[Tekst dodatkowy 2] Między arenami

(Wszystko, co działo się u Seriza przed walką z Aiyaną zostaje tu zachowane. Reszta według kanonu ustanowionego przez jej arenę)

Wirtualna piłeczka odbijała się raz za razem od wirtualnej ściany. Ni to równo, ni to zupełnie losowo. Kręcący się na obrotowym krześle chłopak raz łapał ją lewą, raz prawą ręką. Zmieniał kierunek ruchu, lub czasem zupełnie się zatrzymywał. Wydawało się, że o czymś myśli. Tymczasem wokół niego raz po raz wirtualizowały się zapisane kartki.
– Aiyana ma świetne pomysły. Bolesne, ale świetne – odezwał się chłopak, łapiąc piłeczkę i nie puszczając jej dalej. – Nie słyszałem by ktoś wcześniej tak załatwił przeciwnika – zaśmiał się.
Nikt mu nie odpowiedział.
– Mniejsza. Przyjemnie czasem przeanalizować przegraną, zamiast walczyć z kolejnymi słabeuszami.
– Liczysz na kolejną?
– W sumie nie – Seriz po raz kolejny rzucił piłeczką. – Jean nie jest kimś, z kim mógłbym przegrać.
– O Aiyanie też tak myślałeś.
– Cóż. Przeliczyłem się. Ale tutaj zaważyło kilka kwestii. Nie wybrałbym takiego uzbrojenia i zestawu mocy do walki z nią. Też jest profesjonalistką. Do tego starszą. Choć też muszę przyznać, że z łukiem wydawała się straszniejsza.
– Po statystykach sądzę, że radzi sobie równie dobrze z obecną bronią.
– Wydawała się. Podkreślam – Seriz znów złapał piłeczkę. Przyjrzał się jej.
Zapadła dłuższa chwila ciszy. Notatki wokół Seriza zaczęły się automatycznie sortować na kupki i odstawiać na solidne, drewniane biurko. Piłeczka, zgnieciona w dłoni chłopaka, zdewirtualizowała się.
– Wiesz co, dręczy mnie jeszcze jedna sprawa.
– Co tam?
– Pamiętasz tą informację, którą przekazaliśmy Melanie?
– Co w związku z tym?
– Tak myślę… – spojrzał na rękę, zaczął liczyć coś na palcach. – Jeśli liczymy mnie, przynajmniej trzy osoby w ciągu ostatnich dwóch edycji mają związek z Xaną. Mniej lub bardziej pośredni. Cztery, jeśli liczymy Marionetkę osobno.
– Uznałeś ją za jedną osobę z Tadeuszem? – program zdawał się śmiać.
– Nie policzyłem jej jako uczestniczki Turnieju. Ale powinienem. Chodzi mi o to, że coś tu się kroi. Niby wiesz… Xana oficjalnie nie żyje. Ale szczerze? Nie ma wojny w Ba Sing Se. Coś jest na rzeczy. Może oficjalna informacja nie jest błędna, ale sam widzisz… Jesteś ty. Kopia części kodu. Jest Melanie z jej pierścieniem. Zareagował na ciebie. Słabo, ale jednak. No i w końcu jest Xan Guldur. Nie mogło powstać raczej podczas wojny Wojowników Lyoko. Tylko później. Ale to, mimo wszystko, forteca Xany. Wszystko na to wskazuje. Marionetka na to wskazuje… – przerwał na chwilę, wypuszczając wirtualne powietrze. Potrzebował chwili. – Melanie raczej ponownie się z nami nie spotka. Nie, by porozmawiać. Nie mamy już nic, co moglibyśmy jej przekazać. Poza tobą, ale tego nie zrobię. Pozostaje zatem Tadeusz i Marionetka.
– Co mam zrobić?
– Byłbyś w stanie namierzyć Xan Guldur? Spróbujemy im złożyć wizytę.
Chwila ciszy.
– Marionetka niedawno się pokazała… Myślę, że zostawiła po sobie silny ślad… Tak myślę. Ale to może trochę potrwać.
– Ile?
– Gdybym miał dostęp do wieży, to kilkanaście minut. Ale jesteśmy połączeni. Musiałbyś aktywować wieżę manualnie. A to zwróci na nas niepotrzebną uwagę. Myślę, że, gdybym zaczął teraz, skończyłbym gdzieś w okolicach twojej walki o trzecie miejsce.
Chwila ciszy. Chłopak znów wypuścił powietrze, a potem przetarł ręką oczy. Spojrzał w sufit.
– Seriz?
– Co mam ci odpowiedzieć? Walić turniej. Ta sprawa jest ciekawsza – odparł beznamiętnie.
– Czyli nie…? – program próbował się upewnić.
– Taka okazja może się nie powtórzyć, Tes. Nie mam w zasadzie o co teraz walczyć. Więc powinniśmy chociaż spróbować rozwiązać tą tajemnicę.
– A jeśli nie ma żadnej tajemnicy? Jeśli po prostu tak się złożyło, że z jednym wydarzeniem są związani różni ludzie? Patrzysz na to ze swojej perspektywy, ale pomyśl ogólnie. Jest wiele osób, które szukają Xany. Całe kulty. Poza tym pomyśl o klubie. Reprezentujesz ich. Co pomyśli twój wujek?
Chwila ciszy.
– Seriz?
– Córka Williama Dunbara, posiadacz fortecy Xany i syn człowieka, który jakimś cudem posiadł część kodu Xany – tu wskazał na siebie. – To wydaje ci się przypadkiem?
 Ktoś cię zmuszał do dołączenia do turnieju? – program spróbował zażartować.
– Nie. Ale wydaje mi się, że coś, albo ktoś nas tutaj ciągnie. Może nie Xana. Może człowiek. Może inny program. Może… Kaaartaagina? – wolno zapytał sam siebie.
– Nie mamy żadnych wskazówek, że może to mieć związek z Kartaginą.
– W ogóle niewiele o niej wiemy. To może coś znaczyć.
– Czyli mam szukać o…
– Nie. Szukaj Xan Guldur. Cokolwiek się dzieje, muszę porozmawiać z Marionetką i Tadeuszem. Ewentualnie potem spróbuję pomówić z innymi uczestnikami. Może z Aiyaną? Wydziobała mi oczy, więc może nie chcieć ze mną rozmawiać, ale walczy tu już drugi raz. Jeśli się nie zorientuje, może zostać cennym źródłem informacji. Przynajmniej o ludziach.

Seriz wstał z krzesła.
– Idziemy do hangaru. Jak namierzysz Xan Guldur, idziemy natychmiast. Przy okazji, skonfiguruj wyposażenie.
– Aktywować wszystko?
– Ta. Nie wiemy, jak zostaniemy przyjęci. To w końcu włamanie.

***

“Walka o trzecie miejsce w tegorocznym Turnieju Aren została zawieszona.
Mówi się, że ani Jean-Paul Cremufca, ani Seriz Cortez nie zjawili się w wyznaczonym czasie na Arenie”

“Nie jest znane miejsce pobytu obu uczestników”

***

Seriz wylądował na gładkiej podłodze jednego z bocznych korytarzyków Xan Guldur. Przywitała go ciemność i ledwo widoczna, czerwona poświata.
Coś ruszyło się na drugim końcu korytarza. Szło w stronę młodzieńca.
– Różan! Musimy pogadać! – krzyknął w przestrzeń, jednocześnie przygotowując się do walki.

[Półfinał 2-1] Seriz Cortez vs Aiyana Storm

Ray stanął przed jasnymi, drewnianymi drzwiami, zastanawiając się, czy dzwonić, czy pukać. W końcu doszedł do wniosku, że wuj przyjaciela powinien być teraz w pracy. Zadzwonił. Po chwili usłyszał dźwięk odblokowywania zamków i nacisnął klamkę.
W przedpokoju było ciemnawo. Zamknął za sobą drzwi, zdjął buty i ostrożnie wszedł w głąb domu. Domyślał się, że to nie Seriz go wpuścił. Zwykle wtedy zbiegał, o ile można to tak nazwać, na powitanie. Teraz dom wydawał się jakby opuszczony. W ciszy było słychać bzyczenie prądu w licznych urządzeniach.
Ray wszedł na górę. Schody były proste, staroświeckie. W nowym budownictwie, do którego przecież należał ten dom, nie powinny się znaleźć. Ludzie w tych czasach kochali spiralne płytki ze szkła, a nie, zajmujące dużo miejsca, solidne stopnie.
Na piętrze chłopak skręcił w prawo, o mało nie potykając się o dywan. Zdziwił się, po chwili jednak machnął ręką, pamiętając, że Seriz kocha utrudniać sobie życie. A może taka pułapka nie stanowiła dla niego problemu?
Ray zapukał do pokoju, który, z tego co pamiętał, należał do Seriza. Odpowiedziała mu cisza. Zapukał ponownie, i ponownie.
– Nessie, to ja – odezwał się, chcąc skłonić Seriza do jakiejkolwiek reakcji.
– Nie wpuszczałem cię tu – odparł w końcu chłopak, jakby od niechcenia.
– Chcę tylko wiedzieć, co się stało.
Cisza.
Ray przygryzł wargę. Przyjaciel nie pojawił się na umówionym spotkaniu, nie odpisywał na wiadomości. Chłopak nie wiedział, co się dzieje.
– Chodzi o walkę z tą dzikuską? Boisz się jej?
Cisza. Ray domyślił się, że przesadził. Spodziewał się, że zaraz drzwi się otworzą, a Seriz wyzwie go od rasistów. Może chociaż zaczęłoby to jakąś rozmowę. Jednak tak się nie stało.
Po minucie, czy dwóch Ray po prostu popchnął drzwi i wszedł do środka. Zastał Seriza na łóżku, z twarzą w poduszce. Zupełnie nie zareagował, że ktoś wszedł.
Sam pokój wyglądał, jakby przeszło po nim tornado – porozrzucane książki, przewrócone krzesło, klawiatura roztrzaskana o ścianę. Seriz też wyglądał jak siedem nieszczęść. Rayowi w tym obrazku brakowało jedynie zakrwawionego noża, ale domyślił się, że Seriz nie miał nawet motywacji po niego wstać.
– Co się stało? – zapytał Ray.
Seriz delikatnie odwrócił do niego głowę, by choć jednym okiem widzieć rozmówcę.
– Tes cię wpuścił. Niech on ci powie.
– Chcę wiedzieć od ciebie. Nie chodzi o Aiyanę, tak? Więc o co?
Seriz z powrotem wtulił twarz w poduszkę, ignorując pytanie.
Ray wyjął z kieszeni telefon. Dotyk padł tuż po odblokowaniu, jakby Tes czekał tylko na sygnał. Przez chwilę wyświetlacz zamigotał, jego część przeskoczyła, niby w starym telewizorze. Potem otworzyła się przeglądarka i odpowiedni artykuł. Ray odzyskał kontrolę nad telefonem i przejrzał tekst.
“Zamach na światowej klasy klinikę leczenia cyfrowego. Śmierć poniosła ponad setka lekarzy z całego świata, zebranych na dorocznej konferencji…”
– Nie rozumiem – przyznał Ray. – Co to ma do rzeczy?
– Nie rozumiesz – powtórzył Seriz. Po tych słowach podniósł się chwiejącymi rękami i usiadł, spuszczając nogę na podłogę. Zmusił się do uśmiechu i poklepał kikut drugiej nogi. – Będę kaleką do końca życia – odparł. – Tam – wskazał na telefon– była moja jedyna możliwość na wyleczenie. Po tych siedmiu razach. Zupełnie inna technika. Profesor sam się ze mną skontaktował. Wyliczył wszytko. Sprawdziliśmy to z Tesem. Zadziałałoby. Miałbym pieprzoną nogę. Za kosmiczną sumę, po którą zgłosiłem się do turnieju. I wiesz co? Miałbym tą sumę. Miałbym nawet teraz, jeśli tylko wygrałbym walkę z Aiyaną. I wiesz? Widzisz? Widzisz, co tutaj napisali? Jego nazwisko jest na liście. On zginął, całe jego badania przepadły. Jaki więc sens w tym wszystkim? Po co mam dalej walczyć? Po co w ogóle mam z tobą rozmawiać?
– Przepraszam, ja…
– Idź już – uznał Seriz, pozbywając się sztucznego uśmiechu. – Nie chcę cię tutaj.
– Poczekaj… – Ray chciał choć spróbować rozmowy.
W tym momencie silna ręka złapała go i wyciągnęła z pokoju.
– Zostaw go w spokoju.

_______________________________________

– Mam walczyć za ciebie?
– Nie. Zachowam resztkę honoru. Czy przegram, czy wygram, i tak czeka mnie jeszcze jedna walka. Co więc za różnica?
– Tylko proponuję.
– Nie ma sensu. Może chociaż trochę się wyżyję.
Chwila ciszy.
– Zmienić ustawienia?
– Ustaw na maksa. Samemu zabić się nie wypada, to chociaż pozwolę Aiyanie mnie pociąć.
– Nie wiem, czy dwa pełne symulatory bólu to dobry pomysł. W razie czego zmieniać?
– Jak uważasz.
– Proponuję połączenie wewnętrzne, żeby uniknąć dyskwalifikacji za zmiany ustawień w czasie walki.
– Aktywacja wieży tylko na czas walki to zły pomysł. Po prostu zostaw jak jest.
– Ale w razie czego…
– Nie. Spokojnie. Ustaw i zostaw.
– Możemy spróbować połączenia stałego.
– Chcesz mnie opętać do końca życia? Dziękuję. Poza tym na to potrzebowalibyśmy więcej czasu. Dwie godziny do walki… W sumie, czemu nie? Co mam do stracenia?
– Połączenie można zerwać. Historia Dunbara na to wskazuje.
– A zanim to się stanie, spróbujesz przejąć kontrolę nad światem?
– Nie jestem Xana, tylko jego kopią. Ale cieszę się, że odzyskujesz humor.
– Może. Ale nie jestem pewny, czy uda nam się przed walką. Z tego, co ostatnio liczyłeś, mogą być problemy.
– W razie czego możesz na mnie polegać.
– Wolałbym sam walczyć.
– Pozwolę ci, dopóki to będzie możliwe.

