Rozdział 2 – “Usiłując walczyć”

Siedziałem w pozie medytacyjnej pośrodku wieży, próbując osiągnąć stan spokoju. Dobrze, skłamałem. Chciałem przekonać się, czy miałem jakieś moce. Posiadanie samych mieczy byłoby okropnie nudne, chociaż z drugiej strony miałem już wystarczające trudności z nauczeniem się jak ich używać. Nie mogłem też ryzykować gdy chodziło o życie w Lyoko.

Nie potrafiłem się bronić i nie chciałem zdematerializować i zabić sam siebie, upuszczając miecz na stopę czy coś takiego. Musiałem jednak nauczyć się walczyć.

“Jeśli coś nie wyjdzie, przerywam. Miejmy nadzieję, że dożyję aby nauczyć się na swoich błędach,” pomyślałem sam do siebie, wyjmując jeden z mieczy. Trzymałem go przed moją twarzą, po czym przeniosłem przed siebie w postawie obronnej, zamykając oczy.

Zamachnąłem się mieczem z prawej do lewej, trzymając go pewnie obiema rękami. Moje cięcia nie były niedbałe, nie była też taka moja forma, ale byłem zdecydowanie za wolny. Jeśli walczyłbym z kimś, trafiłby mnie zanim mój miecz przebyłby połowę drogi do jego ciała. Zupełnie jakbym miał nauczyciela Kenjutsu z tyłu głowy, bezsłownie krytykującego wszystko co robię. Hej, byłem daleki od ideału. Ale musiałem się uczyć.

Zdecydowałem przyspieszyć swoje ruchy, naśladując cięcia mieczy świetlnych z Gwiezdnych Wojen. Wykonując szybkie zamachnięcia z dołu bądź z boku do środka, zachowując postawę i nie tracąc równowagi. Jestem pewien, że gdybym stracił postawę, został bym wybity z równowagi przez uderzenie przeciwnika (to jest tylko mój domysł, nie wiem tego na pewno).

Skoncentrowałem się i skupiłem moje ataki by ruszać się szybciej, ale dokładniej, jak gdybym walczył z prawdziwym przeciwnikiem stojącym przede mną. Wyobrażałem sobie, że mój oponent blokował moje uderzenia z idealną precyzją. Trzymałem pozycję i parłem do przodu, chodząc w kółko platformy wieży.

Udawałem także, że mój przeciwnik starał się zepchnąć moje ostrze do boku z całą swoją siłą, aby kopnąć mnie w nogę na której opierałem swój ciężar, wytrącając miecz z mojej dłoni.

Odskoczyłem unikając kopniaka i zablokowałem jego ostrze gdy zbliżyło się do mojej twarzy. Zacisnąłem zęby i użyłem całego swojego ciała wywierając na nim presję i prąc do przodu w jego kierunku.

Na początku była to walka o to, kto będzie silniejszy od kogo. Ale wtedy, z prędkością którą nawet nie wiedziałem, że posiadam, wyciągnąłem zza pleców drugi miecz, i dźgnąłem go w brzuch. Pokręciłem głową.

“Cóż, pobiłem wyobrażonego szermierza. To mi zbytnio nie pomoże,” powiedziałem sam do siebie chodząc po platformie. Schowałem jeden z mieczy za plecami, skupiając się na swojej postawie i szybkich atakach, starając się jednocześnie nie zostać pokonanym siłą. Był z tym jednak mały problem.

Mój “trening” skupiał się na jednym celu posiadającym miecz. I nie zapomniałem, że potwory Xany używały wyłącznie laserów. Musiałbym umieć jakoś przewidzieć, gdzie zamierzały strzelać i trafić w to miejsce. Odbić lasery z powrotem w nich, jeśli zdołałbym. Rany, walka mieczem jest o wiele bardziej skomplikowana od zwykłego machania.

Westchnąłem, wiedząc że moja wyobraźnia nie zda się tutaj na wiele. Schematy strzałów potworów były nie do przewidzenia i samo wyobrażanie sobie, że biegną w moim kierunku nie pomogłoby mi w walce z nimi. To wymagałoby doświadczenia. Doświadczenia, którego za bardzo bałem się zdobyć.

