Rozdział 26

Gustave Chardin zawsze przygotowywał się sumiennie do każdej lekcji wychowawczej, jaką miał ze swoją klasą. Nie traktował tych zajęć tak jak wielu innych nauczycieli, nie odklepywał kazań, by potem usiąść i dać uczniom wolną rękę. Wolał z nimi dyskutować na różne tematy, nie wstydząc się swojego zdania i zachęcając swoich podopiecznych do wyrażania własnych poglądów i samodzielnego myślenia, co nieco kłóciło się z istotą szkoły, która miała przygotowywać posłusznych i bezmyślnych obywateli. Tym razem jednak Gustave był nieco zakłopotany. Z jednej strony nie podobały mu się zapisy regulaminu, który miał za kilka chwil przedstawić uczniom. Spodziewał się ich reakcji, mówiąc szczerze sam by chętnie zaprotestował przeciwko tym reformom. Z drugiej jednak strony był on reprezentantem całego grona pedagogicznego Zespołu Szkół Kadic. Nie mógł on tak na dobrą sprawę potępiać regulaminu instytucji, w której sam pracuje od wielu lat. Bił się przez kilka minut z myślami, ale ostatecznie postanowił, że pozwoli się uczniom wypowiedzieć, mając nadzieję, że nikt się nie pokusi o podkablowanie do kuratorium.

– Siadajcie, moi drodzy, dziś mam wam coś ważnego do ogłoszenia.

Klasa momentalnie ucichła.

– Jak pewnie wiecie, niedługo wprowadzony zostanie nowy regulamin szkoły. W najbliższym numerze gazetki będzie cała jego treść, ale już teraz wiemy, że się sporo zmieni, będą wprowadzone mundurki…

W tym momencie zgłosił się jeden z uczniów:

– Przepraszam bardzo, ale mógłby nam pan jedną sprawę wyjaśnić?

– Tak, a o co chodzi?

– Z jakiego powodu chcecie nas, prawie dorosłych ludzi, wbić w jakieś dziwactwa?

– Dziwactwa… no, cóż – odpowiedział lekko zakłopotany nauczyciel – Grono pedagogiczne uznało, że wprowadzenie obowiązkowych mundurków będzie dobrym pomysłem, ponieważ wtedy zlikwidujemy zjawisko tak zwanej szkolnej rewii mody. Zresztą szkoła nie jest od strojenia się, a tak, to przynajmniej się skończą docinki, że ktoś nie ma markowych ciuchów i wszyscy będą sobie równi.

– Ta, jasne… – odezwał się głos z tyłu sali – A córka dyrektora będzie mogła dalej sobie łazić w tych swoich szmatkach, już ja wiem, jak to się skończy. Zresztą, co to za zwyczaje, żeby córka była w szkole, którą zarządza jej rodzic, co to za jakieś wschodnioeuropejskie zwyczaje.

Chardin w głębi duszy przyznał tej osobie rację, jemu się to też nie podobało. W tym momencie zgłosiła się Yumi.

– Jeśli mogę… mnie jedna rzecz zastanawia. Tyle razy słyszymy w szkole, czy to od pana, czy od innych nauczycieli, że nas głos jest ważny, że powinniśmy się angażować, że powinno się nas wysłuchać, bo to dobry trening przed dorosłym życiem obywatelskim, a jak przychodzi co do czego, to nowy regulamin wprowadza się kompletnie bez żadnej naszej wiedzy. Nikt nas nie pyta o zdanie, o to, czego oczekujemy, co nam się podoba, a co nie. Narzucacie nam i tyle. No to jak się mamy tego życia w społeczeństwie obywatelskim uczyć, skoro nie możemy nawet zdecydować, jak chcemy być ubrani?

Nauczyciel wpadł w jeszcze większe zakłopotanie, bo szczerze się zgadzał z tym, co Japonka powiedziała, jednak nie mógł tego głośno powiedzieć.

– Spokojnie, mogę was zapewnić, że po oficjalnym przedstawieniu przepisów wszystkie głosy krytyczne będą wysłuchane przez grono pedagogiczne i rozpatrzone.

Mówiąc to, miał absolutną świadomość tego, że tak się nie stanie, że wszelkie sugestie uczniów będą spuszczone do klopa, jednak wolał nieco uspokoić nastroje wśród młodzieży, bo obawiał się trochę buntu, w końcu ma do czynienia z ludźmi w ciężkim okresie dojrzewania.

Drukarka wypluwała z siebie kolejne strony zadrukowanego materiału. Tamiya brała je i zszywała ze sobą. Był to próbny egzemplarz nowego numeru „Wiadomości Kadic”, pierwszego po feriach, w którym zamieszczono pełny tekst nowego regulaminu szkolnego.

– No i gotowe – powiedziała dziewczyna – Jim będzie miał co czytać w kiblu.

– Myślisz, że faktycznie wszystko będzie sprawdzać, od deski do deski? – spytała Milly.

– Wszystkiego to nie sprawdzi, ale pewnie spojrzy, czy jest regulamin.

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi, zaraz potem otworzyły się. Pojawił się wspomniany przez dziewczyny nauczyciel w-fu.

– I jak, macie coś dla mnie?

– Oczywiście – powiedziała ciemnoskóra uczennica – Jeszcze ciepłe, dopiero co wyjęte z drukarki.

– Niech no spojrzę… – Jim wziął gazetę do ręki i zaczął przeglądać – regulamin jest, słówko od was też jest, że popieracie… i rubryka sportowa. Czyli tak jak się umawialiśmy, żadnych treści niebezpiecznych, żeby konfliktów nie zaogniać. Dobra, to lecę, bo czasu nie mam.

Po wyjściu Moralesa z pokoju nazywanego redakcją gazetki Milly zapytała:

– Tekst popierający? Napisałaś to wtedy, gdy byłam na urlopie?

– No, tak. W końcu urlop urlopem, ale coś trzeba było zrobić. Ale spokojnie, wymyśliłam pewien patent. Niezależność prasy będzie obroniona.

Tamiya włączyła drukarkę jeszcze raz, znowu zaczęły z niej wychodzić kartki i po raz kolejny zostały one złączone.

– Zobacz, tu jest wersja, którą ma Jim. Otwórz na 4 stronie, co widzisz?

– Regulamin, nasz komentarz, a na następnej artykuł o drzewach w okolicy.

– No właśnie. A teraz wersja prawdziwa. Tam, gdzie Jim może przeczytać o drzewostanie, zamieszczamy krytykę regulaminu oraz sondę z uczniami, którym się te przepisy nie podobają. Ta wersja pójdzie do kolportażu, a Jim i grono pedagogiczne zobaczą tylko to, co dostali od nas, bo i tak się potem nie będą tym pismem interesować, zresztą nigdy się nie interesowali.

– Dobra, to ma sens – przyznała Milly – ale skąd masz ten tekst przyrodniczy?

– Wyjęłam z archiwum, dawno temu coś takiego na przyrodę pisałam.

Nagle zadzwonił telefon, który odebrała Tamiya.

– Redakcja Wiadomości Kadic, słucham…tak, tak, oczywiście, przyjmujemy… co takiego? Już o tym się mówi?… Rozumiem. To wiesz, jak zrobimy? Przyjdź tu do nas do redakcji… Jasne, możesz wziąć przyjaciół, my cały czas jesteśmy, może będziecie mieć istotne wieści. OK, do zobaczenia.

Odłożyła słuchawkę.

– Kto dzwonił?

– Yumi Ishiyama. Ale nie uwierzysz, co się stało.

– Skoro ona do nas dzwoni, to pewnie coś interesującego.

– Nawet bardzo. Na wychowawczej Chardin mówił o regulaminie, wszyscy uczniowie to ostro skrytykowali, podobno w innych klasach też takie pogadanki były, zaraz Japonka przyjdzie z Ulrichem, Oddem, Jeremiem i Aelitą. Może mają jakiś plan?

Milly zastanowiła się przez moment.

– Mówiąc szczerze, to wcale by mnie to nie zdziwiło…

Rozdział 25

Tamiya siedziała przed swoim komputerem i sprawdzała służbową skrzynkę, na którą napływały zazwyczaj plotki oraz różne artykuły, wysyłane przez uczniów do wykorzystania w Wiadomościach Kadic. Tak się złożyło, że Milly przez ostatnie dni nie mogła tego robić, bo wyjechała do wujostwa na północy kraju, tak więc wszystko spadło na przyjaciółkę. Nie była to zbyt uciążliwa robota, chociaż czasem ludzie przesyłali teksty o kompletnych pierdołach. Dodatkowo były napisane strasznie niechlujnie, tak że nawet porządna korekta niczego nie dawała.

Dziewczyna miała już wyłączyć sprzęt, gdy nagle zauważyła powiadomienie o nowej wiadomości. Nadawcą był Jim Morales.

– Co on może chcieć? – powiedziała sama do siebie. Po chwili jednak przypomniała sobie, że jeszcze przed feriami Jim umawiał się z redakcją, że dostarczy materiały związane z nowym regulaminem szkoły. Sądziła jednak, że odbędzie się to drogą papierową, a nie elektroniczną, szczególnie że wuefista nie był zbyt biegły w informatyce, napęd na płyty traktował jako niedorobioną podstawkę do napojów.

– No, dobra, zobaczmy co on tam napisał… – otworzyła maila i zaczęła czytać.

Witajcie! Pewnie się dziwicie, że wysyłam to mejlem, a nie daję na papierze, ale to z dwóch powoduw. Po pierwsze: muszę się nauczyć tego ustrojstwa, a sami dobrze wiecie, ze trening czyni miszcza. Po drógie: jeśli wyślę to, co mam wysłać, elektronicznie, to nie wpadnie to w niepowołane ręce. A to są holernie ważne dane – regulamin szkoły wraz z załącznikami. Przejrzyjcie, bo będzie on opublikowany w gazetce wraz z waszym ap…aprob… no, kurna, z waszym „bardzo dobrze”, tym takim tekstem o nowych przepisach. Tylko pamiętajcie – nikomu ani mru mru!

Wasz Jimbo

P.S. Wybaczcie błendy, ale dopiero się óczę, a jeśli chodzi o dyktanda to wolałbym o tym nie mówić…

Tamiya otworzyła pierwszy plik załączony do maila, podpisany jako „regulamin kadic.doc”. Pierwsze punkty były dość znajome, bo znajdowało się tam to co zawsze musiało być w tego typu aktach: czym jest Kadic, kto zarządza i tak dalej. Jednak z każdą kolejną stroną dziewczyna coraz bardziej dziwiła się temu, co zawarto w nowym regulaminie.

-Dział o samorządzie szkolnym obcięty do trzech punktów? Wyrzucony zapis o uczestnictwie delegacji na radach pedagogicznych? Co oni, chcą zrobić jak w Polsce, że samorząd tylko organizuje trzy dyskoteki w roku? – prowadziła wewnętrzny monolog na głos.