_______________________________________

Dwoje wojowników opadło na leśne ścieżki. Oboje od razu gotowi do walki. Seriz złapał swoje dwa miecze, Aiyana przygotowała kij. Chłopak od razu rzucił się w stronę przeciwniczki. Wydawała się tylko trochę zdziwiona. Bez problemu odparowała pierwsze kilka, zadanych na oślep ciosów i odskoczyła, przywołując niedźwiedzia, by dać sobie szansę na zmianę w sokoła i odlecenia od przeciwnika. Ku swojemu zaskoczeniu, od razu musiała uniknąć lecącego w jej stronę noża.
Tymczasem Seriz skupił się na niedźwiedziu. Nie miał zamiaru bać się Aiyany, która z dystansu niewiele mogła mu zrobić.
Wiedział, że od miśka nie ma wielkiego sensu uciekać. Był o wiele szybszy, a odwrócenie się do niego plecami mogło skończyć się o wiele gorzej, niż bezpośrednia walka. Seriz więc, niewiele myśląc, zeskoczył ze ścieżki, by wykorzystać swój atut. Lecąc w stronę wody, spokojnie schował miecze, wyjął wędkę i nóż, i pośpiesznie wypatrzył miejsce, do którego mógł bezpiecznie się odbić. Oczywiście spodziewał się, że Aiyana zaraz go tam złapie.
Lecąc już w górę, chłopak rzucił wędkę w stronę jednego z drzew. Oplotła je wysoko. Bardzo dobrze. Prawie od razu przy żyłce pojawił się ptak. Seriz nie był w stanie powiedzieć, czy to Aiyana, czy chowaniec, ale tak czy siak puścił wędkę, lądując w tym samym miejscu, z którego skakał. O tym, że ptak jest jego przeciwniczką, przekonał się prawie od razu, czując spotęgowane odczucie pazurów na jego plecach.
Momentalnie wzniósł za sobą barierę i rzucił się do przodu, na większą polankę
Nie zauważył niedźwiedzia. Był tak skupiony na tym, czy przeciwniczka zainteresuje się wędką, czy nie, że nie zaważył ogromnego niedźwiedzia. Przeklął w duchu.
~ Może pomóc? ~ odezwał się Tes.
Seriz to zignorował. Schował nóż, drugą ręką wyciągając jeden z mieczy. Rozejrzał się za Aiyaną. Nie widząc jej, odwrócił się do niedźwiedzia. Wyciągnął drugi miecz.
Zwierzak nie miał łapy, ale wyglądało na to, że jeszcze się trzyma. Seriz przyjął to ze spokojem. Powinien móc go wykończyć, jeśli tylko bestia spróbuje się ruszyć.
Tylko dlaczego Aiyana nie odwoływała rannego zwierzaka?
” Liczy, że go zaatakuję” – uznał chłopak.
Usłyszał za sobą szelest piór. Obrócił się w porę, by zobaczyć, jak Aiyana kończy zmianę w człowieka i, by sparować jej cios. Momentalnie, korzystając z obrotu, wystawił wprzód nogę. Aiyana zdążyła cofnąć się, jednak wyraźnie się zachwiała.
Miecz Seriza pomknął w stronę dziewczyny. Nie miała jak sparować tego ciosu, więc chłopak domyślił się, że przywoła kolejnego chowańca.
Atak nie był zbyt celny. Odebrał dziewczynie tylko kilka punktów, co szczerze zdziwiło Seriza. Nie miał jednak czasu go poprawić. Zrobił unik w samą porę, by kuguar go nie zranił. Zwierzak jednak wylądował praktycznie na nim, więc zaraz miał kolejną możliwość zadania ciosu. Na szczęście chłopak także. Kopnął zwierzaka odruchowo, choć od razu skarcił się, że powinien użyć miecza. Kot zaskomlał, jednak atak go tylko bardziej rozwścieczył. Seriz nie czekał na jego ruch. Wbił jeden z mieczy aż po rękojeść w ciało kuguara.
Zwierzak zaczął się dewirtualizować. Seriz, nie czekając na koniec procesu, poderwał się. Aiyana momentalnie zaatakowała. Pozwolił jej uderzyć. Nie mogła zadać mu wielkich obrażeń pod kątem, z którego atakowała. Z przyjemnością przyjął ból uderzenia, zaraz jednak zjeżdżający licznik punktów przypomniał mu, że nie powinien dawać się trafić. Zrobił unik przed kolejnym ciosem i z obrotu kopnął dziewczynę. Odsunęła się kilka kroków, jednak nie zabrało jej to punktów.
~ Może…?
“Zamknij się” – pomyślał Seriz, licząc że dotrze to do programu.
Rzucił się w stronę dziewczyny. Odparowała pierwsze ciosy, potem sama spróbowała go kopnąć. Trafiła w lewą nogę. Chłopak w ogóle tego nie poczuł i, zaskoczony, stracił równowagę. Podparł się mieczem, tymczasem dziewczyna zaatakowała. Seriz, nie mając wiele do stracenia, jej także podciął nogi. W rezultacie Aiyana wylądowała na nim, a on po raz kolejny musiał przeklinać swoją głupotę.
Ręka ześlizgnęła mu się z miecza, więc zupełnie runął na ziemię.  Złapał go zaraz z powrotem. Musiał szybko działać, zanim Aiyana zorientuje się, że ma przewagę. Przeturlał się, jak najszybciej starając się stanąć na nogi.
Dziewczyna jednak nie pozostawała bierna. Uderzyła go w nogę, także nie chcąc dawać mu przewagi. Uderzenie było silne. Seriz sam się zdziwił. Nie upadł, jednak odskakując, zorientował się, że coś jest nie tak. Cyfrowe drobinki, które pojawiały się przy dewirtualizacji, zaskoczyły go. Ale jego punkty życia nie spadły jeszcze do zera. Potrzebował chwili, nim wylądował na prawej nodze i zorientował się, że lewa już zniknęła.
Jakimś cudem, pewnie przy pomocy Tesa, chłopak zachował równowagę. Cieszył się, że przeciwniczka nie widzi jego przerażonej twarzy. Dziewczyna wstała, nie wierząc w to, co widzi.
– Oszust – syknęła.
– Zgłosiłem to. Nie oszukuję – odparł, zbyt zdezorientowany na nieszczerość.
Aiyana momentalnie przypuściła atak. Chłopak nie miał wielkich szans na odparowanie go. Musiał postawić wszystko na jedną kartę i liczyć na to, że kij zada mniej obrażeń, niż dwa miecze.
Aiyana biegła na niego. Była już prawie przy nim i zaczęła wyprowadzać cios.
Wtedy go olśniło. Wypuścił miecze i, przestając trzymać równowagę, zaczął spadać w tył. Za nim nie było już ścieżki. Ale nie potrzebował nawet wody tam w dole. Wzniósł barierę. Przecięła zaskoczoną dziewczynę na pół.
Mimo wszystko, Seriz trochę żałował, że nie pozna wyniku bezpośredniego ataku dziewczyny.

_______________________________________

W wirtualnym świecie tego nie czół, ale tutaj ból głowy był nie do zniesienia. Chyba miał gorączkę. Spróbował wyjść ze skanera. Upadł na ziemię, na nos. Przez chwilę leżał tak, starając się wytrzymać ból.
– To nie był dobry pomysł – stwierdził.
– Nie – przytaknął Tes.
Ale przynajmniej resztki lewej nogi pulsowały przyjemnym, nierealnym bólem.

[Półfinał 2-2] Seriz Cortez vs Aiyana Storm

Bywały dni, że na zazielenionym, wirtualnym klifie aż roiło się od przechodniów; to właśnie stąd mogli podziwiać bazę Armstrong, z której startowały wszystkie amerykańskie wyprawy badające bezkresne głębie Cyfrowego Morza. Przez ostatnie lata netonautyka praktycznie całkowicie wyparła tradycyjne loty w kosmos. Nie było w tym nic dziwnego; choć w ciągu ostatniego wieku technologia znacząco się rozwinęła, ludzkości nadal nie udało się odnaleźć sposobu na osiągnięcie prędkości nadświetlnych, a bez tego loty międzygwiezdne były po prostu zbyt niepraktyczne. Owszem, teoretycznie dałoby się wysłać astronautów do układu Alfa Centauri (a światowe mocarstwa wciąż zarzekały się, że wyścig do gwiazdy wciąż trwa), ale byłoby to przedsięwzięcie niesamowicie ryzykowne i jeszcze bardziej kosztowne. Mało kto zresztą byłby gotowy poświęcić piętnaście lat swojego życia na taki lot, w którym jeden błąd mógł oznaczać śmierć wszystkich uczestników, dlatego zebranie załogi również nie należało do najłatwiejszych zadań. Cyfrowe Morze stanowiło więc niezwykle ciekawą alternatywę; podróże przez jego odmęty były równie długie, lecz jednocześnie niemalże całkowicie bezpieczne i wręcz śmiesznie tanie. Wyglądało zatem na to, że choć człowiek z krwi i kości jeszcze długo nie postawi stopy na planecie spoza Układu Słonecznego, to jego spektralne widmo już wkrótce będzie mogło podziwiać potrójny wschód słońca*.
Tego dnia harmonogram nie przewidywał jednak żadnych startów, więc po okolicy kręciła się jedynie garstka największych zapaleńców. Właśnie z tego powodu Aiyana wybrała klif na miejsce jej dzisiejszego spotkania – wystarczyło tylko, by zamieniła swój wirtualny indiański strój na coś mniej rzucającego się w oczy i już nikt nie zwracał na nią większej uwagi. I całe szczęście, bo była wystarczająco zestresowana nadchodzącą rozmową nawet bez chmary dziennikarzy szukających taniej sensacji na karku. Zwłaszcza, że akurat dzisiaj mogliby ją faktycznie znaleźć…
Stojąca przy krawędzi Indianka spostrzegła, że w jej stronę zmierza niewysoka, młodziutka dziewczyna o jasnoróżowych włosach i azjatyckich rysach. Ubrana była jak uczennica japońskiego liceum – białą koszulę z czerwoną wstążką, czarną spódnicę i pasujące do niej ciemne podkolanówki. Nie trudno było się domyślić, że była fanką anime; pomimo upływu lat wielbicieli animacji z Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż była cała masa i większość z nich lubiła podkreślać swoim wyglądem przynależność do tej subkultury. Ku zdziwieniu Aiyany Japonka wydała jej się dziwnie znajoma. Czyżby to właśnie była…?
– Ohayo, Aiya-chan – zaświergotała nieznajoma słodkim głosikiem. – Prawie w ogóle się nie zmieniłaś, siostrzyczko.
– Dyani? To naprawdę ty? – nie mogła uwierzyć czarnowłosa.
– Nie nazywaj mnie tak! – powiedziała teatralnie obruszonym głosem Dyani Storm, jej młodsza  o rok siostra. – Już od dawna nią nie jestem; teraz noszę inne imię: Shika Arashi**. Ale ty możesz nazywać mnie Shi-chan.
– A ty dalej swoje, Dyani? – Aiyana pokręciła głową z roczarowaniem. – Nawet po tylu latach?
– Cofam, co powiedziałam: ty w ogóle się nie zmieniłaś, Aiya-chan – westchnęła uroczo Shika, marszcząc przy tym nosek. – Dlaczego nawet po tak długim czasie nie potrafisz zaakceptować mojego prawdziwego ja?
– Prawdziwego ja? Jesteś Washoanką, Dyani. Washoanką! Jeżeli chcesz oglądać swoje chińskie bajki, to w porządku, oglądaj sobie, ale nie możesz aż tak ostentacyjnie deptać naszej kultury! Zapomniałaś już, ile przeszli nasi przodkowie, żebyśmy mogli zachować naszą tożsamość?
– A wy nie możecie siłą wpychać mi tej kultury do gardła! – w głosie różowowłosej nie było już ani śladu słodyczy. – Tak, urodziłam się w indiańskiej rodzinie, ale wcale się o to nie prosiłam, rozumiesz? Nie mam ochoty biegać z dzidą po lesie ani modlić się do zmarłych praprapradziadków o opiekę. Cholera, ze wszystkich członków plemienia to ty powinnaś rozumieć to najlepiej, w końcu bierzesz udział w turnieju walk w wirtualnym świecie! Dałaś się im kompletnie zindoktrynować, Aiyano, także jeżeli przyszłaś tu tylko po to, by prawić mi kazania, to lepiej rozejdźmy się w swoje strony.
– Nie, siostrzyczko, nie dlatego chciałam się z tobą spotkać – wycofała się ostatecznie Indianka; kiedyś w końcu będą musiały przebrnąć przez ten temat, ale dzisiaj nie mogła sobie pozwolić na sprzeczkę. – Tego dnia, kiedy uciekłaś z domu… powiedziałaś mi, że zamierzasz dołączyć do Trojańczyków. Faktycznie to zrobiłaś?
– Ah, mogłam się domyślić, że to o to chodzi… Tak, zostałam Trojanką, bo czy tak naprawdę miałam jakieś inne wyjście? Przecież wiesz, że najlepiej wychodzi mi programowanie, a jakoś musiałam się utrzymać; modyfikowanie wirtualnego DNA może i nie jest legalne, ale za to przynosi spore zyski. Rozumiem, że chcesz poprawić to i owo, by lepiej wyglądać przed kamerą?
– Oczywiście, że nie! – jęknęła Aiyana. – Chociaż faktycznie muszę prosić cię o pomoc; potrzebuję modyfikacji, która sprawi, że nie będzie się dało mnie zmaterializować.
– Serio? – Shika wybuchnęła gromkim śmiechem. – Tego to się nie spodziewałam, Aiya-chan. Aż tak bardzo boisz się tego Seriza, że zaczęłaś szukać kodów na nieśmiertelność? Przykro mi, ale nic z tego.
– Nie zrozumiałaś mnie; chodzi mi o to, by w żaden sposób nie dało się mnie ściągnąć na Ziemię, nawet z pomocą komputera kwantowego. Domyślam się, że prędzej czy później dałoby się to obejść, ale to nie problem; wystarczy mi, by proces był zablokowany przez kilka godzin. Da się to zrobić?
– Oh… – dziewczyna zawahała się. – Tak, teoretycznie to chyba możliwe, ale opracowanie takiej zmiany zajęłoby sporo czasu; na pewno nie załatwię ci tego do najbliższej walki. No i bez urazy, ale trochę by cię to kosztowało.
– Niech i tak będzie – odparła zrezygnowana czarnowłosa. Po cichu liczyła na to, że jej siostra zgodzi się pomóc jej bezinteresownie, ale nie była na nią zła; w końcu to, że aż tak bardzo się od siebie oddaliły, było również jej winą. – Mogę poczekać do rundy finałowej. A jeżeli chodzi o zapłatę… – Aiyana wręczyła Dyani niewielki srebrny zegarek.
– Zaraz, czy to…?
– Zgadza się, to zegarek Łucji Mazur. I tak, sprawdziłam: nowi posiadacze również mogą korzystać z Minitu, także to cacko musi być warte małą fortunę. Możesz go wziąć pod zastaw; jeżeli po turnieju ci nie zapłacę, będziesz mogła go sprzedać i kupić sobie za to jakiś ładny dom w Japonii.
Shika zaniemówiła.
– Nic z tego nie rozumiem – powiedziała w końcu. – Co ty kombinujesz, siostro?
– Powiedzmy, że staram się naprawić błędy. I swoje, i cudze.

– Słowo daję, każdy kolejny przeciwnik jest coraz bardziej dopakowany – rzuciła kwaśno Aiyana, gdy tylko wylądowała nieopodal Seriza na wąskiej ścieżce w sektorze leśnym. – Dwa miecze, dwa noże, wędka, sakiewki zmniejszające, wodna tarcza, odporność na cyfrówkę… trzeba było od razu całą ciężarówkę z zaopatrzeniem zarejestrować.
– I co mam ci na to odpowiedzieć? – Cortez wzruszył ramionami. – Poczekaj na kolejną rundę,  to jeszcze zmienisz zda… – nagle chłopak rzucił się w kierunku przeciwniczki, licząc na to, że uda mu się ją zaskoczyć. Storm była jednak zbyt doświadczona, by nabrać się na coś tak prostego; swoim kijem bez trudu zbiła na bok nadchodzące ostrze, po czym szybko obróciła się w miejscu i drugim końcem uderzyła go w nogę.
I trafiła, ale zamiast zadać obrażeń, laska po prostu się odbiła się od celu.
– Co do… – zawołała zaskoczona Indianka, odskakując od rywala. Chłopak tylko na to czekał; jego drugi miecz przejechał po plecach dziewczyny, zabierając jej w ten sposób całe pięćdziesiąt punktów życia. – No bez jaj. Pancerna noga? I co jeszcze? Może zioniesz ogniem?
W odpowiedzi Seriz tylko się uśmiechnął. Oboje zdawali sobie sprawę, że właśnie udało mu się użyć najgroźniejszej broni Aiyany – podstępu – przeciwko niej samej, a przecież była to dopiero pierwsza ze sztuczek, jakie miał w zanadrzu. Teraz, kiedy uzyskał już przewagę, nie zamierzał dawać czarnowłosej nawet chwili wytchnienia, więc czym prędzej na nią zaszarżował. Ta była jednak teraz niezwykle ostrożna i jedynie blokowała ciosy, jednocześnie wycofując się do tyłu. W ten sposób dotarli do sporej rozmiarów owalnej platformy, na której środku znajdował się ogromny, pusty w środku spróchniały pień, a w pobliżu krawędzi rosło kilka samotnych drzew.
Indianka miała tu znacznie więcej miejsca, dlatego wreszcie zdecydowała się działać; gdy nieopodal niej pojawił się ogromny niedźwiedź brunatny, dziewczyna wbiła swój kij w ziemię, podparła się na nim jak na tyczce i przeskoczyła nad przeciwnikiem; teraz Seriz znajdował się dokładnie pomiędzy nią i jej chowańcem. Zaatakowali jednocześnie, ale najwyraźniej wędkarz był przygotowany również i na taką sytuację, bo od razu skierował się w stronę zwierzęcia. Jednakże, zamiast skorzystać ze swoich mieczy, chłopak przywołał swoją barierę dokładnie wtedy, gdy niedźwiedź zamachnął się na niego swoją potężną łapą; gdy tylko zwierzę dotknęło powierzchni wody, natychmiast zniknęło w rozbłysku jasnego światła. Następnie chłopak zwrócił się w stronę Aiyany i spróbował zaskoczyć ją swoim drugim asem w rękawie: wykorzystał swoją własną barierę, by przy pomocy drugiej mocy, wodnego tancerza, wystrzelić samego siebie w kierunku Storm. Cały manewr zajął mu jednak zbyt długo i dziewczyna zdążyła przygotować się na atak; zanim Seriz zdążył zareagować, Indianka złożyła swój kij, upadła na ziemię i obiema nogami kopnęła w brzuch lecącego nad nią Corteza, odbierając mu dwadzieścia punktów życia i posyłając go w ten sposób za krawędź platformy.
Pomysł był naprawdę dobry, bo przez najbliższe kilka minut – czyli najprawdopodobniej aż do końca walki – nie mógł skorzystać ze swojej odporności na cyfrową wodę. Jedyne, co mu pozostało, to szybko skorzystać ze swojej wędki i przyciągnąć się do najbliższego drzewa rosnącego na platformie. Aiyana już tam na niego czekała; Seriz doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da razy wylądować, jeżeli jej nie odpędzi, dlatego zmuszony był cisnąć w nią jednym ze swoich noży. Dziewczyna bez trudu przed nim uskoczyła, ale jednocześnie dała mu dość czasu, by Cortez mógł bezpiecznie dotrzeć na ziemię. Jedyne, czego nie przewidział, to że Storm nie będzie tam sama; gdy tylko dotknął stopami ziemi, w jego stronę skoczył przywołany przez nią kuguar. Chłopakowi cudem udało się uniknąć szarży chowańca i wbić w niego swój miecz, ale nie miał czasu by go wyciągnąć i mógł jedynie obserwować, jak broń znika w odmętach Cyfrowego Morza.
– Ojej, i co ty teraz poczniesz bez tych wszystkich klamotów? – zawołała do niego czarnowłosa z udawanym współczuciem. – Biedaczysko… może zarządzimy przerwę? Będziesz mógł pojechać do sklepu i uzupełnić zapasy.
Seriz zdecydował się kontynuować starcie z mieczem w jednej ręce i nożem w drugiej; co prawda miał jeszcze swoją wędkę, ale przy jej pomocy raczej ciężko byłoby mu zadać jakiekolwiek obrażenia. Niestety w bezpośrednim starciu Indianka miałaby sporą przewagę, dlatego chłopak zdecydował się zagrać va bank i postawił wszystko na ostatni trik, jaki miał w zanadrzu. Gdy Storm spróbowała go zaatakować, chłopak zatrzymał nadchodzący cios swoim mieczem i natychmiast podniósł swoją barierę, niszcząc w ten sposób obie bronie, a później, aby nie dać dziewczynie nawet chwili na ucieczkę, po prostu wpadł na nią całym swoim ciężarem, próbując jednocześnie przebić ją nożem.
Nim upadła na ziemię, Aiyana zdążyła chwycić rękojeść broni obiema dłońmi i zaczęła desperacko siłować się z Serizem; wędkarz nie był szczególnie silny, ale mógł napierać na ostrze całym ciężarem ciała i przez to nóż z każdą chwilą coraz bardziej zbliżał się do jej szyi. Nim jednak broń dosięgnęła celu, głowę chłopaka zaatakował przywołany przez Indiankę jastrząb. Dziewczyna wykorzystała ten moment, by odepchnąć rękojeść na bok i sztylet wbił się w ziemię, nie czyniąc jej żadnej krzywdy. Następnie oplotła nogami lewe udo Seriza, a dłońmi zdarła jego maskę i przyciągnęła do siebie jego lewe przedramię; nie był to może zbyt wyszukany chwyt, ale wystarczający do tego, by przytrzymać przeciwnika w miejscu.
– ZABIERZ GO ODE MNIE! – ryknął Cortez, bowiem ptak przy pomocy swojego dzioba i pazurów próbował wydłubać mu oczy. – ZABIERZ GOOOOO…!
Ale było już za późno; zanim zdążył zebrać dość sił, by raz jeszcze skorzystać z wodnej bariery, jastrząb zdołał odebrać mu wszystkie pozostałe punkty życia. Po chwili krzyki Seriza ucichły, a sam chłopak rozpadł się na miliony drobnych kawałków.

Aiyana nie podniosła się z ziemi, obserwując górujące nad nią wirtualne niebo. Po raz kolejny udało jej się zwyciężyć, ale widmo nadchodzących wydarzeń nie pozwalało jej się z tego cieszyć. Wciąż czekały ją jeszcze dwie walki, bez wątpienia najważniejsze w jej dotychczasowym życiu. Dziewczyna obiecała sobie, że jeżeli tylko uda jej się ją przetrwać, to spróbuje pogodzić się z siostrą. Nieważne, czy była Dyani Storm, czy Shiką Arashi; ważne, że nadal była jej rodziną.
Tylko czy będzie w stanie samotnie powstrzymać nadchodzącą burzę…?

* W skład układu Alfa Centauri wchodzą trzy gwiazdy: krążące blisko siebie Alfa Centauri A i Alfa Centauri B oraz znacznie mniejsza i bardziej odległa Alfa Centauri C, znana lepiej pod nazwą Proxima Centauri.
** Choć siostra Aiyany zarzeka się, że zmieniła imię, jest to tylko połowiczna prawda. Zarówno “Dyani”, jak i “Shika” można przetłumaczyć jako “jeleń” (albo może raczej “łania”), a “Storm” i “Arashi” to po naszemu “burza”. Co właściwie dziewczyna chciała osiągnąć tym zabiegiem pozostawiam już Waszej ocenie.

[Półfinał 1-1] Jerzy Tasiemski vs Jean-Paul Cremufca

Jerzy pędził przed siebie, mijając kolejne drzewa, a w rękach trzymał kamą i kaminari. I choć w tej chwili nie powinien zajmować się niczym innym jak swoją pracą, to nie jednak nie potrafił się na niej w pełni skupić.
Lasy Pozostałości były wyjątkowo malownicze. Jedynie chęć mordu zamieszkujących je bestii mogła z tym konkurować. Nawet gracze, którzy uważali się, za nie wiadomo jakich kozaków, musieli się mieć tu na baczności. To miejsce miało uczyć szacunku, do przeciwnika, jak i pokory.
Inni testerzy żartowali, sobie, że po tym, co oni tu tworzą, to walka z Obcym byłaby pestką. On jak jeden z najlepszych, nie był tego taki pewien. Nigdy z żadnym ksenomorfem się nie mierzył, ale podejrzewał, że mogło być w tym ziarno prawdy. Już on i reszta ekipy o to zadbali.
Jednak pomimo świadomości, gdzie się znajduje, ostatnia walka pokazowa nie dawała mu o sobie zapomnieć.
Co prawda słyszał kiedyś o tej całej osławionej Marionetce, lecz słyszeć o kimś, a móc zobaczyć, do czego ten ktoś jest zdolny, to dwie zupełnie różne sprawy.
— Czy my się przypadkiem na coś nie umawialiśmy? — usłyszał nagle żeński, co wyrwało go z zamyślenia i niemal nie skutkowało, tym, że wywrócił się o wystający korzeń.
— Nie stłasz mnie Walkiłia — rzucił za siebie, odzyskując zgubiony rytm biegu.
— Trzeba było dotrzymać słowa — odparła rozmówczyni, zrównując się z nim.
Była to niewysoka dziewczyna o pomarańczowych włosach, której uśmiech w tym momencie rozciągał się niemal od ucha do ucha. Ten sam, który praktycznie zawsze sprawiał, że serce Jerzego miękło.
— Jakbyś się nie spóźniała, to bym nie płóbował tego pszetestować sam. Dobsze wiesz, sze ostatnio mam łaczej napięty głafik i nawet pomimo najszczełszych chęci nie mogę czekać na ciebie w nieskończoność. Sigma ci powiedział, gdzie mnie znaleźć?
— Może… — odparła wymijająco. Jednak ton jej głosu zdradził mu, że tak właśnie było.
Poza tym wiedział, że nie mogło być inaczej. To właśnie Sigma odpowiadał za wszelkie testy wszystkich nowych aktualizacji w Zonie. Nie ma możliwość, by jakakolwiek zmiana w którejkolwiek z dwudziestu sześciu stref przeszła bez niego.
Nowy potwór w Labiryncie? Nadzoruje jego testy.
Aktualizacja misji w Sanktuarium? Analizuje dane z nich.
Nowe wydarzenie w Pozostałości? On wyznacza testerów.
Polak spokojnie z ręką na sercu mógłby stwierdzić, że Zona bez Sigmy nie istnieje. On był niemalże sercem Zony, nawet jeśli była tylko niszowym światem, odwiedzanym przez niewielu.
— A zdąszył ci, chociasz powiedzieć na co dziś się poływamy, czy znów poleciałaś, nie zwłacając uwagi, na to, co mówi? — spytał z wymownym uśmiechem.
— Może… — powtórzyła, przeskakując nad kamieniem. — A co?
— Nic. Zdziwiłbym się jedynie, jakbyś to złobiła.
— A i tak zawsze daję sobie radę. Więc to chyba żaden kłopot.
— A no nie. Mam nadzieję, że będziesz oglądać mój kolejny występ na Arenie.
— Żartujesz? Ty nawet co się dzieje, gdy walczysz. Wszyscy normalnie nie mogą usiedzieć na miejscach, jak Sigma puszcza transmisję na ekranach w Centrum. Nie zdziw się jak po wszystkim powstanie kolejka chętnych do zmierzenia się z tobą.
— Tszeba było się nie zapisywać… — mruknął sam do siebie.
— Za późno. I nawet nie próbuj przegrywać. A właśnie! Po twojej walce chcę cię widzieć w Centrum punkt dziewiętnasta.
— A nie moszesz mi tełaz tego powiedzieć?
Niespodziewanie między drzewami rozległ się wibrujący wizg, od którego w normalnym świecie mogłyby popękać bębenki w uszach.
— Jak widać nie.

***

Po zniknięciu klatki i wylądowaniu na skalnym podłożu Jerzy momentalnie odskoczył kilkukrotnie do tyłu, zwiększając dystans. Nie miał pewności, jak blisko od niego znajduje się Jean z tym całym swoim arsenałem, to nawet jeśli miał się trzymać planu, wolał zapewnić sobie na start jak najwięcej miejsca.
I słusznie, bo niemal w tym samym momencie, w miejscu jego lądowania doszło do eksplozji, która przypiekając mu stopę i kosztowała go kilka punktów życia.
— Co to? Mały pasikonik boi się, że się trochę rozerwie? — usłyszał, lądując.
Spojrzawszy w stronę rozmówcy, nie zobaczył, a ubranego w szary płaszcz wrestlera, z kolejnym granatem w ręce. I w sumie nie wiedział co gorsze. Fakt, że jego grenadier próbował go w ten sposób sprowokować — co całkiem nieźle mu wychodziło — czy to, że nie mógł sobie przypomnieć imienia tego gościa.
Kątem oka dało mu się dostrzec, że obaj znajdują się w średniej wielkości jaskinie, którą rozświetlały zwisające ze sklepienia żelazne lampy emanujące błękitnym blaskiem.
— Weź lepiej, szuć tymi swoimi granatami w siebie — rzucił, wyciągając dwie rączki, zamieniając jedną z nich w katanę.
— Chciałbyś — padło w odpowiedzi. Chwilę później obraz wrestlera zniknął, ukazując Jeana rzucającego w Polaka kolejnym ładunkiem.
Ten jednak nie zamierzał zapoznać się z jego efektem. Po raz kolejny uskoczył przed ładunkiem przeznaczeniem, jednocześnie podrzucając katanę pod sufit. Chwilę później i on się tam znalazł. Łapiąc za łańcuch jednej z lamp, natychmiast cisnął mieczem w Jeana.
Ten jednak bez problemu uchylił się przed nadlatującym ostrzem, sięgając jednocześnie do jednej z kieszonek i obracając się w stronę, w którą poleciała broń. Jednak tam, gdzie wylądowała, nikogo nie było.
W ułamek sekundy odwrócił się z powrotem w kierunku Jerzego, lecz latarnia, na której wisiał, dyndała sobie swobodnie, pozbawiona jakiegokolwiek obciążenia.
— Kości zostały szucone — usłyszał za sobą, a z ust szatyna wydobyło się ciche przekleństwo, kiedy używał swojego skoku, by uniknąć ataku.
Jak się jednak okazało o ułamek sekundy za późno, bo, gdy spojrzał przez ramię, dostrzegł dwie dewirtualizujące się kieszonki z jego pasa.
— Dwie z głowy. Zostało osiem — stwierdził Jerzy, doskakując do grenadiera, chcąc uderzyć kataną znad głowy.
— Po moim trupie — rzucił, unosząc ręce i przyjmując cięcie na lewy karwasz.
— Skoło tak ładnie płosisz… Nie odmówię ci tego — podsumował i kopnął Jeana w tors. Oczywiście pancerz zredukował, ale Polak zyskał w ten sposób miejsce do wyprowadzenia kolejnego ataku. Tym razem z użyciem naginaty.
Jednak tym razem Jean zdążył uniknąć uderzenia, odskakując swoją mocą i rzucając w blondyna dwoma ładunkami.
Ten w odpowiedzi użył broni niczym tyczki, chcąc wybić się poza zasięg eksplozji. Niestety jeden z pocisków zdążył zbliżyć się do niego, na odpowiednią odległość co skończyło się utratą kolejnych punktów, gdy wybuch przypiekł mu obie ręce, wyrzucając jeszcze wyżej w powietrze, wskutek czego niemal sięgnął sufitu. Nie byłaby to jeszcze najgorsza sytuacja. Ot mógł złapać się którejś z wiszących lamp i uniknąć upadku.
Tylko że jak na złość znalazł się w takim miejscu sklepienia, że wszystkie łańcuchy były poza jego zasięgiem.
Zawsze mógł jeszcze spróbować Doskoczyć do naginaty, lecz te również ma skutek wybuchu, została posłana w nieprzewidziany lot i łapanie jej, również nie zapewniało bezpiecznego lądowania.
Co gorsza, próbując rozwiązać problem upadku, zapomniał na chwilę o swoim przeciwniku. Niemal w tym samym momencie, w którym to do niego dotarło, poczuł, jak całe ciało mu drętwieje, trafione kolejną niespodzianką przeciwnika.
Lądując na dnie jaskini niczym jakaś groteskowa rzeźba, miał jeszcze możliwość dostrzeżenie jak Jean ponownie korzysta ze swojej zdolności skoku i leci na niego z trzymaną oburącz szablą, której czubek nieubłaganie zbliżał się do jego torsy w celu przebicia go na wylot i odesłaniem z powrotem do prawdziwego świata.
I choć to były dosłownie ułamki sekund, to dla Jerzego była to cała wieczność, której jedynym celem było pokazanie mu jego końca.
W końcu ostrze zagłębiło się w podłoże, lecz ofiary grenadiera nie było na swoim miejscu.
Zamiast tego zobaczył, jak Polak zrywa się na równe nogi kilka metrów dalej i z włócznią w garści wbiega, do wykutego w ścianie łuku.
— Złap mnie, jeśli uwaszasz, sze jesteś dość dobły — usłyszał jeszcze, nim autor tych słów został pochłonięty przez mrok panującej w tunelu.

***

Jerzy pędził przed siebie, najszybciej jak tylko mógł. Niestety jakość oświetlenia tunelu pozostawała wiele do życzenia. Miejscami wręcz tonął w mroku. Jednak nie to w tym momencie zaprzątało jego myśli.
Musiał znaleźć odpowiednie miejsce do dalszej walki. Jean z całym swoim ekwipunkiem był zdecydowanie za trudnym przeciwnikiem, by pozwolić mu na dyktowanie warunków.
Z tego, co udało mu się ustalić, sam stracił już dwadzieścia pięć punktów życia, wraz z tym zadrapaniem koniuszkiem szabli, która omal nie zakończyła tej walki.
A o ile się nie mylił, to Jean stracił chyba piętnaście punktów. Może i nie była to duża różnica, lecz z obecnym rozłożeniem sił robiła dość sporo.
— Nie fajnie… Bałdzo nie fajnie… — mruknął do siebie, gdy w biegu omal nie wpadł do pionowego szybu. Na szczęście Runy na mijanej ścianie świeciły na czerwono, dzięki dosłownie w ostatniej chwili uniknął lotu w nieznane.
Dobrze, że nie musiał się martwić, o to, że Jean miałby problem z odnalezieniem go w tym labiryncie. Z tego, co zdołał, ustalił, w całym tym swoim przesadzonym ekwipunku Jean, miał jeszcze jakieś ustrojstwo, które pokazywało mu mapę otoczenia.
W tym momencie minął kolejny zakręt, a jego oczom ukazał się widok, którego mimo wszystko nie spodziewał się znaleźć.
W pierwszej chwili wydawało mu się, że widzi pogrążony w półmroku las. Masa drzew wyrastała wprost z kamiennego podłoża, pnąc się do góry majestatycznymi pniami, by ostatecznie ginąć w mroku, gdzieś pod sklepieniem.
— Napławdę? — rzucił do góry, próbując przebić spojrzeniem panującą tam ciemność.
Oczywiście odpowiedziała mu cisza. I to taka, której chyba nigdy nie dał rady zmącić żaden dźwięk.
Jerzy jednak nie zamierzał z tego powodu marudzić. Miał plan do wykonania i nie wiadomo jak mało czasu.

***

Dostrzegając ruch w wejściu do jaskini, sięgnął prawą ręką po rękojeść znad ramienia i zmieniając ją w kamę, cisnął bronią przed siebie. Nie miał jednak czasu na dokładne wymierzenie, co skutkowało tym, że chybił celu o jakiś metr i wbiła się w podłoże.
— No w końcu… — podsumował Jerzy, opierając się pierwsze z brzegu drzewo. — Ile moszna na ciebie czekać…? Myślałem, sze z tym twoim ustrojstwem pójdzie ci szybciej, a wychodzi, sze jednak nie jesteś tak doskonały, jak się łozchodzi.
— Jeśli ci tak śpieszno do zakończenia tego pojedynku, to czemu ciągle uciekasz? — odparł brązowowłosy, podchodząc bliżej, a na jego ustach pojawił się pewien siebie uśmiech. — Choć można było się tego spodziewać, że na nic innego nie będzie cię stać w tak beznadziejna sytuacja.
— Beznadziejne…? — powtórzył blondyn. — Beznadziejne to jest to, sze znów mam za pszeciwnika jakąś puszkę. Co to? Sezon na konsełwy?!
Jednak zamiast odpowiedzi otrzymał lecącą w jego stronę włócznię grenadiera. Polak jednak zdołał się przed nią uchylić, choć ta przeleciała mu kilka centymetrów przed oczami, ocierając się przy tym z cichym zgrzytem o kamienną korę, odłupując kawałek.
— Ładnie to tak pszeływać innym? — spytał już bez żadnych dodatkowych problemów z wymową, ponownie spoglądając na Jeana. Jednak i tym razem zamiast otrzymania odpowiedzi zafundowano mu konieczność uniknięcia wrogiego ataku, tym razem wyprowadzonego mieczem.
— Może i nie, ale takich jak ty trzeba pozbywać się jak najszybciej — skwitował, wyprowadzając cięcie wyciąganym z pochwy sztyletem
— Moje szycie… — zaczął Jerzy, wykonując salto do tyłu, za wszelką cenę chcąc zwiększyć dystans między nimi. Lądowanie niezbyt pewnie, próbował przez chwilę nie doprowadzić do upadku. —… mo…je spławy…
Oczywiście żaden, ale to żaden przeciwnik nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystał takiej okazji i nie próbował go wyeliminować. A nadchodzące cięciem szabli wyprowadzone zza głowy wydawało się ku temu wystarczające.
Widząc zbliżającą się klingą i nie mając innego wyjścia, Jerzy użył Doskoku, znikając brunetowi z oczu.
Ten zdawał się właśnie na to czekać. Nim szabla zdążyła, dotknął skalnego podłoża, wypuścił sztylet i wolną ręką sięgnął do jednej z kieszonek, po czym rzucił za siebie granatem.
Ułamek sekundy później całą komorą wstrząsnęła eksplozja, a dym i skalne odłamki znacząco ograniczyły widoczność w miejscu trafienia.

