[RUNDA 4-2] Daniel Garcia vs Alex Becket

To nie był dobry moment na walki. Cassandra znowu trafiła do szpitala, rodzina znowu kłóciła się o niewiadomo co. No i ktoś śledził Daniela. 

Chłopak nie był pewien, jak długo to trwało, ani, dlaczego go śledzono. Było to kilka różnych osób, może wynajętych przez inne osoby, może przez jednego, wiedzącego, że z Danielem będzie trudno… Cóż, Daniel był ostrożny. Przez większość czasu używał nazwiska wuja, zwłaszcza w wirtualnym świecie. Łączył się przez publiczne skanery, albo zmieniał połączenia tych domowych… Był pewien, że jego domu jeszcze nie wyśledzono. Nie widział w swoim miasteczku żadnego ze śledzących… Chociaż musiał przyznać, że natknął się na jednego z uczestników poprzednich aren – uszedł z tego jednak nierozpoznany.

Musiał także przyznać, że zawalił kwestię bezpieczeństwa, gdy odwiedział Cassandrę. Dwóch panów, czekających przed szpitalem… Daniel zauważył ich na tyle wcześnie, by się wycofać, jednak nie miał pewności, czy nie wiedzieli, do kogo szedł.

Teraz, siedząc w poczekalni razem ze swoim przeciwnikiem, Daniel nie mógł być mniej skupiony. Jak miał walczyć, cały czas czując na sobie czyjś wzrok? Nawet w wirtualnym świecie, nie mógł się pozbyć wrażenia, że ktoś za nim idzie. 

– Mogę mieć prośbę? – odezwał się w końcu. Przeciwnik spojrzał na niego. – Rozwiążmy to szybko.

***

Zwirtualizowali się w sektorze pustynnym – na niewielkiej wysepce w oazie. Obu trochę zdziwił wybór takiego otoczenia, jednak zgodnie z umową z przed walki, nie przedłużając, skoczyli w swoją stronę.

Daniel miał przewagę, walcząc mieczami z krótko-dystansowym przeciwnikiem; jednak przy użyciu wyciągarek, Alex dosyć sprawnie unikał większości ciosów, jednocześnie wyprowadzając własne.

W którymś momencie linka wyciągnęła go poza wyspę i wylądował na stałym lądzie. Daniel spojrzał na niego z wyrzutem, jednak zaraz schował jeden z mieczy i Centrum Grawitacji przyciągnął się do tego samego obiektu otoczenia, do którego przed chwilą przyczepił się Alex.

Tymczasem Alex znów się przemieścił, unikając ciosu mieczem, lecz pozostając na lądzie. Wycelował linkę w Daniela. Chłopak nie bronił się, choć zabrało mu to kilka punktów życia. Przez sekundę wyciągarka ciągnęła go w stronę Alexa, zaraz jednak aktywował Centrum Grawitacji, kierując ją gdzieś w tył. Linka pociągnęła Alexa w jego stronę, zaraz jednak Daniel uderzył plecami w obiekt, do którego się kierował, a jego przeciwnik uwolnił się z własnej umiejętności.

“Za blisko” Daniel zdenerwował się na siebie.

Alex skoczył w jego stronę. Liczył, że uda mu się wyprowadzi atak, zanim chłopak wyciągnie drugi miecz i, w zasadzie, połowicznie mu się udało. 

Daniel zdążył przywołać drugi miecz, jednak nie był w stanie użyć go w obronie przed Alexem. Pierwszy miecz dał radę zablokować jeden z ciosów, jednak drugi atak przejechał po jego piersi i lewym ramieniu. Chłopak wypuścił z tej ręki miecz, zaskoczony. Zaraz potem przeklął w myślach, odpychając Alexa od siebie.

Tym razem to on zaatakował, jednocześnie mieczem i ręka, starając się dotknąć Alexa. Ten zorientował się, co zamierza Daniel, nie zdołał jednak uniknąć obu ataków. Chłopak dotknął go, a zaraz potem wymierzył w niego kopniak.

Alex poleciał do tyłu, zaraz potem coś pociągnęło go w stronę Daniela. Chciał coś powiedzieć, a przynajmniej tak się wydawało, jednak zaraz potem nabił się na jego miecz… Jednak nie ciałem, a jedynie ręka. 

Obaj chłopcy zaskoczeni odebrali informację o pozostałych pięciu punktach Alexa i dziesięciu Daniela.

O ile Alex nie był przygotowany na strategie Daniela, zdążył wyciągnąć przed siebie pazury i wbił je zaraz po tym, jak miecz przebił jego rękę.

Obaj na chwilę odskoczyli od siebie. Daniel zdematerializował miecz, który przed chwilą zadał obrażenia i przywołał drugi, w lewej ręce. 

Alex stanął luźno, przygotowany zarówno do walki, jak i do ucieczki. Ale czy warto było uciekać teraz, gdy obaj z przeciwnikiem mieli tak mało punktów?

Wykorzystał wyciągarkę, by uciec przed następnym ciosem Daniela, a zaraz potem, by znaleźć się tuż za nim. Ten jednak ruszył się nagle w bok, aktywując Centrum Grawitacji na krótką chwilę, a zaraz potem obrócił się, by zadać cios.

Miecz był dosyć wysoko, Alexowi udało się więc uniknąć go, po prostu się pochylając. Rzucił się na Daniela z boku, chcąc go przewrócić. Zaraz jednak poczuł cios.

Nie był do końca pewien, co się stało. Czy Daniel miał jeszcze jakąś ukrytą broń? Przecież to nie granat pożarł jego pięć punktów – zabiłby przecież także Daniela…

Dopiero, gdy już prawie zupełnie się zdematerializował, zobaczył świeżo przywołany, drugi miecz, wbity w jego serce.

“Kiedyś się za to rozliczymy” pomyślał.

[RUNDA 4-1] Daniel Garcia vs Alex Becket

Pogrążony we własnych myślach Alex nie był świadom zbliżającego się niebezpieczeństwa.

Słuchawki na uszach skutecznie odcięły go od wszelkich innych dźwięków, podczas gdy on siedząc przy biurku, sprawdzał coś w jednej ze swoich książek i co kilka sekund notował w rozłożonym na blacie zeszycie. Zapisywał, skreślał, wstawiał poprawki, by po chwili skreślić kilka ostatnich linijek tekstu i zacząć wszystko od nowa.

— Jak tam Sekmet przed jutrzejszą walką? — rzucił bez ostrzeżenia jego ubrany w dresy sobowtór, ściągają mu sprzęt z uszu.

— Cosa è…* — rzucił Alex, odwracając się do intruza, po czym kontynuował. — Quante volte ti ho detto, Colin, di non farlo?

— A może tak po ludzku — spytał nieco skołowany blondyn, wciąż trzymając w ręce zerwane słuchawki.

— Pytałem się, ile razy ci mówiłem, byś mi tak nie robił Colin — powiedział Alex, uświadamiając sobie, że cała jego wcześniejsza wypowiedź była powiedziana po włosku.

— W tym tygodniu chyba tylko cztery razy bracki.

— I chyba najwyraźniej to dla ciebie za mało. A teraz z łaski swojej oddaj mi moją własność — stwierdził, wyciągając rękę po swoją własność. — I przestań mnie nazywać Sekmet. Ile razy mam ci powtarzać, że to było żeńskie bóstwo?

— A kogo to obchodzi? Pasuje ci jak ulał — odparł, wciąż nie oddając bliźniakowi jego własności. — No, chyba że nie dasz rady na Arenach… Wtedy bardziej będzie ci pasować Nowy Odd.