-A tu? Nakaz noszenia mundurków pięć dni w tygodniu, do tego kary za nienoszenie włącznie z wyrzuceniem ucznia? Załącznik o wzorze mundurka… pogrzało ich! „Nakazy i zakazy dla ucznia”… zakaz korzystania z telefonów komórkowych poza swoimi pokojami? Co ten Delmas? Jednej bitwy mu mało???

Ale najbardziej zbulwersował Tamiyę inny punkt:

– Zakazuje się jakiejkolwiek działalności mającej znamiona polityczne lub polityczno-społeczne, nieaprobowanej przez władze szkoły i niebędącej wolontariatem w organizacjach zaprzyjaźnionych, takich jak Związek Harcerstwa Francji, Obóz Narodowo-Religijny et cetera? Kurna, co to jest? Toć mamy rozdział państwa od Kościoła! Ale nie, zaraz… co ja tym czytam: zabronione jest ocenianie i komentowanie przez uczniów szkoły poczynań dyrekcji i grona nauczycielskiego, czyn ten jest traktowany jako… naruszenie powagi urzędu nauczyciela??? Czy ktoś tam się na łby pozamieniał?

Zaszokowana dziewczyna czym prędzej złapała za telefon i zadzwoniła do Milly. Ta odebrała dość szybko:

– Hej, co tam słychać w Paryżu?

– Wyczuwam kryzys…

– Kryzys? Co ty, przerzuciłaś się na dziennikarstwo polityczne, czy gospodarcze?

– W szkolnictwie kryzys! Jim przysłał nam projekt regulaminu.

– Przysłał? Mailem? – zdziwiła się Milly – A ja myślałam, że on traktuje monitor komputera jako telewizor z wielką dupą.

– Nudzi mu się w ferie, więc się nieco nauczył. Ale ja nie o tym. Właśnie czytam ten dokument.

– I jak?

– Chyba już wiem, czemu Jim daje nam zakaz komentowania…

Po tym, jak zakończyła się transmisja z konkursu skoków narciarskich, w których ostatecznie wygrał Dawid Kubacki, Ulrich i jego przyjaciele przygotowali się do powrotu do Francji. Wzięli walizki, a babcia Sterna wyszła wraz z nimi, by odprowadzić ich na dworzec i przy okazji zjeść zapiekankę w barze, w którym bardzo często się stołowała, oraz kupić nowy numer tygodnika „wŚmieciach”, gdzie opisano byłego wicepremiera i ministra nauki jako zdrajcę rządu najlepszej zmiany.

Gdy wszyscy znaleźli się już na peronie, najedzeni i napojeni (Odd zjadł aż 3 zapiekanki), czekali na pociąg. Z głośników rozlegały się komunikaty:

„Uwaga, pociąg Regio z Grudziądza do Torunia jest w dniu dzisiejszym odwołany. Opóźnienie może ulec zmianie”.

– Powariowali? – zdziwił się Jeremie – Odwołany i opóźnienie może ulec zmianie?

– Tutaj to normalka – odpowiedziała starsza pani – No, uważajcie, bo właśnie wasz wjeżdża. Kurczę… jakbyście nie mogli jeszcze trochę zostać.

– Co poradzić, za dwa dni zaczynamy nowy semestr i musimy być na miejscu – powiedziała Yumi.

– Życie ucznia jest cholernie ciężkie – dodał Odd.

– Tak, szczególnie jak jesteś patentowanym leniem – odgryzł się Ulrich.

– No, dobra, dzieciaczki, wsiadajcie, bo wam odjedzie. Przygotowałam trochę jedzenia na drogę – babcia wręczyła ogromną torbę z Auchana – Mam nadzieję, że wam starczy.

– Cóż… – powiedziała Aelita – Gdyby nie Odd, to starczyłoby nam na trzy tygodnie, ale myślę, że nasz przyjaciel zje większość z tego, co tu jest.

Nastolatki wsiadły do pociągu. Tym razem też wykupiono cały przedział, o co postarała się babcia Ulricha. Zgodnie z przewidywaniami Odd zgłodniał jeszcze przed przekroczeniem granicy polsko-niemieckiej i zjadł jedenaście kanapek z serem, szynką i ogórkiem, popijając to trzema butelkami coli. Wszyscy wesoło rozmawiali i wspominali ten pobyt, a Ulrich dodał, że zaprosił swoją babcię do Francji, gdy tylko będzie jakieś dłuższe wolne, podobne do majówki. Jako, że zrobiła się noc, postanowiono się zdrzemnąć. Jeremie nie był śpiący, dlatego wziął tableta, otworzył aplikację z e-bookami i zaczął czytać „Wielkiego przywódcę” – rzecz o północnokoreańskim dyktatorze, Kim Dzong Unie. W ostatnich dniach sporo o nim mówiono, także w Polsce, gdyż podejrzewano jego śmierć. Einstein wolał być na bieżąco, dlatego szybko pobrał książkę z pewnej strony, na której wrzucano różne publikacje, mając pewną nadzieję, że zdąży się z nią zapoznać, zanim nawet w Korei Północnej będą pisać o swoim wodzu w czasie przeszłym.

Rozdział 24

Nadeszła sobota. Dla babci Ulricha był to dzień sportowy. Trwał puchar świata w skokach narciarskich, a starsza pani śledziła poczynania polskich zawodników już wtedy, gdy jedynym liczącym się skoczkiem z orłem na piersi był Adam Małysz. Obecnie powody do radości dawało więcej sportowców. Nic dziwnego, że babcia czekała na każdy weekend ze skoczkami i śledziła każde zawody. Nie inaczej było i tym razem.

– Ciekawe, jak sobie Kubacki poradzi. Może pokona Geigera?

– Karla? – zdziwił się Ulrich, który też trochę się znał na skokach – Nie, on jest teraz w życiowej formie, walczy o Kulę. A Dawid musi się bronić, żeby mu Ryoyu nie odebrał trzeciej pozycji w generalce.

– Dawid też jest w szczytowej formie, w końcu wygrał Turniej Czterech Skoczni. Teraz też ma serię, cały czas na podium – wyjaśniała babcia.

– Ale nie na najwyższym, a tam trzeba celować, żeby wygrać sezon – przerwał Ulrich tłumaczenie staruszki. – Teraz to niech się on skupi żeby mu Japończyk nie zarąbał miejsca.

– Japończyk? Jaki Japończyk? – włączyła się Yumi.

– A to nie znasz Kobayashiego? – zapytał Niemiec.

– Zwanego w polskim internecie „głupim chujem” – zaśmiała się starsza pani.

– Nie. W Japonii nikt o nim nie mówił, gdy byłam tam na wakacjach w zeszłym roku.

– Czyli się potwierdza to, co kiedyś w Eurosporcie mówili. Ryoyu jest bardziej popularny w Europie niż u siebie w Azji.

Do rozmowy przyłączył się Odd.

– U nas we Włoszech skoki też są mało popularne.

– Tylko że z Włochów to może jeden skacze, jeśli w ogóle wejdzie do konkursu. Wtedy jest święto narodowe. Za to Japończycy dość spore osiągnięcia mają, w końcu nadal skacze najbardziej utytułowany ich zawodnik, Noriaki Kasai – odpowiedział Ulrich.

– Oj tak – potwierdziła babcia. – Pamiętam, jak skakał w Lillehammer na igrzyskach w ‘94… Taką ma kondycję, że nawet jak osiemdziesiątkę skończy, to będzie latać – rzekła babcia.

Po południu rozpoczęła się transmisja, poprzedzona studiem. Babcia zawsze oglądała całe studio, tak też i dzisiaj zrobiła, a nasi bohaterowie wraz z nią, uzbrojeni w przekąski i napoje.

– Witamy państwa w zimowym studiu Eurosportu przed konkursem Pucharu Świata w Kulm, kłania się Michał Korościel, są nasi stali eksperci: Krzysztof Biegun, były skoczek, oraz Jakub Kot, również były skoczek.

– Dzień dobry – odpowiedzi równocześnie dwaj wciąż młodzi bruneci.

– To jak, zaczniemy tak jak zawsze, od podsumowania. Jak się kadra B spisała?

– A na co znowu mówić, że jest do dupy? – wtrącił Biegun.

– Nie, tu trzeba o tym mówić – włączył się Kot – Trzeba uświadamiać ludziom, że kadra B, ta która skacze w Kontynentalnym, jest do dupy. Nie ma co się cieszyć, jak będą zajmować miejsca w okolicach czterdziestego. Związek nic nie robi. Wystarczy, że prezes w publicznej telewizji wystąpi i powie, że Kubacki, Żyła, Stoch świetnie skaczą, więc jesteśmy potęgą. Owszem, skaczą świetnie, oby tak dalej było, ale musimy myśleć o przyszłości. Musimy też mówić o tym, że kadra B skacze do dupy.

– No, dobra… – przerwał Korościel – Skoro ten wątek załatwiony, to teraz może coś przyjemniejszego. Wiem Kubo, że pobiłeś pewien ważny rekord świata.

– To prawda, pobiłem. – potwierdził były skoczek z dumą. – Przedwczoraj do mojego daewoo tico, którym wożę młodzików na skocznię w Wiśle, weszło czternaście osób!

– Nie chrzań! Jak czternaście osób? Do tico? – Krzysztof nie mógł uwierzyć. – Może jeszcze powiesz, że z nartami i całym sprzętem?

– A pewnie, ze z całym sprzętem. A jak mieli skakać? Na dupie?

– No, to gratulujemy sukcesu, a teraz przenosimy się na skocznię, gdzie są już nasi komentatorzy.

Po dwudziestu minutach przerwy reklamowej rozpoczął się konkurs. Komentatorzy rozpoczęli swoją pracę:

– Witamy państwa, na zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich w Kulm zapraszają Marek Rudziński…
– Oraz Igor Błachut.

– Rozpoczynamy pierwszą serię. Zobaczymy w niej pięćdziesięciu zawodników, w tym siedmiu Polaków.

– Oczywiście wiemy, że do drugiej serii wejdzie najpewniej trzech, bo reszta jest na doczepkę…

– Igor, nie możesz tak mówić! – upomniał Rudziński swojego kolegę. – Może się cud zdarzy.

– Ale za to nam płacą, żebyśmy to szczerze komentowali. A prawda jest taka, że liczyć możemy tylko na żelazną trójkę.

Słowa komentatora miały swoje potwierdzenie w wynikach. Czterech słabszych zawodników z Polski skończyło zawody w ostatniej, piątej dziesiątce. Bardzo dobrze zaprezentowali się zaś Piotr Żyła, Kamil Stoch i Dawid Kubacki. Ten ostatni miał największe szanse na zwycięstwo w kadrze, bo był na drugim miejscu. Do prowadzącego, Karla Geigera, tracił tylko trzy punkty.

