Poszukiwacz – wersja pełna

1.

Cyfrowe Morze było wyjątkowo spokojne tej nocy. Jacht kołysał się prawie niezauważalnie, przecinając wirtualne fale – choć czy można tu było mówić o jakichkolwiek falach?

Niebo wypełnione było gwiazdami. Niełatwo było je obserwować w realnym świecie, nawet na środku oceanu. Tutaj jednak nie przeszkadzały światła- nawet w środku cyfrowego miasta widać było całe nocne niebo. Tej nocy było widać coś jeszcze – setki świateł statków w oddali, płynących z pośpiechem w różne strony.

Seriz tęsknił do samotnych podróży w rejony, które nie były aż tak uczęszczane. Czasem przez wiele godzin nie widywał żadnych pojazdów, czy struktur. Czasem zaś napotykał te porzucone w odmętach morza – to były kopalnie wiedzy o wczesnej eksploracji Cyfrowego Morza. Choć wiele z nich było też symbolicznymi grobowcami – z czasów, gdy wypadnięcie do wody kończyło się śmiercią.

Ktoś zawołał z dołu na Seriza. Chłopak wygiął się w tył, bo niewielka platforma nie dawała mu zbyt wielkiej możliwości obrócenia się.

– Idę – krzyknął, widząc twarz właściciela statku.

Ostrożnie zszedł na dół, jak zwykle ganiąc się za niezakupienie żadnej zdolności neutralizującej obrażenia od upadku – chyba, że miałby skakać do wody.

– Wybacz, że tyle to zajęło – zaczął właściciel, zanim Seriz zdążył postawić nogę na pokładzie. – Nie spodziewałem się, że spotkanie aż tak się przeciągnie. Zaprosiłbym cię wcześniej – uśmiechnął się. – Ale teraz możemy porozmawiać.

– Miło cię widzieć, Ilgard – Seriz odwzajemnił uśmiech. – Nie widzieliśmy się tyle czasu; kilka godzin nie stanowi większej różnicy.

Ilgard roześmiał się. 

– Dostałeś moją wiadomość? – zapytał. – Wybacz, że nie rozjaśniłem wszystkiego od razu, jednak liczyłem, że większość spraw uda nam się omówić osobiście.

– Dostałem. Nadal jednak nie mam pojęcia, dlaczego mnie tu przyzwałeś? Przyznam, że kwestia pieniędzy jest rzeczywiście interesująca, ale jeszcze bardziej interesuje mnie: za co? Za co proponujesz mi – dawnemu przyjacielowi – dwa miliony? 

Ilgard ponownie się uśmiechnął.

– Słyszałem, że ostatnimi czasy interesujesz się zaginionymi sektorami, bazami w odmętach Morza…

– Chodzi ci o Xan Guldur? – Seriz przewrócił oczami, choć Ilgard nie mógł tego zobaczyć zza maski.. – Rozumiem, że plotki o mojej wizycie w fortecy dotarły i do ciebie. Nie mogę cię tam zaprowadzić, ani też sam się do niej dostać. Nie potwierdzę też, czy kiedykolwiek w niej byłem.

Ilgard znów się roześmiał. Najwyraźniej dobrze wiedział, że Seriz odwiedził Xan Guldur i, może nawet – kiedy.

– Może usiądziemy? – zaproponował, wskazując na stojące na drugim końcu pokładu stoliki. – Nie, nie chodzi mi o ten zaginiony sektor, a coś znacznie nowszego.

Ruszył w stronę stolików; Seriz wzruszył ramionami i podążył za nim.

– O czym w takim razie mówisz?

Usiedli.

– Jakiś czas temu pojawiły się plotki o zamku latającym ponad cyfrowym morzem. Coś jak z tej starej bajki… Cóż, jeśli plotki okazałyby się prawdą, chciałbym być pierwszym, który ten zamek odszuka. Za kilka godzin znajdziemy się w miejscu, gdzie po raz pierwszy zauważono zamek.

– I chciałbyś, żebym…

– Żebyś go wytropił. Nie sądzimy, żeby pojawił się w tym samym miejscu zbyt szybko – niektórzy mówią, że nie ma żadnej wyznaczonej trasy. Albo jest przez kogoś sterowany, albo działa na podobnej zasadzie, jak wspomniane Xan Guldur.

– Nie sądzę, żebym był w stanie wytropić jakikolwiek sektor, czy statek… – zaczął Seriz, jednak widząc kpiący uśmiech Ilgarda, przerwał, by zaraz potem powiedzieć: – Dobrze wiesz, że plotki o moich rzekomych mocach zawsze są przesadzone.

– Wiem, wiem… Ale tym razem plotka pochodzi od naszego wspólnego przyjaciela i idealnie komponuje się z tym, co już wiedziałem. Nadal bawisz się sztucznymi inteligencjami, prawda? Jak się miewa Tes?

Seriz drgnął. Program pobudził się w jego wirtualnej podświadomości.

– Cóż, interesuje mnie tylko, czy byłbyś w stanie to zrobić… Ale tak na serio. Czy Tes…?

– Tak, mógłby – odparł Seriz gorzko. – Choć może to być cholernie trudne, zakładając, że region, w który płyniemy jest tak samo obładowany statkami, jak ten – stwierdził, a widząc niezrozumienie na twarzy Ilgarda, kontynuował. – Żeby odnaleźć statek, sektor, cokolwiek, potrzebny jest klucz. Żeby do niego wejść, gdy nie ma właściciela – tym bardziej. Jeśli przez dany region przepływa tysiąc statków dziennie, znalezienie klucza może przedłużać się w nieskończoność. Zwłaszcza, że nie wiem, kiedy twój podniebny sektor tam się pojawił.

– To nie będzie wielki problem – zaczął rozmówca. – Świadek podał nam datę i godzinę; czternasta dwanaście; jedenaście dni temu. Region… nie wydaje mi się, żeby był uczęszczany. Nie jest może prywatny, ale niewielu tam pływa…

– Co i tak nie zmienia faktu, że jedenaście dni to całkiem sporo – mruknął Seriz. – No dobrze. Mam pewne wątpliwości co do tego, jednak możesz na mnie liczyć. W końcu pieniędzy ci nie zwrócę…

– Słucham? – zdziwił się Illgard.

Seriz żałował, że tamten nie widzi jego uśmiechu.

– Tylko żartowałem.

2.

Rankiem przybili do brzegu niewielkiej, prywatnej wysepki. Większość członków załogi i Ilgard wylogowali się; Seriz zaś rozłożył na plaży niewielki leżak, który od paru lat zalegał mu w ekwipunku i wyciągnął się na nim, wpatrując się w niebo.

Tes od kilku godzin wypominał mu, dlaczego uważa współpracę z Ilgardem za zły pomysł. “Za mało danych”, “Nie wiemy jaki jest jego cel”, “Zamek, o ile istnieje, na pewno ma właściciela.”, “Nie powinieneś się w to mieszać.”

Ale Seriz nie chciał słuchać. Robił to dla pieniędzy… Może też dla dawnej przyjaźni. Z Ilgardem Willsonem znali się jeszcze z gildii. Jeśli rzeczywiście rozmawiał z Rayem, może nie było po co się stresować.

“Pożałujesz tego” powtarzał Tes z wyrzutem, choć Seriz nie był pewien, czy program rzeczywiście jest na niego zły.

“Przetrzepanie dwóch tygodni danych zajmie nam z miesiąc!”

Cóż, tutaj Seriz musiał się zgodzić. Nawet jeśli i on, i Tes będą pracowali nad deszyfracją wszystkich informacji o regionie, zajmie im to nieprzyjemnie dużo czasu. Chłopak liczył, że zanim to nastąpi, Ilgard znudzi się czekaniem, lub znajdzie inną, świeższą wskazówkę.

Tymczasem Seriz przymknął oczy, pozwalając sobie na chwilę relaksu. Oddał cyfrowe ciało pod opiekę Tesowi, choć ten nie skończył jeszcze marudzić, i zapadł w drzemkę.

***

– Przepraszam, że przeszkadzam – głos cyfrowej asystentki wyrwał Seriza ze snu. A może to Tes postanowił go obudzić, bo nie chciał rozmawiać zamiast niego?

Chłopak otworzył oczy. Nad nim stała, ubrana w elegancki kostium, sztuczna dziewczyna. Po jej twarzy raz po raz przemykały cyferki – wymagana prawnie oznaka, że nie jest prawdziwą istotą.

– Mój pan nalega, żeby porzucił pan towarzystwo pana Willsona, oraz prosi o spotkanie. W wypadku braku pańskiej zgody, prosi o przekazanie ewentualnego kontaktu na przyszłość. 

Seriz ziewnął.

– Kim jest twój pan?

– Mój pan preferuje anonimowość. Zapewnia jednak, że jego propozycja ma służyć jedynie pańskiemu dobru.

Seriz przytaknął. Tes wyjątkowo nie podpowiadał mu, co powinien zrobić, co przyjął z ulgą.

– Proszę przekazać twojemu panu, że nie zamierzam obecnie opuścić Willsona… Jednak jesli okoliczności ulegną zmianie, skontaktuję się z nim.

Asystentka przez chwilę przetwarzała odpowiedź. Potem przytaknęła, a do Seriza przyszła przygotowana na tą okazję wiadomość. Kobieta zaś bez słowa odeszła.

~ To ma związek z Xan Guldur ~ stwierdził Tes. ~ Ale nie tylko. Z Xaną?

~ Co chcesz przez to powiedzieć? Znaczy – tak, to oczywiste, że ma jakiś związek… Na Xan Guldur wielu poluje od lat. Nie zdziwiłbym się, gdyby nasz latający zamek miał zaprowadzić Ilgarda do fortecy… Jednak jeśli to na jej ślad wpadniemy, nie zamierzam wchodzić w drogę Różanowi. Dobrze o tym wiesz.

Tes nie odpowiedział. Zgodzili się na to już wtedy – nie rozmawiać o tym, co zdarzyło się w Xan Guldur. W końcu, oficjalnie nigdy ich tam nie było.

~ Do kogo należy ta asystentka? ~ zapytał po chwili Seriz.

~ Jest wynajęta. Nie jestem w stanie ustalić obecnego właściciela. Możliwe, że wynajęto ją tylko po to, żeby przekazać ci wiadomość.

~ A wyspa?

~ Do jednego ze współpracowników pana Willsona. Stephanie Hopkins.

~ Nie zdziwiłbym się zwykłą rywalizacją…

~ Mimo wszystko, wciąż proponuję się wycofać.

Seriz prychnął.

~ Możemy się wycofać w każdej chwili.

Tes przez dłuższą chwilę nie odpowiadał.

~ Może jednak nie chodzi o znalezienie Xan Guldur, czy Xany ~ stwierdził po chwili.

~ Hmm? ~ Seriz zdziwił się powrotem do tematu.

~ Nie zwróciłem wcześniej na to uwagi, lecz zarówno ty, Różan, jak i Willson i Hopkins jesteście w różnym stopniu powiązani z turniejem aren. Hopkins uczestniczyła w jednej z poprzednich edycji – skończyła ją na trzecim miejscu. 

– Areny? – Seriz powtórzył to głośno. – Lecz w jaki sposób sektor miałby być powiązany z Arenami?

~ Mógłby należeć do któregoś z uczestników? ~ zaproponował Tes.

~ Gdyby tak, Willson zapewne wiedziałby do kogo i nie musiałby go szukać.

~ Uważasz, że myślę w złym kierunku?

~ Nie, nie… Coś może być na rzeczy. Tylko nie mam pojęcia – co.

3. 

Podróż zajęła cały kolejny dzień, mimo zapewnień Ilgarda, że za kilka godzin będą na miejscu. Dołączyła do nich niemała flota luksusowych jachtów, które Seriz oglądał teraz przez okrągłą szybę swojego apartamentu.

Tes co jakiś czas podsuwał mu różne propozycje, w jaki sposób tajemniczy sektor może łączyć się z Arenami i różnymi ich uczestnikami. Niektóre z tych sugestii miały mniej sensu, niż inne, ale zasadniczo nie były złe. 

Poza tym, Seriz umierał z nudów. Wpatrywanie się w prawie takie same jachty nie zapewniało mu rozrywki. Tak samo jak paplanina Tesa. Szczerze wolał, gdy tamten namawiał go do ucieczki. Teraz zupełnie wkręcił się w swoją teorię spiskową.

“Prawie jak człowiek” – pomyślał po cichu Seriz, choć był pewien, że Tes usłyszał to.

– Czy Willson jest na statku? – zapytał po chwili.

~ Wyczuwam go. 

~ Pójdę do niego ~ stwierdził Seriz. ~ Zaczynam być bardziej zirytowany, niż ciekawy. 

~ Nie wiem, czy to najlepszy pomysł ~ zaczął Tes, lecz Seriz wstał już od okna i ruszył w stronę drzwi apartamentu.

~ Dobrze. Nie on, to ktoś inny.

~ Co masz na myśli?

~ Wiesz, co mam na myśli ~ odparł Seriz, otwierając drzwi. ~ Zaczynam zgadzać się z tobą, że cała ta podróż była złym pomysłem. Nie wiem, gdzie właściwie jesteśmy, ani gdzie płyniemy. Ale ktoś z załogi może wiedzieć. Albo ktoś z innych gości. W końcu z kimś Willson musi prowadzić te wielogodzinne rozmowy.

~ Nie wiem, czy mamy zezwolenie na poruszanie się po statku.

Seriz drgnął.

~ Dlaczego mielibyśmy nie mieć…? Nie rozśmieszaj mnie, Tes. Jeśli coś nas blokuje, wyłącz to.

Tes nie odpowiedział. O czymkolwiek mówił, nie zabroniło Serizowi wyjść na korytarz, a później na pokład. 

Nie był tam sam. Kilka osób krzątało się w te i we w tę, jedna osoba siedziała przy stoliku odwrócona tyłem do Seriza, popijając coś z wysokiego kubka. Nikt nie zwrócił uwagi na pojawienie się chłopaka – ani tutaj, ani na żadnym z innych jachtów. Zresztą, dlaczego ktokolwiek miałby go zauważyć? Może tylko przez maskę… Ale Seriz już na pierwszy rzut oka widział, że nie jest jedynym, który zasłania twarz.

Wolnym krokiem ruszył w stronę siedzącego przy stoliku mężczyzny… Przynajmniej Tes podpowiadał mu, że to mężczyzna.

– Czy mogę się dosiąść? – zapytał, stając tuż obok.

Mężczyzna odwrócił się do niego z uśmiechem, a Seriza przebiegł nagły dreszcz.

– Oczywiśćie. Proszę.

Seriz poczuł się, jakby zaraz miał się wywrócić. Szczęście, że kontrolę nad jego ciałem momentalnie przejął Tes i, że zaraz usiadł.

“Przecież ty nie żyjesz!” chciał wykrzyknąć Seriz, patrząc na twarz mężczyzny. 

