Rozdział 4 – Delikatna rutyna

Pod koniec stycznia sytuacja w światowym fandomie skupiała się na premierowych odcinkach Ewolucji. To wyznaczało także rytm tygodnia w naszej redakcji. Po pierwszych 3 epizodach, wyemitowanych 5 stycznia 2013, przez 2 tygodnie nie było premier, bo 2 i 3 odcinek poszedł jeszcze raz w paśmie porannym. Premiera na początku stycznia była o 19:00. Odkąd zaczęto pokazywać kolejne odcinki w normalnym trybie, zaczęła tworzyć się delikatna rutyna. Do marca, czyli do emisji 13 odcinka, rutyną stawało się to, że w sobotę pojawiał się nowy odcinek. W tym okresie wyklarował się taki „plan tygodnia”, czyli czego możemy się spodziewać danego dnia.

Poniedziałek i wtorek były luźnymi dniami. Wtedy w zasadzie nie oczekiwaliśmy żadnych wielkich wiadomości, co najwyżej mogło się zdarzyć tak, że w poniedziałek publikowaliśmy link do sobotniego odcinka z polskimi napisami (choć z czasem xVanilly, która zajmowała się tłumaczeniem, wprawiła się i mogliśmy puszczać takie newsy już w niedzielę wieczorem). W tych dniach często publikowaliśmy sklejki z kilku informacji o mniejszej sile rażenia, ewentualnie puszczaliśmy jeden „grubszy”. Potem nadchodziła środa. Ten dzień stał się dość istotny. Podczas emisji Ewolucji wprowadzono nowy zwyczaj. CodeLyoko.fr publikowało w środy tytuły odcinków, które miały być nadane za 2 tygodnie. No i tu już zaczyna się robić ciekawie. Najpierw trzeba było tytuł przetłumaczyć. Pół biedy, jeśli trafiały się tytuły jedno wyrazowe, szczególnie takie w stylu „Virus”. To bardzo ułatwiało pracę. Gorzej, jeśli tytuł był kilkuwyrazowy, wtedy trzeba było rozbierać to na części. Ale jakoś się udawało. Zawsze jednak dodawaliśmy zwrot „w wolnym tłumaczeniu”. Dlaczego? Czasami mieliśmy komentarze w stylu „A to wcale nie jest tak jak podaliście! Bo ja wklepałem w Bingu i mi co innego wyszło!”. Wtedy też wprowadziliśmy zasadę „rozbierania tytułów”. I z reguły wychodziło to lepiej. Dużo frajdy sprawiało też rozszyfrowywanie tego, dlaczego dany odcinek nazywa się tak, a nie inaczej. Na przykład przy odcinku 11, „Rendez-vous”, specjalnie podaliśmy chyba ze 2 znaczenia, żeby była jeszcze większa zabawa. Bo to słowo oznacza „spotkanie”, ale jest też francuskim określeniem „randki”. W końcu nie bez powodu zespół Kombi ma w swoim cholernie bogatym repertuarze piosenkę „Nasze rendez-vous” (i teraz pewnie co niektórzy sobie śpiewać zaczęli).

Rok po publikacji tytułów znowu mogliśmy do nich wrócić, bo Teletoon zaczął emitować Ewolucję. I tutaj się trochę zdziwiliśmy. Myśmy w redakcji nie tłumaczyli nazwy „Cortex”, uznając ją za nazwę własną, której nie tykamy. Natomiast ludzie odpowiedzialni za tłumaczenie postanowili chyba zrobić przekład 100%, i zamiast Cortexu w polskiej wersji mamy Korę. Bez sensu. Ale to jeszcze nic. Jeden z odcinków miał w oryginale tytuł „Un avenir professionnel assuré”, co w redakcji przełożyliśmy na „Zapewnienie zawodowej kariery”. Tytuł kompletnie bez sensu, ale cóż, twórcy wymyślili, więc tak musi być. Polscy tłumacze chyba chcieli ułatwić sobie robotę i przetłumaczyli tylko ostatnie słowo, i w ten oto sposób polski tytuł tego odcinka brzmi „Kariera”. Też nie wiadomo o co chodzi, ale za to krócej wyszło. A że na planszy tytułowej są 4 słowa? E tam, nikt się nie zorientuje. Gorzej, że ktoś potem wklepał do Wikipedii, że francuski tytuł to samo „Assure” było, i jakaś ciemna masa to klepnęła do publikacji.

Chociaż i tak największe zdziwienie wywołało u mnie inne tłumaczenie. Jeden z kolejnych odcinków nazywał się „Le blues de Jérémie”. Łatwe do tłumaczenia. Jak wiadomo, blues to taki rodzaj muzyki, gdzie śpiewa się o problemach, i to są smutne i melancholijne utwory. Nawet się mówi, że jest się w takim bluesowym nastroju. Bo do grania bluesa trzeba mieć odpowiedni nastrój. Nie da się bluesa na wesoło zrobić. Zapewne takie skojarzenia przyświecały twórcom. Myśmy to przełożyli na „Blues Jeremiego” A co zrobiono podczas tłumaczenia serialu? Najwyraźniej uznano, że polscy widzowie aż tacy mądrzy nie są i nie pojmą sensu tytułu, bo nie słuchają bluesa, a ich gust muzyczny ogranicza się tylko do piosenek o kobiecych organach intymnych kręcących się nad głową, więc dali tytuł „Jeremie ma doła”. Cała aura tajemniczości poszła się wałęsać. Tytuł dziwny, i to bardzo. Ale co poradzić, inwencja tłumaczy nie zna granic. Myśmy i tak potem jeszcze przez jakiś czas chyba podawali w rozpiskach naszą wersję tytułu.

Czwartek był kolejnym „pustym” dniem. Wtedy też nie było żadnych zaplanowanych komunikatów, więc mogliśmy na spokojnie publikować to, co pojawiło się w ostatnich dniach, a na co nie było wcześniej czasu z racji oczekiwania na tytuł. Przy okazji puszczaliśmy też w takich notkach przypomnienie o odcinku w sobotę. W piątek oczekiwaliśmy już na nowy epizod, czasami wieczorem francuska redakcja publikowała jakiś spoiler dotyczący sobotniego odcinka, który potem zamieszczaliśmy. Z głowami pełnymi spekulacji i przemyśleń kończyliśmy pracę w piątek, zmierzając do weekendu.