— Jeszcze zobaczymy. Nie zmienia to jednak faktu, że ty mój mały braciszku, chyba się ciut zagalopowałeś, już mi to wysyłając — stwierdził, odwracając się w stronę monitora i paroma szybkimi kliknięciami odnalazł ostatnia wiadomość od brata. Po jej otwarciu ich oczom ukazał się obracający się powoli przerobiony trójwymiarowy model cyfrowego avatara Alexa. Ten w przeciwieństwie do oryginału utrzymany był w większości w barwach fioletu i różu, z masą ochraniaczy, a blond włosy ułożone były w sterczący do tyłu czub.

— No co? Do twarzy ci będzie. Ponoć tak wyglądał jeden wojowników walczących w oryginalnym Lyoko.

— Być może, ale nie zmienia to faktu, że w życiu tak nie przerobię tak swojego cyfrowego wcielenia. A jak zaraz nie oddasz mi moich słuchawek, to przegrany zakład będzie twoim najmniejszym zmartwieniem.

***

— Witaj Alex. Twoim przeciwnikiem będzie Daniel Garcia, walczyć będziecie w sektorze pustynnym, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia — rozległ się zewsząd  standardowy damski głos, tuż przed tym jak pojawił się w wirtualnym świecie.

Wylądowawszy na czworakach, blondyn rozejrzał się dookoła.

Znajdował się na pokaźnych rozmiarów płaskowyżu, którego w dużym stopniu pokrywały skalne słupy zwieńczone niedużymi blokami skalnymi, choć gdzieniegdzie trafiały się dwa lub trzy filary podtrzymujące jedna kamienną kładkę. Nigdzie jednak nie widział swojego rywala.

— Kici kici… Taś taś… — rzucił w eter, wciąż wypatrując Daniela. Nie przejmował się za mocno, że coś takie nie sprawi, iż przeciwnik magicznie pojawi się tuż obok niego. Zakład zakładem, lecz nawet Areny nie były zdolne zmienić faktu, że w tym momencie w ogóle nie odczuwał towarzyszącego mu jeszcze minutę temu zdenerwowania. Po prostu cyfrowy rzeczywistości tak na niego działa.

— Halo… panie demonie z dwoma mieczami…! — krzyknął, podnosząc się do pozycji wyprostowanej. Nie mógł przecież cały czas siedzieć bezczynnie. Trzeba było się ruszyć i samemu znaleźć przeciwnika, skoro ten nie zamierzał tego zrobić.

Podszedł do najbliższego z ostańców i zaczął się po nim wspinać, co w normalnych warunkach mogłoby sprawić mu sporo problemów, lecz jego pazury świetnie wbijały się w szczeliny pomiędzy kolejnymi warstwami skał.

Pokonawszy skalny występ i znalazłszy się na szczycie, ponownie się rozejrzał, lecz podobnie jak przedtem, nigdzie nie dostrzegł oponenta. Położywszy obie dłonie na biodrach, westchnął zdegustowany, choć w żaden sposób nie skomentował na głos obecnej sytuacji. Zamiast tego ruszył przed siebie, przeskakując na kolejne skalne grzyby, próbując wypatrzeć gdzieś wroga. Podejrzewał bowiem, że chowa się gdzieś pomiędzy skałami. W końcu, organizatorzy nie zwirtualizowaliby ich pod dwóch krańcach sektora, nie?

— To chyba nie pora na zabawę w chowanego, wiesz? — krzyknął po parunastu sekundach truchtu.

Tym razem jednak zamiast ciszy, usłyszał coś innego. Nie był jednak pewien, co to mogło być, brzmiało bowiem jak coś pomiędzy cichym kaszlnięciem, a głośnik westchnieniem.

Alexowi to jednak nie przeszkadzało. Szybko ruszył w stronę, z której dobiegł go dźwięk i zaraz znalazł na filarze, zza którego usłyszał ów dźwięk i bez zastanowienia zeskoczył na ziemię. Jednak zamiast upragnionego przeciwnika dostrzegł jedynie nieduży, mogący się spokojnie zmieścić w dłoni dysk.

Na szczęście dla kociego wojownik, szybko zrozumiał, co to oznacza. Rzucił się w bok, by uniknąć ataku, który najpewniej w tym momencie był wyprowadzany.

Niestety zrobił to o ułamek sekundy za późno i ostrze miecza przecięło jego obojczyk, odbierając dziesięć punktów. Łapiąc za nie istniejącą już ranę, obejrzał się za siebie i dostrzegł jak młodszy od niego mężczyzna, jak gdyby nigdy nic stoi sobie do góry nogami pod skalnym występem pustynnego ostańca.

— Łoo ty… jak Spiderman… — stwierdził z niemały wrażeniem w głosie, nie wyglądając jak ktoś, kto właśnie uniknął błyskawicznej dewirtualizacji. Alex jednak szybko wyrwał się z szoku i przyjął pozycję do walki, rozcapierzając uzbrojone w pazury palce dłoni. Może i przysłowiową pierwsza krew należała do Daniela, lecz nie oznaczało to, że już wygrał.

Ten zaś bez słowa zwinnie zeskoczył na ziemię i momentalnie wybił się, atakując zielonookiego płaskim cięciem w szyję. Ten jednak bez problemów uchylił się przed klingą, po czym lewą ręką złapał go za nadgarstek i szarpnął do siebie, wyprowadzając szybkie pchnięcie w bok przeciwnika, ułożona niczym ostrze włóczni prawą ręką. Pazury rozorały bok zamaskowanego, zabierając piętnaście punktów.

— Po jeden — rzucił blondyn, stając za próbującym odzyskać równowagę przeciwnikiem. Ten jednak nic nie odpowiedział, a jedynie odwrócił się, przywołując drugi miecz. Alex w odpowiedzi jedynie zachęcił go krótkim gestem, by zaatakował. W końcu zaczynało się coś dziać, a przecież o to chodziło.

Garcia zaatakował pierwszy, markując kolejne poziome cięcie, przez co Becket odruchowo zasłonił się wzmocniona rękawicą. Jego przeciwnik zdawał się na to liczyć, zaraz bowiem wyprowadził pchnięcie drugiego miecza prosto w pierś kota.

Pojawił się jednak pewien problem, bowiem zamiast wbić się w avatar przeciwnik, broń trafiła w pustkę. Alex bowiem ponownie odchylił się do tyłu i opierając się na wolnej ręce, kopnął przeciwnika w brodę, niemal powalając go na ziemię, choć nie włożył w atak dużo siły.

— I kolejne kilka punktów mniej dla ciebie… — rzucił z uśmiechem, lądując na czworakach. — Dalej nie masz nic do powiedzenia?

— Może… — odparł Daniel, a raczej jego znajdujący się na ramieniu głośnik, podczas gdy sam ocierał spod maski przedramieniem. Nie wyglądał jednak, jakby mocno się przejął kopnięciem, nawet jeśli pominąć fakt, że przez zasłonięcie twarzy ciężko było powiedzieć, w jakim jest nastroju.

— Czyli to była za niska cena? — zaciekawił się zielonooki, przekrzywiając głowę. — Zobaczmy więc jaka jest cena za pełne zdanie.

I nisko pochylony ruszył biegiem na przeciwnika z dwoma zestawami pazurów w rozłożonych na boki rękach. Ten jednak był gotów do obrony. Ostrzem lewej klingi zablokował nadciągające drapnięcie, samemu posyłając w brzuch blondwłosego kolano. Nie zabrało to może dużo punktów, ale odepchnęło go od zamaskowanego wojownika, dając miejsce na wyprowadzenie własnego ataku pod postacią szybkiego pchnięcia w głowę.

