabił wojowników, tak samo jak resztę? Jak połowę ludzkości.

***

Zastanówmy się, co by było, gdyby oprócz Xany, w jakiejś czasoprzestrzeni żyłby ktoś dużo gorszy. Ktoś, kogo Xana powstrzymywałby od zgładzenia ludzkości. Co by się wtedy stało, gdy Xana zostałby pokonany? Gdyby zniknął w cyfrowym morzu, albo utknął gdzieś między Lyoko a Korą? Ten drugi przeciwnik nie dbałby o wojowników. W ogóle. Zabiłby ich, albo uczynił swoimi niewolnikami. Oczywiście posługując się tym samym znakiem. Znakiem Xany.

A może znakiem Hoppera?

***

Wiewiórka zasnęła na poduszce Ulricha. Dwa dni temu w fabryce znaleziono ciało nastolatki. Kręciła się tam masa osób, na szczęście jednak tutejszy Xana dobrze pilnował, by nie odnaleziono komputera. Zachodziło właśnie słońce, a Ulrich został sam. Jako ostatni wojownik. Tyle dobrze, że miał przy sobie tego Xanę, który nosił w sobie cząstkę dobra.

Autorka: Ananasims

Stary sklerotyk

Jim Morales obudził się, jak zwykle, w pokoju w internacie. Od dwudziestu lat te same ściany, ten sam sufit, te same meble… Jedynie zwiększyła się jego kolekcja kopii dyplomów i zdjęć uczniów. Tęsknił za czasami, gdy sam zdobywał nagrody.
Wstał, przeciągnął się, ziewając i wyszedł umyć się. Wszyscy w internacie jeszcze spali, była zaledwie piąta rano. Mężczyzna jak zwykle wbił się w swój szary dres i czerwoną bluzę, założył opaskę i, po pośpiesznym umyciu zębów, zszedł na dół. Kiedyś chodził biegać. Zawsze po przebudzeniu. Ale nie mógł zostawić budynku otwartego, ani nawet zabrać ze sobą kluczy. Rozłożył przed drzwiami swoje krzesełko i wczytał się we wczorajszą gazetę.
Jego oczy błądziły po literkach. Zwykle tego nie czytał. Czasem rzuciło mu się w oczy znajome nazwisko, czy twarz, ale tak naprawdę unikał prasy jak ognia. Gazeta miała jedynie dawać wrażenie, że jest w pełni skupiony. Tak na prawdę przez cały czas rozmyślał. Rozmyślał o pracy. Jego pamięć nie była najlepsza. Uczniów, z którymi cały czas przebywał, jakoś rozpoznawał, ale dawne wydarzenia mieszały mu się okropnie. Po tych dwudziestu latach w szkole nie pamiętał już, czy pracował w CBA, czy CIA, czy ścinał lasy amazońskie, czy może rozbił się tam prywatnym samolotem. Mieszały mu się fakty i daty. Jedyne, co było dla niego pewne, to tu i teraz.
Kiedyś jeden z profesorów obiecał mu pomóc. Jim już nie pamiętał jego nazwiska. Z twarzy owszem, poznałby go. Miał taką śliczną córeczkę… Zawsze przypominała Jimowi córkę jego kuzynki. Szkoda, że obie zmarły. Chociaż nie. Jim nie był pewien, co się stało z córką profesora. Ogólnie sprawa zniknięcia tego nauczyciela… Była dziwna i utkwiła mu w pamięci na dobre. Gdy kolejny dzień nie dawał znaku życia, wezwano policję. Przeszukano dom, znaleziono ślady włamania. Nic więcej. Nigdy nie trafiono na trop profesora, ani jego córki.
A to natomiast przypominało zawsze Jimowi to, jak pracował z kilkoma amerykańskimi sławami nad sprawą… Już nie pamiętał kogo. Jakiegoś Belga z doklejanym wąsem? Nie, nie. Coś musiało mu się pomieszać. Ale pamiętał dobrze, że już kiedyś coś takiego widział. Zniknął mężczyzna i jego córka. Porwani przez jakiś gangsterów, terrorystów, czy rewolucjonistów. Może to jednak był jakiś film?
Jim wzruszył ramionami i spojrzał na jakiś akapit. Znajome nazwisko. Tak, znajome. Jeden z jego kuzynów miał córkę, która poślubiła takiego jednego. Czyżby to o nim była mowa? Tragiczny wypadek? Niee… Gdyby to był ktoś z rodziny, już dawno by o tym wiedział. Wrócił do wodzenia wzrokiem po kartce, ponownie oddając się wspomnieniom.
Praca w cyrku. Tak, był też taki epizod w jego życiu. Zawsze lubił cyrki, ale przez tamten miesiąc nie bawił się dobrze. Nie wiedział, czy po prostu źle trafił, czy może było tak wszędzie. Żal mu się robiło tych zwierząt, które tam widział. Wściekał się na ludzi, którzy je tam trzymali. Stracił pracę przez to, że wygarnął w końcu to, co myślał. W twarz dyrektora. Nie dostał wypłaty. Znalazł się w zupełnie obcym mu rejonie Francji, bez grosza przy duszy. Wtedy po raz pierwszy spotkał….
Eureka!
Profesor Hopper!
Ale czy aby mu się nie wydawało? Przecież poznał go dopiero w szkole. Nie znał go wtedy, gdy zaczął pracować dla… Dla…
Zdenerwował się. Nie mógł sobie przypomnieć najmniejszego szczegółu. Wszystko musiało mu się pomieszać, ale przecież nie zapomniałby człowieka, który pomógł mu znaleźć tą pracę w… Gdzie? Gdzie on wtedy pracował? Po tym cyrku, zanim jeszcze trafił do Kadic?
Zanim jego pamięć zaczęła tak szwankować.
Ale chwileczkę. Przecież on nie miał aż tak złej pamięci. Pamiętał nazwiska swoich pierwszych uczniów, nauczycieli, z którymi pracował, nawet takich błahostek, jak kiedy wygrał misia dla tej kobiety, która tak bardzo mu się wtedy podobała. Czemu więc umysł płatał mu figle, gdy myślał o tym, co zdarzyło się wcześniej. Czemu nie mógł sobie przypomnieć, czy ścinał ten głupi las, czy może próbował ratować?

