Rozdział 16

Sissi stała przed swoją przepastną szafą z ubraniami i zastanawiała się, w jakiej kreacji pokazać się podczas dyskoteki, która miała się zacząć za kilka godzin.

Kurna, co ja mam założyć…

może ta niebieska sukienka by się nadawała.

Ale zaraz… chyba zbyt długa jest.

Ja jednak mam co pokazać.

Czemu taką tu trzymam?

A, już pamiętam: żeby się ojciec nie czepiał.

No to może ta żółta…?

Ale ta z kolei pasuje na piknik.

Nie no, będzie trzeba kupić coś nowego.

Chociaż… o, ta będzie idealna!”

Elisabeth wyjęła czerwoną sukienkę na ramiączkach, kończącą się tuż przed kolanami.

Jak mnie Ulrich zobaczy, to oszaleje. Będzie mój i nawet nie spojrzy na to azjatyckie, czarne, wychudzone gówno. Do tego jeszcze odpowiednie szpilki i mamy już najpiękniejszą dziewczynę na tej imprezie. Tylko muszę sobie jeszcze makijaż zrobić, bo dziewczyna bez makijażu to jak żołnierz bez karabinu”.

Yumi, w przeciwieństwie do swojej „koleżanki”, nie poświęcała zbyt wiele uwagi kwestii wyglądu, nawet jeśli to dotyczyło imprez szkolnych. Uznawała, że jak ubierze to co zwykle, to też będzie pasować. W końcu idzie się tam spotkać z przyjaciółmi, a oni raczej nie zwracają uwagi na takie drobnostki. Dlatego jedyne, co ona zrobiła, to wzięła prysznic i przebrała się w nowy komplet składający się ze spodni i swetra nieco odsłaniającego brzuch. Wyjęła także skórzaną kurtkę z szafy, na wypadek gdyby miała wracać późno, żeby nie zmarznąć. Wszystko zajęło jej kilka minut, dlatego by zabić nieco czas, wzięła książkę. Zatopiona w lekturze „Uległości” Houllebequeca nie usłyszała pukania do drzwi, jednak na dole był Hiroki, który zawołał:

– Ej, siostra, gościa masz!

Dziewczyna zdziwiła się nieco. Kto mógłby ją odwiedzić?

Gdy zeszła na dół, zagadka się rozwiązała. W salonie stał Ulrich. Japonka od razu sobie przypomniała, że przecież umawiali się, iż on po nią przyjdzie.

– Cześć, Yumi – powiedział Niemiec.

– Hej… Nie za wcześnie przyszedłeś? Mamy jeszcze ze dwie godziny, jak nie więcej.

– Wiem, ale… Chciałem Cię wziąć na spacer, pogadalibyśmy na spokojnie, bo potem na imprezie, może nie być okazji.

– O, to miło z twojej strony. W sumie możemy się przejść. Poczekaj, pójdę po kurtkę.

Ulrich został z Hirokim, który grał na konsoli, ale usłyszał, co się działo.

– I co, Ulrich, kiedy nas na ślub zaprosisz? – spytał dzieciak.

– Jaki ślub? – zaśmiał się Stern.

– No, kurna, jak to jaki? Twój z moją siostrą! Nie musisz przede mną udawać, ja wiem że ty na nią lecisz, a ona na ciebie.

– Wiesz, Hiroki… to wcale nie jest tak proste – próbował wytłumaczyć młodemu koledze Ulrich – Ja i twoja siostra jesteśmy przyjaciółmi. Poza tym nastolatki nie biorą ślubów.

– Jak tam chcesz, nazywaj to przyjaźnią, ale i tak wiem że Yumi się w tobie podkochuje.

Ostatnie słowa usłyszała już siostra Hirokiego, która się nieco zmieszała.

– Hiroki, zamknij się i nie wtrącaj w sprawy starszych!

– Oj dobra no… wiesz że mam rację – odpowiedział pewnie siostrze.

– Za naukę byś się zabrał, a nie tylko grasz w te brutalne gry.

– Jakie brutalne, jak to jest symulator kursu nauki jazdy?

– Tak? A od kiedy na kursie nauki jazdy strzela się kałasznikowem z bocznej szyby i zabija przechodniów?

– Nie znasz się, siostra.

– Dobra, nie chcę z tobą rozmawiać – Yumi odwróciła się do Ulricha – Możemy iść. Jest zimno na dworze?

– Trochę tak, lepiej żebyś założyła kurtkę, bo inaczej się przeziębisz – Ulrich wziął od Japonki ubranie i pomógł jej je założyć.

– O kurczę, jaki z ciebie dżentelmen. Mimo, żeś Niemiec – zaśmiała się Yumi.

– Widzisz, staram się. Nie wszyscy Niemcy są źli – z uśmiechem powiedział Ulrich.

– Naprawdę muszę tam iść? – Jeremie siedział na swoim fotelu i rozmawiał z Aelitą.- Wiesz przecież, że nie przepadam za takimi imprezami.

– A ile razy w ogóle byłeś na takiej dyskotece? – spytała różowowłosa.

– Niech sobie przypomnę – okularnik zaczął się zastanawiać – Kiedyś miałem iść, ale wtedy był atak Xany i pluszowy miś demolujący miasto, ty jeszcze wtedy byłaś w komputerze. Innym razem też Xana atakował…

– No widzisz. A teraz Xany już nie ma i wymówki też nie masz.

– To co ja tam mam robić?

– A co się robi na imprezie? Bawi się, tańczy, śmieje…

– To ty chyba jeszcze nie widziałaś jak próbuję tańczyć. Ja się do tego nie nadaję.

– No to w sumie nie musisz być na parkiecie. Ważne żebyś był ze mną.

– Ty przecież masz być na konsolecie.

– Właśnie, a tam potrzebujemy kogoś, kto by dopilnował sprzętu.

– A nie weźmiecie Nicolasa? A może Herve chce? – dopytywał Einstein.

– Zabawny jesteś – zaśmiała się Aelita – Jeden to bałwan, a drugi będzie chciał cały czas być przy Sissi, choć ją będzie interesować tylko Ulrich.

– Wiesz… ja tu w sumie mam coś do zrobienia – zaczął wykręcać się Jeremie – Referat muszę przygotować…

– Spokojnie, to nie jest pilne, jeden wieczór możesz przecież sobie odpuścić… – różowowłosa sięgnęła do kabla zasilającego sprzęt Jeremiego i wyjęła go z wtyczki. Komputer momentalnie się wyłączył.

– Ej, co jest, czemu nie działa? Co się stało… – Jeremie nie dokończył swojej myśli, bo w tym samym czasie Aelita postanowiła sięgnąć po ostateczny sposób nakłonienia chłopaka, aby zrobił to, co chce dziewczyna: zdjęła mu okulary i zaczęła całować. Po chwili powiedziała:

– To jak, idziemy, co nie?

Jeremie był trochę oszołomiony, ale odpowiedział:

– Dobra, mogę iść.

– Wiedziałam że się zgodzisz – Aelita dała mu jeszcze całusa w policzek.

William wszedł do sali gimnastycznej. Oficjalnie miał pomagać w przygotowaniach do imprezy, jednak tak naprawdę zgłosił się tam tylko po to, żeby ukryć alkohol. Wiedział już, gdzie je ulokuje. Koło konsolety didżejskiej było trochę wolnego miejsca, gdzie grający mogli schować swoje rzeczy. Dzięki uprzejmości Aelity chłopak mógł schować tam zakazany trunek. Do tego przyjaciele mogli tam przyjść i spokojnie się napić w kantorku, który był niedaleko, nie wzbudzając żadnych podejrzeń Jima – byle tylko pamiętać, aby potem wyrzucić puszki, by nie było żadnych dowodów zbrodni.

Nastał wieczór. Sala gimnastyczna zamieniona w parkiet zapełniła się uczniami. Wszystko było gotowe, sprzęt grający podłączony, przekąski i napoje na stołach z boku. Dyrektor Delmas wyszedł na środek i stanął przed mikrofonem, by wygłosić krótkie przemówienie, którego i tak nikt nie zapamięta.

– Drodzy uczniowie! – zaczął Delmas – Jak wszyscy dobrze wiemy, jest czas nauki, ale jest też czas odpoczynku i zabawy. Zbliżają się ferie, dlatego tradycyjnie chcemy to uczcić potańcówką, którą wy, młodzi, nazywacie teraz dyskoteką. Mam nadzieję, że wszyscy będziecie się wspaniale bawić i nikomu nic złego się nie stanie. O to zadba nasz Jim, który stoi teraz przed drzwi. Jim, pomachaj nam tu ręką

Wuefista pomachał.

– No, a teraz nie przedłużając, bawcie się, drogie dzieci.

Dyrektor wyszedł z sali. Był to znak, żeby zacząć imprezę i puścić muzykę. Aelita puściła na początek pewien dość znany kawałek techno1. Uczniowie szybko zorientowali się, co to za utwór i rychło zaczęli śpiewać refren:

„Impra jest tu, ludzi w pizdu, mam białą moc i lecimy całą noc…”

William dał znak Yumi, Ulrichowi i Oddowi, by poszli za nim. Jeremie był już z Aelitą. Po chwili wszyscy, poza różowowłosą, która pilnowała konsolety, znajdowali się w kanciapie.

– A Jim nas nie wykryje? – zapytał Einstein.

– Nie masz się co o niego martwić – uspokoił go William – Musi pilnować drzwi wejściowych, by nikt niepowołany się nie dostał i uczniowie mogli bezpiecznie przejść do toalet. Jesteśmy bezpieczni. Macie tu Żubry, bardzo dobre piwko, które warto pić.

Wszyscy wzięli po puszce.

– A gdzie Aelita? – spytał czarnowłosy sprawca całego zamieszania.

– Przyjdzie potem, jak jej zmiennik obejmie stery za sprzętem – odpowiedział Odd – Możemy spokojnie teraz wypić.

– W sumie racja, jak się skończy to mogę skoczyć po jeszcze jedno.

– Jak chcesz to zrobić, skoro Jim jest przy drzwiach? – spytał Jeremie.

– Spokojnie, ja mam plan, nie martw się. Lepiej otwórzmy browary, bo się zagrzeją.

Przez chwilę było słychać tylko syk otwieranych puszek. Każdy wziął po łyku, choć Jeremie miał przez chwilę drobne wątpliwości.

– Kurwa, trochę śmierdzi – okularnik z pewną niepewnością zaczerpnął łyka z puszki.

– E tam, wystarczy szybko przemieścić trunek do gardła, wtedy dopiero czuć jego prawdziwy znak – powiedział Odd z miną znawcy alkoholi.

– No, i to można pić! To jest impreza, a nie jakieś soczki gówniane albo niezdrowe napoje – William był wyraźnie zadowolony.

– A widzieliście, jak się Sissi odstawiła? – zmieniła temat Yumi.

– Jak jakaś ladacznica! – zaśmiał się Włoch – Co ona, myśli że kogoś na to poderwie? A może to specjalnie dla ciebie, Ulrich, się tak odjebała? Może jej dasz szansę?

– Panie, idź pan w chuj! Nawet jakbym wypił dwadzieścia piw, to bym nigdy z nią niczego nie chciał zrobić – odpowiedział Niemiec.

– No dobra – wtrącił się William – dopijmy to i chodźmy. Może się coś ciekawego na sali wydarzy, potem tu wrócimy z Aelitą.

Po wyjściu z kantorka ekipa zauważyła, że Sissi cały czas rozgląda się po sali, jakby kogoś szukała.

– O, Ulrich! Gdzieś ty był? Chciałam z tobą zatańczyć – powiedziała Elizabeth – Tylko wiesz, wolałabym sama, a nie z tą bandą kretynów…

Rozdział 15

Wiem, gdzie mi sprzedadzą alkohol bez dowodu – zakomunikował William, siedząc na fotelu w pokoju Ulricha i Odda. Oprócz nich byli także Yumi i Jeremie. Brakowało natomiast Aelity, która przygotowywała playlistę na dyskotekę.

– Mówisz poważnie? – spytała Japonka – A nie będzie z tego problemów?

– Jakich problemów? – zdziwił się Dunbar – Nie robię tego pierwszy raz, już się zdarzało kupić sobie piwko, ale przecież nie jestem kretynem i nie będę się prezentować z browarem na szkolnym korytarzu, bo wtedy to od razu bym wyleciał na zbity ryj.

– No, dobra… – powiedział Ulrich – Tylko ile tego chcesz kupić? Przecież nie chodzi o to, żebyśmy się nachlali jak świnie, tylko kulturalnie popróbowali.

– Racja, dlatego myślałem, żeby kupić osiem browarów, to będzie po jednym na głowę i jeszcze dwa zostaną na zaś.

– Kurczę, nie wiem czy to dobry pomysł… – zawahał się Jeremie – Pić na szkolnej imprezie, czy to tak wypada?

– Ale co się boisz, Einstein? – przerwał mu Odd – Spróbujemy sobie piwka, przynajmniej będzie nieco ciekawiej i nie tak drętwo.

– A w ogóle to jakim cudem sprzedają tobie ten alkohol, skoro wprowadzili ten cały program profilaktyczny, by uchronić młodzież przed pijaństwem? – zapytał okularnik.

– Bo widzisz, Jeremie – zaczął William – Wyglądam na tyle dojrzale, że sprzedawca nie ma sumienia pytać mnie o dowód. A program profilaktyczny… phi, bo się będą przejmować pierdołami. Kontroli nie ma, bo środki na to przeniesiono na walkę z terroryzmem. Jedyne, co by nas tu mogło wrobić, to to, że ktoś by pisnął choć słówko. Dlatego cicho sza! Nikomu nic nie mówicie, zachowujecie dyskrecje i na dyskotece rozkoszujemy się pysznym browarkiem.

– William, ty nas chcesz uczyć dyskrecji? – odpowiedział Ulrich – My przez kilka lat kryliśmy przed wszystkimi superkomputer z wirtualną dziewczyną i megagroźnym wirusem odpowiedzialnym za całe zło tego świata, do tego przez jakiś czas uznawaliśmy, gdy byłeś więźniem Xany, że ten komputerowy klon głupi niczym policjant to właśnie ty we własnej osobie, tylko nieco chory. Więc o dyskrecji wiemy więcej niż przecięty uczeń.

