Część 7

To, że zaklęcie wskazywało na okolice fabryki, wcale nie musiało oznaczać korelacji ze sprzętem w jej podziemiach. Magia miała w zwyczaju spierać się ze zdrowym rozsądkiem, ale William w czuł w swoim pełnym niepokoju wrzeniu pod skórą lęk o obrócenie się jego obaw w rzeczywistość.

„Nie. On nie żyje. Jego już nie ma. Nie ma!”

Z duszą na ramieniu – dosłownie, bo Odd poszedł z nim tam następnej nocy jako duch – postanowił rzucić zaklęcie w okolicach starej fabryki samochodów.

Musieli tylko znaleźć dobre miejsce, by nikogo zbyt mocno nie zaciekawiła srebrna poświata. William musiał sobie jakoś doświetlać otoczenie by zobaczyć, co mu wskaże dym z rzuconego czaru.– Nie panikujesz za mocno? To, że zaklęcie wcześniej wskazało nam… – Odd, kurwa, nie teraz.

Nie z takimi tekstami.

Nie z zarzutem. Jeżeli chodziło o fabrykę, nie miał prawa mu mówić takich rzeczy. Nie wiedzieli tego wszystkiego, co miało miejsce właśnie tam.

Znali tylko ułamek tej historii – tyle, ile chcieli.

Teraz? Przed bólem chroniła go jego nowa moc. Nie ta, którą miał w Lyoko: nie ten smolisty dym, a ogień, którym mógłby to miejsce wypalić do cna.

– Nie ruszaj sam. – mruknął William. – Może i jesteś w równoległym do mnie wymiarze, ale ja cię mogę nie obronić, jeżeli coś się zainteresuje.

– No… musiałbym cię pewnie ściągnąć do siebie.

– Co może się pojawić również tutaj, kołku. – wiedźma obrzucił Odda swoim co najmniej niezadowolonym spojrzeniem. – Jeżeli coś załatwi moje naczynie, jak wy, Wieszczkowie, nazywacie ciała, gdy będę tutaj… to równie dobrze jestem w tej chwili kolejnym Zalęknionym do odesłania.

– Dlatego jeżeli zrobi się gorąco, to stąd spadamy. Zrobisz nam teleport.

„Postaram się”.

Srebrny płomień oświetlił opuszczoną halę produkcyjną. Dym uniósł się nad znalezione w zakamarkach Internetu plany fabryki. Krążył, ale nie był w stanie zatrzymać się nad jednym punktem.

Odd niespokojnie rozglądał się wokół nich.

– Powietrze jest przeładowane, Will. Tutaj… dosłownie się roi od kolejnych nitek energii.

Wieszczek widział więcej niż Dunbar, będąc w rzeczywistości dusz. Przy jego głowie śmigały kolorowe wiązki, odbijając się od każdego przedmiotu, jaki napotykały na swojej drodze.

Sterta żelastwa niemalże skrzyła się od przechodzących przez nią wyładowań. Kałuża z deszczówki z dziurawego dachu co jakiś czas próbowała wrzeć. Liny z belek pod sufitem plątały się.

Coś działało w tej fabryce, ale to nie do końca chyba mogło mieć związek z zagrzebanym pod ziemią laboratorium i obecnym tam Superkomputerem.

– Ktoś… tu często bywał.

– Ja. Ja byłem, ale … tylko po to, żeby nie spalić niczego w internacie.

„Oh”.

– Tyle, że twoje płomienie same w sobie nie byłyby w stanie doprowadzić do takiego przeładowania, Wiedźmo.

To jednak za mocno nie uspokoiło Williama.

„Ale co, jeżeli to przyszło tutaj za mną?”

– Przypomnij, jak długo już trwa ten zwiększony ruch w rzeczywistości? – zapytał, nie spuszczając wzroku z wijącego się dymu.

„Za dużo magii. Zaklęcie nie jest w stanie niczego znaleźć. Muszę zmienić miejsce”.

– Od… września.

„Zanim obudziły się płomienie”.

– W Kadic nagle zrobiło się więcej zabłąkanych?

– Było również… dwóch zalęknionych.

„Kurwa…”

Zalęknieni to ci, którzy tak definitywnie nie mogli wrócić do swojego naczynia – bo to nie posiadało już swoich funkcji życiowych. Dla nich pozostawała tylko jedna droga i prowadziła na drugą stronę w asyście wieszczka, przez którego zostawali złapani w rzeczywistości dusz.

– I…

– Odprowadziłem ich.

W głosie Odda zabrakło tej charakterystycznej, wesołkowatej nuty. William finalnie dosłyszał w nim brzemię obowiązku. Nie musiał nawet odwracać się, by domyślić się, że blondyn na krótką chwilę spochmurniał.

Tylko na moment.

On już nawykł do swojej roli i zadania wiecznego motania się między światami. Do powinności, która mu przypadła tylko przez fakt swojego nietypowego pochodzenia. Dlatego za moment znowu brzmiał jak znany Williamowi Odd, ale już wrażenie trzymało się go zupełnie inne.

– Ktoś tu w takim razie przychodzi regularnie. – stwierdził William. – A jeżeli ktoś tu często przychodzi, to… nie możemy mieć pewności co do jego zamiarów ani… że nie znalazł, co tu jest pod ziemią.

– Jeremie zablokował windę. Zrobił też jakieś spięcie w kontrolerze. Wiesz, uziemił ją na dobre.

„Czy to dobrze? Czy to źle?”

– Czy na dół są jakieś inne zejścia? – William rozproszył dym z zaklęcia. I tak za wiele im nie mówiło.

– Nie jest takie proste do znalezienia…

– Gdzie?

Odd nie odpowiedział. William ciężko westchnął.

– Niech zgadnę. Albo mi sam z siebie nie chcesz powiedzieć, albo wszyscy umówiliście się na jakąś popieprzoną pseudo-omertę. – skwitował z lekkim niesmakiem Dunbar.

– Stary, słuchaj… sam wiesz, że to jest nieco śliski…

– Odd, do kurwy! W tej chwili nie wiem, czy jest bardziej śliski temat od tego, co tu się właśnie dzieje i czemu tu w ogóle jesteśmy!

William, dotychczas klęczący na ziemi, raptownie poderwał się na równe nogi i odwrócił w stronę Odda, obrzucając go gniewnym spojrzeniem.

Czuł pieczenie w dłoniach, a srebrna poświata oświetliła jego twarz.

– Ktoś pewnie ściąga ludzi w rzeczywistość, w której nigdy nie powinni się znaleźć. Być może tak jak ja w Lyoko, ale to się, kurwa, stało! Tylko, jak mnie udało się stamtąd wyciągnąć, to ci ludzie, których coś tam może wabić, mogą nie mieć tyle szczęścia.

– Ale czemu z tym chcesz wiązać Xanę?

– A myślisz, że nie da się w sieci znaleźć jakichś dziwnych blogów z instrukcjami od pseudoczarodziejów!? Ile to roboty dla tego drania stworzyć coś takiego, skoro jest w stanie opętać pieprzoną lodówkę?!

– Ale… nawet, jeżeli. To my tego sami nie sprawdzimy, a Xana nie żyje, William.

„Wiem”.

„Nie byłbym taki pewien”.

„Zginął”.

„Straciłem pewność”.

Magia i nauka (zdrowy rozsądek) zawsze się ze sobą ścierały.