Gdy w końcu widoczność wróciła do normy, w miejscu eksplozji można było zobaczyć, że zamiast podłoża, znajdowała się potężną dziurę o średnicy ponad metrów i której nie było widać dna.
— O rzesz ku….! — krzyknął wesoło Jerzy, trzymając się kurczowo rękojeści katany i majtający stopami jakiś metr nad wejściem, jak i kilkanaście centymetrów od krawędzi wyrwy. — Ale urwał! Dobrze, że mnie tam nie była. Choć szkoda Kamakiri…
W rzeczywistości radość była tylko połowiczna. Myśl, że mógłby znaleźć się, w epicentrum tej eksplozji sprawiała, że kolana miał jak z waty.
Niestety nie miał czasu na takie myśli, bo choć jemu udało się uniknąć szkód w eksplozji, to również jego przeciwnikowi nie wyrządziła żadnych szkód.
— I znów to samo — rzucił Jean w jego stronę. — Nic, tylko uciekasz jak tchórz. Widać taka twoja natura.
— To twoje zdanie — odparł Jerzy, zapierając się nogami o ścianę jaskini. Wyciągnąwszy katanę, zrobił obrót w powietrzu i wylądował nad krawędzią dziury. — A moje zdanie jest takie, że twoje mniemanie o sobie jest mocno przesadzone. To jak? Tańczymy dalej?
— Ale ja prowadzę — oznajmił mu Jean, rzucając kolejnym ładunkiem, co w konsekwencji wiązało się z kolejnym skokiem w dal w wykonaniu blondyna w celu uniknięcia obrażeń.
Los jednak chciał, że tym razem niedane mu było wylądować w upstrzonym przez siebie miejscu, gdyż gdzieś w połowie drogi spotkał się ze swoim przeciwnikiem.
Jednak brązowowłosy musiał chyba nie uwzględnić ich wspólnego pędu w chwili ich spotkania, co skończyło się tym, że obaj uderzyli o ścianę jaskini, po czym wpadli do nowo odsłoniętego szybu.
Lecieli w nieznane, ale żaden nie przerywał walki. Szamotali się między sobą, kopiąc i uderzając, co rusz zyskując nad sobą przewagę, by chwilę później stracić ją na rzecz przeciwnika.
Jednak gdzieś pod nimi dało się w końcu dostrzec nikłe światełko, które z każdą chwilą powiększało się, zwiastując rychły koniec lotu.
Widząc to Jerzy, aktywował Bastion, gdyż upadek po takim locie jak nic by go zderwirtualizował.
Nie docenił jednak trzeźwego myślenia przeciwnika, gdyż ledwie minęła aktywacja jego „ostatecznej deski ratunku”, przestrzeń między nim a Jeanem wypełniła się jasnym światłem.
— Spróbuj teraz wylądować — usłyszał złośliwą uwagę, domyślając się, że właśnie jego moc została zanegowana.
— Proszę bałdzo — rzucił i odpychając się obiema nogami od napierśnika przeciwnika, posłał go w dół, jednocześnie przygotowując się do jednej z najtrudniejszych ze swoich sztuczek.
Sztuczki wymagającej zarówno odpowiedniego wyczucia czasu, jak i nerwów ze stali, które mimo wszystko zdążyły już zostać nadszarpnięte.
Czekał, patrząc na zbliżający się grunt, wypatrując tego właściwego momentu. Ściany szybu, zdążył już się skończyć, przechodząc w obszerną jaskinię o wysokim sklepieniu, a on dalej czekał.
Wreszcie nadeszła ta chwila.
Licząc, że niczego nie pomylił, obrócił się plecami do ziemi, i cisnął kataną, tam skąd przyleciał.
I choć nie miała szans dolecieć do kamiennego lasu, to i tak spełniła swoje zadanie.
Nim bowiem jego ciało zetknęło się z kamiennym podłożem, doskoczył do broni. A fakt, że leciała do góry, w chwili zetknięcia się z nią, Polak momentalnie stracił całą dotychczasową prędkość. W efekcie upadł impetem równym upadkowi z kilkunastu metrów, zamiast liczącego w sekundach lotu.
Co ciekawe, kawałek od niego z ziemi zbierał się jego przeciwnik, którego pancerz i tym razem spełnił swoje zadanie, choć Polak podejrzewał, że i tak to lądowanie musiało kosztować bruneta całkiem ładną ilość życia.
— Masz dość? — spytał Jerzy, podnosząc się. W myślach mimo wszystko liczył na odpowiedź twierdzącą. Nawet jeśli wszystko, co wiedział o Jeanie, wskazywało, na co innego.
— Przymknij się… — warknął brunet.
— Zmuś mnie — odparł blondyn, po czym zamachnął się przywołaną chigiriki, chcąc uderzyć obciążnikiem w głowę opancerzonego przeciwnika i zakończyć występ.
Ten jednak chyba miał inne plany co do dalszego przebiegu starcia, bo ponownie odskoczył swoim Hiperskokiem.
I nawet nie przejął się zbytnio, gdy po jego napierśniku przejechała klinga rzuconej w jego stronę katany. Siła i kąt, pod jakim go trafiły nie były na tyle istotne, by pancerz miał co redukować. Jednak, gdy do ciśniętej broni dołączył również jej właściciel, to już nie było mu do śmiechu.
— Sajonała — rzucił jeszcze Polak, wbijając w szyję przeciwnika ostrze kamy.
Lądując wśród rozsypujących się cyfrowych resztek Jeana, zamachnął się obiema broniami i odwoławczy je, odłożył rączki na swoje miejsce.
— Ale wiesz co? — zapytał, choć nie miał mu już kto odpowiedzieć. —Dzięki. Pomogłeś mi się lepiej poznać. I ostatecznie, to ty pszegłałeś uciekając.

***

Antresola w Centrum Zony jak zawsze świeciła pustkami. Miało to być miejscem spotkań, dla odwiedzających świat, przed tym, jak wybiorą sobie atrakcję. Jednak, że mało kto tu zaglądał, to nie było komu tu przesiadywać. Ale lokalizacja na obrzeżach Międzysektora, w połączeniu z zerowym reklamowaniem się w sieci nie mogła dawać innych efektów.Lecz jak twierdził Sigma niedługo miało się to zmienić.
— No dobła, to, z jakiego powodu chciałaś się spotkać? — zainteresował się Polak, dosiadając się do jedynego zajętego stolika. — Tylko nie mów, że zapomniałem o ułodzinach twojej siostły?
Tego z całą pewnością wolałby uniknąć. Czarne włosy do ramion i czarny strój zasłaniający całe ciało poza jednym szarym okiem, które jednym spojrzeniem potrafiło przewiercić człowieka na wylot, pozostawiając jedynie wrażenie, że wszystko, co miałeś w środku, zapadło się w sobie, do rozmiarów atomu.
Tak… Enigma była osobą, której lepiej było nie podpadać. Nawet jeśli nigdy nie powiedziała ani słowa.
— Nie — odpowiedziała, sprawiając, że kamień spadł mu z serca. — Te są za miesiąc.
— A więc o co chodzi?
— Naprawdę nie pamiętasz?
— Jakbym pamiętał, to bym się nie pytał jak głupi — stwierdził, opierając się o stolik i pochylając w jej stronę.
— Niech ci będzie — westchnęła.
Następnie szybciej, niż zdążył, wstała i pochylając się przez stolik, pocałowała go w czoło.
— Wszystkiego najlepszego z okazji dwuipółmiesięcznej rocznicy współpracy — oznajmiła z uśmiechem, gdy Jerzy, mając chwilową zawieszkę, wpatrywał się w dziewczynę z lekko otwartymi ustami i oczami jak pięciozłotówki.
— Z..załaz… Co…? — wydukał w końcu.
— To, że od dziesięciu tygodni i pięciu godzin z piętnastoma minutami pracujemy razem — wyjaśniła, prostując się i opierając ręce na biodrach, dodała. — A teraz…
Podejrzewał, że pauza ma za zadanie nadać większej dramaturgii kolejnym wieściom, lecz te nigdy nie nadeszła. Zamiast tego, po jakich dwóch sekundach postać Walkirii zniknęła.
— Spróbuj mnie złapać! — usłyszał, a gdy spojrzał w tamtą stronę, jakieś dwadzieścia metrów dalej ujrzał gnającą przed siebie dziewczynę, która kierowała się do .
— Och, ty nieznośny, mały, różowy…! — rzucił, zrywając się na równe nogi i puszczając się biegiem za nią.
Ta dziewczyna nigdy nie pozwalała się nudzić w swojej obecności. I Jerzy liczył, że tak pozostanie na zawsze.

[Półfinał 1-2] Jerzy Tasiemski vs Jean-Paul Cremufca

Notatki dotyczące Jeana zajmowały niemal mi niemal całe biurko. Przez ostatnie parę dni dogłębnie przestudiowałem swojego przeciwnika. Do tego stopnia, że teoretycznie pan Arsenał nie miał mnie czym zaskoczyć. Pomimo tego wciąż miałem jednak pewne obawy. Nawet grający w tle kawałek Sabatonu nie pozwalał mi się w pełni pozbyć stresu przed walką.

Chwyciłem kartkę z analizą stylu walki swojego przeciwnika i odszedłem od biurka. Przed walką z Nadią całość moich notatek zawierała się na jednej kartce. A bieżący przeciwnik zdołał zapełnić mi całe biurko.

-Kto w ogóle dopuścił ten chodzący ałsenał do zawodów? – zapytałem się sam siebie. – Czego to on nie ma…? Ale z drugiej strony…. Czego on to nie może stracić…?

***

W otchłani pojawiliśmy się w dość sporych rozmiarów komnacie, przedzielonej w poprzek szeroką przepaścią. Zapewne głęboką na kilkaset metrów, bo, z tego co czytałem o sektorze przed bitwą spadanie w takiej przepaści może trwać niemal minutę. Po obydwu stronach od komnaty odchodziło wiele tuneli więc ewentualna ucieczka nie powinna być problematyczna.

-Siema polaczku. – zaczął Jean -Gotowy na tęgie lanie?

-Gotowy by ci takie lanie zaaplikować- odpowiedziałem. Mój przeciwnik ewidentnie do zbyt kulturalnych nie należał.

Ten wówczas błyskawicznie dobył szabli i skrócił dzielący ich dystans hiperskokiem. Wydał przy tym dość dziwny okrzyk, który nieco wybił mnie z tonu. Od razu przystąpił do ataku zataczając młyńce szablą i prąc przy tym nieustannie naprzód. Zaskoczył mnie tym tak dość konkretnie. Spodziewałem się użycia w pierwszej kolejności granatów bądź włóczni. Ograniczyłem się więc do uchylania przed ciosami i systematycznego wycofywania.

-Co jest byczku? Psycha siadła? – wykrzyknął Jean nie przerywając przy tym natarcia – Walcz!

Nie odpowiedziałem. W obecnej sytuacji pozostało mi tylko cofać się dalej i wyczekiwać aż przeciwnik się odsłonił i zadać jeden precyzyjny cios. W końcu dotknąłem plecami ściany. Uskoczyłem w bok ledwo unikając kolejnego cięcia Jeana. Ten od razu zwrócił się ku mnie i zaatakował od góry. I przy okazji się odsłonił.  Przywołałem błyskawicznie swoją naginatę i wyprowadziłem nią kontrę celując w jego pancerz. Zaskoczyło to Jeana, które ledwo co cofnął szablę i uderzył ostrze nagitaty. Idąc za ciosem zrobiłem krok do przodu i opuściłem naginatę na kirys przeciwnika. Ostrze przejechało po jego całości aż do pasa, gdzie trafione kieszonki uległy dewirtualizacji. Następnie zdewirtualizowałem naginatę i odskoczyłem do tyłu. Cel osiągnąłem. Z tych kilku kieszonek już sobie Jean nie skorzysta

Przywołałem w miejsce nagitaty Kusarigawę i zacząłem nią kręcić nad głową zataczać jej ostrzem szerokie kręgi. Przy odrobinie szczęścia mógłbym precyzyjnym uderzeniem trafić w nieosłonione elementy awatara Jeana bądź w kolejne kieszonki. Dodatkowo ta broń pozwalała mi elegancko utrzymywać dystans.

-Już nie taki skory do walki jak ci głanaty zniszczyłem? – zakpiłem.

-Po prostu zaskoczony – odparł mi Jean przystając na chwilę – Już myślałem, że się cała walka w twoim wykonaniu to będzie jedynie ucieczka przede mną. A tu cyk. Zaskoczyłeś mnie i pozbawiłeś granatów czosnkowych. Zresztą i tak są one najmniej warte. Wykonał wówczas krótki ruch do przodu markując przy tym cios szablą i sięgając ręką do pasa. Odskoczyłem więc do tyłu na co ten się uśmiechnął i powiedział. – Zbroja obsrana?

-Twoja na pewno. – odparłem wyprowadzając cios Kusarigawą. Jean co prawda zdołał zasłonić się szablą, ale niewiele mu to dało. Puściłem wówczas kusarigawę idealnie tuż przed tym jak weszła w kontakt z szablą Jeana. Nim ten zwrócił uwagę ponownie na mnie przywołałem katanę i skoczyłem na niego gotowy do ciosu.

I jak się okazało popełniłem błąd. Jean zdołał bowiem wyjąć z pasa minę i rzucić ją tuż przede mnie. Nie chcąc w nią wejść musiałem uskoczyć w bok. Wówczas Jean ciał płasko we mnie i niemal mnie trafił, gdyż ledwo co zdołałem się uchylić. W odpowiedzi zamarkowałem cios na jego szablę co ten połknął. Zatrzymałem ostrze zanim doszło do zwarcia z szablą Jeana i wolną ręką złapałem go za nadgarstek. Widać było wyrazie twarzy, że nie spodziewał się tego. Zanim zdołał zareagować to przyciągnąłem go do siebie. Ten nieco przez to stracił równowagę, a jak kopniakiem zniszczyłem kolejne kieszonki. Kieszonki z granatem negacji. Granatem, który czynił moją najmocniejszą umiejętność bezużyteczną.

-Pszegłałeś! – wykrzyknąłem podjarany. – Bastion!

Jeanowi wystarczył mój okrzyk, żeby podjąć decyzję o oddaleniu się ode mnie hiperskokiem. Coś tam pogrzebał przy pasie, ale teraz nie miało to już znaczenia. Nie miał negacji. Teraz byłem prawdziwie immortale.  Rzuciłem kataną w niego przed czym ten oczywiście się uchylił i katana wbiła się w ziemię jakiś metr za nim. Od razu się teleportowałem do swojej broni i wziąwszy ją do ręki zaatakowałem od tyłu. Niestety kremówkarz zdołał się nieco uchylić przez co zamiast w głowę to oberwał w bark jednak sama siła ciosu powaliła go na ziemię. Nawet nie próbował sięgać do już w połowie zniszczonych kieszonek tylko uciekał od kolejnych ciosów. W pewnym momencie starał się przejść do ich blokowania by mi wykraść prędkość, ale chwyciłem jego ostrze gołą ręką i wyrwałem mu je. Od razu cisnąłem je w przepaść by sobie już z niego nie skorzystał. Przy okazji zadając kolejny cios w pancerz. Zostało mu w tym momencie co najwyżej z czterdzieści punktów życia.

Spróbował użyć kolejny raz hiperskoku by przeskoczyć na drugą stronę przepaści, ale w porę zdołałem rzucić w niego swoją kataną tak, że przebiłem w locie jego przedramię. Od razu pojawiłem się nad i posłałem na ziemię silnym uderzeniem tak, że upadł koło przepaści a ja tuż koło niego. Wówczas przywołałem swoją kamę i rzuciłem się na niego by zadać ostateczny cios. Niestety Jean zdołał się osłonić karwaszem. Następnie zbliżył się do mnie i chwycił za płytki kombinezonu. Było to głupie z jego stronu. Od razu zawróciłem rękę by wbić mu kamę w plecy.

Jak się okazało to jednak ja dałem się wyrolować. Grenadier aktywował swój hiperkskok, a że nie był on na tyle silny by wznieść w powietrze dwie osoby to jedynie odepchnął nas na trochę ponad metr od miejsca, którym staliśmy. Niby nic. Tylko szkoda, że akurat ten metr dzielił nas od przepaści. A teraz w tą przepaść obaj wpadliśmy. Na dodatek podczas upadku zdołał on rzucić we mnie jedną ze swoich min, która się przylepiła mi do torsu. No cóż… na szczęście jestem nietykalny.

-To co robimy zakłady co się skończy wcześniej? Twój bastion czy przestrzeń pod nami? – wykrzyknął Jean podczas spadania.

-Pszestrzeń pod tobą! – syknąłem i rzuciłem kamą w ścianę przepaści a ta elegancko w niej utkwiła. Teleportowałem się do niej wówczas i zawisłem na ścianie przepaści. A przeciwnik poleciał w dół z niosącym się echem okrzykiem „Na następnych zawodach cię pokonam!”.