Najbardziej pracowitym dniem w tym rutynowym planie była sobota. Tego dnia emitowano premierowe odcinki Ewolucji. Zazwyczaj zaczynałem wtedy pracę około 10:00, admin również zasiadał wtedy do komputera w swojej redakcji (czyli pokoju) na Śląsku. Na początku sprawdzaliśmy, co o odcinku piszą francuscy fani. Po kilku sobotach przyzwyczailiśmy się do tego, że każdy Francuz na początku pisał o tym, czy zdążył na odcinek. Czemu o tym pisano? Otóż: co prawda CL:E było wklepane w ramówkę France4 na godzinę 9:45 (lub mniej więcej 10 minut wcześniej lub później od tej godziny), ale często puszczano odcinek już przed 9. To oczywiście spotykało się z niezadowoleniem fanów, niektórzy nawet zarzekali się, że od następnego odcinka będą pilnować telewizora od 6:00 rano. Tak więc prawie każdy post zaczynał się meldunkiem. Potem były już ciekawsze rzeczy, czyli szczegóły dotyczące odcinka i jego ocena. Niektóre z tych rzeczy podawaliśmy na shoutboxie. Nie robiliśmy z tego artykułu na główną, bo to już by była przesada, żeby robić newsa, w którym będzie 20 spoilerów. Ale na shoutboxie wymienialiśmy się takimi danymi. Obserwowaliśmy dwa fora: jedno należące do strony kończącej się na .FR, drugie do strony z domeną .NET. Najważniejszym punktem dnia była publikacja odcinka (w świetle prawa nielegalna) w sieci. I tu sprawa wyglądała tak, że linków z filmem szukaliśmy tylko na tej drugiej stronie. Administracja tej pierwszej usuwała takie wpisy od razu, zresztą trochę to wynikało z faktu, iż ta strona była uznawana przez twórców jako najlepsza fanowska na świecie, co oznaczało pierwszeństwo w publikacji wielu rzeczy. Głupio byłoby wtedy takiej stronie, gdyby pozwalano tam na zamieszczanie pirackich linków.

Zawsze zamieszczano dwa linki. Pierwszy to była wersja do pobrania, pojawiał się zwykle już o 12:00. Drugi to wersja do oglądania online, i ten zamieszczany był między 13 a 15. Wersję do oglądania dawano w portalu DailyMotion. Dla kogoś przyzwyczajonego do stabilnego i raczej bezproblemowego w użytkowaniu serwisu YouTube zetknięcie z tym portalem mogło być lekkim wstrząsem. Wtedy DailyMotion było dość toporne, sztywne, i często się zawieszało podczas działania. Ale strona ta miała jedną, bardzo istotną zaletę. Odcinek opublikowany na YT znikał z niego po niecałej godzinie, bo MoonScoop zgłaszał pretensje co do naruszenia praw autorskich. Na DM nie było takich rzeczy, przez co umieszczanie odcinka tamże nie groziło żadnym banem. Wieczorem, około 20, mieliśmy już wgląd do angielskiej listy dialogowej, czyli tłumaczenia francuskich dialogów. Potem lista ta służyła do tworzenia polskich napisów do odcinków (w sumie angielskich też, tyle że tam tylko trzeba było je dobrze powklejać). Linki do odcinków z napisami były w niedzielę (albo w poniedziałek, jeśli chodziło o polskie). Teraz to może się wydawać strasznie banalne, gdy to opisuję, bo co to niby za robota, wypuścić info o tym, że jest odcinek w sieci, i podać linka (chociaż żeby go podlinkować to trzeba kod znać, by się z teksu hiperłącze zrobiło, a przynajmniej trzeba wiedzieć, gdzie w edytorze kliknąć). Ale uwierzcie, czasem to było bardzo długa procedura.

Razu pewnego, w sobotę właśnie, mieliśmy taką dość nieoczekiwaną sytuację. Wszystko zaczęło się tak jak zwykle, puścili odcinek, poczytaliśmy sobie spoilery, skomentowaliśmy, w Krakowie hejnał zagrali, pojawił się link do pobrania. No, to czekamy na wersję on-line. Mija godzina, druga, trzecia. Nie ma. Decydujemy się na publikację wersji do pobrania, i około 15:00 robimy sobie przerwę na obiad. Po tym, jak odpocząłem i wróciłem do pracy, okazało się, że admin też właśnie wrócił i odpowiada na pytania od innych użytkowników. Zapowiedzieliśmy wcześniej, że gdy tylko pojawi się link do wersji online, to go opublikujemy, a na razie dysponujemy tylko wersją do pobrania. Plik ważył ponad 700MB, więc myśleliśmy, że mało kto będzie chciał pobierać cały odcinek, i to po francusku, szczególnie gdyby nie rozumiał z tego języka kompletnie nic.

Okazało się jednak, że kilka osób nie mogło się doczekać odcinka i pobrało plik. Niby nic trudnego, ściągasz, odpalasz, koniec zabawy. Jednak i w tym aspekcie nie zabrakło atrakcji. Około 17:50 zaczęliśmy dostawać wiadomości z pretensjami, że plik nie działa. Trzeba było to sprawdzić. Ściągnąłem, odpalam w Windows Media Player… faktycznie, błąd wyskakuje. No to szukam w sieci takiego programu jak VLC Media Player. Pamiętam że korzystałem z niego w zamierzchłych czasach na starym komputerze, więc myślę, że teraz też sobie poradzi. Przeczucie mnie nie zawiodło w tym punkcie, wszystko działało już normalnie. Z nową wiedzą idę na stronę, by podać te ważne wskazówki techniczne. Około 19:00 dopisaliśmy do newsa notkę z poradą, jak to włączyć. Pytania o wersję online dalej napływały, bo nie wszyscy chcieli ściągać specjalnie odcinek, tylko go przejrzeć. Co 20 minut na zmianę z adminem podawaliśmy tekst na shoutboxie brzmiący „podamy link tak szybko jak to będzie możliwe”. I tak oczekiwanie trwało jeszcze jakiś czas. Około 22:00 admin wyszedł ze strony, bo się zmęczył. Ja postanowiłem jeszcze trochę poczekać. Wreszcie, po pewnym czasie, nadszedł ten moment, gdy mogłem opublikować link na shoutboxie (wcześniej umówiłem się z adminem, że dam link na SB i w komentarzu pod newsem, a on w niedzielę rano będzie edytować tekst depeszy). Gdy kliknąłem przycisk „wyślij”, była 22:40. Mogłem z poczuciem wykonania misji udać się na spoczynek po całym dniu pracy. Czyli wyłączyłem laptopa i poszedłem spać. Wtedy jeszcze się kładłem o 23, a nie tak jak w czasach studenckich, o 1:00.

