Część 4

Pstryk. Srebrny ognik pojawił się nad dłonią, rozświetlając ciemność korytarza. Rozejrzał się na lewo, na prawo, nim ruszył ze sklepu.

„Skup się. W tym miejscu tak łatwo się zgubić…”

William słyszał historie o duszach, które po opuszczenia swojego ciała nie były w stanie odnaleźć drogi powrotnej. O ludziach, którzy szukali wejścia do tego korytarza, bez żadnego przygotowania, by potem nie być w stanie z niego wyjść. Należało mieć coś, co oświetli drogę – i potrafić umiejętnie tego używać. Inaczej jedyne, co mógłby po sobie pozostawić, to materialna skorupa: puste opakowanie bez osobowości, uczuć, emocji, pasji i marzeń. Nie chciał stać się jedną z nich, a mimo to zdecydował się na wejście tu.

Wiedźmy, choć miały większe szanse na pomyślne wydostanie się z rzeczywistości dusz, nie mogły równać się z wieszczkami: urodzonymi, by wędrować na granicy światów.

Owiał go lekki chłód od podmuchu – zupełnie takiego, jakby ktoś przebiegł obok niego, poruszone powietrze połaskotało zaskoczoną twarz.

„Płomień. Utrzymaj go. Nie pozwól mu zagasnąć. Nie możesz”.

Drgnął. Ponownie skoncentrował się na unoszącym się nad dłonią ogniku. Krótko spojrzał za siebie. Ktokolwiek to był, jego sylwetka ledwie zamajaczyła w ciemnym korytarzu… i znikła. Zwrócił się w kierunku swojej drogi i postawił kolejny krok. Musiał tylko dojść do jego końca i znajdzie się u celu…

„Jeszcze trochę. Tylko do końca korytarza. Uda ci się”.

Dziesięć metrów. Dziewięć. Osiem…

Ciszę rzeczywistości rozdarł skowyt. Skulił się w miejscu i zacisnął powieki. Ręka cofnęła się o nieznaczne centymetry, płomyk niebezpiecznie zafalował. William z całych sił starał się go utrzymać przede wszystkim stabilny, dopóki nie uciszyło się.

Matka przestrzegała go przed wchodzeniem w tę rzeczywistość: roiło się w niej od różnych zjaw, od duchów, które nie opuściły tego świata, od zagubionych, zalęknionych, którzy popełnili błąd i przekroczyli granicę, nie mając niczego, co byłoby w stanie ich przyciągnąć z powrotem. Była doświadczoną wiedźmą. Znała ryzyko.

Jednak ta sylwetka, jaka przeszła wtedy obok niego nie wydawała się być żadną z nich. Jakaś część jego chciała cofnąć się i pójść za nią, odnaleźć i sprawdzić, co dokładnie napotkał. Zrobiłby to, gdyby tylko jego ciało nie było tak blisko.

Kolejne okrążenie Kadic wykonał pomyślnie. Prześlizgnął się przez uchylone drzwi i stanął przy łóżku, gdzie pod kocami zakopane było jego własne ciało. Klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała. Naczynie działało na podstawowych instrukcjach, polegało na pamięci mięśniowej i wyuczonych relacjach. Ale nie było nim, dopóki własną świadomością był od niego oddzielony.

– Wracam. – szepnął. Przed oczami stanęły mu tysiące jaskrawych kolorów nim jego świat zalała ciemność.

A ciało na łóżku finalnie poruszyło się, przeciągle mrucząc pod nosem. Przeciągnął się leniwie i otworzył oczy. Powiódł spojrzeniem, by te przyzwyczaiło się do nocnej ciemnicy w pokoju: w rzeczywistości dusz każdy kontur był wiele wyraźniejszy, nie potrzebował wytężać wzroku, a płomień i tak oświetlał mu drogę.

Usiadł na łóżku i sprawdził godzinę na telefonie: czwarta trzydzieści. Przetarł oczy.

Ktoś tu był. Z kim dokładnie minął się na korytarzu? Czy w pobliżu mógł mieć jeszcze inną wiedźmę, o której nie wiedział? Czy ten ktoś wiedział o nim? W teorii, powinien być dla takiej istoty tym samym, czym ona była dla niego: niewyraźnym konturem.

Skowyt rozległ się jakiś czas po tym, jak się z tym minął.

