[Walka 5-2] Daniel Garcia vs Jerzy Tasiemski

— Coraz dziwniejsi przeciwnicy… — mruknął Jerzy do siebie, opierając się o swoje robocze kowadło i przeglądając informacje o swoim kolejnym przeciwniku, wyświetlane nad metalową powierzchnią.

— Oryginał, czy modyfikacja…? — zastanawiał się, nad przyczyną takiego wyglądu. Niestety to, co było dostępne, do obiegu publiczne nie powalało ilością. Polak miał wręcz wrażenie, że o sektorze, w którym mieli się zmierzyć, było więcej wiadomo.

A ten zdawał się należeć do jednego z tych, które mogą równie dobrze być po twojej stronie, jak i po stronie przeciwnika, jak to ma miejsce w Kartaginie.

— Będzie ciekawie — stwierdził jeszcze, po czym wzdychając, wyłączył ekran z danymi Aren. Zaraz na jego miejscu pojawił się drugi, przedstawiający spis projektów, którymi miał zamiar się zająć przed eliminacjami do kolejnych Aren.

***

Ciemność otaczała go ze wszystkich stron, lecz on czekał cierpliwie. W końcu i tak dojdzie do walki, bez względu na to, co by zrobił.

— Witaj Jerzy, twoim przeciwnikiem jest Daniel Garcia. Będziecie walczyć w Dżungli, powodzenia — usłyszał niespodziewanie, a mrok został zastąpiony rozbłyskiem światła.

W następnej sekundzie blondyn lądował już na zielonej platformie tak jak i jego przeciwnik kilka metrów dalej.

Choć w jego przypadku, ciężko było stwierdzić, czy wylądował, czy jedynie upadł. Forma obłoku gęstego dymu uniemożliwiała stwierdzenie takich rzeczy.

Gdy obaj już się wyprostowali, ruszyli w swoją stronę, przygotowując swoje miecze.

Zatrzymując się kilka kroków od siebie, praktycznie na środku owalnej platformy, która miała być “liśćmi” trzech sąsiadujących ze sobą drzew. Pomijając kształt, takich powierzchni było w okolicy pełno.

Teraz jednak istotniejszy dla Jerzego był jednak jego przeciwnik, który nie wyglądał szczególnie wyraźnie. Ot, kłąb dymu z dwoma uzbrojonymi rękami i dwa nieduże głośniki unoszące się w okolicy ramion. A przynajmniej w miejscu, gdzie teoretycznie powinny być ramiona.

— Powodzenie — rzucił ubrany na czarno w stronę chmurnego wroga, kiwając lekko głową.

— Wzajemnie — padło z jednego z głośników, przy czym głos brzmiał, jakby wydobył się ze stuletniego głośnika.

— Dziadkowe ładio — mruknął Jerzy, mocniej zaciskając palce na rękojeściach mieczy, po czym momentalnie wyskoczył w stronę Daniela, prawą ręką wyprowadzając pchnięcie.

Ostrze katany jednak nie dosięgło celu, a zderzyło się z wrogą klingą. Tak samo, jak uderzający po skosie chepesz.

Mocowali się tak przez chwilę, zgrzytając ostrzami o siebie, aż ich bronie oparły się o siebie gardami.

Wtem bezcielesne oponent odepchnął blondyna i sam zaatakował poziomym cięciem, wymierzonym w szyję. Jerzy jednak uchylił się przed ostrzem, tnąc jednocześnie od dołu, celując między głośniki.

Szabla jednak trafiła na pustkę, gdy Daniel rozwiał się w ledwie widoczny strzęp dymu. Zaraz jednak wrócił do swojego poprzedniego stanu, lecz będąc już za plecami swojego oponenta, co natychmiast wykorzystała, obracając się w miejscu wyprowadzić uderzenie, mające przeorać plecy polaka od lewego barku, po prawe biodro.

Jerzy jednak ponownie się uchylił, lecz spóźniając się z tym o ułamek sekundy. Nie zmieniało to jednak faktu, że cios, który miał mu zabrać przynajmniej trzydzieści punktów, skutkował utratą ledwie dziesięciu.

— W plecy? — rzucił wojownik przez ramię, jednocześnie samemu wyprowadzając podobne cięcie, do tego Daniela, lecz idące od dołu i mające przejść przez pierś przeciwnika. — Nie ładnie…

Ten jednak bez trudu uchylił się przed cięciem, nie odzywając się ani słowem.

Wycofując się coraz bliżej skraju platformy, wojowniczy obłok zdawał się zastawiać pułapkę na blondyna. Ten jednak nie miał w planach w nią wpadać. Jednak stanie w miejscu też nie zapewni mu wygranej. Można było się nawet pokusić o stwierdzenie, że znalazł się w patowe sytuacji sytuacja.

Jerzy jednak nie zamierzał tańczyć, jak mu przeciwnik zagra. A przynajmniej nie tak jak ten chciał.

Zmieniając chepesz w lewej ręce na tonfę, chwycił ją w pozycji obronnej, tak by zasłaniała całe przedramię, po czym ruszył na obłok dymu, osłaniając się nową bronią.

I tak jak przypuszczał, Daniel tylko na to czekał, gdyż gdy tylko miał wyprowadzić cięcie kataną, ten znów się rozpłynął w powietrzu, by ponownie zaatakować Jerzego od tyłu.

Nie przypuszczał chyba jednak, że blond włosy był przygotowany na taki scenariusz, ponieważ przyjął cięcie — tym razem wyprowadzone od dołu — na pałkę.

Jednak siła ciosu połączona z faktem niestabilnej postawy, wystarczyłyby zrzucić go ze skraju liściastego podestu, wprost na jedną z niżej usytuowanych. Co najpewniej w najlepszym wypadku kosztowałoby go utratą kolejnych punktów życia.

Tasiemski miał jednak inne plany względem dalszych wydarzeń. Będąc już poniżej listowia, zamachnął się kataną, która w tym samym momencie zmieniła się w młot meteorytowy. Posłany przed siebie łańcuch owinął się wokół jednej z podtrzymujących platformę gałęzi, zmieniając jedną z trudniejszych do opanowania broni w linę bezpieczeństwa.

Trzymając się kurczowo, huśtających się wszystkie strony ogniw, Jerzy szukał miejsca odpowiedniego do wylądowania. W końcu ile mógł tak wisieć poza zasięgiem wroga? Raczej niezbyt długo, zwłaszcza że niebo pomiędzy drzewami powoli zaczynało nabierać ciemniejszych barw.

— Widzę cię — usłyszał za sobą zniekształcony głos przeciwnika, lecz gdy obejrzał się za siebie, nigdzie go nie dostrzegł.

Sytuacja powtórzyła się kilkanaście sekund później. Nie pomógł nawet fakt, że łańcuch zdążył się już uspokoić i o wiele łatwiej było mu spojrzeć w odpowiednią stron.

Wtem coś trafiła go w plecy, nieomal zrzucając na dotychczasowej pozycji, lecz o dziwo nie otrzymał przy tym żadnych obrażeń.

Nie miała jednak czasu na rozmyślanie nad tym zjawiskiem, bo oberwał ponownie, wskutek czego obie bronie wyślizgnęły mu się z rąk. Spadając, zdołał się jednak złapać krawędzi, jednej ze ścieżek powstałych z korzeni drzew, choć jego tonfa nie miała tyle szczęścia, znikając gdzieś w cyfrowych odmętach, czemu towarzyszył mały gejzer energii. O ile szczęściem można było nazwać lądowanie brzuchem na konarze.

Choć mając do wyboru to lub kąpiel w Cyfrowym Morzu, chyba mogło się załapać pod to stwierdzenie. Nawet jeśli nie należało ani do najprzyjemniejszych, ani nie obyło się bez obrażeń wynoszących piętnaście punktów.

— Bomba — rzucił w przestrzeń, wspinając kładkę i odczepiając od szarfy dwie kolejne rękojeści.

Akurat w tej chwili, w której dostrzegł swojego przeciwnika pędzącego na niego, pod postacią smugi dymu.

Blondyn dosłownie w ostatniej chwili zdążył użyć Podmiany, ponownie przywołując oba swoje miecze, by zablokować uderzenie materializującego się przeciwnika.

 Wtem coś trafiła go w plecy, nieomal zrzucając na dotychczasowej pozycji. Lecz o dziwo nie otrzymał przy tym żadnych obrażeń.

Nie miała jednak czasu na rozmyślanie nad tym zjawiskiem, bo oberwał ponownie w skutek czego obie bronie wyślizgnęły mu się z rąk. Spadając zdołała się jednak złapać krawędzi jednej ze ścieżek powstałych z korzeni drzew, choć jego tonfa nie miała tyle znikając gdzieś w cyfrowych odmętach, czemu towarzyszył mały gejzer energii. O ile szczęściem można było nazwać lądowanie brzuchem na konarze.

— Nie dam się — stwierdził do oponenta, po czym sam odepchnął go w stronę, z której przybył.

Ten jednak szybko zebrał się do ładu i natarł ponownie, na atakującego go Jerzego. Jednak nim jego cięcie dosięga blondyna, znów zmienia się w smugę dymu, przelatując przez przeciwnika. Zebrawszy się znów za przeciwnikiem, tnie go mieczem w poprzek karku, Lecz w chwili, w której jego ostrze dotyka szyi Jerzego, ten znika, a on czuję jak od tyłu coś tnie go od góry do dołu wzdłuż “kręgosłupa zabierając czterdzieści punktów.

— Prowadzę — usłyszał jeszcze za sobą, blokując jednym z ostrzy kolejny atak Jerzego.

— Na razie — padła zniekształcona odpowiedz z obu głośników, podczas gdy lewa ręka wyprowadzała kolejne cięcie w poprzek piesi przeciwnika. Polak jednak w porę uskoczył przed atakiem, robiąc salto do tyłu.

Nim jednak zdążył ponownie stanąć pewnie na nogach, musiał przyjąć podwójne cięcie wyprowadzone od lewej do prawej. I choć pomimo niesprzyjającej pozycji zdążył przyjąć atak na chepesz.

Jednak ponownie brak pewnej postawy znów zawyrokował o utracie równowagi przez polaka, lecz tym razem, pod spodem nie było widać nic co mogłoby uratować go przed niechybną dewirtualizacją.

Gdy tylko Jerzy zniknął z pola widzenie, Danielowi pozostawało tylko czekać, na strumień energii oznajmiający, iż jego przeciwnik przegrał. Jednak kolejne sekundy mijały, a nic takiego nie następowało.

W końcu obłok dymu zbliżył się do miejsca, w którym zniknął jego oponent, by sprawdzić, czy znów nie uratował się w jakiś sposób, lecz poza taflą cyfrowych odmętów kilkadziesiąt metrów niżej, nie dostrzegł niczego.

Wtem coś z dużą siłą spadło na niego, a on w tym samym momencie poczuł jak coś wbija mu się w okolice “karku”.

— Idź czadzić komuś innemu — padło jeszcze ze strony blondyn, który opierając się, o wbitą w korzeń katanę podniósł się z rozpadających się resztek przeciwnika.

[Walka 5-1] Daniel Garcia vs Jerzy Tasiemski

Daniel ostrożnie zsunął się z kolejnego stopnia. Musiał dostać się do starego skanera, zalegającego w piwnicy. Nawet nie dojść, a doczołgać się. Cicho, żeby nikt go nie usłyszał.

Nikomu nie powiedział, że zgodził się na udział w turnieju charytatywnym. Ba! Spaliłby się ze wstydu, gdyby ktokolwiek z rodziny, czy znajomych o tym wiedział. Tak więc nie mógł użyć nowszego urządzenia, bo wysłałoby ono sygnał o użyciu do swojego prawnego właściciela. Skaner starego typu nie miał tego zabezpieczenia – idealnie, by zwirtualizować się niezauważonym.

Pewnie i tak wszyscy się o tym dowiedzą. Może przypadkiem, może jeśli wygra kilka walk. Z drugiej strony, mogliby go wziąć za kogoś innego “Nasz Daniel? On nigdy by się na to nie zgodził”. Owszem. Nie chciał, by ktokolwiek z kręgu turnieju charytatywnego o nim pamiętał. Wstyd, że kiedykolwiek potrzebował ich pomocy, czasem jeszcze nie dawał mu spać po nocach. A jednak się zgodził.

Minęło kilka minut stresu i powolnego czołgania się, zanim Daniel dotarł do piwnicy. Ostrożnie otworzył drzwi, powoli, by nie skrzypnęły i, świecąc sobie kieszonkową latarką, ostrożnie zsunął się po kolejnych schodach.

Jakaś moneta, na którą nie zwrócił uwagi, wysunęła mu się z kieszeni i zleciała na posadzkę, wzbudzając echo. Brzmiało to tak, jakby upadł metalowy kocioł, nie zwykła moneta. Daniel zastygł, bojąc się, że ktoś to usłyszy. W domu w końcu były teraz trzy osoby. Jego rodzice i wuj.

“Jeśli zaczniesz hałasować, będziesz musiał się pośpieszyć” upomniał się w duchu.

Znalazł się na dole schodów i przez moment się zawahał. Nie był pewien, czy powinien wstać, czy dalej iść na czworaka. Powinien się pośpieszyć, fakt, ale powinien liczyć się z tym, że pośpiech wywoła więcej hałasu.

“Daj spokój, nikt obudzony w środku nocy nie sprawdza najpierw piwnicy!”

Pokręcił głową i ruszył dalej na czworaka.

Piwnica była dosyć długa. Skaner znajdował się w jednym z pomieszczeń na końcu. Daniel dotarł do niego i wszedł do środka. Ostrożnie zamknął drzwi, przekręcając niepewnie kluczyk. Zamek zgrzytnął. Daniel miał nadzieję, że nie uwięził się tu na dobre, ale nie miał czasu tego teraz sprawdzać. Złapał latarkę w zęby i zaczął kręcić się po pomieszczeniu, podłączając ostrożnie wszystkie kable.

W końcu skaner zaświecił blado. Daniel uśmiechnął się i powoli podszedł do niego. Skaner stał pionowo. Standard sprzed dziesięciu lat. Teraz każdy, kto mógł, kupował poziome egzemplarze – wygodniejsze, choć zajmujące więcej miejsca.

Daniel ostrożnie wszedł do środka i oparł się o ściankę urządzenia. Westchnął głęboko. Nie był przyzwyczajony do takich eskapad. Czuł się, jakby przeszedł kilka kilometrów, a nie przeczołgał z pokoju do piwnicy.

Wyłączył latareczkę i rzucił ją przed skaner. Nie powinien mieć przy sobie elektroniki, inaczej to dziadostwo mogło nie zadziałać. Zamknął urządzenie jednym z guziczków, które pobłyskiwały słabo na ściance tuby. Wcisnął jeszcze jeden.

Rozpoczął się proces wirtualizacji.

***

– Co wiemy o Jerzym?

– Widzieliśmy jego walki w drugiej edycji Turnieju Aren i ten sławny wywiad. Zrobił się z niego mały celebryta.

– Powinienem się go bać?

– Z twoimi umiejętnościami? Ha! Rozumiem, że po ostatnich wydarzeniach zupełnie straciłeś pewność siebie, ale spokojnie.

– Ehh. Umiejętności umiejętnościami. Gorzej, jeśli ktoś o nie zapyta. Jestem dosyć charakterystyczny. Trochę dziwne: nigdy nie widziany gracz z takimi umiejętnościami.

Milczenie.

– Tak myślałem. Nie wiesz, co wtedy zrobimy.

– Myślę, że nie trzeba się martwić na zapas.

***

Poczekalnia turnieju charytatywnym przypominała tą używaną w Turnieju Aren. Nic dziwnego, skoro organizatorzy korzystali z tego samego silnika imitacji sektorów i transmisji. W pewnym sensie obie imprezy były ze sobą powiązane.

Daniel pojawił się w poczekalni nie bez większych trudności. Przede wszystkim, stary skaner wyrzucił go w zupełnie losowym miejscu – tam nawet nie było lądu! Ale cóż, Daniel poradził sobie przy pomocy umiejętności. Później problemem było znalezienie transportu do tej części wirtualnego świata – pojawił się w pobliżu głównych hiszpańskich serwerów, nie zaś francuskich, gdzie odbywał się turniej.

Platforma teleportacyjna, którą znalazł, nie przyjęła postaci zwirtualizowanej na tak starym urządzeniu (“Względy bezpieczeństwa, przykro nam”), zatem musiał odbyć prawie półgodzinną podróż przez cyfrowe morze. Właściciel stateczku, który go przewoził, oczywiście zawyżył cenę, widząc uczestnika turnieju charytatywnego.

Niech go szlag!

W końcu Daniel dotarł do poczekalni dosłownie kilka minut przed startem.

Jerzy powitał go z uśmiechem. Podszedł do niego i wyciągnął rękę.

– Hej, powodzenia w walce.

– Nawzajem – odpowiedział cicho Daniel, niedostrojonym jeszcze głośniczkiem.

– Nie jesteś wplawionym glaczem, więc dam ci foly – zaproponował Jerzy.

– Dzięki, ale to niepotrzebne. Obaj dajmy z siebie wszystko.

– Powodzenia.

– Nawzajem.

Zaraz potem rozbrzmiał dźwięk przypomnienia. Mieli zaledwie dwie minuty do przeniesienia.

“Ciekawe, czy i tego przeniesienia system odmówi?”

***

Nie odmówił, co było dla Daniela niewielkim zaskoczeniem.

Wylądowali w Dżungli, około dziesięciu metrów od siebie. Byli na dosyć dużej platformie, skąpanej w promieniach wirtualnego słońca. Wokół drzewa tworzyły pozornie nieprzeniknioną ścianę, choć wystarczyło ruszyć się o krok, by zobaczyć, że kryją za sobą kolejne platformy i konary.

Całe otoczenie zdawało się poruszać. Trawa, liście, tekstury drzew, a może nawet i same drzewa. Na niebie snuły się cyfrowe chmury- w którymś momencie zasłonią światło, spowijając sektor w ciemności. To wszystko świetnie współgrało z mocami Daniela. Spodziewał się więc, że przeciwnik będzie chciał wykończyć go szybko.

Nie zawiódł się. Jerzy przypuścił atak.

– Tatsu – wykrzyknął, przyzywając katanę i rzucając się w stronę przeciwnika.

Daniel wyjął jeden ze swoich mieczy. Poczekał, aż przeciwnik wymierzy cios i bez problemu odparował go, teatralnie chowając lewą rękę za plecy. Przez chwilę pojedynkowali się tak – odparowując wszystkie swoje ataki – aż Daniel znudził się tym i, zmieniając w superdym, wycofał do lasu.

– Ej! – krzyknął za nim przeciwnik.

“Nie przesadzaj” brzmiało Danielowi w uszach. “Nie zwracaj na siebie zbytniej uwagi”.

“Nonsens” pomyślał. “Żaden z nas jeszcze się nie rozkręcił”.

