Into the light (2/2)

Chcę… żeby tylko przestało boleć.”

“Już nie będzie.”

“Chciałem im pomóc.”

“I wreszcie im pomożesz.”

— }><{ —


Dłonie powoli zsuwały się z jego ciała. Puszczały ręce, które coraz śmielej wyciągał w stronę światła. Nie krępowały już nóg — był w stanie płynąć ku powierzchni. Nie mógł do końca jednak rozszyfrować, co mogło go stąd wyciągać. Było tak jasne… i bez twarzy. Albo, nie był w stanie jej dostrzec wskutek oślepienia. Czemu zaufał sile, której nie znał? Oddał stery w jej dłonie. Była ciepła, a on w tym wszystkim już zapomniał, jakie to uczucie. W ostatnim czasie istniał tylko ból i apatia.

William zaczynał czuć coraz więcej. Widział, jak przybliżała się powierzchnia tafli wody. Cienie próbowały go dogonić, ale niknęły.

I nagle pstryk… ciemność.

Chciał krzyczeć, kiedy nagle znów nie było nic. Ale tylko na moment.


— }><{ —

— Odd, od południa nadlatują szerszenie.

— Przyjąłem, szefie. Powitam należycie. ~

— Ubezpieczajcie Aelitę. Może ponownie spróbować ją przejąć.

— Nasz książę bardzo się w takim razie zdziwi.

— Nie możemy… Pozwolić mu znów odejść.

— Wiem, Aelita. Odzyskamy go.

— }><{ —


“Breathe, I think you’ve finally broken

If we don’t die here, we’ll always be haunted.”


— }><{ —


— Ulrich, zostało ci dwadzieścia punktów, uważaj…!

— Yumi, nie!

Potwor padł na bok, pozostawiając po sobie huk i chmarę fruwających na wszystkie strony odłamków. Wachlarze, które dopiero go przecięły, zmieniły się w pył, nigdy w tej walce już nie wracając do dłoni swojej właścicielki. Przy uchu ledwie wybronionego samuraja świsnęły strzałki, którym zawtórowały kolejne wybuchy; potworów jednak przybywało coraz to więcej. Przychodziły kolejne i kolejne fale z zamiarem zmycia ich jedno po drugim.

Xana przychodził jak rwąca rzeka… Jak śmierć.

Jego kolejna fala zaś objawiała się czernią, dymem, i pustką w szarych oczach.

— }><{ —

Wynurzył się spod tafli wody. Powinien go uderzyć chłód potęgowany mokrymi, lepiącymi się do ciała  ubraniami. Stanął na stabilnym gruncie. Dał się podprowadzić o krok, dwa, trzy do przodu.

“Co zrobisz teraz?”

“Oni wciąż walczą.”

— Czy… Mam jeszcze szansę…?

“Zostaniesz w cieniach… Czy zaryzykujesz, podążając za światłem?”

Czwarty krok. Piąty. Podeszwy coraz szybciej biły w taflę wody łączącą się z szarym lądem. Ostatki oblepiającej go czarnej mazi znikały, odsłaniając biały kombinezon, o którym mało kto jeszcze pamiętał.  Szary ląd prowadził w głąb równie szarego lasu, spomiędzy którego drzew biło białe światło… I dobiegały kolejne głosy.

— Nie może dostać Aelity…!

— Nie dostanie jej.

— }><{ —

Smuga światła uwolniła skrępowane dłonie pojmanej Księżniczki. Opętany awatar zatoczył się do tyłu, Aelita zaś ledwie złapała równowagę i odbiegła kilka kroków, w drżących rękach próbując przywołać pole energii. Podniosła wzrok i zamarła.

Znała ten biały kombinezon. Ten sam, którego przecież miała nigdy więcej nie zobaczyć. Między palcami wojownika przeskoczyły iskry. Ziemia zadrżała, gdy wbił w nią ciężki, oburęczny miecz.

— Zapomnij… Że pozwolę ci złamać tę obietnicę.

Autorka: Morrigan

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments