„Odliczajcie… dni… on przyjdzie.”
Harmider na granicach światów uspokoił się, ale nie ustał kompletnie, co martwiło Williama i Odda. Kolejni zagubieni wciąż się pojawiali, co oznaczało, że Wieszczek miał ręce pełne roboty. Sprowadzanie ich do ciał i wkręcenie, że to tylko głupi sen, chociaż brzmiało jak zabawne, tak… sprawiało, że chłopak budził się niekiedy bardziej zmęczony, niż gdy się kładł.
Niestety, to, że ciało odpoczywało, nie oznaczało, że umysł również był w stanie. Dusza nieustannie pracowała. Jej synchronizacja z ciałem przebiegała… cóż, opornie.
William zaś? Tak, bardzo chciał pomóc, ale ilekroć udawało mu się przedostać do rzeczywistości dusz, tak Odd szybko go namierzał… zdecydowanie za szybko, gdyby zapytać samego zainteresowanego. Nie wiedział, dlaczego – chłopak był już tak wyczulony na ślad, jaki za sobą zostawiał? Mógł go wyczuć z dala? O cokolwiek by nie chodziło, i czego tylko William by nie spróbował, by temu zapobiec… zderzał się ze ścianą.
Odd pojawiał się nagle, łapał go i prowadził z powrotem do ciała, twierdząc, że fajnie by było, jakby ktoś tu był na chodzie. I, na litość boską, niech wywietrzy wreszcie ten pokój zanim stary Jimbo sobie pomyśli, że chłopak palił nie tylko szałwię, i na pewno nie w blaszanej miseczce. Dobrze, więc wywietrzył ten pokój. Na całą noc zostawił otwarte okno i zmarzł jak pies bez budy – jego organizm szybko zaczął się bronić, wydzielając przez sen większą ilość ciepła.
W ten sposób William odkrył, jak łatwo mógł wykręcić się raz na jakiś czas od zajęć, jeżeli tylko umiejętnie podniesie temperaturę swojego ciała. To oznaczało więcej czasu dla siebie (o ile nie uznał, że przyciąganie łóżka było za mocne, by wstać zgodnie z pierwotnym założeniem i kończyło się na drzemce w budziku, drugiej, przespaniu trzeciej oraz wstaniu godzinę po czasie docelowym) i możliwość przyjrzenia się sytuacji, która, w opinii Williama, za ciekawa nie była. Osobiście podejrzewał, że takich przypadków jak Sissi mogło być więcej, ale takie osoby nie zawsze musiały być takimi szczęśliwcami, jak ta dziewczyna, że w pobliżu okażą się być wieszczek i wiedźma, którzy ją wyciągną i wyratują od konsekwencji własnej głupoty. Z tego również powodu postanowił dobrać się do ksiąg, które zostawiła mu mama. Robił to w nadziei, że natknie się na cokolwiek, co mogłoby mu pomóc.
Dwa pierwsze dni praktycznie pod koniec dnia przysypiał przy biurku, z głową opartą o blat.
Niekiedy na czole odciskał mu się rękaw jego koszulki.
Trzeciego dnia trafił na rysunek podobny do tego wilka, który pojawił się w parku, przyzwany przez Sissi. Postanowił pójść tym tropem.
— }><{ —
— Kurwa jej mać!
— …tobie też miłego dnia, William.
William po raz pierwszy w życiu zignorował fakt, że Odd mieszkał w pokoju z Ulrichem. On tylko zapukał, ale i tak sam sobie otworzył drzwi, i sam wszedł, jakby do siebie. Pod pachą kurczowo trzymał opasłe tomiszcze w kolorowej, materiałowej osłonce na okładkę; nikt nie potrzebował wiedzieć, co to było, poza faktem, że z pewnością miało już parę ładnych lat.
Całe szczęście, Ulricha nie było w pokoju, zatem rzucił książkę na biurko Odda (który to, notabene, bazgrał coś w swoim szkicowniku), pstryknął palcami i pozwolił magii znaleźć odpowiednią stronę.
— Patrz, co ta psiuta przywołała. — William krótko rozłożył ręce i pozwolił, by z całej niemocy opadły mu wzdłuż ciała.
— Nie no, William… nie może być aż tak źle. — Odd odsunął od siebie wyświechtany zeszyt w kratkę i zerknął na księgę. Wilk z rysunku dalej łypał groźnie oczami. — O, to wygląda jak nasz klient sprzed paru dni, co nie?
— Przeczytaj opis, cierepeto… — Dunbar wywrócił oczami.
„Chłopie, no zlituj się.”
W tym momencie, uśmiech Odda zaczął coraz to bardziej niknąć. Włoch poprawił się w siedzeniu i wczytał w tekst: zajmowało mu to trochę dłużej, ale nie prosił Williama o żadne tłumaczenie z angielskiego. Jeszcze na tyle to rozumiał – tudzież Szkot domyślał się, że to nie była pierwsza księga, z którą Odd miał styczność. Czasami miewał wrażenie, że ten śmieszek był bardziej inteligentny, niż to chciał w ogóle okazać.
— …jasny chu-
— No właśnie, kurwa, nie! Żeby jeszcze jasny był, ale nie jest! Jest cza-…
— O tym, jaki jest, będziemy rozmawiać później! Pod ogon mu zaglądał na pewno nie będę, ale… no mamy problem. — wieszczek podrapał się po głowie, zerkając to na strony księgi, to na Williama.
— No ale… jeżeli ich przyjdzie więcej, to… przecież tego jednego już odesłałeś. — wiedźma popatrzył na towarzysza, nieco ściszając swój głos. Miał nadzieję, że te złe scenariusze w jego głowie da się wyciszyć. — Typie, rozprawiłeś się z nim jak stary zawodowiec!
— Tak, bo odesłałem go na pałę gdzieś w Pustkowie!
— Że, gdzie!?
— Tam, gdzie zazwyczaj wieszczkowie wydupiają różne rzeczy. Takie, żeby za łatwo sobie nie wróciły, ale… mniejsza o to! — Odd machnął ręką. — Mamy problem.
— …ich przyjdzie więcej.
— Owszem.
— Ta psiuta złamała pieczęć.
— Cwel mówił o jakiejś łowczyni, prawda?
William pokiwał głową.
— Właśnie nam się może przydać. — Odd dokończył, odsuwając księgę w stronę Williama. — Bo to, co się zbliża, wcale nie będzie takie szybkie do ogarnięcia. Czeka nas trochę roboty i to wcale nie tylko w rzeczywistości dusz.
— Przyjdą też tutaj. — William szybko wywnioskował, czując, jak po kręgosłupie przebiegał mu dreszcz.
— I o tym wiemy tylko dwoje. I chyba… nie do końca możemy powiedzieć reszcie.
Autorka: Morrigan