Schowałem swój miecz do uchwytu za plecami i wróciłem do postawy medytacyjnej. Była to jedna rzecz o której wiedziałem, że mnie uspokoi.

Trzy dni później.

Ponownie westchnąłem. Tak naprawdę jedyną rzeczą którą robiłem, była medytacja i nie miałem czym się zająć za wyjątkiem swoich własnych myśli, które po jakimś czasie stały się zastałe. Nie potrzebowałem jedzenia, jako że nie zrobiłem się głodny w przeciągu pięciu minut od przybycia tutaj, co było zwyczajowym czasem po jakim pojawiał się głód. Przynajmniej u mnie. Trochę ironiczne, biorąc pod uwagę, że jestem chudy jak patyk.

“Ok, jedyną chociaż trochę interesującą rzeczą w tym miejscu, jest zabijanie potworów i nie mam nic innego czego mógłbym spróbować. Mam nadzieję, że nie trafię na rój. Ale jeśli nie zginę od potworów, umrę z nudów.” Pomyślałem. Zrobiłem najgłębszy wdech jaki tylko potrafiłem, po czym opuściłem bezpieczeństwo wieży. Natychmiast wyciągnąłem miecz i trzymałem go przed sobą, idąc do przodu. Szczęśliwie, nie widziałem żadnych chcących mnie zabić potworów Xany, więc tyle dobrego.

Szedłem dalej z mieczem u boku, chociaż nic nie wskazywało bym miał za chwilę oberwać laserem. Dobrze było rozprostować nogi. Po jakimś czasie zauważyłem… Aelitę i Odda? O Boże. Wiedziałem, że coś było nie tak. Cokolwiek to było, nie mogło być dobre. Widziałem też grupę Karaluchów otaczających ich. Jeszcze gorzej, byłem zbyt daleko od nich, by cokolwiek zrobić.

“Pozwól mocy płynąć przez ciebie”.

Zmarszczyłem brwi. Z jakiegoś powodu przypomniałem sobie ten cytat, nie byłem jednak w stanie powiedzieć, dlaczego. Spojrzałem na kilka szerokich gałęzi. Zacisnąłem moje dłonie na mieczu i zacząłem biec. Nie myślałem o tym.

“Co ja do cholery robię?” pomyślałem. Skoczyłem i wylądowałem na gałęzi, a następnie zacząłem przemieszczać się z gałęzi na gałąź, jakbym nagle stał się Shinobim z Naruto. W jakiś sposób bezmyślne ruchy czyniły to łatwiejszym.

Wspinając się na drzewo za pomocą obu moich mieczy, udało mi się dostać na górę, skąd zobaczyłem Odda samotnie walczącego z Karaluchami i Aelitę biegnącą do wieży.

“Szlag, muszę się pospieszyć,” powiedziałem do siebie, wciąż wspinając się po drzewie.

Przeskoczyłem na ścieżkę i ruszyłem tak szybko jak mogłem w kierunku Odda. Czułem jak moje stopy niosą mnie z prędkością pocisku w stronę potworów. Wyciągnąłem oba miecze i przeciąłem Karalucha na pół, przez co natychmiast eksplodował. Trzymałem miecz obok siebie, spoglądając w dół.

“Zabity,” powiedziałem z małym, dumnym uśmiechem na twarzy, czując ekscytujący przypływ emocji.

“Jeremy, czy Ulrich zdecydował się zmienić strój?” usłyszałem pytanie Odda. Stałem prosto, spoglądając na Odda i Yumi, która stała za nim. Natychmiast uśmiechnąłem się na ich widok i wskazałem mieczem w kierunku wieży. To było niesamowite.

“Musimy się ruszać” powiedziałem, biegnąc w stronę Aelity i aktywowanej wieży, do której starała się dostać. Przed nią jednak stał Megaczołg. To przypomniało mi który to był odcinek.

“O cholera” powiedziałem natychmiast widząc tego potwora. Ponownie zacząłem biec tak szybko, jak pozwalały na to moje nogi. Mówiąc szczerze bałem się, że przez jakąś głupotę, typu skórka od banana, poślizgnę się i spadnę do Cyfrowego Morza. Na szczęście jednak tak się nie stało i zmierzałem w jego kierunku.

Byłem w biegu, gdy nagle zobaczyłem błysk i przed oczami stanął mi obraz mnie, zwijającego się z bólu na łóżku. To kompletnie wywaliło mnie z rytmu i efekcie potknąłem się o własne nogi, nieomal spadając z platformy. Ledwo udało mi się złapać za krawędź, jak przerażony kot starając wspiąć się z powrotem na górę.

“Czemu mnie to nie dziwi!?” krzyknąłem, starając się nie stracić chwytu. Megaczołg odwrócił się od Aelity i uznał, że ja byłem lepszym celem.

“Niedobrze, niedobrze, niedobrze!” wykrzyczałem. Boże, jak teraz żałuję bycia najgorszym w podciągnięciach na wuefie. Usiłowałem podnieść się jednocześnie nie spadając, widziałem jednak, że Megaczołg przygotowywał się do strzału. Miałem jedno wyjście. Drzewo obok mnie, musiałbym na nie wskoczyć.

“Trzymaj się!” usłyszałem krzyk Odda, ale zdecydowałem się zrealizować mój plan, zanim zmienię zdanie.Mając nadzieję, że uda mi się przywołać te same akrobatyczne zdolności, których użyłem wcześniej, na ułamek sekundy przed strzałem Megaczołgu skoczyłem z krawędzi, wyjmując w powietrzu miecz. Laser jednak trafił moje ramię i wybił mnie z kursu. Musiałem wbić miecz w ziemię i trzymać się go aby nie spaść. Moje ramię dosłownie płoneło. Po jakimś czasie, uczucie ustało.

“Gah! Nie mogło być bliżej”, powiedziałem, nie patrząc w dół. Spojrzałem na Megaczołg, który był teraz skupiony na Oddzie biegnącym ścieżką przed Yumi.

Zaczął przygotowywać swój laser, gdy Odd wyskoczył z wyciągniętymi ramionami, wystrzeliwując swoją laserową strzałę w tym samym momencie, w którym Megaczołg uwolnił swój atak. Strzałka Odda minęła czuły punkt Megaczołgu, jednak potwór XANA”y nie chybił, natychmiastowo eliminując Odda z gry. Burknąłem zdenerwowany. To nie wyglądało dobrze.

Wtedy, nagle, tuż obok mnie przeleciały laserowe pociski, przez które omal nie straciłem chwytu. Spoglądając w górę, zobaczyłem nade mną trzy szerszenie, starające się ze wszystkich sił mnie zestrzelić.

“JAJA SOBIE ROBICIE?!” wykrzyknąłem z frustracją. Czy XANA jest w stanie tworzyć więcej potworów, ponieważ ja tu jestem?

“Pozwól jej płynąć. We wszystkich twoich akcjach”. Próbując wziąć do serca tą poradę, podciągnąłem się z całej siły i udało mi się wręcz skoczyć do góry. Będąc teraz na jednym poziomie z szerszeniami i nie marnując tej okazji, wyciągnąłem jeden miecz i przeciąłem nim jednego z szerszeni.

“Nie myśl. Po prostu czuj” powiedziałem sobie. Z jakiegoś powodu przypomniałem sobie wszystkie te cytaty związane z działaniem instynktownym. Szalone było to, że one naprawdę działały. Ponieważ uczyłem się nadnaturalnie szybko. Szybko, niż kiedykolwiek mógłbym przewidzieć.

Szerszenie zaczęły latać dookoła mnie jak wkurzony rój os, a ja rzuciłem się do przodu pomiędzy laserami, nie starając się ich unikać, czy odbijać. Wtedy postanowiły, że zajmą się Yumi, po tym jak nie trafiła jednego z szerszeni rzucając swoim wachlarzem.

“Zajmij się nimi, ja pomogę Aelicie” powiedziałem Yumi, po czym pobiegłem tak szybko jak mogłem w kierunku Aelity, którą w tej chwili atakował megaczołg. Musiałem tylko upewnić się, aby uderzyć go nie spadając samemu.