Japończyk. Japoński lekarz, podobno martwy od dwóch miesięcy.

– A więc to pan jest drugim gościem Willsona? – zaczął tamten. – Pan Cortez, tak? Wiele o panu słyszałem. Akio – przedstawił się, podając chłopakowi rękę.

– Tak, miło mi – odparł Tes, udając zwykły ton Seriza.

“Wydaje się zupełnie inny, niż kiedy rozmawialiśmy w realnym świecie” myślał Seriz. Nie był pewien, czy dobrze widzi, ale Tes potwierdzał. To był ten doktor, który miał stworzyć mu sztuczną nogę. Ten, na którego zbierał kosmiczną kwotę. Jak przeżył? Może spreparował własną śmierć?

– Żałuję, jednak Willson nie opowiadał mi wiele o panu – zaczął Tes. – Czym się pan tu zajmuje?

– Zajmuję się? – Akio wydał się rozbawiony. – Jestem gościem, tak jak pan. Chyba, że Willson prowadzi z panem jakieś ukryte przede mną interesy?

Tes pokręcił głową.

– Źle się wyraziłem. Chodziło mi o cel pańskiej podróży? Wydaje mi się, że nie zrozumiałem się z panem Willsonem w kwestii lokacji, do której zmierzamy. O ile wiem, mieliśmy tam być już jakiś czas temu.

Akio przez chwilę milczał. Przypatrywał się masce Seriza, jakby próbując z niej coś wyczytać.

“Nie wiesz, kim jestem. Znasz moje prawdziwe nazwisko, ale nie wiesz, że należy do mnie” powtarzał sobie Seriz.

– Nie jest więc pan wtajemniczonym gościem – stwierdził w końcu, biorąc ostatni łyk napoju. Zaraz potem wstał, a zza jego luźno zapiętej koszuli wysunął się jakiś medalik. Seriz nie był w stanie zobaczyć, co na nim jest, lecz Tes widział to wyraźnie: symbol Xany.

~ Jeśli Willson wie o tobie, wie też, z czego jesteś stworzony ~ pomyślał Seriz, gdy tylko Tes przekazał mu tą informację.

Spokojnie czekali, aż Akio zejdzie z pokładu, choć Serizem targały emocje.

~ Xana i turnieje ~ mruknął Tes. ~ Jesteśmy zarówno ich celem, jak i drogą do znalezienia innych celów.

~ O ile latający sektor nie był tylko przynętą na nas.

~ Sam mówiłem, że to zły pomysł.

~ Mówiłeś.

Zaraz potem Tes wymusił wylogowanie Seriza.

4.

W ciemnym pomieszczeniu w realnym świecie siedziało siedmiu zamaskowanych mężczyzn. Każdy z nich miał na palcu pierścień z symbolem Xany- każdy z nich był delikatnie zmieniony. Siedmiu generałów, którzy nigdy nie spotkali ani nie służyli Xanie, a jednak zjednoczonych pod jego symbolem. Spostrzegawczy obserwator zauważyłby, że na każdym z pierścieni wygrawerowane jest nazwisko. Nie prawdziwe, lecz to, które przyjmował posiadacz pierścienia jako jedna z głów kultu. Jako Lord Xany.

Kult Xany rozrastał się, sięgał coraz dalej. Gdyby był oficjalną spółką, dawno prześcignąłby tryliardowe akcje najsilniejszych firm na świecie. Mieli wpływ na wszystko. Członków w każdym rządzie, każdym mieście, każdej wiosce. Nie mieli tylko swojego pana – Xany.

– Wiemy, gdzie obecnie znajduje się Seriz Cortez – odezwał się jeden z generałów. – Pozostaje nam znaleźć pozostałe pionki… Dlaczego zajmuje nam to tak długo? – zapytał, zwracając się do ukrytej w cieniu, także zamaskowanej postaci.

– To nie potrwa długo, lordzie. Jesteśmy na ich tropie. Za kilka dni będziemy ich mieli.

– Dobrze…

5. 

Seriz nie był w domu od turnieju. Nie chciał na razie tu wracać i gdyby Tes zapytał go o zdanie, odmówiłby powrotu tutaj. Ale czy miał jakiś wybór?

Przez chwilę leżał w skanerze, nie próbując wstawać. Czuł się słabo, a z oczu poleciały mu łzy. 

Oszukano go.

Nie miałby nic przeciwko dokończeniu podróży z Willsonem. Sprawdzeniu, czy choć ta opowieść o latającym sektorze była prawdziwa… Ale widząc doktora… i znak Xany na jego szyi… Może jednak powinien podziękować Tesowi, że go stamtąd zabrał?

Jeszcze samo to, że doktor żył… przecież mógł się ukryć, wiedząc, że ktoś planuje zamach. Może to na jego życie czyhano. Tak, Seriz mógł to zrozumieć… Ale nie znak Xany…

Nie “po prostu” pierścień, jak miała… Melanie? Nie Xan Guldur, pozostający w posiadaniu Różana, który, o ile Seriz wiedział, z Xaną niewiele miał wspólnego. 

Prawdziwy znak, noszony jako symbol…?

Seriz usiadł, słysząc na dole jakieś kroki. Zgadywał, że wuj niedługo zorientuje się, że wrócił. Nie mógł teraz rozważać wszystkiego, co się stało. Otarł ręką oczy.

~ Powiedz Tes, to na pewno był znak Xany? Czy po prostu spanikowałeś?

~ Nie spanikowałem. Trudno pomylić ten znak, choć delikatnie inny. Na zawieszce było jeszcze coś, nie widziałem jednak tego całego. Jakieś słowo. Jeszcze próbuję zidentyfikować, co to mogło być.

Seriz westchnął. Powoli wygramolił się ze skanera i, po chwili namysłu odpiął go od zasilania.

~ Co robisz? ~ zdziwił się Tes.

~ Jeśli jeszcze nikt go nie namierzył, wyłączonego nie będą w stanie.

Tes zawahał się przez chwilę.

~ Fakt.

Tymczasem drzwi skrzypnęły.

Seriz podniósł głowę, spodziewając się ujrzeć wuja, lecz zamiast niego, stanęła tam kobieta.

– Mam..? – chłopak zaczął zdziwiony, lecz nawet nie zdążył dokończyć słowa, a tamta już ścisnęła go mocno.

– Oh Danielu, tak się za tobą stęskniłam – zaczęła, płaczliwym głosem.

Po chwili zastanowienia – Seriz wolałby zostać z Willsonem i symbolami Xany. Nie po to przecież wyprowadził się do wuja, żeby męczyć się z matką…

Ciąg dalszy nastąpi. 

Kiedyś.

autorstwa: Akuliszi

Rozdział 5

Uciekaj, byle szybciej. Byle dalej. Byle dalej od nich!”

Te słowa brzmiały w uszach dziewczyny cały czas, gdy gonili za nią mężczyźni w czarnych garniturach.

Była w środku lasu, w bezksiężycową noc. Gwiazdy skryły się za chmurami. Niewiele widziała, jednak wyglądało na to, że mężczyźni wręcz przeciwnie. Raz próbowała się ukryć, znaleźli ją bez problemu. Gdyby nie miała noża i nie zraniła jednego z nich, pewnie już by ją złapali.

– Ja nic nie wiem – krzyknęła ponownie.

Nie słuchali. Przecież już wcześniej jej nie uwierzyli.

Jeden z mężczyzn dogonił ją i złapał.

– Nic nie wiem o Xanie! – krzyknęła z płaczem.

Mężczyzna oczywiście jej nie uwierzył. Wyjął z za pasa nóż i szybkim ruchem podciął jej gardło.