Alex jednak ponownie uchylił się przed ostrzem, lecz jednocześnie niemal, że własnoręcznie podał przeciwnikowi samego siebie na srebrnej tacy. Ten bowiem w tym właśnie momencie wyprowadził szerokie, poziome cięcie na wysokości piersi, które zapewne w innej sytuacji już zakończyło toczący się pojedynek. Jednak przeciwnik Daniela ponownie poszczycił się wielką gibkością, wyginając plecy do tyłu prawie tworząc nimi literę “C”. Uniknął dewirtualizacji, lecz nie pokaźnej utraty punktów życia. Zamaskowany jednak zamierzał szybko naprawić to niedociągnięcie, obracając w dłoni uwolniony miecz i dźgając nim w wystawioną pierś Alexa.

Siła uderzenia wbiła broń w podłoże, lecz na jej głowni nie było odzianego w czerń kota, który właśnie przejeżdżał na brzuchu między nogami przeciwnika, przy okazji podcinając go.

W czasie, gdy Daniel lądował plackiem na ziemi, Alex właśnie dojechał do stojącego dotąd za jego przeciwnikiem skalnego grzyb. Kosztowało go to kolejne pięć punktów, co ostatecznie sprawiało, że pozostawało mu ich pięćdziesiąt, lecz wyciągarka w rękawicy spełniła swoje zadanie.

— Sam do najcięższych nie należę, ale ty to naprawdę waga piórkowa, wiesz? — podsumował, w kuckach odczepiając sprzęt od skały, a gdy odwrócił się do przeciwnika, dostrzegł lecący w jego stronę granat.

Czy zadziałał refleks, czy też pseudo “zwierzęcy” instynkt, ale w chwili wybuchu odskoczył jak najdalej od obiektu, odbijając się od podłoża, niczym doprowadzony do zawału kot, na moment znikając w obłoku czarnego dymu. Ponownie wylądowawszy na nogach, rzucił się szczupakiem w bok, nie czekając, aż trafi go któryś z mieczy przeciwnika. Ten jednak się nie pojawił, a zamiast niego, znacznie bliżej niż powinien z obłoku wyskoczył Daniel, sięgając w stronę Alexa rozcapierzoną dłonią.

Ten jednak chwycił przedramię rogatego, tuż przed tym jak ten zdołał złapać go za twarz.

— Oj… bo po łapach… Nie wolno tak maltretować zwierząt… — skarcił przeciwnika i ponownie z łatwością powalił go na ziemię, zostawiając przy okazji wolną ręką na jego boku cztery, pokaźne szramy warte dwadzieścia punktów. Nie zamierzał jednak na tym poprzestać i rzucił się na zamaskowanego, próbując wbić komplet pazurów w jego odsłonięty kark.

Garcia jednak miał inne plany. Nie mając czasu na zmaterializowanie swojego miecza, którym mógłby zablokować stalowe ostrza wroga, zrobił jedyną możliwą rzecz. Zwinął się w kłębek i odpychając się rękami od podłoża, wystrzelił niczym sprężyna, trafiając obiema stopami w pierś drugiego ubranego na czarno wojownika i odrzucając go na kilka dobrych metrów. Na nieszczęście dla Alexa prosto w stronę krawędzi, przed którą nie zdołał wyhamować i po chwili metalowe noski jego butów z chrzęstem zsunęły się z niej.

— O nie, nie, nie… — zaczął Alex, usilnie próbując utrzymać się krawędzi platformy, która ciągle ustępowała, pod naporem jego pazurów.

— O tak — stwierdził młodszy wojownik, podchodząc do swojego oponenta z mieczem w każdej dłoni. Zająwszy dogodne miejsce, wziął szeroki zamach i ciął po nadgarstkach kota. A raczej spróbował, gdyż Alex zwyczajnie puścił się krawędzi. Nie zmieniało to jednak faktu, że ostatecznie za chwilę wyląduje w Cyfrowym Morzu, co automatycznie będzie oznaczać zwycięstwo Daniela.

Lecz kolejne sekundy mijały, a zwycięzca ciągle nie został ogłoszony, choć koci wojownik już dawno powinien skończyć w odmętach.

Zaciekawiony przeciągającym się werdyktem, Garcia podszedł bliżej skraju platformy i wyjrzał za jej krawędź.

W tym samym momencie znikąd pojawił się Alex, a z jego wyciągniętej ręki wystrzeliła cienka linka, której koniec trafił Daniela w pierś, a w ułamek sekundy później mocne szarpnięcie posłało go ku objęciom morskich głębin.

— Dłużej już nie mógł czekać… — westchnął blondyn, patrząc, jak jego oponent wraz z czarną rękawicą przymocowaną jego piersi krótkim kawałkiem liny ostatecznie wpada do Cyfrowego Morza, ciesząc się w duchu, że nie posłuchał brata w sprawie zrobienia z rękawiczek integralnej części swego wcielenia. W następnej chwili spodnia część skalnego podłoża, którego cały czas kurczowo się  trzymał, pozostałymi trzema zestawami pazurów nie wytrzymało nadmiernego obciążenia i z chrzęstem wykruszyło się, posyłając go w ślad za zamaskowanym wojownikiem. Nim jednak podzielił jego los, jego ciało zaczęło ulegać dewirtualizacji, sprowadzając z powrotem do skanera na Ziemi.

*Co do…

*Ile razy ci mówiłem Colin, byś tak nie robił?

[RUNDA 3-1] Morrigan Lennox vs Dorian Firns

– Runda ćwierćfinałowa. Morrigan Lennox.

Wywołana, podniosła się z miejsca. Niska i drobna młoda kobieta o kruczoczarnych włosach i przenikliwym spojrzeniu szarych oczu. Nie denerwowała się, zauważenie jakichkolwiek oznak jej stresu graniczyło z cudem. Czy miała w ogóle czym? To były jej pierwsze areny. Debiut, wystawienie na publiczną ocenę.

– Twoim przeciwnikiem będzie Dorian Firns.

Skinęła głową. Rozejrzała się, dyskretnie, wyłapując podnoszącego się z miejsca chłopaka. Wysoki, o czarnych u nasady włosach i ich białych końcach. Również po raz pierwszy, bo nikt nie słyszał o nim wcześniej.

Walka debiutantów, dwóch obcych, z których jedno z nich miało szansę przejść dalej. Ćwierćfinał, półfinał… Czy którekolwiek z nich dotrwa do rundy finałowej? Komu, z ósemki zawodników, przypadnie zaszczyt ostatniego starcia? Czy jednym z tych zawodników będzie Morrigan?

Do pomieszczenia ze skanerami przeszła z uniesioną głową, nie spuszczała jej, nie pokazywała po sobie jakichkolwiek oznak tremy.

– Ruiny projektu Kartagina. Przygotujcie się do wirtualizacji.

Wdech. Wydech.

„Niech wygra najlepszy.”

W momencie, w którym skaner się zamknął, dwudziestolatka to samo zrobiła ze swoimi oczami. Może trochę w związku z rażącym ją światłem. Może… bo jednak zaczynała się niecierpliwić.

– Transfer Morrigan Lennox.

Maszyneria rozpoczęła swoją pracę.

– Skan Morrigan Lennox… Wirtualizacja!

– Wirtualizacja!

Ciało, które zostało rozbite część po części na ziemi, od nowa stało się całością w wirtualnym świecie.

Siatka jej awatara została pokryta teksturą. Dopiero wtedy, Morrigan została uwolniona i tak, jak przed chwilą jej ciało wisiało w powietrzu, teraz wylądowała na lekko ugiętych nogach. Stuknęły obcasy jej wysokich butów.

Uniosła głowę w koronie. Zacisnęła odzianą w rękawicę dłoń ze szponami na palcach na swojej włóczni. Za sobą, usłyszała odgłos świadczący, że jej oponent również wylądował.