Gdy potwór przygotowywał się do strzału, uderzyłem go od tyłu. W tym samym momencie jednak potwór strzelił trafiając mnie w ramię i posyłając prosto w drzewo. To nie był najlepszy dzień dla moich ramion.

“O rany, tak. To bolało wiele bardziej,” jęknąłem, próbując się podnieść. Zacisnąłem pięść i kilka razy uderzyłem z całej siły w ziemię. Był tutaj jeden szerszeń, co oznaczało, że Yumi walczyła z drugim.

“Dlaczego ja?” pytałem w tonie desperacji, podnosząc się niepewnie i chwytając mój miecz. Podniosłem go chwiejnie, próbując przybrać postawę waleczną, którą ćwiczyłem wcześniej.

Szerszeń pozostawał w miejscu, starając się trafić mnie swoimi laserami. Skierowałem miecz tam, gdzie przewidywałem że polecą lasery i udało mi się odbić je wszystkie, co mnie bardzo zaskoczyło. Miałem teraz nadzieję, że uda mi się je odbić w taki sposób, aby trafiły z powrotem w potwora.

Usłyszałem krzyk Yumi, która rzuciła wachlarz w kierunku szerszenia, który wyczuł wcześniej zamiary Yumi i zrobił unik na czas. Szerszeń miał najwyraźniej już dość tej zabawy, ponieważ podleciał w moim kierunku, po czym wypuścił na mnie kwas którego nie zdołałem uniknąć. Co było najgorsze? Ból, jakbym przyłożył ręce do rozgrzanego do 450 stopni piekarnika. Wierzcie mi, wiem jak bardzo to boli.

“Kurwa, to bolało!” krzyknąłem, padając na kolano i wbijając miecz silniej w ziemię. Kątem oka zobaczyłem, jak szerszeń zawraca i przygotowuje swój laser do strzału. Nie miałem nawet siły by podnieść miecz.

Dobra wiadomość. Gdy tylko wystrzelił, jakby znikąd pojawił się wachlarz Yumi trafiając go i natychmiast unicestwiając. Zła wiadomość, laser trafił mnie prosto w plecy. Zamarzłem z plecami zgiętymi w łuk i lekko otworzonymi ze zdziwienia ustami. Szok wywołany uczuciem szybko ustał. Powiedziałem tylko “szlag”, po czym zostałem zdewirtualizowany.

Autor: The Blade of Osh-Tekk
Tłumaczenie: Likki (https://www.facebook.com/fanfictionpopolsku)

Rozdział 1 – “Przypadki się nie zdarzają”

Wypadki się zdarzają. Przynajmniej tak ludzie wyjaśniają nieszczęścia i różne inne niezwykłe wydarzenia. Ja jednak nie jestem takim człowiekiem. Wszystko dzieje się po coś jest inną frazą, w którą wierzą ludzie. Ja należę właśnie do nich. Od bycia oszukanym ze względu na swoją głupotę po brak śniegu w zimie. Niektóre rzeczy jestem w stanie wyjaśnić, innych nie. To była właśnie jedna z sytuacji, których nie mogłem nawet zrozumieć, co dopiero wyjaśnić. 

Tego ranka obudziłem się z wyjątkowo obolałymi plecami. Obróciłem się i podniosłem pomagając sobie rękami i kolanami, patrząc prosto w ziemię. Jednak ziemia wyglądała… delikatnie mówiąc, dziwnie. Ni mniej ni więcej, była to cyfrowa ziemia. Gdy przejechałem po niej dłonią poczułem, że jest gładka, nie zaś jak się spodziewałem twarda i kamienista. Było to niepokojące, by nie powiedzieć dosadniej.

“Czy ktoś mi czegoś dosypał?” powiedziałem sam do siebie, podnosząc się. Rozejrzałem się. Jedynym co widziałem dookoła były drzewa i ziemia. Pojedyncze skały rozrzucone w różnych miejscach tworzyły dosyć pusty obraz lasu. Pytanie, dlaczego ja tutaj byłem?