Różne rzeczy działy się podczas jego poprzednich wędrówek, ale… czy coś zaatakowało? Czy ta istota była napastnikiem? A może z czymś stanęła do walki, a on powinien ruszyć razem z nią?

„Kim jesteś? Kim jesteś? Kim… jesteś…?”

~*~

W ciemnym pokoju spało dwóch chłopaków. W nogach jednego z nich rozciągał się mały pies. Podniósł głowę, kiedy wyczuł ruch w pokoju: rozejrzał się, postawił uszy jak radary.

– Cśśś, Kiwi… nie chcemy obudzić Ulricha, prawda?~

Słysząc znajomy głos, pies zamerdał ogonem i położył się z powrotem na swoim miejscu.

Po chwili ciało właściciela poruszyło się nieznacznie na łóżku, przekręciło i nagrodziło pupila drapaniem przy uszach.

Zabłąkany został nakierowany na swoją ścieżkę.

Przeczucia się sprawdzały. Gdzieś w Kadic była wiedźma. Choć sylwetki nie mógł rozpoznać, tak widział unoszący się nad dłonią płomień. Stary ród. Trzymana w tajemnicy magia przed nieobdarzonymi.

Mężczyzna. To było rzadkie zjawisko wśród nich.

– Kim jesteś, panie wiedźmo?

I czy miało to związek ze zwiększoną aktywnością na granicy rzeczywistości?

Autorka: Morrigan

Część 3

Wiele chętniej witał języki srebrnego płomienia niż smugi smolistego, czarnego dymu – tego samego, który nawiedzał go nocami w najgorszych koszmarach.
Nad tym ogniem potrafił zapanować. Nieposłuszny dym zaś wciskał się do nozdrzy i zatruwał go – truł, póki nie zostawało z niego nic. Te koszmary dopiero od niedawna zaczęły miewać swoje szczęśliwsze zakończenia. W jednych był w stanie się obronić, nim ktoś, kto kazał nazywać się mistrzem, wyciągnął po niego ponownie swoje ręce.

Nawoływał Williama z troską. Zawsze na początku ten głos był taki ciepły… zachęcający. Zupełnie, jakby wołał go ojciec. Potem pojawiała się nuta irytacji w tym głosie. Chłopak zazwyczaj ani drgnął. Nie umiał się ruszyć – nie był w stanie podejść bliżej, ale ucieczka tak samo okazywała się być niemożliwa.

I wtedy przychodził gniew.

Przed którym – William niedawno nauczył się bronić swoim własnym: tym uczuciem, które dosłownie mu wrzało pod skórą.

Srebrny płomień otaczał go jak najcieplejszy, ulubiony koc.

Nie będzie więcej żadną ofiarą. Nie będzie żadnym wrogiem… nie będzie potworem.

Ale wciąż w oczach innych był dziwakiem i samotnikiem.

~*~

Tego, jak ważnym okazywało się panowanie nad własnymi emocjami, może i nauczył się z czasem, ale na pewno odpowiednio szybko. Nie potrafił w zasadzie określić tak do końca, co było gorsze: docinki i dochodzące niekiedy zza jego pleców, ściszone głosy, czy też widok ludzi, których niegdyś uważał za przyjaciół… może bardziej jako dobry na takowych materiał, skoro przecież podzielili się z nim sekretem, jaki całą gromadą powinni bezwzględnie zabrać do grobów.

Za każdym takim razem czuł lekkie pieczenie pod skórą, która robiła się cieplejsza, niż zwykle. Wiedział, że przywołanie najdrobniejszej iskierki było kwestią jego jednego – mniej, czy bardziej rozważnego – ruchu. Podobnie również wiedział, że zrobienie tego to proszenie się o kłopoty.

Jak mógłby to wytłumaczyć? Powiedzieć, że był wiedźmą, dlatego umiał takie rzeczy? Prosta droga na oddział zamknięty, albo i… gdzie jeszcze dokładnie? Tak zakładając, że ktoś chciałby się przyjrzeć sprawie bliżej? Zdrowy rozsądek kazał trzymać w pewnych sprawach gębę zamkniętą na kłódkę.

To było podobne, jak tamto przyrzeczenie – o dochowanie tajemnicy: którego, swoją drogą, nigdy nie złamał.

– Przesuń się!

Ktokolwiek to był, mógł sobie spokojnie przejść obok. Miał dostatecznie dużo miejsca, ale jednak przyłożył z barku – William zatoczył się krok za siebie i gniewnie zerknął w stronę pleców odchodzącego, przypadkowego ucznia.

