[Walka 1-2] Niilo Ahonen vs Sebastian Krzaczasty

– Panie i Panowie! – rozległ się wśród głośników telewizyjnych głos komentatora. – Cztery miesiące nam zostały do oficjalnej trzeciej edycji Aren, ale już dziś możecie cieszyć się arenami charytatywnymi! Przywitajcie zatem bardzo gorąco bohaterów dzisiejszego starcia: Niilo Ahooomeeeen!

Kamery telewizyjne – choć niewidoczne dla samych uczestników – zbliżyły się do zawodników. Oboje zostali zwirtualizowani troszku inaczej niż to ma miejsce zazwyczaj: tym razem z dala od siebie, by prostą drogą kierującą się do owalnej platformy móc nakręcić atmosferę “epickim chodem”. Kamery odpowiednio wykadrowane, muzyka podnosząca ciśnienie krwi i tłum widzów myślący sobie…

Właściwie to nic nie myślący, oni po prostu wiwatowali chcąc zobaczyć porządną klepankę.

Niilo starał się nawet możliwie spowalniać całą tą scenę, sam dobrze zdawał sobie sprawę jak takie drobne elementy kręcą atmosferę. A to przecież nie byle jaka arena! Ważniejsza nawet niż główna edycja, bo przecież gdzie indziej jak właśnie tu cała masa pieniędzy idzie na cele charytatywne. Nie ma przegranych, nie ma zwycięzców: jest tylko niesamowita walka, która ma zachęcić jeszcze większą ilość widzów do wspierania dobroczynnych fundacji.

Gdy już dochodził do owalnej platformy stanowiącej miejsce starcia przeciwników, z oddali wyłoniła się sylwetka brązowo-włosego kucharza. W lewej dłoni trzymał ogromną pokrywę od garnka, w prawej zaś za broń służyła mu ponad metrowa chochla. Charakterystyczna postać zważywszy na sam fakt że wszędzie chodzi w roboczych ubraniach kucharskich. Oboje stanęli naprzeciw siebie, dzieliła ich odległość dziesięciu metrów. Sebastian wskazał z miejsca dłonią w stronę Niilo, następnie podskakując palcem w kierunku przepaści z Cyfrowym Morzem dał jasno do zrozumienia że ktoś z obecnej tutaj dwójki wymaga natychmiastowej kąpieli.

– O nie Panie Kucharz – uśmiechnął się Niilo – dzisiaj to ty bierzesz prysznic!

Po prawej od zawodników pojawiła się wirtualna tablica, po obu jej stronach były imiona zawodników a w środku licznik czasowy. Ujawniwszy się na 30 sekundach zaczął odliczać czas do walki. Finlandczyk postanowił jeszcze na krótko zagadać do swojego przeciwnika:

– Co powiesz na mały wypad po walce? Znam jedną fajną knajpę, moglibyśmy wypić po jednym piwku.

Sebastian jednak na to nie odpowiedział. Wykonał dwa młyńce swoją bronią, schylił się delikatnie, jakby na pozdrowienie przeciwnika po czym prostując się stuknął dwa razy chochlą w swoją tarczę. Znak gotowości do starcia. Licznik wybił równe zero: It’s show time!

W biegu Niilo przemienił swoją prawą rękę w gigantyczne ostrze. Z miejsca postanowił zaszarżować na przeciwnika, który postawił się w gardzie obronnej: tarczą zasłonił swój tors do wysokości szyi a chochlę trzymał twardo poziomo, trochę nad swoim czołem. Finlandczyk chciał potestować swojego przeciwnika, to też wykonał cięcie na głowę z natychmiastowym odskokiem w tył po wykonaniu. Ledwo a ledwo dostał kontratakiem: Sebastian blokując w swej gardzie zbliżający się cios, minimalnym ruchem tnął wroga po skosie. Oddzielili się na odległość dwóch metrów, Krzaczasty powrócił do swojej gardy. Niilo jeszcze próbował go kilka razy w ten sposób atakować: na tarczę, na głowę: ale co się do niego ruszył, tak garda pozostawała niewzruszona.

Polak poczuł się dosyć pewnie, widząc że przeciwnik nie może przełamać jego obrony: krok za krokiem, wciąż nie spuszczając broni znad wysokości swojej głowy maszerował w kierunku Finlandczyka. Nie było mowy aby w ten sposób cokolwiek ugrać, więc Niilo postanowił zabrać się za rozbrajanie Sebastiana. Cofnął się kilka metrów, zmienił swoją broń na pazury znajdujące się w obu dłoniach. Teraz mógł sobie pozwolić na większą mobilność. Krzaczasty bez przerwy kroczył niczym robot, pozwolił podbiec Niilowi do siebie i uderzyć w jego tarczę. Jednak tutaj zonk: Ahonen chwycił swoją prawą dłonią za krawędź pokrywy od garnka i starał się go wyrwać z rąk.

Sebastian sztychem chciał się bronić, ale tutaj zwinność Niilo na to nie pozwalała: po prostu się odchylił i chwycił pikującą na niego chochlę. Rwali się tak jeszcze chwilę, aż fan metalu wyrwał tarczę z rąk przeciwnika, wyrzucając ją daleko, hen daleko gdzieś na obrzeża areny.

Ahonen celowo nie wykonywał żadnej akcji, stał tak w pozie kilka sekund patrząc się w oczy Sebastianowi. Nie chodziło o żadną wrogość: po prostu pragnął aby dobrze całe zagranie uwieczniły kamery. Pomyślał że dobrze byłoby teraz podkręcić tępo, więc owymi pazurami ciął na oślep Sebastiana. Ten zablokował kilka z nich, po czym w pewnym momencie prawa dłoń Ahonena przeszła jakby na wylot przez Krzaczastego. Całe jego ciało, na ćwierć sekundy stało się parą wodną. Momentalnie zrobiło się również ciekawiej: w promieniu trzech metrów podniósł się obłok owej pary, zasłaniając wszystko w polu widzenia graczy. Wtem na metalowca poniosły się trudne do zauważenia ciosy: raz z prawej, raz z lewej, co chwila trącając odrobinę Niilo i odbierając mu po troszeczku punkty życia. Stracił ich w ten sposób 25.

Szarża wroga ustała, choć zasłona dymna wciąż działała: żaden atak nie został wyprowadzony. W rzeczywistości Sebastian wycofał się raz dwa i pomknął w kierunku swojej tarczy. Po chwili Ahonen zczaił się o co chodzi, i wybiegł z obłoku widząc jak przeciwnik już swoją zgubę podnosi. Krzaczasty chyba też postawił na dynamikę: truchtem biegł w kierunku swojego przeciwnika. Niilo również wybiegł ku Polakowi, na chwilę przed spotkaniem zanurkował skokiem w kierunku ziemi by przeturlać się pod nadciągającym z ukosa ciosem przeciwnika. Chciał zaatakować od tyłu, lecz Seba szybko się odwrócił i przyjął cios na tarczę. Podniósł chochlę w górę do ataku, ale zamiast tego wyprowadził cios tarczą. Finladczyk dostając w głowę się przewrócił, kosztowało go to 10 pk. obrażeń. Przeturlał się z miejsca wstał szybko i rzuconą chochlą dostał jeszcze po głowie: kolejne 10 punktów. Sebastian całkowicie przestawił się na tarczę.

Polak znowu wybiegł, próbował uderzać tarczą. Niilo wykonał unik, ciął: przeciwnik odskoczył i niczym lewym prostym znowu próbował zabawy z pokrywą od garnka: ale tym razem ją puścił. Z prawego ramienia rzucił się wprost na szyję przeciwnika w mig go obalając. Szybko zmienił pozycję i wtem z lekcji judo nałożył dźwignię na swojego wroga. Bez ogródek począł ciągnąć za ramię Ahonena wyrywając je powolutku ze stawów.

– Ej, ej, ej! – Zająkał się Metalowiec. Bądź co bądź to jednak nieprzyjemny manewr. – Czekaj, czekaj, czekaaa! – Nie zdążył. Sebastian wykonując mostek wyrwał całkowicie oponentowi ramię zadając tym samym 35 pk. obrażeń. Ramie się powolutku dewirtualizowało, Ahonen zdezorientowany uciekł możliwie jak najszybciej kilka metrów dalej. Sebastian po prostu wstał, podniósł z ziemi broń oraz tarczę i wskazał chochlą na dewirtualizujące się ramię. To było coś w rodzaju:

“Hej, zgubiłeś coś? To twoje?”.

– Nie, nie – Przekomarzał się Ahonen – Dzięki, ja tego nie potrzebuję – odpowiedział dobrą miną do złej gry. Pozostało mu prawe ramię, przemienił je więc w ogromne ostrze jednocześnie widząc jak przeciwnik ponownie przybiera gardę. Niilo chwilę się zastanowił co w tej sytuacji może zrobić: zauważył już że przeciwnik całkiem nieźle się osłania i trudno jest cokolwiek zrobić samą brzytwą. Przeliczając swoje możliwości postanowił zaryzykować finał: wybiegł ku przeciwnikowi, który już stanął gotowy do uderzenia. Wbił wtem swój miecz w ziemię i z bardzo mocnego wyskoku kopnął w tarczę. Sebastian cofnął się pod siłą uderzenia o dwa kroki. Niilo wciąż w ruchu, wyrwał broń z ziemi i kolistym manewrem po skosie ściął oponentowi lewe ramię. 35 punktów obrażeń zabolało Sebastiana, który pod wpływem całego wydarzenia przewrócił się na ziemię. Gwiazda metalu nie próżnowała: natychmiast dopadała przeciwnika wbijając w nią swoją wielką brzytwę.

A przynajmniej tak to się Ahonenowi wydawało.

Krzaczasty, dosłownie na centymetr uniknął uderzenia. Sprawa dosyć prosta: po prosty przechylił swoją głowę maksymalnie jak to się tylko dało w bok. Wystarczyło. Następnie jak gdyby nigdy nic uderzył chochlą w same gardło Niilo dewirtualizując tym samym swojego przeciwnika. Leżał tak sobie jeszcze chwilę aż w końcu sam począł znikać z wirtualnej sceny.

[Walka 1-1] Niilo Ahonen vs Sebastian Krzaczasty

Biel. Błękit. Szary. Kolory typowego szpitala. Korytarzem ciągnąłcym się na dziesiątki metrów, po środku, w kierunku pokoju 314, przechodził 27 letni Niilo, młody Finlandczyk o kruczo-czarnych, postawionych na żel włosach. Na jego twarzy było widać niechęć do przebywania w tym budynku, tu w końcu leżał jego starszy brat. Człowiek który był dla Niilo inspiracją przez całe jego życie, jest teraz praktycznie uwięziony w szpitalnym pokoju, ale tym razem Fin miał dobre wieści dla swego brata.

– Hej Tomi! – powiedział otwierając drzwi.

– Nillo! – wykrzyknął z entuzjazmem – co tam u ciebie bracie? Wydawałeś się jakiś podekscytowany kiedy rano dzwoniłeś. – powiedział z niesłabnącym entuzjazmem. Pokój chorego Ahonena nie był duży, mieściło się tam łóżko, parę szafek, telewizor, i krzesło dla odwiedzającego. Ściany? Skąpane w tych samych depresyjnych kolorach co korytarz, miłą odmianą był widok z okna, pobliski park wyglądał pięknie o tej porze roku.

– Udało się Tomi! Jestem zakwalifikowany do aren charytatywnych, a jedną ze wspieranych placówek jest twój szpital! – powiedział po czym przytulił brata.

***

Nadszedł wieczór pierwszej walki.

Młody Ahonen wszedł rozluźniony do skanera. Dziś jego oponentem będzie Sebastian Krzaczasty, młodszy od niego o 2 lata kucharz, walczący chochlą i pokrywą od garnka, i uwielbiający bigos.

Niilo otwiera oczy.

Wokół niego rozciąga się gigantyczna dżungla.

-Huh, przyjemnie tu – powiedział do Sebastiana który właśnie materializował się parę metrów od niego.

Zamiast odpowiedzieć zamachnął się chochlą w stronę głowy Finlandczyka, zadając bolesny cios który zrzucił przeciwnika z platformy odbierając mu co najmniej 20 punktów, po czym spojrzał na niego i odpowiedział:

-Prawda -.

Tymczasem w sektorze zaczęło robić się powoli ściemniać, oznaczało to że Finlandczyk musi zakończyć tą walkę jak najszybciej, bo w ciemności sobie kompletnie nie poradzi z oponentem, gdyby tylko miał jakieś moce noktowizyjne…

Po twardym lądowaniu włączył pazury i szybko wspiął się na miejsce z którego został zrzucony unikając ponownego uderzenia, po czym zmienił pazury w ostrze i zaczął szarżować na Sebastiana, skupiając cały ciężar swojego ciała na jednym potężnym cięciu! Ale niestety dla naszego skandynawskiego muzyka, przeciwnik zdążył zrobić unik, a jedyne co udało się zrobić to wytrącić tą przerośniętą łyżkę z ręki Sebastiana. Znowu pazury. Z siedmiu szybkich cięć skierowanych w korpus wirtualnego kucharza tylko 3 padają. Jedno parowe jestestwo użyte, łącznie 30 punktów odebranych. Sebastian znowu uderza w głowę, odrzucając Niilo na parę metrów i zabierając kolejne 20 punktów życia czarnowłosemu chłopakowi.

Niilo postanawia chyba zmienić taktykę, zamiast kolejnej szarży, wspina się wyżej. Zaskoczony tą zmianą Sebastian goni go.

Po około minucie intensywnego pościgu, Skandynawczyk robi nagły zwrot i zadaje potężny cios ostrzem w korpus oponenta, zrzucając go w dół i o mało co nie przecinając go w pół.

Sebastian ląduje kręgosłupem na jednej z mniejszych gałęzi, z bólu nie mogąc się ruszać, obserwując jak cały sektor pogrąża się w mroku. Niilo ląduje bliżej pnia, i odcinając część gałęzi, patrzy jak jego oponent spada i jak odcięta gałąź przebija na wylot brzuch Polaka ostatecznie dewirtualizując go.