Nie zauważył cienia stojącego za drzwiami. Nie zauważył tego, który od lat go obserwował. Nie usłyszał słów:
– Zróbcie to jeszcze raz. Chyba coś mu się przypomniało.

Autorka: Ananasims

Stary dąb

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Ale nie było mu jakoś przesadnie przykro z tego powodu. Widywał wiele innych rzeczy. Codziennie coś innego.

Pamiętał czasy, gdy był młody, tak samo jak inne drzewa tutaj. Bał się, że złamie go byle wichura. Potem powoli dorastał. Wśród jego gałęzi zamieszkały ptaki, później jakiś gryzoń, który nigdy nie raczył pokazać się mu w świetle dnia. Później przyszli ludzie, którzy podkopali jego korzenie tak, że bał się, że umrze. Inne drzewa… Nie wszystkie to przeżyły. Las się przerzedził. Ktoś wyznaczył przez niego ścieżki. Ktoś inny postawił płot. Zwierzęta przestały tak często odwiedzać stary dąb, lokatorzy zostawali u niego krótko.

Później pojawił się człowiek, który odwiedzał go prawie codziennie. Dąb miał z tego wielką uciechę. Ale tamten nigdy się nie zatrzymywał, nie pogadał. Nigdy tak na prawdę nie zwrócił uwagi na staruszka. Wchodził do kanału, wychodził. Czasem nosił ze sobą wielkie pudła. Dąb dbał o to, żeby inne drzewa nie podłożyły mu korzeni. Ale on też zniknął, jak ptaki i gryzonie.

Te kilka lat, w których właz do kanału pokrył się rdzą, a inne drzewa zaczęły powoli odchodzić, nie należały do najciekawszych. Przychodzili tu tylko uczniowie. Pili, palili, bawili się. Często łamali dębowe gałązki. W końcu i oni zapomnieli o tym miejscu.

Jednak w momencie, w którym dąb zupełnie już stracił nadzieję na przyjaciela, pojawił się ktoś nowy. Najpierw właz do starego kanału znalazł chłopak– skóra, kości i okulary. Potem zaczął prowadzać tamtędy znajomych. Jakże cieszył się stary dąb, gdy zaczęli chodzić obok niego codziennie. W jego życiu coś się zaczęło dziać! Obserwował ich, słuchał ich młodych głosów, ich śmiechu, ale widział też rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Widział dziwaczne duchy, dziwacznych ludzi, rośliny i zwierzęta. Czasem chciał pomóc walczyć tym młodym ludziom. Ale cóż on mógł zrobić? Przecież i tak na końcu wszystko zalewała fala białego światła i świat wracał do normy.

Jednak i ci ludzie zapomnieli o dębie. Przestali chodzić do niego tak często, czasem przemknęli mniejszą grupą. W końcu na zawsze zamknęli stary właz.

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Cieszyło go, że chociaż zima postanowiła odwiedzić go po raz ostatni. Legł tej nocy na ten stary właz. Nie mógł już utrzymać się sam pośród porywistych wiatrów i obcych, młodych drzew. Rano, gdy umierał, mieszkająca w pobliżu wiewiórka położyła przy nim kamyk. Wiatr zerwał skądś kolorową szmatkę i ułożył ją niby kwiat. W końcu w ostatniej godzinie jego życia przyszedł też samotny człowiek.

Dąb pamiętał go. Pamiętał, jak tchnął w jego życie trochę kolorów. To ten chłopak- skóra, kości i okulary. Przyszedł po raz ostatni. Z gorzkim uśmiechem podszedł do dębu i położył na niego rękę.

– Więc tak się to skończy?

Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku na czarny garnitur. Usiadł, oparł się o stary pień.

– Tak się to kończy – powtórzył jeszcze.

W ostatniej chwili dąb żałował. Żałował, że przewrócił się na ten stary właz. Żałował, że nie dał już nikomu szansy przemknięcia tędy. Choćby jeden raz.

Autorka: Ananasims