— Kurwa, Dunbar! Czego tak drzesz tę puchę!?
Ulrich z wyraźnym poirytowaniem spojrzał na Williama, który to właśnie wpadł do pokoju jak burza, obwieszczając swoje przybycie głośnym… bluzgiem, chyba. Niemiec już dawno się pogubił, w jakim języku mówił Szkot. Czasami to zwyczajnie brzmiało jak czarnomagiczne zaklęcia, a on jakoś wolał w to nie wnikać.
William, ciężko dysząc, podniósł rękę. Kazał Ulrichowi czekać, aż w ogóle da radę z siebie cokolwiek wydusić. Oparł się ciężko plecami o drzwi z ręką na klatce piersiowej — trochę, jakby za moment miał paść na zawał.
— No? Bo zaraz odlecisz. — Ulrich czekał, jeszcze. I nawet nie był w stanie sam określić, czy sytuacja go irytowała, czy też zaczynała w pewien pokręcony sposób ciekawić.
— Son… son of a bitch! — tym razem udało się zrozumieć przekleństwo. William przetarł twarz dłońmi i wziął spokojniejszy oddech. Dalej czuł, jakby serce mu miało wyskoczyć z piersi i słyszał dudnienie, ale teraz był w stanie mówić. Opuścił ręce i spojrzał na swojego współlokatora. Z początku nie wiedział, na kim się skupić – na Ulrichu, na siedzącej mu na ramieniu fretce czy jeszcze fakcie, że w tle Kiwi postanowił wskoczyć w kosz na pranie Odda. Wreszcie jednak zatrybił. — Chodź tu.
— Co…?
— No chodź! Chodź i wyjrzyj przez te zasrane drzwi, bo na słowo to mi nie uwierzysz! — William odbił się od wejścia, robiąc miejsce do przejścia. — I powiedz, czy widzisz to samo, co ja.
Ulrichowi nie do końca chciało się to robić. Naprawdę, miał lepsze rzeczy do roboty niż dawanie się wciągnąć w kolejne dzikie pomysły ziomka z ADHD, z którym tylko cudem zaczął się jakoś dogadywać. Mina Williama jednak aż go zaintrygowała, bo wyglądał, jakby zobaczył coś… czego w życiu z pewnością już nie odzobaczy.
— Jeżeli to jakiś kolejny prank twój i Niry… — wstał z miejsca. Fretka uciekła mu w kaptur. — To przysięgam, że was rozstrzelam. Co tam niby zobaczyłeś?
— No, sam zobacz. Na pewno nie białe myszki… — William burknął, chociaż dalej niepewnie zerkał w kierunku wyjścia z pokoju.
„Mi to się wcale nie przywidziało, prawda?”
Ulrich wywrócił oczami i otworzył drzwi. Zerknął na lewo.
— No i nic tu nie ma. — stwierdził, za chwilę spoglądając na prawo. — O chuj ci…
— Mee-e-e-e-e!
— Ja pierdolę! — Niemiec trzasnął drzwiami, aż ściany się zatrzęsły, a sam William podskoczył w miejscu. Za moment otworzył je jednak ponownie i znów spojrzał na prawo, powoli, jakby obawiając się, że jeżeli wyjrzy za szybko, to obraz sprzed chwili zniknie.
Nie zniknął. W głębi korytarza mógł zobaczyć wesoło biegającą po korytarzu bielutką kozę-miniaturkę. Sam widok w sobie był kuriozalny, ale w tej chwili licho paliło samą kozę. Bardziej chodziło o to, że w pysku trzymała dwa, jak nie trzy razy od siebie dłuższą katanę.
— Mówiłem?! — William finalnie się odpalił, kiedy Ulrich gapił się na zwierzaka. — Kurwa, wracam z zajęć, wchodzę na piętro, a ona, jebana w dupę, już na mnie czeka! Ty wiesz, jak za mną pobiegła!?
— Skąd ona się tu w ogóle wzięła!?
— A mnie się pytasz?!
— Ciebie bym pierwszego posądzał o przyniesienie kozy do akademika. Kto mi ostatnio opowiadał cały lore o kulaniu owiec!?
— Diathan, sam się kulaj! Po prostu przewracasz leżącą kołami do góry owcę, żeby znowu stanęła na nogi, bo inaczej…!
— Dunbar, skup się! Koza, katana, korytarz! Skąd mogła się, jebana, wziąć?!
„Może jak strzelę mu słowami-kluczami, to się skupi na czymś innym…”
— Nie mam pojęcia! Jedyna osoba o której wiem, że ma dostęp do katany, to Vari. — zmiana tematu przebiegła pomyślnie. Chłopak zaczął się zastanawiać. — No ale… Vari by nie dał żadnej kozie swojej katany. Więcej, pewnie by ją przerobił na kebaba, jakby tylko mu ją obśliniła. Ale…
Na korytarzu rozległ się wysoki, damski pisk. Sprowokowało to chłopaków do ponownego zerknięcia na sytuację poza pokojem, więc uchylili lekko drzwi i wyjrzeli. Mała koza właśnie biegła w kierunku schodów, którymi to z donośnym stukotem obcasów zbiegła znajoma im Meksykanka.