– No to tym lepiej. To teraz kwestia najważniejsza. Jakie piwo kupić?

Jim zajmował się ostatnimi przygotowaniami do dyskoteki. Sprzęt grający został już ustawiony na sali gimnastycznej, podobnie jak stoły, na których znajdować się miały przekąski. Teraz mógł podejść bliżej konsolety didżejskiej, gdzie stała Aelita, która była odpowiedzialna za wybór muzyki.

– No i co tam zagrasz? – zagadał wuefista – Będzie coś normalnego do posłuchania i potańczenia, czy tylko ta wasza rąbanka?

– Od razu rąbanka… – odpowiedziała różowowłosa – Ludzie lubią się bawić przy techno.

– Od techno to można z nudów zdechnąć!

– Może i tak, ale wiesz, Jim, jacy są ludzie… to jest dyskoteka, a nie bal w filharmonii wiedeńskiej, żeby im walce grać.

– A co to, źle by było, jakby uczniowie walca tańczyli?

– No, niby nie, ale… najpierw musieliby go umieć. A tego nie uczą.

– Jak nie uczą? – żachnął się Jim – Ja na wuefie kiedyś chciałem!

– Chciałeś, tylko że uczniowie nie chcieli. Ilu się zgłosiło, trzech?

– Bo wy teraz to jesteście zupełnie inni…

– Trudno się nie zgodzić. Ale wiesz, pocieszę cię, Jim. Będzie także coś bardziej klasycznego, bo młodzież lubi się bawić także przy kultowych kawałkach.

– A co to będzie? – zainteresował się nauczyciel.

– To niespodzianka, ale jak będziesz, to się dowiesz.

– Będę, bo przecież muszę was pilnować, żebyście się mi tutaj nie pozabijali albo sprzętów nie poniszczyli.

– Sprzętów ci żal? Ma to z piętnaście lat, jak nie więcej.

– Jak się nie podoba to możecie wcale nie robić, jak sprzęt dla was za stary.

– Spokojnie, spokojnie… mogę ci jedną rzecz powiedzieć, że na imprezie jeszcze jedna osoba się będzie zajmować muzyką i nie wiem co ten tajemniczy gość puści, ale może być ciekawie.

Listonosz nie przychodził zbyt często do szkoły, szczególnie z przesyłkami dla uczniów. Z reguły pakunki przynosili kurierzy, bo było szybciej, natomiast wszelka korespondencja listowna odbywała się drogą elektroniczną. Zdarzały się jednak wyjątki, niektórzy wciąż korzystali z tradycyjnych form. W tej grupie była babcia Ulricha, która napisała do swojego wnuka list. Niemiec otrzymał wiadomość, otworzył kopertę i zaczął czytać:

Kochany Ulrichu, Szwabie jeden!

Dawno do ciebie nie pisałam, ale po prostu nie miałam czasu. Tyle się u nas dzieje, jak nie jedne wybory to drugie, Ktoś to musi obserwować. Ale wreszcie mam chwilę, by napisać. U mnie wszystko dobrze, nawet nie choruję od pewnego czasu, może to dlatego, że leki zdrożały i taniej jest nie chorować. Ciepło w tej Polsce straszliwie, jakieś 36 stopni, ale dobrze, że mam wentylator i zapas Pepsi.

Tak w ogóle to mam dla ciebie propozycję: wiem, że niedługo macie jakieś wolne (porobili wam tego od cholery, więcej odpoczywacie niż się uczycie, ale to może i lepiej… może tak lepiej potem wiedza wchodzi), może byś przyjechał ze swoimi przyjaciółmi do mnie na tydzień? Dom mam duży, wszyscy się pomieścicie, zrobię wam dobre jedzenie, takie nasze tradycyjne. Jak byś był zainteresowany to daj znać, zarezerwuję wam pociągi, bo teraz to nawet to cholernie archaiczne PKP ma kursy na Paryż i z powrotem, nawet można bilet przez internet kupić (a wiesz, kiedyś tak dobrze nie było).

Pozdrów ode mnie całą bandę, powiedz im że są mile widziani, fajnie będzie mi gościć obcokrajowców.

Babcia

Ulrich był dość zaskoczony, nigdy jeszcze nie był u babci w Polsce. Pomyślał jednak, że to jest dość kusząca propozycja. Nie miał żadnych planów na ten wolny tydzień, a jak jeszcze może paczkę zabrać… nie ma co się zastanawiać, tylko powiedzieć reszcie. Na pewno będą chcieli.

Rozdział 14

Gdy Ulrich wrócił ze spaceru, Odd wciąż był w szoku po tym, co zobaczył w zdrapce. Przybycie Niemca umożliwiło podzielenie się nieoczekiwanymi wieściami.

– Patrz, kurwa, jestem bogaty! – zakrzyczał rozentuzjazmowany Odd.

– Co, znowu ci wysłali smsa, że jest dwadzieścia milionów euro do odebrania i wysłałeś coś? Drugi raz ja ci kasy na prepaida nie pożyczę. Sam płać za własną głupotę.

– Jaki tam sms! W zdrapce wygrałem!

– A od kiedy ty w zdrapki grasz?

– Dzisiaj kupiłem, w końcu wolny kraj.

– Pewnie że wolny, ale to chyba ta młoda ekspedientka cię namówiła i dlatego kupiłeś, żeby jej było miło – dogryzał Oddowi Ulrich.

– A jeśli nawet, to co?

– No, nic…tylko czy aby ona dla ciebie nie za stara?

– Gdzie tam za stara… nawet trzydziestu lat nie ma.

– No właśnie. A ty ledwo piętnaście.

– To jest jakaś przeszkoda? Spójrz na naszego prezydenta, on swoją żonę poznał będąc mniej więcej w naszym wieku, do tego była belferką. To jest dopiero ryzyko, zakochiwać się w swojej nauczycielce i być z nią w związku.

– Dobra, lepiej mi powiedz, ile wygrałeś w tej zdrapce.

– Czekaj, zaraz sprawdzę… – po chwili milczenia Odd zakrzyknął – Dwadzieścia milionów Euro. Nie muszę już pracować ani się uczyć!

– Eee, chrzanisz, jakie dwadzieścia milionów – nie dowierzał Niemiec.

– Jak nie wierzysz, to sam zobacz – Włoch podał mu kupon. Ulrich spojrzał i nagle zaczął się śmiać.

– A co ci śmieszno? Zazdrosny jesteś, że nie trafiłeś takich pieniędzy? – zdziwił się Odd.

– Dwadzieścia milionów, tak? A idź ty… ty czytać nie umiesz, analfabeto jeden! Dwadzieścia Euro wygrałeś, a nie milionów. Z takim majątkiem to raczej nie masz co rzucać szkoły.

– Kurna, a tak fajnie by było… no, ale mam przynajmniej na pizzę.

Jeremie próbował skupić się na programie publicystycznym w radiu, trwała dyskusja nad tym, czy wybory do Parlamentu Europejskiego w większym stopniu wygrała Marine Le Crayon, uzyskując procent przewagi nad partią prezydenta Macrona, czy też więcej na tym zyskali Zieloni, pokonując partie istniejące od czasów generała De Gaulle’a. Próbował, ale nie za bardzo mu to wychodziło, co było nieco dziwne, bo z reguły lubił słuchać tego rodzaju audycji, nawet jeśli nie wynikały z nich żadne wnioski, bo każda ze stron utrzymywała swoje stanowisko i ani myślała o choćby najmniejszej korekcie przekonań. Einstein miał jednak nieco inny problem na głowie. Gdy z głośników dobiegały kolejne głosy o przyszłości Francji oraz Unii Europejskiej, blondyn myślał o swojej przyszłości uczuciowej.

„Skoro Aelita sama najpierw do mnie podeszła z taką propozycją, to w sumie nie mam się co obawiać – myślał Jeremie – Szczególnie, że tak naprawdę ja też coś do niej czuję, śni mi się często po nocach, szczególnie w tym jednym ubraniu z czasów wirtualnych, wyglądała wtedy uroczo… ba, więcej niż uroczo, wręcz intrygująco, żeby nie powiedzieć, podniecająco… ale spokojnie, Jeremie, do tego etapu jeszcze dojdziemy. Może… a co, jak to nie wypali? Ale kurna, co ma nie wypalić? Yumi widziz że do siebie pasujemy, cała nasza paczka widzi… w sumie, nie ma co już tego przeciągać. Idę do niej.”

Jak pomyślał, tak postanowił uczynić. W międzyczasie układał sobie w głowie to, co chciałby powiedzieć Aelicie. Szybko przeczesał włosy, wypił szklankę Pepsi na odwagę i wyszedł z pokoju. Choć był u różowowłosej w pokoju już wiele razy i niejednokrotnie pukał już do jej drzwi, to jednak tym razem czuł pewien niepokój i nieco ociągał się, by zapukać. Jednak zrobił to.

– Proszę – Jeremie usłyszał ten dziewczęcy, miły głos, który towarzyszył mu od kilku lat. Wszedł do pokoju. Zobaczył Aelitę, stojącą przy biurku, ubraną w jasnozieloną koszulę, niebieską dżinsową spódniczkę i podkolanówki.

– O, to ty, Jeremie – ucieszyła się różowowłosa.

– Tak… masz chwilę?

– Jasne, dla ciebie zawsze.

– No, to dobrze… chciałem ci coś powiedzieć. Myślałem o naszej ostatniej rozmowie… – tu Jeremie nieco się zaciął – I doszedłem do pewnych wniosków.

– Tak? – zainteresowała się Aelita.

– Wiesz… tak naprawdę, choć może ci się to wydawać nieco dziwne, to nie ty powinnaś dziękować mi. To ja powinienem dziękować tobie. Tak naprawdę gdyby nie ty, to pewnie do dzisiaj nie miałbym przyjaciół, byłbym sam. Ty byłaś pierwszą osobą, z którą naprawdę mogę porozmawiać o wszystkim. Nawet jeśli przez jakiś czas były to tylko kontakty wirtualne.

– Kurczę… – zdziwiła się Aelita – To miłe z twojej strony, ale przecież masz także Yumi, Ulricha i Odda.

– Tak, wiem o tym, cieszę się z tego, że mam takich przyjaciół. Po ostatniej naszej rozmowie zrozumiałem coś jeszcze. Pewnie tego nie wiesz, ale… od początku czułem, że jesteś wyjątkowa. Od momentu, gdy cię poznałem w fabryce. Nawet nie wiesz, jak mi zależało na tym, by cię zwirtualizować. Wciąż pamiętam twoją pierwszą noc na Ziemi. Czuwałem przy tobie do świtu i już wtedy wiedziałem, że mógłbym tak każdej nocy. Tylko brakło mi śmiałości, by ci to powiedzieć.

– Naprawdę?

– Tak, Aelita. Naprawdę. Ja wiem, słaby jestem pewnie, jeśli chodzi o takie rzeczy, ale chcę cię zapewnić – tu Jeremie troszkę się spocił, ale niezauważalnie – Że bardzo mi na tobie zależy. Najbardziej na świecie.

W tym momencie Jeremie uklęknął przed dziewczyną i ujął jej prawą dłoń w swoje dłonie.

– Aelita… chcę być twój na zawsze. Jeśli tylko tego pragniesz.

Różowowłosa była zaskoczona i wzruszona.

– Pragnę tego, Jeremie… tylko wstań z tej podłogi, bo czuję się jak jakaś księżniczka, którą nie jestem.

– Dla mnie jesteś najważniejsza na świecie – Einstein ucałował delikatnie jej dłoń.

Po chwili oboje spletli się w długim pocałunku, obejmując się. Ręce Jeremiego w pewnym momencie sięgnęły nawet w dolne partie pleców Aelity, co nieco skonfundowało chłopaka. Na szczęście różowowłosa nie miała mu tego za złe.

Hiroki oglądał kolejne przygody Kononowicza i Suchodolskiego. Spodobały mu się ich dość prymitywne przygody. Właśnie Suchodolski opowiadał o swoim dniu:

– No dzień dobry, właśnie sobie pysznie jem śniadanko, kawałek pizzy, co to nam ludzie dobrzy przynieśli. Zobaczmy sobie jaka jest pogoda…

– Jest chujowa! – wtrącił się Kononowicz, co zdenerwowało Majora.

– Proszę nie przeklinać podczas programu! Non stop przeklinasz! Do piekła trafisz, tam gdzie twoja ubecka rodzina!

– To mnie to chuj obchodzi! – odpowiedział Kononowicz.

Gdy Hiroki śmiał się z dialogu przyjaciół, do domu weszła Yumi w bluzie od Ulricha. Na szczęście jej brat był tak pochłonięty programem w telewizji, że nie zauważył tego. Z pewnością zacząłby sobie z niej drzeć łacha, a wystarczy, że ta małpa Sissi popsuła jej humor.

„No co za kretynka – pomyślała Japonka – ktoś jej powinien zdrowo nakopać do tej tłustej dupy. Dobra… gdzie te ciuchy moje? Trzeba się szybko przebrać by gówniak nie zobaczył”.

Tuż po tym, jak Yumi przebrała się w swoje ubrania, rozległ się sygnał smsa. William napisał.

„Siema, mam info, impra w budzie za dwa dni, mogę przygotować piwo, daj znać swoim kumplom, może nawet Jerry coś łyknie”.

Dziewczyna była nieco zaskoczona, nikt jej wcześniej o żadnej imprezie nie mówił, ale może to jakaś nowa inicjatywa. Tylko zaraz… alkohol? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie było.

„Czyżby William zaczął pić? A może tylko trudni się kupowaniem piwa, bo wielu sklepikarzy nie pyta się go o dowód. Ale w szkole pić… no, nie wiem, z reguły alkoholu nie piję, ale…”
Rozmyślania Yumi przerwało wejście Hirokiego.

– Puka się, cholera!

– A, sorki, zapomniałem, ale się śpieszę, bo idę z Johnnym do centrum handlowego, kasę mam, matka wie, będę za dwie godziny. To na razie.