Na całe szczęście taka sytuacja z odcinkiem wynikła tylko raz. Potem w zasadzie nie było już jakiegoś nocnego czuwania, nawet podczas późniejszego zamieszania i tzw. „wypadków węgierskich” w lecie 2013. Ale o tym za jakiś czas. A w następnym rozdziale przeniesiemy się do początku lutego, który to miał stać się także początkiem wojny, choć nic wtedy jeszcze na to nie wskazywało.

Rozdział 3 – Sztuka informacji

Tak jak pisałem na końcu poprzedniego rozdziału, 14 stycznia 2013 zostałem redaktorem na stronie. W zasadzie to redaktorem współtwórcą, bo moja internetowa godność figurowała odtąd w tekście powitalnym. Te wszystkie funkcje były tak naprawdę na papierze, z pewnego technicznego względu. Otóż, w darmowych serwerach, a na takim postawiona jest nasza strona, nie ma możliwości dawania użytkownikom tytułów funkcyjnych typu „administrator” czy „moderator”. A przynajmniej nie ma tego wbudowanego fabrycznie. Jest to spowodowane tym, że takie serwery były (i nadal są) popularne wśród młodzieży bez prawa do picia alkoholu. Oni tworzyli różne strony o różnych rzeczach. I często było tak, że userzy chcieli dostać moderatora „na piękne oczy”, czyli bez żadnych zasług dla strony, na zasadzie „najpierw mnie mianuj, potem będę pracować”(teraz działa tak wiele stron na Facebooku). Więc to zlikwidowano i w 2013 nie było fabrycznej opcji przyznania mi rangi. Można było oczywiście taką stworzyć, ale byłoby to lekko bezsensowne, tworzyć osobną kategorię dla jednej osoby. Z tego co wiem to obecnie Lyokoheros na swojej stronie skorzystał sobie z opcji tworzenia własnej grupy i ma takie coś jak „Wysłannik zza Cyfrowego Morza”, co nie daje nic oprócz prestiżu praktycznie. W zasadzie najpoważniejszą wadą tego braku rang na darmowych serwerach jest to, że nie da się przekazać funkcji administratora bez cyrków, o których opowiem w jednym z najbliższych rozdziałów.

Mi na tytule i randze nie zależało, nie pracowałem i nie pracuję dla zaszczytów. Ale zrobiło mi się miło, a nawet byłem lekko zaskoczony, gdy po równo miesiącu otrzymałem taką propozycję. Szansa jedna na milion, więc zgodziłem się od razu. Z nową funkcją doszły nowe obowiązki, a mianowicie przygotowywanie działów na stronę. Był to drugi po newsach najważniejszy punkt pracy na stronie. Admin był (a w zasadzie jest, bo TheLyokofan19 dalej żyje i ma się dobrze) człowiekiem elastycznym i nie było problemem napisać do niego „Słuchaj, ja na dziś nie dam rady tego działu o książkach z CL napisać, mogę jutro?”. Wszystko było przyjmowane ze zrozumieniem, choć i tak nie przypominam sobie żebym załapał jakąś większą obsuwę w tym względzie.

Rzecz z działami opisowymi wygląda tak: w dawnych czasach każdy, kto tworzył swoją stronę o KL, wykonywał takie rzeczy na 2 sposoby. Pierwszy, łatwiejszy – „CTRL + C”, „CTRL + V”, czyli „kopiuj – wklej” z Wikipedii. Wszystko jak leci. Zero wkładu własnego, ale przynajmniej imiona były dobrze napisane. A jak ktoś jeszcze kopiował opis ze strony ZigZapa, to był królem kreatywności. Drugi sposób to już wyższa szkoła jazdy. Niektórzy wychodzili z założenia „skoro jestem fanem tego serialu, to potrafię coś o tym napisać”. Zaprawdę godne to i słuszne. Ale często było tak, że choć zamysł był wspaniały, to niestety praktyka kulała i to na obie nogi. Opis mający 3 zdania na krzyż, pisany w stylu przeciętnego ucznia 4 klasy podstawówki z tendencją do walenia byków co 4 słowa. Imiona pisane byle jak, z małej litery, można było się zakładać o to, czy w tym opisie zobaczymy „Ulrik” czy „Belkła” (nazwisko Jeremiego). Choć akurat tutaj nazwiska są niezbyt wdzięczne do pisania. Albo cuda typu „jumi jest chinką”, choć dobrze wiadomo że gdyby była Chinką to by tak łatwo do Francji nie wyjechała, zresztą nie mogłaby mieć braciszka Hirokiego, bo dopiero od początku 2016 chińska rodzina może legalnie posiadać dwójkę dzieci. Często był też obowiązkowy dodatek miłosny w postaci ”kocham ulrika”. Brr… ja to piszę z pamięci i do teraz mi się włos jeży na wspomnienie tej amatorszczyzny. Ale cóż, takie były czasy, drogie dzieci.

My na stronie doszliśmy do wniosku, że te opisy powinny być dobre, toteż robiliśmy je na spokojnie, bez jakiegoś pośpiechu, korzystając z kilku źródeł. Ogólnie to jest nawet lekka robota. Można sobie podczas niej na przykład pić herbatę, sprawdzając błędy ortograficzne, myślało się też nad tym, co by tu jeszcze dopisać. W zasadzie to teraz, w 2016, można robić opisy na nowo, bo całą francuską stronę CodeLyoko.fr przetłumaczono na angielski, więc łatwiej to zrobić, ale potrzeba mnóstwa czasu, bo opisy tam są ogromne. Nie zmienia to jednak faktu, że to jest łatwiejsza część pracy.

Ta trudniejsza, ale i bardziej fascynująca, to praca nad newsami. I tu się zaczyna robić ciekawie. Bo o ile opisy to każdy niby potrafi zrobić, to już zredagować informację, albo ją chociaż wyszukać – nie każdy potrafi. Niektórzy mogą powiedzieć „Ale co jest trudnego w wklepaniu 3 zdań o emisji?”. Ano jest. Nie każdy nadaje się do wyszukiwania i redagowania wiadomości. To jest swego rodzaju sztuka. Tutaj drobna dygresja, w dalszej części rozdziału trochę olejemy chronologię zdarzeń i będziemy sobie skakać po datach, ale to celowo robię, bo ten rozdział ma być natury bardziej poradnikowej. A nuż się komuś przyda wiedza uniwersalna.