***

Od kilku godzin wirtualna łódź stała w miejscu. Seriz siedział razem z Wilsonem, niby analizując dostępne tu dane, jednak tak naprawdę dokładnie przyglądając się staremu znajomemu. Chłopak miał już pewność, że wplątał się w coś, w czym nie miał zamiaru być. Miał wrażenie, że to, co teraz robił, miało tylko uśpić jego czujność. Że gdy skończy, Wilson przeprosi go, że tyle to trwało i nie wypuści przez kolejny miesiąc, albo i dłużej. Tylko cholerna ciekawość nie pozwalała Serizowi uciec przy pierwszej lepszej okazji. W końcu nawet teraz mijał ich jakiś statek.

Z drugiej strony wyniki, które otrzymywał i analizował teraz Tes były zdumiewające i Seriz musiał przypuszczać, że rzeczywiście w okolicy pojawił się ruchomy sektor. Jeszcze nie mówił tego Wilsonowi – w końcu zwykły program nie powinien mieć możliwości przeanalizowania wszystkiego tak szybko – ale był pewien, że mógłby dostać się do niego, nawet teraz. Cóż, to, że mógł się tam dostać, też nie było oznaką, że połączył się ze zwykłym programem.

~ Cóż, przynajmniej mam pewność, że to nie Xan Guldur. Dostanie się tam graniczyło z cudem ~ pomyślał.

Tes nie zareagował na to spostrzeżenie. Widocznie większość jego pamięci operacyjnej zajmowało analizowanie danych.

~ Jak skończysz, połącz mnie z tamtym miejsce. Nie teleportuj mnie od razu, ale żebyśmy byli gotowi.

~ Jednak myślałeś nad ucieczką?

~ Myślę, że powinienem coś konkretnie sprawdzić. Wtedy ucieknę.

~ Włamanie do systemów statku? Czy do Wilsona? Już to robiłem. Nie ma nic ciekawego. Mogę to powtórzyć w każdej chwili.

~ Wiem, mówiłeś. Chodzi mi raczej o podłączenie ciebie na dłuższy moment. Żeby zobaczyć, jak zareagują, gdybym zniknął.

~ Xanafikacja pojazdu?

~ Czytasz mi w myślach ~ zażartował. ~ Chcę, żebyś słuchał każdej prowadzonej tu rozmowy i przesyłał mi każde znaczące współrzędne. Wilsona też przydałoby się śledzić… Ale to może być trudniejsze. Nie możesz się z nim połączyć w taki sposób jak ze mną, a Xanyfikacja nie pozostawi wolnej woli.

~ Może kogoś w jego otoczeniu?

~ Jest ktoś, kto jest z nim w każdym momencie? Nie wydaje mi się… Wiesz co? Możesz sprawdzić, skąd on się łączy.

~ Dobrze. Robimy to teraz, czy…

~ Możesz to zrobić teraz, chyba, że uznasz za zbyt ryzykowne. Tymczasem zrób to, co mówiłem i czekaj, aż podłączę cię do systemu statku.

W międzyczasie w umyśle Seriza zaczął się formować, najpierw niewyraźny, później coraz bardziej szczegółowy obraz szukanego obiektu.

– Och – szepnął, nie zdając sobie sprawy, że mówi na głos.

Zamek był imponujący, choć nie przypominał filmowego porównania. Był w bardziej nowoczesnym stylu. Wysokie, białe wieże ze ściętymi końcami, błękitne neonowe światła na różnych poziomach, pierścienie wokół budynków i skał, na których się trzymały. Na środku miasta wielki plac z fontanną. Fontanną z…

~ Przewrócony znak Xany ~ stwierdził Tes.

~ Jakiś jego kult?

~ Gdyby to był kult, użyłby takiego samego znaku. Przynajmniej tak robi większość…

~ Masz rację ~ przyznał Seriz.

Tymczasem Wilson przysiadł się tuż obok.

– Och? – zapytał. – Masz coś?

~ Cholera ~ pomyślał Seriz, jednak zanim zdążył coś odpowiedzieć, stery przejął Tes.

– Udało mi się złapać trop tego sektora – stwierdził. – Albo czegoś podobnego. Próbuję wydobyć z tego więcej informacji, ale to jeszcze chwilę potrwa.

– No, no – Wilson pokiwał głową. – Naprawdę szybko ci poszło. Po tym, co mówiłeś wcześniej byłem pewien, że zajmie ci to kilka godzin.

– Wydaje mi się, że sektor powraca tu co jakiś czas. Dane, które złapałem są nowe. Już po tym, jak do ciebie dołączyłem.

– Po…? – zdziwił się Wilson. – Nie, niemożliwe. Ten obszar powinien być obserwowany…

– Nikogo tu nie było, gdy przypłynęliśmy – stwierdził Tes.

– Och, masz rację – Wilson się zaśmiał. – Pewnie trafił w przerwę, tak jak my teraz. Między strażami jest dziesięć minut przerwy..  Ah, nie spodziewałem się, że tak mała ilość czasu wystarczy, żeby zwierzyna uciekła nam sprzed nosa.

– Tak, był tu bardzo krótko… Muszę szukać dalej, bo z tego chyba niewiele się dowiem – stwierdził Tes, udając zawód. – No nic. Wracam do szukania.

– Pewnie, pewnie – Wilson uśmiechnął się i wrócił na swoje miejsce.

~ Dzięki, Tes ~ pomyślał Seriz, choć był pewien, że sam też by z tego wybrnął.

Program nie odpowiedział.

***

~ Wiesz co, Tes? Jeśli złapiesz sygnał właściciela tego sektora, skontaktuj się z nim. Uprzedzimy go, że przyjdziemy.

~ Jak rozumiem, zostaniemy tu jeszcze chwilę? Może nie odpowiedzieć od razu.

~ Zostaniemy tu jeszcze chwilę. Chyba, że coś się stanie.

Autorka: Ananasims

Rozdział 4

Seriz chciał krzyknąć: “Co ty tu robisz!? Przecież nie żyjesz?!” I prawie to zrobił, jednak przed wpadką uratował go Tes.

Tes doskonale ukrył wszelką emocję, jaką mógł wyrazić Seriz, którą można by było zobaczysz, gdy miał wciąż na sobie maskę. Delikatnie kiwnął głową do przybysza.

Japoński doktor, uznawany od dwóch miesięcy za martwego, uśmiechnął się do niego i stanął obok.

– Hej. To ty jesteś Seriz, o którym tyle słyszałem? – zapytał.

– Ta – mruknął Tes.

~ Cóż, on nie wie, że jestem Serizem. Zna tylko moje prawdziwe imię~ pomyślał Seriz.

– Nie mogłem się doczekać, żeby cię w końcu spotkać. Willson trochę o tobie opowiadał. Oh, wybacz, nie przedstawiłem się. Akio – podał Serizowi rękę.

Tes odwzajemnił gest.

~ Mówi zupełnie inaczej, niż gdy rozmawialiśmy w realnym świecie ~ pomyślał Seriz. Wciąż nie był pewien, czy widzi dobrze. To był doktor, który miał mu pomóc stworzyć sztuczną nogę. Ten, na którego zbierał kosmiczną kwotę. Jak przeżył? A może spreparował własną śmierć?

– Czym się tu zajmujesz? – zapytał Tes. – Też tropisz ten ruchomy sektor?

– Ruchomy… – Akio przez moment zdawał się być zbity z tropu. – Och. Racja. Willson wspominał o tym – odparł nieprzekonująco. – Nie, jestem tu w interesach. Chociaż raczej zostanę na stałe.