– Jeremie zablokował windę. Inne przejście jest przez pustelnię. Jeszcze inne przez Kadic. Nikt o nich nie wie poza nami.

Ale Williama to nie urządzało. To było za mało.

– On nie żyje. I pewnie ktoś skorzystał z tego miejsca więcej, niż raz. Być może… to jest całość naszej sprawy, William.

— *** —

Nie należy zwracać się do nieznajomych sobie sił po zapadnięciu zmroku – to prosta droga do zguby.

Rzeczywistością dusz wstrząsnął przeraźliwy krzyk, gdy Sissi Delmas zobaczyła swoje nieruchome ciało, leżące na trawniku w parku. Wokół niego jeszcze wirowały rozrzucone kartki, puszczone przy upadku.

– Jakież urocze naczynie…

Głos dochodził spomiędzy zarośli, z których wyszedł czarny wilk o białych, pozbawionych tęczówek ślepiach. Leniwie stawiał łapę za łapą.

– Trochę kruche, ale… nada się…

– Hah, powodzenia! – rozległ się kolejny, już bardziej znajomy przerażonej dziewczynie głos. – Banzai!

Autorka: Morrigan

Część 6

– To ty. To ciebie wtedy spotkałem.

Odd roześmiał się jak psotny chochlik – jak złapany na gorącym uczynku łobuziak, który to najwyżej lekko dokuczył swojemu koledze. W jego postawie, w wyglądzie nie było nic, co chociażby minimalnie świadczyło o jego powiązaniach z wieszczkami.

– Ano. – finalnie postanowił się odezwać – Ale przyznam, że mnie dość mocno zaskoczyłeś! Nie spodziewałem się wiedźmy w Kadic. A tym bardziej… nie ciebie.

William ciężko westchnął. Prawda była taka, że on również nigdy by sobie nie wyobrażał nawet znaleźć się w takim położeniu. Ojciec naprawdę nie wiedział, biorąc sobie jego matkę za żonę, że ona sama była wiedźmą i jeżeli “zdarzy się”, to on również, ich syn, mógł taką być?

Nigdy go o to nie zapytał. Nawet nie wiedział, jak powinien to zrobić.

Mamo, a tata wie, czym my w ogóle jesteśmy?”

Do pełni szczęścia brakowało mu tylko dowiedzieć się o jakimś zaginionym, zaadresowanym do niego liście z Hogwartu.

– Myślę, że… musisz mi uwierzyć w to, że ja też się tego wszystkiego nie spodziewałem. – William odpowiedział po chwili namysłu.

Odd przekręcił z lekka głowę w bok.

Brama do parku przywitała ich zieleniejącymi, oplatającymi pręty pnączami bluszczu.

– Nie. Gdyby magia się nie obudziła, dowiedziałbym się dopiero na dwudzieste pierwsze urodziny. – William wzruszył ramionami, ale tak naprawdę nie rozumiał, skąd taka tradycja u wiedźm.

– Wieszczkowie nie mają tego problemu. Albo to moi rodzice nie robili z tego dziwnego tabu. – Odd zerknął na ptaka na gałęzi. Wróbel cupnął na gałęzi i przyglądał się ich dwójce, nim nie odleciał w sobie tylko znanym kierunku.

– Mówią, że to kwestia ochrony sekretu.

– No to, słabo ci to idzie. W rzeczywistości dusz od razu domyśliłem się mocy.

– Ale nie właściciela.

– A potem i tak znalazłem miejsce, w którym rzucałeś zaklęcie. Naucz się zabezpieczać rytuały. – Odd przeciągnął ręce nad głową, zerkając na Williama, któremu pozostawało tylko westchnąć.

Czarnowłosy nie wziął tego pod uwagę. Wiele takich spraw wciąż stanowiło dla niego zagadkę. Cynicznie byłoby mu mówić “czarną magię” zważywszy na okoliczności i sprawy, jakie tu wychodziły na wierzch.

Robię, co mogę”, pomyślał, ale nie chciał przyznawać się jeszcze bardziej do swoich braków w najprawdopodobniej podstawowej wiedzy wśród takich, jak oni.

Nie mówił o tym głośno, ale chciałby, by jego matka mu z tym pomogła – jako doświadczona wiedźma. Czemu jednak nie mogła tego zrobić? Dała mu tylko księgi. Powiedziała, że każda wiedźma przechodziła to w ten sposób, ale ona mu pomoże, kiedy tylko przyjdzie na to pora.

– Więc… jesteś wieszczkiem.

Odd uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Aleś odkrył.

William wywrócił oczami. Irytacja objawiła się znajomym ciepłem pod skórą. Płomień wrzał za każdym razem, gdy do głosu chciały dojść jego emocje.

– No już, już, nie pal się tak! Wszyscy jesteście tacy temperamentni? – Odd uniósł brew, ale skutecznie zwrócił na siebie zwiększone zainteresowanie Williama.

– Czujesz nawet to?

– I wiele więcej, bo dalej mi na to pozwalasz.

– I kto jeszcze… może to poczuć?

– Nie przejmuj się, mało kto. Dla mnie po prostu jesteś srebrną plamą.

– Czy,,, widziałeś to wcześniej?

– Nie, póki się nie przebudziłeś. Wcześniej nie czułem niczego… o, gaśniesz.

William przygryzł wargę i spojrzał na swoją dłoń.

– Płomienie reagują na emocje.

– Częsta przypadłość wiedźm waszego rodu. Moc jest ściśle powiązana z emocjami.

– Są inne rody?

– Nawet więcej, niż może ci się to wydawać.

Nasz wesołek wie więcej, niż pewnie chciałby się do tego przyznać. Albo właśnie mi się przyznaje do tego, co wie… cholera go wie. Zobaczymy, jak to się rozwinie dalej. No proszę… tego bym się po nim nie spodziewał.”

– Ale… to nie ty masz związek ze zwiększoną aktywnością. – w głosie Odda pobrzmiał pewien zawód.

– Jaką aktywnością? – William zerknął na niego kątem oka, nachylając się nad jednym z krzaków. Zmysł wiedźmy widział w jego liściach potencjał do wykorzystania w zaklęciu.

– W tej rzeczywistości, do której się tak zapuszczasz bez większego zastanowienia.

Czy w jego głosie pobrzmiała właśnie lekka nagana?

William postanowił uważać, że to mu się raczej przesłyszało. Nie. Odd nie był typem udzielającym pouczeń.

Nawet, jeżeli był kolejną osobą, która nie wpasowywała się w rany definicji normalności.

– Zazwyczaj tam nie ma tylu zagubionych. To są kompletnie przypadkowe osoby, które wchodzą i często nawet nie są powiązane z magią. Znajdują jakiś dziwny poradnik odnośnie świadomego śnienia czy jak to się tam nazywa… i tak sobie wbijają na krzywy ryj.

To stwierdzenie dość mocno zaintrygowało Dunbara. Czyżby mieli do czynienia z kimś, kto zbierał sobie ludzi na jakiejś grupie w ramach znalezienia sobie rozrywki?

Nowi obudzeni? Nie, Odd dopiero powiedział, że niekiedy nie mieli większego powiązania z magią.

– No, na mnie w tej kwestii nie patrz…

– Do tego już dawno doszedłem, chłopie.

– To, kto?

– No właśnie nie wiem, tutaj się komplikuje sprawa. Ale chyba nie muszę mówić, że to nie jest dla nas dobra wiadomość?