Daniel znalazł niewielką platformę, by zmaterializować się i poczekać na przeciwnika. Wyjął drugi miecz i oparł się o jedno z drzew, wypatrując Jerzego. Uznał, że niedługo się pojawi. Albo zastawi pułapkę na Daniela, gdy ten się zniecierpliwi.

Daniel prychnął. “Jeszcze czego. Mogę tu czekać całą wieczność”.

Ale nie miał całej wieczności. Wręcz przeciwnie – system mógłby go ukarać za zbyt długie stanie w miejscu.

Chłopak o mało nie krzyknął, widząc nagle, że tekstury drzewa tuż przed nim  rozsypują się. Zaraz potem zobaczył Jerzego – uzbrojonego w swój zwiększający obrażenia kastet. Biegł w jego stronę, gotowy do wymierzenia ataku.

Daniel mruknął i odbił się od drzewa, wyciągając przed siebie oba miecze. Ruszył na Jerzego.

Wyminęli nawzajem swoje ataki.

Daniel widział kilka okazji do zadania ciosu. Coś go jednak powstrzymywało. Coś kazało mu sądzić, że może odbierze Jerzemu kilka punktów, ale on zdewirtualizuje go zaraz potem.

Miał dobre przeczucie. Gdy w końcu zdecydował się zadać cios, owszem, zadał Jerzemu kilkanaście punktów obrażeń, ale zraz potem sam stracił ponad pięćdziesiąt.

“To chyba jakiś żart!” pomyślał, zmieniając się w superdym.

Na jego szczęście, zaczęło robić się na prawdę ciemno. Wycofał się w głąb lasu. Tym razem widział, że Jerzy za nim podąża. Cóż, tylko w mroku będzie miał jakieś szanse. Inaczej Jerzy wykończy go jednym ciosem.

Wzbił się na wyższe platformy, dając sobie czas, zanim Jerzy do niego przybędzie. Rzucił jeden z głośników na ziemie, później znowu zdematerializował się i wspiął się jeszcze wyżej.

Miał dobry widok na platformę, na której zostawił głośnik. Schował się między liśćmi, odkładając jeden z mieczy na bok. Pojedynczy miecz łatwiej było mu schować za drzewem więc, w półmroku, który za chwile nastąpił, zdawał się być zupełnie niewidoczny, bez zaciemniania swoich mieczy.

Jerzy pojawił się na platformie po chwili. Daniel musiał szybko działać, zanim tamten zacznie wspinać się wyżej, użył więc głośniczka, by wydać z siebie coś na zasadzie bojowego okrzyku.

Jerzy dał się na to złapać. Odwrócił się w stronę dźwięku, gotowy do walki, tymczasem Daniel skoczył na niego.

Jak można się spodziewać po doświadczonym graczu, a czego Daniel nie wziął pod uwagę, Jerzy, nie widząc przeciwnika, odwrócił się.

Daniel wylądował praktycznie na nim, wbijając głęboko miecz, ale nie dając rady go zabić. 20 punktów. Tyle brakowało do zwycięstwa.

Tymczasem Jerzy zadał swój cios.

Daniel poczuł się słabo. Punkty leciały łeb na szyję… By zatrzymać się na jednym. Został mu jeden punkt życia.

– Co kulde? – Jerzy zamarł zaskoczony.

“Twój błąd!”
Daniel zaatakował ponownie i zaraz potem wycofał się w postaci superdymu.

Całkiem niepotrzebnie. Dekapitacja wirtualnej postaci Jerzego wystarczyła, by ten stracił pozostałe punkty życia.

– Świetna walka! – rzucił Daniel.

[Walka 4-2] Lidica Harrison vs Sebastian Krzaczasty

– Witaj Sebastianie! – odezwał się damski głos w czarnym pomieszczeniu. Jedynie fioletowe światło skupiające się w jednym punkcie przed dzisiejszym zawodnikiem było czymkolwiek zauważalnym. Sebastian Krzaczasty, zapalony kucharz miał dzisiaj stoczyć bój z niejaką Lidicon Harrison, co zresztą damski głos nie omieszkał się poinformować – Walczyć dzisiaj będziesz z Lidicon Harrison w sektorze górskim do wyzerowania punktów życia. Powodzenia!