-No widzisz, mówiłam, że Dawid sobie poradzi – rzekła babcia Ulricha.

-To dopiero pierwsza seria, jeszcze się może zmienić wiatr, warunki. Może Karl lepiej skoczy. Jeszcze wszystko może się zdarzyć – odpowiedział Ulrich.

W tym samym czasie pod Paryżem, w mieszkaniu Delmasów, rozległ się dzwonek telefonu stacjonarnego. Jean-Pierre był w swoim pokoju i studiował zaległą prasę. Mimo tego, że był niezadowolony z przerwania wolnego dnia, podniósł słuchawkę.

– Delmas Jean-Pierre, słucham.

– Witaj, Pierre, to ja. Patrick z ministerstwa.

– O, hej Patrick! Co słychać?

– Jakoś leci. W zasadzie, to dzwonię do ciebie w zaufaniu, Mam pewne pytanie co do reformy.

– Reformy? – zafrasował się nieco Delmas – To już nawet w weekend się tym zajmujecie?

– Formalnie to nie, ale jest pewna sprawa, do której mam przecieki. Jak na razie nie chcemy jej podawać publicznie, żeby nie zaszkodzić sprawie. Macie już u siebie obmyślony regulamin?

– Jasne. Dwa dni temu go zatwierdziliśmy, a po feriach zamierzamy go oficjalnie wdrożyć i przedstawić uczniom.

– To dobrze, tylko że jest pewien… może nie tyle haczyk, co… no, jest problem. A dokładniej może być.

– Jaki problem?

– Niezadowolenie społeczne… – tu się Patrick lekko zawahał – Nie tyle społeczne, co uczniowskie. Znam przypadek szkoły, w której zaczęły krążyć przecieki na temat nowych regulacji.

– I co? – spytał Delmas.

– Uczniowie są cholernie niezadowoleni. Planują strajk, mają zamiar przestać przychodzić na lekcje i okupować korytarze.

– Co za nieodpowiedzialni gówniarze – lekko rozgniewał się dyrektor – Gdyby coś takiego miało miejsce w mojej szkole, to prędko byśmy ten strajk wygasili. Może nawet siłą, ale żadnego protestu by nie było.

– Wydaje mi się, że nieodpowiedzialni byli także ci, którzy rozpuszczali takie informacje w szkole. Wiesz jak to jest, nauczyciele za bardzo się spoufalają z uczniami i potem paplają, co im ślina na język przyniesie.

– Spokojnie, Patrick. Na szczęście w mojej szkole do żadnego przecieku nie doszło i nie dojdzie, a wszelkie bunty będziemy tępili w zarodku.

– No to mnie uspokoiłeś. Muszę kończyć, niech żyje refoma!

– Niech żyje reforma!

-I miłego weekendu…

Rozdział 23

Jaki piękny dzień nastał! – babcia Ulricha spojrzała przez okno. Poza kilkoma chmurami, które nie zapowiadały żadnych opadów, pogoda w Toruniu była bardzo dobra.

– Idealna pora, żeby zabrać nas na wycieczkę. Pewnie nigdy żeście takiej w szkole nie mieli, co?

– Co najwyżej do lasu – odpowiedział Ulrich.

– No to ja wam dzisiaj pokażę, co jest ciekawego w moim mieście. Ale spokojnie, nie będziemy żadnych nudnych muzeów odwiedzać. Wystarczy że u was w tej Francji macie tego od cholery.

Młodzież odetchnęła z ulgą.

– To w takim razie gdzie pójdziemy? – zapytał Jeremie.

– Zobaczycie, ale na pewno wam się spodoba ta podróż. Będę robić za przewodniczkę, bo znam w końcu wszystkie kąty… albo prawie wszystkie.

– A śniadanie? – odezwał się Odd.

– Na mieście zjemy. W najstarszym McDonaldzie na świecie.

– To u was jest najstarszy w świecie McDonald? – zdziwił się Włoch.

– A jest. No… może drugi najstarszy, ale na pewno starszego w Europie nie ma. To jak, idziemy?

Ekipa pojechała autobusem linii 20 na lewobrzeże. Tam była pierwsza, dość osobliwa atrakcja, jaką babcia chciała pokazać młodzieży. Po krótkim marszu z przystanku autobusowego na Poznańskiej doszli do bloku mieszkalnego z wielkiej płyty. Mienił się na nim ogromny napis „URZĘDNICZA 2”, a tuż pod nim mniejszy, napisany sprayem „Go ha go ha goha – 3 zł”.

– Czemu tu przyszliśmy? Przecież to zwyczajny blok mieszkalny – powiedział Jeremie.

– Nie macie takich we Francji? – zdziwiła się starsza pani.

– Może i mamy… ale raczej na obrzeżach miast – odpowiedziała Aelita.

– A, w sumie… w końcu to gierkowska wielka płyta, a Gierek kiedyś przecież we Francji pracował…

– Kto? – spytał Ulrich.

– Edward Gierek, on rządził Polską w latach siedemdziesiątych. Niby trochę pobudował, trochę kasy ludziom porozdawał, ale skurczysyn zadłużył nas na tak niebotyczne sumy, że dopiero dwa lata temu wszystko spłaciliśmy. A gnojek leży w grobie i nawet nie przeprosił…

– W ogóle, to po co my tu przyszliśmy? – wtrącił się Odd.

– Pokażę wam coś… jakby to nazwać… oryginalnego.

Podeszli bliżej bloku. Na przedniej ścianie, tuż pod framugami okien z pozbijanymi szybami, zamontowano tablicę. Napis na niej głosił:

KÓ PAMIENCI DANIELA MAGICALA, PIERSZEGO PATOSTREAMERA POLSKI, BOHATERA WALKI Z RYSZARDEM CEBULOM I POLSKĄ POLICJOM. Cześć jego pamięci!”.

– Patostreamera? – zdziwiła się Yumi – To wy honorujecie patologów?

– Nie my, kochanie – zaoponowała staruszka – To tylko lokalni mieszkańcy. Takie jajca chcieli sobie zrobić, bo po tym, co ten kretyn robił w internecie, zaczął być sławny i ta sława przelała się na cały blok. Jak TVN przyjeżdżał program robić, to wszyscy sąsiedzi się pokazywali. Co dwa dni policja, bo albo Daniel bił Gohę, albo Goha biła Jacę… i oni teraz uznali, że po utracie Daniela trzeba go upamiętnić, a pod tablicą, w hołdzie jemu, pić tak zwany kociołek Menelixa – mieszaninę alkoholi i energetyków.

– Upamiętnić? To on zginął? – dopytał Ulrich.

– A gdzie tam zginął! Do więzienia go wsadzili, bo przesadził. Frajer jeden zaczął pochwalać mord na Adamowiczu, nie wiedząc, że to karalne. Do tego ma zakaz transmisji w internecie.

– Szczerze… – po chwili ciszy odezwał się Jeremie – To chyba największa głupota, jaką kiedykolwiek ktoś upamiętnił na tablicy.

– Cóż… – odparła babcia – na szczęście Toruń słynie z innych, bardziej godnych chwalenia się rzeczy.

Po krótkich odwiedzinach patologicznego zakątka miasta Aniołów wycieczka pojechała na Starówkę. Babcia Ulricha nie miała zamiaru oprowadzać dzieciaków po muzeach ziemi toruńsko-chełmińskiej, czy też po skansenie wojny krzyżacko-tyfuskowskiej. Wolała zrobić nieco bardziej praktyczną wycieczkę.

– Tego gościa to wam nie będę przedstawiać. Pewnie się o nim uczyliście – powiedziała starsza pani, pokazując na pomnik Mikołaja Kopernika.

– A co on zrobił? – spytał Odd.

– Kurna… odkrył teorię heliocentryczną. Słońce. Centrum wszechświata – wyjaśnił Jeremie, nieco zirytowany niewiedzą przyjaciela.

– A teraz wam pokażę, jak się kiedyś robiło kary. Widzicie tego osiołka po drugiej stronie, przy napisie „Toruń przeprasza za Radio Maryja”? – spytała babcia.

Wszyscy przytaknęli.

– Otóż kiedyś, gdy jeszcze nie było sądów, trybunałów i ministra Ziobry, sadzano delikwenta na takim posągu, tak żeby mu się to ostre wykończenie wbiło w dupę. Siedział tydzień od rana do nocy.

– Dość osobliwa kara – przyznała Yumi.

– Wtedy nie było tak rozbudowanych więzień. Ale dobra… chcecie zobaczyć ten najstarszy McDonald?

– A dlaczego najstarszy? – spytała Aelita.

– Bo tam, dawno temu, Mikołaj Kopernik odkrył że Ziemia nie jest płaska, gdyż płaski jest kotlet w Big Macu.

– Serio tak było? – nie dowierzał Jeremie. Babcia Ulricha zaśmiała się i odpowiedziała, przerywając śmiechem:

– Ale ja was nabrałam… ale ładnie brzmi, co nie?

Po legendzie o Koperniku przyjaciele poszli odwiedzić kilka sklepów, zarówno tych z pamiątkami, by nasi bohaterowie mogli sobie coś kupić dla siebie i bliskich, jak i takich, do których często wpada babcia Ulricha – księgarnie, Empik oraz Biedronka. Około czternastej, po kolejce lodów u Lenkiewicza postanowiono wybrać się na obiad.

-Pójdziemy do pizzerii. Ale nie do takiej zwykłej. Pójdziemy do Domowej Pizzy. Najstarszy lokal w mieście, działa od ponad czterdziestu lat.

-Ale jedzenia tak starego nie mają? – dopytał Włoch.

-A gdzie tam! Wszystko świeże i smaczne, robione na miejscu. To nieco inna pizza niż w pozostałych 49 lokalach tego typu w naszym mieście, ale bardzo pyszna i do tego niedroga.

Weszli do środka. Wystrój był utrzymany w klimacie drewna, kojarzył się nieco z góralską chatą. Za ladą stał brunet w sile wieku, który dobrze znał babcię, stałą bywalczynię.

-O, dzień dobry pani! To co zwykle, tak: jedna z samym serem, ketchup i majonez, a do picia Pepsi, tak?

-Tak, przy czym niech najpierw dzieci zamówią. Widzi pan, wnuka z przyjaciółmi zaprosiłam…

Każdy zamówił inną pizzę: Yumi z pieczarkami, Aelita z szynką, Jeremie z serem, Ulrich z pieczarkami, zaś Odd z kurczakiem, pieczarkami, serem i salami. Gdy wszyscy siedzieli i czekali na zamówienie, z głośników rozlegał się głos radia:

-Tu RMF, dochodzi godzina trzecia po południu, pora na najnowsze fakty. Sejm za wyższą akcyzą na napoje energetyczne. Koronawirus atakuje Azję, czy dojdzie do Europy? Powiemy także o szokującym odkryciu, aktor Cieślak agentem służby bezpieczeństwa, może być powiązany z wieloma zbrodniami poprzedniego reżimu.