– Rozumiem – uznał Tes. ~ Kłamie ~ zwrócił się do Seriza.

~ Słyszę.

Od strony doktora zabrzmiał dzwonek wirtualnego komunikatora. Mężczyzna skinął głową na pożegnanie i szybko oddalił się, może trochę zirytowany tym, że mu przeszkadzają.

Seriz, przejmując ponownie kontrolę nad swoim ciałem, pośpiesznie wrócił pod pokład i skierował się do swojego pokoju. Czuł, że dygocze. Zamknął za sobą drzwi i cicho osunął się na podłogę.

Czy nie postanowił pozostać w wirtualnym świecie tylko dlatego, że w realnym nie mógł mieć nogi? Czy to, że doktor jakimś cudem żył, nie przekreślało jego postanowienia? Czy nie powinno dać mu jakiejś nadziei? Ale czuł tylko wzburzenie. Czuł się oszukany. Jaki doktor zostawia pacjęta?!

~ Może przed kimś się ukrywa ~ zasugerował Tes.

Seriz pokręcił głową.

~ Przed kim?

~ Tego chyba chcesz się dowiedzieć, prawda? Jest tutaj, na jachcie Willsona. Czy to nie znaczy, że wiąże się z tajemnicą, którą już wcześniej zauważyliśmy?

~ Szczerze? Bałbym się tego. Bałbym się, bo jeśli tak, prawdopodobnie z tego powodu o mało nie zginął w zamachu. Wplątałem się po uszy, w cokolwiek to jest. Może w przygodę, może w wojnę gangów ~ prychnął.

~ Może powinieneś jednak z tego uciec? ~ mruknął Tes.

~ Co to za sugestia?

~ Próbuję myśleć, jak człowiek.

~ Nie ma w tym wielkiego sensu. Jestem tego zbyt ciekawy, żeby odpuścić. A uciec można w każdej chwili, jeśli zrobi się nieciekawie.

~ A co, jeśli z jakiegoś powodu nie będziesz mógł uciec?

~ Sugerujesz coś? Poza tym, wydaje mi się, że nie ma miejsca w wirtualnym świecie, z którego nie da się uciec. Wystarczy zginąć.

~ Jest kilka miejsc.

~ Zawsze pozostaje nam cyfrowe morze. Odzyskiwanie zawsze wyrzuca cię w jednym z większych miast… Chyba, że o czymś nie wiem?

~ Można to zhakować. Ale nie powinienem mieć problemu z chronieniem nas przed tym.

~ Dobrze. W takim razie zostajemy. I próbujemy zrozumieć, o co dokładnie tu chodzi… Próbowałeś włamywać się do systemu statku i prywatnych wiadomości innych? ~ zapytał, jakby przypominając sobie, że może tak zrobić.

~ Nic ciekawego ~ uznał Tes. ~ Nie ma nic podejrzanego, żadnych konkretów, żadnych kodów. Wszystko wygląda normalnie. Oprócz tego, że płyniemy w nieznane już za długo.

~ Może na księżyc ~ zaśmiał się Seriz.

~ Mam wrażenie, że dalej.

Seriz zamknął oczy, wzdychając.

***

W ciemnym pomieszczeniu w realnym świecie siedziało siedmiu zamaskowanych mężczyzn. Każdy z nich miał na palcu pierścień z symbolem Xany- każdy z nich był delikatnie zmieniony. Siedmiu generałów, którzy nigdy nie spotkali ani nie służyli Xanie, a jednak zjednoczonych pod jego symbolem. Spostrzegawczy obserwator zauważyłby, że na każdym z pierścieni wygrawerowane jest nazwisko. Nie prawdziwe, lecz to, które przyjmował posiadacz pierścienia jako jedna z głów kultu.

Kult Xany rozrastał się, sięgał coraz dalej. Gdyby był oficjalną spółką, dawno prześcignąłby tryliardowe akcje najsilniejszych firm na świecie. Mieli wpływ na wszystko. Członków w każdym rządze, każdym mieście, każdej wiosce. Nie mieli tylko swojego pana – Xany.

– Wiemy, gdzie znajduje się Seriz Cortez – odezwał się jeden z generałów. – Pozostaje nam znaleźć Melanię Dunbar i Tadeusza Różana. Dlaczego zajmuje nam to tak długo? – zapytał, zwracając się do ukrytej w cieniu, także zamaskowanej postaci.

– To nie potrwa długo, lordzie. Jesteśmy na ich tropie. Za kilka dni będziemy ich mieli.

– Dobrze. W takim razie możemy zacząć.

Autorka: Ananasims

Rozdział 3

Seriz pogwizdywał cicho, opierając się o zaokrągloną szybę swojego apartamentu.

Płynęli w większej gromadzie jachtów. Wszystkie należały do wpływowych ludzi. Tes podpowiadał coraz to kolejne nazwiska. Wydawało się, że wszyscy płyną w tym samym kierunku.

Willson zdawałoby się, że gdzieś zniknął. Seriz kilkukrotnie chciał z nim rozmawiać, jednak przez ostatnie cztery dni, ten zawsze był czymś zajęty. W zasadzie, od kiedy wypłynęli z wyspy siedem dni temu, zachowywał się podejrzanie.

Wczoraj wpłynęli na zupełnie odizolowany od innych obszar. Tes nie był pewien, na jakich współrzędnych jest ulokowany – nie był nawet pewien, czy nie płyną w stronę superkomputera jednej ze stacji kosmicznych, czy laboratorium na Księżycu. To jednak zupełnie nie odpowiadało historii o przenoszącym się sektorze, czy przypadkowym gapiu – to były tereny, na które wpuszczano tylko małą grupkę ludzi.

Z drugiej strony – właśnie wpuszczono niemałą flotę. Bogaczy, co prawda, lecz wciąż osób prywatnych. Seriz zaczynał zadawać sobie pytanie, czy aby na pewno są tam legalnie, a jeśli tak – gdzie w takim razie się znajdują. Był pewien, że Tes potrafił rozpoznać, gdzie się znajdują.

Do pomieszczenia weszła służąca. Był to w zasadzie program, nie prawdziwa osoba, choć wyglądała realnie, nawet jak na standardy wirtualnego świata. Jej nie wyrażająca emocji twarz trochę przerażała Seriza. Przez moment spojrzała na niego swoimi zimnymi oczyma, przeszła się po pokoju, skanując, czy jest coś, co powinna zrobić i zaraz wyszła.

~ Więc boisz się sztucznych inteligencji, hę?

~ Cicho ~ Seriz machnął ręką.

Odczekał kilka minut, nadal wypatrując przez szybę. Później, znudzony, wyszedł na szeroki korytarz i ruszył w stronę pokładu.

Wokół było cicho. Zdawało się, że na pokładzie nie ma wielu ludzi. Może wszyscy teraz spali. W końcu Seriz nie był pewien która jest godzina. Nie do końca rozumiał idei snu w Lyoko. Owszem, jemu też się to zdarzało – chociażby, gdy czekał na wyspie– ale nigdy nie czuł jego potrzeby.

Znalazł się na pokładzie. Cyfrowe słońce ogrzało go delikatnym wrażeniem. Zapomniał włączyć imitacji temperatury, a podstawowe zmysły pozwalały jedynie określić, czy źródło światła daje ciepło, czy nie. Jakby nie patrzeć – informacja zbędna, acz dodająca klimatu.

~ Pamiętasz, jak Willson mówił, że podróż zajmie kilka godzin? ~ Seriz głęboko westchnął.