Nie musiał. Zdrowy rozsądek już sam zdążył to podpowiedzieć Williamowi, który na twarzy wieszczka dostrzegł już zadziorny uśmieszek.

– Dlatego chcesz się dowiedzieć, kto tam włazi.

– Ototo. A twoje zaklęcie zapowiadało się całkiem fajnie, zanim ci… no, trochę w nim namieszałem~

– Do czego pijesz?

– Chcesz je powtórzyć?

___

Nie, William nie chciał go tak do końca powtarzać. Zrobił to tylko ze względu na potencjalną styczność z niezbyt im przyjazną siłą, która śmiało generowała ruch w nieodpowiednim miejscu.

Odd zapowiedział, że przyjdzie do jego pokoju po nastaniu ciszy nocnej w internacie. Chciał uniknąć pytań ze strony Jima, gdzie to się podziewał o tej porze, którymi obstrzelany by został Ulrich. Żadne z nich akurat nie mogło wiedzieć, w jakim celu chłopak udał się do pokoju Williama, ani, że w ogóle tu był przy tym, co tu właśnie się szykowało.

Ten sekret musiał zostać między wiedźmą a wieszczkiem.

– Bu!

– Ty pieprzony…!

– Ciszej, Will! Jeszcze nas wydasz…

Kiedy Della Robbia – niech go szlag – postanowił (dosłownie) nawiedzić pokój Williama, ten właśnie przygotowywał ponownie zaklęcie. Ich wycieczka do parku przydała się o tyle, że uzbierał nowych, świeżych ziół do tego celu.

Dunbar nie przewidział tylko, że Odd wejdzie do środka tak, jak zrobił to poprzedniego dnia – jako ledwie widzialna sylwetka, która dopiero teraz zaczynała nabierać więcej szczegółów. I tak był… półprzezroczysty.

Gdyby tylko się dało, podpiekłby mu ten bezczelny tyłek.

Później zdał sobie sprawę z tego, że Odd mógłby w zasadzie zniknąć stąd na pstryknięcie palcami i zostawić go na pastwę Jima, którego zwabiłyby dochodzące stąd krzyki.

– Poczekaj, aż nie będziesz cholernym duszkiem Kacperkiem. – burknął pod nosem, odwracając się w stronę rozłożonych, gotowych narzędzi do rzucenia jeszcze jednego zaklęcia namierzania.

– To byłoby… ciekawe. – Odd uśmiechnął się pod nosem.

– Czemu nie mogłeś przyjść “normalnie”? – wiedźma zaakcentował ostatni wyraz, wciągając pęczek ziół z kubka z wodą.

– Po pierwsze, to jest przereklamowane. Po drugie, nie do końca bawi mnie później męczyć się z dziwnymi podejrzeniami Ulricha co do naszych spotkań. – Włoch wzruszył ramionami.

Szczególnie, że zapach palonych ziół z piżamy Odda mógłby zwrócić jego uwagę. Musiał uczulić Williama, aby lepiej pozbywał się tego zapachu. Czuł woń po wczorajszym zaklęciu nawet jako niematerialna istota.

– Ah, tak. Stern.

Jeszcze tylko jego mi tu, kurwa, brakowało.”

Zioła wrzucił w blaszaną miskę. Wyciągnął nad nią otwartą dłoń i przywołał w jej wnętrzu płomienie.

– I będę mógł od razu dostać się do miejsca, które wskaże mi twoja magia, mio amico. – dodał Odd.

– Sprytnie. Ale nie wiem, czy pójście tam samemu to dobry pomysł.

William ponownie zapalił świeczki i spalił zioła. Do nosa uderzył mu zapach wydzielanego przez nie dymu. Biały kłąb poszybował leniwie nad kartkę z wydrukowaną na niej mapą.

Zgodnie z sugestią Odda, wydrukował plan całego Kadic razem z parkiem obok.

– Wskaż mi go. Wskaż tego, kogo szukam. – wypowiedział. – Zdradź mi, gdzie on jest… kim jest.

Dym zaczął leniwie wirować nad kartką. Tym razem Odd nie zamierzał burzyć przebiegu zaklęcia – a nawet, gdyby, to by nie mógł. William rozsypał wokół siebie krąg soli. Póki Della Robbia był reprezentacją ducha z rzeczywistości dusz, nie mógł tędy przejść do czasu powrotu do swojego naczynia.

Wieszczek jedynie obserwował, trzymając się o krok od krawędzi kręgu.

William uświadamiał sobie, jak bardzo nienawidził, gdy ktoś w takim momencie patrzył mu na ręce. Nie odzywał się jednak. Wolał skupić się na swojej robocie.

Dym nie wskazał jednak miejsca z mapki. William przez dłuższy moment myślał, czy przypadkiem czegoś nie pomieszał w kolejnych krokach. Biały obłok poleciał za kartkę.

– Wskazuje… wyjście z parku. Każe szukać w tamtych okolicach. – mruknął, próbując zrozumieć, o co mogło chodzić. – Mapa tam się kończy, dym może tylko wskazać kierunek.

Ale, co może być akurat tam?”

– Ktoś by ryzykował bawienie się w to w parku, czy tam za parkiem? – Odd zaczął zastanawiać się na głos.

William zdał sobie sprawę, że to mogła być potencjalnie nie tylko kwestia “jakiegoś miejsca za parkiem”, bo to nie była jedyna lokacja, w jaką można było dotrzeć.

Fabryka…”

Tam właśnie udał się jednej nocy, by przywołać ogień poza internatem i spróbować go chociaż trochę opanować: co na chwilę obecną szło mu całkiem nieźle.

Ktoś tam mnie znalazł…? Nie…”

Czy przypadkiem ktoś nie plotkował, że w fabryce straszyło?

– William, przestań!

Podniósł gwałtownie głowę i odwrócił się w stronę Odda. Dopiero wtedy zorientował się, że srebrne płomienie wspinały mu się od dłoni po ramionach. Pod skórą mu znowu wrzało.

– Koniec. Koniec! – zawołał, rozpraszając zaklęcie. Ogień zgasł.

William zalał dymiące się zioła wodą z kubka po nich.

– Co ty, cholera…

– To jest w stronę fabryki.

Autorka: Morrigan

Część 5

Wieszczki rodziły się gotowe do wędrowania na granicy światów. Mówiono, że nie imali się najmocniej którejkolwiek ze stron, ponieważ na pewnym etapie i tak przestawali rozróżniać, co należało do przestrzeni fizycznej, a co zaś do rzeczywistości dusz. Ich umysły stanowiły otwarte korytarze.

William nie wiedział, co z tego było prawdą, a co mitem.

Nie wiedział również, czy to z tym miał do czynienia tamtej nocy – przypuszczał, że prawdopodobnie to była wieszczka, o której znalazł wzmianki w księgach zostawionych mu przez matkę – gdy wybrał się na jeden ze swoich spacerów po Kadic poza własnym ciałem. Wiedział, że nie do końca powinien to robić sam. Pokusa bywała jednak czasem wiele silniejsza niż zdrowy rozsądek. Twierdził, że może kiedyś taka zdolność mu się przyda.

Miał zresztą swój płomień, który go prowadził przez ciemność.

A tylko wieszczki były w stanie sprowadzać zabłąkanych na odpowiednie tory, bo to właśnie tego skowyt William usłyszał kilka nocy wstecz.

W Kadic była wieszczka, a on musiał ustalić, kto to był i czy mu nie zagrażał.