– E tam, szokujące… – skomentowała babcia – Jak ktoś miał za komuny olej w głowie to od razu skumał, że serial o milicji nadawany w tamtych czasach musiał być propagandowym gównem, a obsada musiała być lojalna wobec władz, tylko po prostu ludzie byli naiwni i pieprzyli, że ten cały Borewicz to jest nasz polski James Bond… ani on Bond, ani nasz…

Podano posiłki, wszyscy zaczęli jeść. W radiu leciała muzyka, lecz nagle coś zaczęło się zacinać i zamiast utworu Elektrycznych Gitar „Co powie Ryba” poleciało przemówienie:

– …a te uczelnie wszystkie lewackie, czemu one dostają pieniądze? My tu mamy taki przykład u nas, w Toruniu naszym kochanym, tworzymy wspaniałą uczelnię, a pieniądze rządowe od ministra Gowina dostaje to UMK… no jak tak może być…

– Cholera, znowu się ten pieprzony dyrektor wpierniczył w radiu, mówiłem, kurna, żeby nowe kupić, to nie, bo to po czterdziestu latach działa – facet z lady nieco się wnerwił, jednak pokręcił gałkami i po chwili ponownie można było usłyszeć muzykę, a po chwili jingiel stacji:

– Ujebała misia pszczoła! RMF FM!

Nasi bohaterowie gruchnęli śmiechem, nigdy wcześniej takiego czegoś w radiu nie słyszeli.

– I jak, smakuje? -spytała starsza pani.

– Bardzo…dobre – odpowiedział Odd z pełnymi ustami, przerywając słowa mlaskaniem.

– Odd, nie gada się z pełną mordą! – strofował go Ulrich.

– Oj tam… nikt nie widzi – odrzekł Włoch.

Rozdział 22

W żadnym wypadku! Nie musicie mi nic oddawać! To wy wygraliście, więc to wasza kasa – babcia Ulricha wzbraniała się przed przyjęciem pięciu tysięcy złotych – po tysiącu od każdego z Wojowników.

– Nam te pieniądze nie są aż tak potrzebne jak tobie – odpowiedział wnuk.

– Ta, akurat młodym ludziom pieniądze nie są potrzebne… Nie wciskaj mi kitu, bo ci nos jak Pinokiu urośnie. Wy jesteście młodzi, macie wiele celów, a mi te pieniądze na co? Na przeżarcie i leki co najwyżej.

– Ale to się nie godzi, sumienie by nas gryzło – włączył się Jeremie – W końcu to ty nam ten program pokazałaś. Ty nam zasugerowałaś. Więc to ci się po prostu należy.

– Coś czuję, że nie odpuścicie…

– Do usranej śmierci nie odpuścimy, jak nie weźmiesz tej kasy jako naszego podziękowania – wtrącił się Odd.

– No dobra… – starsza pani zrezygnowała z dalszego odmawiania – Przynajmniej jakieś dodatkowe sianko na książki będzie. Co prawda kociarz obiecał nam trzynaste i czternaste emerytury, ale chyba gówno z tego wyjdzie…

– Jaki kociarz? – zainteresowała się Yumi.

– Tak się mówi na pewnego polityka, który decyduje o prawie wszystkim w tym kraju. Tak naprawdę jest szeregowym posłem, ale…

– Zaraz, zaraz – przerwał Jeremie – Szeregowy poseł, a decyduje o wszystkim? A premier? A prezydent?

– Cóż… owszem, mamy premiera, mamy prezydenta, ale i tak główny czynnik władzy jest w rękach kociarza, bo jest szefem partii rządzącej.

– No to w takim razie skoro macie i prezydenta, i premiera, to jednak oni powinni rządzić, a nie ktoś, kto jest tylko posłem.

– Teoretycznie tak, ale w praktyce jest nieco inaczej. Zresztą, wieczorem to zobaczycie w telewizji. Kilka innych rzeczy o naszym kraju też…

Tymczasem w Kadic nauczyciele zbierali się na specjalnym zebraniu o reformie. Jim był już od godziny w pokoju belferskim i przygotowywał niezbędne rzeczy – herbatę, ciastka i małe co nieco mocniejszego, ponieważ były ferie.

– Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni… – podśpiewywał sobie wuefista. Nie zauważył nawet, jak do sali weszli praktycznie wszyscy dostępni w tym momencie nauczyciele. Nie było to trudne, gdyż na ferie nie wyjechał nikt. Zwłaszcza, że za pensję nauczycielską i tak by się daleko nie wyjechało.

– O, widzę że wszystko gotowe, Jim – powiedział dyrektor – Tak więc weźcie sobie co tam chcecie. Zaczniemy od lampki wina, a potem do pracy. Mamy od cholery roboty.

Grono nauczycielskie nalało sobie wykwinty trunek o nazwie Mamrot – jedno z najlepszych win europejskich, a następnie zasiadło za stołem.

– No to za reformę – wzniósł toast Jean-Pierre.

– Za reformę! – powtórzyli zebrani.

– Dobra, to od czego zaczniemy? – spytał Jim.

– Najpierw regulamin, tutaj musimy go nieco doprecyzować – odpowiedział dyrektor – Mam wstępny projekt, który chcę wam przedstawić. Zrobiłem kopię dla każdego. Zapoznajcie się.

Po kilku minutach wnikliwej lektury wstała pani Hertz.

– Jeśli mogłabym zapytać… W jakim celu te punkty o mundurkach są tak szczegółowo rozpisane? Wzór długości spódnicy, kolor… to tak musi być?

– Musi, wymogi ministerstwa.

– A ten paragraf z zakazem noszenia kabaretek i pończoch na lekcjach też? Czy to nie przesada?

– Widzisz, Suzanne… to jest zrobione z myślą o młodzieży. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo widok dziewczęcej nogi w kabaretkach podnieca tych młodych chłopaków. A oni przecież się mają skupić na nauce, a nie na nogach koleżanek. Jeszcze by im coś do głowy przyszyło…

– Naprawdę? – zdziwił się Gilles Fumet – Myślisz, że wszyscy uczniowie w Kadic myślą tylko o miłości?

– A nie? Oni są w tym niebezpiecznym wieku dojrzewania. A my jako szkoła, musimy uchronić ich od zagrożeń i pokazać właściwą drogę.

– Ale zaraz… – zgłosił się Jim – Jakie jest niebezpieczeństwo w noszeniu kabaretek czy nawet legginsów? Przecież to tylko ubrania.

– Tylko albo aż, mój drogi – zaoponował dyrektor. – Zaczyna się na legginsach i kabaretach, a kończy… zresztą, szkoła to nie Moulin Rouge, żeby dziewczyny nogami fikały. My musimy ich nauczyć, co to jest dress-code.

– A co to jest? – spytał wuefista.

– To takie zasady, jak się wolno ubierać – wyjaśniła Suzanne – Ty masz takie w sali gimnastycznej przecież.

– No tak, racja. Koszulka, spodenki, trampki…

– A ja bym chciał poruszyć inną kwestię – odezwał się Gustave Chardin – Wśród zapisów regulaminu jest ten punkt o tym, że nagrodzone zostanie poinformowanie nauczyciela o tym, że inny uczeń ściągał podczas sprawdzianu. Czy to nie jest donosicielstwo?

– Po co takie mocne słowa – zdziwił się dyrektor – Donosicielstwo… to jest działanie dla dobra społeczności. A nagradzanie to nic złego. To jest przykład, jak należy się zachować.

– Ale czy to nie jest niekoleżeńskie?

– W życiu mało kto będzie dla tej młodzieży zachowywać się po koleżeńsku, niech się tego nauczą już teraz, by nie było potem nieprzyjemności. Poza tym, ze ściąganiem należy walczyć, to nie ulega wątpliwości.

– Jako opiekun samorządów klasowych – włączył się Gilles – Chciałbym się dowiedzieć, co ma na celu zmiana przepisów dotyczących jego funkcjonowania.

– Tutaj będę z wami bardzo szczery – Jean-Pierre zamyślił się przez chwilę i podrapał po brodzie, by kontynuować – Dotychczas ten samorząd nam tak naprawdę komplikował sprawę. Tak, komplikował! Musieliśmy zapraszać przedstawicieli samorządów na rady pedagogiczne, żeby opiniowali wnioski o przechodzenie do następnych klas. Ba, nawet mogli niekiedy się wstawiać za uczniami! Owszem, niekiedy to było przydatne, ale lata praktyki pokazują, że częściej było to tylko kolesiostwo robione po to, by kumplowi, który jest patentowanym leniem, uchronić dupsko przed relegowaniem ze szkoły, czy choćby powtarzaniem klasy. Na coś takiego nie możemy już sobie pozwalać, nie przy tej reformie. A to, że wreszcie zajmujemy się kompleksową zmianą regulaminu, umożliwia nam wprowadzenie tych zmian. Czy to jest dla was zrozumiałe?

– Tak, ale… – zaczął Gilles – Jeśli zabierzemy to uprawnienie, to od czego będzie wtedy samorząd?

– A to mało jest zadań? Organizacja imprez, wycieczek, oczywiście pod nadzorem nauczycieli, dbanie o czystość korytarzy… zawsze coś się znajdzie.

Zbliżał się wieczór. Babcia Ulricha podała domowo robioną pizzę na wielkiej blasze na kolację. Wszystkim bardzo smakowała, nawet Oddowi, który musiał przyznać, że choć zrobiona ona była nieco inaczej niż według włoskich standardów, to smakuje ona równie dobrze, a może nawet odrobinę lepiej. Być może to przez grube ciasto albo szynkę na serze. Najedzone towarzystwo zgromadziło się przed telewizorem.

– Trzeba zobaczyć, co się stało w kraju i na świecie – powiedziała babcia i włączyła telewizor na jedną ze stacji komercyjnych. Właśnie zaczynał się tam program informacyjny. Prezentowała go ciemna blondynka w szarym garniturze.

– Witam państwa. Dzisiaj nastąpił dzień, w którym Sejm przyjął do dalszych prac ustawę represyjną wobec sędziów. Coraz bliżej scenariusz, w którym każda nieprawomyślność wobec władz będzie karana. Sypią się porównania do komunizmu i hitleryzmu. Co na to Unia Europejska? Czy opozycja powstrzyma walec niszczący polską demokrację? O tym w materiale naszego korespondenta sejmowego.

Pokazano migawki z Sejmu, argumentację posłów rządzących o nazwie „walczymy z nadzwyczajną kastą” i tych z opozycji, częściowo wyjaśnioną przez prowadzącą.

Potem powiedziano o kolejnych wątkach afery z szefem Izby Kontroli, który miał być wynajemcą lokalu pod dom publiczny, o braku pieniędzy na remonty torów, jakie były zapowiadane przez rząd nazywany często „rządem Najlepszej Zmiany” – jak się okazało, było to hasło z ostatniej kampanii wyborczej, a także o tym, że pieniądze na program „500+”, przekazywane każdej rodzinie z dziećmi, są wydawane w sklepach monopolowych na alkohol wysokoprocentowy. Wyłaniał się dość pesymistyczny obraz Polski.

– Czy naprawdę jest tutaj tak źle? – spytała Yumi po programie.

– Nie mogę powiedzieć, że jest bardzo dobrze. Ale… zaraz coś jeszcze zobaczymy. Przełączę na publiczną – odpowiedziała starsza pani.

W publicznej telewizji, utrzymywanej za pieniądze podatników, dziennik zaczynał się tuż po zakończeniu serwisu u konkurencji. Pokazano wielkie studio ze stołem, za którym siedziała brunetka w zielonej sukni.

– Dobry wieczór. Dzisiaj Sejm przyjął do dalszych prac ustawę usprawniającą pracę sędziów i dyscyplinującą ich niegodne zachowania. Dokonuje się prawdziwa reforma polskiego sądownictwa, jednak nie wszyscy chcą aby sądy działały dla obywateli. Obrońcami nadzwyczajnej kasty okazali się posłowie totalnej opozycji, który jak zwykle bronią statusu utraconego w wyniku wyborów, w których obywatele naszego kraju opowiedzieli się za najlepszą zmianą.

Pokazano materiał dość podobny do tego, co w stacji komercyjnej, jednak nieco inaczej wykonany. Wyliczano zalety projektu, a o opozycji mówiono w samych złych słowach. Po informacji o sądach podano wieści o tym, że w Rosji jest źle, bo strzelają, we Francji są ciągłe strajki, USA to najlepszy sojusznik, a remont torów będzie, tylko w późniejszym terminie. Przypomniano także o korzyściach z programu „500+”, a na koniec zaproszono na galę „Zasłużeni dla rozwoju muzyki disco-polo” pod patronatem ministra kultury.

Po zakończeniu programu starsza pani zapytała:

– I jak wrażenia?

Pierwszy odezwał się Ulrich:

– To jest jakiś matrix… światy równoległe albo co. W jednym programie mówią że jest do dupy, w drugim że jest zajebiście.

– Dziwaczne to… – dodała Yumi.

– W takim razie kto mówi prawdę? – spytała Aelita.

– Kto mówi prawdę? Nikt. Nikt nie mówi całej prawdy, każdy koloryzuje pod siebie. Pytanie jest więc nie w tym, kto mówi prawdę, a kto mniej kręci – odpowiedziała babcia Ulricha.

– Jak wy to wytrzymujecie – zastanawiał się Jeremie – Jeśli coś takiego jest u was codziennie? Przecież to na pewno powoduje konflikty i podziały w narodzie.

– Nawet nie wiesz, jak wielkie, chłopcze… ale cóż, lata praktyki. Życie w Polsce hartuje. Poza tym… politycy to tylko drobna część tego kraju.

Rozdział 21

Zapraszam do kolejnego pytania – powiedział prowadzący. Do beczki podeszli Brajan i Odd.

– Teraz takie związane z pracą, ale też językowe bardziej. Może trochę trudniejsze dla naszych gości światowców, ale… zobaczymy. Niekiedy my tutaj mamy większe problemy z mową ojczystą. A pytanie jest takie: Wymień ginący zawód.

Pierwszy zgłosił się Odd. Refleks wyćwiczony w walkach z potworami w wirtualnym świecie przydawał się tutaj dość mocno. Równie szybko Włoch wypalił:

– Żołnierz!

Widownia wybuchła gromkim śmiechem.

– No zobaczmy czy o to akurat chodziło… niestety nie, to nie takie ginięcie. Co na to przeciwnicy?

– Em… może… – zastanawiał się głośno Brajan – kioskarz?

– Cóż… mi się wydaje że kioski jeszcze są. A odpowiedzi na tablicy nie ma. Ciekawie się robi nam w grze – powiedział podekscytowany prowadzący.

Ulrich rzucił do Odda:

– Na cholerę żeś wyskakiwał z tym żołnierzem?

– No ale co? Źle powiedziałem? Żołnierz ginie, więc to jest ginący zawód – tłumaczył się Włoch.

– Ale to nie w takim sensie!

– A w jakim?

– Zaraz zobaczysz – powiedział Niemiec. Nadeszła jego kolej na odpowiedź. Prowadzący podszedł do niego.

– No to teraz Ulrich, wymień ginący zawód.

– Zegarmistrz.

Wtedy wreszcie ktoś trafił.

W dalszej części programu rozgrywka zrobiła się bardziej wyrównana. Małolepsi zbliżyli się do naszych bohaterów na dwa punkty i dopiero piąte – ostatnie pytanie, w którym punkty mnożono razy trzy, rozstrzygnęło o wszystkim. Rywale okazali się tu nieco głupkowaci. Stwierdzili, że krajem, który powstał po rozpadzie Związku Radzieckiego była Jugosławia. W ten oto sposób do finału weszli Paryscy Wojownicy.

– A więc udało wam się. Przeciwnicy pokonani, oni otrzymają na pocieszenie zapas starego twarogu. Wy stajecie przed szansą wygrania 25 tysięcy złotych. Kto się z tym zmierzy? – spytał prowadzący.

– Cóż… – odpowiedział Jeremie – To może ja bym poszedł? Kto jeszcze by chciał?

– Ja, ja, ja, ja! Weź mnie! Weź mnie! – wyrwał się Odd.

– Na pewno chcesz?

– Jasne!

– No dobra… to w takim razie Odd ze mną wystąpi.

– To w takim razie postanowione, duet francusko-włoski będzie walczyć o naszą główną nagrodę. Prosimy na środek.

Gospodarz programu zszedł z chłopakami do środkowej części studia.

– Zróbmy tak. Odda zapraszamy do kącika muzycznego, tam trochę polskiej muzyki będzie, więc uznajmy to za dodatkowe wrażenia turystyczne, a my z Jeremiem zrobimy sobie test. Pewnie dobry z nich jesteś?

– Najlepszy! – krzyknął Odd, który dopiero dochodził do kącika – Jak on rozwiązuje testy, to nie ma chuja we wsi!

– Odd! Zważaj na słowa, jesteś w telewizji! – syknęła Yumi, która wraz z Aelitą i Ulrichem obserwowała wszystko ze stanowiska dla drużyny.

– Spokojnie, to się wytnie. Nie takie rzeczy się działy – powiedział niezrażony zajściem Karol – Dobra… na czym to ja skończyłem? A tak, zasady: będzie teraz pięć pytań. Na odpowiedź mamy piętnaście sekund. Odpowiadamy szybko, a jak nie wiemy, mówimy „dalej”. Jak starczy czasu to wrócimy. Wszystko jasne?

– Pewnie, że tak. Łatwizna – odpowiedział pewny siebie Einstein.

– To w takim razie czytam pierwsze pytanie, zegarze ruszaj: Co robimy, gdy pada deszcz?

– Kryjemy się pod dachem.

– Co wczoraj jadłeś na obiad?

– Kotleta schabowego.

– Wymień rodzaj domu.

– Jednorodzinny.

– Co pijemy gdy jesteśmy spragnieni?

– Wodę.

– Popularny grzyb?

– Pieczarka.

– No i brawo. Szybko poszło, nawet nam pięć sekund zostało. Sprawdźmy teraz punkty.

Okazało się, że Jeremie uzbierał 170 punktów, tak więc Oddowi nie pozostało już wiele do roboty.

– Mam nadzieję, że tego nie spieprzy – rzekł Ulrich.

– Spokojnie – odpowiedziała Aelita – to są tak łatwe pytania, że z łatwością to wygramy.

Odd wrócił z kącika muzycznego.

– Ale to disco polo to takie trochę, jakby ktoś po pijaku to tworzył – skomentował Włoch.

– Cóż… taki to folklor, skoro jesteśmy telewizją publiczną to musimy też tego typu muzykę prezentować – tłumaczył nieco skrępowany sytuacją prowadzący – Tak czy inaczej, nasza gra się toczy dalej, kolega zrobił za ciebie robotę. Zostało ci tylko trzydzieści punktów do zdobycia.

– Łeee… to z palcem w dupie zdobędę, ja jestem Odd Wspaniały!

– Ale teraz będzie trudniej lekko, jeśli odpowiedź się powtórzy, to będzie taki oto dźwięk.

W studio zabrzmiało „BEEE”. Strasbuger kontynuował:

– Wtedy dajemy szybko inną. Czasu jest więcej, bo dwadzieścia sekund. Jesteś gotowy?

– Nu, dawaj – odrzekł Odd.

– To zaczynamy: Co robimy, gdy pada deszcz?

– Spierda…znaczy uciekamy.

– Co wczoraj jadłeś na obiad?

– Schabowego.

Pojawił się sygnał „BEEE!”.

– Cholera… dobra, McDonalda jadłem!

– Wymień rodzaj domu.

– Publiczny!

W tym momencie słychać było przelatującą muchę, tak wszystkim mowy odjęło.

– Yyy, dobra… Co pijemy gdy jesteśmy spragnieni?

– Alkohol.

– Popularny grzyb?

– Papierzak.

– Dobrze. Podliczamy punkty – prowadzący i Odd odwrócili się w stronę tablicy – Co robimy gdy pada, powiedziałeś że uciekamy… no dobrze. Za to jest 15 punktów.

– O, fajnie.

– Co jadłeś na obiad… powiedziałeś że McDonalda…

– Musiałem skłamać bo mi Jeremie podrąbał odpowiedź.

– No, cóż… za to niestety jest zero punktów. Budynku się nie je.

– Cholera…

– Ale spokojnie, nie ma się co martwić, jeszcze trzy pytania i tylko piętnaście punktów. Rodzaj domu, powiedziałeś, że publiczny, cóż… intrygująca odpowiedź. Ciekawe ile będzie mieć punktów.

Na tablicy pojawiła się liczba 34.

– A teraz to jestem wręcz zaskoczony, bo to najwyżej punktowana odpowiedź. Tak więc macie szczęście, wygraliście 25 tysięcy złotych!

Wojownicy się bardzo ucieszyli, choć szczerze mówiąc nie spodziewali się tego.

– Gratuluję, udało wam się. Co z tymi pieniędzmi zrobicie?

– Szczerze mówiąc, nie wiemy. Nawet nie planowaliśmy udziału w tym programie – odpowiedział Jeremie.

– Na pewno podzielimy się po równo – dodała Yumi.