„Fuck the rules.”

– Kurwa! – dało się słyszeć, gdy zapalniczka uczniaka strzeliła mu w dłoni. Raczej niegroźnie. Zresztą, nie chciał mu robić żadnej krzywdy: bardziej miał ochotę pobawić się w całą tę mityczną „karmę”. Wystarczyło jedynie pstryknąć palcami. Sztuczkę podpatrzył podczas oglądania serialu „Supernatural” – tam tylko była bardziej brzemienna w skutkach.

– Dobrze Ci tak. – prychnął pod nosem William, zbierając się z miejsca, w którym stał.

Nie do końca poprawne i moralne – ale nauczył się, że jeżeli chciał przetrwać… to chyba niekiedy potrzebował drobniutkiej dawki skurwysyństwa we własnym wykonaniu.

Tak tylko ku przetrwaniu w tej ciut nieprzyjaznej rzeczywistości.

~*~

Srebrny ogień był przy nim cały czas – zmieniał się jedynie sposób, w jaką manifestował swoją obecność, czy też bardziej stopień jej nasilenia. Dlaczego nie odkrył tego wcześniej? To ułatwiłoby mu tak wiele. A może bardziej utrudniło?

Teraz jednak to nie miało znaczenia. Ważne, że miał – miał coś, co po raz pierwszy mogło mu pomóc stawić czoła koszmarom, w których do tej pory był tak… bezradny. Nic nie było w stanie wtedy rozświetlić tej ciemności, w jakiej znajdował się za każdym razem – obecnie zaś czarnowłosy unosił dłoń w kierunku smolistej chmury. Kłąb ten starał się przybrać ludzkie kształty.

Wreszcie, przeistoczył się w odzianego w czarny kombinezon wojownika, który w dłoniach dzierżył ciężki, oburęczny miecz.

– Jesteś w stanie to zrobić?

Wyzywające spojrzenie. Kpina w głosie.

Obleczona w płomienie dłoń drgnęła. Na twarzy wojownika pojawił się równie kpiący uśmieszek.

– Obaj wiemy doskonale, że nie. Czemu nie możesz tego, do cholery, zaakceptować? – zapytał, przechylając znajomo głowę na bok.

William spuścił na moment głowę, zbierając myśli. Przygryzł krótko wargę, przechylił własną łepetynę to na prawo, to lewo…

– Jest między nami zasadnicza różnica. – wreszcie odparł prawdziwy Dunbar – Widzisz… Ty nigdy nie byłeś mną, a pieprzoną podpuchą podstawioną w moje miejsce przez sfiksowanego wirucha. Moje myśli nigdy nie były Twoimi, a Twoje… moimi. To samo tyczy się tego spektrum. Jesteśmy różnymi istotami. A Ty… w zasadzie nawet nie istniejesz.

Odziany w czerń wojownik nie spodziewał się tego – wokół ich dwójki zebrała się większa ilość dymu.

– Jesteśmy jednym i tym samym!

– Nigdy nie byliśmy – płonący srebrem krąg zarysował się wokół Wiedźmy – A ja z chęcią popatrzę, jak Cię żrą te płomienie. By po prostu Ci o tym dobitnie przypomnieć. Stoi?

Miecz upadł z ciężkim łomotem.

Wojownik rozpłynął się – William pierwszy raz w życiu widział, by to płomienie rozrzedzały dym, ale tak się właśnie stało. Przeszłość została pogodzona z teraźniejszością.

~*~

Niedługo później, William otworzył oczy. Za oknem ponownie świtało.

Wstał z łóżka, ubrał się, zebrał plecak i jak co dzień zszedł na śniadanie. Po raz pierwszy od dawna nie czuł ciągłego pieczenia pod skórą.

Zupełnie tak… jakby jego nerwy znalazły wreszcie ukojenie.

Autorka: Morrigan

Część 2

–[ Z popielnika na Wojtusia… iskiereczka mruga… ]–

Pamiętał tę kołysankę. Mama śpiewała mu ją, gdy miał zaledwie kilka lat, a z czasem zaczęła się dziwić, że ją dalej pamiętał. Nie umiał zasnąć przy innej, chociaż ta… siała jakiś niepokój. Nie umiał do końca powiedzieć, czemu – na swój sposób powodowała ciarki na plecach, ale o nią właśnie prosił jako kilkulatek.