Jednocześnie również wiedział, że nie miał większych szans z nią na gruncie rzeczywistości dusz. To było ulubione ich pole bitew, w którym mogli zrobić wiele rzeczy – i mówiono, że były straszne. Nie znalazł jednak, co to mogłoby być. Księgi jak na razie o tym milczały, a czytał je w każdej możliwej chwili – kupił nieprześwitujące, materiałowe obłożenie, w które zawinął oprawę książki i wyciągał ją na przerwach. Nauczył się chronić jej treść przed oczami postronnych.

Wystarczyło drobne zaklęcie zamieniające tekst, którego dość szybko się nauczył. Wystarczyło tylko drobne ciepełko pod skórą, aby je wywołać. Mały nakład sił. Stał się to jeden z jego ulubionych psikusów, jakie stosował na drażniących go osobach podczas zajęć.

Gdy nauczyciel poprosił o przeczytanie głośno treści zadania, on pod ławką pstrykał palcami i obserwował, jak jego ofiara motała się ku zdenerwowaniu nauczyciela i uciesze reszty klasy. Czy było to wredne i niezbyt wypadało osobie z jednego ze starszych, wiedźmich rodów? Oczywiście. Czy niektórym się to należało? Jak najbardziej.

William nie traktował to jako coś personalnego. Po prostu praktykował, bo na tym wiedział, że nikt go nie nakryje. Przynajmniej robił to dnia, w którym odkrył tę dziwną obecność… potem zaczął się bardziej pilnować.

Co nie zmieniało faktu, że musiał dowiedzieć się, z czym miał do czynienia, jakie to mogło mieć zamiary i dlaczego właśnie się ujawniło?

A może było tu od dawna, ale nie zauważył? Kogo powinien podejrzewać? Czy to był ktoś z Kadic? Nie wiedział, na jaką odległość wieszczkowie oddalali się od swojego ciała, jakie częściej raczej nazywali naczyniem. Często okazywali się w nim jedynie gośćmi.

Był jeden sposób, w jaki to mógł zrobić. W torbie właśnie miał zioła, jakie zebrał podczas biologii z panią Hertz – swoją drogą, dostał pochwałę za tak dokładne poszukiwania roślin i ich opisanie. Patrzyła dość krzywo jednak na ich zrywanie, więc musiał je sobie wpychać w torbę po kryjomu. Ku niezrozumieniu niektórych kolegów z klasy, rzecz jasna, ale nie odważyli się niczego powiedzieć.

Było coś w jego spojrzeniu, co ich przed tym zatrzymywało. Nie do końca umieli powiedzieć, co, ale niektórzy opisywali to jako płomienie w jego oczach: zapowiedź odwetu, gdyby tylko spróbowali jakkolwiek jemu zaszkodzić.

Co nie zmieniało faktu, że słyszano w zaciszu pokojów, w towarzyskich rozmowach, że zachowywał się raczej dziwnie i to nie było coś, co obserwowało się pod koniec jego gimnazjum. To było coś nowego. Jeżeli wtedy zachowywał się jak kompletny idiota, teraz miał w sobie pewność swoich działań i nie miał zamiaru pozwalać, aby ktokolwiek właził mu z tym w drogę.

~*~

Poczekał, aż Jim skończy sprawdzać pokoje i aż światło na korytarzach zgaśnie. Wiedział, że wuefista poszedł już wtedy do swojej kanciapy, a tego wieczoru nie planował raczej za mocno interesować się poczynaniami uczniów. Emitowano mecz piłki nożnej, w którym grała uwielbiana przez niego drużyna. To raczej uczniowie powinni strzec się wrzasków kibicującego Moralesa.

William zszedł z krzesła i przyklęknął przy łóżku, spod którego wyciągnął swoją torbę, świece, blaszaną miskę i kredę. Zaczął rysować na podłodze kolejne znaki, jakich potrzebował do zaklęcia odpowiedzialnego za wskazanie mu na wydrukowanej mapie kampusu położenia wieszczki. Kartkę położył w środku. W misce złożył zioła, które dotychczas stały na parapecie, w kubku z wodą, aby nie zwiędły do czasu rzucenia zaklęcia.

Nad dłonią przywołał niewielki ognik, który rozstrzelił się ku czterem świecom postawionym na podłodze, symbolizującym cztery strony świata.

Klęknął przed miską z ziołami. Ostatnio ją wyszorował, ale widać było na niej jeszcze osad spalenizny. Modlił się, aby i tym razem nie uruchomił się żaden alarm przeciwpożarowy. Wiele ryzykował, odprawiając tu w ogóle zaklęcia. Jedną z myśli było zrobienie tego w fabryce, ale… jeżeli istota była tutaj, to wówczas bardzo by sobie utrudnił zadanie odnalezienia. O ile nie uniemożliwił.

– Przyjdź i wskaż mi, z czym mam do czynienia. – wyszeptał, dłonią przykrywając wierzch miski. Poczuł generujące się ciepło w jej środku, a następnie spomiędzy palców zaczęły wyglądać srebrne płomienie oraz jasny dym. Zioła zaczęły się skręcać i do nosa uderzył mu zapach spalenizny.

Nie miał przy sobie niczego, co mogłoby należeć do wieszczki – a przychodził wyłącznie z własną intencją.

– Zdradź mi… gdzie on jest. Kim jest. – pociągnął dalej. Utkwił wzrok w chmarze dymu kotłującej się na wysokości jego oczu. Zaczął wirować, uniósł się nad kartką i wirował, jakby nie umiał się zdecydować.

Aż nagle się nie rozwiał. William poderwał się i odskoczył od miseczki, w której zioła powoli dogasały.

– Oh, tu jest nasza wiedźma! Nie spodziewałem się akurat Ciebie, William.

Dłoń w odruchu oblekła się w płomień, gdy Dunbar odwracał się za siebie. Nie zdążył jednak. Poczuł zimne palce na swoim czole, a jego ręce opadły.

– Muszę przyznać, że zrobiłeś mi niezłą niespodziankę. Wiedźma Srebrnego Płomienia, jeden ze starszych rodów! No coś takiego.

Dym poszybował w stronę, z której William czuł ten chłód. Ujawnił on najpierw dłoń, następnie rękę i powędrował aż do głowy.

Przed sobą zobaczył uśmiechniętą twarz Odda Della Robbii.

– No, to znalazłeś mnie! Wieszczek do usług. Spotkajmy się jutro przy bramie parku. Ah, i zbierz klamoty. Mecz chyba nie idzie, więc Jim zrobi drugi obchód. Słabo, jakby poczuł spaleniznę~

Autorka: Morrigan

Część 4

Pstryk. Srebrny ognik pojawił się nad dłonią, rozświetlając ciemność korytarza. Rozejrzał się na lewo, na prawo, nim ruszył ze sklepu.

„Skup się. W tym miejscu tak łatwo się zgubić…”

William słyszał historie o duszach, które po opuszczenia swojego ciała nie były w stanie odnaleźć drogi powrotnej. O ludziach, którzy szukali wejścia do tego korytarza, bez żadnego przygotowania, by potem nie być w stanie z niego wyjść. Należało mieć coś, co oświetli drogę – i potrafić umiejętnie tego używać. Inaczej jedyne, co mógłby po sobie pozostawić, to materialna skorupa: puste opakowanie bez osobowości, uczuć, emocji, pasji i marzeń. Nie chciał stać się jedną z nich, a mimo to zdecydował się na wejście tu.