– Może coś babci odpalimy. Gdyby nie ona, to byśmy się tutaj nie znaleźli. Część tych pieniędzy jej się po prostu należy – wtrącił się Ulrich.

– Czyli jak widać, odcinek z happy endem. Takie lubię najbardziej. Kończymy na dziś, przypominam o przysyłaniu nam żartów i propozycji pytań na Facebooku, dziękujemy i do zobaczenia – Strasburger zszedł z pola widzenia obiektywu kamery, pozostawiając w nim stojących przed beczką bohaterów. Nie wiedzieli za bardzo, co mają robić, więc stali bez ruchu. Zza kadru dobiegł ich głos człowieka z obsługi technicznej.

– No co tak stoicie? Machać, kurwa, machać! Musi być tło do napisów!

Tak więc zaczęli machać. Widzowie w telewizji nie usłyszą wskazówek technika, bo na montażu w tym momencie będzie podłożona muzyka, dlatego techniczny nie musiał się hamować z językiem. Nasi turyści i tak o tym nie wiedzieli. Wystarczała im świadomość, że koszty podróży zwróciły się wielokrotnie, nawet jeśli po podziale zostawało na głowę po pięć tysięcy złotych minut kwota, którą mieli ofiarować babci Ulricha.

Rozdział 20

Myślicie, że będziemy się nadawać do tego programu? – zastanawiała się głośno Aelita.

– Jasne, że tak. Jesteście przecież jakieś dwadzieścia razy mądrzejsi od tych wszystkich idiotów, którzy się tam pchają tylko po to, by mieć zdjęcie z Strasburgerem, bo się nie mają jak wykazać intelektualnie – odpowiedziała babcia.

– Potraktujmy to jako przygodę – dodał Jeremie.

– Musimy chyba nazwę swojej drużyny wykombinować, bo tak każą w formularzu – zaproponował Ulrich.

– Nazwę… może Wojownicy? – rzucił pomysł Odd.

– Wojownicy… tylko tyle, czy coś jeszcze? – zapytała Yumi.

– No, niby narzuca się tu jedno słowo – zabrał głos Einstein – ale z oczywistych względów nie możemy go użyć, bo i tak nikt by nic nie zrozumiał.

– To może… Paryscy Wojownicy? – rzuciła babcia.

Wszyscy zgodzili się z propozycją starszej pani.

Studio programu było nieco mniejsze, niż mogło się to wydawać w telewizji, ale i tak zrobiło wrażenie na przybyszach z Francji. Paczka ustawiała się już przy swoim stanowisku – wielkim pulpicie z pięcioma mikrofonami, dzięki czemu nie było potrzeby przyczepiania mikroportów. Na przedzie tego stołu zamontowano tablicę elektroniczną służącą do wyświetlania nazwy drużyny. Po drugiej stronie ustawiono taki sam mebel dla drugiej drużyny, która właśnie wchodziła do studia. Pięć osób – dwie kobiety i trzech mężczyzn w wieku jeszcze produkcyjnym, z twarzy zupełnie zwyczajnych, nazwa ich drużyny mówiła wprost, że są oni rodziną o nazwisku Małolepsi.

Do Wojowników podszedł facet z obsługi technicznej ze słuchawką w uchu, połączoną z mikrofonem. Jeremiemu bardzo przypominała taką, której używał swego czasu przy pracy z Superkomputerem.

– Widać, że nie byliście jeszcze w takim programie. Nie bójcie się, nie tacy jak wy tutaj przychodzili, a przynajmniej u was jest jakaś prezencja. No, ale co zagranica, to zagranica. A więc tak: na początku, jak usłyszycie muzyczkę i zapowiedź drużyn, to machacie równo rękami do kamery. Pokazać wam, jak się macha?

– Nie jesteśmy takimi debilami! – odpowiedział Odd.

– W sumie… – przyznał po chwili techniczny – Wiecie, nie tacy idioci do nas przychodzą. W każdym razie, potem jest prowadzący, opowiada dowcip, zazwyczaj diabelnie żenujący, ale i tak wszyscy się z tego śmieją, żeby Strasburgerowi nie było smutno. Czyli wy też się zaśmiejcie, tak z szacunku dla siwych włosów.

– Spokojnie, sztukę taktownego odbioru słabych żartów mamy opanowaną do perfekcji, co nie, Odd? – zaśmiała się złośliwie Yumi.

– A guzik się tam znasz! To są perły humoru! – odpowiedział Odd.

– Od kiedy to perły robi się z sucharów? – zaczął zastanawiać się Ulrich.

Ale na to pytanie już nikt nie zdążył odpowiedzieć, gdyż reżyser zawołał przez głośniki:

– Trzydzieści sekund do nagrania, wszyscy na stanowiskach, widownia cicho!

Rozległ się motyw muzyczny teleturnieju, po chwili widownia zaczęła klaskać, a z głośników popłynął głos:

– Witamy państwa w teleturnieju Familiada. Dziś spotkamy się z rodziną Małolepszych: Januszem, Grażyną, Brajanem, Karyną i Zbigniewem. Ich przeciwnikami będzie drużyna pod nazwą Paryscy Wojownicy: Jeremie, Yumi, Ulrich, Aelita i Odd. Gospodarzem programu jest Karol Strasburger.

W tym momencie zza wielkiej tablicy świetlnej zamontowanej nad „beczką” do początkowej rozgrywki wyłonił się prowadzący, jak zwykle w dobrze skrojonym garniturze, stanął na środku studiu, ukłonił się na wszystkie strony i zaczął tak jak zawsze od 25 lat:

– Witam państwa gorąco i serdecznie, kolejna Familada przed nami, tak jak zwykle krótka historyjka na początek. Zapewne pamiętamy Kubusia Puchatka, sympatyczna postać, no więc o nim dzisiaj żarcik. Poszedł on sobie pewnego razu z Tygryskiem na ognisku, siedzą sobie, jedzą, i nagle Tygrysek mówi „Wiesz, Kubusiu, muszę ci coś szczerze powiedzieć”. Na to Puchatek „OK, o co chodzi?” Tygrysek mu odpowiada „No, bo ja tego Prosiaczka to tak nie za bardzo lubię.”. Miś na to odpowiedział „Jak ci nie smakuje, to nie musisz jeść”.

Wszyscy w studiu wybuchli śmiechem, bo tym razem, o dziwo, żart nie był taki suchy.

– Dobrze, no to teraz przejdźmy do naszych zawodników, po raz drugi w naszym programie rodzina Małolepszych. W poprzednim odcinku była w finale, no ale coś się nie udało panie Januszu.

– Trochę nam nie wyszło – odpowiedziała głowa rodziny.

– No ale dobra. Było minęło, poprzednim razem było co prawda tylko te 800 złotych, ale już zapomnijmy. Gramy od nowa, przypomnij nam swoich członków rodziny.

Ojciec przypomniał, kto jest w drużynie, sprowadzało się do wymienienia imion.

– Przejdźmy teraz do nowych śmiałków – Strasburger poszedł na drugą stronę studia – Oto przed nami drużyna pod tajemniczą nazwą Paryscy Wojownicy. Zaraz nam kapitan tej drużyny, Jeremie, wszystko wyjaśni. Skąd takowa nazwa?

– Wzięła się ona stąd – zaczął okularnik, po czym wziął wdech – Że wszyscy mieszkamy w Paryżu.

– No to ciekawe, choć jak wiem i jak w sumie widać, oczywiście bez podtekstów rasistowskich – tu prowadzący się nieco uśmiechnął – To każde z was pochodzi z innego kraju. Ale to wyjdzie jak przedstawisz członków.

– Więc tak, po kolei. Yumi jest z Japonii. To najstarsza jednostka naszej drużyny. Obok niej Ulrich reprezentujący Niemcy. Za nim Aelita ze Szwajcarii i na końcu, ale nie najgorszy, Odd z Włoch.

– Czyli jak widać, międzynarodowa drużyna, bo i sąsiedzi są – tu Strasburger spojrzał na Sterna – i też przedstawiciele bardziej egzotycznych krajów. Tak się zastanawiam… skąd się wzięliście u nas?

– Przyjechałem odwiedzić swoją babcię i zabrałem ze sobą przyjaciół – odpowiedział Ulrich.

– To bardzo ładnie. Wiem że babcia jest na widowni, oklaski prosimy.

Publiczność uprzejmie zaklaskała.

– To skoro wszyscy już się znamy, możemy rozpocząć grę, zapraszam kapitanów drużyn na środek.

Jeremie i Janusz podeszli do beczki.

– O, jak się złożyło – rzekł Karol Strasburger – obaj panowie na J, a ja na K jestem. Przypomnę zasady. Wiem że ja to już dwadzieścia pięć lat mówię, ale tradycji musi stać się zadość: Czytam pytanie, zawodnicy się zgłaszają, kto szybciej naciśnie, ten odpowiada. Dobra odpowiedź to przejęcie pytania. Drużyna ma wtedy 3 szanse, narada u drużyny przeciwnej po drugiej utracie szansy, a do finału wchodzimy zdobywając dwieście lub więcej punktów. Wszystko jasne?

Wszyscy potwierdzili.

– To w takim razie pierwsze pytanie brzmi tak: Wymień dania, które można zrobić z ziemniaków.

Obaj zawodnicy byli szybcy, ale pierwszy zgłosił się Jeremie:

– Frytki!

– Sprawdźmy… no i ładnie, pierwsze miejsce, Wojownicy przejmują. Zobaczmy co Yumi powie. Ona jako Japonka to prędzej sushi, ale może z ziemniaków… da się?

– Raczej nie – odpowiedziała dziewczyna – W Japonii ziemniaki nie są aż tak popularne.

– Ale chyba nie będziesz miała problemu z pytaniem?

– Żadnego. U nas w szkole są placki ziemniaczane, więc to właśnie podaję.

– Sprawdźmy… no i placki są. Teraz Ulrich.

– Ja z kolei powiem – zaczął zastanawiać się Niemiec – Może kluski ziemniaczane?

Okazało się, że one też są.

– Kolej na Odda. Wiem, że ty bardzo lubisz jeść, więc pewnie też sobie poradzisz z pytaniem.

– To jest dość łatwe… z ziemniaków można zrobić… placki są, frytki… o, wiem. Zapiekanka!

– Zobaczmy. Od tej odpowiedzi zależy, czy zdobędziecie komplet za to pytanie… i proszę, udało wam się. Macie pierwsze 80 punktów, Małolepsi jak na razie zero, ale to dopiero początek gry. Zapraszam do drugiego pytania…

Rozdział 19

Babcia Ulricha pokazała gościom z Francji, co oznacza tradycyjna polska gościnność. Stół był pełen przysmaków – od rosołu z kury, poprzez pierogi w różnych wariantach, z serem, z mięsem, a nawet z truskawkami, aż po babkę waniliową. Wszyscy byli zdrowo najedzeni – nawet Odd, który zazwyczaj nie uznawał czegoś takiego jak „limit zjedzonego pokarmu” – tym razem poczuł, że jest faktycznie pełny. Starsza pani się nawet nieco zdziwiła apetytem młodzieży:

– Tak was źle w tej Francji karmią, że tyle zjedliście? No, ale niech wam wyjdzie na zdrowie. Szczególnie tobie Odd, bo widzę, że ty to sama skóra i kości, taki chudy jesteś.