Pierwsza walka już za nim, teraz czas na Jerzego…

Jerzy Tasiemski

DANE PODSTAWOWE
Imię: Jerzy
Nazwisko: Tasiemski
Wiek: 24
Wzrost: 185 cm
Waga: 60 kg
Powód Startu (w Rozgrywkach Charytatywnych): Chęć umożliwienia dostępu do piękna i możliwości cyfrowego świata, tym dla których jest on poza zasięgiem.
DANE “Z LYOKO”

Wygląd: Czarny kombinezon wyglądający jakby składał się z licznych, malutkich płytek. Na niemal całych plecach widnieje jadowicie zielony znak “死”, a wokół bioder ma zawiązany białe obi przy którym wisi sześć rękojeści. Na dłoniach ma czarne rękawice bez palców. Sięgające do połowy przedramienia i mają wykończenie w formie białych pasków na krawędziach. Nosi czarne buty do kolan, które podobnie jak rękawice mają białe wykończenia na końcach cholewek i przy podeszwie. Ostatnim elementem ubioru jest czarna opaska z białymi końcówkami zawiązana na czole i podtrzymująca jego blond włosy. Całość dopełnia biała barwa skóry na twarzy i czarne owale dookoła oczu.
Uzbrojenie:

  • Kastet: broń obuchowa z zespolonych ze sobą czterech metalowych pierścieni i wypełnienia pięści. (Znacznie zwiększa siłę wyprowadzanego ciosu, podwajając jego wartość)
  • Tonfa: pałka o długości 45 cm z dodatkowym poprzecznym uchwytem i wszechstronnym zastosowaniu.
  • Chepesz: rodzaj sierpowatej szabli długości 50 centymetrów. Za sprawą swojego kształtu pozwala atakować w zróżnicowany sposób. Również jako pałka lub hak.
  • Katana: japońska broń biała o 60 centymetrowej, zakrzywionej klindze i prostą, owalną tsubą o złotej barwie.
  • Młot meteorytowy: 3-metrowy łańcuch zakończony z obu stron metalowymi kulami wielkości pięści.
    Moce:
  • Podmiana: umożliwia zmianę specjalnych rękojeści w jedną z broni. Każda z nich może posłużyć do zmiany w dowolną z zestawu broni jak i zmiany istniejącej już broni w inną. Wszystkie wymagają jednej rączki i musi być ona w kontakcie z właścicielem do zmiany.
  • Doskok: pozwala teleportować się do nie trzymanej w ręce broni. Jeśli broni jest więcej zdolność przenosi do pierwszej “porzuconej”.
  • Cień: pozwala pozostawić pusty obraz samego siebie. Obraz może kontynuować proste czynności, które wykonywał użytkownik, np. biec, machać ręką, lub wyprowadzać uderzenie. Cień jest nietrwały i utrzymuje się przez trzy sekundy, lub do momentu próby kontaktu z nim. Póki Cień istnieje, oryginał jest niewidoczny.
    Styl walki: w zwarciu z niewielka domieszką średniego dystansu. Przeważnie ogranicza ruchy do minimum, lecz nie waha się używać bardziej “pokazowych” zagrań.

Ulubione strategie: używanie przewagi jak wynika z połączenie różnorodności jego uzbrojenia i mocy.
Dodatkowe informacje:

  • Jest polskiego pochodzenia
  • Większość wypowiedzi zamyka w trzech słowach
  • Posiada wadę wymowy polegającą na niewypowiadaniu litery “r”
  • Każda z jego broni ma swoje własne imię nadane przez niego.
    Kastet – Tekken (Żelazna pięść)
    Tonfa – Mizu (Woda)
    Chepesz – Tsume (Szpon)
    Katana – Tatsu (Smok)
    Młot meteorytowy – Sanda (Grom)
    Charakter: Mocno wyciszony. Czasem można wręcz odnieść wrażenie, że bierze udział w walce, bo musi, ale nie dlatego, że chce. Nie zwraca większej uwagi na zaczepki, puszczając je mimo uszu, lub zwyczajnie stwierdzając, by opponent dał sobie siana, przy czym większość wypowiedzi ogranicza się do dwóch-trzech słów i brzmią jakby był w depresji.

Niilo Ahonen

Dane podstawowe:
Imię: Niilo
Nazwisko: Ahonen
Wiek: 27 lat
Wzrost: 175 cm

Powód startu (charytatywnie): Tomi, starszy brat Niilo jest podopiecznym jednej z fundacji na które są zbierane pieniądze w rozgrywkach charytatywnych. Nasz uparty muzyk nie mógłby nie spróbować pomóc osobie która była jego inspiracją i najlepszym przyjacielem przez całe życie.

Dane “z Lyoko”
Wygląd: Wysoki na 175 cm czarno włosy, zielono oki Finlandczyk. Jego fryzura to niezbyt wyróżniające się włosy postawione na żel. W prawdziwym życiu można go zobaczyć noszącego koszulki zespołów rockowych i metalowych okryte typowym dla metalowej subkultury battle vestem (google: metalhead battle vest) przedstawiającym jego ulubione zespoły wraz z wielkim back-patchem Snaggletootha – maskotki zespołu Motörhead (google Motörhead Snaggletooth back patch) naszytym na plecach kamizelki, wszystko to zostaje w Lyoko zastąpione zielono brązowym strojem przypominającym kurtkę. Co ciekawe Snaggletooth znajduje się też tutaj, dokładnie w tym miejscu co na battle vestcie ze świata realnego. Po lewej stronie kurtki, na przodzie, jest mały haft przedstawiający Rickenbackera 4003.
Uzbrojenie: Dzięki mocy ograniczonej zmiennokształtności rąk może utworzyć dwie bronie: wielkie ostrze (zmienić może się tylko prawa ręka) lub pazury (zmieniają się obie ręce).
Moce: Ograniczona zmiennokształtność rąk, zwiększona zwinność i siła, możliwość lepszego wspinania się dzięki pazurom.
Styl walki: Walka wręcz (pazury są szybsze od ostrza, ale zadają mniej obrażeń)
Ulubione strategie: Z reguły Niilo używa części otoczenia do walki kiedy nadarza się taka okazja. Swoim orężem walczy szybko, często używa swojej zwinności by uniknąć ataków przeciwnika, rzadziej próbuje zablokować atak przeciwnika ostrzem lub pazurami.
Dodatkowe informacje: Zna Fiński i Angielski..W wieku 20 lat założył z przyjaciółmi zespół “Crimson Cartel”, odnieśli mały sukces, jednak po 4 latach i 2 albumach zespół rozpadł się. Jedynym kto został u boku Niilo to jego przyjaciel Adrian, gitarzysta, który po zaciągnięciu kredytu u wytwórni przez Niilo i założeniu nowego zespołu “Helvetesfönster”, stał się jego nowym gitarzystą.
Charakter: Uparty, przyjacielski, lubiący konkurować, optymista.

Sebastian Krzaczasty

DANE PODSTAWOWE
Imię: Sebastian
Nazwisko: Krzaczasty
Wiek: 25 lat
Wzrost: 1.80 m
Waga: Jest chudy
Powód Startu (w Rozgrywkach Charytatywnych) Tak sobie! XD

DANE “Z LYOKO”

Wygląd: Niebieskie oczy, brązowe, krótkie włosy, trójkątna twarz z długim nosem. Zawsze ubrany w białe ubrania kucharskie i czapkę “budyniówkę”.
Uzbrojenie: Pokrywa od garnka jako tarcza (Duża pokrywa, promień 80 cm), oraz stalowa chochla jako broń.
Moce:

  • Obłok pary wodnej: Sebastian potrafi wznieść wokół siebie obłok pary wodnej, na promień trzech metrów. Obłok unosi się w powietrzu minutę. Może w ciągu godziny użyć tej umiejętności do trzech razy
  • Parowe jestestwo: Sebastian na ćwierć sekundy staje się parą wodną, unika wtedy jakichkolwiek obrażeń. Do trzech wykorzystań na godzinę

Styl walki: Wręcz
Ulubione strategie: Lubi atakować tarczą. W rzeczywistości czasem chochla wydaje mu się zbędna.

Dodatkowe informacje: Boi się ataków ogłuszających, ma fobię wobec jakiegokolwiek możliwego paraliżu.

Charakter:

  • Jest dosyć cichą postacią, mało się lubi wypowiadać. Bardzo często bywa również, że zamiast odpowiadać ustnie na pytania po prostu kiwa głową albo gestykuluje.
  • Jeżeli już odpowiada, może zamienić się w mistrza ciętej riposty.
  • Ripostować może nawet gestykulując.
  • Wydaje się średnio odnajdywać w dużych grupach, nie za bardzo ufa ludziom to też podchodzi do nich wrogo. Jeżeli jednak się zaprzyjaźni to też nie jest za wesoło: chcąc być dobrym kumplem rozstyje was w moment!
    Historia postaci:

Jak bardzo życie dało wam w kość? Może palce poucinało? Żona was zdradziła? A może po prostu wasz brat z białą trwałą wyjął z lodówki wasze ulubione mleko truskawkowe? Każda z tych rzeczy boli, ale życie lubi nam udowadniać że można komuś dokopać jeszcze bardziej!

Przed wami Sebastian, człowiek który w stagnacji spędził… 18 lat swojego życia. Urodził się warzywem, nie mógł ani chodzić, ani mówić. Matka go pozbyła się możliwie jak najszybciej, co z ojcem: też kija wiadomo. Nie miał gdzie się podziać, więc w końcu wylądował w szpitalu gdzie lekarze latami próbowali dociec co tak właściwie mu dolega. Aż w końcu w dniu swoich 18 urodzin postanowiono go przebadać za pomocą skanera. Zwirtualizowano go w kopii sektora leśnego i bam. Chociaż nikt nie wie jeszcze dlaczego: w świecie wirtualnym wszystko z nim jak najbardziej gra.

Przez 7 lat uczył się życia na nowo, materializując się tak rzadko jak to możliwe. Gdy po raz pierwszy podano mu do spróbowania bigos, werdykt mógł być tylko jeden: Sebastian został kucharzem.

Marionetka – uczestniczka walki pokazowej

Imię/Pseudonimy: Marionetka/Mari
Data urodzin: NIEZNANA.
Rasa: program kwantowy o umyśle człowieka.
Powód startu: Nudziło jej się. Tadeusz dostał od organizatorów propozycję (a nawet prośbę) gościnnego, pokazowego występu w walce ale po prostu nie mając już celu nie chciało mu się w to pakować. No to za pozwoleniem Tadka sama się wprosiła.

Płeć: kobieta
Wysokość: 1.73m.

Wygląd:

Szczupła kukiełka o kasztanowych oczach i brązowych włosach lekko wychodzących za barki. Z tyłu zawiązany dodatkowo warkocz. Na czas areny postanowiła stylem steampunkowym ubrać się w czerwoną, krótką sukienkę na której przewieszona jest brązowa skórzana kamizelka na krótkich rękawach, brązowe buty na niewielkim obcasie, bezpalczaste brązowe rękawiczki znajdujące się na większej części przedramion.

Moce:

  • Na terenie innych sektorów jest zdolna do zmiany swojego ciała w dowolnie zaobserwowaną przez siebie wcześniej istotą. Może zamienić się w kota, człowieka, albo nawet ufoludków. Imituje idealnie ich akcent, sposób poruszania się, prędkość: wszystkie parametry fizyczne oraz broń. Nie jednak w stanie kopiować żadnej mocy (z broni także) (wyjątek stanowi przebywanie w sektorze Xan Guldur gdzie posiada pełnię swoich umiejętności).

Styl walki: wręcz, czasami mieszana (głównie woli starcia bezpośrednie, ale jak może po przeistoczeniu się korzystać z łuku to czemu nie?)

Uzbrojenie:

  • W całym swoim ciele posiada pochowane zakrzywione ostrza, swym kształtem niemal identyczne do lekko zakrzywionych sierpów. Może nimi dowolnie manipulować, chowając je lub obnażając w walce. Nie jest w stanie nimi rzucać, więc używa ich tylko w starciu bezpośrednim.
  • Może korzystać z dowolnie rozwijających się i zwijalnych linek. Ich maksymalna długość do 1,5 m. Dzięki nim może pochwycić swoją ofiarę, albo po prostu uczepić się sufitu i z niego sobie zwisać.
  • Zdecydowanie woli swoje zakrzywione ostrza, aczkolwiek jako że posiada dłonie to i w różnych przypadkach innymi broniami nie pogardzi.

Ulubione strategie:

  • Ma sporo tych swoich ostrzy. Jak się bardzo mocno przytuli to gotuj się na zabójstwo rodem ze stalowej damy: obejmując cię wbija w ciebie każdy możliwy sierpik ze swojego ciała przebijając człowieka niczym szaszłyki. [“Z wodorostów!”]
  • Lubi zwisać ze ściany, także jeżeli ma okazję zmasakrować z zaskoczenia swojego wroga, to ponownie: why not?

Charakter:

  • Jest niezwykle ciekawska i bezpośrednia. Nie boi się zadawać pytań. Nie rozumie jeszcze do końca świata ludzi, to też może się zdarzyć że palnie jakąś głupotę wprawiając czasem w zakłopotanie.
  • W rzeczywistości się nie zna i dopiero uczy się samej siebie. Dąży do tego aby lepiej zrozumieć ludzi i stać się taka jak oni. Pomimo iż jest programem kwantowym o bardzo dużych możliwościach, postanowiła używać ludzkiego algorytmu nauki człowieka. Chce w ten sposób bardziej zbliżyć się do człowieczeństwa. Pochłania duże ilości książek, filmów, anime czy seriali.
  • Lubi momentami wcielać się aktorsko w jakąś postać, zmieniając momentalnie swój charakter. Jako że potrafi również zmieniać swój kształt, może nie jednego z nas nieźle zaskoczyć!
  • Bardzo lubi walczyć, nie mniej gdy walczy na serio robi się mega brutalna, Nie interesuje jej przewaga przeciwnika: jeżeli ma być pokonany to po prostu to zrobi to na każdy dostępny jej sposób.
  • Lubi słuchać muzykę instrumentalną, elektroniczną i openingi (Pewnego dnia jak się nadąsała to Tadeusz wepchnął jej słuchawki na głowę. Po jakiś 15 minutach załapała i zaczęła szturchać nogami w rytm muzyki)
  • Sama nie zainicjuje rozmowy o własnych problemach. Nie robi tego bo się wstydzi, po prostu nie czuje potrzeby rozpoczynania takich rozmów.
  • Jeżeli kogoś już polubi to na amen.
  • Jest dokładna. Lubi realizować rzeczy ściśle według planu, średnio jej się podoba wypadanie przed szereg gdy całość jest z gruntu już przemyślana. Nie lubi rzeczy nieprzemyślanych
  • Może z niej długo schodzić powietrze jeżeli się już nabzdyczy.
  • Boi się samotności.