Wiedźmy, choć miały większe szanse na pomyślne wydostanie się z rzeczywistości dusz, nie mogły równać się z wieszczkami: urodzonymi, by wędrować na granicy światów.

Owiał go lekki chłód od podmuchu – zupełnie takiego, jakby ktoś przebiegł obok niego, poruszone powietrze połaskotało zaskoczoną twarz.

„Płomień. Utrzymaj go. Nie pozwól mu zagasnąć. Nie możesz”.

Drgnął. Ponownie skoncentrował się na unoszącym się nad dłonią ogniku. Krótko spojrzał za siebie. Ktokolwiek to był, jego sylwetka ledwie zamajaczyła w ciemnym korytarzu… i znikła. Zwrócił się w kierunku swojej drogi i postawił kolejny krok. Musiał tylko dojść do jego końca i znajdzie się u celu…

„Jeszcze trochę. Tylko do końca korytarza. Uda ci się”.

Dziesięć metrów. Dziewięć. Osiem…

Ciszę rzeczywistości rozdarł skowyt. Skulił się w miejscu i zacisnął powieki. Ręka cofnęła się o nieznaczne centymetry, płomyk niebezpiecznie zafalował. William z całych sił starał się go utrzymać przede wszystkim stabilny, dopóki nie uciszyło się.

Matka przestrzegała go przed wchodzeniem w tę rzeczywistość: roiło się w niej od różnych zjaw, od duchów, które nie opuściły tego świata, od zagubionych, zalęknionych, którzy popełnili błąd i przekroczyli granicę, nie mając niczego, co byłoby w stanie ich przyciągnąć z powrotem. Była doświadczoną wiedźmą. Znała ryzyko.

Jednak ta sylwetka, jaka przeszła wtedy obok niego nie wydawała się być żadną z nich. Jakaś część jego chciała cofnąć się i pójść za nią, odnaleźć i sprawdzić, co dokładnie napotkał. Zrobiłby to, gdyby tylko jego ciało nie było tak blisko.

Kolejne okrążenie Kadic wykonał pomyślnie. Prześlizgnął się przez uchylone drzwi i stanął przy łóżku, gdzie pod kocami zakopane było jego własne ciało. Klatka piersiowa miarowo unosiła się i opadała. Naczynie działało na podstawowych instrukcjach, polegało na pamięci mięśniowej i wyuczonych relacjach. Ale nie było nim, dopóki własną świadomością był od niego oddzielony.

– Wracam. – szepnął. Przed oczami stanęły mu tysiące jaskrawych kolorów nim jego świat zalała ciemność.

A ciało na łóżku finalnie poruszyło się, przeciągle mrucząc pod nosem. Przeciągnął się leniwie i otworzył oczy. Powiódł spojrzeniem, by te przyzwyczaiło się do nocnej ciemnicy w pokoju: w rzeczywistości dusz każdy kontur był wiele wyraźniejszy, nie potrzebował wytężać wzroku, a płomień i tak oświetlał mu drogę.

Usiadł na łóżku i sprawdził godzinę na telefonie: czwarta trzydzieści. Przetarł oczy.

Ktoś tu był. Z kim dokładnie minął się na korytarzu? Czy w pobliżu mógł mieć jeszcze inną wiedźmę, o której nie wiedział? Czy ten ktoś wiedział o nim? W teorii, powinien być dla takiej istoty tym samym, czym ona była dla niego: niewyraźnym konturem.

Skowyt rozległ się jakiś czas po tym, jak się z tym minął.

Różne rzeczy działy się podczas jego poprzednich wędrówek, ale… czy coś zaatakowało? Czy ta istota była napastnikiem? A może z czymś stanęła do walki, a on powinien ruszyć razem z nią?

„Kim jesteś? Kim jesteś? Kim… jesteś…?”

~*~

W ciemnym pokoju spało dwóch chłopaków. W nogach jednego z nich rozciągał się mały pies. Podniósł głowę, kiedy wyczuł ruch w pokoju: rozejrzał się, postawił uszy jak radary.

– Cśśś, Kiwi… nie chcemy obudzić Ulricha, prawda?~

Słysząc znajomy głos, pies zamerdał ogonem i położył się z powrotem na swoim miejscu.

Po chwili ciało właściciela poruszyło się nieznacznie na łóżku, przekręciło i nagrodziło pupila drapaniem przy uszach.

Zabłąkany został nakierowany na swoją ścieżkę.

Przeczucia się sprawdzały. Gdzieś w Kadic była wiedźma. Choć sylwetki nie mógł rozpoznać, tak widział unoszący się nad dłonią płomień. Stary ród. Trzymana w tajemnicy magia przed nieobdarzonymi.

Mężczyzna. To było rzadkie zjawisko wśród nich.

– Kim jesteś, panie wiedźmo?

I czy miało to związek ze zwiększoną aktywnością na granicy rzeczywistości?

Autorka: Morrigan

Część 3

Wiele chętniej witał języki srebrnego płomienia niż smugi smolistego, czarnego dymu – tego samego, który nawiedzał go nocami w najgorszych koszmarach.
Nad tym ogniem potrafił zapanować. Nieposłuszny dym zaś wciskał się do nozdrzy i zatruwał go – truł, póki nie zostawało z niego nic. Te koszmary dopiero od niedawna zaczęły miewać swoje szczęśliwsze zakończenia. W jednych był w stanie się obronić, nim ktoś, kto kazał nazywać się mistrzem, wyciągnął po niego ponownie swoje ręce.

Nawoływał Williama z troską. Zawsze na początku ten głos był taki ciepły… zachęcający. Zupełnie, jakby wołał go ojciec. Potem pojawiała się nuta irytacji w tym głosie. Chłopak zazwyczaj ani drgnął. Nie umiał się ruszyć – nie był w stanie podejść bliżej, ale ucieczka tak samo okazywała się być niemożliwa.

I wtedy przychodził gniew.

Przed którym – William niedawno nauczył się bronić swoim własnym: tym uczuciem, które dosłownie mu wrzało pod skórą.

Srebrny płomień otaczał go jak najcieplejszy, ulubiony koc.

Nie będzie więcej żadną ofiarą. Nie będzie żadnym wrogiem… nie będzie potworem.

Ale wciąż w oczach innych był dziwakiem i samotnikiem.

~*~

Tego, jak ważnym okazywało się panowanie nad własnymi emocjami, może i nauczył się z czasem, ale na pewno odpowiednio szybko. Nie potrafił w zasadzie określić tak do końca, co było gorsze: docinki i dochodzące niekiedy zza jego pleców, ściszone głosy, czy też widok ludzi, których niegdyś uważał za przyjaciół… może bardziej jako dobry na takowych materiał, skoro przecież podzielili się z nim sekretem, jaki całą gromadą powinni bezwzględnie zabrać do grobów.

Za każdym takim razem czuł lekkie pieczenie pod skórą, która robiła się cieplejsza, niż zwykle. Wiedział, że przywołanie najdrobniejszej iskierki było kwestią jego jednego – mniej, czy bardziej rozważnego – ruchu. Podobnie również wiedział, że zrobienie tego to proszenie się o kłopoty.