Podobna iskiereczka mrugała właśnie w jego otwartej dłoni – wyciągniętej przed siebie i uniesionej na wysokość twarzy. Nikle oświetlała twarz Dunbara w ciemności starej fabryki.

Płomyczek ostrożnie próbował się rozpalić – choć jego pan mu na to nie pozwalał. Nie dawał mu również zagasnąć – przynajmniej się starał. Trzymał go – ledwie się tlący, przydławiony, wpatrując się w niego jak w obrazek – gdy w głowie, jak na pętli, odtwarzała się stara kołysanka…

–[ Chodź, opowiem Ci bajeczkę – bajka będzie długa ]–

Tak? Z pewnością taka długa…?

Wiedział, jak to leciało – zarówno słowa piosenki, jak i zapis z katastrof jego życia. To miała być bajka, długa, o bohaterze, o obrońcy, o dzielnym wojowniku, który jednak okazał się być trepem na miarę „biednej, pierdolonej piechoty” z „Gwinta”.

–[ Była sobie Baba Jaga, miała chatkę z masła!

A w tej chatce same dziwy… ]–

Zachciało mu się, cholera, przykozaczyć.

Przechylił lekko głowę w bok i nagle… nastała ciemność.

–[ Pssst… iskierka zgasła. ]–

„Odetchnij i spróbuj ponownie. Tylko się wreszcie skup.”

Jakby nie robił tego już kolejną godzinę. Od której tu siedział? Nawet nie potrafił tego powiedzieć. Wtedy, gdy przychodził, rzucając torbę w kąt, słońce ani myślało jeszcze zachodzić. Teraz, przez otwarte wejście na halę, widział sierp księżyca na bezchmurnym niebie. Światło padało trochę przed nim – nie chciał w nim siedzieć, na wypadek, gdyby jednak ktoś miał zamiar tu się zapuszczać.

Chociaż, niby kto? Tumany kurzu i wciąż rdzewiejący, walający się po kątach sprzęt uświadamiał, że poza nim raczej nikt już tu nie przychodził. Po co? Dlatego wychodził z założenia, że jakby jednak się zdarzył przypadek, który przypadkiem postawi to miejsce w płomieniach, to się nic do końca nie stanie. On stąd wyjdzie. Najwyżej z dymem pójdzie złom z piwnicy.

–[ Patrzy Wojtuś, patrzy duma

Łzą zaszły oczęta! ]–

Złom z piwnicy…

–[ Czemuś mnie tak okłamała?

Wojtuś zapamięta… ]–

Owszem. Czuł się okłamany – ale żal to tylko… mógł mieć do samego siebie po tym wszystkim, prawda?

Bo kto by się porwał na powiedzenie całej prawdy takiemu durniowi jak on? Jeden przykład tego dowiódł boleśnie, dosadnie i bezsprzecznie – jeżeli czuł się okłamany, to chyba tak działo się dla jego własnego dobra.

Być może dlatego zaczynał w pewien sposób rozumieć mamę…? Bo znała go pewnie na tyle, że wiedziała – gdyby to rozgrzebał wcześniej, to mógłby odwinąć coś doprawdy głupiego.

Tylko wtedy chyba by nie zaufała mu na tyle, by dać materiały do samodzielnej nauki? A może to był zwykły gest umycia rąk – cokolwiek pójdzie nie tak, to nie ona miała z tym coś wspólnego…? Tak wiele pytań, mało odpowiedzi, wskazówki pojawiały się jedynie z kolejnymi ciągami myślowymi – a nie wszystkie przecież musiały być poprawne.

Nikły płomyczek ponownie pojawił się w dłoni. Srebrna iskierka jednak szybko zagasła tak, jak się pojawiła.

–[ Już Ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała! ]–

„Żaden z Ciebie wojownik. Nawet wiedźma do dupy.”

Nieprawda.

„To nie tak, że chcieli ochronić sekret, by przypadkiem nie ujrzał światła dziennego. Od początku wiedzieli, że jesteś pieprzonym kretynem i wręcz czekali na to, kiedy sam władujesz się w pułapkę.”

Nieprawda…!

„Mama być może by ci powiedziała wcześniej, ale zna cię doskonale. Jesteś niereformowalnym przypadkiem idioty.”

Nieprawda!