– Tylko nie wracaj za późno! – tej rady Yumi brat nie usłyszał, bo bardzo szybko wyszedł.

„Cóż… trochę spokoju przynajmniej. A która to godzina – Japonka spojrzała na zegarek – o, zaraz się zaczyna ten edukacyjny program, gdzie ludzi się zamyka w domu i sobie żyją.”

Yumi zeszła do salonu, włączyła telewizor i poszła po chrupki. Z głośników dobiegały słowa piosenki zaczynającej program.
-Kim naprawdę jesteś…?

Rozdział 13

Ta małpa jest niereformowalna, jej nawet pranie mózgu nie pomoże, bo jak możesz wyprać coś, czego nie ma? – Yumi wciąż była zdenerwowana po tym, co Sissi zrobiła jej na korytarzu.

– Skoro o praniu mówisz – odpowiedział Ulrich – to chyba musisz swoje ubrania wrzucić do pralki. Ale spokojnie, coś będę miał na przebranie, poczekaj… spodnie masz chyba całe?

– Tak, ona głównie w górę celowała, spodnie jeszcze jakoś ujdą w tłoku, ale sweter mam taki biały, że niektórym by się mogło to skojarzyć dziwacznie…

– O, to chyba będzie dobre, taka niebieska bluza, dość rozciągliwa, śmiało, zmieścisz się. Możesz się przebrać tutaj, nie będę podglądał.

– Serio? Taka okazja, dziewczyna się rozbiera w pokoju, a nie wykorzystasz? – zaczęła się nieco śmiać Yumi.

– Wiesz, że ja nie jestem taki – nieco oburzył się, choć bardziej w tonie żartobliwym, Niemiec – To jak, idziemy na tą Pepsi?

-J asne, może mnie to jakoś uspokoi. Jak pomyślę o tej kretynce, to mam ochotę jej tak mordę obić, żeby jej własna matka nie poznała.

– A wiesz, Yumi, że ona taka była od przedszkola?

– No co ty, masz z nią do czynienia tak długo? – zdziwiła się Japonka.

– Tak się złożyło. Nie wiem czemu, czyżby kara za to że pochodzę z kraju, który drugą wojnę światową rozpętał, czy co innego, jakieś fatum. Ale tak, Elisabeth była wnerwiająca już jako mała dziewczynka, która sikała w majtki. Ciągle się chciała ze mną bawić w salę ślubów, bo się naoglądała argentyńskich telenowel.

– No to dramat był z nią.

– Żebyś wiedziała! Ja sobie chciałem bawić się w strażaka, albo w wojnę, a ona mnie ciągnie na herbatki z misiem i lalką Barbie. Do tego ciągle gadała że mnie kocha i że chce być ze mną na zawsze.

– A ty wtedy nie chciałeś?

– Ja? Z nią? To już wieczny celibat byłby lepszy!

– Może i tak… w ogóle nie wiem czy słyszałeś – zmieniła temat Yumi – ale Aelita wreszcie się odważyła wyznać naszemu komputerowcowi, co do niego czuje.

– No nareszcie, przecież myśmy od samego początku widzieli, że oni mają się ku sobie.

– Ale wiesz dobrze, że im byłoby trudno dojść do tego od razu. I nie mówię tu o kwestiach rozumowych, tylko uczuciowych. Nie każdy ma tyle odwagi, by od razu wyznawać sobie miłość.

Odd poszedł się przewietrzyć i kupić przy okazji Przegląd Sportowy, żeby przeczytać zapowiedź kolejnej kolejki piłkarskiej ekstraklasy. Wszedł do pobliskiego sklepiku.

– Dzień dobry, co panu podać? – powitała Włocha znajoma ekspedientka.

– A witam, poproszę Przegląd Sportowy i dwie puszki Pepsi.

– Czyli taki zestaw obowiązkowy, jak mniemam?

– Ano, trzeba się nieco zrelaksować po zajęciach.

– Dobrze…Przegląd…puszki… razem będzie cztery euro.

Odd zauważył jednak coś jeszcze. Na ladzie leżały nowe zdrapki.

– O, a to co to? Jakaś nowa loteria?

– Tak, dosłownie wczoraj wprowadzili. Jeden los kosztuje tylko jedno euro, a wygrać można podobno nawet dwadzieścia milionów!

– Dwadzieścia milionów, dobre sobie… toć to pic na wodę, pani kochana.

– No, wiem że pic, ale jakoś muszę zachęcić ludzi, żeby to kupowali.

– Dobra… zachęciła mnie pani. Jeden los wezmę, może wygram jakieś drobniaki, to wtedy do pani przyjdę i chipsy za wygraną kupię.

– Chipsy?

– Ale te luksusowe, Chrunchipsy o smaku papryki ze śmietaną.

W gabinecie dyrektora Delmasa po raz kolejny trwało zebranie nauczycieli. Tym razem padł na nim dość interesujący pomysł.

– Myślałem ostatnio – zaczął Jean-Pierre – Żeby coś zorganizować dla uczniów, coś wesołego. No bo sami zobaczcie, to co się zapowiada, te wszystkie zmiany, jakie nas czekają, zapewne nie będą zbyt dobrze odebrane, i my wszyscy o tym doskonale wiemy. Ale wiemy też, że te zmiany musimy wprowadzić i pewnie kiedyś nawet największe głąby wśród uczniów, a takich też niestety mamy, zrozumieją, że to dla ich dobra.

– No, dobra, Jean – przerwała Suzanne – Tylko co masz na myśli, mówiąc o zorganizowaniu czegoś dla uczniów? Wycieczka? Nie mamy na to środków, poza tym obojętnie gdzie byśmy zaproponowali, to zawsze ktoś będzie narzekał, a to że za nudno, a to że nie ma w pobliżu McDonalda…

– Nie o tym myślałem. Chciałbym żebyśmy zrobili dyskotekę. Tak, wiem, może mało to odkrywcze, ale wiem z pewnych źródeł, że to się ludziom podoba. Poprzebierają się, wystylizują, zabawią się i nawet nie będą mieć świadomości, że to po raz ostatni mogli się w szkole wystroić. Ale o tym powiemy im w swoim czasie.

– Sprytny plan – przyznał Jim – Niby nic niezwykłego, a jednak jest w tym jakiś zamysł.

– Ano, racja – zgodził się Gilles – Dzieciaki zawsze lubiły takie imprezy. Nawet grono nauczycielskie nie musi się tym zbytnio zajmować, bo oni sami sobie muzykę skombinują, zagrają, a my tylko musimy ich pilnować, a i to nie jest zbyt trudne, bo ekscesów żadnych nie było.

– Czyli, jak rozumiem, wszyscy się zgadzamy? – spytał retorycznie Delmas – Skoro tak, to możemy przejść do innych spraw…

Odd wrócił do swojego pokoju. Ulricha jeszcze nie było, więc Włoch skorzystał z chwili samotności i włączył telewizor. Właśnie trwały popołudniowe wiadomości.

– W Japonii trwają przygotowania do zmiany władzy monarszej, abdykuje cesarz Hirohito.

– „Ciekawe czy Yumi go kiedyś widziała” – pomyślał Odd. Wziął puszkę Pepsi, otworzył i pociągnął sporawy łyk. Drugą ręką sięgnął po zdrapkę.

„Zobaczymy, czy coś się trafi”.

Zaczął zdrapywać. Z każdą chwilą pojawiały się coraz to nowe symbole. Po kilkunastu sekundach ujrzał coś, czego się nie spodziewał.

– O cholera! – wyrwało się Włochowi.

Rozdział 12

Świeżo kupione wydanie „Dziennika Codziennego” czekało na biurku. Jeremie sięgnął po gazetę, żeby zabić czas w oczekiwaniu na przyjście Yumi. Zaciekawił go artykuł o strajku nauczycieli w Polsce. Wyczytał, że ostatnie negocjacje prowadzono na dwanaście godzin przed jego rozpoczęciem, przez co uczniowie nie wiedzieli, czy mają odrobić lekcje i iść następnego dnia do szkoły, czy też jednak tego nie robić.

– „Czy oni zawsze muszą robić wszystko na ostatnią chwilę? – zdziwił się Francuz – Stadiony na Euro 2012 kończyli na dwa tygodnie przed mistrzostwami. Nowe samoloty dla władz państwowych kupili dopiero po tym jak ostatni Tupolew się roztrzaskał. A teraz zdziwieni, że kryzys w oświacie się zaczął, choć od miesiąca mówiono o strajku. Ale gdzie minister była… na kampanii wyborczej! Dobrze, że we Francji nie mamy takich kłopotów”.

Z rozmyślań nad polityką wyrwało Jeremiego pukanie do drzwi. To Yumi. Tak jak obiecała.

– Dobrze że jesteś, muszę z tobą porozmawiać – powiedział okularnik.

– Co się stało? – spytała Yumi.

Einstein opowiedział jej ze szczegółami o tym, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej pomiędzy Aelitą a nim.

– No, dobra – powiedziała Yumi – Nie do końca rozumiem, gdzie tkwi problem, o ile jakiś jest?

– W czym tkwi problem – zaczął zastanawiać się Jeremie – Wydaje mi się… że chyba w tym, że Aelita coś takiego zrobiła. Nie spodziewałem się tego po niej.

– Nie żartuj, Jerry, nie spodziewałeś się? Chyba faktycznie potrzebujesz okularów, skoro nie zauważyłeś, że ona od momentu sprowadzenia na Ziemię się w tobie podkochuje. Chyba nie to jest problemem?

– Niee… po prostu… nie wiem czy jestem gotowy na związek.

– Aaa, to o to chodzi… a byłeś kiedyś już w jakimś związku?

– To chyba, kurna, pytanie retoryczne. Jedyny związek, jaki jak dotąd znałem, to Związek Radziecki.

– Ale jednak jesteś idealnym chłopakiem dla Aelity.

– Ja? Idealny? – zdziwił się Jeremie – Niby czemu?

– No, wiesz… ty ją odkryłeś, ty ją sprowadziłeś. Może mieć rację w tym, że ma u ciebie pewien dług. Poza tym bądź co bądź to nie jesteś taki jak zwykli chłopcy.

– Yumi… kierowałem przez kilka lat bandą, która ratowała świat i nikomu nie mogę o tym na zewnątrz mówić, bo mnie by do psychuszki wsadzili. To wystarczający argument za tym, że nie jestem taki jak inni.

– Nie o to mi chodziło – zaczęła tłumaczyć Japonka – Miałam na myśli bardziej to, że jesteś cholernie inteligentny.

– I myślisz, że tym można przyciągnąć dziewczynę?

– Jasne. Aelitę już praktycznie masz, bo gdybyś odrzucił jej propozycję, to moim zdaniem okazałbyś się dupkiem. Ale dupkiem nie jesteś.

– Chyba nie…

– Czyli w sumie wiesz, co masz zrobić.

– Z jednej strony tak, ale z drugiej…

-Jakie „z drugiej”, Jerry? Masz cholernie klarowną sytuację – zaczęła tłumaczyć Yumi – Aelita chce z tobą być, a ty z nią. Co tu się zastanawiać?

– Ale czy ja się nadaje do związku…? – Jeremie dalej miał pewną wątpliwości.

– No jasne że tak. Tylko nie możesz ciągle przy kompie siedzieć. Spokojnie, teraz będziesz miał zajęcie. Tylko pamiętacie o zabezpieczeniach – zaśmiała się Yumi.

– Zabezpieczeniach? Jakich niby?

– Długo by wyjaśniać, ale pewnie któregoś dnia dojdziecie do tego. No nic, chyba pójdę jeszcze do Ulricha… a może do Aelity też zajrzę. To cześć, Jeremie.

Sissi szła do łazienki, gdy usłyszała, że z pokoju Aelity dochodzi głos Azjatki.

– „Kurna, to ta małpa tu jest teraz? – pomyślała – Pewnie zaraz pójdzie do Ulricha. Ale mam plan, jak jej nieco uatrakcyjnić wizytę… dobrze że mam pewną rzecz, której mogę użyć… hehe, po dzisiejszych wrażeniach Japonka nieprędko się tu pojawi”

Yumi nie musiała pytać Aelity o to, co zaszło między nią, a Jeremiem. Różowowłosa sama wszystko opowiedziała z wielkim podekscytowaniem.

– Kurczę, sama nie wiem, dlaczego tak długo z tym czekałam.

– Wiesz, Aelita – odpowiedziała jej przyjaciółka – Z takimi sprawami to trzeba wyczuć odpowiedni moment. Może właśnie nadszedł i go wykorzystałaś.

– Może i tak… w ogóle to… jak to jest być w związku?

Yumi nieco zdziwiła się tym pytaniem:

– „Jakbym jeszcze kurna miała w tym jakieś doświadczenie”- pomyślała. Jednak zamiast tego powiedziała:

– To w sumie wygląda tak, że każdy związek jest inny, jedyny w swoim rodzaju. I tak też będzie w waszym przypadku.

– O ile Jeremie się zgodzi…

– Spokojnie, zgodzi się.

– Skąd wiesz?

– Kobieca intuicja, sama pewnie też coś takiego masz. Tylko moja intuicja jest nieco starsza – uśmiechnęła się Japonka.

– Skoro tak mówisz…

– Naprawdę, nie ma się co martwić. Jeremie to rozsądny chłopak, on cię nie zrani, bo gdyby to nawet niechcący zrobił, to zaraz by się sam chciał zabić z tego powodu. Znasz go przecież, wiesz że w głębi serca szaleje za tobą, tylko nie za bardzo potrafi to wyrazić. Ale u facetów to normalne.

Poprzez lekko uchylone drzwi pokoju Sissi zauważyła, że Yumi wyszła od Aelity i zeszła na dół.

„Oho, poszła do Ulricha. Czyli mogę wkroczyć do akcji. Tylko cichutko, żeby nie zauważyła. Odczekam chwilę”

Wzięła karton mleka i po minucie poszła na piętro męskie. Doskonale pamiętała, gdzie mieszka Ulrich. Ustawiła się pod jego drzwiami, czekając na odpowiedni moment.

– Masz może ochotę wyjść na spacer, Ulrich?

– Jasne, czemu nie? Ciepło jest, a nie chce mi się w tych murach siedzieć. Jak chcesz to nawet na jakąś Pepsi pójdziemy.

– Dobry pomysł, chętnie bym się napiła tej nowej, limonkowej.

– Wiesz, ja jednak zostanę przy czystej.

Yumi otworzyła drzwi. Gdy wychodziła z pokoju, zauważyła, jak coś ją oblewa. Biała ciecz. Po chwili usłyszała donośny śmiech.

– Masz za swoje – cieszyła się Sissi – Przynajmniej teraz twoje denne ciuchy z lumpeksu będą jakoś wyglądać, choć i tak do moich się nie umywają.

– Sissi! Czy ty jesteś popierdolona? Ile ty masz lat? Jak ja ci zaraz zajebię… – wkurzyła się Yumi.

– To co? Jesteśmy na terenie szkoły, zaraz wezwę Jima i powiem, że mi groziłaś, a ja tylko stosowałam obronę konieczną.

– Co stosowałaś niby? – Ulrich włączył się w całe zamieszanie – Obrona konieczna to jest potrzebna, ale przed twoim brakiem mózgu, głupia dziewucho.

– Ale Ulrich, kotku…

– Nie jestem twoim kotkiem, kretynko!

– Ja to tylko zrobiłam dla naszego dobra.

– Niedoczekanie twoje, że Ulrich będzie z taką debilką – powiedziała Yumi, kopiąc Sissi w nogę.

– Ej, uważaj sobie, ja cię tylko oblałam mlekiem troszkę…

– Troszkę? Wywaliłaś cały karton i zniszczyłaś mi ubrania! Jak ja do domu pójdę? W samej bieliźnie?

– Możesz, co mnie to obchodzi, i tak jesteś płaska jak deska.

– Ja płaska? A mam pokazać?

– Daruj sobie, nie jestem lesbą…

– Wiesz co, Yumi – włączył się Ulrich – Chodźmy do pokoju, może coś znajdę, żebyś się mogła przebrać. A tobie, Sissi, chciałbym coś ważnego powiedzieć.

– Tak, Ulriczku? – ucieszyła się Sissi, myśląc, że Niemiec istotnie powie jej coś istotnego dla niej.

– To będzie krótkie, ale myślę, że powinnaś sobie to wziąć do serca.

– Słucham cię uważnie, jak zawsze zresztą.

– Tak?

– No, pewnie.

– No to słuchaj. Komunikat dla Elisabeth: Spierdalaj!

Rozdział 11

Jeremie siedział przed komputerem i czytał artykuł o specyficznym konkursie na aktywnego fana roku w pewnej społeczności, związanej z dość popularnym swego czasu serialem telewizyjnym. Sprawa była dość ciekawa, gdyż rok wcześniej konkurs ten miał formę głosowania, ale w tym roku postanowiono, aby zamiast całej społeczności decydował tylko właściciel organizacji, która konkurs rozpisała. Okazało się ostatecznie, że wygrał członek rodziny twórcy konkursu i całej komórki społeczności fanów

– „Kurna, ale żeby nawet coś takiego ustawiać pod nepotyzm – pomyślał okularnik – na co to komu?”

Rozmyślania chłopaka przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Do pokoju weszła Aelita.

– Hej, Jeremie, nie przeszkadzam? – zapytała różowowłosa.

– Czy ty mi przeszkadzasz? Kurczę, nie żartuj, siadaj sobie. Co tam? – odpowiedział blondyn. Przez chwilę był nieco zdziwiony, widząc ubiór swojej przyjaciółki. Dotąd przyzwyczaił się do jej ciemnoróżowej, długiej sukni, zwanej niekiedy przez Odda habitem, tym razem jednak siedziała na jego łóżku, ubrana w białą koszulę z kołnierzem, czerwoną spódniczkę i czarne adidasy. Przyznał, że wygląda ona pociągająco, nawet jeśli nie w głowie Einsteinowi były związki. Chyba, że chemiczne.

– Wiesz, ogólnie wszystko dobrze – zaczęła Aelita – Ale… ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad pewną kwestią. Minęło już sporo czasu, odkąd pokonaliśmy Xanę.

– Owszem – potwierdził Einstein.

– A jeszcze więcej czasu minęło, odkąd w ogóle to wszystko się zaczęło. Odkąd odpalono Superkomputer, zaczęłam żyć na nowo, poznałam nowych przyjaciół… no i ciebie, Jeremie. Tak naprawdę powinnam cię wymienić na samym początku, to ty byłeś pierwszą osobą, jaka przemówiła do mnie i jaką zobaczyłam po tym cholernie długim okresie bezczynności, gdy mego ojca ścigało KGB, a jedynym wyjściem była ucieczka do Lyoko.

– Cóż… to w sumie był czysty przypadek z tym moim wejściem do fabryki, opowiadałem ci to już wiele razy – przyznał Jeremie.

– Tak, wiem… – Aelita w tym momencie skrzyżowała nogi i przełożyła jedną na drugą, a potem na lewe kolano położyła dłonie – ale zobacz, ile się zmieniło przez ten czas. Dopóki nie wszedłeś, myślałam, że będę wirtualna do końca świata. A jednak jestem tu teraz, siedzę, czuję, oddycham, wciąż rosnę, choć teoretycznie niby powinnam już być dorosła kobietą… no, ale jednak jestem tutaj.

– Racja… to może brzmieć jak science-fiction, ale jesteś dziewczyną z komputera praktycznie – uśmiechnął się Einstein.

– Jakby nie patrzeć… ale tak naprawdę myślałam o czymś innym. Sam wiesz, jak trudno było mi w pierwszych tygodniach po wyłączeniu Superkomputera i pokonaniu Xany. Wiesz, co poświęciliśmy… co ja poświęciłam. Nie mam ojca, matka zaginiona… początkowo myślałam, że jestem tu kompletnie sama.

– Wiesz przecież, że tak nie jest – zwrócił uwagę Jeremie.

– Tak, wiem. W końcu mam oddanych przyjaciół: Yumi, Odda, Ulricha… no i mam też ciebie, Jeremie. To ty odegrałeś w moim życiu, w tej jego drugiej części, najistotniejszą rolę.

– Nie przesadzaj – zarumienił się blondyn – Nie aż tak najistotniejszą.

– Jak nie? A kto mnie odkrył? Kto ze mną rozmawiał po nocach, wyjaśniając mi świat i przypominając pewne rzeczy? Kto mnie wprowadzał w tajniki ziemskiego życia, zanim się nie skumałam, że ja to wiem? Kto mnie sprowadził na Ziemię i czuwał podczas pierwszej nocy? Ty, Jeremie.

– Ale ja to robiłem tak po prostu, z mi… – tu Jeremie uznał, że może lekko się zagalopował, ale zaraz się poprawił – Z mojej zwyczajnej woli.

– Tak, wiem. Dlatego to doceniam… tylko, że mogłeś mieć takie odczucie, że nie okazywałam tego.

– Nie, spokojnie, Aelita, nie miałem takiego odczucia, rozumiem twoją sytuację, miałaś większe problemy na głowie niż jakieś okazywanie docenienia dla zwykłego okularnika.

– Jeremie… nie, nie zwykłego okularnika. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale nie wymieniłam cię jako przyjaciela. Domyślasz się, czemu?

– Bo mnie przestałaś lubić – zaśmiał się Einstein.

– Oj, Jeremie… nie dlatego. Z innego powodu. Bo moim zdaniem nazwanie cię tylko przyjacielem to za mało. Odegrałeś… i w sumie nadal odgrywasz ważną rolę w moim życiu. Jedyną w swoim rodzaju. Bo i taki właśnie jesteś. Jedyny w swoim rodzaju. Zrozumiałam to. Zrozumiałam, że tak naprawdę to dzięki tobie tu jestem. Mam wobec ciebie dług nie do spłaty, bo nie da się spłacić podarowania komuś życia.

– Aelita… – Jeremie bardzo się zdziwił jej słowami – Ja wiem, że możesz to traktować jako coś nadzwyczajnego, ale naprawdę, nie musisz tego tak nazywać. To zwykła pomoc.

– Jeremie… ja tego nigdy nie nazwę zwykłą pomocą. Jesteś moim wybawicielem. Długo myślałam nad tym, jak mam ci teraz wynagrodzić za to wszystko…

-Nie musisz mi nic wynagradzać.. – próbował jej przerwać Jeremie. W tym momencie różowowłosa wstała z łóżka, podeszła do fotela, na którym siedział chłopak i przyklęknęła na jedno kolano przed nim, by mieć jego twarz idealnie przed sobą. Przyłożyła mu palec do ust i powiedziała.

– Nie, Jeremie. Muszę. I chcę. Znam jeden sposób…

Aelita objęła dłońmi twarz okularnika, zamknęła oczy i zaczęła powoli, acz bardzo czule całować go w usta. Jeremie był tym zachowaniem oszołomiony, ale jednak po chwili odruchowo położył swoje ręce na barkach dziewczyny, choć i tak bardziej aktywna była ona. Po tej dość długiej chwili, która w świadomości pary rozciągnęła się bardzo, Aelita powiedziała:

– Kocham cię, Jeremie.

Chłopak przez chwilę wciąż jeszcze był pod wrażeniem tego, co się stało i nie mógł wydusić z siebie słowa. W myślach jednak był bardzo zadowolony.

Aelita wstała z kolan i oznajmiła:

– Jeśli tylko mogę mieć do ciebie jedną prośbę… to chcę być twoja… jeśli zechcesz. Nie musisz się śpieszyć z decyzją, po prostu jeśli będziesz gotowy, powiesz mi, dobrze?

Jeremie przytaknął.

– No, dobra… – Aelita podeszła jeszcze do chłopaka i ucałowała go w policzek – widzimy się potem na stołówce.

I wyszła z pokoju.

– „Cholera… co to się stało…?” – pomyślał Jeremie.

Milly i Tamiya siedziały w swoim pokoju-redakcji.

– Mam pomysł – powiedziała Tamiya – Może zamiast czekać, aż Sissi nas odwiedzi, to zadzwonimy do niej?

– W sumie racja – zgodziła się Milly – W końcu jako dziennikarki z prawdziwego zdarzenia powinnyśmy same zdobywać wieści, a nie czekać, aż ktoś nam je łaskawie przyniesie.

Na biurku leżała specjalna przystawka do komórki, przypominająca telefon stacjonarny. Po podłączeniu do niej smartfona można było dzwonić tak jak dawniej, była nawet taka biała słuchawka. Dziewczyny kupiły sobie taki gadżet, żeby jak najbardziej upodobnić swój pokój do prawdziwej redakcji. Nie wahając się, Milly wybrała numer do córki dyrektora i włączyła tryb głośnomówiący, aby Tamiya mogła również słyszeć przebieg rozmowy.

– No, co chcecie? – bardzo uprzejmie odebrała Sissi.

– Hej Sissi, tu Milly, dzwonię z redakcji.

– Wiem o tym, mam ten numer zapisany, aż taka tępa to nie jestem.

„Z tym to bym polemizowała” – pomyślała Tamiya, ale nie mówiła tego na głos, mając świadomość, że córka dyrektora mogłaby to usłyszeć.

– A, no racja. Wiesz…dzwonimy do ciebie, bo mamy pewną sprawę…

– W sumie nawet dobrze się składa, miałam tam do was podejść, bo mam pewne ważne wieści, ale jak dzwonicie, to nawet lepiej, oszczędzę sobie używania moich wspaniałych nóg.

– Naprawdę? A co to za wieści? Czyżby coś o regulaminie? – zapytała Milly.

– No no, młoda, widać że jednak trochę tej intuicji masz. Owszem, znam parę zapisów, ona się pewnie nikomu w tej szkole nie spodobają…

– Tak myślisz? A co tam mam być?

– Dowiedziałam się, że mają być wprowadzone obowiązkowe mundurki szkolne. Do tego absolutny zakaz używania telefonów komórkowych na lekcjach i przerwach, obowiązujący na terenie całej szkoły oraz internatu.

– Że co? – zdziwiła się Milly – Czemu dyrektor chce to wprowadzić?

– Mnie się pytasz? Gadał coś o jakiejś reformie, ustawie, ale ja się na tym ni cholery nie znam! No, dobra, myślę że te informacje się przydadzą, jak coś więcej będę wiedzieć, to dam znać. Muszę kończyć, idę trenować taniec, na razie – Sissi odłożyła słuchawkę.

Redaktorki były bardzo zaskoczone rewelacjami otrzymanymi od Sissi.

– Mundurki? Zakaz na komórki? Co oni, chcą nam tu średniowiecze urządzić, czy szkołę Legii Cudzoziemskiej? I co jeszcze wymyślą? – zastanawiała się Tamiya – Wydaje mi się, że to dopiero początek.

– Wiesz, Tamiya, mi się wydaje, że to faktycznie może mieć związek z ustawą. Kilka dni temu w Dzienniku podawali, że przyjęto reformę szkolnictwa.

– Może i tak. Ale kurna, zawsze się takie reformy robiło bardzo długo, większość się tymi ustawami najwyżej podcierała. Co ich teraz napadło, żeby się kurczowo do zaleceń ministra stosować? Dyrektor Delmas powinien chyba pamiętać strajki w sprawie komórek, gdy kilka lat temu próbował wprowadzić zakaz. Byłyśmy tam, nie pamiętasz?

– Oj tak, pamiętam, podobno nawet na radzie pedagogicznej ktoś proponował, aby nauczycieli też to obejmowało.

– A skoro teraz to już ustawowo jest dekretowane, to i łatwiej to wprowadzać… cholera – Tamiya coś sobie przypomniała – Już wszystko rozumiem.

– Co rozumiesz? – dopytała się Milly.

– Jak to co? Ta rozmowa z Jimem! Nie pamiętasz, jak się zawahał, gdy wspomniałyśmy o sondzie wśród uczniów w sprawie nowego regulaminu? I jak zaczął gadać o zatwierdzaniu tekstów, a do tego sugerował, że może lepiej nie komentować tego w gazetce…

– O kurna… faktycznie. Czyli to tak chcą to zrobić! Przyklepać wszystko, a ty, głupi uczniu, zamknij mordę i rób co każemy? O nie nie, tu trzeba zadziałać, jak wolna prasa!

– Ale co my mamy zrobić?

– No i tu, moja przyjaciółko, niestety obecnie jesteśmy w dupie. Ale coś wymyślimy, nie martw się.

Yumi siedziała w swoim pokoju i czytała „Gwiazd naszych wina” Johna Greena. Co prawda książkę wydano kilka lat temu, ale dopiero niedawno, będąc w Auchanie, Japonka zauważyła ją w okazyjnej cenie dwóch Euro. Pomyślała, że skoro widziała film, a wiele osób chwaliło powieść, to warto się w nią zaopatrzyć.

Z lektury wyrwał ją dzwonek telefonu. Spojrzała na wyświetlacz – dzwonił Jeremie. To ją troszkę zaskoczyło, bo o ile wcześniej było to dla niej codziennością, to od czasu pokonania Xany częstotliwość połączeń telefonicznych spadła, bo i tak wszyscy widzieli się codziennie w szkole.

– Tak, słucham? O, cześć Jeremie, co tam? Nie, nie przeszkadzasz, właśnie odpoczywam…. Chcesz ze mną porozmawiać? No to słucham, co się stało… a, to nie jest na telefon… czy mogę przyjść… wiesz, teraz muszę zerkać na brata, ale za trzy godziny matka z pracy wróci, to wtedy cię odwiedzę. Dobra, do zobaczenia!

„Kurczę, Jeremie chce ze mną rozmawiać o czymś? Toć Aelitę ma bliżej. A to może właśnie o nią chodzi i chce się poradzić kogoś starszego… no, cóż, zobaczymy”.

Yumi zeszła do salonu, gdzie był Hiroki. Tym razem nie za bardzo musiała się nim zajmować, wystarczyło dać mu jeść i zerkać, czy nie zrobi sobie krzywdy. Ale chłopiec nie robił nic niebezpiecznego, siedział na kanapie i oglądał telewizję.

– Co to za program? – spytała Yumi, widząc na ekranie dwóch facetów: jednego bruneta, dość grubego, z krzywymi i zepsutymi zębami oraz brudnymi rękami, i drugiego, blondyna, który również wyglądał niezbyt ciekawie, zapewne pił.

– Kononowicz i Suchodolski Show, nowy program z Polski dla dzieci, bardzo śmieszny i edukacyjny – odpowiedział Hiroki.

Właśnie pokazywano scenę, jak Suchodolski, który był chudszy jadł obiad:

– No, dzień dobry, ogółem, dziękuję bardzo widzom za paczkę, Marian wysłał kiełbasę bożą, dobra będzie, na kolację się nada.

Zza kadru dochodził głos Kononowicza:

– A to to Sławek przysłał nam.

Suchodolski się zdenerwował przerwaniem monologu:

– Ale ty zamknij mordę, kto wysyłał. Zamknij mordę, konfidencie jeden cholerny!

Yumi nieco się zafrasowała:

– Hiroki… to na pewno jest program dla dzieci?

– Jasne, tak napisali w Tele Tygodniu – chłopiec podał swojej siostrze gazetę z programem. Istotnie, widniało tam, że prezentowany program jest audycją dla dzieci i młodzieży.

– A teraz pokazuje wam, co to dostaliśmy – Suchodolski prezentował przesłane przez widzów dary – tu są żelki, tu natomiast cukierki, mleczne…

Gdy Suchodolski, zwany także Majorem przerwał na chwilę, szukając kolejnych produktów, pojawił się Kononowicz, który powiedział:

– Kurwa.

Na to Major się zirytował i oznajmił Krzysztofowi:

– Proszę nie przeklinać, śmieciu pierdolony! Bo ja tu nagrywam, a ty mi przeklinasz, szczurze wodny!

Hiroki zaczął się śmiać.

– No i co tu jest śmiesznego? – spytała Yumi – To ma być program dla dzieci? Z wyrazami brzydkimi?

– Oj siostra – odpowiedział jej brat, wciąż rechocząc z tych wyrafinowanych żartów – Ale to jest śmieszne i edukacyjne, bo Major uczy, by nie przeklinać.

– Mówiąc do przyjaciela „śmieciu pierdolony”? Gdzie tu sens, gdzie logika?

– No kurczę, a skąd mamy wiedzieć, jakich słów mamy nie używać, jeśli by się ich nie mówiło?

– Ech… – zadumała się Yumi – Za moich czasów takich dziwactw nie było.

Rozdział 10

Sissi przechadzała się po pokoju nerwowym krokiem od drzwi do okna i z powrotem. Oprócz niej byli tam Herve i Nicolas, jej koledzy, zwani niekiedy „gwardią przyboczną” albo „przydupasami Elizabeth”. Dziewczyna była wyraźnie wkurzona.

– Jak ja tej chudej wrony nienawidzę. Jak psa jej nienawidzę.

„Gwardia przyboczna” wiedziała doskonale, że chodzi jej o Yumi Ishiyamę.

– Gdyby tylko można ją było jakoś wykurzyć… ale nie da się z powodu imigracji.

– A czemu chciałabyś ją wykurzyć? – spytał Nicolas.

– Jak to czemu? – zdziwiła się Sissi – Przecież ona w ogóle tu do nas nie pasuje, ona nie jest z naszej kultury, poza tym dobiera się do nieodpowiedniego chłopaka. Cała szkoła wie, że jedyną dziewczyną, która może zdobyć Ulricha Sterna, jestem ja!

– Sissi… – zaczął Herve – nie to żebym ci czegoś zabraniał czy coś…

– Jakbyś jeszcze mógł… – odparła z pogardą Elisabeth.

– Ale… nie sądzisz, że on po prostu lepiej czuje się w towarzystwie Yumi?

– Że co? On, lepiej w towarzystwie tej wywłoki? Chyba sobie kpiny urządzasz!

– No, ale wiesz… skoro on jest szczęśliwy z nią…

– Przestań pieprzyć, Herve – przerwała mu dziewczyna – Po pierwsze, on nie jest z nią w związku. Po drugie, prawdziwie szczęśliwy będzie ze mną. I ja też będę szczęśliwa tylko wtedy, gdy będę go miała. Jesteście moimi przyjaciółmi, czyż nie?

– Tak, tak, Sissi, jesteśmy – potwierdzili chóralnie Herve i Nicolas.

– No to skoro jesteście, to chcecie, żebym była szczęśliwa.

– Jasne że tak – ponownie odpowiedzieli chórem.

– No to skoro tak, to teraz wymyślcie, jak zrobić, żeby Ulrich przestał zajmować się Yumi i zainteresował się mną. Bo wiecie, ja się mogę ubrać stylowo, bo tylko tak się ubieram, ale wydaje mi się, że to nie wszystko.

– A może tak… – głośno pomyślał Herve – Skoro sama powiedziałaś, że on jest wolny, to może wzbudzić w nim zazdrość?

– Zazdrość? – zainteresowała się Sissi – Ciekawe… a w jaki sposób?

– Widziałem to na filmach. Wystarczy, że się pokażesz publicznie z innym chłopakiem i będziecie się na pokaz tulić, całować…

– Tak? A kogoś byś proponował jako tego chłopaka na pokaz?

– No, wiesz… – zarumienił się Herve – może.. mnie?

– Ciebie? Haha, a to dobre – Sissi wyraźnie to rozbawiło – Ciebie to ja mogę pocałować…

– Naprawdę? – zaciekawił się okularnik.

– Tak…. W dupę najwyżej – odparła dziewczyna dość chamsko.

– Jak nie chcesz jego to ja mogę – zgłosił się Nicolas- ja nawet chętnie mogę w dupę pocało…

– Zamknij się, zboczeńcu skretyniały! To nie o to chodzi! Naprawdę jesteś taki głupi? Tak się mówi, jak się chce dać do zrozumienia, że się tego nie zrobi – wyjaśniła mniej inteligentnemu koledze Sissi – Ale pomysł doceniam… tylko ja bym to zrobiła inaczej. I to tak, żeby bardziej jeszcze dokopać Japonce. A wiem, że się da… oj, zemsta będzie słodka.

Ulrich i Odd siedzieli w swoim pokoju i oglądali telewizję. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.

– Kurna, kto to, do cholery? – odezwał się Odd.

Po chwili drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Jeremie. Miał ze sobą sześć puszek Pepsi i dużą paczkę Laysów o smaku fromage.

– Trochę kultury, jak goście przychodzą, psia mać! – odpowiedział okularnik, nieco się śmiejąc

– O, nawet coś przyniosłeś dobrego – ucieszył się Ulrich.

– Bo w gościach nie wypada być na krzywy ryj i z pustymi rękoma. Co tam oglądacie?

– A, wiesz, Jerry – powiedział Odd – zaraz się zaczyna „Piekielna Kuchnia”.

– Tego to chyba nie widziałem, chętnie obejrzę. O co w tym chodzi?

– Jest sobie restauracja – zaczął wyjaśniać Ulrich – zgłosiło się do niej bodajże piętnaście osób, które lubią gotować, i gotują różnym gościom wykwintne potrawy autorstwa Wojciecha Modesta Amaro. Najlepszy wygra u niego pracę i 250 tysięcy euro.

– Kurna… cud, po raz pierwszy w życiu Jeremiemu trzeba coś wyjaśniać. Kredą w kominie zapisać! – zawołał Odd.

– Oj dobra, no wiesz przecież, że ja aż tak w tym nie siedzę, bo gdy wyście się zajmowali telewizorkiem, to ja pracowałem nad Lyoko, i dopiero od czasu pokonania Xany mam więcej czasu na, nazwijmy to, kulturę popularną. Ale zaraz… czemu to się nazywa Piekielna Kuchnia?

– Aaa, to tego ci nie opowiemy. Sam zobacz – Odd wskazał na ekran telewizora.

Istotnie, zaczął się kolejny serwis, najbardziej emocjonująca i najcięższa część każdego programu. Uczestnicy byli już nieco podminowani.

– Dzisiaj nie życzę sobie żadnych wpadek. Ma być idealnie, tip top, tak jak ja zawsze to robię – przemówił szef Modest Amaro – Za każdą wpadkę sprawca wylatuje do domu, nie chcemy tu żadnych niedociągnięć.

Okazało się jednak, że pojawiły się one po dość krótkim czasie.

– Tatar przygotowany przez Marcello został ponownie odesłany do kuchni, klient jest niezadowolony z zamówienia – oznajmił lektor.

– No i ja się mu nie dziwę – powiedział Della Robbia – zobaczcie, jakie gówienko małe zrobił. Tym się nie da najeść. Dwa gryzy i po posiłku. I do tego drogie to jak cholera.

– Znaczy wiesz Odd… – wtrącił się Jeremie – Wydaje mi się, że tu nie chodzi o to, by do syta zjeść, ale po to by posmakować.

– Oj, Einstein, znasz przecież naszego żarłoka – odpowiedział Ulrich – Jemu trzeba podawać porcje w świńskim korycie, żeby mógł wreszcie po obiedzie powiedzieć, że nie jest już głodny.

– Gówno się tam znacie na jedzeniu! Patrzcie lepiej, co szef powie, a nie głupoty wygadujecie.

Szef Amaro podszedł do reklamowanego dania, posmakował je i od razu wypluł.

– Kurwa mać! Ble! Co to jest? Gdzie przyprawy? Jak można podawać nieprzyprawione dziadostwo! Czego ja cię uczyłem, Marcello?

– No ale ja smakowałem i było dobre.

– Dobre było? No to se to gówno weź i zeżryj w domu. Won mi z kuchni! – szef Amaro zdenerwował się nie na żarty.

Po chwili miał kolejny powód do niezadowolenia. Jeden z kucharzy zaczął smażyć pierogi, choć były one anulowane.

– Co ty robisz? Po co to smażysz? – spytał Amaro.

– Bo było takie polecenie… – zaczął się tłumaczyć delikwent.

– Ale ja je anulowałem!

– Tak? Szef anulował? Bo mi powiedziano wcześniej, za poprzednich czasów…

– Jakich, kurwa, poprzednich czasów? Za Mieszka I? Teraz żadnych pierogów nie ma! Won!

Pod koniec okazało się, że grupa kucharzy jest tak niezgrana ze sobą, iż doprowadziło to do niewydania dań dla połowy gości. Gdy szef Amaro miał już zamykać kuchnię, w garnku z olejem wybuchł pożar. Pewna uczestniczka, niewiele myśląc, wzięła butelkę wody i wlała do garnka. Pożar zamiast się zgasił, wzmocnił się, ogień wyleciał aż na wysokość sufitu. W tym momencie zaczęła się przerwa reklamowa.

– No…kurczę, faktycznie piekielnie – przyznał Jeremie.

– E tam, to to pikuś – odpowiedział Ulrich – Moja babcia z Polski opowiadała mi kiedyś, że jak na Starówce w Toruniu jest McDonald, to tam dopiero jest piekło, szczególnie jak przyjdą dwie bardzo spore wycieczki szkolne. Wtedy nawet nie ma gdzie usiąść, a co dopiero żeby się doczekać na zamówienie. Niby fast-food, a pół godziny trzeba stać po jednego BigMaca z frytkami i napojem.

– Czekaj, czekaj… – zaczął się zastanawiać Odd – Tyle lat mieszkamy razem i ani razu nie wspominałeś o tym, że masz babcię w Polsce.

– W sumie racja, nie mówiłeś – przytaknął Jeremie.

– No bo wiecie… – tłumaczył się Niemiec – Nie było okazji, zawsze brakowało czasu, by sobie o takich sprawach poopowiadać. Ale cóż… kiedyś mój dziadek musiał w ramach swojej pracy jechać do Polski. Wtedy wszyscy tam szli, to było bodajże tuż po wakacjach w trzydziestym dziewiątym. I tam poznał pewną Polkę. I tak to wyszło, że mam babcię z Polski. Jak będziecie chcieli, to więcej wam o niej opowiem, może nawet nas kiedyś do siebie zaprosi…

Choć robiło się już ciemno, w pokoju nauczycielskim wciąż paliły się światła i trwało zebranie. Dyrektor, zgodnie z zapowiedzią, zwołał je, by omówić postępy w czymś, co nazwał „Operacją szkolnej odnowy”, w skrócie „OSO”.