Pozostałe cechy:

  • Dobry wzrok i słuch.
  • Leworęczna.
  • Nie raz podczas zadawania pytań może lekko przekrzywiać swoją głowę.

[Pokazowa 1-2] Marionetka vs Nadia Stormbolt

– Długo się wahałam czy przyjąć tą propozycję. Dostałam znowu szansę by stanąć tam do walki. Lepsza już taka pokazówka niż nic, ale mogłam najpierw zobaczyć kogo mi dobrali. Czasem się zastanawiam, czemu ja zawsze mam pod górkę, ale no cóż czasu już nie zmienię. Mam nadzieję, że ten trening się przyda. – Rozmyślała sobie Nadia siedząc se w zamyśleniu i ukrywając na szczycie drzewa w Dżungli tak by widać było Jerzego pojedynkującego się z czymś co przypomina ją.
– Ciekawe czemu się jeszcze nie zorientował? Czyżby kopia była na tyle dobra, że nie odróżnia mnie od cienistego klona?
– Jesteś tego taka pewna, sze nie kłyjesz tyłów? – Usłyszała nagle zza pleców po czym poczuła ukłucie i wyleciała w przód niczym szmaciana lalka wpadając w pień pobliskiego drzewa podobnie Jerzy tylko, że w przeciwną stronę.
– Przynajmniej mam pewność, że tarcza naprawiona. – Odparła otrzepując się już na ziemi. – Żyjesz tam chłopie?
– Szyje, Szyje!
– A co szaliczek czy sweterek?
– Dobła to jedno ci wyszło, mimo, sze to się łobi na dłutach a nie szyje. – Odparł Polak śmiejąc się przy tym.
– A kto by się przejmował takimi pierdołami?
– Eee… ja?
– Skoro tak to się przejmij tym! – Rzuciła wyprowadzając atak z zaskoczenia.
– Co tak nagle zaczynasz to brać na poważnie? – Odparł spokojnie unikając ostrza miecza, zauważając dopiero w ostatniej chwili, że przywołała w drugiej ręce pistolet i obrywając kulkę.
– Co to za tanie sztuczki?
– Po prostu używam większego potencjału swoich zdolności niż podczas naszego pojedynku w Kartaginie.
– Zatem miałaś więcej asów w łękawie niż pokazałaś?
– Yup! W sam raz byś mógł potrenować z kimś kto też ma przy sobie niemały arsenał przed walką z Jeanem.
– A w czym ja ci przypominam Małionetkę?
– W niczym. Po prostu chciałam potrenować z kimś dobrym i pokazać, że wygrałeś tylko dlatego, że się ten program walnął.
– Widzę pewna siebie jesteś. To jak dalej gadamy czy kontynuujemy? – Spytał dobierając katanę. – A tak ogólnie z ciekawości. Jaki płocent swoich moszliwości pokazałaś podczas tułnieju?
– Pytasz o umiejętności walki bronią czy o moje zdolności?
– Dwójkę płoszę.
– To było ledwie pięć procent potencjału moich możliwości. Sama jeszcze nie poznałam pełni tych mocy, ale wiem jedno.
– Co takiego?
– Jeśli zbytnio się poddam negatywnym emocjom. Mogę stracić nawet nad nimi kontrolę. – Odparła przypuszczając szarżę z włócznią.

Jakiś czas później dzień walki pokazowej

No dobra. Czas pokazać im show, którego na długo nie zapomną. Taka była jej myśl gdy się zwirtualizowała na jednej z platform Dżungli koło jej przeciwnika, Marionetki o kasztanowych oczach i brązowych włosach, ubranej w krótką, czerwoną sukienkę oraz skórzaną kamizelkę, bezpalcówki i buty pod kolor włosów. Niewiele myśląc czy mówiąc przywołała swoje czarne miecze i rzuciła się na wroga, który próbował ją złapać jedną z linek za nogę. Gdy to nie poskutkowało i zbliżyła się na tyle blisko by ją zranić została zablokowana jednym z ostrzy po czym podcięto jej nogi i odkopnięto tak mocno, że wypadł jej jeden z mieczy.
– Mocny ten kopniak. Zrobiłaś to celowo?
– Skoro mam okazję by się pobawić twoją bronią to czemu by nie? Zwłaszcza bronią kogoś takiego jak ty. – Odparła dobywając czarnego Claymore’a.
– Jak ja? Czyżby miała na myśli moje zdolności? Trochę nie rozumiem o co ci chodzi, ale to nieistotne. Istotne jest natomiast jak dobrze tym umiesz walczyć. – Rzuciła zamieniając miecz na włócznie.
– Zapomniałaś o jednym. Ja lubię walczyć. – Powiedziała szykując się do ataku. – Na razie wszystko idzie zgodnie z planem tylko poczekać i wykonać jeden manewr. – Pomyślała broniąc się przed kolejnymi atakami linką próbującymi wyrwać jej włócznie z rąk. – Miecz ci nie wystarcza, że chcesz jeszcze włócznie? Czy może próbujesz mnie zdenerwować?
– A może oba naraz? – Odparła atakując od prawej.
– Musisz się bardziej postarać. – Powiedziała blondynka zmieniając się w dym unikając ostrza własnej broni. Mari po odzyskaniu równowagi od razu przyszykowała się do ataku z zaskoczenia. Po chwili usłyszała coś za nią i gdy się obróciła widziała lecąca w jej stronę włócznię wspartą odrzutem działa. Oczywiście zdołała uniknąć, ale w tym czasie Nadia wystrzeliła w nią kulę zrobioną z cienia, która ją odrzuciła do krawędzi platformy.
– Co jest postanowiłaś się zdrzemnąć? – Spytała dziewczyna pojawiając się koło włóczni.
– Ciekawe niby jej ataki wyglądają poniekąd chaotycznie i wymyślane na szybko, ale ona ma jakiś dawno obmyślony plan i muszę się go domyśleć zanim go wcieli w życie.
– Na twoim miejscu nie zajmowałabym się myśleniem, a unikami. – Rzuciła Nadia wskazując na niebo, z którego zaczęły spadać pioruny. Mari szybko stanęła na nogi co ją jednak nie uchroniło przed trafieniem dwóch z dziesięciu gromów odbierając jej 20 pkt życia i lekko ją ogłuszając. Blondynka wykorzystała to i włócznią zepchnęła kukiełkę z platformy po czym skoczyła za nią wpadając pod drodze w korony drzew. Po chwili wylądowała na platformie przy korzeniach drzew, ale wokół nie było ani śladu jej przeciwnika. Lekko zdumiona rozglądała się, lecz po Marionetce nie zostało ani śladu, a dodatkowo zaczął się proces zaciemniania. Nagle poczuła, że coś złapało ją za nogę i pociągnięta w ten sposób ledwie zdołała na czas zmienić się w dym by uniknąć szeregu ostrzy chcące wbić się w jej brzuch. Nie pozostając dłużna scaliła się za plecami kukły posyłając jej przeciążony pocisk i odrzucając tak, że się przeturlała po platformie trafiając na pień drzewa. Marionetka po tym jak się podniosła zauważyła, że dziewczyna zniknęła a koło niej dalej jest miecz, który jej zabrała. Gdy sprawdziła ile punktów życia zostało jej i Nadii wyszło 20vs80.
– Coraz bardziej się przekonuje, że te dane, które zebrałam o niej są prawdziwe. Pytanie tylko czemu nie…
– Czemu nie użyje pełni ich potencjału? – Usłyszała Mari i tuż przed nią się pojawiła jak znikąd Nadia. – Wtedy by było za prosto. Gdzie w tym zabawa?
– Czekaj, ale jak…
– Czytam ci w myślach? Domyśl się i widzę, że w Xan Gundul dużo danych uzbierano o takich jak ja.
– A mogłam tych danych nie uważać za absurd.
– Mogłaś. I to się zaraz odbije na tobie czkawką, bo jak widzisz zaraz nic już nie będziesz widzieć. W przeciwieństwie do mnie. – Rzuciła blondynka zamieniając się w dym. Mari natychmiast złapała za czarnego Claymora i starała się uciec między tak dużą ilość drzew jak to możliwe, ale ciągle wydawało jej się, że zatacza kółka w tym czasie usłyszała coś z koron drzew. Spoglądając w górę zauważyła żółte błyski i z nieba zaczęła atakować ją Nadia robiąc raz za razem atak, odskok, powrót na drzewo i tak w kółko, aż w pewnym momencie Nadia zamiast odskoczyć i udać się na drzewo to wylądowała na dalszej części platformy i z wyciągniętym mieczem powoli szła w kierunku Marionetki nie mającej jak uciec widząc, że dziewczyna swoimi atakami spychała ją na krawędź platformy odbierając jej szansę na ucieczkę. Mari próbowała jeszcze się obronić próbując złapać blondynkę sznurkami, ale one praktycznie przez nią przenikały. Ostatecznie próbując ją chlasnąć mieczem zauważyła, że nagle zniknął jej z ręki natomiast dziewczyna sama stanęła na tyle blisko by móc ją przebić mieczem co też uczyniła robiąc przy tym psychopatyczny uśmiech (maskę przysłaniającą jej zwykle usta trzymała w drugiej ręce).

W tym samym czasie, gdzieś w sieci

Powiem ci tak Nadio, to było jednocześnie niezwykłe i pszełaszające. Pomyślał Jerzy oglądając powtórkę z pokazówki gdzie w przeciwieństwie do tego co widziała Mari, on widział, blondynkę opartą o pień drzewa i wymachującą sobie wskazującym palcem oraz kukiełkę, która wykonywała dziwne ruchy na środku platformy myśląc, że jest atakowana, aż w końcu sama siebie zabiła trzymanym Claymorem. Mówiłaś podczas tłeningu, sze twoje cieniste kule potłafią wywoływać halucynację i mamić zmysły osób nią tłafionych ołaz manipulować swoimi błońmi, według twojej woli. Nie sądziłem jednak, sze to będzie to tak idealne, sze ta Małionetka nie odłusznia jusz pławdy i własnych łuchów od fikcji. Dodał Polak wyłączając projektor.

[Pokazowa 1-1] Marionetka vs Nadia Stormbolt

– Drodzy widzowie, wybiła 12! W ciągu dzisiejszego dnia będzie ciekawie, a podejrzewamy że nawet i ciekawiej! Prosto ze słonecznej Kaliforni standardowo witają was Mike Valderamma…
– i Todd Morales – rzekł drugi z wpółprowadzących dzisiejszy program telewizyjny. – Oj dzisiaj będzie gorąco Mike, bo chociaż walka półfinałowa z przyczyn technicznych została przesunięta, tak dzisiaj odbędzie się jeden pojedynek towarzyski.
– I to nie byle jaki Todd! W starciu z Nadią Stormbolt zmierzy się sama Bestia z Xan Guldur! Półwinalista ostatniej edycji Aren! Nie wiem jak ty, ale ja nie mogę się doczekać tego meczu. Co o nim myślisz?
– Nie da się ukryć że spore szanse ma tutaj Nadia. Może napastować wroga z dystansu, ale nie boi się również walki bezpośredniej.
– Oj, ja nie wiem! W końcu dziewczynie przyjdzie uciekać przed krwiożerczą bestią!

Z której strony nie zerknąć na telewizyjne programy traktujące o turniejach aren, tak zawsze zwyczajowo spełnia się ta jedna niepiśmienna zasada: każdy prowadzący co do jednego miele ozorem. W internecie już od kilku dni podgrzewano atmosferę, prezentując przeróbki zdjęć czarnej pantery z pyskiem wypełnionym ściekającą krwią, czy też wojowniczki która w pozie zdobywcy, wielkiego myśliwego pozuje nad ubitym truchłem przeciwnika. Nic nie ma to do rzeczy, że w rzeczywistości uczestnicy aren wcale tak o sobie nie myślą. Każdy przyszedł z wlasnego powodu, ale jakby nie patrzeć: to jest tylko sport.

Tak myślała na pewno Nadia. Po prostu nie było sensu bez przyczyny specjalnie się do kogoś pluć. Przed rozpoczęciem walki liczyła na małą, towarzyską rozmowę ze swoim przeciwnikiem w poczekalni na której to zawsze uczestnicy się rejestrują, ale tym razem Tadeusz nie wypowiedział nawet słowa. Po prostu przyszedł, minął Nadię jakby miał do niej jakiś problem i robił swoje w panelu rejestracyjnym.

“No dobra” – pomyślała sobie. – “Kumplami być nie musimy”.

Walczących standardowo obiegła ciemność podczas której każdy słyszał znaną już sobie śpiewkę o nazwie sektora oraz o jego przeciwniku. Odgrodzeni od wszystkich wokoło, widzieli fioletowy, jaśniejący punkt po środku pola ich widzenia. W końcu jednak zrobił się jaśniejszy, zalał wszystko bielą aż ta ustąpiła miejsca dżungli.

Wyjątkowy sektor. Więcej w nim było drzew niż w sektorze leśnym, a liście które ją otaczaly plus grubość kory powodowała że spokojnie można było między nimi biegać niczym po kładkach na moście. Całość mieszała się w gęstią sieć gałęzi drzew. Samego klimatu już robiła zielono-błękitna barwa Cyfrowego Morza. Z całą pewnością interesujące miejsce do odbywania pojedynków. Po jednej stronie owalnej płaszczyzny wylądowała pantera, po drugiej Nadia.