Na moje nieszczęście po paru sekundach odpaliła się przyczepiona do mojego torsu mina i kawałek ściany, na którym wisiałem przestał istnieć. A ja przez to poleciałem w dół. Jeana już nawet nie widziałem w oddali. Zresztą nie robiło to różnicy. Pierwszy sięgnie podłoża to pierwszy się zdewirtualizuje. Wygram tak czy inaczej.

Po kilkunastu sekundach spadania upadłem z hukiem na brzegu niewielkiego jeziora. Miałem spore szczęście, że bastion skończył się akurat sekundę po upadku.

Pomieszczenie, w którym się teraz znajdowałem było znacznie większe od komnaty, z której spadłem. Składało się w całości z matowo czarnych skał pokrytych czasami jakiś świecącymi napisami pokroju „AGKŚ” czy „JP”. Jedynym źródłem światła było dość płytkie dno jeziora, które biło bladym różowatym blaskiem. Niestety sięgało ono co najwyżej kilka metrów od brzegu a dalej nie było nic widać. W sumie to całkiem klimatyczna nawet miejscówka jak na ten sektor.

Taka rozkmina nad otoczeniem trwałą jednak tylko chwilkę. Powinni już ogłosić koniec walki. A nie zrobili tego. Instynktownie przywołałem naginatę i przyjąłem pozycję obronną. Przez kilka sekund nic się nie działo. Dosłownie nic. Po chwili jednak dostrzegłem w oddali nieznaczny ruch i ku mnie poszybowała włócznia Jeana. Odskoczyłem odruchowo do tyłu a włócznia utkwiła w miejscu, gdzie stałem jeszcze przed chwilą. Jak się okazało zrobiłem dokładnie to co chciał mój przeciwnik. Wówczas pod stopami wybuchła mi mina odrzucając mnie ku tafli jeziora. Na szczęście woda w bajorku nie była taka jak ta z cyfrowego morza i dało się w niej normalnie pływać. Niestety ledwo co się z niej wynurzyłem to już leciał ku mnie granat przeciwnika. Zanurkowałem w płytkiej do pasa wodzie przez co ta nieco zamortyzowała eksplozję chociaż i tak straciłem kilkanaście punktów życia. Normalnie bym zdołał w pełni uniknąć obrażeń, ale byłem o te parę procent spowolniony przez przeciwnika.

Wynurzyłem się z wody akurat by zobaczyć szarżującego na mnie przeciwnika. Ten z rozpędem skoczył na mnie z brzegu i z miejsca zaatakować na raz szablą i sztyletem. Osłoniłem się przed pierwszym ciosem i odepchnąłem go drzewcem naginaty. Ten wówczas rzucił we mnie sztyletem, którego przez małą odległość nie zdołałem uniknąć i oberwałem w oko tak, że wszedł mi on aż po rękojeść. Na szczęście zostało mi jeszcze kilka punktów. Jean jednak nie dał mi szansy się długo nimi cieszyć. Uderzył płazem miecza w taflę jeziora co w połączeniu z sztyletem w oku wybiło mnie z równowagi dzięki czemu grenadier obszedł moją gardę i sieknął mnie w tors pozbawiając mnie ostatnich punktów życia.
Opadłem na kolana i zacząłem się powoli dewirtualizować. Dosłownie zatkało mnie w momencie jak uświadomiłem sobie, że to już koniec.

– Jak… Jak przeżyłeś upadek? – wydukałem nie mogąc się pogodzić z porażką.

-Mina kryształowa -Odparł Jean nonszalancko- Umieściłem ją na sobie i zdetonowałem uderzeniem przez co pokrył mnie w całości kryształ. A poza tym, że kryształ unieruchamia to powinieneś wiedzieć z mojej karty postaci, że osoba pokryta kryształem jest niewrażliwa na pierwsze zadane obrażenia, bo te przyjmuje na siebie kryształ a następnie się rozpada. Tak więc całe obrażenia od upadku poszły na niego a ja miałem parę sekund na to by się ogarnąć na twoje przybycie… Bądź na próbę powrotu na górę by sobie zacząć po kolei zrzucać miny i granat do otchłani licząc, że któryś ciebie trafi. Tak czy inaczej wygrałem.

Skończywszy zdanie przystawił mi szablę do szyi, uśmiechnął się i teatralnym gestem rozpruł mi ją co znacznie przyspieszyło dewirtualizację.

[Ćwierćfinał 4-1] Aiyana Storm vs Łucja Mazur

Dzisiejsze wideo chciałabym zacząć nieco inaczej niż zwykle. Jednym prostym zdaniem.
Czas na Minit przyjdzie później, teraz walczy Lucy.
Subprogram receptorów wzrokowych awatara Lucy załadował się ułamek sekundy po wyrenderowaniu jego tekstury, kiedy obie zawodniczki już spadały pod wpływem cyfrowej grawitacji. Jednak nim wylądowały, Mazur zdołała zyskać pełny ogląd pola bitwy.
Tym razem Areną była średniej wielkości platforma Sektora Górskiego. Pewnym odstępstwem od normy były rozrzucone tu i ówdzie malutkie kominy przypominające gejzery. Najbliższa kolejna lewitująca skalna formacja była oddalona o kilkanaście metrów. Dało się do niej przejść po zwisających pod latającymi górami kablach prowadzących do skrytej gdzieś daleko wieży.
Nie, żeby Lucy zamierzała pozwolić swojej przeciwniczce uciec z tej platformy.
Mazur dobyła włóczni i miecza, Storm kija. Obie stały przygotowane do walki, ale żadna nie zamierzała zrobić ruchu pierwsza. A przynajmniej nie osobiście.
Gdy usłyszała za sobą stąpnięcie, Łucja natychmiast się obróciła i wyrzuciła włócznię w prawej ręce do przodu w kontrataku, ale niedźwiedź, którego Aiyana myślą zmaterializowała tuż za przeciwniczką, jednym machnięciem łapy wyrzucił drzewce daleko w powietrze. Bestia rzuciła się z rozwartym szeroko pyskiem na swą ofiarę. Lucy próbowała przejechać chowańcowi ostrzem po oczach i oślepić go, ale stworzenie okazało się wyjątkowo sprytne i szybkie. W następnej chwili Wskazówka Godzinowa leżała upuszczona na ziemi, a potężne zwierzę zamknęło komplet wielkich zębisk na metalowej ręce dziewczyny i swoim ciężarem  próbowało ją przewrócić.
– Najwyższe Obroty!
Kółka wrotek rozkręciły się jak opętane, skutecznie przeciwstawiając się brutalnej sile niedźwiedzia. Podobnie trybiki w uwięzionej, mechanicznej kończynie – te zdołały nadać wirtualnemu nadgarstkowi tyle mocy, że gdy dziewczyna sięgnęła do gardła chowańca i szarpnęła, po sektorze poniósł się krótki dźwięk skręcanego karku.
Bestia rozpadła się w cyfrowy proch, odsłaniając pędzący koniec kija. Aiyana w czasie krótkiego starcia podbiegła niezauważona do swojej przeciwniczki i zamachnęła się w jej skroń. Uderzenie było tak silne, że Lucy aż się obróciła. Korzystając z nabytego w ten bolesny sposób impetu Minit wykonała pełny obrót na jednej nodze, a drugą wystawiła tak, by wibrujące resztkami Najwyższych Obrotów kółka wrotki zadziałały jak ostrze.
Aiyana przytomnie odskoczyła i znów zaatakowała – tym razem pchnięciem. Pozbawiona własnych broni Lucy przyjęła uderzenie na przegub stalowej ręki i chwyciła koniec kija obiema dłońmi. Na to Indianka gwałtownie zaparła się nogami i obróciła kij równolegle do płaszczyzny podłoża. Pozbawiona podobnej możliwości przez wrotki Mazur zaczęła poruszać się po okręgu wokół Aiyany. Nim zdołała zareagować, na obwodzie znikąd zmaterializował się jastrząb, czekający by wbić się dziobem i pazurami w odsłoniętą, zbliżającą się ku niemu ofiarę.
Lucy natychmiast puściła kij z rozpędem odjeżdżając w tył i wymykając się szponom drugiego chowańca. Poruszała się dość szybko, co kupiło jej kilka sekund niezbędnych na zebranie leżących na ziemi włóczni i miecza i ustawienie się w pozycji obronnej.
Aiyana też cofnęła się kilka kroków, niemal do krawędzi platformy. Jastrzębiowi kazała się wzbić w górę i krążyć nad Areną.
Obie czekałyśmy.
Ale nie musiałyśmy czekać długo. W końcu przyszedł czas na utrudnienie, jakie przygotowali organizatorzy – i przyszedł czas, by zamiast Lucy na Arenie stanęła Minit.
Z rozsianych po platformie gejzerów wystrzeliły słupy pary. Powietrze wokół zawodniczek z sekundy na sekundę gęstniało coraz bardziej, wypełniane szarą mgłą.
– Minit.
Fala błękitnego światła opuściła zegarek na szyi Łucji i przebiła się z mdłym blaskiem przez mgłę, zamykając Arenę w czasoprzestrzennej bańce.
Wielu z was pisało do mnie w komentarzach, że Aiyana Storm będzie trudnym przeciwnikiem. Jej moc jest idealna do walki ze mną – gdy tylko aktywuję Minita, ona zmieni się w sokoła i odleci poza mój zasięg, a po minucie wróci i mnie wykończy. Prawda, niezły plan. Dlatego nie aktywowałam mojej mocy na początku starcia, jak zwykle. Ale to przecież nie oznacza, że nie użyję jej w ogóle. W końcu jesteście tutaj, by oglądać Minit w akcji!
W momencie aktywacji Minita Lucy mimo pogarszającej się z każdą chwilą widoczności dostrzegła na twarzy przeciwniczki wykwitający triumfalny uśmiech, i jakby odcień ulgi, które natychmiast zostały zastąpione przez niewyrażający emocji sokoli dziób.
Łucja wygięła się do tyłu i bez zastanowienia cisnęła włócznię z siłą, o którą trudno było podejrzewać tak drobną dziewczynę. Broń jak oszczep błyskawicznie pokonała drogę dzielącą obie dziewczyny.
1, 2, 3…
… i śmignęła tuż pod skrzydłem wirującej w powietrzu sokolicy.
Minit!
Broń Łucji poszybowała odrobinę wyżej, ale Aiyana nawet nie wiedząc o poprzednim rzucie zaadaptowała się do poprawki, ponownie o włos omijając morderczy grot.
4, 5, minit!
Pudło.
6, 7, minit!
Minit minit minit minit minit minit minit…
I wtedy, za dwunastym razem, Wskazówka Minutowa przebiła ptasie skrzydło, zmuszając Aiyanę do przemiany z powrotem w człowieka. Włócznia poszybowała jeszcze kolejny metr, za krawędź platformy i w ledwo widocznej już przez mgłę eksplozji światła zniknęła w Cyfrowym Morzu.
Idealnie byłoby zabić ją już teraz, jako sokoła, ale tak też jest  świetnie. No bo gdzie by była zabawa w takim zwycięstwie?
28, 29…
Łucja ruszyła najszybciej jak potrafiła w stronę znikającej w mgle Indianki, porzucając wszelkie środki ostrożności. Nie miała szans zablokować nadchodzącego od tyłu ugryzienia wściekłego kuguara.
Minit.
Tym razem Lucy znów trafiła, powtarzając co do milimetra ruch sprzed chwili. W świecie rzeczywistym byłoby to nie do osiągnięcia.
Tutaj, w wirtualu, odrobina ćwiczeń cyfrowej pamięci mięśniowej zapewnia perfekcyjną, precyzyjną powtarzalność!
Po pierwszym trafieniu Mazur miała pewność, że będzie w stanie je powtórzyć tyle razy, ile będzie trzeba. Dopóki nie skończy się czas.
Dziewczyna ruszyła do przodu, a gdy przyszedł czas na spodziewany atak, w półobrocie cięła mieczem w zaskoczone zwierzę. W odpowiedzi wiedziona zabójczo skutecznymi instynktami bestia odwinęła się i skoczyła do przodu, przyszpilając wojowniczkę do ziemi.
32, 33, minit.
Dziewczyna ruszyła do przodu, a gdy przyszedł czas na spodziewany atak, w półobrocie cięła mieczem w zaskoczone zwierzę. W odpowiedzi wiedziona zabójczo skutecznymi instynktami bestia odwinęła się, lecz nim zdołała skoczyć do przodu, ostrze cofnęło się i wbiło w czaszkę chowańca. Kuguar nie zdewirtualizował się, ale padł ogłuszony. Przy tym swoim ciężarem zdołał jeszcze wyrwać Wskazówkę Godzinową z dłoni Lucy.
Nie mam czasu się po nią zatrzymywać. Zresztą i tak jest mi niepotrzebna. Czas na niespodziankę.
Łucja dokończyła obrót i dalej pruła przez mgłę tak gęstą, że straciła z oczu Indiankę, aż dotarła do krawędzi platformy.
38, 39…
Gdy wypadła rozpędzona z szarej chmury, zorientowała się, że Aiyana w tym czasie nie stała w miejscu, ale spróbowała obejść dziewczynę wzdłuż skraju sektora, by zaskoczyć przeciwniczkę korzystając z ograniczonej widoczności. Teraz jednak Łucja wiedziała dokładnie, w którą stronę ruszyła, i jak ma się poruszać we mgle, by ją ominąć.
Lub na nią trafić.
40, minit.
Łucja Mazur spokojna i pewna siebie przebiła włócznią skrzydło Aiyany.
41, 42…
Ruszyła do przodu i dwoma precyzyjnymi ruchami powaliła po raz kolejny trzeciego chowańca.
45, 46…
Po tym znów została pozbawiona obu swoich broni. Jechała jednak dalej, rozpędzona, prosto na schowaną w mgle Storm. Wypadła na nią skulona na wrotkach, tak, że choć Indianka znów zamachnęła się z godnym podziwu refleksem, Lucy nie wytraciła impetu. Zamiast tego zakleszczyła w stalowej dłoni przedramię Aiyany i raz jeszcze krzyknęła:
– Najwyższe Obroty.
Supermoc oczywiście nie zdążyła się załadować, minęło za mało czasu. To znaczy, nie zdążyła się załadować w pełni, ma się rozumieć.
Kółka wrotek, wciąż ciepłe od ostatniej aktywacji, wykrzesały z siebie tylko odrobinę dodatkowego ciągu. Tak naprawdę nie było to potrzebne. Aiyana nawet bez niego nie zdołałaby wytracić pędu, jaki nadała jej przeciwniczka.
48…
Obie dziewczyny pchane siłą rozpędu wypadły poza krawędź platformy, daleko od kabli czy jakichkolwiek formacji mogących powstrzymać upadek.
49…
Gdy tylko Aiyana pokonała panikę i zaskoczenie, zmieniła się sokoła wyślizgując przy tym z uścisku Lucy. Z rannym skrzydłem mogła jednak tylko spowolnić upadek, tak by to przeciwniczka pierwsza zniknęła w Morzu.
I wtedy Łucja sięgnęła do zegarka i zatrzymała go.
50… Stop.
Fala błękitnej energii napłynęła zewsząd otulając Minit i odbierając od niej pożyczony czas. Gdy spokojne wody Cyfrowego Morza chwytały w swe niszczące objęcia rannego sokoła, Aiyana patrzyła z niedowierzaniem, jak na ustach jej przeciwniczki niemal zamrożonej w czasie i w powietrzu nieskończenie wolno wykwita uśmiech zwycięzcy.
Tego się nie spodziewaliście, co?
Dziękuję wszystkim patronom, a w szczególności Czarnemu_Charliemu za ten fantastyczny pomysł na wykorzystanie największej wady Minita, zamrożenia w czasie, jako nowego Ultimate Move, SlowMo Landing! Dzięki za oglądanie, wiecie, gdzie znaleźć wszystkie linki i co macie zrobić! Następna relacja – z półfinału! Trzymajcie się, kochani!
 
Gdy film się skończył, Aiyana przewinęła w tył o kilka sekund.
– Ja…
I jeszcze raz.
– Ja…
I jeszcze.
– Ja – pie – @!# – &* !!! SOULE!!!   