Światło poczęło robić się coraz jaśniejsze, wypełniając ciemnie niczym sadza pomieszczenie by finalnie pochłonąć Sebastiana oraz wszystko co było w zasięgu nieprzebijalną bielą. Krzaczasty dołączył tak po prawdzie do tego turnieju bo chciał spróbować się trochę pobić. Przez wiele lat swojego życia był jednym wielkim warzywem, nie zdolny do zrobienia czegokolwiek. Stosunkowo względem jego życia, dopiero od niedawna zaczął je smakować, i jeszcze nie zdarzyło mu się z kimkolwiek walczyć. Wkręcił się więc: bo czemu by nie? I spodobało mu się! Chociaż tak naprawdę już dwa razy dostał po ryju, to jednak sama wizja dynamicznego, sportowego pojedynku przypadła mu w sam raz. Biel w końcu przestała dawać się we znaki, niczym po granacie oślepiającym: otoczenie wracało do normalnego stanu. Znajdował się pośrodku owalu, tym razem jednak nie było tutaj żadnego normalnego korytarza na resztę świata, a po północy, wschodzie, zachodzie i południu łatwo rozkruszające się, małe latające platformy. Raz skoczysz i już tracisz grunt pod nogami! Jakieś 10 metrów naprzeciwko niego znajdowała się jego przeciwniczka.

Generalnie Krzaczasty nie miał problemów do ludzi, ale tutaj czuł że Pani Harrison zacznie go męczyć. Jako kucharz chciał być jak najlepszym, więc wyszedł z dewizą „Karmić wszystkich!”. Bądź jednak człowieku kucharzem, gdy przychodzi do ciebie bogaczyna z wielkiego miasta, patrzy na ciebie jak na kogoś gorszego, traktuje z aroganckim akcentem i w ogóle poniekąd zachowuje się tak jakby oddychanie jednym i tym samym powietrzem było wystarczającą obrazą. A przed sobą miał „damę”, która już zdążyła go zbadać chłodnym okiem. Polak wyciągnął ponad głowę chochlę myśląc  „Do dzieła!”.

Z miejsca powietrze zawirowało , zahuczało niemiłosiernie rwąc wszystko co tylko było w stanie unieść. Sebastiana omal samego nie porwało, szybko przykucnął starając się jak najbardziej nie odrywać od ziemi. Nieznana z wagi Lidicon użyła na samym początku starcia umiejętności „Finał”, który ściągnął cztero sekundowy tajfun na pole walki. Kucharz rozglądał się na lewo i prawo: ale tak jak szybko tajfun się pojawił, tak po czterech sekund zwyczajnie ucichł. Wystawił głowę troszeczkę wyżej ponad tarczę za którą się ukrył by zobaczyć że jego oponentka już daje dyla! Przeskakiwała właśnie nad przedostatnią latającą platformą na północy, która zaraz się skruszyła. Krzaczasty postanowił ją ścigać, ale zauważywszy że platformy się nie regenerują (a przynajmniej chwilowo), postanowił przeskoczyć na wschodnie platformy i tam ewentualnie poszukać czegoś po drodze.

Nasza nieznana z wieku uczestniczka starcia, choć beznadziejna w walce bezpośredniej tak była niesamowita na starciach dystansowych. Owszem, jej wachlarz którym mogła strzelać zadawały wręcz śmiesznie małe obrażenia, ale wszystko rekompensowały debuffy którymi mogła razić wrogów, oraz sam fakt że zasięg nie stanowił dla niej najmniejszego problemu. Trafić mogła w niemal wszystko! To właśnie dlatego jak najszybciej zwiększyła dystans między nią a Kucharzem, by jak tylko ten zacznie skakać między platformami zasypać go gradem laserów. Strzelała raz za razem, ten jednak podniósł swoją tarczę – ala pokrywa od garnka – zasłaniając swoją lewą stronę, więc co tak naprawdę trafiło: z miejsca było anihilowane. Sebastian przeskoczył w końcu owe rozpadające się kawały głazów, i szybko schował się za dużym kamieniem. Rozglądał się z dziesięć sekund szukając jakiegoś miejsca aby się ukryć, ale szczęście nie było po jego stronie: sporo było tutaj najzwyczajniejszej pustej przestrzeni. O wiele szczęśliwsza była Harisson, u której co jakiś czas dało się znaleźć głazik, wyschnięte drzewko, albo postawioną na sztorc kolumnę. Z miejsca do jednej z nich podbiegła, użyła umiejętności „Przelot” by się pojawić na jej szycie, i znów (z już przeładowanym dzięki przelotowi magazynkiem) spamowała laserami w Krzaczastego. Ten się oczywiście zasłonił, nie musząc obawiać się o swoje zdrowie. Trza powiedzieć że jednak te lasery były całkiem mocne, bo o ile obrażeń nie otrzymywał: tak każde następne odpychało go na pół centymetra.