– Nie jestem chudy babciu, tylko szczupły! – zaprotestował Włoch.

– No to chyba masz bardzo dobrą przemianę materii.

– Co takiego? – spytał Odd.

– Po prostu srasz ładnie w kibelku – wyjaśnił Niemiec.

– Ulrich, cholera jasna! – nieco na żarty zdenerwowała się babcia – Jak się odzywasz! Mówi się „robisz kupę”. Poza tym nie przy jedzeniu takie rzeczy…

Po kilkunastu minutach wszyscy poszli do pokoju telewizyjnego, aby się nieco odprężyć. Starsza pani zapytała młodzież:

– A co byście chcieli do picia, może herbatki albo soczku…?

– Obojętnie – powiedział Jeremie.

– Ale wolicie herbatki czy soczku?

– Obojętnie – powtórzyli wszyscy.

– A to gówno dostaniecie! – zaśmiała się babcia, a potem powiedziała – Żartuję oczywiście, w lodówce jest woda, sok, a nawet Pepsi.

W telewizji trwał właśnie rodzinny teleturniej. Był on nadawany od dawna, ale wciąż cieszył się popularnością. Jedni uważali, że to zasługa prowadzącego, który co prawda na początku opowiadał kiepski żart z 20-letniego pisma nazywanego potocznie „dla kawalarzy”, ale całe show prowadzi z wielką klasą. Inni zaś przyczyn sukcesu upatrywali w formule łatwej do zrozumienia nawet dla największych idiotów. Jeszcze inni z kolei oglądali program dla głupich odpowiedzi na pytania.

– No to przechodzimy do kolejnej rundy, proszę zawodników na stanowiska, dłonie przy przyciskach i czytam pytanie. Jaki przedmiot szkolny najmniej przydaje się w życiu?

Obaj gracze bardzo szybko się zgłosili, ale szybszy był uczestnik po lewej z wąsami.

– Yyy… mmm.. kanapka!

Wtem ozległ się klakson oznaczający błędną odpowiedź.

– Co za idiota! – zirytował się Odd – Jak można powiedzieć, że kanapka się nie przydaje? W szkole to jest podstawa, w końcu coś trzeba jeść, by żyć.

– Pewnie gdybyś ty tam był, to byś powiedział, że matematyka – odpowiedział Jeremie.

– A nie? To byłaby sensowniejsza odpowiedź. Poza tym zobacz – Odd wskazał palcem na telewizor – Jest na pierwszym miejscu, ankietowani myślą jak ja.

– Czekajcie… Skoro to jest takie łatwe, to może my byśmy wzięli w tym udział – głośno pomyślał Ulrich.

– Ale… jak…my? W telewizji? – powiedziała Aelita.

– Możemy w ogóle? – dodała Yumi.

– A czemu nie? – włączyła się babcia – Zaraz będzie koniec programu, to Strasburger poda zasady zgłoszeń, które są niezmienne. Zawsze to jakaś przygoda wakacyjna.

Tak jak staruszka powiedziała, po finale odcinka, w którym drużyna z Podkarpacia nie zdołała wygrać 25 tysięcy złotych, prowadzący poinformował o tym, jak można się dostać do programu.

– Niby to łatwe, ale… nie jesteśmy Polakami – rzekła Yumi.

Na to, jakby odpowiadając Japonce, z telewizora rozległ się głos:

– Przypomnę jeszcze, że teraz w ramach otwarcia się na świat zapraszamy także drużyny z całego świata, miło nam będzie was tu gościć.

Ta wiadomość ucieszyła naszych bohaterów.

– To jak? Zaraz odpalę laptopa i wypełnimy zgłoszenie. Akurat jest was piątka. Idealna drużyna, może coś wygracie – zaśmiała się starsza pani.

Rozdział 18

Godzinę przed odjazdem pociągu międzynarodowego z dworca centralnego ekipa była już w busie kierowanym przez Jima. Postanowiono, że odwiezie się uczniów, by było bezpieczniej. Wszyscy byli zadowoleni, nawet Odd, który tak naprawdę nie spał przed wyruszeniem w drogę. Uznał, że nie ma to już sensu, a wyśpi się w pociągu. Swego zadowolenia nie krył także Jim, pomimo faktu, że musiał zarwać nockę. Jednak jemu z kolei dyrektor obiecał zwrot za paliwo z pewną nadwyżką. Wuefistę cieszyła także inna rzecz:

– No, to wreszcie będę miał spokój od was. Zawsze w każde ferie, wolne, długie weekendy zostawaliście w szkole, nawet nie wiem po cholerę, a teraz wyruszacie w drogę. Fajnie macie.

– Ale wiesz, Jim, ty też w sumie nie będziesz miał źle – odpowiedział Jeremie – Nikogo w internacie nie ma, więc nie musisz nikogo pilnować, cały tydzień tylko na przyjemności.

– Oj tak – zgodził się nauczyciel – Będę mógł sobie poleniuchować. A wiecie, jak tak jadę z wami, to mi się przypomina, jak kiedyś byłem kierowcą autobusu.

– Tak, wiemy, wolałbyś o tym nie mówić – powiedział Odd.

– Akurat o tym nieco bym poopowiadał, ale już jesteśmy na miejscu. Pomogę wam z bagażami.

Pociąg czekał już na peronie. Było dwadzieścia minut do odjazdu. Jim sprawnie, pomimo swojej nadwagi, poradził sobie z bagażami i przeniósł je do wagonu, w którym znajdował się zarezerwowany przez babcię Ulricha przedział. Było dość wygodnie, choć sam wagon miał już swoje lata. Nasi bohaterowie rozsiedli się, po jednej stronie Jeremie i Aelita, po drugiej Ulrich, Yumi oraz Odd. Francuz oraz Niemiec byli najbliżej okna.

– No, to kiedy ruszamy? – spytał Włoch.

– Za jakieś czternaście minut – odpowiedział Ulrich, co chwilę potem potwierdził komunikat nadany z megafonu:
– Pociąg międzynarodowy Donald ze stacji Paryż Główny do stacji Warszawa Centralna, przez stacje Berlin, Breslau, Poznen, Toruń, stoi na torze siódmym przy peronie czwartym. Planowy odjazd pociągu o godzinie drugiej zero zero. Podróżny pamiętaj: podróż pociągiem skraca czas przejazdu koleją.

– Ale to ostatnie zdanie to dość kretyńsko wyszło – zauważył Jeremie – Co ono niby oznacza? Przecież to masło maślane!

– E tam, Jeremie, przejmujesz się pierdołami. Lepiej się połóż – Odd już układał się do spania na fotelu, nieco rozciągając nogi na podłogę.

– Nie chce mi się zbytnio spać, coś sobie poczytam. Kupiłem czytnik ebooków dawno temu, ale wreszcie się do czegoś on przyda.

Jak powiedział, tak zrobił. Dzięki pojemnej karcie pamięci Jeremie nie miał problemu z tym, co wziąć, a co zostawić w pokoju. O dziwo – nie było też trudności z wyborem lektury. Einstein postanowił wczuć się w klimaty polskie, więc zaczął czytać „Boże Igrzysko” Normana Daviesa. Cała reszta postanowiła się zdrzemnąć, co było łatwiejsze z racji szybkiej kontroli biletów. Konduktor był nawet tak uprzejmy, że poradził zasunięcie zasuwki od drzwi, i wywieszenie kartki z napisem „Nas już kontrolowałeś”, wprowadzonej jakiś czas temu w celu poprawienia komfortu jazdy.

Pociąg zmierzał ku celu dość szybko pomimo, swego 20-letniego stażu eksploatacji. Nie było to może Pendolino, ale też nie było na co narzekać. Zresztą po francuskich torach i tak żaden tego typu włoski wynalazek nawet nie mógł się pokazać, nie po to swego czasu ładowano miliardy w TGV. Z kolei ten właśnie typ nie mógł być przeznaczony na trasy międzynarodowe, gdyż polskie tory wciąż nie były przystosowane do kolei bardzo dużych prędkości. To wszystko nie zmieniało jednak faktu, że podróż przebiegała sprawnie, a jedyne, co zauważali nasi bohaterowie, to fakt, iż flagi na tabliczkach stacji peronowych zmieniały barwy na niemieckie.

Około trzynastej skład wjechał na terytorium Polski, o czym informował słup graniczny z godłem państwowym i napis „Witamy w Polsce”. We Wrocławiu, pierwszej większej stacji w tym kraju, na której zaplanowano kilkunastominutowy postój, Odd zauważył pewną rzecz.

– Ej, czemu tu wszystko jest napisane w dwóch językach, skoro jesteśmy w Polsce?

Wątpliwości szybko rozwiał Jeremie:

-Wrocław leży całkiem niedaleko granicy z Niemcami. Poza tym kiedyś, za Hitlera i wcześniej, było to miasto niemieckie, wciąż wielu Niemców tu mieszka, inni odwiedzają, do tego jeszcze kwestia współpracy z Unią Europejską… ale widać, że tym razem kompleksowo się wzięli.

Istotnie, o ile wcześniej tablice dwujęzyczne były rzadkością, tak w przypadku Wrocławia przetłumaczono praktycznie wszystko. I tak: podróżnych witał napis „Wrocław Główny/Breslau Hauptbahnof”, sklep oznaczono afiszem „Papierosy, Prasa/Zigaretten und Zeitungen”, a budka z zapiekankami nosiła nazwę „Piec u Adolfa/Adolf Backen Machen”. Niestety, tłumacz był nieco nadgorliwy i przy dworcowej komendzie policji umieścił napis „Gestapo Kommissariat”. Ulrich zauważył dodatkowy napis, już nie na tabliczce, a na murze, i odczytał go na głos:

”Stachowiaka pomścimy, precz z TV4… propaganda paszoł won, gloryfikacji stanowcze nie”… kurna, o co w tym chodzi? Muszę się babci spytać, jak już będziemy.

– Babci? – zdziwiła się Yumi – A co ona ma z tym wspólnego?

– Na emeryturze ma sporo czasu, więc wykorzystuje go na śledzenie wszystkich wiadomości. Sporo ogląda, słucha i czyta, a potem wyrabia własny pogląd. Zresztą ona uwielbia politykować, ale o tym to się sami przekonacie.