Teoretycznie łatwiej opracowywać wieści pochodzące z krajowej sceny. No bo co za problem napisać, że ktoś stworzył bloga, albo jakiś nowy projekt fanowski (choć tego u nas za bardzo nie ma). A już pisanie rozpisek emisji odcinków to po prostu bajka. Kopiuj, wklej i publikuj! Taa… tylko że wbrew pozorom to nie jest takie oczywiste. Rzeczywiście, rozpiski pisało się najłatwiej, zwykłe spisywanie ze strony TeleMagazynu, sprawdzanej dla pewności z oficjalną stroną ZigZapa/Teletoona (niepotrzebne skreślić). Ale do reszty newsów trzeba jakoś dotrzeć. Z newsami o emisji ogólnie sprawa wygląda tak, że często wystarczy wkleić to, co odpowiedziała redakcja stacji, dopisać parę zdań i gotowe. Chyba że w Teletoonie skłamano, to wtedy obowiązkiem dziennikarza jest te kłamstwa wyprostować, oczywiście przy zachowaniu tekstu głoszonego przez kierownictwo stacji. Nie muszę chyba wspominać o tym, że jak się pisze wiadomość, to trzeba się starać by nie było byków ortograficznych. Ani o tym, że to ma być wiarygodna i prawdziwa informacja, a nie zmyślona i fałszywa.

Swoją drogą to kwiatki się pojawiały. Pamiętam jeden, może trochę innego kalibru, ale zawsze. W listopadzie 2013 mieliśmy smutną okoliczność – zmarła aktorka dubbingująca Sissi. Gdy otrzymałem od jednego z użytkowników wiadomość, zrobiłem szybkie przeszukanie u wujka Google, żeby móc opracować krótką notkę o zgonie. Żadnych zawiłych mów, zwykła informacja, z datami urodzenia, śmierci, wymienieniem kilku znanych ról, Sissi na czele, potem Judy z Jetsonów (gimby nie pamiętają, ale to była taka kreskówka, gdzie przyszłość pokazywano. W latach ’60 to był znany motyw w kulturze, ale niestety, minęło 50 lat, a wciąż samochodów latających nie ma, obiadu nie robi automatyczna kuchenka, telewizor wciąż zajmuje miejsce bo nie jest hologramem, a robot zamiast być członkiem rodziny, może najwyżej kujawiaka zatańczyć), jeszcze Kleopatra z filmu o Asteriksie. Przy okazji się wkradła pewna nostalgia – tyle znanych postaci, tyle lat się oglądało te filmy, a to wszystko jedna osoba z wielkim talentem i wspaniałym głosem zrobiła, i nawet się jej nie starzał ten głos (dubbing do Jetsonów był w latach ’90 tworzony, a do CL nagrywano jeszcze w 2008, do Klubu Winx chyba jeszcze w 2013 były nagrania – śp. Kozanecka tak samo brzmi, choć za każdym razem inaczej grała). Ale cóź… c’est la vie, jak mawiają Francuzi, życie się zaczyna i się kiedyś kończy. Puściliśmy krótkie info na stronie, potem jeszcze oddałem hołd zmarłej w „7 dniach w Lyoko”.

Po 2 tygodniach na konkurencyjnej stronie pojawił się news. W sumie spodziewałem się tego, bo najpierw admin tejże strony, której nazwy nie podam bo już jest nieaktualna, wszedł na moją, by sobie poczytać. Jeszcze tego samego dnia pojawiła się notka, zaczynająca się od słów „Kiedy przeglądałem internet to znalazłem bardzo smutne wieści”. Zabrakło odwagi by napisać że to u nas przeczytał. Ale to jeszcze nic. Potem następuje cała notka o zmarłej, jest jej wiek, choć daty zgonu brak, a od drugiej linijki WSZYSTKO jest skopiowane z Wikipedii. Zerżnięte totalnie. Można nawet poznać było po tym, że w tekście pisanym przez admina były błędy, a tym kopiowanym już nie. I tutaj pojawia się pytanie, po co kopiować to, do czego zainteresowany sam dotrze jak będzie chciał? Morał z tego taki: pisać tylko istotne rzeczy, a nie wszystko jak leci. Chyba że uważacie czytelników za idiotów, którzy nawet z Google korzystać nie potrafią (śmiejecie się? W moim dawnym liceum nauczycielka od informatyki się nas pytała, czy wiemy do czego Google służy, i jak się język artykułu w Wikipedii zmienia.)

Ale wieści z Polski to tylko drobny element zabawy. Cała reszta frajdy to wieści z zagranicy. I tutaj do ich opracowywania z reguły zwykło się używać Google Tłumacza. Właśnie – Tłumacz Google. Słynna strona ułatwiająca życie wszystkim, którzy po angielsku umieją tylko „How you are? (czyta się „hu ju ar”), oferuje zresztą tłumaczenia nawet z mandaryńskiego. Wróg publiczny numer 1 nauczycieli języków obcych. Nie znam takiego, który by choć raz nie przestrzegł przed korzystaniem z tego przy pisaniu pracy domowej. Czy korzystanie z tego jest złe? Moim zdaniem nie. Ale trzeba to robić z umiarem. Dobrze użyty ułatwi nieco pracę, ale źle zastosowany w nieumiejętnych rękach może z artykułu zrobić niezrozumiałą papkę. Nie jest tajemnicą, że im dłuższy tekst wrzucimy do tłumacza, tym to tłumaczenie będzie bardziej schrzanione. Ale jednak przydaje się to do pracy. Szczególnie przy tłumaczeniu wywiadów. Wtedy można najpierw oryginał tłumaczyć na polski, a potem samemu ten polski tekst poprawić. Przy czym przy tym 2 etapie lepiej korzystać ze słownika. To naprawdę nie boli, a akurat w internecie strony ze słownikami prowadzą prawie wszystkie naukowe wydawnictwa, które wydają też papierowe, ale nikogo nie stać na taki.