Chwila przerwy, Tarczownik wyścibił nos spoza swojej zasłony. Oponentka zeskoczyła z kolumny i wybiegła w stronę naspamowanych jak cholera głazów: jeden większy od drugiego. Szybko się rozejrzał i zauważył że za jakieś 200 metrów na skraju krawędzi platformy znajduje się pomost. Nie ma co! Szybko wybiegł do szarży: byle w jak najkrótszym czasie zmniejszyć dystans! Przeciwniczka znowu użyła możliwości przelotu przeładowując drugi raz swój wachlarz: granatowe lasery pomknęły jeden za drugim. Wszystkie w tarcze: trzeci przelot, trzecie przeładowanie. Sebastian już dopada pomostu, przyjmuje piąty, szósty, siódmy strzał aż nagle zonk. Będąc w połowie na moście nie padł ósmy laserowy pocisk. Zamiast tego, niczym jakieś rakiety, cztery jaśniejący punkty, po różnych torach lotu sunęły po niebie. Wszystkie wykręciły w kierunku kucharza by z każdej możliwej strony chwycić go w kleszcze. Ten natychmiastowo ruszył aby dobiec do końca pomostu, ale tam jak na złość rozszalała się wichura! Pociski sunęły, były tuż tuż. Kucharz zasłonił się tarczą, przyjął pierwsze uderzenie, drugie. Trzecie próbowało go brać od boku: odskoczył! Usłyszał za sobą czwarte: natychmiastowo, na jedną sekundę użył swojej umiejętności by zamienić się w parę. „Rakieta” przeleciała przez niego jak przez powietrze, by po kilku sekundach zatoczyć krąg. Wichura ustała, Dama dworu nie ustępowała w bezlitosnych atakach wciąż posyłając grad strzał.

„No zlitujcie się!” – Przeszło przez głowę Krzaczastego. Dobiegł w końcu do platformy, próbował schować się za pobliską kolumną ale już musiał użyć drugiego „Parowego Jestestwa” by nie dać się pociskowi trafić. Przeleciał przez niego próbując wykręcać nie wyrobił i uderzył w wysuszone drzewko.

Został jeden pocisk! Nie, czekaj, poprawka! Pięć, Harrison właśnie (czysto z automatu) wystrzeliła następne cztery samonaprowadzacze. W niebogłosy rozległo się jakże Polskie:

– Nosz kurwa!

Pierwszy trafił: dwa i pół punkta obrażeń! A potem po kolei: drugi, trzeci, czwarty jakoś nie wyrobił i zgłupiał na zakręcie, ale piąty uderzył pod same żebra! Łącznie za wszystko dziesięć punktów. Krzaczastego owe pociski zdążyły powalić, ten z trudem podnosił się z ziemi bo nic nie widział. Jedno takie trafienie powoduje dosyć duże problemy ze wzrokiem na 2-4 sekundy. Zasłonił się instynktownie, żadnego jednak ciosu nie zebrał. W końcu zaczął widzieć, rozejrzał się… Gdzie ona? Postanowił nie stać w miejscu, ruszył przed siebie… Bęc! Znowu Tajfun! I grad strzał! Tarczownik oczywiście się osłania, ale po trzecim strzale siła wiatru go po prostu porwała i uderzyła o głaz, zwiększając przy okazji dystans. Kolejne 10 punktów poszło w …

„Akhhhirin! „ – Krzyknął w myślach Sebastian, wymyślając sobie w głowie jakiekolwiek przekleństwo aby nie rzucać polskimi wiązankami za mocno. – „Robi se ze mną co chce”. Podniósł się i w sumie po raz pierwszy szczęście się do niego uśmiechnęło: mgła zaczęła się podnosić. Szybko. Wykorzystał to z miejsca: biegiem ruszył przed siebie. Oponentka pewnie teraz sama daje nogi za pas, ale całe szczęście gdzieś tam w tej mgle zauważył jak jej sylwetka mignęła. Ścigał ją więc bez ustanku. Wykręca w lewo, potem w prawo, kluczy między głazami. Mgła robi się coraz mocniejsza, niechybnie za dziesięć, może dwadzieścia sekund nie będzie w stanie zobaczyć czubka własnego nosa. W głowie pojawiły mu się miliardy pytań. „Co robić? Co robić? Co robić?!”. W końcu przypomniał mu się jeden informatyk, który u niego w restauracji zwykł mówić „Najprostsze rozwiązania problemów z reguły są tymi najlepszymi”.