— Czyli… chcesz mi powiedzieć, Dunbar, że spierdalałeś przed małą kozą zupełnie jak teraz Katarina? — Ulrich krótko prychnął śmiechem, na co czarnowłosy wywrócił oczami.
— Hej, ja się nie darłem. — zaczął. — Po drugie, kto pierdolnął drzwiami, jak tylko zobaczył tę kozę na korytarzu?
— …słuchaj, ty gnoju.
— Sam słuchaj! Mamy jebaną kozę-terrorystkę, a ja chciałbym mieć możliwość pójść chociaż do kibla. Wniosek jest prosty.
— …idziesz do kibla?
— Nie. Trzeba złapać kozę.
Evie bardzo chciał wiedzieć, o co chodziło, kiedy otworzył drzwi swojego pokoju i pierwsze, co zobaczył, to swojego młodszego kuzyna oraz jego współlokatora (czyli swoich sąsiadów z pokoju obok) trzymających po obu stronach rozłożone prześcieradło na środku korytarza.
— No… siema, kawalerka. — rzucił, powoli przymykając za sobą drzwi. — Co wy, pranie wietrzycie?
— Ciszej, Evie. — William wywrócił oczami. — Spłoszysz kozę.
— Spłoszę wam, co?
Dunbar nie musiał wcale odpowiadać. Po korytarzu ponownie rozległo się charakterystyczne beczenie, które dość konkretnie zbiło Lennoxa z tropu.
— Dawaj, biegiem! — William z Ulrichem pobiegli przed siebie z rozłożonym prześcieradłem – koza, którą próbowali złapać, spojrzała na nich i zaczęła sama uciekać przed ich dwójką.
Irlandczyk zaś stał przez chwilę dalej jak wryty, nie do końca wiedząc, co dokładnie powinien ze sobą zrobić. Wzruszył więc ramionami i wyciągnął telefon, by zacząć nagrywać całość tej akcji dla potomnych.
— Jeszcze lepszy odjazd niż betoniarka w gabinecie u dyra. — skwitował, idąc za chłopakami.
— Kurwa, skręca! Stój, łajzo ty…!
„Jakim cudem ona tak szybko biega?!”
Dwa razy byli już blisko złapania kozy. William liczył na to, że do trzech razy była sztuka i tym razem uda im się ją capnąć w prześcieradło. Nie wiedział jeszcze, co z nią zrobią potem, ale… coś się zawsze wymyśli, prawda?
No, na to mniej-więcej liczył. Że coś się wymyśli.
Koza jednak wycwaniła się – skręciła w otwarte drzwi od kanciapy, a William z Ulrichem (i rozpostartym między sobą prześcieradłem) wpadli na wychodzącą zza winkla dziewczynę. Nie mieli szans wyhamować – rozległ się pisk, poszła wiązanka przekleństw, a potem nastąpił głuchy łoskot sygnalizujący, że cała trójka zwyczajnie się wyłożyła na ziemię.
Zawiniątko w prześcieradle szamotało się jak wściekłe. William przewrócił się na plecy i podniósł do siadu, za chwilę sięgając po materiał, by ściągnąć go z ich bardzo przypadkowej ofiary.
— No chyba was coś popierdoliło! — rozległ się damski, wściekły głos. — Czy wy sobie zdajecie sprawę ile ja, mierda, spędziłam dzisiaj przed lustrem nad tymi włosami, żeby były idealnie proste!?
William poczuł na sobie wzrok Ulricha. Lekko spanikowany, swoją drogą.
— Oh gosh, Deya, we’re soooo sorry! Próbowaliśmy złapać kozę, i…
Hiszpanka wygrzebała się spod prześcieradła. Miała nieco zmierzwione włosy, ale cała reszta wydawała się być na miejscu. Popatrzyła na nich z niedowierzaniem i najpierw jednemu, a potem drugiemu przytknęła dłoń do czoła, a potem przypatrzyła się ich twarzom.
— Przysięgam, że za moment będziecie obaj szczali do kubeczków.
— Deya, to nie haluny, a jedyne, co biorę, to moje prochy, żebym się mógł skupić i nagle nie zaczął randomowo pierdolić o piętnastu tematach na raz! Tam była koza! Koza z kataną, no przysięgam!
— A ty, Stern, zamiast uspokoić swojego emosia, to poleciałeś z nim?
Ulrich odliczył w myślach do trzech, zanim się odezwał.
— Deya, tam była koza. Z kataną. Nie, nie żartuję!
— Ej… David?
Vari zajrzał do szafy, by wziąć swoją kurtkę. Wszystko było niby tak, jak zostawił, ale brakowało mu jednego pokrowca.
— Nie brałeś przypadkiem mojej katany?
— Ah. No. Pożyczyłem na moment. — współlokator na moment podniósł głowę znad podręcznika, ale dość szybko do niego wrócił.
Vari kiwnął głową.
— A… gdzie jest teraz? — zapytał, narzucając na siebie dżinsową kurtkę.
— Dałem ją Armagedon.
— DAŁEŚ MOJĄ KATANĘ SWOJEJ KOZIE!?
— I puściłem na korytarz.
— Ty… oszalałeś.
— Niech żyje chaos.
Autorka: Morrigan