Oczywiście większość informacji, z wiadomych względów, jest po francusku, ale od około połowy 2013 dostępny jest także anglojęzyczny serwis informacji z CodeLyoko.fr, więc nie trzeba się już tak gimnastykować. A wieści jest sporo. Najważniejsze to te o samym serialu, obecnie gdy to piszę, nie ma takowych. Co nie oznacza że nic się nie dzieje. Projekty fanowskie, gry i inne tego rodzaju wydarzenia też się nadają do opisania. Trzeba tylko wiedzieć, co się pisze. Pamiętam pewien przypadek, całkiem niedawno temu, kiedy jedna z redakcji znalazła komunikat o rzekomo powstającej nowej serii CL. Z miejsca zaczęto tłumaczenie, poproszono nawet osobę z poza redakcji o wykonanie tego, od razu jeszcze korekta tegoż tłumaczenia u jeszcze jednej osoby, nawet już tytuł tego spolszczono z „Rebirth” na „Odrodzenie”. Wyszedł spory news, który puszczono na stronę. Wszystko fajnie, podano nawet datę premiery serii, był tylko jeden mały zgrzyt. Nie wiem jakim cudem, ale w przypływie euforii pominięto informację o tym, że to jest projekt fanowski a nie żadna oficjalna 6 seria, że ta data premiery jest przybliżona bo ciągle ludzi szukają, i że to będzie w sieci puszczone a nie w telewizji. Nikt z opracowujących ten tekst do publikacji nie sprawdził tego dokładnie i puszczono babola o nowej serii. Na całe szczęście zreflektowano się po sugestii czytelników i na drugi dzień puszczono sprostowanie. Morał z tego taki: sprawdzajcie, co chcecie wypuścić w świat.

I tym optymistycznym akcentem kończymy niniejszy rozdział, a w następnym powrócimy do głównego wątku naszej opowieści.

Rozdział 2 – Pół miesiąca współpracy

Koniec 2012 roku był dla mnie dość pracowitym, ale i zarazem bardzo udanym czasem. Po 20 grudnia miałem trochę oddechu, gdyż nastąpił drobny przestój w newsach. Nadeszły Święta, więc nie miałem nawet okazji by się wykazać. W końcu moim celem nie była jednorazowa publikacja. Co to, to nie. Skoro już zostałem współpracownikiem, to chciałem robić to na miarę swoich możliwości. W okresie świątecznym nie działo się nic ważnego. Pierwszy odcinek Ewolucji był już pokazany (19 grudnia), ale było więcej pretensji niż radości, gdyż to był pokaz internetowy, w dodatku zablokowany poza granicami Francji. To niby miało zapobiegnąć wyciekowi odcinka do internetu, co oczywiście się nie sprawdziło, „Xana 2.0” hulał po sieci w jakieś 4 godziny od emisji. I tak większość uznawała że oficjalnie wszystko rozpocznie się gdy France 4 puści to na swojej antenie. Zresztą, polskie tłumaczenie (nieoficjalne oczywiście) pojawiło się dopiero 10 stycznia, już po premierze w TV.

Przy okazji życzeń świątecznych admin podał adres do nowej strony o Ewolucji: kodlyokoewolucja.tk. Był to portal założony przez Kamixa. Przez pół miesiąca bycia współpracownikiem moje teksty lądowały właśnie tam, przy pewnej kombinacji. Wysyłałem je na stronie do admina, on wysyłał je do Kamixa, ten natomiast publikował to na swojej stronie. W stopce każdego newsa był podpisany co prawda TheLyokofan19, ale w samej treści na końcu zawsze była adnotacja „Jeremie_96 ze strony kodlyoko.hpu.pl”. Tak było do 14 stycznia, potem tamta strona przestała być aktywna, a newsy leciały już tylko na naszą.

W ciągu tego okresu współpracy udało mi się kilka tekstów wystukać. Pierwszy dotyczył emisji Ewolucji na Teletoonie. Był to dość gorący temat, więc postanowiłem jeszcze w święta wysłać do nich posta z pytaniami. Odpowiedzi oczekiwałem na okres poświąteczny, co też się stało. Wtedy jeszcze redakcja stacji odpisywała na posty szybko i konkretnie. Miałem odpowiedź, więc mogłem sklecić newsa. Po wysłaniu poszedł on na stronę Kamixa, ale nie jako osobny meldunek, tylko aktualizacja notki o emisji, która powstała 2 dni wcześniej. Z całego tekstu wynikało że emisja CL miała się zacząć w marcu, a Ewolucja miała pojawić się już w kwietniu. Szczerze mówiąc to ten drugi termin był wtedy już lekko niewiarygodny. Według naszych redakcyjnych obliczeń, wtedy Francja miała być dopiero na połowie serii (i to nawet przy sytuacji gdy 5 stycznia puszczono od razu trzy pierwsze epizody). No, ale potem mieliśmy się okazać że da się tak zrobić, co prawda nie u nas. Ale to za kilka miesięcy.

Jak na razie poszła notka oparta na pytaniu z Facebooka. Ten kanał kontaktu ze stacją jest wykorzystywany bardzo często, i to nie tylko dlatego że inne zawodzą. Tutaj można zauważyć postęp techniczny. Dlaczego? Otóż: gdy ZigZap emitował CL, istniały 3 drogi dostępu do informacji ze stacji. Pierwsza to telefon do telewizji. Druga to e-mail. A trzecia to magazyn abonentów Cyfry+. W zasadzie ta ostatnia służyła tylko do tego, by puścić tekścik o serialu i ozdobić go ładnym obrazkiem, żeby potem każdy blog i każda strona mogły wrzucić newsa o jakże ważnej treści „Piszą o Lyoko w gazecie!”. Wtedy to aż taka sensacja to nie była, gdyż każdy liczący się magazyn z programem drukował ramówkę ZigZapa, więc umieszczał też notki o serialach. A Cyfra+ i tak wydawała to swoje pisemko raz na 2 miesiące. Telefonu do telewizji używano wtedy, gdy zamiast danej pozycji wskakiwała inna, albo gdy się pytano, dlaczego nie ma teraz „Przymierzalni”. To był kultowy program stacji. Jego pierwsza prowadząca, Joanna Jabłczyńska, nawet teraz, gdy gra głównie w serialu na TVN, wciąż jest z nim kojarzona. Serio, przeglądając dodatek z programem TV do jednej gazety, w życiorysie wspomniano o ZigZapie. E-maila natomiast używało się do tego, do czego teraz służą posty na Facebooku, czyli do chwalenia i gnojenia, oraz dowiadywania się o plany stacji.

