Aelita nie pisała się na bycie obiektem testowym w chorym projekcie swojego ojca, który sprowadził cierpienie na ich rodzinę. Nikt nie zapytał jej o zdanie, czy mając dwanaście lat, była w stanie przehandlować swoje własne życie za nawet nie swoją własną sprawę. Miała poczucie, że tak bardzo, jak dobrze teraz odnajdowała się w technicznych nowinkach, to dziewczynka, którą była, zanim to wszystko się stało, bardzo dobrze by się pewnie odnalazła w muzyce. Do tego orientowała się, że ciężar fizycznej książki i cichy dźwięk szorowania kartek o siebie był wiele przyjemniejszy niż dane, które niejednokrotnie zdawały się zwyczajnie przeciekać jej przez palce.
Nikt jej nigdy nie zapytał, czy chciała być strażniczką wirtualnego świata i czy zgadza się zabrać ten sekret ze sobą do grobu, o ile ten nie pochłonie jej jako pierwszy i nie uczyni tego grobu sam z siebie. Na razie się temu przeciwstawiała — nie miała wyboru, skoro bez niej wirus rezydujący w ciszy wirtualnego pustkowia byłby w stmie zrobić… praktycznie wszystko.
I nikt nie zapytal, czy była w stanie poświęcić samą siebie dla bezpieczeństwa świata.
Czasami zastanawiała się, czemu właśnie ona.
Czemu musiało trafić na jej rodzinę.
Czemu spłacała cholerny, nie swój dług.
I czemu wpadły w to kolejne osoby, które nie powinny z tym mieć w zasadzie do czynienia.
Aelita miała zwyczajnie dość swojego własnego odbicia w lustrze, jeżeli w tafli miała widzieć nic więcej poza różową księżniczkę, której każdy musiał bronić. W pewnej chwili nie mogła pozbyć się wrażenia, że nieważne, za co by się nie zabrała, to było to obarczone jakims ryzykiem. Czego dokładnie? Czasem sama nie wiedziała. W głowie jednak wyły te lampki ostrzegawcze, których niejednokrotnie zwyczajnie nie była w stanie tak łatwo wyłączyć.
Coraz częściej łapała się na myślach, czy troska jej przyjaciół na pewno nią była, czy też to już powoli zakrawało na kontrolę.
Aelita zazdrościła. Obserwowała swoich rówieśników, którzy wychodzili śmiało poza teren szkoły, nie przejmując się tym wszystkim, czym musiała na ich miejscu. Ona? Nie mogła nawet posiedzieć w spokoju w Pustelni, sam na sam z duchami przeszłości, do której nie mogła wrócić. Miała około godziny, zanim nie zaczynały się urywać telefony, zanim Jeremie nie zaczynał namierzać jej lokalizacji, i nie przychodził, przerywając jej próby przeniesienia się wspomnieniami do dni sprzed czegoś, co mogła śmiało nazwać kataklizmem.
Niejednokrotnie prosiła o to, by dał jej chociaż to.
Chwilę samotności.
On odpowiadał, że nie mógł; bo przecież się o nią martwił. I powinni wracać, bo mieli przed sobą jeszcze tyle pracy.
Chciała tylko czasu… i poczucia, że wcale nie była samolubna, prosząc o to.
Bo… nie mogła taka być, jeżeli od niej zależało dobro całego świata…?
You spineless girl
You should donate your legs because you never stand
You should throw a fucking party, you should hire a band.
Pewnego dnia księżniczka zwyczajnie miała dosyć. Po prawdzie ciężko było jej powiedzieć, co dokładnie doprowadziło do podjęcia przez nią tej decyzji — może kolejne kazanie że strony Jeremiego, może Odd wspominający o tym, że robiło się coraz cieplej i ot tak wyszedł na skate park — zostawiła telefon w swoim pokoju, by nie było jej tak łatwo znaleźć.