Dziewczyna słyszała już że Tadeusz miał w zwyczaju chwile rozglądać się i dumać przed rozpoczęciem się pojedynku. Lekko urażona wolała szczerze powiedziawszy milczeć na ewentualne próby zaczepki, ale przeciwnik szybko zdołał ją zaskoczyć.

Bowiem w powietrzu rozniósł się damski głos.

– Ach, to mi naprawdę przypomina Wietnam! – Nadeszło z kierunku w którym ze spokojem siedziała sobie bestia. Wtem całe jej ciało nagle wydało się płynne i szybko przekształciło się do postaci młodej dziewczyny. Ciało dekorowala czerwona krótka sukienka z założonym brązowym kaftanem. Podczas przemiany istota kontynuowała: – Niezmiernie przepraszam za tą farsę w poczekalni, pragnęłam ci się przedstawić osobiście. Nazywam się Marionetka, miło mi poznać. – zakończyła w pełnej już postaci, schylając się lekko w kierunku oponentki wyrażając w ten sposób pozdrowienia.

– Co jest? – wymamrotała zaskoczona Stormbolt. Stanęła w pozycji bojowej gotowa do natychmiastowej walki – gdzie jest Tadeusz?

– Rysiodeusz uznał że czytanie novelki jest ciekawsze… – powiedziała rozglądając się dookoła. – Nudziłam się więc za jego pozwoleniem sama się wprosiłam! Liczę na dobrą walkę!

Nadia rozejrzała się delikatnie po okolicy. Stała na owalnej platformie, jakieś dziesięć metrów średnicy, dalej kilka pomostów i cała masa drzew z platformami. Nie podejmowała żadnej akcji, nic nie wiedziała o swojej przeciwniczce.

– Ach! – Nagle mimowolnie zawołała Marionetka, uderzając lekko pięścią w swoją dłoń przypominając sobie tą bardzo istnotną kwestie – przecież ty nie wiesz czego się po mnie spodziewać! To byłaby niesprawiedliwa walka! Pozwolisz że ci trochę o sobie opowiem. Jestem niezależnym programem kwantowym, potrafię zmieniać swój kształt do dowolnie zaobserowanej wcześniej przeze mnie postaci. Kopiuję każdą możliwą broń, ale poza domem nie jestem w stanie używać żadnej skopiowanej mocy. Jestem uzbrojona w masę ostrzy sierpowych i mogę się przemieszczać za pomocą zwijalnych linek do długości półotrej metra. Jako że wszystko jest dla ciebie nowe to nie zaatakuję do momentu aż się zdecydujesz.

Wojowniczka się zaniepokoiła. Milczała jeszcze chwile próbując przetrawić całą sytuację. Męczył ją jeden kluczowy szczegół:

– Program kwantowy? Ograniczany czymkolwiek? – zapytała spokojnie. Boty pojedynkowe to jedna sprawa, ale jeżeli masz naprzeciwko siebie program kopiujący ludzi którego prędkość nie jest w czymkolwiek ograniczana to GAME OVER!

– W zasadzie używam waszego algorytmu nauczania… – zamyśliła się oponentka spoglądając gdzieś w dal. – ale i tak myślę trochę szybciej niż wy.

Aha, “trochę”. Tak, to wiele wyjaśnia.
Stormbolt jeszcze chwila stała tak w myśleniu zastanawiając się nad taktyką. Przeciwniczka nie powinna móc w swojej postaci używać ataków dystansowych, chociaż równie dobrze mogła skłamać. Skoro tak… Podniosła swoją włócznie w kierunku wroga po czym krzyknęła:

– Zaczynam!

Wystrzeliła ze swojego działa pocisk w kierunku wroga. Przeciwniczka bez problemu go uniknęła robiąc gwazdę w lewo. Odległość to były jakeś sześć metrów, to też refleks i prędkość ma naprawdę dobrą. Nadia nie poprzestawała, wciskała spust ledwo co sekundę posyłając w eter liczną salwę. Mari co rusz ich unikała, robiąc gwiazdy, mostki, nawet salta w tył. W końcu jednak przy robieniu gwiazdy wybuchła w dużej ilości dymu. Na pewno nie dostała. Zaraz po chwili Włóczniczka srogo się zdziwiła, bo zaraz potem jej ostatni pocisk odbił się idealnie w jej kierunku rykoszetem.

Ledwo nie oberwała gdy obróciła się w bok. Z obłoku dymu wyłoniła się postać elektrycznego samuraja: Seqilla Pradda Dunbara, uczestnika pierwszej edycji aren. Trzymał w gotowości dwa miecze mając jednocześnie na sobie naprawdę szczery i zadowolony uśmiech. Nadia kontynuowała ostrzał, ale teraz nie mogła już stać se od tak w miejscu. Każdy jej pocisk był idealnie odbijany, jakby adresat odpowiadał stanowczo “Zwrócone do nadawcy!”. Co rusz gdy Marionetka odbijała mieczem wrogi pocisk, Włóczniczka odskakiwała dosłownie krok w boczek. Jeden kroczek, drugi kroczek, przez dobrą minutę to wyglądało jakby obie postacie tańczyły. Ale tylko na krótką chwilę, Mari znowu wybuchła a z kłebu dymu gwałtownie wypadł w kierunku Nadii granat, kontkretnie czosnkowy! Wojowniczka musiała natychmiastowo reagować, wybiegła używając mocy “Szarża Cieni”. Pognała prościutko do nowo powstałego Jeana-Paula zręcznie omijając resztę ładunków które zostały rozrzucone przez główny granat ala “bombę kasetową”. Szybko przemknęła tuż obok Marionetki i dobywając mieczy wykonała cięcie oboma mieczami na pas. Jean instynktownie odskoczył, zajaśniał a w jego miejsce na nowo pojawiła się postać dziewczyny w czerwonej sukience. Z jej ramion odskoczyły ostrza sierpo-kształtne do wewnątrz wykrzywione. Sięgały trochę dalej niż koniec koniuszków dłoni. Nadia wykonywała co rusz nowe cięcie, jedno pod kątem z lewa do prawa, potem płasko z prawa do lewa przy jednoczesnym pchnięciu drugim mieczem w kolano. Marionetka spokojnie ciosy blokowała, aż w końcu padła gwałtownie na ziemię i wykonała bardzo niskiego kopniaka na stopy przeciwniczki.

>> Pięć punktów obrażeń! <<

Ta się natychmiastowo wywróciła upuszczając swoje miecze. Mari będąc jeszcze na ziemi jeden z nich podniosła i natychmiast doskoczyła do swojego wroga. Jednak Nadia nie była w ciemie bita: zamiast szukać swojej broni przygotowała ramiona do wykonania mostku i wyskakując nogami co sił wykopala dziewczynkę w dal celując prosto w klatkę piersiową. Zawołał systemowy komunikat:

>> Siedem punktów obrażeń! <<

I dopiero wtedy podniosła swoją broń by i z biegiem wyskoczyć do przeciwniczki. Ta szybko podniosła się robiąc małe turlanko w tył, zaczęły się obie chlastać bez litości niczym pseudo kibice na stadionach z maczetami. W pewnym momencie Stormbolt wypadła bardzo szybko niby z zamiarem pchnięcia na klatkę piersiową. Przeciwniczka wykonała Claymorem zamach by odbić to uderzenie, ale tutaj klops! W połowie pchnięcia białorusinka puściła rękojeść. Lewą dłonią natychmiast złapała za ramię przeciwniczki w której ta dzierżyła broń i obracając się bardzo pewnym ruchem uderzyła prawym łokciem w zgięcie łokcia Marionetki.

Nie istnieje chyba świadome stworzenie na tym świecie, którego nie zabolałby taki cios. Nadia pochodzi z rodziny o wojskowych tradycjach, a wojskowe zasady wojenne charakteryzują się bardzo prostą zasadą: “Wroga ma boleć!” Dziewczynka w czerwonej sukience natychmiast upuściła skradziony wcześniej miecz, pod wpływem bólu wystrzeliły z jej pleców linki które odciągnęly ją na bezpieczniejszą odległość.

Nie wiadomo czy rzeczywiście ją to bolało czy tylko udawała, ale zasapując się Mari zawołała – Jesteś całkiem brutalna… Tego jeszcze nie widziałam.

Uśmiechnąwszy się Nadia poniosła z ziemi miecz odpowiadając – Jestem córką wojskowych. Wobec ciebie użyję wszystkiego czego się nauczyłam! – wyrzekła całkiem promiennie Stormbolt. Zastanawiała ją jeszcze kwestia swojego niedoszłego przeciwnika o którym tak trąbiono w internecie, więc korzystając z chwili okazji postanowiła się dopytać. – Tak w ogóle, co takiego czyta Tadeusz że nie przystąpił do dzisiejszej walki?

Jakby wywołała tym wilka z lasu, bo ta zaraz przestała sapać i poczęła się żalić. – Jak skończył oglądać ponownie Gravity Falls to teraz czyta bez przerwy No Game No Life. Od połowy tygodnia nie mogę go wyciągnąć z domu! – kończąc natychmiast z chwilowym blaskiem się przemieniła w młodzieńca w zielonym kaftanie. Z lewej strony u boku miał miecz, z prawej przypasany sztylet z jakby oplecioną korzeniami pochwą. Twarz miał tylko zasłoniętą jakby czarną mgłą. Bardzo żywo gestykulowała:

– “Daj spokój, wiesz co teraz się odwala? Daj mi doczytać tylko ten jeden rozdział, już zaraz skończę” powiedział dwa dni temu!

Dziewczyna nakręcała się jeszcze bardziej, widać że była nabzdyczona. Zaraz zmieniła się w rudo-brodatego szkota z granatowym kiltem, skórzaną zbroją i dwuręcznym mieczem bastardowym. Głos miała naprawdę gruby:  – A może bym tak się zmieniła w tego króla bandyckich schadzek, zaraz by się postawił na równe nogi!

Nadię zamurowało. Stała tak chwilę aż głośno zaczęła się śmiać. Nic nie mogła na to poradzić: tak bardzo przypominała jej zazdrosną koleżankę z dzieciństwa. – I co? Tak mu pozwolisz teraz gnić w pokoju?

– Gdzieee… – Mari po powrocie do swojej pierwotnej formy machnęła ręką – Kurierzy się spóźnią, jestem tego pewna! – zakończyła z wyraźnym zadowoleniem. – To jak? Chyba już się rozgrzałyśmy?

– Dawaj co masz! Twoja tura! – Odrzekła z miłym uśmiechem Stormbolt. Zaprawdę, nie ma w tego typu grach nic lepszego niż czysta sportowa rywalizacja w której nikt nic do nikogo nie ma. Kukiełka chwilę głośno się zastanowiła jaki by tu ruch wykonać aż zawołała: – No dobra, zaczynamy!

W powietrzu ponownie rozległ się dźwięk wybuchu, któremu towarzyszyła duża ilość wyrzucanego dymu. Z niego wniosła się nad głowami uczestniczek mina wybuchowa a zaraz potem malutki kamyczek, który uderzając weń spowodował wybuch. O ile nie wywował żadnych obrażeń, tak momentalnie zaburzył zmysły. Wtem następny wybuch. Włóczniczka zobaczyła przez ułamek sekundy kształt indianki. Białorusince przez myśl przeszło że Ayiana zaraz wypadnie do ataku ze swoją piką. Nadia przygrzała mocno z buta i wpadła w obłok celem zaskoczenia przeciwniczki.
Ale to był błąd.

Bo ta Ayaiana była wyposażona w łuk, i celowała teraz prosto w szyję z bardzo niskiego przykucu.

Cięciwa zaśpiewała tango! Nawet nie było mowy o tym, aby można było uniknąć wystrzelonej strzały z tak bliskiej odległości. Trafienie przeszło po jej szyi błyskawicznie i tylko dlatego jeszcze stała na nogach, gdyż jej tarcza zablokowała obrażenia większe niż 20 pkt. Poprzednim razem coś średnio lubiła sobie działać, widać że jej postać powoduje w wirtualnym świecie bugi. Nie pierwszy raz zresztą.

Niebo powoli czarniało a siła wystrzelonego pocisku zamroczyła na moment Stormbolt. Mari z błyskiem się przemieniła, i choć dalej była Ayianą, tak teraz miała już kij Bō. Wbiła go w ziemię, mocno oparła się o niego i wyskakując, kopnęła Nadię w tors. Jeszcze nie skończyła, upuściła z rąk swą broń i rozprostowując dłoń wystrzeliła zaraz linkę, która przyczepiła się do barku Włóczniczki. Silnie pociągnęła ją do siebie i przemieniając się w siłacza imieniem Dominic Toretto uderzyła prawą pięścią prosto w splot słoneczny.

Po takiej akcji obrażenia musiały zostać zadane. Z miejsca Nadii ubyło 7 punktów za kopniak i 20 za uderzenie krytyczne. Dziewczyna była tak zmasakrowana że nawet nie wiedziała że oponentka już jej dopadała ze swoimi sierpami. Natychmiast użyła ścieżki cieni i w postaci dymu niczym rajdowiec mignęła na odcinku prostej drogi. Potrzebowała kilku sekund na kontakt z rzeczywistością, więc pognała w losowym kierunku wkraczając  na pomost i wychodząc z areny. Sieć gałęzi migotała jej przed oczami, ale zorientowała się że z dużą prędkością ściga ją czarna pantera. Wyszła z trybu dymu ala “William” i korzystając z faktu że na 10 sekund jej ciało jest niematerialne, natychmiast wymierzyła swoją włócznią i poczęła nią strzelać w nadciągającego zwierzaczka. Ten zboczył z kursu, pobiegl dookoła platformy skrywając się za jednym drzewem. Robiło się coraz ciemniej, sektor był właśnie w trakcie sekwencji zaciemniania nieba. W sumie nawet dobra okazja. Nadia użyła mocy przecieżania swojej włóczni, dzięki czemu mogła zadawać teraz dwa razy większe obrażenia. Wzniosła brzytwę w kierunku gałęzi nad głową Marionetki i wystrzeliła. Kula energii wstrząsneła drzewem a sama gałąź zaraz się zarwała by spaść z niemałym hukiem. Mari salwowała się ucieczką w kierunku najbliższej możliwej drogi ucieczki: najbliższego pomostu. Coraz gorzej też widziała. Na to liczyła Stormbolt, wymierzyła cel włócznią i zaraz w losowych punktach na promieniu pięciu metrów poszybowały błyskawice.