Obecnie wygląda to tak, że z telefonu do stacji się nie korzysta, nawet nie wiadomo czy Teletoon ma takowy. Gdyby miał to by musiał być szybko wyłączony chyba, bo wściekli fani zapychaliby ciągle linię. Teraz głównym kanałem komunikacji jest Facebook. To tam teraz wpływa jakieś 98% pytań, zażaleń i hejtów. Kontakt e-mailowy też istnieje, ale rzadko jest wykorzystywany, bo niektórzy nie mają ochoty odpisywać. Teraz niektórzy mogą zapytać: „No dobra, ale jaka do jasnej anielki jest różnica?”. Ano jest, i to kolosalna. Gdy dawniej uzyskiwało się informację przez telefon lub email, to dopóki jej nie upubliczniono, nikt o niej nie wiedział. Obecnie gdy Teletoon odpowie na Facebooku, widzi to ileś tam tysięcy osób. Dlatego teraz szybkość się liczy. Czasem się zdarzają tak zwane „wrzutki na sępa”. Oznacza to tyle, że informację pisze się na podstawie odpowiedzi na pytanie, zadane przez kogoś innego. Jeden koleś się zapytał, a inny, który akurat się okazuje redaktorem, bierze to jako news. W zasadzie to nawet nie ma tu czego potępiać, bo skoro to jest publiczne, to każdy sobie może z tego depesze tworzyć. Byleby tylko nie pisał „zapytałem się Teletoona”, jeśli tego nie zrobił, bo wtedy to jest przypisywanie sobie cudzych zasług.

Wrzutka o emisji była 27 grudnia, a następnego newsa wystukałem już kolejnego dnia. Tym razem kaliber gatunkowy był trochę większy. News dotyczył cosplayów, robionych z okazji Japan Expo 2013, które miało być w lipcu. W zasadzie wtedy to nawet nie myślałem o tym, po prostu napisałem artykuł, wysłałem, sprawdziłem czy jest na stronie i koniec. Po kilku miesiącach mieliśmy się przekonać, że ta impreza zasługuje na szersze opisanie. Do końca roku nie było już wiadomości, w redakcji określaliśmy rok 2013 jako rok wielkiego powrotu Code Lyoko.

Czwartego dnia nowego roku napisałem jeden z tych tekstów, z którego jestem dumny po dziś dzień. W tamtym czasie dość popularne stały się twitcamy, czyli videochaty które organizowali Quentin Merabet i Melanie Tran, para aktorów odgrywających role Ulricha i Yumi w Ewolucji. Na tych spotkaniach były ujawniane niektóre szczegóły dotyczące serialu. Nie wszystkie oczywiście, bo by twórcy im zakaz dali na takie występy internetowe. Ale jednak to była jakaś nowość w naszym fandomie, wcześniej nie było rzecz jasna takiej możliwości. Można było co najwyżej poczytać wywiady z rysownikami czy scenarzystami, ale i tak niezbyt wielu fanów wiedziało o tym, jak z twarzy wyglądają bracia Di Sabatino. A tu proszę, wiemy jak wyglądają aktorzy, jak się zachowują poza planem, coś niespotykanego wcześniej. Tyle że był tutaj pewien problem związany z tymi spotkaniami.

Pierwsza bariera to bariera językowa, francuski wtedy się znało gorzej niż angielski i trzeba było korzystać z tłumaczy. To jeszcze nie było aż tak kłopotliwe jak inna sprawa. Twitcamy z reguły były dość długie (pierwszy trwał jakieś 90 minut, następny już ponad 140), a konkretów o Ewolucji trzeba było się początkowo mocno doszukiwać. Dopiero w lutym redakcja CodeLyoko.fr, która wspierała twitcamy, uznała że warto by było umieszczać oprócz nagrania także notkę z konkretami. To mocno ułatwiło różnym fanowskim stronom, nie tylko w Polsce, przygotowywanie materiałów. Przy pierwszym twitcamie trzeba było tworzyć materiał na podstawie odczuć fanów. I ja tak właśnie zrobiłem. Kamix wynotował dzień wcześniej szczegóły o CL:E, postanowiłem więc nie pisać drugi raz tego samego, a skupić się na samych aktorach. Tak oto napisałem pierwszy artykuł w którym dawałem opinię, nie ograniczając się do suchej informacji.

Obawiałem się trochę tego że będzie to w jakiejś części wycięte, zwłaszcza że był to dość subiektywny artykuł. Z perspektywy lat widać że nieco się Quentin zmienił. Teraz nie zaryzykowałbym chyba stwierdzenia “aktorzy troszkę naśmiewają się z tej serii”. Wtedy, w styczniu 2013, po prostu się dopiero wchodziło w Ewolucję, więc mogło to tak wyglądać. Ale potem Quentin i Melanie udowodnili że traktują fanów bardzo poważnie. Trochę też poleciałem przy akapicie o paleniu papierosów, zresztą w tej sprawie było trochę dyskusji w fandomie. Kwestia była taka, czy aktor grający w filmie dla młodzieży może publicznie palić papierosy. Z jednej strony to jego prywatna sprawa i może sobie nawet 30 dziennie zjarać (choć szkoda pieniędzy na to świństwo). Z drugiej jednak strony niektórzy mówili że skoro gra dla młodej widowni, to go do czegoś zobowiązuje. Francuska telewizja nie robiła z tego w ogóle problemu. Widać, mają dobre podejście. Gdyby CL było przez Disneya produkowane, to byłaby już afera. Pamiętam jak kiedyś wyciekły nagie zdjęcia Miley Cyrus, jeszcze za czasów Hanny Montany. Szefowie Disneya byli wkurzeni strasznie. Gdyby tylko widzieli co ona teraz wyczynia…

Ale wracając do tekstu, to ostatecznie nie był on w ogóle cenzurowany. Admin tylko się dopisał że zgadza się z punktem o paleniu. Tutaj muszę zaznaczyć że ani razu w czasie bycia współpracownikiem, a potem redaktorem, żaden z moich tekstów nie był zmieniany. A to jest dość ważne w tym zawodzie. Pamiętam jak w 2010 roku miałem napisać tekst do gazetki szkolnej o wycieczce do Torunia. Chciałem go zrobić inaczej niż wszystkie inne tego typu teksty, wyglądające koszmarnie nudno, w stylu „Byliśmy tam i tam, było fajnie, dostaliśmy kiełbaski itd.”. Chciałem by to było ciekawe, więc nie napisałem od razu w tekście celu podróży, umieściłem nazwę miejsca gdzieś dopiero w połowie artykułu. Napisałem, wydrukowałem, poszedłem do redaktorki od gazetki. Była nią poprzednia dyrektorka gimnazjum, pracująca na 1/8 etatu jako bibliotekarka i nauczycielka polskiego w sytuacji awaryjnej. Po 2 dniach oddała mi mój tekst… nie do poznania. Cały efekt zaskoczenia diabli wzięli, pomazano mi długopisem i dodano mnóstwo niepotrzebnych zdań o kawiarni, o której miałem pisać dobrze, mimo że była cholernie droga. Cóż zrobić… poprawiłem to, oddałem. Nawet nie wiem czy to wydrukowano, ale miałem to gdzieś. Przynajmniej wiedziałem, dlaczego u mnie w gimnazjum gazetka szkolna dorównywała poziomem tej szkole. Na szczęście na stronie nikt nie ingerował w teksty.