“Ok, moje sny wskakują zazwyczaj na jakąś minutę przed przebudzeniem, więc albo to się zmieniło, albo to się dzieje naprawdę,” powiedziałem, natychmiast odrzucając tą drugą opcję. Wiedziałem, że Kod Lyoko był tylko kreskówką, nie istniał naprawdę. Cóż, może i istniał gdzieś, dla tych którzy wierzą w alternatywne wszechświaty i tego typu bzdury. Prawdopodobne miałem teraz bardzo realistyczny sen. Chociaż nie było to aż takie nieprzyjemne.


Przyjrzałem się swojemu strojowi i ku mojej uciesze, nosiłem ceremonialne szaty Jedi z gry Force Unleashed (tak, jestem fanem Gwiezdnych Wojen). Te szaty nie tylko wyglądały niesamowicie, ale również świetnie się nosiły. Kozackie i zaskakująco wygodne. Tak, to musiał być sen. Za bardzo odpowiadało to mojej wyobraźni.

Spojrzałem na swój pas, ale co zaskakujące, nie było przy nim miecza świetlnego. Byłem trochę zawiedziony, ale po chwili zacząłem szukać przy swoim ciele jakiejś broni. Zauważyłem końce ostrzy wystające z obu stron za moimi plecami i nieświadomie sięgnąłem rękojeści. Nie wyciągnąłem ich z uchwytów, ale dziwnie było mieć je w tym miejscu. Bawiłem się tak często gdy byłem młodszy, ale to nigdy nie było naprawdę.

Wtedy poczułem dziwne mrowienie z tyłu głowy. Nie było nieprzyjemne, raczej jakby ktoś przyłożył mi przyrząd do masażu do czaszki. Odwróciłem się i zobaczyłem grupkę małym potworów zmierzających w moim kierunku. Były to te małe potwory, których nazwy nigdy nie pamiętałem. Spójrzmy prawdzie w oczy, one zawsze były najmniej groźnymi przeciwnikami w serialu. Nazywały się.. Karaluchy. Tak, teraz pamiętam.

Tak czy inaczej jednak, na pewno nie były przyjazne. Tyle wiedziałem. Miałem dwie możliwości. Uciekać jak suka, albo szybko nauczyć się używać moich broni. Jako, że nie mogłem tutaj umrzeć, nie miałem czym się martwić. Chociaż, sen albo nie, nie przepadałem gdy ktoś we mnie strzelał.

Wyciągnąłem oba miecze i trzymałem je w niezgrabnej postawie. Próbowałem naśladować to co widziałem w filmach, ale moja postawa była całkowicie zła. Nie wydawało mi się to tak ważne, ale szybko przekonałem się, że byłem w błędzie.

Trzy Karaluchy które mnie ścigały, podeszły bliżej po czym zaczęły strzelać, traktując mnie najwyraźniej jako cel do ćwiczeń. Ruszyłem moimi ostrzami w niezdarnej próbie zablokowania laserów, ale nic z tego nie wyszło. Strzały nie trafiły we mnie. Pamiętałem, że te potwory nigdy nie były najlepszymi strzelcami, ale potrafiły utrzymywać nieprzerwanie stały ogień.

Ze strzałów które mnie dosięgnęły, zdołałem zablokować kilka zanim moja niewłaściwa postawa, naiwność w walce mieczem oraz nieudolne ruchy spowodowały, że przewróciłem się i oberwałem laserem w kolano.

“Ah, szlag!” krzyknąłem, starając się utrzymać miecze w dłoniach. Wtedy do mnie dotarło. To bolało jak cholera. Co oznaczało, że to nie jest sen. To podnosi moje gówniane szczęście na zupełnie nowy poziom. Ucieczka była teraz pierwszą rzeczą, o której pomyślałem.


Schowałem miecze do uchwytów, po czym zacząłem biec w przeciwny kierunek do potworów. Teraz jeszcze bardziej cieszyłem się, że były one marnymi strzelcami. Gdyby to był Krab, Blok, czy broń Boże Megaczołg, miałbym totalnie przerąbane. 

Biegłem nie oglądając się za siebie. Nie byłem jak ci idioci z horrorów. Nie musiałem patrzeć za siebie, wiedziałem co tam jest. Śmierć. Śmierć była za mną. Biegnij dalej, nie przewróć się o coś i nie zginiesz. Proste.