~ Już wiele razy mogłeś go opuścić, jeśli o to ci chodzi. Rozumiem twoją ciekawość, ale w którejś chwili może być za późno na odwrót.

~ Ehh. Nie płyną raczej na zbiorowe samobójstwo. Nie mniej zastanawiam się, co to wszystko znaczy. Willson chociaż jest na statku?

~ Wyczuwam go.

~ Może powinienem do niego zejść i siłą dowiedzieć się, co się tutaj dzieje.

~ Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

~ Dobrze. W porządku… A co powiesz na ogólne śledztwo?

~ Chcesz pochodzić, popytać…?

~ Tak, coś w tym stylu. Moglibyśmy przemknąć się na pozostałe statki. Tam też powęszyć.

Tes przez moment się nie odzywał.

~ Wykryją moje umiejętności? ~ dopytał jeszcze Seriz.

~ Nie. Nie powinni. Chociaż zależy, które. Masz ich naprawdę pokaźną kolekcję. Ale użycie niektórych może spowodować alarm. Inne po prostu nie ukryją cię przed programami ochronnymi.

~ Ty możesz mnie ukryć przed programami ochronnymi.

~ Może, ale nie jestem pewien, czy warto ryzykować. Może lepiej, żebyś się wycofał.

~ I stracił okazję na odkrycie, co się tutaj dzieje? Posłuchaj, widzimy, że coś tu nie gra. Jest jakaś intryga związana z arenami. Jest coś związanego z Xaną, ukrytymi sektorami. Mnie to cholernie ciekawi ~ zdenerwował się. ~ I nie ucieknę dlatego, że wydaje się to podejrzane. Bo to JEST podejrzane. Tu coś się dzieje. I ja chcę wiedzieć, co?

~ Możesz wplątać się w kłopoty.

~ Już się wplątałem. Przyjmując pieniądze i pojawiając się na jachcie. Cokolwiek Willson ukrywa, do czegokolwiek dąży – chcę to odkryć. Nawet jeśli będzie mnie to drogo kosztować. A może i wręcz przeciwnie? Może jeszcze zarobię na odkryciu tej tajemnicy? Mam pewne zobowiązania. Nie tylko wobec Willsona. Nie mogę uciekać.

~ A może tak na prawdę wciąż nie możesz się pogodzić ze stratą kolejnej szansy na zyskanie nogi? ~ wspomniał Tes.

Seriz prychnął wściekle.

~ To nie ma nic do rzeczy. Nie dbam już o realny świat. Liczy się to, co jest tutaj. Moje tutejsze zobowiązania, tutejsze sprawy i tajemnice. I poświęcę się, by je odkryć.

Zajęty rozmową, Seriz nie słyszał kroków za sobą. Gdy odwrócił się, nagle stanął twarzą w twarz z człowiekiem, którego dobrze znał, ale nie spodziewał się nigdy więcej ujrzeć. 

Autorka: Ananasims

Rozdział 2

Prywatne wyspy na morzu cyfrowym statystycznie nie były wielką rzadkością. Mimo to, w skali jego ogromu, bardzo rzadko zdarzało się na nie natrafić.
Jacht przybił do portu na jednej z tych osamotnionych wysepek. Nie należała do Willsona, lecz do jednego z jego współpracowników. Przyjął podróżnych, pozwolił im wylogować się poprzez swoje łącze.
Seriz jako jedyny został na wyspie. Rozłożył na plaży leżak, który zalegał mu w ekwipunku dobrych parę lat. Gdyby nie Tes, chłopak pewnie nie zwróciłby na niego uwagi.
Położył się na nim, głęboko wzdychając. Symulacja wiatru przyjemnie muskała jego twarz. Zwrócił oczy ku niebu.
Błękit. W zasadzie #00B7EB, jak podpowiadał Tes. Seriza niezbyt interesowało, czy rzeczywiście niebo ma taki kolor, czy może to kwestia renderu tego fragmentu cyfrowego morza.
Miejscami było w końcu pomarańczowe.
W nocy obserwował gwiazdy nad Australią.
W którymś momencie przeskoczyły na zorzę polarną.
Najwyraźniej tak to tu działało.
Tes wysłał delikatny sygnał o zakończonym procesie, a zaraz po tym o wiadomości. Seriz zignorował obie. Gdyby to było coś ważnego, Tes by go poinformował.


***

Sen w cyfrowym świecie, dziwne, rzadkie zjawisko…
Seriz zorientował się, że spał tylko dlatego, że po otworzeniu oczu zauważył nad sobą pochyloną kobietę.
Wyglądała młodo. Ubrana dosyć skromnie, w coś na kształt mundurka.
– Przepraszam, że przeszkadzam – odezwała się. – Mam wiadomość od profesora.
Profesor – zapewne chodziło o właściciela wyspy.
– Słucham?
– Prosi, by pan opuścił załogę pana Willsona. Zależy mu na pańskich usługach i oferuje wysoką cenę za pracę dla niego.
– Proszę przekazać, że nie jestem zainteresowany – odparł Seriz, zamykając oczy.
Prosba o odrzucenie oferty. Nic nadzwyczajnego.
– Profesor nalega. Dla pańskiego dobra.
Seriz westchnął i podniósł się na leżaku.
– Proszę poinformować Profesora, że nie jestem zainteresowany jego ofertą i, że potrafię sam o siebie zadbać.
Wstał, nie czekając na reakcję kobiety. Leżak zniknął w jego ekwipunku, a on ruszył brzegiem wyspy, oddalając się od kobiety.
    • Proszę poczekać! – krzyknęła za nim.
Nie zwrócił na nią uwagi.


***

~ Dziwne. Ciekawe, ale dziwne ~ myślał Seriz. ~ Tajemniczy sektor, o którym inne źródła nie mówią, próba odciągnięcia od zadania… co myślisz, Tes? Próbują mnie złapać? Jeśli tak, dlaczego? A może jestem przynętą? Może obrosłem w legendę tak, że teraz będą bić się o moje usługi? ~ tu zaśmiał się niemrawo.
Tes milczał. Także analizował wszystko, co działo się w ostatnich dniach i najwyraźniej nie był niczego pewien. Nie chciał zgadywać, tak jak Seriz. Nie leżało to w jego naturze.
~ Coś jest na rzeczy ~ przyznał po dłuższej chwili, żeby nie zostawić Seriza zupełnie bez odpowiedzi.
~ Tyle sam wiem. Mam wrażenie, że wplątałem się w coś. Chyba przez wizytę u Różana. Willson o niej wie. Nie wiem, jakim cudem, ale na pewno. Wydawało mi się, że zależy mu na Xan Guldur.
~ Kręcił się też wokół Aiyany ~ rzucił Tes.~ Jakiś czas temu. Nie wiem, czy się spotkali, czy tylko się nią interesował. Podobnie Melanie. Jakiś czas temu próbował ją śledzić.
~ Melanie i Xan Guldur. To oznaczało by zainteresowanie Xaną. Ale co do tego ma niby Aiyana?
~ Może nic. Nie musi to być powiązane. Można też spojrzeć na to inaczej. Melanie, Aiyana, Różan i ty. Turniej. Wydaje mi się, że pozostali uczestnicy też mogą być na celowniku, ale nie mam potwierdzonych informacji.
~ Można spróbować zasięgnąć języka. Jakoś nieoficjalnie.
~ Żeby nie dało się wyśledzić? W takim razie potrzebowałbym kartki i ołówka. Albo najlepiej twojej własnej ingerencji.
~ Mam wyjść i szukać źródeł, hę?
~ Ray z chęcią cię przyjmę. Tak samo podejrzewam, że twój wujek mógłby czegoś się dowiedzieć.
~ W klubie rybackim? ~ zakpił Seriz.
~ Też ma znajomości. W innych kręgach, niż ty. Od biedy, mogę też spróbować się czegoś dowiedzieć siłą. Ale do tego potrzebowałbym wieży.
~ Łapiesz stąd jakaś?
~ Nie. Ale mogę poszukać po drodze. Mimo to sugeruję próbę kontaktu z Rayem.
~ Willson bez problemu się o tym dowie. Jeśli zakładamy, że jest coś na rzeczy, musimy też założyć, że jest naszym wrogiem. Spróbuj na razie z tą wieżą. Ja będę udawał, że jest w porządku.
~ Jesteś ciekawy tego sektora, prawda?
~ Oczywiście ~ przyznał Seriz. ~ Kto by nie był? A w razie czego – zawsze można zniknąć.