– Jim, jak poszło ci z redaktorkami? – zapytał Jean-Pierre.

– Bardzo dobrze, szefie. Zadanie wykonane, przekonałem je. Było to zresztą proste, bo wiem jak rozmawiać z kobietami – zaśmiał się wuefista.

– No, to przynajmniej tu możemy odnotować sukces. Natomiast jeśli chodzi o moją część, o rozmowę z córką… tu się muszę przyznać, że nie wyszło to tak jak chciałem. Nie udało mi się jej przekonać.

– W sumie, to było do przewidzenia. – stwierdziła Suzanne – Elisabeth jest bardzo silną osobowością, jej się nie da łatwo przekonać do swoich racji.

– Może i masz rację – przyznał dyrektor – tylko czemu ona taka uparta… no, nic, może jakoś inaczej się to zrobi.

– A może podczas lekcji wychowawczej? – zaproponował Gilles. – I tak musimy uczniów poinformować o zmianach, a wtedy przynajmniej sprawdzimy reakcje uczniów. Choć i tak myślę, że będą one bardziej stonowane niż rozmowa w zaciszu domowym.

– To jest myśl. Dacie radę to zrobić w tym tygodniu?

– Jasne – potwierdzili chórem nauczyciele.

– Tylko pamiętajcie, jak na razie wstępnie tylko o mundurkach, o innych rzeczach ani mru mru! Nie chcemy tutaj ruchu oporu.

– Właśnie…skoro o tych innych rzeczach – powiedział Gustave – Czy coś będziemy planować?

– Dobrze że o to pytasz. Wczoraj szukałem w sieci pewnych informacji na temat systemu oceniania zachowania, jaki będziemy mogli wdrożyć w naszej szkole. Jest to system punktów na plus i na minus.

– Punktów? – zdziwiła się Suzanne – Takich jak się stosowało w krajach postkomunistycznych? Za zbiórkę odpadów do recyklingu plus dziesięć, za pierdnięcie minus trzydzieści?

– A co, złe było? – odpowiedział Jim – Przynajmniej jasne to było.

– I o to nam właśnie chodzi, Suzanne. Żeby było to jasne i przejrzyste – potwierdził Jean-Pierre – A jeśli dołożymy do tego element rywalizacji, może konkurs zrobimy, to wszyscy będą chodzić jak w szwajcarskim zegarku, byleby wygrać.

– Podziwiam twoją determinację, Jean-Pierre – z pewnym wahaniem w głosie odrzekł Gilles – Myślisz, że teraz to się sprawdzi? I to u nas? Z taką młodzieżą? A jak się jednak trafi jakiś bunt?

– Mój młodszy kolego, wychowanie to ścieżka na której jest od cholery min. Ważne, by wiedzieć, które są niewypałami, a na które należy uważać, żeby nie wylecieć w powietrze. Ja już nie takie rzeczy widziałem, więc o to się nie martwię. A jak ktoś przegnie pałkę, to się go po cichu releguje. W końcu to też nam wolno – odpowiedział dyrektor.

Rozdział 9

Milly i Tamiya siedziały w swoim pokoju, zastanawiając się nad propozycją złożoną im przez Jima. Musiały przyznać, że samo wejście na ogólnokrajowe zawody w charakterze oficjalnych korespondentek dość mocno kusiło.

– Wyobrażasz to sobie? – mówiła podekscytowana Milly – Dostaniemy własne legitymacje prasowe, ze zdjęciem, podpisem, nazwą gazetki oraz nawet formułką „Uprasza się o udzielenie niezbędnej pomocy w pracy właścicielowi legitymacji”! Wreszcie będziemy coś znaczyć.

– No, niby tak… – Tamiya była bardziej powściągliwa w emocjach – Tylko co będzie, jeśli nasza reprezentacja przegra? Mamy zrobić relację z porażki?

– Ot, teraz sobie znalazłaś powód do zamartwiania się. Jaki my mamy na to wpływ?

– No… żaden, w końcu nie my tam gramy.

– Właśnie. Nie my gramy, nie nasz cyrk, nie nasze małpy. My tam jedziemy zrobić wywiady i relację. A jaki będzie wynik to już inna sprawa. Poza tym lepiej by było, jakbyśmy faktycznie przegrali.

– Jak to? – zdziwiła się Tamiya – Nie życzysz naszej szkole dobrze? Naszej kadrze? Która podobno jest najlepsza od dwudziestu lat?

– Znaczy wiesz… jako uczennica owszem, życzę. Ale jako dziennikarka już nie muszę. Zresztą przy przegranej byłoby ciekawiej.

– Jakim cudem?

– Wytłumaczę ci na przykładzie. Jak Polska wygrała mistrzostwa świata w siatkówce, to wywiad z kapitanem drużyny puścili na szesnastej stronie „Przeglądu Sportowego” i zajmował niecałe dwie strony. A jak były mistrzostwa w piłce nożnej i Polska dostała wpiernicz od Kolumbii 0:3, a potem odpadła z grupy, to wywiad z Lewandowskim zajmował pięć pierwszych stron „Przeglądu”.

– No dobra… ale co to ma do rzeczy?

– To ma do rzeczy, że jak ktoś wygrywa, to nie ma za bardzo o co pytać. Co najwyżej o odczucia. A z tego nie wyprodukujesz wielkiego materiału. Bo co ci taki sportowiec powie? „No, cieszę się bardzo, staraliśmy się, dokonaliśmy tego”, ble, ble, ble… Niby fajne, ale i tak niezbyt odkrywcze. Za to jak się przegra… to zupełnie co innego. Bo można spytać, czy to trener zawinił, czy zawodnicy nieprzygotowani, a może sraczka, a może grypa, a może murawa zła, albo się jeden z drugim zapił przed meczem…

– Zapił? W zespole szkolnym?

– No, dobra, to tak dla przykładu. Ale rozumiesz, o co mi chodzi? Przy porażce jest więcej rzeczy, o które można spytać, a czytelnicy to lubią, bo chcą wiedzieć, za co ochrzaniać.

– Może… ale wiesz, Milly, mnie nie daje spokoju inna sprawa.

– Jaka? – zapytała Milly.

– Pamiętasz co Jim mówił potem? O regulaminie, publikacji i tym, żebyśmy tego nie komentowały na naszych łamach? Tym się bardziej martwię niż turniejem. Bo zawody to będą i miną, opiszemy i tyle. Za to tamta kwestia jest długofalowa… i ma na nas spory wpływ. Co też jest w tym regulaminie, że nie możemy skomentować?

– Sama nie wiem… co prawda słyszałam o obradach nauczycieli i delegacji uczniów w sprawie mundurków, Odd dał tam niezły popis, aż się dziwię, że go nie wywalili z budy za to. Ale jak na razie niczego więcej nie wiem. A nie wydaje mi się, żeby samo wprowadzenie mundurków było aż tak palącą kwestią, żeby dawać nam zakaz komentowania.

– Ej, tak w ogóle to chyba takie coś, co nam Jim oferuje, to się zwie cenzurą prewencyjną. A to jest zakazane w prawie francuskim. Ba, nawet w międzynarodowym…

– W sumie racja… wolna prasa to podstawa. Tylko wiesz, Tamiya… my akurat mamy taki haczyk, że częściowo jesteśmy uzależnieni od szkoły. Papier dostajemy z sekretariatu, tusz też nam tam kupują, bo się podpinamy pod zamówienie…nie wiem, czy gdybyśmy wypuścili komentarz do nowego regulaminu, to czy by nam to nie zaszkodziło.

– Najpierw to my musimy ten regulamin poznać. A jak myślisz, kto mógłby mieć informacje o nim i to z pierwszej ręki…

– Pomyślmy…trzeba by było mieć w szkole kogoś, kogo rodzic pracuje w Kadic… tylko kto?

– No jak to kto, Milly? Córka dyrektora, Sissi! Ona może mieć informacje szybciej od reszty uczniów.

– Masz rację, tylko czy ona nam coś powie?

– Nie bój nic, przyjaciółko redaktorko. Jak znam życie, to ona sama do nas zapuka, bo pewnie jej się też zmiany nie będą podobać, na pewno te co do mundurków. Wiesz, jak ją by to sparaliżowało?

– Domyślam się, musiałaby wywalić całą swoją szafę z ubraniami. Sto osób mogłoby się ubrać – zaśmiała się Milly.

Yumi poszła do parku, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wykorzystywała te spacery do tego, by na spokojnie pomyśleć o swoim życiu. Nie to, żeby w domu nie mogła tego robić, ale czasem utrudniał jej to Hiroki. Tutaj natomiast miała ciszę, spokój, a jedyne odgłosy jakie słyszała, to ćwierkanie ptaków. Nie było zbyt zimno, więc Japonka nie brała żadnego płaszcza, ani nawet szalika. Choć niebo było zachmurzone, to nie zapowiadało się na żadne opady.

„Od pewnego czasu lepiej dogaduję się z Ulrichem. Chyba nawet najlepiej od momentu, w którym powiedziałam mu, że jesteśmy przyjaciółmi i tyle. Chociaż szczerze mówiąc to… nie mam teraz stuprocentowej pewności, czy na pewno tak jest, czy jesteśmy tylko przyjaciółmi. Może wtedy tak. Ale teraz…? Widziałam po nim, że bardzo się tym przejął. Trudno się w sumie dziwić, przywiązał się do mnie. Zresztą dla mnie to też nie była łatwa decyzja. Bo gdybym coś takiego miała Williamowi powiedzieć, to nawet bym za bardzo wyrzutów nie miała. Ale z Ulrichem sporo przeżyliśmy… wiele razy się kłóciliśmy, ale tyle samo się godziliśmy. Nawet ten jeden raz w Lyoko, w Pustyni…nie było dla mnie łatwe uznanie, że zamiast kręcenia się w kółko lepiej przejść na coś, co nazywa się friendzone. Tylko czy teraz Ulrich by chciał… bo widzę, że jemu dalej na mnie zależy, nawet bardziej, jakby mnie miał traktować tylko jako przyjaciółkę. Z drugiej strony jest William, ale on z kolei jest czasem zbyt bezpośredni…”

Przechadzając się po parku, natknęła się na sklep. Miała przy sobie parę drobniaków, więc postanowiła kupić sobie puszkę Pepsi i wypić ją na ławce. Usiadła z puszką w dłoni i patrzyła przed siebie.

Nagle spostrzegła postać w czarnych włosach, dłuższych niż jej, ubraną w połyskującą cekinami niebieską bluzkę z dość sporym dekoltem i krótkie jeansy. Wzrok nie mylił Japonki – to szła Sissi, dziewczyna, której strasznie nie lubiła i najchętniej by się jej pozbyła z tej szkoły. Miała świadomość tego, że córka dyrektora myśli o niej zapewne to samo.

– No proszę, a kogo moje oczy widzą? – z lekką drwiną w głosie zapytała Elisabeth. – A gdzie Ulrich? Uznał że nie ma sensu z tobą tu siedzieć?

– Nie twój interes – odparła Yumi.

– Wiesz… nie dziwię mu się. Masz ty w domu lustro? Wyglądasz jakbyś wyszła z klasztoru. Ciągle te same czarne ubrania. Co, kot ci zdechł i po nim żałobę nosisz?

– Sissi… ja wiem, że ty jesteś nieco tępa, ale czarny to nie tylko kolor żałobny – nieco zirytowana odpowiedziała Yumi.

– Nie? Może… ale i tak nie umiesz się ubrać stylowo. Na szczęście ktoś w tej szkole umie.

– Że niby ty?

– A co, nie widać tego po mnie?

– Szczerze… to nie. Wyglądasz jakbyś się urwała spod latarni.

– A ty wyglądasz jakbyś robiła za stracha na wróble!

– Serio? Jakoś nie potrzebuję tony tapety na ryj.

– Ryj to masz ty, świnia i twoja rodzina, ty japońska tandeciaro! – krzyknęła zdenerwowana Sissi.

– Ej, ej, uważaj sobie, gówniaro! – Yumi nie pozostawała dłużna – Na rodzinę chcesz mi wjeżdżać, kretynko podła? A wiesz jak to się kończy w Japonii?

– No, ciekawa jestem.

– Ano tak! – Yumi dała solidnego plaskacza córce dyrektora. Odgłos uderzenia rozniósł się po całym parku. Sissi była cholernie zaskoczona.

– I co, myślisz że jesteś mocna w ręce, bo trenujesz te pater noster swoje? I że mnie postraszysz, by zdobyć Ulricha? Chyba cię coś pojebało!

– Uuu, nieładnie, nieładnie – Yumi z dezaprobatą pokiwała głową – Takie słowa w ustach córki dyrektora szkoły? A przecież to powinien być wzór do naśladowania dla nas, uczniów.

– I pewnie że jest! Zresztą, nie interesuj się moim słownictwem, bo sama masz nie lepsze, mangozjebko.

– A w mordę znowu chcesz? Tylko dwa razy mocniej!

– Dobra, dobra, żartowałam.. kurna, jaka ty jesteś sztywna, jak nieboszczyk. Nie mam czasu się z tobą użerać, tylko powiem ci jeszcze jedno: łapy precz od mojego Ulricha!

– A co to on, twój niewolnik? Ulrich sam zdecyduje, z kim będzie się zadawać.

„A gdyby miał z tobą, małpo jedna, to chyba by musiał najpierw nieźle nachlać się na Oktoberfeście” – dodała w myślach Yumi. Nie chciała już tego mówić głośno, bo i tak Sissi odwróciła się plecami i poszła. Poza tym swoje już od niej dostała.