[Ćwierćfinał 4-2] Aiyana Storm vs Łucja Mazur

Do Aiyany zaczynało powoli docierać, że tym razem zwycięstwo mogło być poza jej zasięgiem.
Dziewczyna siedziała po turecku pośrodku niewielkiego pokoju, który wynajęła na czas turnieju. Wokół niej panował istny chaos; na blacie stołu stały brudne naczynia, pojedyncze łóżko zawalone było stosem nieświeżych ubrań, a każdą wolną powierzchnię podłogi i ścian pokrywały dziesiątki zapisanych odręcznie kartek. Indianka intensywnie wpatrywała się w jedną z nich, przygryzając przy tym wargę i bawiąc się strąkiem swoich czarnych, niemytych od paru dni włosów; choć Aiyana zdecydowanie nie należała do osób, które przesadnie dbały o swój wygląd, nigdy dotąd nie znajdowały się one w aż tak złym stanie. Teraz jednak pochłaniały ją znacznie poważniejsze problemy, które co gorsza z każdą upływającą chwilą coraz bardziej zdawały się ją przerastać. Po kilku sekundach nastolatka westchnęła z rezygnacją, dopisała kilka słów do czytanego przez nią tekstu, a następnie narysowała pod nim wielki czarny krzyżyk; kolejna z dróg zaprowadziła ją donikąd.
W tym momencie usłyszała głośne pukanie. Kompletnie ją to zaskoczyło, gdyż nie spodziewała się żadnych gości; ba, nikomu nie powiedziała nawet, gdzie się zatrzymuje. Z wahaniem podniosła się z podłogi, podeszła do wejścia i bez patrzenia przez wizjer otworzyła drzwi na oścież, planując czym prędzej spławić intruza. Po drugiej stronie stał dostojny, niski starzec o białych od siwizny włosach i ciemnej, pomarszczonej skórze.
– Czyżbyś zapomniała, gdzie mieszkamy, mój pisklaku? Jezioro nie widziało cię od już od roku. A co gorsza, ja również nie – powiedział poważnie dziadek Aiyany. W jego oczach dało się jednak dostrzec wesołe iskierki.
– Elel?!* – zapytała z niedowierzaniem Indianka, po czym mocno uściskała staruszka. – Jakim cudem mnie znalazłeś?
– Ależ to bardzo proste: wystarczyło zajrzeć tam, gdzie nie szukali cię dziennikarze – uśmiechnął się. – A z tego, co mi powiedziano, to szukali cię prawie wszędzie, leguyi**. Kto by pomyślał, że będę miał sławną wnuczkę? – dodał, wchodząc do środka. Zatrzymał się jednak na widok panującego w środku bałaganu. Aiyana natychmiast zrozumiała, o co chodzi i aż zaczerwieniła się ze wstydu. – Mój świętej pamięci brat mawiał, że stan twojego pokoju odzwierciedla stan twojego umysłu. Cóż cię trapi, mój pisklaku? Chodzi o następną walkę? A może o to tajemnicze niebezpieczeństwo, przed którym ostrzegałaś nas przed swoim zniknięciem?
– Właściwie to i jedno, i drugie – westchnęła. – Utknęłam w martwym punkcie, elel; nie potrafię znaleźć sposobu, by wygrać z Minit. A jeżeli nie przejdę dalej, to cała nadzieja będzie stracona.
– A może za bardzo się przejmujesz, Aiyano? Nasze plemię niejedno już przeżyło. Jeżeli faktycznie coś nam grozi, razem sobie z tym poradzimy.
– Nie rozumiesz, dziadku. Ten… ten dewYuli*** to największe zagrożenie w całej naszej historii. Jest znacznie groźniejszy niż Ong****. Nawet złe duchy, które opętały wyprawę Donnera*****, nie są aż tak niebezpieczne. On może pochłonąć nie tylko nas, elel; on może pochłonąć cały świat. Proszę, uwierz mi.
Sędziwy Indianin przez chwilę milczał, rozważając jej słowa.
– W takim razie powiedz, gdzie leży problem – rzekł w końcu. – Może razem uda nam się go rozwiązać.
Aiyana opowiedziała mu wszystko o nadchodzącej walce; opisała dokładnie, kim jest Łucja Mazur, skąd pochodzi i dlaczego jest tak groźnym przeciwnikiem. Najwięcej czasu zajęło jej wytłumaczenie na czym polega jej moc i i opisanie jej nieskutecznych prób znalezienia sposobu, który pozwoliłby jej przetrwać starcie. Wyznała, że ostatnie kilka dni spędziła rozpisując wszystkie możliwe scenariusze walki (i właśnie dlatego jej pokój pełny był zasłany był kartkami papieru), jakie tylko przyszły jej do głowy, próbując odnaleźć drogę do zwycięstwa. Na darmo jednak; za każdym razem dochodziła do momentu, w którym Lucy dzięki n-temu z rzędu cofnięciu czasu udaje się znaleźć lukę w jej obronie i jednym celnym atakiem wyrzuca ją z gry.
– Podchodzisz do tego od złej strony, mój pisklaku – powiedział, gdy dziewczyna skończyła mówić. – Nie możesz pokonać czasu; zwycięstwo z nim jest złudzeniem głupców i filozofów.
– Znasz mnie wystarczająco dobrze by wiedzieć, że nie mogę się tak po prostu poddać, dziadku.
– Tego nie powiedziałem. Utknęłaś w ślepej uliczce, leguyi, bo gdy coś lub ktoś stanie na twojej drodze, zawsze widzisz w nim wroga, z którym należy walczyć. Ta biedna sawlamhu****** popełnia ten sam błąd; próbuje siłą zmusić go do posłuszeństwa i wydrzeć informacje, których potrzebuje. A przecież nikt nie powinien walczyć z czasem, Aiyano. Musisz uczynić z niego swego sprzymierzeńca. Rozumiesz?
– Tak – odparła powoli – myślę, że już rozumiem. Czeka mnie sporo pracy.

Organizatorzy stwierdzili najwyraźniej, że przywołanie mgły już przed rozpoczęciem walki będzie świetnym pomysłem na zwiększenie emocji wśród widzów. Wyraźnie się jednak przeliczyli; Aiyana nie dała Łucji czasu na atak; zaraz po wirtualizacji przemieniła się w sokoła i zniknęła pośród wszechobecnej bieli. Indianka nie była jednak jedyną, która przygotowała się do tego starcia. Mazur wielokrotnie obejrzała i dokładnie przeanalizowała wszystkie jej poprzednie walki, dlatego teraz spodziewała się ataku z zaskoczenia. Doskonale wiedziała, że dla Aiyany najprostszą drogą do zwycięstwa było uniemożliwienie jej użycia Minitu.
Ale atak nigdy nie nadszedł. Gdy po kilkudziesięciu sekundach mgła wreszcie się rozwiała, dziewczyna zobaczyła swoją przeciwniczkę kilka metrów dalej, na środku sporej rozmiarów owalnej platformy. Ku zdziwieniu Łucji na jej powierzchni nie dostrzegła jednak żadnego miejsca, gdzie Indianka mogłaby ukryć swojego chowańca. Wyglądało to tak, jakby Aiyana zamierzała stawić jej czoła w otwartej walce. “Nie, to nie w jej stylu. Musi mieć jakiegoś asa w rękawie”.
– Nie bój się, słodziutka; jesteś już przecież dużą dziewczynką – zawołała do niej czarnowłosa przesłodzonym głosem. – No, a przynajmniej na taką wyglądasz. Serio, sama chciałabym mieć taką figurę. Koledzy z podstawówki muszą być zachwyceni.
Lucy, nadal spodziewając się jakiejś sztuczki, ostrożnie zeskoczyła ze swojego podwyższenia. Nawet nie próbowała wdawać się w dyskusje z Indianką, bo zdawała sobie sprawę, że są to tylko puste prowokacje. Storm dalej stała nieruchomo, czekając na jej ruch. “Świetnie, niech i tak będzie. Jeżeli nie chce przyjść do mnie, to ja przyjdę do niej”. Szatynka ruszyła biegiem w jej stronę i spróbowała cięcia z półobrotu Wskazówką Godzinową; w odpowiedzi Aiyana chwyciła swój kij jak pikę. zrobiła krok do tyłu i wyprowadziła potężne pchnięcie w głowę przeciwniczki. Minit udało się w porę uchylić, lecz Indianka natychmiast zaatakowała po raz kolejny, tym razem w lewe ramię. Cios dosięgnął celu, nie wyrządzając jednak Łucji żadnej krzywdy; nie tak łatwo było uszkodzić jej mechaniczną rękę. Mimo to dziewczyna wycofała się – pierwsze starcie pokazało, że zasięg rywalki będzie dla niej ogromnym problemem. O dziwo jednak Aiyana nie próbowała jej ścigać; cały czas stała w tym samym miejscu, uważnie obserwując poczynania Łucji.”Coś tu jest zdecydowanie nie tak”.
Mazur przeanalizowała swoje opcje. W zanadrzu wciąż miała obie swoje moce – Najwyższe Obroty oraz Minit. Cofnięcie czasu było, rzecz jasna, jej kluczem do zwycięstwa, ale samo w sobie mogło okazać niewystarczające; Indianka mogłaby po prostu unikać jakiejkolwiek konfrontacji i Lucy wcale nie miała pewności, czy w minutę uda jej się złamać status quo. Nie, najpierw będzie musiała doprowadzić do sytuacji, z której Aiyana nie będzie w stanie się wyślizgnąć.
– Zatańczmy – mruknęła, włączając jednocześnie Najwyższe Obroty. Wysunęła swoją mechaniczną rękę przed siebie, by służyła jako tarcza, po czym zaszarżowała na Indiankę niczym taran. Zaskoczona dziewczyna spróbowała uskoczyć w lewo, ale Łucji udało się trącić jedną z jej nóg, zabierając jej kilkanaście punktów życia i niemalże powalając ją na ziemię. Mazur natychmiast wyhamowała i  obróciła się w stronę przeciwniczki. Widząc, że teraz to ona ma przewagę, szybko wypuściła Wskazówkę Godzinową z prawej ręki, chwyciła za dyndający u jej siły zegarek i zawołała:
– Minit!
Aiyana spróbowała przemienić się w sokoła i uciec z pola walki. Łucja właśnie tego się spodziewała, dlatego zamachnęła się mechaniczną ręką i cisnęła w stronę ptaka swoją Wskazówką Minutową. Nie wzięła jednak pod uwagę, że przeciwniczka tak bardzo się zmniejszy, dlatego włócznia przeleciała pod dziewczyną, nie czyniąc jej żadnych szkód. “Nie szkodzi. Spróbujmy jeszcze raz”.
Aiyana spróbowała przemienić się w sokoła i uciec z pola walki. Łucja właśnie tego się spodziewała, dlatego zamachnęła się mechaniczną ręką – tym razem jednak poświęcając nieco więcej czasu na wycelowanie – i cisnęła w stronę ptaka swoją Wskazówką Minutową. W ostatniej chwili jednak Indianka skręciła gwałtownie w prawo, unikając pocisku. “No tak, Storm nie byłaby sobą, gdyby nie spodziewała się czegoś takiego. Jeszcze raz”.
Aiyana spróbowała przemienić się w sokoła i uciec z pola walki. Łucja właśnie tego się spodziewała, dlatego zamachnęła się mechaniczną ręką, wycelowała nieco na prawo od Storm i cisnęła w ptaka swoją Wskazówką Minutową. W ostatniej chwili jednak Indianka gwałtownie skręciła w lewo i włócznia minęła ją o dobre dwa metry. “Chwila, jak to w lewo? Przecież wcześniej… Jeszcze raz”.
Aiyana uśmiechnęła się szeroko do Lucy i cisnęła w nią swoim kijem. Łucja kompletnie się tego nie spodziewała i jeden z jego końców trafił ją prosto w twarz. Zaskoczona dziewczyna wypuściła z ręki swoją włócznię i ze zdumieniem patrzyła, jak niezagrożona niczym sokolica beztrosko odlatuje z miejsca zdarzenia.
“ONA PAMIĘTA. Ale… jak?”. Jeszcze raz.
Aiyana nie ruszała się z miejsca, czekając na ruch ze strony Lucy. Dziewczyna zawahała się, tracąc cenną sekundę swojego czasu, po czym postanowiła jeszcze raz zaszarżować na rywalkę. Ale tym razem Indianka się tego spodziewała, a w dodatku Łucja miała jedynie Wskazówkę Minutową, więc atak skończył się naprawdę marnie – Aiyana wykorzystała swój kij jako tyczkę i po prostu przeskoczyła nad zbliżającą się do niej Mazur. Jeszcze raz.
Lucy z całej siły cisnęła Wskazówką Minutową w Indiankę. Tym razem udało jej się trafić  – włócznia przeorała jej prawe udo – ale do wyrzucenia jej z gry zabrakło kilkunastu punktów. A że Łucja stała teraz bezbronna (Wskazówka Godzinowa dalej leżała na ziemi), nie miała jak kontynuować ataku. Jeszcze. Raz.
W pierwszej kolejności Łucja schyliła się po swój krótki miecz, a dopiero później ruszyła na przeciwniczkę. Ale to dało Aiyanie dość czasu, by zmienić się w sokolicę i odlecieć w siną dal. Lucy spróbowała jeszcze rzutu włócznią, ale z tej odległości nie miała zbyt wielkich szans na trafienie; pocisk minął ptaka, nie robiąc jej żadnej krzywdy. JESZCZE. RAZ.
Tym razem Mazur najpierw rzuciła włócznią, a potem, nie czekając na rezultat, prędko schyliła się po swój miecz i zaszarżowała na ślepo. W tym momencie jednak przez sektor przetoczyła się fala energii, która spowolniła wszystkie jej ruchy; teraz nie była szybsza od przeciętnego żółwia. Jej czas dobiegł końca: Minit się wyczerpał.
– Jjjjjjjjjjjaaaaaaaaaa… – próbowała zapytać Aiyanę, która podeszła do niej spokojnym krokiem. Dziewczyna złapała jej podbródek kciukiem i palcem wskazującym, po czym zamknęła jej usta.
– Jak to zrobiłam? Cóż, ty masz swój zegarek, a ja mam swój. – Indianka wskazała na krążący w oddali maleńki punkt. To był jej jastrząb, który szybował wokół nich po okręgu o promieniu ponad półtora kilometra. Znacznie dalej, niż sięgała moc Łucji. – Gdy tylko zobaczyłam, że nacisnęłaś spust, kazałam mojemu zwierzątku obniżyć lot; śledząc jego pozycje, byłam w stanie oszacować ile razy cofnęłaś nas w czasie. To wystarczyło, bym za każdym razem mogła reagować inaczej i w ten sposób zmieniać przebieg całej sekwencji – to rzekłszy, zerwała z szyi Lucy jej srebrny zegarek. – Nie majstruj więcej przy czasie – dodała zaskakująco łagodnym głosem. – Życie jest zbyt cenne, by je tak marnować.
Widząc, że efekt spowolnienia Mazur zaczyna mijać, Aiyana płynnym ruchem podcięła dziewczynie nogi, a następnie przebiła jej gardło swoim kijem. Łucja rozpadła się na tysiąc drobnych cząsteczek; walka dobiegła końca.
– Dziękuję, dziadku – rzuciła głośno w próżnię, a potem również i ją sprowadzono na Ziemię.

* Elel – ojciec matki, czyli dziadek ze strony mamy.
** Leguyi – dosłownie: dziecko mojej córki.
*** DewYuli – dusza zmarłego, duch. Tak, z jakiegoś powodu Y w środku jest wielką literą 😉
****Ong – ogromny ptak, który według wierzeń Washoe zamieszkiwał środek jeziora Tahoe i polował na ludzi.
*****Wyprawa Donnera – jedno z najtragiczniejszych zdarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Podczas przeprawy ze wschodniego na zachodnie wybrzeże grupa pionierów utknęła w drodze z powodu ogromnych opadów śniegu. Aby przeżyć, musieli uciec się do kanibalizmu. Wedle niektórych źródeł Washoe starali się im pomóc, ale zostali przegonieni.
******Sawlamhu – dziewczyna
Niestety strona nie pozwala oddać znaków i akcentów używanych w języku Washoe w pełnej okazałości, dlatego zainteresowanych zapraszam tutaj:

https://washo.uchicago.edu/dictionary/dictionary.php

[Ćwierćfinał 3-1] Calys Jaques vs Seriz Cortez

Dni mijały bardzo szybko, a Calys nie wiedziała, czy cieszy się na zbliżający się dzień walki, czy nie. Cieszyła się, że armia, która przecież zgłosiła ją do walk, przewidziała dla niej dodatkowe płatne wolne podczas przygotowań do aren. Miała trochę więcej czasu na leżenie w łóżku. Trenowała jednak tyle co przeważnie, jako że w jej planie tygodnia raczej nie było miejsca na dodatkowe treningi. Zdawała sobie sprawę, że taki sam czas poświęcony na treningi może w niczym nie pomóc, ale nie miała wiele do gadania. Spędzanie więcej niż ośmiu godzin w grze mogłoby równać się z zaniedbaniem prawdziwego życia, a przecież musiała jeszcze ćwiczyć poza grą. Mimo to czuła, że jest zdecydowanie lepsza niż podczas eliminacji. Myślenie o tamtym dniu niemalże doprowadzało ją do mdłości. Naprawdę nie chciała powtórzyć tamtej wpadki. Jasne, wygrała, ale później w robocie wszyscy się z niej nabijali.
Gdy nadszedł ten dzień, nie była zbytnio przejęta. Niezbyt miał się różnić od innych. Podczas normalnego dnia pracy robiła praktycznie to samo, co miała robić teraz. Różnicą była praktycznie tylko wielkość płacy. A płaca się liczyła. Prawda, zapłata za pracę w armii wystarczała jej na najpotrzebniejsze rzeczy, ale przeważnie tylko na styk. Nie miała jak cokolwiek odkładać. A chciałaby. Marzyło jej się wyprowadzenie się do bogatszej części miasta, do czegoś większego niż jej kawalerka, która była może trochę większa niż pokój, który miała w domu rodziców. Z tym, że w jej mieszkaniu była jeszcze kuchnia i łazienka.
Przed wejściem do gry zjadła ulubiony obiad, licząc na najlepsze. Oczywiście obmyśliła taktykę walki przeciw przeciwnikowi, ale właściwie uznała, że nie ma co planować w ciemno. Pobieżnie tylko zastanowiła się nad umiejętnościami przeciwnika, żeby się nie zaskoczyć. W końcu on też sobie zdaje sprawę, że gra przeciwko niej, iluzjonistce, więc będzie bardziej uważny. Wiedziała, że nie ma mowy o zagrywkach polegających na niewiedzy wroga, co trochę ją denerwowało. Taktyki, które przeważnie używała, na niewiele mogły się zdać podczas aren.