„Śmiesz mówić, że czujesz się oszukany? Wiadomo już przecież, że im mniej wiesz, tym lepiej dla wszystkich wokół-”

NIEPRAWDA!!!

Już Ci nikt nigdy nie uwierzy, moja wiedźmo mała…”

Jeszcze raz. Srebrna iskierka.

Jeszcze raz ledwie zamrugała.

I jeszcze raz zgasła.

Zamknął oczy, zacisnął drżące już z nerwów dłonie w pięści i położył je na podkulonych nogach. Spuścił głowę.

„Już Ci nigdy nikt nie uwierzy…”

Ile w ten sposób spędził…?

Wciąż była noc. Tylko sierp księżyca zmienił swoją pozycję na niebie. Nikt nie dzwonił. Nikt go nie szukał. Przecież, gdyby zorientowano się co do jego nieobecności w akademiku, powiadomiono by rodziców. Może ktoś by szukał.

Kto wiedział – może jego mama pojawiłaby się przed nim, demonstrując na własnym przykładem działanie tej całej teleportacji, o której ostatnim razem wspominała…?

–[ Chwilę błyszczysz, potem zgaśniesz… ot, i bajka cała. ]–

– A jeśli… udowodnię?

Co i komu?

– Jeżeli nawet zawaliłem jako wojownik, to może… jednak mogę być jeszcze wiedźmą…?

Księżyc przesunął się akurat tak, że oświetlał siedzącą na ziemi sylwetkę licealisty.

William odetchnął i ponownie uniósł dłoń na wysokość swoich oczu. Pojawił się w niej płomyczek, srebrny, drobniutki.

– To… nie musi się kończyć w ten sposób… tak szybko – mówiąc to, drugą dłonią zrobił daszek nad ognikiem.

– Słyszałeś, że coś jest w tamtej starej fabryce…?

Dwóch gimnazjalistów stało na korytarzu akademika, dyskutując o czymś zawzięcie – tylko ściszonym głosem i co chwilę rozglądając się na boki.

– A… co?

– Wiesz… ponoć tam coś straszy. Jakiś duch…? A Leo mówił, że widział jakieś dziwne błyski, ale zwiał, gdy coś zaczęło mówić. Tak wiesz, cicho. Zaczął mówić…

Zamilkli. Każdy z nich wziął krok od siebie, w tył, gdy tylko zorientowali się, że korytarzem szedł inny uczeń. Przepuścili czarnowłosego chłopaka i ponownie się do siebie zbliżyli.

– Może jakaś czarownica? – kontynuował szeptem – Wiesz, woła dzieci, a potem zjada! Jak Baba Jaga!

Nie widzieli, jak William uśmiechał się pod nosem, przystając pod drzwiami pokoju. Zaczął grzebać w kieszeni spodni, cicho sobie nucąc znaną sobie melodyjkę.

Na Wojtusia z popielnika… iskiereczka mruga…

Przekluczone drzwi uchylił i wszedł do środka. Trochę chciało mu się śmiać, kiedy słyszał tę rozmowę – może jednak trzeba było trochę ich nastraszyć, żeby się tam nie zapuszczali? Och, dzieci nie zjadał jak tamta czarownica. Ale… wiedźmą już był.

Zostawił przejętych gimnazjalistów samych.

Chodź, opowiem Ci bajeczkę – bajka będzie długa.

Autorka: Morrigan

Część 1

A cholera jasna! Khe, khe…! Co tu tyle dymu!? Dunbar, otwieraj! Zachciało się papierosków w pokoju, co!?

Szlag…”

Zdusił ogień pod kocem – odciął językom płomienia dostęp do tlenu. Pozostał tylko gryzący, unoszący się po pomieszczeniu dym. Płucami ścisnął kaszel – naprędce poderwał się z ziemi i doskoczył do okna – miał je tylko uchylić, ale otworzył je na oścież.

Oddychał głęboko, łapczywie chłonąc powietrze, którego aktualnie nieco mu brakowało. Szybko wytarł twarz rękawem – napad duszącego kaszlu wydusił spod powiek łzy.

– Dunbar!

– J-już…

Nawet głos miał nieco zachrypnięty Zanim odbił się od tego parapetu, spojrzał w stronę rozłożonego na ziemi koca.

Albo już mu odbiło do końca, albo naprawdę fotografia stanęła mu dłoni w srebrnym ogniu.