– IAAAACH! – zawołała lalka. Zadziałało. Nadia nie zatrzymywała się: jak opętana strzelała ze swojej włóczni. Zaraz potem odpowiedziały jej odbicia ze strony Sequilla Dunbara. Włóczniczka schowała się za drzewem, zrobiło się już naprawdę bardzo ciemno. Próbowała lekko wyjrzeć, ale zwróciwszy uwagę że Mari znajdowala się po drugiej strony pomostu na innej platformie, to po prostu nie było możliwe. Schowała się z powrotem chcąc przemyślić sytuację, ale usłyszała jakby kamyki upadły w dwóch przeciwległych punktach niedaleko niej.

To nie były kamyki.

Nadia wybiegła jak opętana, ale to jej nie ocaliło. Wybuch granatu odrzucił ją zadając 30 puntków obrażeń. Zaraz potem wybuchł mniejszy z którego posypały się czosnki. Dwa trafiły i natychmiast unieruchomiły ofiarę na pół sekundy. Mało? W pierś trafiła strzała zdejmując 15 punktów! Stormbolt przeklnęła w duchu, na nic ci przeszkadzajka w postaci czarnego nieba, kiedy oponent jest kwantowym programem i pamięta każde napotkane drzewko! Paraliż minał, błyskawicznie przemieniła się w czarny dym po którym ćwierć sekundy później przeleciała następna strzała. Trzeba znikać, szybko! Użyła umiejętności łączenia ataków i zaraz stała się niewidzialna. Pod postacią niemożliwego do zaobserwowania “dymu” umknęła z pola walki. Choć o tym nie wiedziała, Mari nawet jej nie ściagała. Ta dobrze wiedziała że teraz nie ma szans na wykrycie.

W końcu pogoda troszku pojaśniała. Nadia wróciła do swojej postaci i skryła się za korzeniem. Dokładnie nasłuchiwała potencjalnych kroków, ale nic nie słyszała. Zastanawiała się jak wygrać, doszła do wniosku że może to zrobić tylko poprzez podstęp. No, jest jeszcze opcja przypadkowej wygranej w której obie będą się tak długo tłukły aż którejś z nich po prostu zabraknie punktów życia. Ale nie może być o tym mowy, ta walka zasługuje na jakiś finał. Pociski nie zadziałają, na spadające gałęzie więcej się nie nabierze, mega prędkość jej nie pomoże bo Mari po prostu dogoni ją czarną panterą… Hmm…. Przeciwniczka działa logicznie. A gdyby tak zrobić coś… nielogicznego? Spojrzała do góry i choć nie wierzyła w to, to postanowiła spróbować!

Wespnęła się na samą górę, zlazła i pomknęła w kierunku z którego dopiero co uciekała. Użyła szarży cieni, dzięki czemu mogła poruszać się o wiele szybciej. Mignęło jej coś z boku, zaraz potem gdy tylko zwolniła przeleciała koło niej strzała. Pognała na swoją oponentkę krzycząc w niebogłosy – Pora na wielki finał! – Mari z zadowoleniem przyjęła tą wiadomość. Zeskoczyła z gałęzi na niewielkiej wysokości i z wybuchem zmieniła się w Nadię Stormbolt. Wybiegła w kierunku oponentki, podrzuciła włócznię do góry, z błyskiem się zmieniła w oryginalną formę i chwyciwszy broń zaatakowała wojowniczkę. Pchnięcie na twarz, Nadia trzonkiem wybija ostrze na bok i wykonuje kontr-pchnięcie. Mari unika obracając się nieznacznie, uderza trzonkiem w tors. Siedem punktów obrażeń. Stormbolt odskakuje w tył i strzela pod nogi Marionetki. Biegnie do niej, wykonuje wślizg. Obie tak się okładają bez ustanku, ciągle jednak siłą rzeczy, czy to zygzakiem czy to prosto dążac ku temu jednemu drzewu.

Mari zrezygnowała z włóczni. Wyskoczyła niczym na główkę do wody w kierunku Nadii. Ta odskoczyła unikając sierpowatych ostrzy które ledwo co odskoczyły z ciała laleczki. Doskoczyła przeciwniczki, pchnięcie, Mari za pomocą sierpowatych ostrzy chwyta za uchwyt włóczni i niczym dawni ninja za pomocą swoich sztyletów sai, ona wyrywa broń oponentce. Ta wyciąga swój miecz, tnie, dźga. Marionetka strzela swoimi linkami a Białorusinka chowa się za gruby pień. Dziewczyna w sukience wypada i raz jeszcze strzeliła linkami. Zadziałało! Ale… tutaj nie poszło to tak jak chciała tego Mari. Nadia chwyciła za linki i silnie nimi szarpnęła do siebie. Chwyciła przeciwniczkę mocno się do niej przytulając.

Mari skamieniała momentalnie wydzierając z siebie jedynie – Ej, co ty odwalasz? Ja nie skończyłam! – Stormbolt jednak się nie przejęła, kopnęła tylko pieniek drzewa mówiąc jednocześnie – Spójrz w górę.

A tam na górze absurd. Jeden z mieczy Stormbolt typu Claymore ledwo a ledwo, ale jednak trzymał się sufitu kładki znajdującej się nad nimi. Był wsadzony między dwie gałęzie, jedynie jako tako dociśnięty kamyczkiem coby zbyt szybko nie spadł. Ale teraz kamyczek pod wpływem wstrząsu się wyswobodził, tak samo jak miecz.

Marionetka nawet nie próbowala walczyć. Mogłaby w sumie użyć wszystkich swoich sierpowatych sztylecików by wykonać pokaz w stylu stalowej damy, ale po co? Teraz była zaskoczona. Nie mogła uwierzyć, próbowała to jakoś przetrawić. Bo jakby nie patrzeć, przecież ten durny kamyczek mógł puścić dawno. Władczyni Xan Guldur mogła użyć granatów, bomb, zmienić się nawet w wielkiego niedźwiedzia i staranować to drzewo! Mogłaby skoczyć na tą kładkę! Spojrzała pytająco na przeciwniczkę, ta tylko z uśmiechem wyjaśniła:

– Mogło się nie udać, ale tego na pewno nie mogłaś się spodziewać.

Miecz idealnie wciął się w ofiarę jak w masło. Wlazł głęboko przez szyję aż po tors. W eter poszedł komunikat systemowy :

>>OBRAŻENIA KRYTYCZNE, 100 PUNKTÓW! DEWIRTUALIZACJA!<<.

Mari była zaskoczona, ale nie potrafiła czuć się zła. Ona uwielbia walczyć, bo za każdym razem napotyka na coś nowego. Wiecznie nowe doświadczenie, wiecznie coś prawdziwego. Niemożliwego. Odwzajemniła uśmiech, i spowalniając dewirtualizację tak mocno jak to tylko było możliwe zawołała: – Hej! Zawalczmy jeszcze kiedyś!

– Z wielką chęcią, chociaż obawiam się że już mnie wtedy pokonasz. – Nie miała wobec tego żadnych wątpliwości. Mari wiecznie się uczy, od tej pory zacznie myśleć o wiele bardziej abstrakcyjnie.

– A więc to obietnica! Do zobaczenia kiedyś w przyszłości – Pożegnała się dziewczyna pozwalając się zdewirtualizować. O ile ona w ogóle może się do świata materialnego dewirtualizować.

Daleko, hen daleko gdzie zwykłych ludzi już dzisiaj w ogóle nie ma, w karczmie “Pod Zdechłym Kotem” wywieszono po godzinach tabliczkę “ZAMKNIĘTE!”. Z daleka jednak dało się dostrzec wesoło truchtającą dziewczynę w czerwonej sukience z brązowym kaftanem na sobie. Jakkolwiek niemożliwa obecnie była jej materializacja, tak po prostu zrespiła się tutaj. Wędrując ku drzwiom sięgnęła by pociągnąć za klamkę. W środku znajdowała się tylko dwójka mężczyzn: jeden barman oraz pewien gość w zielonym ubranku. Starzy znajomi prowadzili rozmowę gdzie w owej chwili wypowiadał się młodzieniec w zielonej tunice:

– Hej, ale ci nigdy nie proponowałem abyś nazwał tą karczmę “Pod Zdechłym Kotem”, ja tylko wspominałem aby ta nazwa była lekko zaskakująca.

– A nie jest? – dopytał się brodaty, dwudziesto pięcio letni barman. – Większość jest zaskoczona, kilku ledwo dziwnie na nią patrzy.

– Bo jak wołali na mnie “Kot” to mnie wieszali! – Krzyczał ze śmiechem Tadeusz. Z miejsca mu się przypomniał stary mem. – Ale za to ten gość obok miał niezłe poczucie humoru. “First time?” – Uśmiechał się szczerze do siebie wspominając dawne, szalone czasy. Kiedy stał się czerwonym graczem a ludzie którzy o nim słyszeli traktowali go jak wyrzutka. Kątem oka zobaczył zamykającą drzwi Mari. Nie pochwalił jej jednak za walkę tylko ze spokojem postanowił trącić jedną, bardzo palącą kwestię:

– Mari…

– Tak? – Odpowiedziała pytająco Marionetka dosiadając się do lady.

– Kiedy przyjadą moje opóźnione tomiki?

– A stało się coś? – Udawała głupią. Czekała tylko aż ten w końcu rozwinie sytuacje.

– Tak. Nawaliła pompa – z malutką pauzą dokończył – paliwowa… W środku lasu, z zamkniętym kurierem wewnątrz.

– Coś takiego… No cóż, możliwe że przy czekaniu z nudów omsknął mi się klawisz! – Wypaliła zadowolona, ale jednak odwracając głowę ukazując swoje “oburzenie”. Tadziu się zaśmiał, bo jednak fakt faktem żart był dobry. Przechylił kufel, mocno nim uderzył o ladę by zaraz przeprosić: – Aj, wybacz. Potrzebowałem chwili normalności. W końcu mamy spokój!

Barman postanowił się dopytać o szczegóły, bo prawda jest taka że Tadeusz przyszedł niedługo wcześniej przed Marionetką. – Więc? Załatwiłeś Watachę by wyrównać rachunki, następnie zamilkłeś na szmat czasu i ni stąd ni zowąd wróciłeś wpadając na pierwszą edycję aren. Po co?

Tadziu nie wiedział od czego zacząć, chociaż należało coś jednak powiedzieć. Koniec końców kumplowi należały się malutkie wyjaśnienia. Postanowił zrobić niewyobrażalne streszczenie.  – Po tym jak się rozdzieliliśmy z resztą naszej paczki, po wielu próbach odnalazłem Marionetkę. Trochę się potłukliśmy, potem zaprzyjaźniliśmy… a potem okazało się że potrzebuje małej pomocy. – spojrzał tutaj na swoją drogą przyjaciółkę, siedzącą po lewej od niego. Nie ingerowała w opowieść, powiedziała jeno do barmana “smoczej lemoniady poproszę”. – Potrzebowaliśmy skorzystać z ogromnego środka masowego przekazu i przetransmitować ukryty sygnał. A potem odwalić pewną chorą akcję. Ale wiesz, szczerzę to pod koniec spanikowaliśmy. Nie spodziewaliśmy się że z Charlesa będzie taki stalker!

– Uh… nie lubię go… – stwierdziła Mari. – Był nieprzyjemny. I dobierał nam się do tyłka.

Człowiek za ladą nie odpowiadał, zdawał sobie sprawę że nie był to łatwy człowiek. Sam był przez Stone’a rozpytywany o liczne kwestie. Trudno było go okłamać czy zbyć: on po prostu dużo wiedział. Tadeusz aż lekko się zasmiał po czym dodał:

– Nawet nie wiesz jak mnie pewnego momentu przeraził. Czaisz że ja wyłażę ze swojego mieszkania w Szczecinku, idę na miasto a on wyłazi z Rady Miasta? Pod moim nosem! Uuuh, jak ja się cieszę że on mnie wtedy nie zobaczył. Naprawdę, musieliśmy się go pozbyć z ogona bo byłoby źle. Bardzo źle. – Siedział tak jeszcze chwilę w milczeniu i finalnie dokończył. – Odwaliliśmy więc farsę z “szaloną Marionetką” pełną żądzy zemsty chcącej dokonać makabrycznego zabójstwa. Tyle.

– I on to kupił?

– Musiał. Dobrze wiedział że Marionetka go bardzo nie lubi a przy tym to człowiekiem to Mari nie jest. Po wszystkim dopieściła jeszcze szczegóły.

– Szczegóły? – dopytał się brodacz. Marionetka kończąc rozkoszować się lemoniadą wyjaśniła z dumą:

– Przez tydzień nękałam go psychicznie. Spaliłam lodówkę, tostery, samochód… Zamówiłam usługi deratyzacyjne spod ciemnej gwiazdy… Tak po czeterch dniach zaczęłam spuszczać z tonu.

– Facet po prostu musiał pomyśleć że wściekłej wariatce schodzi już ciśnienie. Bez urazy Mari – zaśmiał się końcowo Czerwony Gracz. Zastanowił się jeszcze chwilę po czym po przemyśleniu dodał. – A nawet jeżeli nie, to zdecydowanie musiał uznać że lepiej tematowi odpuścić. Zgaduję że ma ważniejsze rzeczy na głowie niż śledzenie tajemniczych twierdz które aż chcą sprzedać ci łupnia. W każdym bądź razie, już jest po wszystkim. Marionetka nie musi się niczego specjalnego obawiać, mamy święty spokój! Nareszcie mogę trochę odpocząć. Od dawna nie mogłem tak po prostu zamknąć się w pokoju by czytać novelki!

Brodacz postanowił ostentacyjnie wyjąć szklankę by ją trochę wypolerować. Wciąż się chwalil że jest barmanem z prawdziwego zdarzenia. Wyjaśnienia już złożone, teraz została ostania kwestia. Zaczął więc kierując swój wzrok na Mari:

– A więc? Jak ci się podobała walka?