Wprost przed sobą zobaczyłem nieaktywną wieżę, co oznaczało że nie trafiłem w środek jakiegoś wielkiego ataku Xany, czy innego gówna. Dzięki Bogu.

Wieża nie odrzuciła mnie, więc mogłem wbiec do środka i złapać oddech. Wiedziałem, że stwory nie mogły wchodzić do dezaktywowanych wież, więc byłem na razie bezpieczny. Gorzej, gdyby goniły mnie Megaczołgi. Chociaż gdyby tak było, prawdopodobnie nie zdołałbym w ogóle tutaj dotrzeć.

Gdy moje tętno zwolniło do normalniejszego rytmu, zacząłem po cichu trawić to, że w jakiś sposób trafiłem do świata Kodu Lyoko, gdzie mogłem zginąć o wiele łatwiej niż w moim własnym. Był spieprzony, ale nie było w nim dziwnie wyglądających potworów strzelających w ciebie laserami, czy psychotycznych sztucznych inteligencji przejmujących kontrolę nad maszynami i żywymi istotami i zmuszających je do wykonywania swoich złowrogich zamiarów. No i biorąc pod uwagę, że jedyną rzeczą która wychodziła mi w prawdziwym świecie, jeśli chodzi o umiejętności fizyczne było bieganie, musiałem szybko nauczyć się walczyć, albo było po mnie.

“Ok, spokojnie. Biorąc pod uwagę to, że nie umiem się bronić i nie jestem pewien czy punkty życia regenerują się po spędzeniu wystarczająco długiego czasu w Lyoko, nie mogę stąd wychodzić jeśli nie chcę zginąć,” pomyślałem do siebie.

Usiadłem pośrodku wieży i położyłem się na plecach. Gdy wyobrażałem sobie, jak byłoby być w Lyoko i jakie moce miałbym tam, nigdy nie przypuszczałem, że to się stanie naprawdę!

Wyciągnąłem miecz zza pleców, unosząc go by się mu przyjrzeć. Sytuacja była spieprzona, ale przynajmniej miałem dwa fajne miecze. Których nie potrafiłem używać, co czyniło moje szanse na wyjście stąd bardzo małymi.

Nie chciałem próbować nimi ćwiczyć, na wypadek gdybym przypadkowo zabił się za ich pomocą. Myślałem o Lyoko jak o każdej innej grze, a w większości gier możesz umrzeć od strzału stopę, jeśli masz wystarczająco mało zdrowia – lub, w tym wypadku, punktów życia.

Jeśli nie potrzebowałem jedzenia, właściwie mogłem tu zaczekać, aż pojawią się dzieciaki. Być może pomogliby mi i dali podwózkę do realnego świata. Może wtedy mógłbym wrócić do mojego wszechświata. Z drugiej strony, nie chciałbym się znaleźć w realnym świecie Kodu Lyoko, gdzie miałbym o wiele mniej możliwości by uciekać, chować się i przeżyć różne ataki XANA’y. Mówcie co chcecie o SI, ale miał wiele różnych pomysłów jak próbować zabijać ludzi. Irytujące i kompletnie bezowocne, ale miał ich dużo i były kompletnie nieprzewidywalne.


Uśmiechnąłem się, gdy przyszła mi myśl. Wiedziałem co się wydarzy w przyszłości. Przynajmniej, w wielu ważniejszych odcinkach. Nakłonić Jeremiego by zaczął wcześniej pracować nad Sektorem Piątym, sprowadzić Aelitę na Ziemię zanim XANA zdąży ukraść jej część która związała ją z superkomputerem. Byłoby tyle korzyści. Myśląc o tym, moja obecność tutaj tylko by pomogła. Musiałem tylko uważać, by samemu nie zostać opętanym przez Xanę lub umrzeć. Tak czy inaczej, miałem cel. Ale najpierw, musiałem zaczekać aż pojawi się paczka.

Autor: The Blade of Osh-Tekk
Tłumaczenie: Likki (https://www.facebook.com/fanfictionpopolsku)