Sektor polarny. Lodowiec. Kupa śniegu. Duża platforma pokryta lodem, kilka gór lodowych. Ciemnoniebieskie, przyjazne niebo. Calys ucieszyła się, że jest tu, a nie na innym sektorze, gdy tylko się o tym dowiedziała. Ten był prosty, znajomy. Chociaż jedna rzecz nie chciała jej zabić. Nie tak jak sektor piąty podczas eliminacji. Nadal przechodziły ją dreszcze, kiedy myślała o momencie, kiedy dwie platformy o mało jej nie zgniotły.
Gdy tylko pojawiła się nad powierzchnią sektora lodowego, zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia gdzie jest przeciwnik. Pojawiła się zaraz obok sporej góry lodowej. Nie było to dla niej najlepsze położenie. Miała tylko nadzieję, że przeciwnik jest w podobnej rozterce co ona. Chociaż właściwie nie miała nawet pewności, czy on jej nie widzi, kiedy ona nie widzi jego. Dlatego też powstrzymała się od ukrywania, i wyszła przed górę licząc na spotkanie przeciwnika. Walczył przecież mieczami, więc nie mógł zbytnio zaatakować jej na odległość. Mimo to cały czas miała swój krótki mieczyk w gotowości.
Nagle aż podskoczyła ze strachu, kiedy zaraz obok niej wylądował nóż rzucony z góry. Podniosła głowę i ujrzała przeciwnika opartego o ścianę lodowca, kilka metrów nad nią. Szybko odskoczyła do tyłu. Wykorzystał jej niewiedzę i pomimo niewielkiej odległości zaatakował z zaskoczenia. Calys musiała przyznać, że jest dobry. Tego za nic by się nie spodziewała.
– Rany boskie, coś ty zrobił? – Nawet nie wiedziała, czy powinna być zła, czy się śmiać. Zdecydowanie zabrzmiała jednak, jakby krzyczała przez śmiech.
Przeciwnik nie odpowiedział, tylko rzucił kolejnym nożem. Prawie trafnie, przebił jej płaszcz. Niewiele by brakło, a znowu miałaby unieruchomioną nogę. Cofnęła się krok do tyłu, żeby podnieść nóż przeciwnika. Pierwszy był za daleko, ale przynajmniej ten mogła zarekwirować. Wsadziła go w pas cały czas mając oczy na chłopaku. Może się przydać.
Seriz zeskoczył z ściany lodowej i podniósł drugi z noży. Udało mu się zdziwić Calys, ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że jest tutaj w cięższej sytuacji. Iluzjonistka miała ograniczoną ilość ataków na odległość, ale on nie miał tak naprawdę żadnych. Rzucanie mieczami nie było najlepszym pomysłem, ale póki przeciwniczka go nie widziała, miał dużą pewność, że trafi. Drugi nóż był już raczej rzucony pod wpływem chwili. Ciągle miał dwa miecze, więc nie widział problemów w ewentualnej walce na dwie bronie. Ale nie przejmował się spaloną zagrywką, po oglądnięciu eliminacji Calys, niezbyt bał się tej walki.
Stali kilkanaście metrów od siebie, przestępując z nogi na nogę. Oboje nie byli pewni, co teraz powinno się dziać. Dziewczyna chciała jak najmniej polegać na walce wręcz, jednak niezbyt miała wybór. Chłopak natomiast trzymał się na baczności. Walczył przecież przeciwko iluzjonistce. Nie bał się jej specjalnie w walce, bardziej bał się otoczenia. Tak naprawdę nic co teraz widział nie było pewne.
– Nessie, co? Za co dają wam wszystkim takie fajne ksywki? – Rzuciła w końcu w stronę przeciwnika. – Chociaż szczerze, bardziej mi się podoba “Leszcz”. Nawet jeśli wspinasz się na drzewa jak małpa.
– Ja przynajmniej mam jakąś ksywkę – burknął pod nosem.
– Właśnie to powiedziałam. Ja też chcę jakąąąąś – jęknęła, po czym spojrzała na przeciwnika z niedowierzaniem. – Chwiluniaa, a ty od kiedy mówisz? Ja myślałam, że chcesz być tajemniczy. Ta maska, te legendy. Komuś się podobał poprzedni sezon, hę?
Kiedy Calys gadała, Leszcz zaczął powoli podchodzić w jej stronę. Ciągle nie był pewien otoczenia, ale kiedy dziewczyna w najlepszą oddawała się monologowi, zdecydował, że to najlepszy moment na atak, jaki może mieć. Wyciągając miecze, ruszył na bogato gestykulującą iluzjonistkę.
– Czyli jednak wolisz być tajemniczy. A myślałam, że może będziesz ciekawszy… No cóż, nie tym razem!
Dziewczyna tylko widząc zbliżającego się Seriza, wysunęła spod płaszcza swój ulubiony krótki mieczyk i nieco zaniedbany nożyk rytualny. Zaparła się nogami o ziemię, czekając na atak przeciwnika, jak miała w zwyczaju. Ich bronie starły się dopiero po kilku sekundach. Głośne starcia metalu o metal przyprawiały oglądających o dreszcze. Dziewczyna zsunęła się lekko do tyłu. Stanie w miejscu na lodzie nie było najłatwiejsze, nawet jeśli miała przewagę siłową. Przeciwnik był co prawda od niej nieco wyższy, ale zdecydowanie drobniejszy. Wyglądał jakby mógł się połamać od mocniejszego upadku, co nie było rzecz jasna do końca prawdą. Budowę zdecydowanie nadganiał zwinnością.
Mocny zamach chłopaka wytrącił na chwilę Calys z równowagi, skutkując utratą kilka punktów po jej stronie. Wiedziała, że walka przeciw dwóm mieczom nie będzie specjalnie łatwa, ale wierzyła w swoje umiejętności. Szybko odwzajemniła atak, odpychając Leszcza kilka kroków do tyłu. Ślizgnął się na lodzie do tyłu. Musiał na chwilę przejść do obrony, żeby móc utrzymać równowagę. Iluzjonistka znalazła chwilę luki, aby wbić mu swój nóż w nogę. Zdziwiła się jednak, gdy po powrocie do stabilizacji postawy, Seriz niewzruszony odepchnął ją.
Oboje mieli minimalne straty w punktach życia, a walka trwała w najlepsze. Seriz zdecydowanie miał przewagę, ale walka była na tyle chaotyczna, że trudno było powiedzieć, czy następne uderzenie będzie trafionym czy nie. Ta niepewność zaczynała powoli irytować ich obu, chociaż też niezbyt mogli cokolwiek zrobić aby to zmienić. Nawet bez iluzji, lodowe podłoże było niepewne.
Nie zwrócili nawet zbytnio uwagi, że morze cyfrowe zaczęło się już powoli podnosić, ciągle przepychając się na niewielkim wzniesieniu obok góry lodowej. Calys odwróciła się w stronę horyzontu, jednocześnie z nieuwagi przyjmując ranę nożem w prawą rękę. Szybko jednak oboje zdali sobie sprawę, że nie ma czasu walczyć, a czas się wspinać.
Seriz był wprawiony we wspinaczce w terenach wirtualnych. W końcu duża część jego sprzętu była do tego dostosowana. Jednak ta sytuacja trochę różniła się od innych. Nie zawsze musisz się wspinać na lodową górę, żeby uniknąć spłukania przez morze cyfrowe. Chociaż to dla niego też nie było problemem. Cała sytuacja była niecodzienna, ale zdecydowanie dla niego na plus. Mimo to, starał się trzymać na baczności.
Calys musiała najwyraźniej skorzystać z myślenia kryzysowego, bo o ile wiedziała co ma robić, kompletnie nie miała pojęcia jak. Kiedy przeciwnik kilkoma zwinnymi ruchami znalazł się na górze, ona dopiero zaczęła się powoli podnosić na skałach. Rana w prawej ręce też nie ułatwiała jej wspinaczki. A cyfrowa woda tylko się zbliżała.
– Zrzuciłbym cię, ale jesteś tak nisko, że nawet cię nie sięgnę – prychnął Leszcz.
– Może rzuć mieczem? – Zaśmiała się w odpowiedzi. Mimo to brzmiała raczej jakby jęczała.
– Nie tym razem – odrzucił. – Poczekam aż podejdziesz wyżej, albo aż woda cię nakryje.
– Świetnie.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech. Tylko kilka metrów do góry. Z drugiej strony, dopiero teraz miała jakąkolwiek przewagę odległości. Oparła się ramieniem o półkę skalną i podciągnęła lekko do góry. Zdawała sobie sprawę, że ma małą szansę to wygrać od samego początku. Skierowała swój nóż w górę. Może chociaż będzie mogła odepchnąć przeciwnika z krawędzi skały, tak, żeby mieć okazję wejść na górę.
Trzy. Pięć. Dziesięć. Wystarczy. Nie potrzeba jej więcej. Wystrzeliła je tak, żeby minimalnie minęły Seriza. On szybko odsunął się kilka kroków do tyłu. Świetnie.
Wciągnęła się trochę wyżej. Za chwilę będzie mogła stanąć. Przyciągnęła noże do siebie. Seriz szybko zasłonił się tarczą. Wszystkie noże rozbiły się o płachtę cyfrowej wody. Ale odwróciły jego uwagę na wystarczająco długo, żeby mogła stanąć. Teraz tylko przejść do jakiegoś sensownego planu.
– Naprawdę zmarnowałaś ataki na odległość, żeby wspiąć się na górkę? Żartujesz? – Był szczerze zdziwiony. Ta zagrywka była głupia. Nawet jak na nią.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Dobyła swojego krótkiego miecza i szarżowała w jego stronę. Swoją przewagą siły zsunęła go kilka kroków do tyłu. W idealne miejsce. Skarpa. Wystarczy go teraz tylko zepchnąć. Pierwsze co przyszło jej do głowy. Przed chwilą w końcu sama była w takiej samej sytuacji. I jakby nie było, zmarnowała swoją jedyną zwycięską kartę.
Wymieniali się ciosami mieczy, ale Calys nie zależało na ataku. Tak, liczyło się zbicie kilku punktów, ale przede wszystkim zepchnięcie go ze skarpy. Nawet, jeśli przeciwnik się uratuje, wiedziała już, co robić dalej. Wystarczył jeden, silniejszy atak. I dostała na to idealną okazję.
Wpadła w lekki poślizg, przesuwając się lekko do przodu. Wbiła mu w pancerz swój krótki nóż, a ten zleciał ze skarpy. Ona sama też się przewróciła, lądując na lodzie przodem. Zdecydowanie też straciła kilka punktów. Upadek był bolesny. Miała wrażenie, że cały świat wokół niej się kręci. Przełknęła jedynie ślinę, i próbowała wrócić do stabilnej pozycji. Teraz to ona musiała się trzymać na baczności. Nie wiedziała, skąd przeciwnik może się wyłonić. Nóż wystrzeliła w tarczę z cyfrowej wody, a miecz spadł razem z Serizem w otchłań. Miała więc tylko miecz przeciwnika. Który i tak na niewiele by jej się zdał, bo nie była przyzwyczajona do tego typu broni.
W pośpiechu, zakleiła kilka dziur w ziemi używając swojej iluzji. Na wszelki wypadek. Naprawdę nie miała już kompletnie pojęcia, co robi. Nie nadawała się do walk przed ludźmi. Mogła sobie mówić, że się nie stresuje, ale dawno nie czuła się tak do niczego.
Seriz wyłonił się z morza cyfrowego z kompletnie drugiej strony, niż Calys się go spodziewała. Był całkiem dobry w zaskakiwaniu przeciwnika. Dziewczyna w kompletnej panice wpadła na szybki pomysł. Ściągnęła z szyi wisiorek i stanęła w pozycji do walki. Nie mogłaby przeszkodzić przeciwnikowi w wejściu na platformę, gdyż od strony, od której szedł, wejście było strome. Czekała więc, aż wyłoni się zza górki, aby wycelować w niego swoją ostatnią deskę ratunku.
Gdy tylko jasne włosy pojawiły się za prostą powierzchnią góry, dziewczyna wystrzeliła wisiorek jak z procy. Dostał. W czoło.
– Kobieto! W prawdziwym świecie siniak by został jak cholera… – mruknął, patrząc na upadający na ziemię wisiorek.
Dziewczyna dobyła już długiego miecza, który cały czas trzymała w pasie. Znowu to samo. Oddech zaczął jej drżeć.
Nagle jednak ziemia pod nogami przeciwnika zapadła się. Zleciał. A wraz z nim wisiorek. Przydało się jednak wpisanie go do zgłoszenia jako broni. Pułapka zadziałała. Dziewczyna zaczęła drżeć ze szczęścia. Nie mogła złapać oddechu. Po prostu pękła ze śmiechu. Rany, tego sama się nie spodziewała. Udało się. Pomimo całego tego burdelu, udało się. A water horse teraz najwyżej posiedzi na galerze.
– Bon voyage! – krzyknęła, sapiąc głośno. Była zestresowana. Ale wygrała. Mimo to czuła się dziwnie. Nie czuła, jakby w ogóle zasłużyła na tą wygraną. Znowu była kompletnie do bani. Po raz kolejny wzięła głęboki oddech i rzuciła w eter – Jak już cię odratują, wyjdźmy gdzieś razem! Zdecydowanie nie zasługiwałeś na przegraną ze mną.

[Ćwierćfinał 3-2] Calys Jaques vs Seriz Cortez

W wirtualnym barze klubu Leszcz pachniało smażonymi rybami. Był to nowoczesny lokal. Przeważały tu białe i niebieskie kolory. Wielkie okna ukazywały widok na jezioro i góry. Szklane stoliki unosiły się na różnych wysokościach, dostosowując się do modulowanych krzeseł i siedzących na nich klientów. Po barze krzątało się kilku kelnerów w szarych, eleganckich strojach, ze stereotypowymi fartuchami owiniętymi wokół bioder. Wszyscy mieli na piersiach naszywki z imionami i niewielkim logo.
Do lokalu wszedł osiemnastoletni chłopak w luźnym podkoszulku i długich spodniach. Przez chwilę rozglądał się, szukając kogoś. Nie widząc go, zaczepił jednego z kelnerów.
– Jest Seriz? – zapytał. Kelner przytaknął z uśmiechem.
– Zaraz go zawołam – odpowiedział.
Chłopak zgodził się i usiadł przy najbliższym wolnym stoliku. Miał stąd widok na wioskę rybacką przy jeziorze. Bar znajdował się trochę daleko od niej. No cóż…
Nad blatem wyświetlił się hologram z wyborem menu. Chłopak zaznaczył lekką przekąskę i drinka. Hologram zniknął, zostawiając go w spokoju.
– Jestem – usłyszał nad uchem. – Hejka, Ray – chłopak usiadł naprzeciwko.
– Hej. Oglądaliśmy twój występ w eliminacjach. Gratuluję – powiedział, przyglądając się Serizowi. Czarne włosy, zielone oczy. Wieczny uśmiech na gładkiej twarzy. Wyglądał jak zwykle.
– Dzięki. Nie myślałem, że czerwone gildie robią sobie wieczorki filmowe – zaśmiał się Seriz.
– A bo to od dzisiaj? – uśmiechnął się Ray. – Walczysz z Calys, nie? Trudno cokolwiek o niej znaleźć. Tyle, co udostępnili organizatorzy i nagranie z eliminacji. Ciekawa babka. A. Co do organizatorów. Widziałem twoją kartę.
– Są publiczne. Co w tym dziwnego? – zapytał Seriz.
– Zataiłeś to o nodze. Chyba nie uznają tego za oszustwo?
– Organizatorzy wiedzą. Pozwolili zataić tą informację.
– To dobrze – chłopak odetchnął z ulgą. – Jeszcze jedno. 52 kilo? Przytyłeś w końcu?
– Gdzie tam – Seriz pokręcił głową. – Babka, która przyjmowała kartę, jak zobaczyła u dorosłego faceta wpisaną wagę 40 kilo popukała się w głowę i kazała mi zedytować – zaśmiał się.
– Czterdzieści? Czyli jeszcze schudłeś… – stwierdził Ray. Chciał jeszcze coś mówić, ale nagle za nim rozległ się niski, chropowaty głos.
– Serini, miałeś spać – stwierdził stanowczo.
– Mam dwa dni do walki. Jeszcze się wyśpię – chłopak patrzył na kogoś ponad głową Raya.
– Umawialiśmy się. Jeśli zaraz się nie wylogujesz, wyłączam skaner. A potem wracaj sobie z publicznego.
Seriz odwrócił wzrok od rozmówcy. Po minie było widać, że stara się nie odpyskować.
– Nie śpisz już ponad tydzień. Nie puszczę cię tak na turniej. Pięć minut, pożegnasz kolegę i wynocha – mężczyzna klepnął Raya po ramieniu i odszedł.
Ray wzdrygnął się.
– Wujek w humorze, jak widzę – spróbował zażartować. Seriz nie odpowiedział. Nadal patrzył za okno. – Zapomina, że jesteś już dorosły. Moi rodzice są tacy sami – kontynuował. Brak odpowiedzi. – W ogóle, ponad tydzień? To już chyba jakiś rekord.
– W zeszłym roku siedziałem tu prawie cztery miesiące bez wychodzenia – przyznał chłopak. Ray spojrzał na niego, zdumiony. W końcu Seriz spojrzał mu w oczy. – W końcu odłączył mi ten skaner. Wylogowałem się w publicznym. Na szczęście w dzień, to udało mi się złapać taksówkę… No nic – wstał. – Do następnego – podał Rayowi rękę.
– Może wpadniesz po walce oblać zwycięstwo? – zaproponował chłopak.
– A jak przegram? – zaśmiał się Seriz. Pokręcił głową. – Nie. Jestem już umówiony. Ale możemy się spotkać przed półfinałami. Słyszałeś, że Hiszpanie otwierają nowe miasto?
– Ryż na mleku? – zgadł Ray. Rzeczywiście, słyszał, że mają otworzyć prywatny serwer z miastem zwanym po hiszpańsku “Ryż na mleku”, czy tam “Budyń ryżowy”.
– Ta. Możemy się spotkać przed pokazem.
– Sami?
– Wezmę Tes. Ucieszy się. Na razie spadam.
– Pa.
Ray odwrócił się w stronę okna. Po chwili jeden z kelnerów przyniósł mu zamówienie.
” Nie chcieliście przeszkadzać” uznał.
Tes… Dawno nie słyszał tego imienia.