Rozdział 8

Milly i Tamiya siedziały w swoim pokoju, który pełnił jednocześnie funkcję redakcji „Wiadomości Kadic”. To tutaj młode dziennikarki przygotowywały tekst, rozmawiały o tym, co ma być w następnych numerach i przyjmowały gości, którzy czasem przynosili tematy, a czasem po prostu chcieli, aby ich grafomańskie popisy były gdzieś wydrukowane. Pukanie do drzwi, jakie właśnie się rozległo, zapowiadało kolejnego odwiedzającego.

– Wejść! – zawołała Milly.

Zza futryny wyłonił się Jim.

– Cześć, dziewczyny… nie przeszkadzam? – spytał nieco speszony.

– Nie, skądże – odpowiedziała Tamiya – O co chodzi?

– Otóż mam do was pewien biznes – zaczął Jim – Szukacie pewnie czegoś ciekawego, co by można było opisać, tak?

– My, dziennikarki, szukamy zawsze. – oświadczyła Milly.

– No, to chyba mam coś, co was zainteresuje. Za tydzień zaczyna się wyjazdowa kolejka Międzyszkolnej Ligi Piłkarskiej, jedziemy gdzieś na południe kraju, cała nasza drużyna. Dostałem dwie akredytacje prasowe dla dziennikarzy prasy szkolnej. Chyba już wiecie, kto je dostanie.

– Konkurencji w Kadic nie ma dla nas – zaśmiała się Tamiya.

– No, dobrze, tylko co my tam mamy robić? – zapytała Milly.

– Jak to co? Robić wywiady z piłkarzami, napisać reportaż, może jakieś zdjęcia.

– A to tylko z naszymi mamy robić? – chciała doprecyzować Milly.

– Jasne, że nie tylko z naszymi! W końcu ile można robić wywiad z jednym Ulrichem – zaśmiał się Jim – Tam będzie cała masa drużyn z Francji, chyba aż szesnaście, wywiadów będziecie miały do końca semestru. A jakby nam dobrze poszło, to może nawet trener zwycięskiej drużyny udzieliłby ekskluzywnej rozmowy – zamarzył wuefista, który był właśnie selekcjonerem piłkarskiej kadry szkoły.

– Naprawdę? Zrobiłbyś to? – zdziwiły się obie dziennikarki.

– Oczywiście, w końcu wtedy miałbym powód, by coś o sobie powiedzieć. To jak, wpisuję was na listę, za tydzień jedziemy, o zwolnienie z lekcji się nie przejmujcie, Jimbo zagada, Jimbo załatwi.

– To fajnie – powiedziała Tamiya.

– No dobra… – zaczął nieco się zastanawiać Jim. – W sumie to mam jeszcze jedną sprawę, trochę poważniejszą. Niedługo będzie ustalony nowy regulamin szkoły i dyrektor chciałby, aby został on opublikowany w gazetce, by każdy uczeń miał do niego dostęp oraz mógł się z nim na spokojnie zapoznać. Wiecie, żeby nikt potem nie mówił „a bo nie napisano, bo nie czytałem, bo nikt nie przedstawił”.

– Jasne, nie ma problemu – zgodziła się Milly.

– A jakby tak przy tej okazji zrobić jakąś sondę wśród uczniów, co uważają o regulaminie… – Tamiya zaczęła głośno myśleć.

– Wiecie, dziewczyny… – zmieszał się nieco Jim – to raczej nie jest dobry pomysł.

– Dlaczego?

– Poprzednio nikt się o to nie pytał i jakoś się żyło, poza tym te zmiany nie są aż tak drastyczne, żeby uczniowie musieli się tego bać albo krytykować – tutaj Jim nieco blefował, miał świadomość, że to dość rewolucyjny regulamin, ale jak dyrektor powiedział „wszystkie chwyty dozwolone”, więc mógł sobie pozwolić na taktyczne złagodzenie nadchodzącej sytuacji.

– W sumie… ale my będziemy mogły to skomentować w gazetce?

– No nie wiem, nie wiem… chyba że najpierw ten tekst pójdzie do zatwierdzenia.

– Co? Jakiego zatwierdzenia? – zdziwiła się Milly – Nigdy wcześniej żaden tekst nie musiał być zatwierdzany. Czyżby cenzura wracała?

– Spokojnie, żadna cenzura. Oficjalnie nikt nawet się nie dowie. Powiedzmy, że przed publikacją przyniesiecie to do mnie, a ja wam sprawdzę błędy. Chyba, że nie będziecie chciały pisać komentarza do tego, ale to już wasz wybór.

Odd siedział w pokoju przed telewizorem. Co chwilę się bardzo śmiał. Właśnie wrócił Ulrich.

– Co ty tam oglądasz śmiesznego? Twój rechot słychać nawet w kabinie w kiblu.

– Właśnie puszczają „Supernianię” – wyjaśnił Odd – Bardzo zabawny program.

– Zabawny? A co może być zabawnego w tym, że ktoś nie może sobie poradzić ze swoimi dziećmi? – zdziwił się Ulrich.

– To nie rodzice są tu do śmiechu, tylko te bachory. Zresztą sam zobacz, teraz jest akcja.

Na ekranie widać było chłopca, na oko siedmioletniego, musiał się czymś zdenerwować, bo po pokoju porozrzucane były kawałki podartego bloku rysunkowego. Właśnie siłował się z Supernianią, próbując ją kopnąć.

– Ej,ej, czemu się tak zachowujesz, jesteś zły? – spytała telewizyjna psycholog.

– Tak. – odpowiedział dzieciak.

– Na co?

– Na ciebie.

– Za co?

– Za twoje gówno.

Odd zaczął się jeszcze bardziej śmiać. Ulrich natomiast jeszcze bardziej się zdziwił.

-I co tu śmiesznego? Co to w ogóle za tekst? „Za twoje gówno”. Co to znaczy? Jak można być złym za czyjeś gówno? Ktoś niby źle nasrał albo co?

-Oj Ulrich, nie filozofuj. Ważne, że jest rozrywka. Zresztą patrz teraz, test samodzielności jest.

-Co takiego?

-Jak Superniania im pokaże, co trzeba z dziećmi robić i jak je tresować, to jedzie sobie na tydzień do domu i obserwuje z laptopa to co się dzieje, i zawsze wychodzi tak, że musi im wszystko jeszcze raz tłumaczyć, bo niczego nie zrozumieli.

Początek tego etapu nie wskazywał bynajmniej na to, co opowiadał Odd. Dzieci odrabiały lekcje, pomagały rodzicom, wszystko było świetnie. Do czasu. Jeden z synów, o imieniu Hubert, zaczął się drzeć.

– Co jest na tablicy napisane? – upomniała go matka – Nie krzyczymy.

– No bo co, gnoju? – odpowiedział rezolutny chłopiec.

– Nie pozwolę, byś się tak odzywał.

Chwilę później sytuacja jeszcze bardziej się zaogniła.

– Hubert dostaje żółtą kartkę – oświadczyła mama.

– No i chuj ci w dupę – powiedział, dość ordynarnie, Hubert.

Odd nie wytrzymał ze śmiechu i zaczął się turlać po łóżku. Ulrich z jednej strony się uśmiechnął, bo jednak nieczęsto pokazywano 9-latka z takim zasobem słownictwa. Jednocześnie jednak był nieco zażenowany, że takie oto programy są emitowane w telewizji.

– Skąd ten dzieciak nauczył się tak przeklinać? Od rodziców? Czy z podwórka?

– A czy to ważne… najważniejsze… że coś takiego pokazali dla śmiechu. – odpowiedział współlokator na przemian ze śmiechem.

– Wiesz, Odd, mi się wydaje, że to raczej ku przestrodze, żeby inne dzieci nie wyrosły na takich bandytów.

– Przesadzasz, Ulrich.

– Czy ja wiem… ale żeby tak kląć w takim wieku… ja pierdolę, do czego ten świat zmierza. – zaczął zastanawiać się Niemiec.

Jean-Pierre Delmas nie obawiał się zazwyczaj trudnych rozmów. W swojej pedagogicznej karierze przeprowadził ich od groma, w pewnym momencie zaczął nawet myśleć, że popada w swego rodzaju rutynę. Czasy się zmieniały, tak jak realia, ale nastolatkowie dalej miewali te same problemy i wpadali w te same tarapaty. Nie miało znaczenia, czy było to piętnaście lat temu, czy teraz. Zawsze wśród uczniów trafiali się ci mniej grzeczni i bardziej problemowi, z którymi trzeba było sobie jakoś poradzić. Jednak o ile rozmawianie z uczniami, z którymi nie miało się żadnego pokrewieństwa, nie sprawiało Delmasowi żadnej trudności, to inaczej wyglądało to, jeśli chodziło o jego własną, rodzoną córkę.

Tutaj chyba najlepiej ukazywała się prawdziwość powiedzenia „Obyś cudze dzieci uczył i wychowywał”. Dopóki jeszcze Jean-Pierre mieszkał z żoną, nie było to aż tak widoczne, bo ciężar rozmów wychowawczych spadał właśnie na nią. Ale odkąd wyprowadziła się ona na północ Francji, bo tam miała siedzibę firma, której od jakiegoś czasu miała szefować, Jean-Pierre musiał się zająć całkowicie wychowaniem Sissi. Pech chciał, że właśnie wchodziła ona w trudny okres dojrzewania. Ojcowi niekiedy wydawało się, że łatwiej byłoby mu rozmawiać z przedstawicielami ruchu protestacyjnego „żółtych kamizelek”, który od kilku tygodni przetaczał się przez ulice kraju, niż z własną córką. Jednak dla dobra oświaty, a także swojego własnego, trzeba było teraz przeprowadzić trudną rozmowę na temat mundurków.

– Sissi, chcę z tobą porozmawiać – zawołał córkę.

– A o czym?

– Jak przyjdziesz, to się dowiesz. Nie będę do ciebie krzyczał przez pokój.

Sissi przyszła do salonu, gdzie siedział jej tata. Miał dość poważną minę.

– Dobra, jestem, o co chodzi? – zapytała Sissi.

– Otóż, jak pewnie wiesz, bo byłaś na tej rozmowie, chcemy wprowadzić mundurki szkolne…

– Więc jednak zamierzasz wcielić w życie ten głupi pomysł – Sissi była nieco zasmucona.

– Córuś, to nie jest głupi pomysł. On naprawdę jest dobry. Dzięki temu wzmocni się poczucie przynależności do szkoły – odpowiedział Delmas.

– Wiesz co, tato… takie teksty to możesz na radzie pedagogicznej rzucać, ale nie mi. Jaka przynależność do szkoły? Owszem, ty sobie możesz coś takiego czuć, skoro jesteś dyrektorem i dostajesz kasę. Ale ja? Jaką niby przynależność, skoro za jakiś czas ją skończę i jedyne, co będę mieć, to świadectwo. No, może ewentualnie Ulricha, jeśli się opamięta i nie będzie chodzić z tą chudą dziwką..

– Elisabeth! Jak ty się odzywasz o koleżance ze szkoły! Wstyd! – zdenerwował się Delmas.

– A jaka tam ona moja koleżanka… głupia małpa bez gustu. Ale dobra… ojciec, ty chyba zapomniałeś o jednym.

– O czym niby? Słucham, chciałbym wiedzieć, co myśli młodzież.

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że poprzez wprowadzenie tych dziadowskich mundurków zabijasz indywidualność nas, uczniów? Nie pozwalasz nam wyrażać siebie!

– Tak? – zirytował się nieco ojciec – A jakie to jest wyrażanie siebie? Noszenie takich ciuchów, że dupę widać? Że cycki widać? Takich rzeczy w mojej szkole nie będzie!

– Oj weź, ojciec, nie przesadzaj, ty stary zgred jesteś i się nie znasz.

– Wyrażaj się! Jak się do ojca zwracasz! Z szacunkiem, cholera jasna!

– Dobra, daj mi spokój… idę posłuchać muzyki – Sissi wyszła i trzasnęła drzwiami.

„No, cóż… – pomyślał Jean-Pierre – chyba nie było aż tak ostro jak myślałem. Ale pewnie jak już wprowadzimy, to będzie gorzej. Ale ja się nie poddam!”.

Delmas wstał i nalał sobie wiśniowej Pepsi. Nawet jeśli nie było tak ostro, to jednak trochę nerwów sobie popsuł. A Pepsi mu je dość dobrze koiła. Nawet wiśniowa i bezcukrowa. Najważniejsze, by była schłodzona.

Rozdział 7

Suzanne Hertz rozejrzała się po klasie. Widziała przed sobą nieco zaspanych uczniów. Typowy widok o ósmej rano. Wiedziała jednak, że wieści, z którymi przyszła do szkoły, szybko rozbudzą towarzystwo.

– Słuchajcie, moi drodzy – zaczęła nauczycielka – sprawdziłam wasze klasówki z wczoraj.

– Co? Tak szybko? – rozległo się zdziwienie po sali.

– Sama się wczoraj zdziwiłam, ale… takie są zalety nowego systemu. Przynajmniej nie będziecie musieli się denerwować wynikami, skoro już je mam.

Nauczycielka przystąpiła do rozdawania sprawdzonych klasówek. Jeremie jak zwykle dostał szóstkę, Nicolas jak zwykle piątkę z plusem, bo się jak zwykle walnął przy zadaniu z gwiazdką.

– A teraz Odd della Robbia… no, zaskoczyłeś mnie. Po pierwsze tym, że nie zrobiłeś łabędzia z kartki – tu rozległ się śmiech klasy – a po drugie tym, że napisałeś sprawdzian na czwórkę. Widzisz, jak chcesz, to potrafisz się nauczyć.

Włoch był bardzo zdziwiony. „O kurna – pomyślał – co ja narobiłem?”.

– Powiem nawet więcej – kontynuowała Hertz – wypadłeś lepiej od Ulricha, choć on też nie napisał tego jakoś dramatycznie, na trzy plus, ale… naprawdę, nie spodziewałam się. Oby tak dalej.

Ostatecznie okazało się, że cała klasa zdała ten test. Jedni lepiej, inni gorzej, ale nikt nie musiał umawiać się na poprawkę, z czego zadowoleni byli wszyscy. Uczniowie – bo zdołali zaliczyć to od razu. Suzanne – bo nie musiała szukać wolnego terminu i brać nadgodzin.