Jak mógłby to wytłumaczyć? Powiedzieć, że był wiedźmą, dlatego umiał takie rzeczy? Prosta droga na oddział zamknięty, albo i… gdzie jeszcze dokładnie? Tak zakładając, że ktoś chciałby się przyjrzeć sprawie bliżej? Zdrowy rozsądek kazał trzymać w pewnych sprawach gębę zamkniętą na kłódkę.

To było podobne, jak tamto przyrzeczenie – o dochowanie tajemnicy: którego, swoją drogą, nigdy nie złamał.

– Przesuń się!

Ktokolwiek to był, mógł sobie spokojnie przejść obok. Miał dostatecznie dużo miejsca, ale jednak przyłożył z barku – William zatoczył się krok za siebie i gniewnie zerknął w stronę pleców odchodzącego, przypadkowego ucznia.

„Fuck the rules.”

– Kurwa! – dało się słyszeć, gdy zapalniczka uczniaka strzeliła mu w dłoni. Raczej niegroźnie. Zresztą, nie chciał mu robić żadnej krzywdy: bardziej miał ochotę pobawić się w całą tę mityczną „karmę”. Wystarczyło jedynie pstryknąć palcami. Sztuczkę podpatrzył podczas oglądania serialu „Supernatural” – tam tylko była bardziej brzemienna w skutkach.

– Dobrze Ci tak. – prychnął pod nosem William, zbierając się z miejsca, w którym stał.

Nie do końca poprawne i moralne – ale nauczył się, że jeżeli chciał przetrwać… to chyba niekiedy potrzebował drobniutkiej dawki skurwysyństwa we własnym wykonaniu.

Tak tylko ku przetrwaniu w tej ciut nieprzyjaznej rzeczywistości.

~*~

Srebrny ogień był przy nim cały czas – zmieniał się jedynie sposób, w jaką manifestował swoją obecność, czy też bardziej stopień jej nasilenia. Dlaczego nie odkrył tego wcześniej? To ułatwiłoby mu tak wiele. A może bardziej utrudniło?

Teraz jednak to nie miało znaczenia. Ważne, że miał – miał coś, co po raz pierwszy mogło mu pomóc stawić czoła koszmarom, w których do tej pory był tak… bezradny. Nic nie było w stanie wtedy rozświetlić tej ciemności, w jakiej znajdował się za każdym razem – obecnie zaś czarnowłosy unosił dłoń w kierunku smolistej chmury. Kłąb ten starał się przybrać ludzkie kształty.

Wreszcie, przeistoczył się w odzianego w czarny kombinezon wojownika, który w dłoniach dzierżył ciężki, oburęczny miecz.

– Jesteś w stanie to zrobić?

Wyzywające spojrzenie. Kpina w głosie.

Obleczona w płomienie dłoń drgnęła. Na twarzy wojownika pojawił się równie kpiący uśmieszek.

– Obaj wiemy doskonale, że nie. Czemu nie możesz tego, do cholery, zaakceptować? – zapytał, przechylając znajomo głowę na bok.

William spuścił na moment głowę, zbierając myśli. Przygryzł krótko wargę, przechylił własną łepetynę to na prawo, to lewo…

– Jest między nami zasadnicza różnica. – wreszcie odparł prawdziwy Dunbar – Widzisz… Ty nigdy nie byłeś mną, a pieprzoną podpuchą podstawioną w moje miejsce przez sfiksowanego wirucha. Moje myśli nigdy nie były Twoimi, a Twoje… moimi. To samo tyczy się tego spektrum. Jesteśmy różnymi istotami. A Ty… w zasadzie nawet nie istniejesz.

Odziany w czerń wojownik nie spodziewał się tego – wokół ich dwójki zebrała się większa ilość dymu.

– Jesteśmy jednym i tym samym!

– Nigdy nie byliśmy – płonący srebrem krąg zarysował się wokół Wiedźmy – A ja z chęcią popatrzę, jak Cię żrą te płomienie. By po prostu Ci o tym dobitnie przypomnieć. Stoi?

Miecz upadł z ciężkim łomotem.

Wojownik rozpłynął się – William pierwszy raz w życiu widział, by to płomienie rozrzedzały dym, ale tak się właśnie stało. Przeszłość została pogodzona z teraźniejszością.

~*~

Niedługo później, William otworzył oczy. Za oknem ponownie świtało.

Wstał z łóżka, ubrał się, zebrał plecak i jak co dzień zszedł na śniadanie. Po raz pierwszy od dawna nie czuł ciągłego pieczenia pod skórą.

Zupełnie tak… jakby jego nerwy znalazły wreszcie ukojenie.

Autorka: Morrigan

Część 2

–[ Z popielnika na Wojtusia… iskiereczka mruga… ]–

Pamiętał tę kołysankę. Mama śpiewała mu ją, gdy miał zaledwie kilka lat, a z czasem zaczęła się dziwić, że ją dalej pamiętał. Nie umiał zasnąć przy innej, chociaż ta… siała jakiś niepokój. Nie umiał do końca powiedzieć, czemu – na swój sposób powodowała ciarki na plecach, ale o nią właśnie prosił jako kilkulatek.

Podobna iskiereczka mrugała właśnie w jego otwartej dłoni – wyciągniętej przed siebie i uniesionej na wysokość twarzy. Nikle oświetlała twarz Dunbara w ciemności starej fabryki.

Płomyczek ostrożnie próbował się rozpalić – choć jego pan mu na to nie pozwalał. Nie dawał mu również zagasnąć – przynajmniej się starał. Trzymał go – ledwie się tlący, przydławiony, wpatrując się w niego jak w obrazek – gdy w głowie, jak na pętli, odtwarzała się stara kołysanka…

–[ Chodź, opowiem Ci bajeczkę – bajka będzie długa ]–

Tak? Z pewnością taka długa…?

Wiedział, jak to leciało – zarówno słowa piosenki, jak i zapis z katastrof jego życia. To miała być bajka, długa, o bohaterze, o obrońcy, o dzielnym wojowniku, który jednak okazał się być trepem na miarę „biednej, pierdolonej piechoty” z „Gwinta”.

–[ Była sobie Baba Jaga, miała chatkę z masła!

A w tej chatce same dziwy… ]–

Zachciało mu się, cholera, przykozaczyć.

Przechylił lekko głowę w bok i nagle… nastała ciemność.

–[ Pssst… iskierka zgasła. ]–

„Odetchnij i spróbuj ponownie. Tylko się wreszcie skup.”

Jakby nie robił tego już kolejną godzinę. Od której tu siedział? Nawet nie potrafił tego powiedzieć. Wtedy, gdy przychodził, rzucając torbę w kąt, słońce ani myślało jeszcze zachodzić. Teraz, przez otwarte wejście na halę, widział sierp księżyca na bezchmurnym niebie. Światło padało trochę przed nim – nie chciał w nim siedzieć, na wypadek, gdyby jednak ktoś miał zamiar tu się zapuszczać.

Chociaż, niby kto? Tumany kurzu i wciąż rdzewiejący, walający się po kątach sprzęt uświadamiał, że poza nim raczej nikt już tu nie przychodził. Po co? Dlatego wychodził z założenia, że jakby jednak się zdarzył przypadek, który przypadkiem postawi to miejsce w płomieniach, to się nic do końca nie stanie. On stąd wyjdzie. Najwyżej z dymem pójdzie złom z piwnicy.

–[ Patrzy Wojtuś, patrzy duma

Łzą zaszły oczęta! ]–

Złom z piwnicy…

–[ Czemuś mnie tak okłamała?