Odwróciła się, by stanąć z nim twarzą w twarz pośród ruin, w pomieszczeniu nikle oświetlanym przez wątłe światło lamp.

Królowa Widmo stanęła twarzą w twarz z czarnoskrzydłym, z aniołem w płaszczu. Zauważyła przy nim laskę.

Jeszcze chwila.

– Niech wygra najlepszy.

Start!

Grunt pod ich stopami zatrząsł się po raz pierwszy – na moment straciła równowagę, ale to paradoksalnie uratowało jej skórę, gdy pierwsza fala spaczenia co najwyżej ledwie zahaczyła o rąbek jej fioletowej, długiej szaty.

Wsparła się na swojej włóczni, unikając również drugiego ataku ze strony Doriana – odskoczyła w bok, by po chwili wyprowadzić swój własny atak. Pierwsza, magiczna kula chybiła. Druga – zderzyła się z jego twarzą, kiedy ten jeszcze wracał do wyjściowej pozycji po pierwszym ataku ze strony Lennox. Pierwsze dwadzieścia punktów poszło.

Pierwsza świetlówka oświetlająca pomieszczenie zgasła. Zostały dwie, słabiej doświetlające.

Niedobrze. W ciemności mogło być ciężej dojrzeć przeciwnika. Szczególnie przy jego ubarwieniu…

Musiała się stąd wynosić.

Drugi uskok, nim dosięgła ją kula wytworzona przez Spaczony Krok. Zawirowała między dwiema kolejnymi, wypowiadając słowa zaklęcia Dzieła Zniszczenia.

– Twoja przyszłość blednie! – zawołała, biorąc zamach od siebie.

Zatrzymała się, wypuszczając ciemnofioletową, magiczną falę. Ta, szybko pomknęła w stronę Doriana, który chciał z początku przed nią uskoczyć. Jaka szkoda… dał krok w złą stronę. Idealnie pod Dzieło Zniszczenia.

Stracił pierwsze dwadzieścia punktów, teraz już drugie… Jeszcze sześćdziesiąt do zbicia.

Chyba się zniecierpliwił, bo załopotał wściekle skrzydłami, by następnie rzucić się w locie w jej stronę.

– Och, „tylko głupcy podążają za krukiem.”

Prowokacja? Możliwe, ale za nią kryło się kolejne zaklęcie. Odziana w szatę kobieca sylwetka przybrała postać kruczycy w koronie, która ze skrzekiem wzbiła się w powietrze. Zgasła kolejna świetlówka. Już tylko dzięki jednej była w stanie powiedzieć, gdzie znajdował się jej oponent – w tamtej chwili rozglądający się w poszukiwaniu ptaszyska.

– Och, no nie chowaj się już tak! – dało się dosłyszeć.

„Proszę bardzo.”

Odwrócił głowę w stronę kruczej wersji Morrigan dosłownie na moment, zanim ta bezpardonowo w niego wpadła, prosto w czuprynę, za chwilę szponami i dziobem ciągając go za włosy.

– Złaź ze mnie! – zawołał – ZOSTAW MNIE, ZWARIOWAŁAŚ!?

„Huh, już dawno.”

Gdyby mogła, uśmiechnęłaby się zadziornie.

Grunt zadrżał ponownie. Dorian zderzył się ze ścianą. Morrigan – wyplątała się z jego włosów, by po chwili odlecieć w stronę pomieszczenia, z którego dobiegało silniejsze światło. Na pewno mogło być tam jaśniej, niż aktualnie było tutaj. A skoro chwilowo oponent był zajęty zbieraniem się z podłogi… skorzystała.

Akurat, nim skończył się czas jej przemiany, znalazła się w drugim pomieszczeniu. Było wiele jaśniej.

– Wracaj tu!

Kruczyca stała się kobietą – kobieta zaś przywarła plecami do ściany, przy wejściu do pomieszczenia.

Skrzydlaty wbiegł do środka, rozejrzał się.

Mocniej stuknęła swoim obcasem.

Dorian odwrócił się – Morrigan po prostu podskoczyła… i chlasnęła mu po twarzy szponami swojej rękawicy.

Tak, jak się spodziewała, zadziałał odruch. Dłonie młodego mężczyzny powędrowały do twarzy, zrobił krok w tył. Morrigan schowała się za kolejnym winklem, nim ten zaczął ponownie orientować się, co mogło dziać się wokół niego.

Użyła już dwóch kul zdolności podstawowej. Kiedy chciała przywołać ją jeszcze raz, zauważyła. Ta była większa, a wokół tej kuli aura wirowała intensywniej.

„Fatalizm.”

Wyjrzała zza swojej zasłony, po chwili ciskając na oślep magicznym pociskiem. Schowała, nim rozległ się łomot i wiązanka bluzgów. Chyba trafiła.

Teraz… pokonanie będzie formalnością.

Dorian dopadł do miejsca, z którego prawdopodobnie poleciał atak obszarowy. Rozejrzał się. W prawo… w lewo…

Pierwszy trzask. Drugi. Świetlówki zgasły jedna po drugiej. Tym razem jednak kontrolowanie, gdy spotykały się z nimi kolejne, fioletowe pociski z magii.

Została tylko jedna.

Szkło spadło na ziemię. Chrzęściło pod ich butami.

– Badb…

Odwrócił się w stronę, z której dochodził głos.

I ostatnim, co Dorian mógł zobaczyć podczas swojego pobytu w Lyoko, była Morrigan i jej dwie kopie. Wszystkie trzy trzymały po włóczni w swoich rękach.

– Macha.

Wszystkie trzy włócznie przebiły awatar Firnsa w miejscu, w którym na ziemi – biło serce.

Kopie Morrigan zniknęły w chmarze piór, po chwili nie pozostając po sobie nawet śladu. Wciąż trzymała swoją uniesioną włócznię, przebijającą wirtualne ciało oponenta. Obserwowała, jak zanikają jego tekstury, pozostawiając nagą siatkę.

Zniknęła siatka. Wokół Królowej Widmo zawirował wirtualny pył, będący pozostałościami po Dorianie.

– Morrigan Lennox przechodzi dalej.

Po chwili, jej ciało również zaczęło znikać. Ona jednak wracała jako zwyciężczyni.

Gotowa, by stawić czoła swojemu następnemu przeciwnikowi.

[RUNDA 3-2] Morrigan Lennox vs Dorian Firns

– witamy w kolejnej walce w naszym turnieju. znajdujemy się właśnie w ruinach projektu kartagina. Tutaj Morrigan Lennox zmierzy się z Dorianem Finrsem. Obaj dużo ćwiczyli i są gotowi do starcia, a teren nie należy do łatwych. Więc czas i byśmy my się przygotowali do tej walki. Usiądźcie na fotelach, wyjmijcie przekąski i napoje,  bo oto przed nami pojawią się zawodnicy! – Komentator tego turnieju zawołał, gdy uczestnicy turnieju wirtualizowali się.

Po zwirtualizowaniu się, szybko przyjąłem moją bojową postawę, wyjmując laske. Rozejrzałem się wokół. Niebiesko Zielone ściany pochłaniały dużo światła przez co było ciemniej niż by mogło się wydawać. Za mną była na jedna na całą ścianę szyba oddzielająca mnie od cyfrowego morza. Słysząc dźwięk wirtualizacji popatrzyłem w tamtą stronę. Kobieta w fioletowej szacie z gracją wylądowała na ziemi. Wzrokiem czegoś szukała,  gdy już mnie znalazłą uśmiechneła sie krzywo szykując swoją włócznie. 

-Cześć. Powodzenia- Powiedziałem na tyle głośno by ona usłyszała. 