______________________________

Dwa awatary uderzyły jednocześnie o powierzchnię sektora Lodowcowego. Seriz stanął luźno. Nie sięgnął po broń. Przeciwniczka także. Patrzyła się na niego.
Chłopak nie miał zamiaru się śpieszyć. Domyślał się, że Calys od razu zacznie robić iluzje. Ten typ zawsze tak zaczynał. Myśleli, że są oryginalni. Ale Seriz wiele razy walczył z iluzjonistami. Ba! Sam przez kilka miesięcy próbował się tym bawić, jednak w końcu odsprzedał umiejętność, uznając ja za bezsensowną.
Calys wyjęła w końcu swój krótki mieczyk i ruszyła w jego stronę. Przetrzymał ją. Poczekał aż będzie jak najbliżej. Wtedy podniósł przed nią barierę, jednocześnie wyciągając jeden ze swoich mieczy. Gdy to zrobił, od razu, bez problemu odparł atak z tyłu i odskoczył w bok. Przeciwniczka wydawała się zaskoczona.
Dobrze! Spodziewał się, że tak to rozegra.
Coś świsnęło obok Seriza. Zrobił gwałtowny unik i zamknął oczy. Zapomniał, że przeciwniczka może poruszać skopiowaną bronią. Ale każdą kopią iluzji? Nie. To nie mogło tak działać. Pewnie po prostu zostawiła sobie furtkę, jakby się domyślił. Może jej iluzja nie była dokładna? Musiał się jej przyjrzeć.
Tym czasem chłopak ruszył w kierunku Calys. Nie był pewien, czy znów nie użyje iluzji, ale na szczęście nie zdążyła tego zrobić. Ich miecze starły się. Ku zaskoczeniu Seriza, dziewczyna była całkiem silna.
– Słabiutko, leszczyku – zakpiła sobie.
– Nie mam w zwyczaju bić starszych pań – prychnął i kopnął ją w brzuch. Lód sprawił, że odjechała na ponad metr. Wydawała się szczerze zaskoczona. Trudno powiedzieć, czy jego słowami, czy atakiem. W wirtualnym świecie takie zagrywki należały raczej do rzadkości… Ale czy ona sama nie stosowała ataków ciałem?
Chłopak wyjął szybko drugi miecz i przystąpił do ataku. Nie chciał wdawać się w dłuższe pogawędki, nie chciał dać jej czasu na stworzenie iluzji. Mógł próbować dalej ją dekoncentrować, ale i tak już miała okazję użyć umiejętności, kiedy odjeżdżała. O ile nie była zbyt zaskoczona, by zareagować.
Seriz dobiegł do przeciwniczki i ciął lewą ręką. Odbiła to, odskoczyła na prawo. Zaraz potem coś przeleciało po ręce chłopaka. Syknął. To także zaskoczyło dziewczynę. Tym razem pozytywnie.
– Czujesz to? Ha! Pieprzony masochista – zaśmiała się.
– Morda – rzucił się w jej stronę.
Błąd. Spokojnie.
Przeciwniczka nie spodziewała się, że Seriz nagle się zatrzyma.
Momentalnie podniósł barierę i odskoczył.
Dziewczyna od razu zareagowała. Pobiegła w jego stronę.
” Iluzja, czy nie? Nienawidzę takich” prychnął.
Wydawało się, że Calys wygląda normalnie. Nic nie zdradzało, czy jest prawdziwa, czy nie. Miecz w lewej ręce. Strój wyglądał normalnie. Może zniknęło coś innego? Czego przeciwnik tak łatwo nie zauważy?
Naszyjnik? Gdzie ten pieprzony naszyjnik, który wpisała w kartę!?
Ruszył na jej spotkanie. Musiał być uważny. Mimo wszystko, nie wiedział, czy używa iluzji, czy nie. Coś świsnęło tuż przed jego twarzą. Gwałtownie się zatrzymał. Od razu tego pożałował. Calys wezwała swoją broń z powrotem. Seriza na moment oślepiło. Wystarczająco, by dziewczyna zdążyła zaatakować i odjąć mu kilka punktów życia. Ostrze na szczęście trafiło w pancerz na przedramieniu, nie w ciało. Chłopak szarpnął się i odskoczył najdalej, na ile pozwalało mu oślepienie. Efekt na szczęście po chwili zniknął.
Calys wydawała się pewna siebie. Biegła w jego stronę, szyując się do kolejnego ataku. W tym momencie rozległ się sygnał zwiastujący rozpoczęcie sekwencji przeszkadzającej. Przeklęła.
Seriz, nie robiąc sobie nic z tego, zaatakował. Sytuacja była mu na rękę.
Ich miecze starły się. Calys całkiem dobrze radziła sobie z dwoma większymi brońmi. Miała teraz w ręku i mieczyk i swój nóż. Widać było, że umie walczyć. Cały czas jednak cofała się w stronę, widocznej tuż, tuż, wyższej platformy. Liczyła, że się tam dostanie. Naiwna!
W niższych sekcjach platformy, na której się znajdowali, zaczęła pojawiać się woda. Widać było, jak napracowali się modelarze, którzy dostosowywali sektor do sekwencji. Miejscami w lodzie były niewielkie wgłębienia. Przenikała przez nie woda, wypełniając je, niby kałuże. Był to jednak na tyle wolny proces, że można było nie zwrócić na to uwagi. I Seriz właśnie na to liczył.
Calys była dobrą przeciwniczką, naprawdę dawała radę. Odbierała Serizowi pojedyncze punkty, sama dając sobie odbierać tyle samo. Powoli oba paski zdrowia spadały – po dwa, po trzy punkty. Nie spodziewała się jednak, że chłopak prowadzi ją w pobliże jednej z kałuż. Odebrała mu niespodziewanie o kilka więcej, niż normalnie, punktów życia.
Zostało 55.
Zamienili się. Teraz to on szedł tyłem i zdawało się, że jedynie się broni. Tym razem nie dawał sobie odebrać nawet pół punkcika.
Pod maską, Calys nie była w stanie zobaczyć jego triumfalnego uśmiechu. Niespodziewanie wystrzelił w niebo, uderzając ją przy tym nogą. Cofnęła się kilka kroków, patrząc w niebo. Widziała jego sylwetkę. Była jednak tak zaskoczona…
Mimo to próbowała się bronić. Rzuciła swoim nożem w chłopaka, starała się poruszyć. Stworzyła iluzję, by uciekła w drugą stronę.
Nagle jednak poczuła coś na sobie. Spojrzała na ramię. Haczyk. Niewielki haczyk.
“Kiedy on wyjął…?”
W tym momencie Seriz pociągnął ją w miejsce, gdzie przed chwilą stała. Spróbowała jeszcze podnieść miecz, lecz na niewiele się to zdało.
Chłopak wylądował na niej, wbijając oba ostrza w jej głowę.

______________________________

” Dziękuję za dobrą walkę
~ S.”
Calys jeszcze raz przeczytała wiadomość. Cóż…

______________________________

Dziewczyna sprawdziła godzinę na telefonie. Spóźniał się już kilka minut. Chciała iść, ale była zbyt zaciekawiona, by nie poczekać jeszcze chwilę.
Ulica była praktycznie pusta. Gdzieś z tyłu rozlegało się miarowe stukanie o kostkę. Klap, stuk, klap…
– Przepraszam, że musiałaś czekać – rozległo się niespodziewanie. Dziewczyna odwróciła się. – Melanie Dunbar, prawda?
– Jak mniemam Seriz? – odpowiedziała pytaniem, wstając z ławki.
Spojrzała na niego. Najpierw na prawie dziewczęcą buźkę, potem na chorobliwie chude ciało. W końcu zwróciła uwagę na jego nogi. Właściwie jedną nogę i dwie kule, które trzymał w rękach.
– Widzę, że cię zainteresowałem.
– Mów, co masz – uznała, starając się nie zwracać uwagi na to, jak wygląda.
Chłopak podał jej kartkę.
– Skąd mam wiedzieć, że to, co tu napisałeś, jest prawdą?
– Mogę ci pokazać – wzruszył ramionami. Oparł o siebie jedną kulę i wyjął z głębokiej kieszeni telefon.
Odblokował go. Przez chwilę nic się nie działo. Potem uaktywnił się jakiś program.
Melanie spojrzała na swój, lekko błyszczący na palcu, pierścień.
– Co to jest?
– Program, zbudowany na fragmencie kodu Xany.
– Sprawdziłam wszystkie, jakie tylko były dostępne.
– Najwyraźniej ten nie był – zaśmiał się, chowając telefon. Złapał drugą kulę. – Na razie – powiedział, obracając się.
– Nie wierzę ci – rzuciła za nim.
– Twoja sprawa – uznał.
Melanie patrzyła, jak oddala się pustą ulicą. W końcu skręcił za róg.
Spojrzała na kartkę.
” Nie ufam ci, kolego… Ale i tak to sprawdzę” pomyślała z uśmiechem.

[Tekst dodatkowy 1] Wywiad z Jerzym

W popularnej internetowej telewizji skończyła się przerwa reklamowa. Licznik w dole ekranu pokazywał prawie czterdzieści milionów oglądających. Sztuczne inteligencje tłumaczyły program na żywo w prawie wszystkich językach świata. Rozległo się szybkie intro programu. Krótka sekwencja modulowanych, elektronicznych dźwięków. Jeden z najpopularniejszych kawałków ostatnich lat.

Na ekranie w końcu pokazano studio. Rozbłysły ostre, kolorowe światła. Podest, ściany – wszystko zaczęło błyszczeć. Za prowadzącym i jego gościem, siedzącymi w czerwonych fotelach, pojawiło się logo. Wirtualna kamera zrobiła zbliżenie na twarze. Mogli zaczynać.

– Witajcie w programie “Wirtualna Gwiazda” – wesoło zakrzyknął młody prowadzący w cudacznym stroju. – Gościmy dzisiaj zwycięzcę pierwszej walki ćwierćfinałowej tegorocznego turnieju. Jerzy- jak samopoczucie?

– Cósz… Powiedziałbym, sze mosze być.

– Czyli humor dopisuje – zaśmiał się. – Opowiedz nam coś o sobie? Kim jest Jerzy, który jako pierwszy zakwalifikował się do półfinału?

– Jest kimś, kto cieszy się z tego faktu – odpowiedział mu blondyn, również się uśmiechając, choć nie tak szeroko jak prowadzący.
Choć to wydawało się niemożliwe, mężczyzna wtedy roześmiał się jeszcze bardziej.

– Co chciałbyś o sobie powiedzieć? Nie krępuj się. Skąd pochodzisz? Dlaczego bierzesz udział w turnieju?

– Pozwolę sobie najpiełw odpowiedzieć na długie pytanie. Czemu biołę udział w tułnieju? Po płostu by się spławdzić. Po tej stłonie szukam pszede wszystkim wyzwań, a Ałeny pozwalają się zmieszyć z najlepszymi.

– Oj daj spokój! – przerwał mu prowadzący. – Sława! Pieniądze! – w tym momencie studio rozbłysło od wirtualnych złotych monet. – Powiedz, zbierasz może na coś konkretnego?

– Z tego co wiem, to… nie. Nie zbiełam na nic. Jestem płosty chłop z płostymi potszebami. Wszystko czego najczęściej potszebuję, nie jest jakoś szczególnie tłudno dostępne. Mosze kiedyś spróbuję zapolować na jakieś ałtefakty, ale chwilowo mnie to nie intełesuje.

– No dobrze, dobrze. Ale spróbuj trochę pomyśleć. Czego pragniesz? Załóżmy, że wygrasz finał. Co wtedy? Na co wydasz nagrodę?

– Jeśli wygłam, to…

– Poczekaj! 41 milionów oglądających! Już, proszę – wyszczerzył zęby.

– 41 milionów… – powtórzył sam do siebie. – Ciekawe ile jeszcze osób zaintełesuje się takim scyzorykiem, jak ja? A włacając do pytania o nagłodę, to zastanowię się dopiero, kiedy wygłam. Wcześniej nie ma sensu myśleć o takich spławach.

– Daj się ponieść wyobraźni. Chociaż przez chwilę. Pierwsze, co ci przychodzi na myśl?

– Piełwsza? Chyba wypława najdalej jak się w odmęty Cyfłowego Mosza. Bez szadnych szybkich podrószy.

– Podróż przez Cyfrowe Morze? Nie jest to aż tak drogie. Wielu podróżników żyje tylko z tego, co zdobędzie po drodze. Poza tym: mówią, że Morze kończy się tam, gdzie kończy się internet. Co o tym sądzisz?

– Oni mosze i tak twiełdzą, ale chciałbym sam się o tym pszekonać. Poza tym, czy to w ogóle moszliwe, by intełnet miał jakiś kłes?

– Cóż, to zależy podobno od tego, dokąd fizycznie dociera. Wszystkie wirtualne światy postawione są na fizycznych urządzeniach. Jeśliby się zastanowić… Mógłbyś dopłynąć najdalej do bazy na Marsie… Ale cóż, może wróćmy do tematu Aren – zaproponował entuzjastycznie prowadzący, bawiąc się jednym ze zwisających z jego głowy, kolorowych sznureczków. – Masz coś przeciwko?

– Najmniejszego.

– No dobrze. Co zatem sądzisz o swojej przeciwniczce? Wydawało się, że pokonałeś Nadię bez żadnego problemu.

– Nie wiem jak to wyglądało, to dla innych, ale nie było to takie płoste. Gdyby nie miejsce w któłym walczyliśmy, jak i całkiem społa ilość szczęścia, to pewnie tełaz rozmawiałbyś właśnie z nią, a nie ze mną – stwierdził Jerzy pochylając się w stronę rozmówcy.

– Nie bądź taki skromny – zaśmiał się prowadzący. – Przez cały czas panowałeś nad sytuacją, prawda?

– Cały czas? Nie. Łaczej szybko łeagowałem na to co się dzieje. Poza tym Kałtagina, nie dość, sze jest moim ulubionym sektołem z Lyoko, to pozwala być bałdzo twółczym, jeśli chodzi o walkę.

– Rozumiem – mężczyzna wydawał się nie być przekonany. Odchylił się bardziej w fotelu, opierając cały ciężar na jednej stronie. – W takim razie przejdźmy dalej – spojrzał na imitację podkładki pod dokument. – Drugi ćwierćfinał zacznie się za kilka godzin. Zatem, skoro czasu niewiele: szybkie pytanie. Kto jest twoim faworytem? Z kim chciałbyś zawalczyć w półfinale?

– Zazwyczaj nie łozwaszam takich szeczy, ale jak mam być szczeły, to chyba bym wybłał Ałona. Osoby z panceszem są wyjątkowo męczący. Nie zmienia to jednak faktu, sze nie będę naszekać, nie waszne kto wygła.

– Rozumiem. Przejdźmy zatem do kolejnych Aren i do kolejnych przeciwników. Jak wyglądają twoje typy na kolejne rundy? Calys, czy Seriz? Aiyana, czy Lucy? Kto według ciebie wygra? A może, kogo wolałbyś widzieć w półfinale?

– Z wyłokowaniem tych Ałen bym jeszcze poczekał. Ale obie zapowiadają się ciekawie i cięszkie do rozstszygnięcia. Choć nie ukływam, że według mnie, pojedynek między Aiyaną i Lucy na pewno będzie bałdzo ciekawy.

– Ach, Aiyana – na ekranie za ich plecami pojawiła się twarz dziewczyny. – Jedna z faworytek widzów. Będziemy go oczywiście transmitować na żywo. A teraz kolejne pytanie: z kim z pozostałych uczestników chciałbyś zawalczyć?

– Z kim chciałbym jeszcze zawalczyć… To w sumie dobłe pytanie. Choć podejszewam, sze w czasie tłwania Ałen, łaczej nie będzie za duszej moszliwości wybołu. Po wszystkim… Mosze zapłoponuję małe stałcie z Aiyaną lub Lucy. Albo i Calys jak da ładę.
– Dobrze. Dziękujemy za tą obszerną wypowiedź – zaśmiał się prowadzący. Potem wstał. Jerzy zrobił to samo. – Dziękujemy państwu za uwagę. Jerzy Tasiemski i 45 milionów widzów!!
W studiu rozległy się nagrania wiwatów. Po bokach strzeliły confetti. Światło zwariowało. Za plecami prowadzącego i Jerzego pojawiły się kolorowe napisy. W końcu światło zgasło.