Po artykule o Quentinie nastał dzień przełomowy, czyli 14 stycznia. Zaczynałem wtedy ferie. Przed południem napisałem na stronę newsa dotyczącego szczegółów emisji CL na Teletoonie, gdyż wyciągnąłem kolejną garść informacji, głównie o dubbingu. Wieczorem news ten trafił na główną, a na moją skrzynkę dotarła wiadomość od admina. W niej była propozycja objęcia stanowiska redaktora i w zasadzie współtwórcy strony. Zgodziłem się od razu, proponując jednocześnie pomysły na nowe działy. Ale to już w następnym rozdziale 🙂

Rozdział 1 – Prehistoria oraz pierwsza depesza

Zwykle wspomnienia spisuje się gdzieś pod koniec życia lub kariery. Czemu więc ja publikuję ten tekst, skoro ani kariery (o ile pisanie newsów do strony internetowej o kreskówce można nazywać karierą dziennikarską) kończyć nie planuję, a i też pożyć chcę jeszcze trochę? Głównie dlatego, żeby nie pozapominać co niektórych szczegółów. Wiadomo, pamięć ludzka jest zawodna, więc pewnie gdybym chciał to pisać po 50 latach, to wyglądałoby to nieco inaczej niż to, co teraz wystukuję na klawiaturze. Poza tym, takiego projektu jeszcze w naszym fandomie nie było. Bo to o tym będzie opowieść. O fandomie i dziennikarstwie fandomowym (tak, wiem, takiego terminu nie ma. No to teraz już jest). Miałem okazję obserwować wiele zdarzeń w ciągu tych 3 lat. Ba, nawet je opisywałem (często jako jeden z nielicznych). Więc trochę się uzbierało rzeczy do opowiadania. Zresztą, pewnie wielu z czytających te słowa zastanawia się, jak to się robi. To nie jest takie proste jak się wydaje. Ale to szalenie wciągająca robota. To będzie także opowieść o pasji. W zasadzie dwóch. Dziennikarstwie oraz CL.

Od zawsze chciałem być dziennikarzem, chciałem tworzyć wiadomości, redagować, przekazywać je. Wielu dziennikarzy mi imponowało w dziecięcych latach. Obecnie wymienienie niektórych jest deklaracją polityczną, ale co tam, dawniej byłem zapatrzony w Lisa, Pieńkowską, Pawłowskiego, Milewicza (ci dwaj ostatni niestety od 11 lat nie żyją, jeden umarł na raka, drugi został zabity w Iraku) i wielu innych. Od małego czytałem gazety i czasopisma. Dlatego też nic dziwnego że zawsze, gdy pytano się mnie, kim chciałbym zostać, odpowiadałem: dziennikarzem.

Zamiłowanie do CL pojawiło się u mnie w 2006. Ten serial mnie zachwycił. Nawet jeśli początkowo trafiałem ciągle na odcinek o satelicie, w którym najbardziej spodobał mi się protest uczniów (tak bardzo telewizyjnie to wyglądało). Potem wciągnąłem się totalnie. Trzecia i czwarta seria przypadły na okres, gdy byłem w 5 klasie podstawówki. Każdy odcinek komentowaliśmy z kolegami w szkole. Na przerwach chodziliśmy do biblioteki, by sprawdzić, co nowego napisano na dawnej stronie KodLyoko.pl (obecna wersja nie przypomina już tej pierwszej, zresztą wtedy gdy to piszę – grudzień 2015 – nic tam się od kilku miesięcy nie dzieje). A na kółku informatycznym przeglądaliśmy dokładniej rubryki z informacjami o bohaterach.

Tutaj mała dygresja: wtedy, w latach 2007-08, internet nie był dobrem tak rozpowszechnionym i tak tanim, że dostęp do niego rozdaje się staruszkom w ramach dotacji unijnych. Wtedy to było dobro rzadkie, drogie, i cholernie wolno chodzące, a nazywało się Neostrada TP. Nikt w tamtych czasach nie myślał o LTE, a modem na USB był szczytem techniki. Bardzo drogim zresztą. Nie dziwcie się więc że kółko informatyczne było – zaraz po SKS – najpopularniejszym programem zajęć pozalekcyjnych, nawet jeśli polegało tylko na siedzeniu w necie na Macintoshach (takie komputerki, w których wszystkie elementy były w monitor wbudowane), bo szkoły nie było stać na zwykłe pecety z Windowsem. Takie pojawiły się dopiero w 6 klasie, mniej więcej w listopadzie 2008 (pamiętam bo wtedy Obama został prezydentem USA), wtedy był tam szczyt techniki: Windows Vista.

Po latach zauważam że taki stan techniczny wtedy skutkował tym, że nie było aż tak wielu spoilerów. Pojawiały się co prawda, ale nie docierały do aż tak dużej grupy osób (a pamiętajmy że Facebook i Twitter były w Polsce wtedy nieznanymi słowami, ten drugi nawet nie istniał jeszcze). Toteż spoilerami zajmowała się blogosfera. W tamtych czasach wyglądało to tak, że jakieś 90% blogów wyglądało w ten sam sposób. Kilka słów o bohaterach, obowiązkowo co najmniej jedno przekręcone imię (np. Ulrik zamiast Ulrich), i oczywiście masa rysunków. Spoilerami były rzeczy z kosmosu typu „Yumi i Ulrich pocałują się w 14 odcinku 4 serii” czy inne takie durnoty. Chyba nawet nie było potem jakiejś dużej krytyki za takie kłamstwa, gdy wychodziło na jaw że to bujda na resorach. Ale to były inne czasy. Choć nawet teraz zauważam blogi robione „na odwal”. Więcej o tym w którymś następnym rozdziale napiszę.

A teraz wróćmy do naszej głównej opowieści. 4 seria kończy się 28 lutego 2008 roku. Pojawia się pytanie, co robić dalej? ZigZap ma na to radę: emituje odcinki w dalszym ciągu. Kod Lyoko pozostaje w telewizji jeszcze przez 2 lata i zostaje zdjęte tuż przed katastrofą smoleńską w 2010. Również jeszcze przed Smoleńskiem dawne KodLyoko.pl przestaje istnieć z powodu braku zainteresowania stroną, jak i niepewnym losem 5 serii. Opisywanie całego okresu od marca 2010 do grudnia 2012 zajęłoby mi wiele miejsca, a i tak wszystko rozchodziło się wtedy o to, jak ma wyglądać następna seria, więc od razu przenieśmy się o te 2 i pół roku.