Zbliżała się szósta po południu, gdy pociąg dotarł wreszcie na stację Toruń Główny. Ekipa wyszła na peron i rozglądała się przez chwilę po otoczeniu. Przed oczami mieli budynek wyglądający na pierwszy rzut oka na dziewiętnastowieczny dworzec, jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się można było dostrzec ślady niedawnej budowy. Gdy weszli do środka, znaleźli znaki informujące o tym, gdzie idzie się na autobusy komunikacji miejskiej. Była to bardzo potrzebna informacja, gdyż właśnie na przystanku MZK miała na nich czekać babcia Ulricha. Po kilku minutach byli już przy przystanku. Starsza pani z torbą na ramieniu od razu rozpoznała wnuka.

– Hej Ulrich! Ale żeś wyrósł, jeszcze trochę i bym cię nie poznała!

– Taka kolej rzeczy. Pozwól, ze ci przedstawię moich przyjaciół: Yumi, Aelitę, Jeremiego i Odda.

– Dobry wieczór pani – przywitali się przedstawieni.

– A jaka ja tam pani, mówcie mi babcia.

– Skoro tak uważasz, babciu…

– Dobra, chyba nie będziemy tu tak stać, co? Pojedziemy do mnie, bo pewnie zmęczeni cholernie po podróży jesteście. Zaraz podjedzie autobus, to sobie do niego wsiądziemy, nawet już wam ulgowe bilety kupiłam.

– A po ile one są? – spytał Jeremie.

– Po złoty czterdzieści, a czemu pytasz, skarbeńku?

– Żeby pani…znaczy babci oddać..

– Ale nic mi nie będziecie oddawać! Jesteście gośćmi, więc ja mam wręcz obowiązek wam takie rzeczy fundować.

– A będziesz potem mieć na chleb? – powiedział Ulrich.

– Spokojnie, aż tak źle nie jest. Może ta emerytura to nie są kokosy, ale też nie muszę zaciskać pasa. W sumie nawet teraz to mogę poszaleć, bo dostałam trzynastą od rządu, a nawet na nich nie głosowałam. No ale dobra, pogadamy potem, teraz wsiadajcie, to wam przy okazji Wisłę pokażę, może jeszcze to gówno z Warszawy nie zdążyło dopłynąć.

Rozdział 17

Ej, uważaj, kogo nazywasz frajerami! – powiedział Odd – W tej kategorii nikt nie przebije Herva i Nicolasa.

– A w dziób chcesz zarobić? – Nicolas szykował się do tego, by zastosować wobec Włocha argument siły, ale Sissi szybko go powstrzymała.

– Spokojnie, nie ma co marnować siły na tego fioletowego pajaca. Swoją drogą… strasznie się dziwię, mój kochany Ulrichu, że zadajesz się z takimi dziwakami. Jeden to totalny kujon, który całe dnie tylko przed komputerem spędza, a bryle ma jak denka od taniego alkoholu, do tego różowowłosa, co to też nie wiadomo, co z nią, czemu takie kłaki ma. O fioletowym już mówiłam. No i nasza Chinka, Japonka… no patrzcie, jak się ubrała, jakby szła pracować w polu, a nie na dyskotekę. Naprawdę, co ty w niej widzisz…

– A ty, ty… małpo jedna! – wkurzyła się Yumi – Ty wyglądasz jakbyś pomyliła szkołę z agencją na placu Pigalle. Nawet sukienka pod kolor latarni. Idealnie! Bo tylko do tego się nadajesz, ty tania, pusta i wredna małpo!

– Mnie by przynajmniej chcieli, nie to co ciebie, zdziwaczała Azjatko. W ogóle, co tu jeszcze robisz u nas, w Europie?

– A wyobraź sobie, że to jest także moje miejsce!

– Tak? Ty tu w ogóle nie pasujesz!

– Niby czemu? – Yumi była już bardzo zirytowana, ale córka dyrektora jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.

– Spójrz na siebie, ty wywłoko jedna. Nigdy się porządnie nie umiesz ubrać, wyglądasz jak azjatyckie tamagotchi, to chyba po rodzinie masz…

Tego było już za wiele. Yumi podeszła do Sissi i złapała ją za sukienkę:

– Powiedz tylko choć słowo o mojej rodzinie, to zmażę ci ten makijaż z mordy i skopię dupsko tak, że się nie pozbierasz kretynko!

– Ale się boję, chudzino jedna… patyku chiński.

– Doigrałaś się… – Yumi uderzyła pięścią w policzek córki dyrektora tak, że przez chwilę była oszołomiona.

– Chcesz się bić? No to dawaj. Ja też coś tam potrafię!

Sissi rzuciła się z pięściami na Yumi, nawet udało się jej lekko podrapać Japonkę po szyi. Jednak Yumi, jako bardziej doświadczona w sztukach walki, przeważała nad rywalką. Przez kilka chwil szarpały się ze sobą, co było obserwowane przez grupę uczniów. W pewnym momencie Japonka postanowiła skończyć walkę, podcinając córce dyrektora nogi. Ta upadła na parkiet i nie miała siły wstać. Yumi postawiła nogę na jej brzuchu i powiedziała:

-Zapamiętaj to sobie, szmato, jak jeszcze raz będziesz chciała ze mną sobie pogrywać.

Sissi się nie odzywała, pomyślała tylko:

To jeszcze nie koniec”.

Potem nie działo się już nic nadzwyczajnego, impreza dalej się toczyła. William załatwił jeszcze kilka browarów, przez co dla każdego starczyło po jeszcze jednym Żubrze, nawet Aelita zdołała się poczęstować, gdyż za konsoletą zastąpił ją kolega z innej klasy, który specjalizował się w kompozycjach typu „Pszczoły jedzą gówno”.

Gdy dyskoteka się zakończyła, Ulrich zaproponował, że odprowadzi Yumi do domu. Japonka przystała na to z ochotą, wciąż była wzburzona po konfrontacji z Sissi.

– Jak ona mi działa na nerwy… Ona jest faktycznie niedorobiona!

– Zawsze tak z nią było – przyznał Ulrich – Pamiętam, jak już w zerówce próbowała mnie poderwać.

– W zerówce? – zaśmiała się Japonka.

– A wiesz, jakie to było denerwujące? Chciałem się pobawić z kolegami w strażaków, a mieliśmy na podwórku taki fajny wóz strażacki, z dzwonkiem… więc zawsze, jak ja się chciałem tam pobawić, to ona sobie wymyślała zabawy w „salę ślubów” i inne tego typu pierdoły.

– Czyli od dzieciństwa masz z nią przekichane…

– W sumie to mamy oboje, może nawet ty bardziej. Odnoszę wrażenie, że od pewnego czasu strasznie chce ci dokuczyć.

– Ona chce nastawić cię przeciwko mnie, żebyś przestał się ze mną zadawać.

– Nic nie rozumie… czy ja jej za mało razy powiedziałem, że nie chcę mieć z nią nic wspólnego?

– Wiesz, Ulrich… może po dzisiejszej akcji odpuści?

– Wątpię, prędzej pójdzie albo na skargę do swojego ojca, albo spróbuje sama to załatwić.

– Myślisz, że ja się boję jakiejś głupiej kablary? – zapytała Yumi – Ta krowa powinna mieć świadomość tego, że mnie sprowokowała. W końcu najpierw zaczęła nas obrażać, a dopiero potem postanowiłam dać jej po mordzie. Myślę, że jeśli już by chciała coś robić, to raczej bez wiedzy dyrektora.

– Może i tak… ale wiesz, mam pomysł, jak choć na chwilę się od tej idiotki uwolnić.

– Tak? Jaki? – zaciekawiła się Japonka.

– W zasadzie to miałem to jutro powiedzieć, ale… napisała do mnie babcia z Polski, zaprasza nas wszystkich do siebie na ferie. Pojechałabyś może ze mną? – spytał Ulrich.

– Do Polski…? A to nie będzie dla niej kłopot?

– Żaden kłopot. Ma dość spory dom, wszyscy się pomieścimy, a dla niej będzie to sama przyjemność, bo czasem nawet nie ma do kogo pogadać.

– Skoro tak… jutro rano pogadam z matką i wtedy dam ci znać. Fajnie by było, gdyby się zgodziła.

– Chcesz nas zabrać do Polski? Ale super! – ucieszył się Odd – Ale czekaj… tam nie potrzeba paszportów na granicy?

– Jakich paszportów, co ty chrzanisz! – zirytował się Jeremie – Przecież Polska jest w Schengen i nie potrzebujemy niczego poza dokumentem tożsamości.

– Poza czym?

– Czymś, co potwierdzi, że jesteś Oddem della Robią, a nie na przykład Silvio Berlusconim. Legitka szkolna na przykład.

– A Karta Stałego Wpierdzielacza z McDonalds’a się nadaje?

– Raczej nie – zaśmiała się Aelita.

– No, dobra – powiedziała Yumi, której rodzice ostatecznie zgodzili się na podróż, choć wymagało to konsultacji telefonicznych z ojcem pracującym w Hiszpanii – To co mamy zabrać ze sobą?

– Cóż… – zaczął zastanawiać się Ulrich – Na pewno swoje przybory higieniczne, ale to oczywiste. Jedzenia nie musimy, bo babcia to na miejscu zapewni.

– A wałówka na drogę? Tam się jedzie się pewnie z tydzień – odpowiedział Odd.

– Nie przesadzaj, może z piętnaście godzin, góra dwadzieścia – rzekła Aelita.

– Racja, nie jest to aż tak długa podróż, ale możemy coś wziąć na drogę, gdy będziemy jechać pociągiem. Podobno jedzenie w wagonie restauracyjnym jest bardzo kosztowne.

– Czekaj, Ulrich… – przerwał Jeremie – a co z biletami?

– Spokojna twoja rozczochrana. Babcia nam fundnęła przejazd w obydwie strony, cały przedział w pociągu dla nas i to w pierwszej klasie. Bilety przesłała nam na maila.

– To twoja babcia umie korzystać z internetu? – zdziwił się Odd.

– A jak! To jest jednak kobieta renesansu.

– No, dobra… to o której jedziemy? – spytała Yumi.

– Jutro o drugiej nad ranem.

– Cholera… – zaczął narzekać Della Robbia – Tak wcześnie? Nie zdążę się wyspać!

– To pójdziesz spać wcześniej, albo będziesz spał w pociągu. W pierwszej klasie powinno być wygodniej – odpowiedziała Yumi.

– No, to jak? Trzeba się spakować – rzekł Ulrich.

Wszyscy nie mogli się doczekać na tę pierwszą w swoim życiu podróż na wschód Europy. Można powiedzieć, że było to dla nich wrażenie równe wejściu po raz pierwszy do Sektora Piątego, albo pierwszego rejsu na Skidbladnirze. Różnica była jednak taka, że te wcześniejsze przygody były w świecie wirtualnym. Teraz zaś wszystko miało się odbyć w świecie realnym.