– Absolutnie mnie zaskoczyła. – Stwierdziła bez nawet najmniejszej krzty smutku. – Nigdy bym o czymś takim nie pomyślała. Następnym razem tak nie będzie, z pewnością ją pokonam! – zakończyła, znowu promiennie. Tadeusz jednak miał też własne podejrzenia:

– Ta, ale nie wpadłaś do walki tylko dlatego że pojawiło się wolne miejsce w arenie, prawda?

Mari się uśmiechnęła. Spojrzała w ladę, ale nie patrzyła na nią, lecz na wspomnienia. – Pewnego razu rutynowo analizowałam świat rzeczywisty. Zauważyłam ją wtedy w bardzo dziwnych okolicznościach. Jakby miała umiejętności przeczące prawom fizyki. Uznałam to za absurd, zostawiłam i nie drążyłam. Ale jak się pojawiła w arenach a ty dostaleś list od organizatorów… musiałam to sprawdzić osobiście! – Włączyła się z powrotem do świata żywych. No, przynajmniej na tyle na ile ona spełniała warunek bycia “żywą”. – Na pewno coś w niej jest, nielogiczny absurd którego nie rozumiem. Kiedyś może się dowiem! – finalnie zakończyła.

– Oho… – Wymamrotał Tadziu. – Kolejna wielka tajemnica. Ale bez mojego udziału, ja mam już dość!

– Nie będę naciskać. – Zarzekała się Mari – W końcu jak ty to mówisz: “Nie chcę nadepnąć innym na odcisk!”. – Nastąpiła chwila pauzy po czym zarzuciła – Tadek…

– Hmm…?

– Chodźmy walczyć.

– Nuuuudaaaaa! – Odmówił przeciągle Czerwony Gracz. – Robiliśmy to naon-stop.

– No to chodźmy powalczyć z kimś innym.

– Hmmm… – Zamyślił się Tadziu. W zasadzie… Sektorów Player versus Player było w Cyfrowym Morzu bez liku. Można byłoby tak wpaść tam zespołową z Mari. Ściągnęłoby się Sequilla, może kogoś jeszcze. Barman nalewając napoju do wielkiego jak jasna limonka kufla zarzucił tekstem:

– Kiedyś pewny bardzo młody zabijaka stwierdził że świat to jedna wielka gra.

Tadeusz się uśmiechnął. Chwycił za rączke kufla, poczekał aż stary, dobry kumpel chwyci za swój i przybijając sobie naczynia dokończył:

– A zadaniem gracza: grać!

[Finał 2] Jerzy Tasiemski vs Aiyana Storm

Klub “Beyond” był prawdziwym unikatem; był to pierwszy lokal w historii, w którym zabawa trwała jednocześnie zarówno w świecie rzeczywistym, jak i wirtualnym. Dodatkowego smaczku dodawał fakt, że nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę się znajdował; do środka można było się bowiem dostać jedynie poprzez wejście w wirtualnym mieście Étoile en acier. Po ziemskiej stronie klubu próżno było szukać drogi na prowadzącej na zewnątrz; choć ludziom zainteresowanym rozwiązaniem tej zagadki czasami udawało się zakraść na zaplecze, jak dotąd nie znaleźli ani żadnego przejścia. Ba, nie natknęli się nawet na żaden otwór, przez który dałoby się dostarczyć zapasy potrzebne do prowadzenia lokalu. Tajemnica generowała na tyle duże zainteresowanie, że liczba chętnych kolosalnie przewyższała pojemność budynku i w rezultacie tylko bogate i wpływowe osoby miały szansę na otrzymanie wejściówki.
Siedząca samotnie przy stole Aiyana, rzecz jasna, taką osobą nie była i wcale nie była szczęśliwa z faktu, że trafiła do tak prestiżowego miejsca. Zdecydowanie tutaj nie pasowała; wszystkie pozycje z menu zdecydowanie wykraczały poza jej budżet, a na bawiących się celebrytów i biznesmenów patrzyła z ledwie skrywaną niechęcią. To właśnie tego typu ludzie, którzy bezwzględnie dążyli do sławy i pieniędzy, doprowadzili w przeszłości do tego, że jej plemię utraciło należne im ziemie. Humoru nie poprawiało jej też to, że goście bardzo szybko ją rozpoznali i co odważniejsi z nich próbowali namówić ją na wspólne zdjęcie – najwidoczniej taka zdobycz przyniosłaby spore zainteresowanie w social mediach. Choć czarnowłosa z całego serca pragnęła opuścić klub, musiała zacisnąć zęby i cierpliwie poczekać, aż ten cholerny Charles Soule wreszcie raczy się zjawić.
– Aiyana! Jak dobrze cię widzieć! – przywitał się entuzjastycznie, gdy w końcu dotarł na miejsce. Całe trzydzieści minut po umówionym czasie. – Mam nadzieję, że lokal przypadł ci do gustu.
– Daruj sobie, Soule – odparła zimno Indianka. – Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wybrałeś “Beyond” na miejsce spotkania tylko po to, by wyprowadzić mnie z równowagi.
– Oboje wiemy też, że jesteś zbyt dumna i uparta, by odrzucić takie wyzwanie. – Charles przyjrzał jej się uważnie i zagwizdał. – I muszę przyznać, że chyba wygrałaś; w tej małej czarnej wyglądasz jak modelka.
– Nie przeginaj, Soule… – warknęła z cieniem groźby w głosie czarnowłosa.
– Dobrze już, dobrze. – Chłopak uniósł ręce, pokazując, że się poddaje. – Przejdźmy zatem do interesów. Tak jak przeczytałaś w mojej wiadomości, ostatnio przypadkiem wszedłem w posiadanie twojego łuku.
– Taaa, przypadkiem – rzuciła sarkastycznie Aiyana. – Czystym przypadkiem wydałeś równowartość porządnego samochodu na wirtualną broń. Wcale jej nie szukałeś. Jasne.
– Jeżeli nie wierzysz w jego autentyczność, w każdej chwili możemy się zwirtualizować i wtedy sama ocenisz, czy jest prawdziwy – kontynuował niezrażony Charles. – I tak jak wspomniałem, jestem gotowy ci ją zwrócić i to za bardzo niewygórowaną cenę. Nie martw się, nie chodzi o pieniądze; jak się zapewne domyślasz, po wygraniu Areny starczy mi ich do końca życia. Zapłacisz mi informacją; chcę wiedzieć za czym tak uporczywie goniłaś przez ostatni rok. – Młodzieniec jeszcze raz otaksował ją wzrokiem. – Szczerze mówiąc, nie pogardziłbym też romantyczną kolacją…
Indianka podniosła się gwałtownie z siedzenia i uderzyła otwartymi dłońmi o stół tak mocno, że goście znajdujący się w pobliżu odwrócili się w ich stronę. Nawet Soule zaniemówił, rozumiejąc, że pozwolił sobie na zbyt wiele. Storm ostatkiem sił udało się opanować przed przywaleniem Charlesowi; wzięła głęboki wdech, usiadła z powrotem na miejsce i powiedziała zmęczonym głosem:
– W porządku, dobijemy targu; powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Ale nie za łuk; możesz go sobie zatrzymać. Chcę, byś w zamian odblokował dla mnie terminale wież na Arenie. Nie mów, że nie masz do nich kodów dostępu, bo w to nie uwierzę; nawet jeżeli to nie ty majstrowałeś przy nich przed półfinałami poprzedniej edycji, to na pewno zadbałeś o to, by taka sytuacja nie powtórzyła się w twoim finale.
– Niech będzie, mogę to załatwić. Mamy umowę – powiedział ostrożnie Charles; nie ośmielił się wspomnieć drugi raz o kolacji. – Domyślam się, że nie zdradzisz mi dlaczego mam to zrobić, ale wszystkiego dowiem się w trakcie finału, prawda? A więc do rzeczy: opowiedz mi o swoim ostatnim roku. Czym się zajmowałaś i dlaczego robisz z tego taki sekret?
Aiyana przyjrzała mu się swoimi brązowymi oczami. Charles nie znalazł już w nich jednak żadnej frustracji; widział tylko znużenie.
– Jak myślisz, co tak naprawdę się stało, gdy zniszczyłeś ciało Xaviera Schaeffera?

W dniu finałowego starcia stadion wypełniony był tak bardzo, że nawet grube ściany poczekalni nie były w stanie wytłumić całego tego harmidru. Nie było w tym nic dziwnego; w końcu był to pierwszy raz, gdy widownia mogła na żywo podziwiać zawodników ruszających w bój. Rzecz jasna, organizatorzy zadbali też o odpowiednią oprawę: przed walką wieczoru odbyło się kilka starć pokazowych oraz wywiadów z pozostałymi uczestnikami turnieju, a komentarzem na żywo zajmowali się Todd Morales i Mike Valderamma. Zainteresowanie było tak duże, że pomimo niebotycznej ceny bilety zdążyły się rozejść w kilka minut.
– Oho, ktoś się tu chyba trochę zestresował! – Wesoły, dziewczęcy głos przebił się przez odległe okrzyki tłumu.
– Walkiłia? A co ty tu łobisz? – zapytał zaskoczony Jerzy. Faktycznie był podenerwowany; na tyle, że nie wiedział nawet kiedy jego przyjaciółka weszła do środka.
– No jak to co? Przyszłam dodać ci otuchy. Choć szczerze mówiąc myślę, że twoja przeciwniczka potrzebuje go bardziej. Widziałam ją po drodze do twojej pakamerki; wyglądała tak, jakby czekała na ścięcie.
– Napławdę? – zdziwił się Tasiemiec. – Dziwne. W popszednich walkach zawsze tłyskała pewnością siebie. Mosze to pszez ten cały cyłk, któły zołganizowali ołganizatoszy. Sto dwadzieścia tysięcy ludzi… – Jerzy pokręcił głową trochę z niedowierzaniem, a trochę z uznaniem. – Oni wszyscy powałiowali.
– Po prostu mają lepszą głowę do interesów, niż ty – roześmiała się dziewczyna. – W przeciwieństwie do ciebie, oni na pewno wiedzieliby jak wydać całą tą kasę, która jest do wygrania. A tak swoją drogą: mam nadzieję, że gdy już zostaniesz milionerem, to nie zapomnisz o swojej najlepszej kumpeli.
– Oczywiście, że nie – zapewnił pośpiesznie chłopak. – Jak to wszystko się jusz skończy, to stawiam kolację. Gdziekolwiek będziesz miała ochotę, moszemy iść nawet do najdłoszszej knajpy w mieście.
– Czyżbyś zapraszał mnie na randkę? – zasugerowała żartobliwie Walkiria.
Na szczęście dla Jerzego, który natychmiast się zaczerwienił, właśnie w tej chwili członek obsługi technicznej wszedł do pomieszczenia i nakazał mu udać się do wejścia na arenę; sądząc po rozbrzmiewającej w tle muzyce* oraz ryku zachwyconego tłumu, Aiyana zmierzała właśnie w stronę ustawionych na środku stadionu skanerów i za chwilę miał nadejść moment jego własnego wejścia.
– Walkiłia… – zaczął Jerzy, gdy szli do wskazanego przez asystenta miejsca. – Chyba powinniśmy o czymś pogadać…
– Cśśśś – przerwała mu, kładąc swój palec wskazujący na jego ustach. – Na rozmowę przyjdzie czas później. – Motyw muzyczny Indianki zakończył się, a jego miejsce zajął utwór wybrany przez Jerzego**; gdy go rozpoznała, pokiwała głową z uśmiechem. – Oh tak, zdecydowanie jesteś gotowy. Dasz radę, Jerzyk; wierzę w ciebie.
Tasiemiec zawahał się, po czym podziękował jej kiwnięciem głowy i pewnym krokiem wyszedł przed publiczność. Widzowie przywitali go głośną owacją, ale chłopak prawie jej nie zauważył; teraz liczyła się dla niego tylko stojąca na środku areny Indianka. Choć było zbyt ciemno, by dostrzec twarz Aiyany, Jerzy czuł na sobie jej przeszywające spojrzenie. Storm wyraźnie rzucała mu wyzwanie, a on nie obawiał się go przyjąć.