Wojtuś zapamięta… ]–

Owszem. Czuł się okłamany – ale żal to tylko… mógł mieć do samego siebie po tym wszystkim, prawda?

Bo kto by się porwał na powiedzenie całej prawdy takiemu durniowi jak on? Jeden przykład tego dowiódł boleśnie, dosadnie i bezsprzecznie – jeżeli czuł się okłamany, to chyba tak działo się dla jego własnego dobra.

Być może dlatego zaczynał w pewien sposób rozumieć mamę…? Bo znała go pewnie na tyle, że wiedziała – gdyby to rozgrzebał wcześniej, to mógłby odwinąć coś doprawdy głupiego.

Tylko wtedy chyba by nie zaufała mu na tyle, by dać materiały do samodzielnej nauki? A może to był zwykły gest umycia rąk – cokolwiek pójdzie nie tak, to nie ona miała z tym coś wspólnego…? Tak wiele pytań, mało odpowiedzi, wskazówki pojawiały się jedynie z kolejnymi ciągami myślowymi – a nie wszystkie przecież musiały być poprawne.

Nikły płomyczek ponownie pojawił się w dłoni. Srebrna iskierka jednak szybko zagasła tak, jak się pojawiła.

–[ Już Ci nigdy nie uwierzę, iskiereczko mała! ]–

„Żaden z Ciebie wojownik. Nawet wiedźma do dupy.”

Nieprawda.

„To nie tak, że chcieli ochronić sekret, by przypadkiem nie ujrzał światła dziennego. Od początku wiedzieli, że jesteś pieprzonym kretynem i wręcz czekali na to, kiedy sam władujesz się w pułapkę.”

Nieprawda…!

„Mama być może by ci powiedziała wcześniej, ale zna cię doskonale. Jesteś niereformowalnym przypadkiem idioty.”

Nieprawda!

„Śmiesz mówić, że czujesz się oszukany? Wiadomo już przecież, że im mniej wiesz, tym lepiej dla wszystkich wokół-”

NIEPRAWDA!!!

Już Ci nikt nigdy nie uwierzy, moja wiedźmo mała…”

Jeszcze raz. Srebrna iskierka.

Jeszcze raz ledwie zamrugała.

I jeszcze raz zgasła.

Zamknął oczy, zacisnął drżące już z nerwów dłonie w pięści i położył je na podkulonych nogach. Spuścił głowę.

„Już Ci nigdy nikt nie uwierzy…”

Ile w ten sposób spędził…?

Wciąż była noc. Tylko sierp księżyca zmienił swoją pozycję na niebie. Nikt nie dzwonił. Nikt go nie szukał. Przecież, gdyby zorientowano się co do jego nieobecności w akademiku, powiadomiono by rodziców. Może ktoś by szukał.

Kto wiedział – może jego mama pojawiłaby się przed nim, demonstrując na własnym przykładem działanie tej całej teleportacji, o której ostatnim razem wspominała…?

–[ Chwilę błyszczysz, potem zgaśniesz… ot, i bajka cała. ]–

– A jeśli… udowodnię?

Co i komu?

– Jeżeli nawet zawaliłem jako wojownik, to może… jednak mogę być jeszcze wiedźmą…?

Księżyc przesunął się akurat tak, że oświetlał siedzącą na ziemi sylwetkę licealisty.

William odetchnął i ponownie uniósł dłoń na wysokość swoich oczu. Pojawił się w niej płomyczek, srebrny, drobniutki.

– To… nie musi się kończyć w ten sposób… tak szybko – mówiąc to, drugą dłonią zrobił daszek nad ognikiem.

– Słyszałeś, że coś jest w tamtej starej fabryce…?

Dwóch gimnazjalistów stało na korytarzu akademika, dyskutując o czymś zawzięcie – tylko ściszonym głosem i co chwilę rozglądając się na boki.

– A… co?

– Wiesz… ponoć tam coś straszy. Jakiś duch…? A Leo mówił, że widział jakieś dziwne błyski, ale zwiał, gdy coś zaczęło mówić. Tak wiesz, cicho. Zaczął mówić…

Zamilkli. Każdy z nich wziął krok od siebie, w tył, gdy tylko zorientowali się, że korytarzem szedł inny uczeń. Przepuścili czarnowłosego chłopaka i ponownie się do siebie zbliżyli.

– Może jakaś czarownica? – kontynuował szeptem – Wiesz, woła dzieci, a potem zjada! Jak Baba Jaga!

Nie widzieli, jak William uśmiechał się pod nosem, przystając pod drzwiami pokoju. Zaczął grzebać w kieszeni spodni, cicho sobie nucąc znaną sobie melodyjkę.

Na Wojtusia z popielnika… iskiereczka mruga…

Przekluczone drzwi uchylił i wszedł do środka. Trochę chciało mu się śmiać, kiedy słyszał tę rozmowę – może jednak trzeba było trochę ich nastraszyć, żeby się tam nie zapuszczali? Och, dzieci nie zjadał jak tamta czarownica. Ale… wiedźmą już był.

Zostawił przejętych gimnazjalistów samych.

Chodź, opowiem Ci bajeczkę – bajka będzie długa.

Autorka: Morrigan

Część 1

A cholera jasna! Khe, khe…! Co tu tyle dymu!? Dunbar, otwieraj! Zachciało się papierosków w pokoju, co!?

Szlag…”

Zdusił ogień pod kocem – odciął językom płomienia dostęp do tlenu. Pozostał tylko gryzący, unoszący się po pomieszczeniu dym. Płucami ścisnął kaszel – naprędce poderwał się z ziemi i doskoczył do okna – miał je tylko uchylić, ale otworzył je na oścież.

Oddychał głęboko, łapczywie chłonąc powietrze, którego aktualnie nieco mu brakowało. Szybko wytarł twarz rękawem – napad duszącego kaszlu wydusił spod powiek łzy.

– Dunbar!

– J-już…

Nawet głos miał nieco zachrypnięty Zanim odbił się od tego parapetu, spojrzał w stronę rozłożonego na ziemi koca.

Albo już mu odbiło do końca, albo naprawdę fotografia stanęła mu dłoni w srebrnym ogniu.

———

– Mówiłem – robiłem doświadczenie na chemię, tylko… nie wyszło.

William Dunbar mówił tę samą wersję już po raz trzeci: raz Jimowi, drugi wychowawcy i kolejny – dyrektorowi. Jean-Pierre z całej tej trójcy, po jakiej go przegnali, wydawał się być najbardziej skory do wiary uczniowi, że było to nic ponad nieszczęśliwy wypadek podczas wykonywania samodzielnego zadania na wyższą ocenę z przedmiotu.

Już dawno nikomu nie wcisnął takiej ściemy – tyle dobrze, że wielokrotnie powtarzane kłamstwo miało szansę zostać przyjęte jako prawda.

Nie można było licealiście również odmówić daru przekonywania, tak swoją drogą.

– I ten dym również był wynikiem tego doświadczenia? – Delmas poprawił okulary na nosie – Wasza klasa nie deklarowała żadnego rozszerzenia z chemii…

– Uch… Chciałem trochę podciągnąć ocenę…

Niewinny uśmieszek numer pięć, udanie speszonego całym zamieszaniem.

Jeżeli nie wiesz co robić – rżnij głupa. Na to zawsze się ktoś nabierze.