Na litość, była w liceum. I tak już żyła tyle czasu bez rodziców; nie miała przy sobie nikogo, kto by był jej pod tym względem aniołem stróżem. Nie czuła, by potrzebowała niańki, która będzie kręcić nosem na jakąkolwiek próbę poczucia, że była normalna.
Było jej bardzo dziwnie w momencie, w którym nie poszła do Pustelni, ani nie przesiadywała przed Superkomputerem, próbując posklejać w całość odpowiedzi na pytania, czemu Xana nie był w stanie zwyczajnie odejść. Zawędrowała dalej, za park, za fabrykę, mając przy sobie tylko mały odtwarzacz MP3 i słuchawki w uszach. Wszystko w niej krzyczało, że wystawiała się na niebezpieczeństwo, ale to nie był nawet jej głos, tylko reszty paczki. I chciała wierzyć, że to była tylko troska.
Potrzebowała, by zwyczajnie ją zrozumieli chociaż ten jeden raz.
Weszła do opuszczonego kościoła. Z miejsca poczuła, jak powietrze zmieniło się z chwilą przekroczenia przez nią progu; zrobiło się cięższe, unosił się w nim ciężki zapach kadzidła oraz wilgoć.
Nie wiedziała, co robić dalej. Czytała, że każde takie wejście wiązało się z czynnościami wynikającymi z przynależności do wiary, w ramach oddania czci tutejszego bytu wyższego. Aelita nie sądziła jednak, by odbywało się to przez bazgranie farbą w sprayu po ołtarzach i wybijanie szkła, które było pod ręką. Słyszała o urbexie, ale z tego, co udało jej się zrozumieć, to osoby podejmujące się go zwyczajnie szanowały miejsca, które zastały.
Usiadła w jednej z ław. Chciała się tylko rozejrzeć; tak z ciekawości. Próbowała sobie wyobrazić tych wszystkich ludzi, którzy tu przychodzili, spotykali się, wchodzili w interakcje albo szukali odpowiedzi.
Fascynowała ją gra kolorowych świateł na podłodze. Nie rozumiała do końca, co przedstawiały wszystkie te witraże, ale było to piękne. Cisza koiła.
Przynajmniej w pierwszej chwili.
Potem znów odezwał się ten syk w głowie.
”Ty mała… samolubna…”
”Martwią się o ciebie, a ty? Szlajasz się po pustostanach?”
”Jeremie z pewnością tego nie pochwala.”
”Wracaj do kodów, różowa księżniczko. Tylko to potrafisz.”
Sit in the center of a big dance floor and
Where’s all the attention you’ve been asking for?
Ale, jak miała wytłumaczyć, że wcale nie o to jej chodziło? Raz na jakiś czas bardzo chciała, by wszyscy przestali jej się tak przyglądać, odsuwać… chronić…
— Widok z góry jest wiele lepszy, Księżniczko.
Poderwała głowę. Usłyszała ten głos tylko dlatego, że finalnie zdjęła słuchawki. Próbowała znaleźć wzrokiem jego właściciela, chociaż z początku było to dość trudne.
Nie spodziewała się, że ktoś będzie siedział na belce pod sklepieniem.
— William…
Chociaż był trochę nad nią, tak widziała ten jego uśmieszek pod nosem.
— Zapraszam. Nie ugryzę. ~
Obawiała się, że takie wejście na belkę mogło być niebezpieczne. Ale z drugiej strony… czy nie wyszła po to, by przestać się martwić wiecznymi syrenami alarmowymi…?
Schodami na pięterko; minęła zapuszczone, do połowy rozebrane organy, znalazła miejsce, z którego William ewidentnie wślizgnął się na swoje miejsce.
Nie wyganiał jej.
Zobaczyła, jak wyciągnął w jej stronę rękę, by mogła po prostu bezpiecznie wejść, usiąść obok niego i zwiesić nogi. Czarna mamba na przedramieniu Dunbara nie odstraszała jej… ale ciekawiła, owszem. Utrwalony tuszem wąż wił się na jego skórze… pasował mu. W jakiś dziwny, nie do końca możliwy do wypowiedzenia sposób, bo przecież nie zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że chłopakowi było aż tak blisko do jadowitego węża.