———

– Mówiłem – robiłem doświadczenie na chemię, tylko… nie wyszło.

William Dunbar mówił tę samą wersję już po raz trzeci: raz Jimowi, drugi wychowawcy i kolejny – dyrektorowi. Jean-Pierre z całej tej trójcy, po jakiej go przegnali, wydawał się być najbardziej skory do wiary uczniowi, że było to nic ponad nieszczęśliwy wypadek podczas wykonywania samodzielnego zadania na wyższą ocenę z przedmiotu.

Już dawno nikomu nie wcisnął takiej ściemy – tyle dobrze, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo miało szansę zostać przyjęte jako prawda.

Nie można było licealiście również odmówić daru przekonywania, tak swoją drogą.

– I ten dym również był wynikiem tego doświadczenia? – Delmas poprawił okulary na nosie – Wasza klasa nie deklarowała żadnego rozszerzenia z chemii…

– Uch… Chciałem trochę podciągnąć ocenę…

Niewinny uśmieszek numer pięć, udanie speszonego całym zamieszaniem.

Jeżeli nie wiesz co robić – rżnij głupa. Na to zawsze się ktoś nabierze.

Pokoje nie były monitorowane, nikt nie był w stanie zweryfikować, jak było rzeczywiście. Jim tylko widział spopieloną kartkę…

…będącą niegdyś wspólną, wywołaną fotką Williama z Yumi, znalezioną przypadkiem, a przywołującą dość skrajne wspomnienia. Tylko… czemu, ni z gruchy ni z pietruchy, na samą myśl o spaleniu zdjęcia, to zajęło się ogniem i to w dodatku w odcieniach srebra? Google nic nie mówiło na ten temat – nawet uważał, by podczas wyszukiwania tej i innych, zazębiających się fraz, nie być połączonym z siecią szkolną. Jeszcze by go jednak jakoś z tym powiązali.

– N-naprawdę nie chciałem… tylko to za mocno buchnęło… m-musiałem źle odmierzyć proporcje i…

Okej, trochę go ściskało kaszlem, ale teraz musiał sobie trochę pomóc, zanim skończą mu się drogi “ucieczki”.

– Jim, odprowadź Williama do higienistki. Oczywiście, muszę powiadomić o zaistniałym incydencie twoich rodziców, ale… skoro mamy do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem, to nie wiem, czy tu cokolwiek mogę więcej.

I mówiąc to, dyrektor znacząco spojrzał w stronę wuefisty i opiekuna akademika zarazem. Zupełnie tak, jakby chciał mu powiedzieć “A jeszcze raz, do cholery, zacznij szukać dziury w całym – to zadbam osobiście, żebyś z takową skończył niekoniecznie w swoich drzwiach, Morales.”

———

Owszem, zdarzało mu się popalać papierosy: ale robił to akurat tak, by z łaski swojej, nie dać się na tym przyłapać. Już wystarczyło mu problemów w życiu. I tak, relatywnie niedawno mu odpuścili to, jak rzekomo odstawiał cyrki pod koniec gimnazjum.

Wciąż wygodniej było twierdzić, że odbiła mu szajba przez hormony, niż tłumaczyć, że rzeczywiście to nigdy nie był on, a niespełna rozumu polimorficzne spektrum stworzone na potrzeby krycia faktu, że prawdziwy William był pod butem wirusa na jakieś dobre pół roku.

Od swojego powrotu nie rozmawiał z wojownikami.

Zostawili go samego sobie – zupełnie jak kredowy obrys zwłok w serialach kryminalnych. Każdy taki kończył zmyty przez deszcz…

Przeniósł się do równoległej klasy by nie mieć styczności z Ishiyamą. Niech się bawi z Ulrichem.

Albo nim. Widać, że całkiem mu się to podobało.

Schował się za drzewem – tak, by nie było go widać z perspektywy szkolnego dziedzińca. Plecami oparł się o pień, z jednej kieszeni spodni wyciągnął paczkę z papierosami, z drugiej – chciał wydobyć zapalniczkę.

Skończyło się na chęci, bowiem w rzeczywistym świecie trudno było zrobić coś z niczego. “to nie tak, że ledwo trzy godziny temu w ręku ci się podpaliła fotka “.

Jak i mało rozsądnym było raczej ponownie truć się dymem, skoro niedawno się go naprawdę sporo nawdychał.