A więc mamy grudzień 2012. Jestem już licealistą. ( o gimnazjum nie pisałem celowo, bo to jest okres najczarniejszy, wtedy za samo bycie normalnym człowiekiem, nie będącym nałogowym graczem w Metina, bo szczeniactwo nie znało innego badziewia, nie trawiącym alkoholu, i nie ćpającym miało się przekichane, a co dopiero za oglądanie CL). Fandom w rozkwicie, wszyscy czekają na premierę 5 serii, zwanej Evolution (potem zacznie się spór o nazewnictwo, ale na razie zostawmy to). Kilka miesięcy wcześniej miałem kolejną fazę na CL, po tym jak po raz kolejny przeczytałem „Podziemny zamek” i „Bezimienne miasto”, oraz oglądałem odcinki emitowane po włosku na Rai Gulp. Zacząłem sobie szukać w internecie czy są jeszcze jakieś polskie strony o CL. No i znalazłem. Stronka, na której teraz to publikuję. Wtedy nie była jeszcze tak rozwinięta, dopiero co raczkowała, ale założyciel, TheLyokofan19, zdążył już opublikować kilka newsów. Konto założyłem 14 grudnia. Równo miesiąc po powstaniu strony. Mniej więcej w tym samym czasie odnalazłem też profil Teletoona na Facebooku. I tam ktoś się zapytał o emisję CL. Redakcja stacji zapowiedziała że będzie na ich antenie, i to już niedługo. Domyślano się też że będzie wyemitowane także CL:E. Swoją drogą było to dość logiczne bo ta stacja, dawniej jako ZigZap, emitowała Kod Lyoko przez prawie 5 lat i naturalnym było to, że to Teletoon miałby emitować nową serię, jak i przypomnieć (albo i zaprezentować nowym widzom) wcześniejsze odcinki.

Gdzieś po tygodniu od mojego pierwszego zalogowania pojawiło się konkretne pytanie o Ewolucję. Odpowiedź Teletoona była twierdząca. Mało tego, nawet podali już datę (a co z tego potem wyszło to już inna sprawa, którą później opiszę). Żadna strona jeszcze tego nie podała. Wszedłem na stronę i puściłem taką oto depeszę na shoutboxie: „Jak podał Teletoon+ na Facebooku Kod Lyoko Ewolucja w Polsce będzie w kwietniu.”

A, tak w ogóle, to powinienem tutaj coś wyjaśnić. Krótkie newsy zwykłem nazywać w redakcyjnym slangu „depeszami”. Wzięło to się z pewnej historycznej rzeczy. Otóż w dawnych czasach przedinternetowych agencje prasowe wysyłały informacje i nazywały je depeszami. Były to krótkie teksty publikowane w prasie albo czytane w „Dzienniku Telewizyjnym” (takie Wiadomości za komuny). Ich cechą było to, że łatwo można je było podawać w zasadzie natychmiast po ich napisaniu, zawierały tylko sam opis danego zdarzenia, bez komentarzy czy innych opisów wyjaśniających. Obecnie takie coś można zauważyć, jak się obserwuję Polską Agencję Prasową na Twitterze. Tam są takie krótkie i zwięzłe wpisy. Bo już na ich stronie internetowej są dokładniejsze artykuły, których jest tyle że można z nich cały serwis informacyjny sklecić.

Wracając do tego tekstu: napisałem go 20 grudnia, około 17. O godzinie 18:18 na głównej pojawia się notka pod tytułem „CL:E W POLSCE”. Jej treścią jest… moja depesza. A pod nią jeszcze dodano „Podziękowania dla Jeremie_96 za newsa”. A więc admin zauważył mój wpis na shoutboxie, i wrzucił to na główną jako news. Zrobiło mi się przyjemnie, można powiedzieć że poczułem nawet dumę. Byłem pierwszą osobą, która podała wiadomość o emisji Ewolucji na fanowską stronę. Konkurencja była w tyle. Teraz nawet nie pamiętam czy Szympi na swoim „Lyokokodzie” coś pisał o tym. Tutaj słów kilka, co to był ten Lyokokod w ogóle. To była jedna z fanowskich stron, w okresie 2010-2012 bardzo aktywna, często pojawiały się tam newsy, które publikowali Amarantine, wspomniany już Szympi, i chyba nawet Beniak coś czasem wystukał. Wszyscy byli znani z forum.codelyoko.pl, prowadzonego przez Likkiego (Ami była tam adminką). Gdzieś w połowie 2012 roku Amarantine założyła swojego bloga na platformie Tumblr (w redakcji nazywaliśmy samą platformę jako „ten portal z dziwną nazwą”, sami przyznacie że forma „na Tumblrze” dziwnie brzmi), i dopóki myśmy z HPU (nazwa serwera darmowego, na którym jest strona, Lyokokod był na UBF-ie) nie wkroczyli do roboty, był to jeden z lepszych portali.

W zasadzie to kilka osób (np. Amarantine, Kirlin) dało już wcześniej trochę informacji na stronę, więc ja byłem tylko kolejną osobą. Jednak duma i tak była. Napisałem do kumpla, Lyokofana, którego znałem od wczesnych lat szkolnych, i podałem mu linka do strony. Miałem się przez chwilę czym cieszyć. Na drugi dzień otrzymałem PW (prywatną wiadomość) od admina z podziękowaniem osobistym i prośbą, żebym od razu do niego wysyłał wieści, jeśli coś znajdę. Tak oto stałem się współpracownikiem.

Wtedy nie myślałem nawet o tym, ale z perspektywy czasu uważam, że to, iż pierwszy news pisany przeze mnie dotyczył Teletoona, nie było przypadkowe. Wydarzenia które miały nastąpić za jakiś czas, miały to udowodnić, i miały pokazać że losy moje, strony i redakcji stacji, dziwnie się złączą… Ale to historia na jeden z kolejnych rozdziałów. Jak na razie mogłem być dumny ze statusu współpracownika strony kodlyoko.hpu.pl. Ale nie zamierzałem spocząć na laurach (w sensie na dokonaniach, nie na nowej postaci z Ewolucji). Postanowiłem zostać gościem od newsów. Jak to wyglądało w praktyce? O tym w drugim rozdziale.

Wspomnienia redaktora