Lecz wojowniczka zaśmiała się tylko: 

– Nie potrzeba mi twoje ‘Powodzenia, zmiażdżę cię za nim się obejrzysz.

– Jak tak uważasz, tylko pamiętaj iż nie będę ci dawał forów bo jesteś kobietą

– Nawet bez nich z łatwością twoje piksele rozejdą się

– Uwaga, walka zaraz się zacznie! – Powiedział komentator ,a pomiędzy wojownikami pojawił się licznik startu, gdy odliczył do 0 wejścia się otwarły byśmy mogli wędrować po sektorze.

Szybko wzbiłem się w powietrze kierując się do wyjścia będące po lewej stronie. Z mojej laski zacząłem strzelać pikselami w jej stronę. Przeciwniczka biegłą w moją strone zwinnie omijając pociski. Sama z rąk wystrzeliwuje kule fioletowej magii które nie sięgały swój cel, ale stykały się ze ścianą niosąc dźwięk uderzenia. Wleciałem w otwór w ścianie zmieniając pokój. był on w kształcie walca, a kolejnym przejściem był tunel na samej górze. Dzięki umiejętności latania mogłem być szybszy od niej, gdyż ona musiała wspinać się po schodach które były ułożone w spiralę przy ścianie. Gdy przeciwniczka weszła do pokoju od razu zaczęła się wspinać, po nierównych schodach. szykowała atak i wystrzeliła wiązkę energii w moje plecy, przez co oberwałem za 20 punktów, o  czym informował komentator który ignorował już swoimi tekstami o tym iż przyszedłem tutaj pozwiedzać. Nie byłem jeszcze w tutaj więc chciałem się rozejrzeć/

– Atak w plecy? Myślałem że zachowasz godność

– Mówisz o godności jak sam uciekasz by znaleźć teren pasujący dla ciebie?

zrobiłem krzywą minę, i odwróciłem sie do niej, ale zauważyłem nadlatujące pociski. szybko wzbiłem się wyżej unikając ich. Jej 2 pociski wybuchły robiąc większy chałas od pozostałych.

– Nieźle ale musisz się bardziej postarać złotko- Powiedziałem będąc już przy końcu pomieszczenia

Przeciwniczka skrzywiła się, ze złością popędziła w stronę wejścia do korytarza za którym zniknąłem, Szybko użyłem swojej umiejętności i skopiowałem jej  zabójcze aspekty, które wyprowadziłem kiedy przekroczyła próg pokoju w kształcie kości 8 ściennej. Dostała wszystkimi ciosami dostając za 11 obrażeń, oraz została naznaczona 3 pikselami.1`1

Morrigan nie traciła czasu i od razu zaatakowała mnie swoimi aspektami. dostałem dwoma, przez co dostałem 35 dmg, przez co uaktywnia spaczony krok, powodujący moją teleportację, oraz wytworzeniu 4 kul. Szybko od siebie się odsunęliśmy czekając na głos komentatora który ma nam oznajmić ile mamy punktów hp. Głos obliczył iż zostało mi 45 punktów, a przeciwniczka 89. 

szykowaliśmy się do kolejnego starcia, lecz światło zamigotało i zgasło, przez co nic nie widzieliśmy. Jedynie co było ledwo widoczne to cyfrowe morze,które  było na środku pokoju, jakby było wejściem do tamtego świata, woda lekko świeciła swoją aurą. Nie widziałem przeciwniczki, przez co byłem zaniepokojony. musiałem wykorzystać szansę że jest ciemno.  Szykowałem się do wyprowadzenia combo. Komentator nic nie mówił by wprowadzić napięcie. Nie czekałem dłużej i użyłem spaczonego wybuchu. Rozbłysło światło, zdradzając nasze pozycje, lecz szybko ciemność nas ogarnęła. Poleciałem w tamtą stronę, kule poleciały w przeciwniczkę. W pamięci obliczałem ile jej zostało…39 punktow, plus kolejne 3 piksele. Przeciwniczka dostrzegła skąd poleciały kule, więc choć była unieruchomiona wyprowadziła swój aspekt dosięgła mnie dwoma ciosami. teleportowałem się od niej, gdyż zostało mi tylko 5 punktów. Zaraz będzie mogła się ruszać, przez co będzie chciała mnie wykończyć. Wpadłem na pomysł. Strzelałem pikselami w szyby tego pomieszczenia, chcąc zalać wszystko wodą i wygrać. Choć tak zdradziłem pozycje, przez co poleciały w moją stronę kule energii. Jedna kula wybuchła zadając mi obrażenia, przez co uaktywnia mi się Reset, i moje piksele na nowo się układały jakbym się znów wirtualizował. Dzięki atakom wojowniczki szyba pękła zalewając cały dół wodą. Myślałem żę to koniec, gdyż ona nie może latać, lecz mnie zaskoczyła gdyż była już w postaci kruka.  Nie powinienem dłużej czekać na jej ruch. Szybko wysadziłem piksele i leciałem w jej strona jak i ona w moją. wyjąłem swoją laskę. Gdy  byliśmy już obok siebie, ona zmieniała się znów i użyła aspektów. swoją laską jedną włócznie zablokowałem, drugą zdołałem ominąć, a na trzecią sie specjalnie nabiłem, by skorzystać z spaczonego kroku i pojawić się za przeciwniczką. I ostatnim ciosem wraz z kulami ją wykończyłem.

Komentator ogłosił wynik, a mnie przeniósł do poczekalni gdzie spotkałem przeciwniczkę.

– To była dobra gra, jesteś naprawdę dobra

– Ty nie gorszy. Jakby nie to głupie światło to bym cię pokonała

– Ma się rozumieć. Jak będą turnieje 2 na 2 będziesz chciała być w mojej drużynie?

 – to zależy czy wygrasz ze mną o to.

Razem się śmialiśmy i zaczęliśmy się przyjaźnić. Usiedliśmy na widowni czekając na następną walkę.

Areny III Edycja: drugie starcie!

Po trudnym do rozstrzygnięcia ostatnim pojedynku, który zakończył się zwycięstwem Niilo Ahonena raptem jednym głosem, przyszła pora na kolejne starcie! Tym razem w szranki staną Amaro Lineta: szturmowiec z tendencją do tracenia swoich palców, oraz Noemie Elan, łuczniczka która może przerobić praktycznie wszystko na strzały. Nawet innych graczy! Walkę Noemie możecie przeczytać o właśnie tutaj. …
Read more

[RUNDA 2-2] Amaro Lineta vs Noemie Elan

— Witaj Noemie. Twoim przeciwnikiem będzie Amaro Lineta, walczyć będziecie w sektorze piątym, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia — rozległ się w umyśle Noemie standardowy damski głos, kiedy ta pojawiła się w wirtualnym świecie. Sektor piąty, który dla niektórych był też znany jako Kartagina tym razem wyglądał zgoła odmiennie od tego jak Łuczniczka go sobie wyobrażała.

Był bowiem niemal całkowicie pogrążony w ciemności. Jedynym źródłem świata były niewielkie, kwadratowe otwory w jego suficie, które co kilkanaście sekund zmieniały swoje położenie. Powodowało to, że co chwila inny fragment pomieszczenia był skąpany w dość intensywnym blasku co silnie kontrastowała z pogrążoną w ciemności resztą. Noemie znajdowała się teraz w obszernym pomieszczeniu wielkości boiska wielkości stadionu. Zdawało się ono być wypełnione w dość znacznym stopniu rozmaitymi konstrukcjami jednak ich dokładny zarys był obecnie dla niej ledwo widoczny. W większości były to jednak niewielkie barykady bądź murki, za którymi można było się skutecznie okryć. W pomieszczeniu panowała również niemal całkowita cisza. Przywodziło to na myśl nieco stary magazyn, w którym nie pali się żadne światło.