A może – tak, dopiero teraz pomyślał pod tym kątem – to była sprawka XANY?

Nie… to akurat byłoby zbyt oderwane od rzeczywistości, Chociaż, pewnie łatwiejsze do logicznego wyjaśnienia.

Jakieś zalążki, pakiety, exploity, ale nie, na litość boską, samozapłon zwykłej kartki!

Z frustracji machnął ręką, w której trzymał wyciągniętego z paczki papierosa: z początku miał go nie wyrzucać, tylko… poczuł z niego dym. Dymiło się od filtra, tuż przy jego palcach.

– Szlag…! – krótko zawołał, puszczając fajka.

Palił się. Mógłby przysiąc, że znów widział te srebrne iskierki!

Zwariowałem, prawda…? Ja zwariowałem…! T-to się nie dzieje, jestem w jakiejś chorej bańce… m-może dalej jestem pod kontrolą!? Czyli to wszystko to tylko złudzenie…? Te… te lata…?”

Szybko zadartą papierosa i oddalił się z miejsca zdarzenia – w głąb parku.

Zbyt realne… ale to, co dzieje się teraz – kuźwa, odklejone w cholerę, no!”

Wsadził dłonie w kieszenie kangurki – i szybko po chwili wyciągnął. Jeszcze brakowało, żeby sobie podpalił bluzę i to na własnym grzbiecie.

Przestań, kurwa…! To się nie dzieje!”

W takim razie… jak wytłumaczysz to, co się dzisiaj dzieje – czyżby jednak bańka?”

O tym że to nie była jednak żadna bańka, dowiedział się, kiedy zadzwonił telefon i dowiedział się że miał zaraz dotrzeć do szkoły, gdziekolwiek by nie był.

———

– Och, mój synek dorasta~! Nawet nie wiesz, jaka jestem z Ciebie dumna, Will!

– Um… m-mamo…?

– No co, skarbie? Mamy, co świętować! Jesteś wiedźmą!

William zamilkł. Gdyby miał okulary, właśnie by je zdjął, porządnie przetarł i ponownie założył. Zamiast tego, mógł tylko podnieść głos.

ŻE NIBY CO…!?

Cynthia Dunbar wydawała się być niesamowicie dumna z samej siebie z racji tego, że właśnie wywróciła jedynemu synowi świat do góry nogami.

– Wiedźmą. Tak, jak ja, twoja babcia, prababcia, pra-prababcia…

Wiedźmy nie istnieją! N-nawet, gdyby, to czemu n-nic…!?

Gorączkowo machał dłońmi, rozglądając się wokoło. Na mamę spojrzał dopiero po dłuższej chwili.

– Wiesz, synku… magią rzadko kiedy się parają w naszej rodzinie mężczyźni i u mało którego się odzywa… na przykład, twój wujek jest niemagiczny…

– I-i co z tego!? Na pewno wie!

– No wieee… Babcia musiała go uświadomić, zanim zszedł na zawał w wieku szesnastu lat, że ogień w kominku się nagle zrobił srebrny…

William oparł łokcie o blat stołu i ukrył twarz w dłoniach. Postarał się głębiej odetchnąć.

– I-i miałaś zamiar to przede mną ukrywać?

– Oj, synku… nikt się nie spodziewał, że jednak się to odezwie. Powiedziałabym Ci na dwudzieste pierwsze urodziny!

Przetarł oczy, odgarnął włosy.

– Jestem… wiedźmą. Jeszcze daj mi jakiś magiczny kocioł i miotłę… kurwa no…

– Wyrażaj się, srelu! Szanujmy się – teraz wiedźmy nie latają na miotłach. Mamy zaklęcia telepo-

– …jakie?

– …no tak. Czeka Cię dłuuuga droga… no cóż! Zostawię Ci księgi, będziesz miał co robić w wolnej chwili.

William spojrzał na matkę z niedowierzaniem.

– N-nie nauczysz mnie…!? Najpierw sam się przekonuję na sobie, że coś jest nie halo, prawie puszczam z dymem akademik, a potem mi mówisz, że sam się mam nauczyć…!?

– Synku… każda z nas musiała! Ale, spokojnie, uczcimy to, moja ty wiedźmo~! Po prostu… mam trochę spraw na głowie.

Wdech. Wydech.

Z frustracji, podpalił przypadkiem leżący obok zeszyt.

– Cudownie. – prychnął.

Autorka: Morrigan