I chwilę tak siedzieli w milczeniu.
— Pierwszy raz cię tu widzę. — wreszcie rzucił William. — Zmiana dotychczasowego miejsca, czy wycieczka ot tak?
— To… — Aelita zaczęła, zastanawiając się, jak ubrać to w słowa. — Trochę…
Nie wiedziała, jak to określić. W zasadzie… zrobiła bardzo nieodpowiedzialną rzecz. Co, jeżeli Xana zaatakuje, a ona nie będzie nic wiedzieć… bo zrobiła to, co zrobila?
— Skomplikowane. Czaję. — rzucił krótko William, zerkając w dół. — Brzmi, jakbyś potrzebowała zostać sama.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Wzięła głęboki oddech.
— Sama… nie wiem. Chyba chciałam… na moment poczuć się normalnie.
Nie wierzyła, że to opuściło jej usta. Zaniepokoiła ją cisza, jaka zapadła po jej słowach. Chciała wierzyć, że to nie tak, że powiedziała coś nieodpowiedniego; że William jako kolejny nie będzie uważał jej za samolubną królewnę, która zapominała o swojej powinności.
Nawet, jeżeli się na nią nie pisała.
Zamiast tego jednak kiwnął głową.
— Myślę… że tak jak każdy. Wszyscy chcą czuć się normalnie. — wreszcie odpowiedział, chociaż ostrożność w jego głowie była bardzo dobrze wyczuwalna.
— Ale… nie mogę… zapominać o swojej roli. Co, jeżeli będę musiała znowu dezaktywować wieżę, albo… albo, nie wiem, będę potrzebna do pomocy w programach…? Albo…
Urwała. William spojrzał na nią. Uniósł brew. Aelita zmarszczyła swoje, próbując zrozumieć, dlaczego tak na nią patrzył.
— Twoją rolą nie jest bycie na każde zawołanie. — wreszcie westchnął. — Generalnie też nie powinno być to, co robisz. Powinnaś być dobre dziesięć lat starsza. I powinnaś się nie martwić o cały ten szajs. I wiem, że to co mówię… teraz wiele nie zmieni, bo nie zmienimy tego, co było kiedyś.
Otworzyła szerzej oczy.
William nikle się do niej uśmiechnął, zerkając zaraz gdzieś w dół.
— Kochana, sam tu przychodzę, żeby przestać myśleć o tym szajsie dookoła.
— Tym, w który… cię wpakowałam.
— Tym, w który sam zgodziłem się wejść.
Na to nie miała kontry.
— Wciąż… Powinnam… powiedzieć ci więcej. Ostrzec cię. Byłam… jestem za Ciebie odpowiedzialna.
— Nie. Nie jesteś odpowiedzialna… nie w tym miejscu. Nie dzisiaj i nie tutaj. Nie po to tu przyszłaś… prawda?
Miał rację.
— To… nie jest z mojej strony samolubne? — zapytała po raz kolejny.
Obserwowała gołębia, który wyleciał otwartymi drzwiami. William mówił, że zawsze tu wracał; miał swoje gniazdo dalej, pod sklepieniem. Nie widział opcji, by były w nim jakiekolwiek młode.
— To, że chcesz być zwykłym człowiekiem? Nie. Jesteś nim mimo shitu dookoła.
— Jak często tu jesteś…?
— Od czasu do czasu.
— Czy… Jeżeli znów będę chciała na moment… nie myśleć… czy mogę…
— Przychodź. Będę czekał w tym samym miejscu. — odpowiedział.
Ciche nucenie koiło za każdym razem, kiedy tu przychodziła. Nie musieli rozmawiać. Mogła milczeć.
Oboje i tak rozumieli wszystko.
Mogła wsłuchać się w melodię… mogła wreszcie nie być księżniczką w kryształowej klatce…
Uciszyć myśli krzyczące o powinności.
Autorka: Morrigan