Łuczniczka przykucnęła koło najbliższej zasłony i zaczęła nasłuchiwać, czy przeciwnik nie wykonuje jakichś ruchów. Była świadoma tego, że jej przeciwnik zapewne robi to samo. Decyzja opłaciła się bardzo szybko, ponieważ już po chwili dało się słyszeć ciche kroki jakieś kilkanaście metrów od niej. Amaro nie zbliżał się jednak do niej a szedł w zupełnie innym kierunku. Tak jakby ją wymijał. Świadczyło to o tym, że nie miał pojęcia, gdzie ona teraz jest. Noemie od razu postanowiła to wykorzystać. Powoli ustawiła się w pozycji do strzału po czym przywołała cięciwę i wypuściła kilka strzał w mniej niż sekundę. Świetliste pociski pomknęły przez pomieszczenie oświetlając je wzdłuż toru lotu by następnie trafić w to samo miejsce.

Czyli prosto w środek torsu przeciwnika. Noemie idealnie wycelowała w ciemnośćbazując jedynie na swoim wyobrażeniu, gdzie przeciwnik jest. Jednak, gdy strzały utkwiły w przeciwniku oświetlając nieco jego otoczenia okazało się, że to był podstęp. Trafiła bowiem w coś co przypominało z sylwetki człowieka o zdeformowanych kończynach i skórze wyglądającej jak tekstura sektora piątego. Był to konstrukt Amaro, który właśnie zaczął się rozpadać. Łuczniczka nerwowo zagryzła swoją wirtualną wargę. Właśnie zdradziła przeciwnikowi swoją pozycję.

W takiej sytuacji należało jak najszybciej zmienić pozycję jednak nie było już na to czasu. Ciemność bowiem niemal od razu rozjaśniły czerwonawe pociski z blastera Amaro.  Nim Noemie zdołała się skryć za najbliższą zasłoną te trafiły ją kilkukrotnie po nogach powodując utratę niemal połowy punktów zdrowia. Jej przeciwnik doskonale dostosował się do obecnej sytuacji i wykorzystał ją na swoją korzyść. Mimo, że w walce dystansowej to ona powinna dominować to teraz utraciła wszelaką inicjatywę. Ukrywszy się za zasłoną spróbowała zebrać swoje myśli. Może i dała się sprowokować do zdradzenia pozycji, ale teraz przynajmniej wiedziała mniej więcej, gdzie jest jej przeciwnik.

Zdecydowała się na względnie nieoczekiwany ruch by nieco rozproszyć przeciwnika. Wyskoczyła zza zasłony i oddała kilka strzałów w losowe miejsce pomiędzy nią a pozycją, z której mniej więcej oddano do niej strzały po czym czmychnęła zza inną przeszkodę. Ledwo się schowała a w miejsce, z którego wystrzeliła momentalnie stało się celem salwy pocisków Amaro.

Nie chcąc się wychylać zza zasłony i tym samym narażać się na zdradzenie pozycji jakimś niepotrzebnym ruchem Noemie przyłożyła swój palec wskazujący i środkowy do zasłony, żebyskoncentrować absorbcję materii. Nie musiała długo czekać by w zasłonie, która ze gruba i tak nie była pojawiły się dwie niewielkiej dziurki. Noemie przez nie przyjrzała się terenowi przed sobą. Strzały utkwiły w kilku oddalonych od siebie punktach dokładnie tak jak chciała.  Każda z nich stanowiła byt stworzony w całości z energii przez co emitowały one nieco światła. Nie za wiele, ale na tyle, że wystarczyło to do nieznacznego oświetlenia pola bitwy przed sobą.

Dzięki temu Łuczniczka była w stanie dostrzec ledwo zauważalny ruch nad jedną z zasłon, która była od niej oddalona o nieco ponad trzydzieści metrów. Był to Amaro, który nieznacznie wystawiał głowę zza zasłony by rozejrzeć się po terenie. Robił to tylko na mniej więcej sekundę po czym szybko cofał ją za zasłonę by po chwili znowu ją wystawić. Po kilku takich ruchach Noemie zorientowała się, że jej przeciwnik robi to w regularnych odstępach. Poczekała aż schowa głowę po czym wychyliła się zza zasłony i napięła łuk. Idealnie przewidziała moment kolejnego wychylenia się Amaro i wystrzeliła zanim ten w pełni zorientował się w sytuacji. Strzała trafiła idealnie między oczy odchylając go nieco do tyłu.

Niestety strzała nie zdołała przebić hełmu. Co prawda Amaro nie mógł teraz ukryć sprawnie swojej pozycji ze względu na to, że w jego hełmie tkwiła teraz emitująca światło strzała jednak oznaczało to też to, że reszta pancerza szturmowca również całkowicie chroni przed jej strzałami.

Zostało łuczniczce w takim razie tylko jedno wyjście. Pozyskać czarną strzałę. Odczekała więc chwilę, żeby napełnić swój kołczan do pełna czym spowodowała, że teren wokół niej nieznacznie opadł i za pomocą myśli aktywowała pojawienie się czarnej strzały. Snop światła wystrzelił po jej lewej chwilowo oświetlając niemal całe pomieszczenie. Strzała pojawiła się ledwo jakieś kilkanaście metrów od niej. Była to decydująca chwila walki więc Noemie od razu rzuciła się biegiem ku strzale.

Amaro jednak dał znać o sobie jak tylko jego przeciwniczka wyłoniła się zza zasłony. Wyszedł ze swojej kryjówki i rozpoczął strzelać z blastera w kierunku łuczniczki zbliżając się tym samym do niej powoli. Jednak ze względu na panujące ciemności ostrzał ten był tak celny jak ostrzał prowadzony przez standardowego szturmowca i żaden pocisk nie trafił. 

Noemie dobiegła więc do strzały bez utraty punktów życia i uchwyciwszy ją czmychnęła od razu za najbliższą zasłonę. Jej przeciwnik nie przestawał jej przy tym ostrzeliwać jednak przestał tym samym dbać o jakąkolwiek osłonę i wyszedł na otwarty teren. Noemie jednak była wstanie go cały czas obserwować. Wypaliła bowiem znowu za pomocą czarnej strzały i absorbcji materii niewielkie dziurki w zasłonie, przez które obserwowała przeciwnika. Nie obawiała się przy tym trafienia, bo ten strzelał niemal na oślep. Na dodatek wszedł w jedno z niewielu miejsc, które było oświetlone przez wpadającą przez lukę w suficie światło. Co dziwniejsze wyzbył się hełmu. Co prawda zdradzałby on jego pozycję jednak stojąc w oświetlonym miejscu i tak by na jedno wychodziło. Tak więc był więc całkowicie wystawiony na atak.

Łuczniczka długo nie musiała się nad nim zastanawiać. Zapamiętała miejsce, w którym stał i wyskoczyła zza zasłony niemal natychmiastwystrzeliwując w przeciwnika czarną strzałę. Ta trafiła go w oko i niemal przeszła na wylot. Takie trafienie zawsze kończy się dewirtualizacją i tak też było tym razem. Amaro upadł najpierw na kolana a potem się w całości rozsypał zostawiając jedynie swój blaster w miejscu, gdzie stał.