Po wirtualizacji Storm i Tasiemski odpuścili sobie wymianę uprzejmości i próby prowokacji. To nie był czas słów, to był czas walki; wielki finał, do którego oboje z takim uporem dążyli. Tym razem organizatorzy nie silili się zbytnio z wyborem miejsca; postawili na dużych rozmiarów płaskowyż z rozsianymi gdzieniegdzie. Jedyną rzucającą się w oczy charakterystyczną cechą była znajdująca się w pobliżu nieaktywna wieża.
– Kamakiłi! – Jerzy wykorzystał pierwszą ze swoich rękojeści do przywołania niewielkiej kosy, którą od razu cisnął w stronę Aiyany. Indianka bez problemu uniknęła pocisku, ale chłopak się tego spodziewał; miał zupełnie inny plan. – Tatsu! – krzyknął, a następnie teleportował się do rzuconego wcześniej sierpa, po czym obrócił się na pięcie i wykorzystał nowo przywołaną katanę do zadania potężnego poziomego cięcia mającego rozpłatać ramię Storm. W odpowiedzi dziewczyna wykorzystała swój kij do podbicia do góry pędzącego ostrza, a następnie szybko złożyła broń i pochyliła się; miecz przeleciał nad nią, nie czyniąc jej większej krzywdy. Zanim zdążyła jednak odpowiedzieć kontratakiem, Tasiemiec ponownie rzucił kamą i wykorzystał swój Doskok, by oddalić się od Aiyany.
– Kułen! – obie rękojeści Jerzego złączyły się teraz w jeden podłużny kij o krótkich ostrzach na każdym z jego końców.
– Chyba sobie żartujesz – prychnęła czarnowłosa, sugerując dobitnie, że nie ma z nią szans w walce bronią tak podobną do jej własnej. I faktycznie, gdy Jerzy spróbował ciąć ją jednym z ostrzy naginaty, dziewczyna zablokowała atak jednym końcem bō, a jednocześnie drugim trzasnęła w ramię rywala, niemal wytrącając mu przy tym broń z ręki. Pierwsza krew należała do niej, bo przy okazji chłopak stracił dwadzieścia punktów życia.
– Choleła… – burknął i czym prędzej wycofał się do tyłu. Naginata zupełnie się nie sprawdziła, dlatego Jerzy na powrót przywołał kamę i katanę, po czym raz jeszcze rzucił niewielką kosą w kierunku dziewczyny. Tym razem jednak zmodyfikował nieco swój plan; gdy broń znalazła się wystarczająco blisko Aiyany, chłopak wrzasnął:
– HEBI!
Przy rękojeści wirującej w powietrzu kamy nagle pojawił się długi łańcuch z odważnikiem na końcu, co sprawiło, że kosa gwałtownie zmieniła tor lotu. Próbująca uniknąć niebezpieczeństwa Indianka była na to całkowicie nieprzygotowana i ostrze rozorało jej lewe udo, zabierając w ten sposób trzydzieści pięć punktów i wytrącając czarnowłosą z równowagi. Tasiemski tylko na to czekał; od razu przeniósł się do opadającej kusarigawy, złączył ich rękojeści i przemienił je w długą włócznię yari, którą wyprowadził szybkie pchnięcie w kierunku obojczyka przeciwniczki. Indianka nie miała szansy tego uniknąć, dlatego zamiast tuż przed sobą przywołała swojego sokoła. Biedne zwierzę nie zdążyło nawet się w pełni zwirtualizować, ale przynajmniej powstrzymało pędzący w jej stronę grot. Dało też Aiyanie dość czasu na to, by sama mogła przemienić się w sokoła i oddalić się od zagrożenia.
W tej formie była bezpieczna, ale nie miała ani chwili do stracenia; zobaczyła bowiem, że w ich zbliża się burza piaskowa, w której nie byłaby w stanie dalej latać. Jerzy również zorientował się, że nadchodzi korzystny dla niego moment i przy pomocy sprawdzonej już metody rzut-Doskok starał się dotrzymać kroku kołującej coraz niżej nad ziemią sokolicy. Gdy w końcu wylądowała, od razu pochłonęła ich ściana pędzącego we wszystkie strony piasku.
– Toła! – W dłoniach chłopaka natychmiast pojawił krótki kij, do którego przymocowany był niespełna dwumetrowy łańcuch z metalowym obciążnikiem nabitym całym mnóstwem kolców. Jerzy zaczął wymachiwać nim w stronę Indianki, licząc na to, że ciężarek wytrąci jej kij z ręki. Dziewczyna bez większego trudu utrzymywała bezpieczny dystans, ale jednocześnie nie miała zbytnio możliwości na kontratak. Tasiemski szybko zrozumiał, że niczego w ten sposób nie osiągnie, dlatego w pewnej chwili zamienił chigiriki na włócznię yari i spróbować przebić nią Aiyanę. Ta jednak była gotowa i jednym płynnym obrotem uniknęła ciosu, po czym sama spróbowała wbić kij w grdykę rywala. Atak był idealny.
Ale choć dosięgnął celu, nie zrobił Jerzemu żadnej krzywdy.
– Bastion. Koniec gły – powiedział, szybko wypuszczając yari z rąk. Swoją lewą dłonią złapał za  broń dziewczyny, a prawą sięgnął po kolejną rękojeść. Indianka doskonale zdawała sobie sprawę, że nie może sobie pozwolić na utratę kija, dlatego jedną ręką złapała Jerzego za nadgarstek, próbując powstrzymać go przed wyciągnięciem nowego oręża. Chłopak nie próbował się z nią siłować; zamiast tego puścił bō i z całej siły przydzwonił dziewczynie z łokcia, odrzucając ją do tyłu i odbierając kolejne cenne punkty życia. Zanim jednak udało mu się dobić rywalkę świeżo dobytą kamą, na ziemię powalił go szarżujący na niego niedźwiedź. Moc Jerzego wciąż działała i zwierz nie mógł go w żaden sposób zranić, ale nie przeszkodziło mu to w przygnieceniu chudzielca. Aby się go jakoś pozbyć, młodzieniec przycisnął do jego boku ostrze sierpa, a następnie przemienił go w katanę, która zatopiła się w jego potężnym ciele; było to aż nadto, by zdewirtualizować chowańca.
Zanim zdążył się podnieść, Aiyana zaatakowała go jego własną włócznią, ale dzięki Bastionowi Jerzy raz jeszcze pozostał nietknięty; na więcej takich sytuacji nie mógł jednak liczyć, bo właśnie wtedy moc się wyczerpała. Natychmiast nakazał broni rozdzielić się na dwie mniejsze – kamę i kusarigawę – Indianka zaklęła i wypuściła je z dłoni, przywołując jednocześnie kuguara, swojego ostatniego towarzysza.
– Toła! – Tasiemski wykorzystał swoje dwie ostatnie rękojeści, by po raz kolejny skorzystać z chigiriki i spróbował wycofać się do tyłu. Wtedy jednak Aiyana zrozumiała, że chłopakowi właśnie wyczerpały się możliwości: jednoręczne oręża leżały bezużytecznie pomiędzy nimi, więc nie mógł ani z nich skorzystać, ani się do nich przeteleportować. Nie mogła przepuścić takiej szansy. Gdy obciążnik chigiriki leciał w jej stronę, dziewczyna wyrzuciła swój kij do przodu i w ostatniej chwili złapała dłońmi za jego koniec. Nie zdołała w ten sposób trafić Jerzego, ale cel tego manewru był zupełnie inny: łańcuch, do którego przyczepiony był kościec, od razu zahaczył o jej broń i siła pędu sprawiła, że zawinął się wokół niego. Teraz oboje byli bezbronni.
Ale Tasiemiec był całkiem sam, a Aiyana nadal miała pumę.
W ostatniej desperackiej próbie Jerzy spróbował jeszcze Doskoczyć do którejś z leżących na ziemi broni, ale było już za późno; kuguar jednym susem powalił go na ziemię i szybkim kłapnięciem zębów rozszarpał mu tchawicę.
– Dobła… walka… – zdołał wycharczeć jeszcze chłopak.
– Dobra walka – potwierdziła Aiyana, kiwając mu głową z uznaniem.
A potem chłopak powoli rozpadł się na miliony drobnych kawałków. Ale dla niej to jeszcze nie był koniec.

EPILOG

– Panno Storm, gratuluję w pełni zasłużonego zwycięstwa – usłyszała dobiegający z góry głos, gdy po omacku starała się odnaleźć pobliską wieżę; burza piaskowa wciąż szalała wokół niej i widoczność była naprawdę nikła. Wydawało jej się, że skądś zna tego mężczyznę… czyżby to był sam prezydent organizacji odpowiedzialnej za Areny? – Obawiam się, że mamy drobne problemy techniczne; z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie ściągnąć panią z powrotem. Proszę nie panikować; nasi najlepsi technicy już zajmują się tą sprawą.
“Dziękuję, siostrzyczko.”
– Jak to? Dlaczego? – powiedziała zbolałym głosem. – Czy to jakiś zamach?
– Nie możemy tego wykluczyć, ale…
– Czułabym się zdecydowanie pewniej, gdybyście mnie wyleczyli – przerwała mu Indianka. – Jestem dużą dziewczynką i zwykle potrafię o siebie zadbać, ale w tym stanie raczej nie dałabym radę się obronić. Nalegam. Przecież nie chcemy, by prasa się dowiedziała, że nie dbacie o bezpieczeństwo zawodników, prawda?
– Nie, oczywiście, że nie. Zaraz się tym zajmiemy. – Aiyana nie była pewna, czy mężczyzna faktycznie zrobił to dla jej bezpieczeństwa, czy też może wyczuł subtelną groźbę w jej głosie.
Wreszcie udało jej się dotrzeć do wieży. Bez wahania weszła do środka i udała się prosto na jej szczyt.
– Panno Storm, co pani robi? Proszę pozostać na miejscu, terminal i tak jest niedostępny. Za kilka minut powinniśmy naprawić usterkę.
Gdy dotarła na górną platformę, zadrżała z niepokoju; jeżeli Soule nie odblokował terminalu, cały jej wysiłek pójdzie na marne. To była jej jedyna szansa. Wyciągnęła rękę przed siebie i…
…po chwili rozbłysł przed nią niebieski ekran. Charles dotrzymał słowa.
– Co?! To niemożliwe! Panno Storm, proszę natychmiast odejść od terminalu! – zażądał nieznajomy głos. – Szlag. Szybko, odetnijcie jej dostęp!
Aiyana odnalazła folder z danymi o sektorach, które przechowywane były na superkomputerze organizatorów, a potem weszła w plik zatytułowany “Ruiny Starej Kartaginy”. Następnie spróbowała  pozyskać dane dotyczące wież. Jej oczom ukazały się następujące informacje:

RUINY STAREJ KARTAGINY
ILOŚĆ WIEŻ: 1
W TYM WIEŻ PRZEJŚCIA: 1
SZCZEGÓŁY:
WIEŻA 1. PUNKT DOCELOWY: ?????????

– Storm, to ostatnie ostrzeżenie! Natychmiast odejdź od terminalu!
Pogłoski o powrocie Xany tak naprawdę pojawiały się cały czas; zwolennicy teorii spiskowych zawsze twierdzili, że wirusowi jakimś cudem udało się przetrwać działanie programu wieloczynnikowego i teraz czeka tylko na dogodny moment, by raz jeszcze spróbować zniszczyć ludzkość. Aiyana przez wiele lat w nie nie wierzyła; rzekome dowody zawsze udawało się wytłumaczyć w inny sposób, a ludzie nie napotykali żadnych przeszkód podczas badania głębin Cyfrowego Morza.
Wszystko zmieniło się jednak, gdy Charles Soule zniszczył ciało Xaviera Schaeffera; na całym świecie w kodzie źródłowym przeróżnych programów zaczęły pojawiać się dziwne fragmenty świadczące o tym, że ktoś niepowołany przy nich majstrował. Jakby tego było mało, jeden ze statków, który zwiedzał odległe rejony Internetu, zaginął bez śladu. Gdy Aiyana połączyła ze sobą te wszystkie fakty, postanowiła, że dla dobra swojego plemienia musi poznać prawdę. W ciągu rocznej wędrówki nie udało jej się znaleźć sztucznej inteligencji na żadnym ze światów, które odwiedziła; natknęła się za to na poszlaki wskazujące na to, że Ruiny Starej Kartaginy tak naprawdę były jedynie placówką badawczą; prawdziwy świat stworzony przez Kartaginę miał dalej pozostawać nieodkryty. Wydawały się niezbyt prawdopodobne, ale czy można było sobie wyobrazić lepszą kryjówkę dla Xany? Mogła je zweryfikować tylko w jeden sposób: włamując się do superkomputera, na którym obecnie znajdowały się ruiny. Właśnie w ten sposób trafił na drugą edycję.
“A więc to prawda. O przodkowie, to wszystko prawda…”. W takim wypadku mogła zrobić tylko jedno:

PUNKT DOCELOWY: ?????????
STARY PUNKT DOSTĘPU: RUINY STAREJ KARTAGINY. WIEŻA 1.
NOWY PUNKT DOSTĘPU: PUSTYNIA, WIEŻA 23.
CZY NA PEWNO CHCESZ ZATWIERDZIĆ WPROWADZONE ZMIANY?

Aiyana potwierdziła, a jej wieża zadrżała w posadach, gdy superkomputer przekierował do niej tajemnicze połączenie. Jeżeli Xana faktycznie czaił się po drugiej stronie, to musi zrobić wszystko, by go powstrzymać. Jednym machnięciem ręki wyłączyła terminal; nie będzie już jej do niczego potrzebny.
A potem podeszła do krawędzi platformy, rozłożyła ręce i spadła w nieznane.

* Raphael Lake & Royal Baggs – Devil’s Gonna Come https://www.youtube.com/watch?v=wIrzOQyyy5A
** Disturbed – Are You Ready https://www.youtube.com/watch?v=fXrpnl3NkFE


Finał zakończył się zwycięstwem Aiyany Storm ~ Mayakovsky

[Finał 1] Jerzy Tasiemski vs Aiyana Storm

Stał na krawędzi klifu, przyglądając się pustynnej równinie przed nim. Wiatr przesuwał masy drobin, wprawiając je w powolny wędrówkę, pomiędzy pojedynczymi, skalnymi ostańcami.
Po raz kolejny tego dnia naszło go, że za niespełna czterdzieści osiem godzin przyjdzie mu się zmierzyć z drugą finalistką na innej pustyni.
Prychnął sam do siebie rozbawiony. Zapisał się na turniej z czystej ciekawości przekonania się, czy te wszystkie rajdy w Zonie dały radę przygotować go na wszystko. I jak na razie wychodziłoby, że było w tym ziarno prawdy. Bywało lepiej i gorzej, ale zawsze udawało mu się wyjść zwycięsko z każdego starcia.
— Jeśli i tym łazem wygłam, to będę miał pszełąbane… — westchnął, poprawiając chwyt na trzymanych rękojeściach. I choć nie wybrał żadnej broni, to pomagało mu się to uspokoić.
Dotarło bowiem do niego, że jeśli wygra, to chyba pół internetu się zainteresuje, gdzie się tego wszystkiego nauczył i Zona przestanie być już tak nieznana, jak dotąd. Będzie rozpoznawana jako miejsce nauk zwycięzcy ostatniej Areny. Zainteresowanie wzrośnie, będzie więcej odwiedzających, jak i tych chcących poznać go osobiście.
I nawet świadomość, że zainteresowanie Zonie się przyda, to mimo wszystko mu to przeszkadzało.
Dotąd było to miejsce, w którym wszyscy się znali i mogli być sobą, bo mieli świadomość, że są wśród swoich. I choć zapewne większości, a już w szczególności Walkirii nie będzie to przeszkadzać, to dla niego będzie to sporym problemem.
Tutaj zawsze było tak, że każdy zajmował się, tym co chciał, chyba że wymagała tego sytuacja.
A w tym momencie można było spokojnie odliczać godziny, które pozostały do zakończenia takiego stanu rzeczy.
Westchnął po raz kolejny i usiadł na skraju urwiska. Odłożył sprzęt na swoje miejsce, po czym przywołał przed sobą menu Zony. Po chwili szukania zwieńczonego kolejnym westchnieniem, które przeszło w nucenie bliżej niezidentyfikowanej melodii, znalazł, to co chciał.
Przed nim pojawił się przejrzysty ekran, na którym zaczęło się wyświetlać nagranie z ostatniej walki Aiyany.
— Pokasz mi wszystko, na co cię stać — mruknął do siebie, skupiając się na ekranie.