Autorka: Ananasims

Rozdział 1

Jacht kołysał się prawie niewyczuwalnie na cyfrowych falach. Sklepienie, imitujące nocne niebo znad Australii, świeciło miliardem gwiazd, zabarwione na tysiące kolorów. Nadwodne szlaki cyfrowego morza były zazwyczaj opustoszałe, jednak na horyzoncie majaczył się inny okręt, płynący w przeciwnym kierunku. Pozorny spokój. Jednak w cyfrowym powietrzu dało się wyczuć coś. Napięcie. Jacht płynął szybko. W nieosiągalnym w realnym świecie tempie.
Seriz westchnął, zeskakując z platformy widokowej i wyłączył wgrany w awatara filtr świateł. Lampy jachtu błysnęły mu po oczach i potrzebował chwili, żeby się przyzwyczaić. Został zaproszony wielką kwotą pieniędzy, bez żadnych wyjaśnień. Nie do końca wiedział, czego może się spodziewać. Po kilku godzinach bez wyjaśnień uznał, że powinien sam pójść do właściciela jachtu, Ilgarda Willsona i poprosić o wyjaśnienia. Znali się niegdyś więc liczył, że jest to coś godnego uwagi.
 Zszedł pod pokład, kierując się w stronę kwater właściciela. Idąc sterylnie pustymi korytarzami, nucił coś pod nosem. Nie musiał długo szukać. Zgodnie z podejrzeniem, Willsona zastał w jacuzzi, w wielkim, białym pomieszczeniu na tyłach statku. Mężczyzna, widząc Seriza, kazał pracownikom odejść.
– Nie musiałeś – prychnął chłopak, gdy zostali sami. Właściciel uśmiechnął się.
– Wolę rozmawiać bez świadków. Sam wiesz, że zagłuszenia nie działają bez zarzutu. Wydaje mi się, że sam jesteś w stanie je obejść.
– Są do tego programy – Seriz wzruszył ramionami i usiadł na podłodze na przeciwko. – Czy dowiem się w końcu, jaki jest cel mojej wizyty?
– Oczywiście.
Właściciel machnął ręką. Choć w realnym świecie był to raczej gest zbywania rozmówcy, w tej samej chwili Seriz otrzymał wiadomość. Nie drgnął nawet.
– Nie przeczytasz?
– Już przeczytałem – odparł chłopak. Nie była to do końca prawda. Przeczytać miał Tes, dopiero później informacja miała wpłynąć do pamięci Seriza. W ludzkim mniemaniu… Właściwie wymawiając te słowa, już wiedział, o czym jest wiadomość.
Nie otrzymał żadnych informacji, dokąd zmierzają, ani co mają robić. Powstrzymał się przed uśmiechem, przyjmując do wiadomości, że jeśli wyprawa, jakkolwiek miała przebiec, się skończy – dostanie dodatkową kwotę i informacje, o które poprosi. Najwyraźniej Willson wiedział, że to ich Seriz teraz poszukuje. Informacji o Xanie i pierwszych wirtualnych światach. O oryginalnym Lyoko, Korze… I może nawet prawdziwej Kartaginie?
Ale czemu wciąż nie pisał o zadaniu?
– A więc to prawda, że nie jesteś człowiekiem? – zgadł właściciel z uśmiechem. Słyszał, że Seriz – ten, którego znał, zniknął podobno ze świata i zastąpił go program.
Nietrafna informacja, ale otwierająca ciekawe furtki. Seriz nigdy by nie pomyślał, że przez dwa miesiące pozna takie zakątki cyfroświata, o jakich nawet mu się nie śniło.
– Ma to znaczenie? – zapytał tylko. Oczywiście, że miało. Budowało jego legendę o wiele szybciej, niż dawne aktywności.
– Nie, skąd – mężczyzna pokręcił głową.
– Do rzeczy. O co chodzi?
Właściciel westchnął. Powoli wyszedł z wody, gestem zmieniając strój na bardziej formalny. Kliknął coś jeszcze i, po chwili, w miejscu wanny stanęły dwa fotele.
– Proszę.
Usiedli. Najpierw on, leniwie, układając się przez moment w fotelu. Później Seriz, lekko, na skraju, nawet nie zwracając na to uwagi. Zwrócił za to uwagę na kolorystykę. Dwa użyte tu kolory nie istniały w realnym świecie. A przynajmniej nie były zauważalne dla ludzkiego oka. Tes próbował podpowiedzieć ich nazwy, jednak Seriz odrzucił tą myśl, chcąc skupić się na rozmowie.
– Na początek zapytam – odezwał się właściciel, wirtualizując przy fotelach stoliki i kieliszki napełnione szampanem – masz jakieś podejrzenia?
Seriz uśmiechnął się nieznacznie.
– Kwota była wysoka. Duże ryzyko lub długi czas wykonania. Zaproszenie na jacht, fakt, że nie płyniemy przez cyfrowe morze, tylko po nim. Bardzo szybko – podkreślił. – Polujemy na kogoś lub na coś. Jeszcze miesiąc temu od razu obstawiłbym jeden z legendarnych sektorów. Xan Guldur, czy inne takie. Ale nie zmieniamy kursu. Cel albo płynie przed nami, tym samym szlakiem, albo znajduje się w odległym miejscu, do którego dostaniemy się tylko w ten sposób. Szuka pan Atlantydy, panie Willson? – zakpił.
– Cóż, zależy, co określamy mianem Atlantydy. – odparł właściciel, popijając szampana. – W pewnym sensie zgadłeś, wspominając o legendarnych sektorach. W pewnych… kręgach krąży ostatnio plotka, że na morzu cyfrowym pojawił się właśnie taki sektor. Nie jest wpisany w żadnym rejestrze. Nie przypomina nic, co do tej pory zostało opisane. Chociaż nie. Może wyrażę się inaczej. Facet, który to widział… Określił to mianem Podniebnego Zamku. To jest film…
– Z lat ’80. Znam go. Ktoś pokusił się o rekreację zamku w wirtualnym świecie. Są prywatne sektory z całymi światami. Nie widzę w tym nic dziwnego. Poza tym, o ile to oczywiście prawda, że nie jest zarejestrowany… – chłopak zastanowił się przez chwilę. – Sektor się nie porusza?
– Och, oczywiście, że się porusza. W tym tkwi cały problem. Jak na razie podążamy za wskazówkami, że tak to nazwę, z materiału źródłowego. Poza tym- nie mamy nic.
– A koordynaty tego, który to widział?
– Dopłyniemy tam za kilka godzin. Ale były już kilkakrotnie sprawdzane. Nikt nic nie znalazł.
– Może łatwiej będzie znaleźć naszyjnik wskazujący drogę – rzucił bez entuzjazmu Seriz.
– Słucham? – zdziwił się Willson. – A tak. Z filmu. Cóż, to by było wielce pomocne, lecz myślę, że taki gadżet ma jedynie właściciel. Więc tu przydasz się ty.
– Jako…?
– Jako tropiciel, nie-człowiek i gość Xan Guldur.
– Skąd taka informacja? – Seriz przechylił lekko głowę. Nie chwalił się nikomu swoim pobytem w zamku Różana. Wolałby na razie nawet go nie wspominać.