Pokoje nie były monitorowane, nikt nie był w stanie zweryfikować, jak było rzeczywiście. Jim tylko widział spopieloną kartkę…

…będącą niegdyś wspólną, wywołaną fotką Williama z Yumi, znalezioną przypadkiem, a przywołującą dość skrajne wspomnienia. Tylko… czemu, ni z gruchy ni z pietruchy, na samą myśl o spaleniu zdjęcia, to zajęło się ogniem i to w dodatku w odcieniach srebra? Google nic nie mówiło na ten temat – nawet uważał, by podczas wyszukiwania tej i innych, zazębiających się fraz, nie być połączonym z siecią szkolną. Jeszcze by go jednak jakoś z tym powiązali.

– N-naprawdę nie chciałem… tylko to za mocno buchnęło… m-musiałem źle odmierzyć proporcje i…

Okej, trochę go ściskało kaszlem, ale teraz musiał sobie trochę pomóc, zanim skończą mu się drogi “ucieczki”.

– Jim, odprowadź Williama do higienistki. Oczywiście, muszę powiadomić o zaistniałym incydencie twoich rodziców, ale… skoro mamy do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem, to nie wiem, czy tu cokolwiek mogę więcej.

I mówiąc to, dyrektor znacząco spojrzał w stronę wuefisty i opiekuna akademika zarazem. Zupełnie tak, jakby chciał mu powiedzieć “A jeszcze raz, do cholery, zacznij szukać dziury w całym – to zadbam osobiście, żebyś z takową skończył niekoniecznie w swoich drzwiach, Morales.”

———

Owszem, zdarzało mu się popalać papierosy: ale robił to akurat tak, by z łaski swojej, nie dać się na tym przyłapać. Już wystarczyło mu problemów w życiu. I tak, relatywnie niedawno mu odpuścili to, jak rzekomo odstawiał cyrki pod koniec gimnazjum.

Wciąż wygodniej było twierdzić, że odbiła mu szajba przez hormony, niż tłumaczyć, że rzeczywiście to nigdy nie był on, a niespełna rozumu polimorficzne spektrum stworzone na potrzeby krycia faktu, że prawdziwy William był pod butem wirusa na jakieś dobre pół roku.

Od swojego powrotu nie rozmawiał z wojownikami.

Zostawili go samego sobie – zupełnie jak kredowy obrys zwłok w serialach kryminalnych. Każdy taki kończył zmyty przez deszcz…

Przeniósł się do równoległej klasy by nie mieć styczności z Ishiyamą. Niech się bawi z Ulrichem.

Albo nim. Widać, że całkiem mu się to podobało.

Schował się za drzewem – tak, by nie było go widać z perspektywy szkolnego dziedzińca. Plecami oparł się o pień, z jednej kieszeni spodni wyciągnął paczkę z papierosami, z drugiej – chciał wydobyć zapalniczkę.

Skończyło się na chęci, bowiem w rzeczywistym świecie trudno było zrobić coś z niczego. “to nie tak, że ledwo trzy godziny temu w ręku ci się podpaliła fotka “.

Jak i mało rozsądnym było raczej ponownie truć się dymem, skoro niedawno się go naprawdę sporo nawdychał.

A może – tak, dopiero teraz pomyślał pod tym kątem – to była sprawka XANY?

Nie… to akurat byłoby zbyt oderwane od rzeczywistości, Chociaż, pewnie łatwiejsze do logicznego wyjaśnienia.

Jakieś zalążki, pakiety, exploity, ale nie, na litość boską, samozapłon zwykłej kartki!

Z frustracji machnął ręką, w której trzymał wyciągniętego z paczki papierosa: z początku miał go nie wyrzucać, tylko… poczuł z niego dym. Dymiło się od filtra, tuż przy jego palcach.

– Szlag…! – krótko zawołał, puszczając fajka.

Palił się. Mógłby przysiąc, że znów widział te srebrne iskierki!

Zwariowałem, prawda…? Ja zwariowałem…! T-to się nie dzieje, jestem w jakiejś chorej bańce… m-może dalej jestem pod kontrolą!? Czyli to wszystko to tylko złudzenie…? Te… te lata…?”

Szybko zadartą papierosa i oddalił się z miejsca zdarzenia – w głąb parku.

Zbyt realne… ale to, co dzieje się teraz – kuźwa, odklejone w cholerę, no!”

Wsadził dłonie w kieszenie kangurki – i szybko po chwili wyciągnął. Jeszcze brakowało, żeby sobie podpalił bluzę i to na własnym grzbiecie.

Przestań, kurwa…! To się nie dzieje!”

W takim razie… jak wytłumaczysz to, co się dzisiaj dzieje – czyżby jednak bańka?”

O tym że to nie była jednak żadna bańka, dowiedział się, kiedy zadzwonił telefon i dowiedział się że miał zaraz dotrzeć do szkoły, gdziekolwiek by nie był.

———

– Och, mój synek dorasta~! Nawet nie wiesz, jaka jestem z Ciebie dumna, Will!

– Um… m-mamo…?

– No co, skarbie? Mamy, co świętować! Jesteś wiedźmą!

William zamilkł. Gdyby miał okulary, właśnie by je zdjął, porządnie przetarł i ponownie założył. Zamiast tego, mógł tylko podnieść głos.

ŻE NIBY CO…!?

Cynthia Dunbar wydawała się być niesamowicie dumna z samej siebie z racji tego, że właśnie wywróciła jedynemu synowi świat do góry nogami.

– Wiedźmą. Tak, jak ja, twoja babcia, prababcia, pra-prababcia…

Wiedźmy nie istnieją! N-nawet, gdyby, to czemu n-nic…!?

Gorączkowo machał dłońmi, rozglądając się wokoło. Na mamę spojrzał dopiero po dłuższej chwili.

– Wiesz, synku… magią rzadko kiedy się parają w naszej rodzinie mężczyźni i u mało którego się odzywa… na przykład, twój wujek jest niemagiczny…

– I-i co z tego!? Na pewno wie!

– No wieee… Babcia musiała go uświadomić, zanim zszedł na zawał w wieku szesnastu lat, że ogień w kominku się nagle zrobił srebrny…

William oparł łokcie o blat stołu i ukrył twarz w dłoniach. Postarał się głębiej odetchnąć.

– I-i miałaś zamiar to przede mną ukrywać?

– Oj, synku… nikt się nie spodziewał, że jednak się to odezwie. Powiedziałabym Ci na dwudzieste pierwsze urodziny!

Przetarł oczy, odgarnął włosy.

– Jestem… wiedźmą. Jeszcze daj mi jakiś magiczny kocioł i miotłę… kurwa no…

– Wyrażaj się, srelu! Szanujmy się – teraz wiedźmy nie latają na miotłach. Mamy zaklęcia telepo-

– …jakie?

– …no tak. Czeka Cię dłuuuga droga… no cóż! Zostawię Ci księgi, będziesz miał co robić w wolnej chwili.

William spojrzał na matkę z niedowierzaniem.

– N-nie nauczysz mnie…!? Najpierw sam się przekonuję na sobie, że coś jest nie halo, prawie puszczam z dymem akademik, a potem mi mówisz, że sam się mam nauczyć…!?

– Synku… każda z nas musiała! Ale, spokojnie, uczcimy to, moja ty wiedźmo~! Po prostu… mam trochę spraw na głowie.

Wdech. Wydech.

Z frustracji, podpalił przypadkiem leżący obok zeszyt.

– Cudownie. – prychnął.

Autorka: Morrigan