– Wyjaśnij mi jedno, Odd. – zaczął Ulrich podczas obiadu – W jaki sposób, do jasnej cholery, po dziesięciu minutach nauki dostałeś czwórkę, a ja tylko trzy i pół choć siedziałem nad tym dość długo. Nie żebym był zły czy coś, ale… coś chyba odwaliłeś?

– A co ja miałem odwalić? – zdziwił się Odd – napisałem na czwórkę, dostałem czwórkę.

– Wiesz, jednak orłem z chemii nie jesteś – zauważyła Aelita.

– Może nie jestem.

– Czyli musiałeś mieć albo objawienie, albo coś wciągasz, albo to inny numer.

– Objawień nie mam, niczego nie wciągam… ale mogę wam powiedzieć, co też się stało. – zaczął swoje wyjaśnienia Włoch. – Pamiętacie, koło kogo siedziałem?

– Koło mnie – odpowiedział Jeremie. – I co z tego wynika?

– No właśnie. Siedziałem koło najlepszego kujona w klasie. Widziałem jego test. Dokładniej, widziałem jego odpowiedzi.

– Czyli chcesz powiedzieć, że zerżnąłeś klasówkę? – dopytała Yumi.

– Od razu tam zerżnąłem… po prostu musiałem sprawdzić sobie odpowiedzi, a ta kartka tak samotnie leżała.

– Dobra, tak to możesz pieprzyć na komisji śledczej – dogryzł Ulrich – ale żadnych swoich odpowiedzi nie miałeś, wszystko spisałeś.

– Guzik prawda! Nie wszystko. – tłumaczył się Odd – W pewnym momencie Jeremie oddał kartkę.

– Ale i tak sporo się udało, skoro dostałeś cztery – zauważyła Aelita. – Jeremie, co z tym zrobisz?

– No przecież go nie podkabluję. – powiedział Jeremie. – Po pierwsze, nigdy nie kablowałem, nikt z mojej rodziny tego nie robił. Nikt nie był tak zwanym gestapowcem, wszyscy stronili od tego, więc ja też tego nie zrobię. A po drugie, jakbym to zrobił, to przypał miałbym też ja. Myślicie, że Hertz uwierzyłaby, że nie mam z tym nic wspólnego? Od razu by pomyślała, że ja specjalnie mu dałem ściągać. A poza tym to i tak na dobrą sprawę nic złego się nie stało.

– Nic złego? – zdziwiła się Aelita. – Myślałam, że ściąganie to przestępstwo.

– Niby tak, ale… własności intelektualnej i tak on za dużo nie ukradł, ja na tym nie ucierpiałem, nie ma co robić zamieszania.

Nagle z głośników w stołówce rozległ się głos Jima:

– SŁUCHAĆ, GÓWNAŻERIA… znaczy, ekhem… drodzy uczniowie. Lekcje poobiednie w dniu dzisiejszym zostają odwołane, ponieważ będzie rada nauczycieli. Macie wolne.

W stołówce słychać było od tej pory tylko okrzyki radości z powodu dodatkowych wolnych godzin.

– Siadajcie, siadajcie, woda i inne napoje są na stole. – powiedział Jean-Pierre Delmas do nauczycieli zgromadzonych w sali – Dzisiaj nie ma na naszym zebraniu uczniów, więc nie musimy stosować form grzecznościowych typu „panie profesorze” i tak dalej, mówimy swobodnie, po imieniu.

– Tak w ogóle to w jakim celu się tu spotykamy, i to w takim nagłym trybie? Musiałem odwołać zajęcia z pencak silatu – odrzekł Jim.

– Właśnie mam zamiar to wyjaśnić. Otóż wczoraj dostałem przesyłkę z ministerstwa.

– Kolejne szkolenie? – spytała Hertz. – Jakby co, ja już ostatnio byłam, więc teraz może ktoś inny by pojechał?

– Nie, nie szkolenie. Coś poważniejszego. Przyjęto wczoraj nową ustawę oświatową. Otrzymałem w związku z tym ważne dokumenty, można by rzec: rewolucyjne.

– Od razu w dzień przyjęcia w parlamencie? Od kiedy to oświata i edukacja są aż takim priorytetem, by przesyłać papiery bezpośrednio do dyrektorów jeszcze tego samego dnia? I to osobiście? – zdziwił się Gilles Fumet, nauczyciel historii oraz edukacji obywatelskiej. – Zawsze rządzący mieli oświatę za przeproszeniem w dupie, a przypominali sobie o nas, gdy zbliżała się kampania wyborcza.

– Sam byłem tym bardzo zaskoczony, Gilles, ale po tym, co przeczytałem, wiem już, czemu to jest tak ukrywane. To jest prawdziwa rewolucja w systemie, muszę już teraz uprzedzić, że wprowadzenie tego wszystkiego nie będzie łatwe, ale jeśli się uda, to może się to opłacić nam wszystkim.

– No to więc co takiego dokładnie zawarto? – spytał Samuel Mitri, odpowiedzialny za zajęcia z muzyki i techniki.

– Nie będę wam czytał całości ustawy, bo ją i tak otrzymacie niedługo, skupię się tylko na najważniejszych punktach, które zresztą mam wypisane w osobnym dokumencie. Otóż mamy doprowadzić do większej dyscypliny i posłuszeństwa wśród uczniów, poprawienia wyników egzaminów, wzbogacenia programu nauczania o elementy świadomości patriotycznej, ogólnie mówiąc ma być tak, jak było za dawnych lat, gdy młodzież była łatwiejsza.

– Pięknie to brzmi, ale na ten moment to tylko frazesy – skomentowała Suzanne – Jak mamy zamiar zrealizować to w praktyce?

– Cóż… – zawahał się lekko dyrektor, szybko odzyskując rezon – Kwestie programów nauczania są w gestii waszej jako nauczycieli danych przedmiotów, tutaj dostaniecie niedługo osobne wytyczne. Natomiast pewne decyzje, które od niedawna podejmujemy, już wpisują się w program reformy, jak na przykład mundurki czy zakaz korzystania z telefonów. To wymaga zmian w regulaminie. A skoro tutaj zmieniamy, to możemy też w innych kwestiach, i tutaj reforma krajowa jest nam na rękę.

– Zaraz, zaraz… zakaz korzystania z telefonów? Czy to nie miało być ogłoszone na terenie całej Francji? – zapytał Jim.

– Owszem – wyjaśnił Gilles – ale najpierw, jak była sama poprawka dotycząca tylko tej kwestii, to ją odrzucono i dopiero teraz postanowiono ją po cichu wkomponować w ustawę ogólną. A my w szkole i tak nad tym już myśleliśmy wcześniej.

– Dobrze, wszystko fajnie – wtrąciła się Suzanne – ale nie wiem czy pamiętacie, co się działo gdy poprzednio wprowadziliśmy taki zakaz. Demonstracja przed szkołą, strajk, szykowano się nawet na wariant wyjścia na ulice, ale na szczęście udało się to powstrzymać.

– Tak, mam świadomość że uczniom się to nie spodoba – odpowiedział Jean-Pierre – nawet pamiętam, że to moja córka była główną prowokatorką tego protestu. Tym razem mamy mocniejsze argumenty. Tym razem jest to nakaz ogólnokrajowy.

– Co spowoduje ogólnokrajowe protesty. – skomentowała Hertz.

– A niech sobie będą. A niech sobie wyjdą na ulicę. Poza szkołą mają do tego prawo, zapewnia im to Konstytucja. Jeśli będą broić w szkole, to damy im naganę. Zresztą to i tak jest tylko jeden z problemów. Martwi mnie to, jak uczniowie zareagują na mundurki. Pamiętacie pewnie co ten cham Della Robbia powiedział.

– Ale to tylko jeden przypadek, i to skrajny… – Jim starał się nieco złagodzić pogląd dyrektora.

– Może i tak, Jim, ale myślisz, że większość uczniów tak nie myśli? Zapewniam cię, że dziewięćdziesiąt procent młodzieży chodzącej do Kadic powie ci to samo, najwyżej nieco tonując słowa.

– Skoro tak, to czemu to wprowadzamy? – do dyskusji włączył się Gustave Chardin, profesor z tytułem magistra co prawda, ale z racji stażu zwany profesorem, od sztuki.

– Bo takie jest zalecenie ministerstwa.

– Uczniowie raczej tego nie przyjmą – skomentował Jim.

– Guzik mnie to obchodzi – podniósł głos dyrektor – poza tym i tak trzeba z tym zrobić porządek. Widzicie przecież, jak te dziewczyny się wyzywająco ubierają. Jak nie ultrakrótka sukienka, to spódniczka krótsza od moich majtek. Jak nie dekolt z przodu, to z tyłu rozpierdak wielki. A jak któraś nawet spódniczek nie nosi, to weźmie na siebie założy jakieś czarne legginsy, co to wszystko podkreślają, i potem pół szkoły się patrzy na taką… jak jej tam… na Ishiyamę jak na cud natury. A najgorsze, jak się ma córkę, która też coś takiego uwielbia, bo myśli, że poderwie na to chłopaka.

– To co z tym zrobimy? – spytała Suzanne.

– Elisabeth biorę na siebie, nie można dopuścić do tego, żeby córka dyrektora wyglądała jakby miała praktyki na tej jednej dzielnicy z czerwonymi latarniami, gdzie burdel obok burdelu stoi. Ale reszta szkoły… tu trzeba pokombinować. Ogólnie musimy pomyśleć nad tym, w jaki sposób przedstawić uczniom te zmiany, oczywiście już jako fakty dokonane.

– Może apel zwołać? – pomyślał głośno Jim.

– Apel można zawsze zwołać – odpowiedział Gustave – ale jeśli te dzieciaki mają coś zapamiętać, takie zwołanie może nie wystarczyć. Może jakieś plakaty i obwieszczenia?

– A jakby tak wykorzystać gazetkę szkolną? – rzuciła pomysł Suzanne.

– O, świetna myśl! – przyklasnął Jim – I tak zwykle w tych „Wiadomościach Kadic” są same plotki praktycznie, a czytają to wszyscy, więc można wykorzystać potencjał, w końcu dajemy na to papier od tylu lat, a jeszcze nigdy nie publikowaliśmy tam niczego od nas poza przemówieniami na początek i koniec roku.

– Dobrze, Jim, to może pogadasz z Milly i Tamiyą, czy by to puściły?

– Tak jest, mogę pogadać. Powiem więcej, ja im to nawet zalecę. Nie będą miały nic przeciwko!

– Tylko pamiętaj o jednej sprawie – dodał dyrektor – musisz zastrzec redaktorkom, że w gazetce nie może być żadnego, powtarzam, żadnego komentarza na ten temat, szczególnie krytycznego!

– Żadnego? – zdziwił się Gilles – Ale to pogwałcenie wolności słowa!

– Są rzeczy ważniejsze od wolności słowa – odpowiedział Jean-Pierre.

– A tak swoją drogą – zastanawiał się nauczyciel WOSu – może by tak, przy okazji publikacji regulaminu, zapytać się demokratycznie uczniów, czy są za…

Dyrektor nieco się zdenerwował.

– Zapamiętaj sobie, Gilles, i wy wszyscy sobie zapamiętajcie. Szkoła nie jest instytucją demokratyczną! Szkoła jest jak wojsko! Są dowódcy, czyli my, i są szeregowi, czyli uczniowie! Jak mówimy „Baczność”, to znaczy „Baczność”. Jak mówimy „nosić mundurki”, to znaczy nosić, a nie zakładać legginsy czy spódniczki. Jak mówimy „uczyć się!”, to mają się gnoje uczyć! Od tego zależy przyszłość Francji!

– Rozumiem… – zaczął nieco nieśmiało Jim – ale akurat tutaj nasze redaktorki mogą się sprzeciwić zakazowi komentarza.

– No to zrób tak, Jim, żeby nie miały nic przeciwko. Daj im coś w zamian, wymyśl coś, podrzuć temat. W końcu pracowałeś kiedyś w „Przeglądzie Sportowym” i wiesz, jak to się robi.

– Tak, ale…

– Już, już, wiemy… wolałbyś o tym nie mówić, wolałbyś nie opowiadać, jak piłeś z Pawłem Zarzecznym, świeć Panie nad jego duszą, i raz jedyny obstawiłeś wynik lepiej od niego.

– Akurat o Zarzecznym bym opowiedział.

– Ale to kiedy indziej. A teraz myśl nad tym, jak rozmawiać z tymi dwiema dziennikarkami od siedmiu boleści. Wszystkie chwyty dozwolone, tak jak w tym swoim sumo.

– To pencat silat, dyrektorze!

– Niech ci będzie. Dobra… od teraz będziemy się spotykać częściej w tym gronie, ale zrobimy to tak, żeby posiedzenia odbywały się po lekcjach. W końcu nie możemy nawalać. Została nam jeszcze jedna kwestia. Nagroda.

– Jaka nagroda? – zdziwili się wszyscy.

– Nagroda za udaną reformę. Chyba nie myśleliście, że my to wszystko dla jaj robimy? Otóż te szkoły, w których najlepiej wyjdzie nowy system, otrzymają dofinansowanie na wszelakie pomoce naukowe. Wreszcie będzie można zakupić całą kolekcję „Dzieła Literatury Światowej”, o której wielu śni po nocach. Wreszcie otrzymamy nowe przybory do ćwiczeń, bo te stare, co je Jim trzyma, pamiętają jeszcze czasy De Gaulle. Wreszcie zdobędziemy świeże probówki do eksperymentów, bo tamtych strach używać.

– Zwłaszcza od momentu, gdy odkryłam tam napis „ZROBIONO W ZSRR, ROK PRODUKCJI 1986 CZARNOBYL” – dodała Suzanne.

– Tak więc wiecie, droga długa, ale cel wzniosły. Prestiż, miano najlepszej szkoły w kraju, i taki zastrzyk gotówki, jakiego nigdy jeszcze nie było. Ale sam tego nie zrobię jako dyrektor. Musicie się mocno w to zaangażować, wierzę że razem nam się uda. To jak, pomożecie?

– Pomożemy! – gromkim chórem odpowiedziało całe grono pedagogiczne.