– Nie sądziłem, że zaprzeczysz – przyznał się Willson. – Mniejsza. Byłbyś w stanie wytropić ten sektor?
Seriz nie odpowiedział od razu.
– To zależy. Po pierwsze – kiedy się pojawił. Po drugie – ile osób przepływało tamtędy od tamtego czasu. Po trzecie – czy ktokolwiek był wtedy w sektorze… Po czwarte – czy to w ogóle jest sektor.
– Co masz na myśli?
– Ogromny statek powietrzny. Przez tyle lat nie słyszało się o wielu. Ale przecież statki podwodne wylatują z hangarów i do nich wracają. Mniejsze pojazdy unoszą się nad ziemią. Więc jest to możliwe. Pytanie tylko, czy na taką skalę.
– Załóżmy, że byłby to statek. I co wtedy?
– Normalnie do superkomputerów da się wejść, znając klucz. Klucz jest powiązany z adresem. Jeśli znasz klucz, znajdziesz miejsce, do którego przynależy. Zwykle, stawiając nowe sektory, ludzie nie zdają sobie sprawy z klucza, przez co nie blokują do siebie dostępu. Jeśli zdajesz sobie z niego sprawę, możesz go zmienić. To powoduje przemieszczanie się sektora. Losowo lub według konkretnego systemu. Taki klucz też można wyśledzić. Gdybyś miał podstawowy klucz do Xan Guldur, byłbyś w stanie znaleźć fortecę bez żadnych problemów. Tak samo, jeśli pozyskalibyśmy klucz Podniebnego Zamku- a tak może się stać, jeśli dotrzemy w odpowiednie miejsce; znajdziemy go.
– Sugerujesz, że byłbyś w stanie namierzyć Xan… – wyłapał Willson, lecz Seriz mu przerwał.
– Nie. Bo nie mam podstawowego klucza. Nie sądzę, by ktokolwiek go miał. Ale sugeruję, że jeśli Podniebny Zamek jest sektorem i, może, jego właściciel nie zdaje sobie sprawy z istnienia klucza, będziemy w stanie go wyśledzić – tu na chwilę przerwał. – Dochodzimy jednak do pytania: co jeśli Zamek jest statkiem? Wtedy śmiem wątpić, że wyśledzenie go jest możliwe.
– Dwa pytania – Willson pokazał dwa palce. – Po pierwsze- skoro zmiana miejsca jest zależna od klucza, jak właściciel zmieniający miejsce może nie być go świadom? Po drugie- jaki jest zatem związek z twoimi trzema pierwszymi ” zależy”?
– Zacznę od końca. Każda drobinka cyfrowego świata, to multum informacji. Milimetr sześcienny tego pokoju zająłby jakąś… sześćset stronicową księgę. Nie byłoby źle, gdyby to był obiekt nieruchomy. Jednak się rusza i te sześćset stron jest cały czas nadpisywane. Pierwsza rzecz: kiedy? Im dawniej, tym więcej danych jest do przeanalizowania, zanim trafi się na te właściwe. Druga: ile osób? Jeśli od pojawienia się Zamku przepłynęło tamtędy… Dajmy na to dziesięć statków, będziemy musieli sprawdzić każdy z nich. Tak na prawdę, powiedziałeś mi już, że było tam kilka ekspedycji. Poza tym musimy dodać przynajmniej kilkoro nieświadomych podróżników. To może nam dać setki ludzi i przynajmniej kilkanaście statków. Trzecia rzecz- czy ktoś był w Zamku, gdy się pojawił. To akurat może nam ułatwić zadanie. Jeśli na tamtym skrawku terenu, w tamtej chwili, znajdowały się dwie osoby – mamy od razu informatora i właściciela. Gorzej, jeśli jedna- wtedy znaczyłoby, że Zamek był pusty, lub to informator jest jego właścicielem. Jeśli trzy lub więcej… Byłoby trzeba je wszystkie sprawdzić. To kolejna przeszkoda.
Teraz w sprawie klucza. Jego zmiana przemieszcza sektor. Ale przemieszczenie sektora nie zmienia klucza. Jest kilka sposobów na przemieszczenie sektora. Przemieszczenie superkomputera, na którym jest postawiony, jest najprostszym przykładem. Ale czy nie słyszałeś nigdy o Edgre? Pływającej wyspie morza cyfrowego? Przemieszcza się, choć jej klucz jest niezmienny od lat. Do tego służą wieże, lub odpowiednio zaprogramowana struktura sektora. Gdyby przyjrzeć się ruchowi Edgre, pływa ona po torze z liter- imienia fundatora. Tutaj może być podobnie… mam nadzieję, że jest podobnie, bo to by nam bardzo ułatwiło życie.
– Dobrze. A śledzenie statku?
– Statek… Ach. Tak. Tutaj podobna kwestia. Czas i ile innych statków tamtędy przepłynęło. Poza tym, wątpię, żebyś nie słyszał o programach ukrywających. Nie zdziwię się, jeśli twojego jachtu też nie dałoby się namierzyć. Poza tym- inna rzecz- gdyby dało się namierzyć Zamek, już ktoś by to zrobił.
– Racja. A przynajmniej płynąłby jego śladem.
– Tak. Wydaje mi się, że brak Zamku w rejestrze można by wytłumaczyć właśnie tym, że jest statkiem. Pytanie tylko, czy statek o rozmiarach sektora… Dużego sektora… Jest w stanie utrzymać się w powietrzu? Jak traktuje go fizyka wirtualnego świata? Kolejna rzecz, jak o tym myślę… Jak to możliwe, że nikt tego wcześniej nie zauważył? Chociażby podczas tworzenia… Jesteście pewni, że informator nie zmyślił całej historii?
– Wydaje się, że wszystko jest prawdziwe. Ale tak na prawdę dowiemy się dopiero, gdy coś znajdziemy.
– Jeśli coś znajdziemy.
– Racja. Może jednak przejdziemy do najważniejszego pytania – westchnął Willson.
– Słucham.
– Zgodzisz się na to zlecenie?
– Cóż, zważywszy na to, że wszystkie pieniądze przepiłem już w barze… Chyba nie mam wyjścia.
Właściciel zaśmiał się.
– Tęskniłem za twoim poczuciem humoru – przyznał. – Może mimo wszystko brak mi gildii? – zapytał sam siebie.
– Ray przyjmie cię z otwartymi ramionami.
Willson skrzywił się.
– Obawiam się, że zepsułoby to moją reputację. Mniejsza. Prześpij się bezoki, bo jutro czeka nas dużo pracy.
Seriz skrzywił się. Bezoki. Kolejna rzecz, która budowała jego legendę od dwóch miesięcy. Za każdym razem, gdy słyszał to przezwisko, zastanawiał się – znaleźć Aiyanę i sprać ją wszystkimi swoimi umiejętnościami, czy może dziękować jej, podobnie jak Tesowi dziękował za otworzenie nowych furtek.
~ Myślisz, że chodzi mu tylko o ten sektor? ~ na skraju świadomości Seriza pojawił się cichy głosik Tesa.
~ Dowiemy się.

Autorka: Ananasims