***
— Witaj Jerzy. Twoim wrogiem będzie Aiyana Storm, walczyć będziecie w sektorze pustynnym, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia — usłyszał standardowy, kobiecy głos wokół siebie, po czym czarne pudło, w którym się znajdował, zniknęło.
Odbił się od żółtego podłoża i robiąc salto do tyłu, wyciągną uchwyty znad ramion.
— Witaj i szyczę szczęścia — rzucił, lądując i łącząc rękojeści w yari. — Na małginesie… Ładny masz kij.
— Zajmij się lepiej własnymi zabawkami — odparła dziewczyna, mrużąc gniewnie oczy i przywołując swoją broń.
— Wybacz, sze jestem jednym z tych dopakowanych pszeciwników — odpowiedział, zarzucając włócznię na kark i robiąc palcami cudzysłów. — Ale z tego, co mi wiadomo, to inni chyba się ogłaniczali ze spszętem, przy zapisach, a ja wziąłem ze sobą wszystko. Więc chyba nie jest ze mną jeszcze tak źle, jak z naszymi popszednimi pszeciwnikami.
Żadne z nich nic więcej nie odpowiedziało. Jedynie wpatrywali się w siebie nawzajem, nie ważąc się ruszyć jako pierwsze i wystawić się na kontrę przeciwnika. Doświadczenie obojga dawało w tym momencie o sobie znać.
Równie dobrze mogliby stać tam od samego początku sektora, jak wszystkie inne formacje skalne wokół. W tym momencie, zarówno dla niej, jak i dla niego, czas jakby przestał istnieć. Była tylko ten moment i konsekwencje pierwszego ruchu.
Niespodziewanie Jerzy rzucił się na dziewczynę, wyprowadzając znad głowy uderzenie drzewce włóczni. Tak jak przypuszczał, bez większego trudu zablokowało cios, łapiąc kij w obie ręce. Niestety siła okazała się dla niej zbyt duża. Wyraźnie ugięła łokcie, lecz nie zamierzała się poddać. Odepchnęła jego oręż i odskoczyła do tyłu.
Polak nie zamierzał jednak odpuszczać. Bez słowa poprawił chwyt i ponownie zaatakował, wyprowadzając kolejne pchnięcia. Wszystkie jednak chybiały celu. Aiyana zachowywała się jak woda. Wszystkie jej ruchy były płynne, odchylając się od kolejnych dźgnięć, bez najmniejszego trudu, nie ważne, w które miejsce celował. Ramię, tułów, czy głowę. Każdy atak mijał celu. Tak jakby te dwadzieścia centymetrów różnicy między nimi zapewniało indiance jakiegoś niewyjaśnionego skilla.
Nawet jeśli faktycznie tak było, Polak nie zamierzał zaprzątać sobie tym głowy. Wolał zająć się raczej znalezieniem sposobu na trafienie czarnowłosej.
I tak po kolejnym nieudanym pchnięciu w głowę, zamiast znów dźgnąć, obrócił się wokół własnej osi, wyprowadzając szeroki cios po łuku, celując w kark przeciwniczki. Ta jednak ponownie bez problemu uniknęła ataku, zwyczajnie odskakując do tyłu. Zaraz też skorzystała z okazji, gdy chłopak nie trafiwszy, siłą rozpędu obrócił się do niej plecami.
Uderzyła kijem, celując kijem między łopatki. On jednak tak zakręcił yari, że broń dziewczyny ze szczękiem została odbita na bok. Nie poprzestał jednak na obronie i nim zdążyła odzyskać równowagę, uderzył ją końcem włóczni w brzuch. Co prawda, był to tępy koniec włóczni, to i tak liczył się fakt trafienia.
— Punkt dla mnie — rzucił, ponownie przyjmując postawę w stronę Aiyane i zmieniając yari na naginatę. — Szkoda, tylko sze wybrałem Suzumebachi zamiast Kułen. No ale mówi się tłudno.
Okazało się, że czarnowłosa nie ma na ten temat nic do dodania, choć po jej minie Jerzy przypuszczał, że nie podzielała jego zdania na temat wyboru broni.
Ponownie stali jak na początku starcia, lecz tym razem zastój, nie trwał tak długo. Polak ponownie zaatakował pierwszy, tym razem wyprowadzając poziome cięcie. Jednak nie tylko on postanowił zmienić taktykę. Odskoczyła poza zasięg jego broni, jednocześnie zmieniając się w swoje opierzone wcielenie i szybko zniknęła mu z oczu, wlatując pomiędzy szare skały, tworzące aleję.
Nie marnując czasu, pobiegł za nią.
Znalazłszy się między skałami, zaczął stąpać powoli przed siebie, rozglądając się we wszystkie strony, nie chcąc dać się zajść dziewczynie od tyłu. Jej jednak nigdzie nie było widać. Żaden szmer nie zdradzał też, gdzie mogłaby się kryć. Tak jakby został tu zupełnie sam.
Wiedział jednak, że gdzieś musiała być.
Dotarłszy mniej więcej w połowie alei, dostrzegł, że cień zza jego pleców poruszył się, alarmując go. Odruchowo odwrócił się, chcąc wyprowadzić atak, gdy zadał sobie sprawę z pewnego faktu.
Cień, który się poruszył, był zdecydowanie za duży, by mógł należeć do drobnej Indianki.
W miejscu, w którym spodziewał się przeciwnika, nie dostrzegł czarnowłosej, a wielkiego, czarnego niedźwiedzia, wyprowadzającego cios potężną łapą.
Na jego szczęście Polak zdążył się zasłonić trzymaną bronią, nim zwierz uderzył go, posyłając kilka metrów z powrotem, tam skąd przyszedł.
Lądując z poślizgiem i zatrzymując się na jednym z kamieni, wypuścił swoją broń. Potrząsając głową Jerzy, próbował otrząsnąć się po walnięciu w skalną płytę. Dawno już nie oberwał tak mocno.
Jednak jak można było się spodziewać, wezwany przez Aiyane niedźwiedź nie zamierzał poprzestać, na jednym przyjacielskim pacnięciu. Lądując z powrotem na cztery łapy, ruszył na chłopaka, chcąc dalej zabawiać blondyna.
Ten jednak nie zamierzał skorzystać z tej przyjemności. On natomiast nie miał szans w porę odskoczyć przed nadciągający zwierzem.
Strój Jerzego błysnął ciemniejszym kolorem, dosłownie ułamek sekundy przed tym, jak niedźwiedź ponownie go uderzył, ponownie powalając na ziemię. Bastion jednak spełni swoje zadanie i zapobiegł utracie kolejnych punktów życia. Już pierwszy cios pozbawił go ze trzydziestu punktów życia, nawet pomimo próby blokowania.
Drugi z pewnością pozbawiłby go przynajmniej połowy paska zdrowia, co jak nic wystawiłoby go Ayianie na srebrnej tacy.
Misiek tymczasem przygotowywał się do dalszej zabawy nową zabawką. Jerzy zaś ani myślał dalej za nią robić, nawet jeśli nic mu chwilowo nie groziło.
Skoczył pod łapą atakującego miśka i złapawszy naginatę i zatoczył nią

— Leszeć… — krzyknął na niedźwiedzia w chwili, w której metalowy obciążnik uderzył w jego łeb. Siła perswazji musiała być wystarczająca, gdyż wielki zwierz nie dość, że nie wstał, to jeszcze dodał coś od siebie, rozpadając się w cyfrowy proch.
— Te twoje zwieszaki, to chociasz szczepione? Jakoś nie uśmiecha mi się cyfrowa wścieklizna — powiedział w przestrzeń.
— Zainteresowałbyś się lepiej sobą — usłyszał gdzieś za sobą. Jednak kolejna wypowiedź padła już z innego miejsca. — Nie chciało się nauczyć poprawnie mówić?
— Ci… Bo się jeszcze wyda… — rzucił z uśmiechem, choć jego przeciwniczka, nie miała jak go zobaczyć. Tak samo, jak on nie mógł jej wypatrzeć wśród tych wszystkich skał. Te bose stopy naprawdę zapewniały jej cichy krok. Znacznie cichszy, niż można było się spodziewać.
Nagle, kątem oka Jerzy dostrzegł szybki ruch pomiędzy skałami, a ułamek sekundy później, kolejny, po przeciwnej stronie.
Wybiegając na otwartą przestrzeń, dostrzegł jak po nieboskłonie, krążą dwa ptaki.
— Szukałem sokoła w dzień… — zanucił, lecz szybko przestał, krzywiąc się. — Nie… To źle bszmi.
Po tym stwierdzeniu, bez dalszych słów, wrócił do obserwacji oby ptaków.
Tyle razy oglądał walki przeciwniczki, a i tak wciąż nie potrafił zapamiętać, czy zmieniała się w sokoła i przywoływała jastrzębia, czy też było na odwrót. Zresztą w odległość, jaką utrzymywały oba ptaki, ciężko było dostrzec jakiekolwiek różnice.
Jak się jednak okazało, jego przeciwniczka zadbała o to, by nie musiał się dłużej głowić, nad tym problemem, gdyż jeden z zataczających kręgi ptaków, zwyczajnie znikł. Jednocześnie zza pleców blondyna, dobiegł charakterystyczny ryk.
— Nosz choleła… — zaklął chłopak, odruchowo unikając skaczącego kota piruetem i stając z nim przysłowiowym “twarzą w twarz”. — Atakować od tyłu? Bszydki kotek. Twoja pani źle cię wychowała.
Jednocześnie kombinezon Polaka, ponownie migną ciemniejszym kolorem, co oznaczało, że czas trwania Bastionu dobiegł końca.
— No i fajnie… — podsumował, choć po tonie jego głosu, nie było mu chyba bardzo do śmiechu. — Czyli bawimy się w kotka i myszkę, tak?
Puma jakby na potwierdzenie tych słów zaatakowała, lecz tym razem Jerzy był na to przygotowany. Zgrabnie uniknął skaczącego zwierza, jednocześnie wycofując się o kilka kroków. Normalnie, próbowałby pozbyć się kota, gdy ten atakuje, lecz w tej sytuacji, mogłoby to skutkować wystawieniem się wciąż latającej mu nad głową Indiance. A to było ostatnie co obecnie miał w planach.
Tak więc uskakiwał, to w jedną, to w drugą stronę, wciąż się wycofując. Jednocześnie starając się mieć oba zwierzęta na oku, co mimo usilnych starań nie było takie łatwe.
Wtem stało się coś, czego żaden wojownik wolałby nie doświadczyć. Poczuł jak stopa i plecy natrafiają na opór.
Skała za sobą, a przeciwnik przed i nad nim.
W tym momencie puma skoczyła w jego stronę, jak nic celując zębami w jego szyję, na co w zaistniałej sytuacji nie mógł zareagować inaczej, jak próbą zablokowania. I choć wyszło mu to doskonale i trzonek utkwił bestii w szczękach, to tego, co stało się później, nie przewidział.
Puma, zamiast walczyć z nim, próbując dosięgnąć pazurami, lub odpuścić i ponowić próbę, zacisnęła mocniej szczęki na drzewcu i wyrwała mu je.
W tym momencie nad jego dało się słyszeć przenikliwy pisk i narastający świst.
Uświadomi sobie, że znalazł się w naprawdę nieciekawej sytuacji.
Stał bowiem oparty plecami o skalną ścianę i nie było opcji, by zdołał uciec. Z trzech stron lista skała, a od strony przejścia pikował na niego drapieżny ptak. Doskok nie wchodził w grę, gdyż jego włócznia wciąż znajdowała się między zębami wielkiego kota, a jakoś nie uśmiechało mu się zapoznać się bliżej z kompletem jego pazurów. Nawet jakby rzuciła bronią, by do niej doskoczyć, nie wchodziło tym razem w grę. Aiyana jak nic zdążyła zmienić tor lotu, a czekanie z tym na ostatnią chwilę przy jej prędkości nie wchodziło w grę.
Uświadomił sobie, że to ten moment, który miał zadecydować, które z nich jest lepsze. I wyglądało na to, że nie tylko on to wiedział, ale i jego przeciwniczka, jak i wszyscy widzowie ekranami.
Zasłonił się rękami, czekając na nieuniknione, a Indianka w locie wróciła do swej ludzkiej postaci, unosząc kij, do decydującego uderzenia. Uderzenia, poprzedzonego jednym krótkim słowem i które o włos minęło celu, gdy Jerzy odchylił się na bok.
W tym samym momencie z pleców dziewczyny wyrosło zakrzywione ostrze katany, a impet jej uderzenia posłał ich dwójkę z powrotem na ścianę kanionu.
I choć dziewczyna zaczęła rozpadać się w cyfrowy proch, to zdążył spojrzeć polakowi w oczy, gdy i on spojrzał na nią z wyraźną prośbą wybaczenia mu.
Nie dowiedział się jednak, czy czarnowłosa wybaczyła mu to zagranie, gdyż jej avatar rozpaść się do końca, nim zdążyła otworzyć usta. Natomiast rękojeść katany wciąż spoczywała pomiędzy jego wyciągniętym przedramieniem, na którym wylądowała zdewirtualizowana już dziewczyna a prawą dłonią.
— No i mam przekichane… — podsumował z krzywym uśmiechem na ustach, odwołując broń i wpatrując się w widoczne nad jego głową fragment, żółte niebo.
Dopiero po paru sekundach proces dewirtualizacji zaczął sprowadzać go na ziemię i rozpoczynając nowy okres w jego życiu.
Nie wiedział tylko, jak ma to zareagować.