Noemie podeszła do niego dumna niczym paw. Pierwszy przeciwnik na jej drodze do finału właśnie padł. Wkroczywszy w snop światła podniosła blaster i pomachała nim ku górze w akcie triumfu.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Powinna już wrócić do skanera i być już poinformowana o zwycięstwie. Jednak tak się nie stało. Po chwili coś świsnęło w powietrzu. Noemie odwróciła się instynktownie w stronę dźwięku akurat by dostać w twarz granatem ogłuszającym. Zachwiała się na nogach od wybuchu a świat wokół niej rozmył się w bezkształtną papkę. Łuk jej wypadł z dłoni i przeturlał się na dystans ładnych kilku metrów od niej. Nim zdołała odzyskać równowagę to poczuła coś co właśnie trafiło ją w mostek z dużą prędkością. To był czubek noża Amaro. Ten po trafieniu jednak nie wbił się w jej awatara a zsunął po jej ciele i zniknął w ciemności. Uniknięcie śmierci od rzuconego w nią noża Łuczniczka zawdzięczała jedynie temu, że w momencie trafienia instynktownie zmniejszyła tarcie na całej powierzchni jej ciała do zera. Czyniło ją to przez chwilę całkowicie odporną na trafienia bronią konwencjonalną bowiem ta się wówczas z niej po prostu ześlizgiwała.

Upadła jednak przez to, bo przez chwilę pomiędzy jej stopami a powierzchnią również nie było tarcia. Dostrzegła w oddali szarżującego na nią Amaro z szablą świetlną w ręku. Wciąż będąc nieznacznie otumanioną podjęła decyzję o ucieczce. Wpierw jednak kopnęła w ciemność blaster tak by z niego potem nie oberwać.

Nie miała pojęcia co się właśnie stało. Najwidoczniej jej przeciwnik był stanie tworzyć klony samego siebie o czym nie była w stanie się dowiedzieć z oficjalnych informacji o przeciwnikach. Nie miało to jednak teraz już żadnego znaczenia. Skoro jej przeciwnik użył noża i granatu do jej zaatakowania to znaczyło, że nie miał blastera na użyciu. Tak więc jej przeciwnik nie był w stanie duplikować swojego uzbrojenia. A to z kolei znaczyło, że jeśli szarżuje na nią ze swoją ostatnią bronią to nawet jeśli się sklonował to jego klon jest nieuzbrojony.

Rzuciła się więc do ucieczki w eter, dosłownie w ostatniej chwili by uniknąć ciosu szablą świetlną. Jej przeciwnik jednak od razu zaczął ją gonić by ta nie uciekła za daleko. Biegli z niemal identyczną prędkością a dystans między nimi był na tyle mały, że Amaro wymachując szablą niemal dotykał pleców swojej przeciwniczki.

Noemie czując, że nie zdoła uciec od swojego przeciwnika zdecydowała się postawić wszystko na jedną kartę. Zwiększyła tarcie pomiędzy swoimi stopami a powierzchnią przez co stanęła nagle w miejscu. Wypchnęła w tym samym momencie łokieć do tyłu, na który nadział się jej przeciwnik. Amaro kompletnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Siła uderzenie odrzuciła go do tyłu a szabla poleciała na dobre kilka metrów od niego. Noemie się obróciła i od razu wyprowadziła kopniaka w twarz wstającego przeciwnika przez co ten upadł ponownie na ziemię brzuchem do dołu. Łuczniczka skoczyła na niego przygniatając go tym samym ciężarem swojego ciała.

Wszystko zostało sprowadzone do walki w zwarciu choć bardziej adekwatnym słowem byłaby tutaj szarpanina. Walki, w której piórkowa waga Amaro działała mocno na jego niekorzyść, bo przekładało się na znikomą siłę fizyczną. Szybko został on więc unieruchomiony i przybity do ziemi. Jego przeciwniczka siadła mu na tyle jego kolan trzymając tym samym jego ręce za jego plecami przez co efektywnie nie mógł on wykonać żadnego ruchu. Od samych ciosów pięścią czy uścisku nie tracił jednak punktów. Dopiero wzięcie szabli świetlnej pozwoliłoby Noemie na zabicie go. Rozluźnił więc swoje cyfrowe mięśnie i cierpliwie czekał na potknięcie się przeciwniczki.

Po chwili jednak przez pomieszczenie przelała się fala jasności. Sufit się rozstąpił wpuszczając więcej światła z góry a teren zaczął się nieregularnie podnosić. Rozpoczęło się przemodelowanie pomieszczenia. Zaskoczona Noemie na chwilę rozluźniła uściskco też Amaro od razu wykorzystałby odrzucić ją do tyłu i tym samym się wyswobodzić.

Chciał się podnieść i pobiec ku szabli jednak upadł ponownie na ziemię. W ogóle nie mógł się podnieść. Spojrzał na swoje nogi. A właściwie na to co z nich pozostało. Od kolana w dół sterczały z nich bowiem jedynie zaokrąglone kikuty a jego stopy leżały na ziemi oddzielnie. Przeklął w duchu to, że w Lyoko domyślnie nie czuje się bólu. Nie był w stanie się zorientować, że jego przeciwniczka powoli absorbowała jego awatara. Spojrzał na swoje ręce. Te chociaż straszliwie wychudzone w nadgarstku to wciąż się trzymały choćpewnie, gdyby wyswobodził się kilka sekund później to i dłoni by nie miał tak samo jak stóp.

Zaczął czołgać się energicznie w stronę szabli świetlnej. W tym momencie pozostała mu ona ostatnią nadzieją na odwrócenie losu walki. Nie dane mu jednak było się do niej dostać. Noemie widząc co jej przeciwnik robi od razu podbiegła to szabli i wzięła ją samemu. Amaro zaklął pod nosem i się na nią rzucił. A właściwie to spróbował to zrobić, bo nie mając nóg poniżej kolan jego mobilność była znacznie ograniczona. Łuczniczka z łatwością go uniknęła po czym wzięła zamach i wyprowadziła szerokie cięcie szablą. Lśniące czernią ostrze przeszyło szyję szturmowca. Siła uderzenia pchnęła go na plecy, lecz nie zdążył nawet upaść. Nim jego głowa dotknęła powierzchni pozostał jedynie cyfrowym prochem.

Noemie wzniosła szablę świetlną w triumfalnym geście a jej ciało zaczęło się powoli dewirtualizować. Jej ojciec pewnie teraz wydawał z siebie okrzyk radości przez telewizorem. Na pewno był w tym momencie dumny ze swojej córki a ona była dumna z tego, że wykonała pierwszy duży krok w celu spełnienia jego marzenia. Marzenia jakim było wychowanie zwycięzcy areny.

[RUNDA 2-1] Amaro Lineta vs Noemie Elan

 26 Czerwca  Godzina 22:36 – Most pod Fabryką.

Amaro siedział pod kamienną ścianą i myślał nad czymś… Myślał czy uda mu się wygrać w Arenie… mówił w myślach:

– Co jeśli przegram? Los mojego rodzeństwa spoczywa w moich rękach.

Noemie: Często tu przychodzisz?

Amaro: Co do?!

Noemie: Ups… Sorki nie chciałam cię przestraszyć.

Amaro: Okej okej… Ufff… Okej pierwsze pytanie. Kim jesteś? I drugie… Po co tu jesteś?

Noemie: Jestem Noemie Elan i jestem tu by powiedzieć ci że zostałam przydzielona do walki z tobą w Arenie.

Amaro: Ummmm…

Noemie: Czy coś się stało?

Amaro: Nie nic tylko… nie sądziłem że zmierzę się z dziewczyną.

Noemie: A ja nie sądziłam że zmierzę się z chłopakiem. To może… odpowiedź na moje pierwsze pytanie?

Amaro: Ah tak. To… tak przychodzę tu często. Z kilku powodów.

Noemie: Jeśli można wiedzieć… to z jakich?

Amaro: Kiedyś poznałem tu jednego gościa… zwał się Luke. Codziennie tu przychodziliśmy i robiliśmy różne rzeczy. Jednak pewnego dnia… Nie zjawił się… i tak jest do teraz.

Noemie: To przykre… Nie powinnam pytać. – Powiedziała odchodząc

Amaro: Zaczekaj!

Noemie: Lepiej gotuj się do walki Lineta…. Nie dam się tak łatwo.

Amaro: Okej… czyli jednak mam godnego przeciwnika…

27 Czerwca Godzina: 15:00

– Zawodnicy są proszeni o wejście do skanerów

Amaro czekał przed skanerem jednak jego przeciwniczka nie przybyła na miejsce.

Amaro: To dziwne… Może dołączy później

Amaro wszedł do skanera i zaczął się transfer. Po kilku sekundach znajdował się on na arenie sektora 5.

Amaro: Okej… Blaster , przeładowany , granaty , gotowe do użycia , hak , gotowy. Szabla , jest i…

Nagle Noemie pojawiła się na arenie.

Amaro: Już myślałem że strach cię obleciał

Noemie: Nie tak łatwo się mnie pozbyć.

Amaro: I taką mam nadzieję…

Kiedy zakończyli swoją rozmowę przejście do labiryntu otworzyło się.

Noemie zaczyna biec w stronę Amaro i w ostatniej chwili Amaro dostaję kopniaka w twarz.

Noemie: Zobaczymy czy za mną nadążysz. – Powiedziała Noemie i udała się w stronę labiryntu.

Amaro powoli wstał i również wyruszył w stronę przejścia do labiryntu.

Kiedy Amaro był już w labiryncie wyciągnął blaster i zaczął szukać swojej przeciwniczki.

Amaro: Przecież nie mogła się od tak po prostu rozpłynąć.

Jednak Noemie była na platformie nad nim. Wciągnęła łuk  napięła cięciwę i oddała strzał.

Amaro gdy tylko usłyszał coś nad sobą chciał natychmiast zrobić unik jednak przy jego wykonaniu dostał w plecy tracąc 20 pkt.

Amaro: Widać lubisz się bawić w Legolasa co? Pozwól że pokażę ci moją zabawkę – Powiedział wyciągając blaster

Amaro jak najszybciej wystrzelił serię 10 pocisków licząc że jeden chociaż ja trafi. Noemie dzielnie stosowała uniki jednak przy jednym dostała w nogę tracąc 10 pkt i spadając na poziom Amaro.

Nie tracąc ani chwili Amaro użył mocy tworzenia konstrukcji i stworzył kule.

Amaro: Chociaż raz ta moc mogłaby pomóc…

Po chwili kula zaczęła podążać za Noemie

Amaro: Dobra odszczekuje. Bierz ją moja kulo!

Noemie: Więc tak chcesz się bawić? Okej…

Noemie podskoczyła ponad kulą i zaczęła absorbować energię do swojego kołczana. Dzięki temu utworzyła kule energii i zaatakowała nią Amaro. Kula trafiła go i został pokonany. Jednak konstrukcja kuli nie zniknęła a nagle pod nogami Noemie pojawił się granat.

Noemie jak najszybciej zrobiła unik saltem i skutecznie uniknęła wybuchu.

Amaro: Widzisz? Mnie też nie łatwo się pozbyć – Mówi wykończony Amaro

Noemie użyła pozostałej energii w kołczanie i utworzyła czarną strzałę którą posłała w kierunku jej przeciwnika. Ale Amaro skutecznie zablokował strzałę  swoją szablą. Wyciągnął nóż i rzucił nim w Noemie. Dodatkowo żeby dodać nożowi szybkości i większej ilości obrażeń strzelił w nóż blasterem. Noemie nie zdążyła zrobić uniku i nóż zdążył ją drasnąć straciła przy tym aż 30 pkt.

Amaro przy okazji trafił w kołczan i zaczął wariować. Zbieraj więcej materii niż wcześniej ale Noemie nie mogła tego kontrolować.

Noemie: To zaraz wybuchnie! I prawdopodobnie wykasuje nas obu.

Amaro kiedy to usłyszał zeskoczył na dół.

Amaro: Mimo że jesteśmy wrogami to oboje przegrać nie możemy.

Noemie: Więc raczej nie mam wyboru… – Powiedziała Noemie chwytając Amaro za rękę.

Noemie: Powodzenia w dalszej walce.

Noemie wrzuciła Amaro do areny sektora piątego żeby jemu wybuch nie zrobił żadnych obrażeń. Wiedziała że tylko jeden może wygrać. I wiedziała że on na to zasłużył…

Amaro stal bez ruchu i widział tylko jak jego przeciwniczka znika w białym świetle.

Kilka minut później zostały ogłoszone wyniki. Amaro wygrał. Jednak nie czuł się jak zwycięzca… czuł że wygrał nieuczciwie…

Po całym wydarzeniu…. Amaro znów siedzi pod mostem ale tym razem…. Jest z kimś… ta osoba go nie zostawi… Noemie stała się dla niego jedyną przyjaciółką…

Widzimy się w następnym boju….

[RUNDA 1-2] Niilo Ahonen vs Feliks Diatłow

[Poczekalnia Areny, godz. 19:34]

Po raz kolejny siedzę tu oczekując walki, ten malutki pokoik nie zmienił się ani trochę od poprzedniej edycji aren. Często wracam myślami do tych chwil… Daniel, Jerzy, Lidica. Teraz patrzę na te pojedynki jak na stare dobre czasy, ale przecież wtedy też się denerwowałem, też nie wiedziałem czy dam radę ich pokonać. 

Razem ze mną do aren wrócił Daniel i jest skory by mnie pokonać. Obiecałem mu że zawalczymy w finale, nie zamierzam tego zwalić.

Mój oponent niecierpliwi się czekając na krześle, a ja gram na swoim Squierze, to jedyny sposób w jaki mogę się tu rozgrzać przed walką. Nie zamieniliśmy jeszcze słowa. Ten dzieciak ma pewną odpychającą aurę wokół siebie. Na pewno nie zostaniemy przyjaciółmi…

[Sektor Polarny, Lyoko, godz. 20:00]

WIRTUALIZACJA…

Sektor Polarny. Wielkie lodowe pustkowie, niegdyś było areną walk z XANĄ, teraz walczy się tu dla sportu.

Jesteśmy blisko krawędzi. Mój przeciwnik jest naprzeciw mnie. Trzeba to zakończyć szybko…

-To co, który z nas powinien zaatakować pierwszy?- Powiedziałem

Feliks nic nie odpowiedział, zaatakował łańcuchem jakby był na mnie wściekły. Hak leci na mnie z prawej strony. 

Power-akord… 

Hak na łańcuchu odlatuje w drugą stronę, od uderzenia. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, już miałem nogę obwiązaną drugim łańcuchem, a ten gnojek mną rzuca o podłogę, niczym Hulk miotał Lokiego. 

-Jeśli tylko mógłbym coś zrobić…- Mówię żartobliwie i ku zdziwieniu Feliksa zmieniam się w chmurę dymu, i pędzę na niego by w ostatniej chwili przywalić mu gitarą. Teraz mam szansę! Używam house of ghost, moje duchy zaczynają atakować przeciwnika, a ja używam na zmianę power-akordów i akordów. Odbieramy mu dużo punktó- SLASH! Feliks ścina moich pomocników i kieruje haki na mnie, CZY TO KONIEC??? NIE! SOLO!

Potężna wiązka uderza w mojego przeciwnika, przez chwilę opiera się jej sile, ale w końcu ulega… Traci punkty życia, i się dewirtualizuje.

Jeden z głowy. Jeden krok bliżej do Daniela…