W sumie… A kij z tym! Zamachnął się i rzucił chochlą w głowę wroga!  Spudłował, ale ta nie za bardzo zauważyła co obok niej przeleciało. Usłyszała tylko brzdęk i przewróciła się o broń swojego przeciwnika. Z miejsca wstała ale że mgła zrobiła się za gęsta to nie wiedziała w którym kierunku biegła. Usłyszała krzyczącego bojowo Kucharza, wyłonił się zza naturalnej zasłony i z miejsca przywalił pięścią prosto twarz Harisson! 10 punktów! Ta turlając się szybko postawiła się na nogi w przykucu, oddała kilka granatowych laserów, ale Sebastian zamiast się zasłonić… rzucił tarczą. Ta oberwała prosto w podbrzusze, co kosztowało ją 20 punktów obrażeń. Ze dwa jej lasery może trafiły. Ta odrzuciła tarczę ale w starciu bezpośrednim była bez szans:  Sebastian dobiegł i niczym kopniakiem „This is Sparta!” przewrócił ją z powrotem na ziemię. A następnie brutalnie, bez litości skopał jak się tylko da swojego wroga, by ta nie była w stanie kontratakować. Przy jednym z nich się przewrócił, wylądował na plecach. Chciał szybko wstać, ale tutaj przeciwniczka, sama go dopadła nie pozwalając mu wstać. Usiadła na nim odwdzięczając się pięknym za nadobne: teraz ona tłukła go pięściami. Ciosy padały za szybko i tak naprawdę Sebastiana zdrowo zamroczyło. W końcu jednak zasłonił się łokciami, chwycił za dłoń Harrison i przewrócił ją na bok. Wstał kulawo, podniósł tarczę. Lidica też się podniosła i przez opadającą mgłę zobaczyła jak Krzaczasty już do niego biegnie. Chociaż nie posiadała uszu aż tak szpiczastych jak te elfie, coś dziwnego wstąpiło w Sebastiana. Zamachnął się lewym ramieniem, uderzył tarczą prosto w szyję krzycząc z całych swoich sił:

– DUVVELSHEYSS! (z krasnoludzkiego: smocze gówno. Przekleństwo/obelga)

Kija wie ile w trakcie tej rozgrywki ubyło punktów życia. Pewnym jest na pewno że nieznana z wagi Dama zaczęła się dewirtualizować. Polak cofając się dwa kroki padł na dupsko i mocno dysząc spojrzał na wroga. Po chwili nim jeszcze jego wróg całkowicie się zdewirtualizował powiedział słyszalnie pod nosem „O kurwa… ja pierdolę…”

Sebastian wygrał, chociaż trza powiedzieć, że w restauracji po walce długo się zastanawiał czy brać udział w kolejnej walce.

[Walka 4-1] Lidica Harrison vs Sebastian Krzaczasty

Sala bankietowa była zapełniona stołami pełnych jedzenia, towarzyszył temu harmider rozmów. W powietrzu czuć było unoszące się napięcie, wszyscy czekali na coś lub kogoś. Już niedługo miał wydarzyć się kolejny punkt programu. W centrum sali zgromadzeni ujrzeli kobietę, wirującą wśród tancerzy, prowokując młodsze towarzystwo niewinnym uśmiechem oraz perfekcyjnym układem kroków. Muzyka zaczęła się wyciszać, głośne dyskusje zamieniły się w ciche pomruki, tańczące pary ustąpiły miejsca młodej damie, zostawiając jej całą uwagę ludzi.

Dawno dziewczyna nie czuła uścisku tremy, który powodował u niej dreszczyk emocji. Nigdy nie wiesz, czy ktoś się na ciebie nie rzuci z bukietem w rękach, czy otwartym nożem. Powodowało to u niej lekki zastrzyk energii oraz odwagi, których teraz każdy by potrzebował.

 Stuknęła obcasem o parkiet, tworząc delikatny krok, uciszając przy tym resztę rozmawiających, po czym rozpoczęła przemowę:
          – Panie i panowie, drodzy przyjaciele oraz szanowni wrogowie…- Skierowała swe szafirowe oczy w stronę grupki młodszych osób, uśmiechających się do niej pogardliwie- czuję niezmierną radość, że tak licznie odpowiedzieliście na moje zaproszenie swoim przybyciem- mówiąc wyjęła swój dekoracyjny wachlarz i zachichotała, chowając swój uśmiech. Nie straciła jednak ani trochę na słyszalności.

– Naprawdę nie wiecie, jak to dla mnie wiele znaczy- postąpiła kolejne dwa kroki, przy czym odwracając się wraz z jej suknią do publiczności za nią.- Domyślam się, że niektórzy nie przepadają za nudnymi przemowami jak ja, dlatego przejdę do konkretów- schowała wachlarz do pasa, robiąc poważną minę, którą można porównać do przyczajonej żmii.- Jak niektórzy z Was wiedzą, przystąpiłam do bitew charytatywnych w świecie Lyoko- dopieściła dość mocno słowo „charytatywnych” mocniej akcentując ów słowo, powodując zainteresowanie wśród tłumu.- Domyślacie się też, że takie cele wiążą się z dużymi kosztami oraz ograniczonymi zasobami. Dlatego zaprosiłam was tutaj, by was poinformować, iż niedługo nastąpią licytacje dobroczynne, dzięki którym możemy wesprzeć tą działalność. Nie musicie oczywiście wydawać całego swojego majątku, nie musicie też wcale brać w tym udziału, jednak zależy mi, abyśmy wszyscy razem pokazali, że nie jesteśmy snobami oraz skąpcami w oczach osób biedniejszych- do sali wkroczyli kelnerzy, podając po kieliszku szampana bogatym rodom zgromadzonym w tym miejscu.- rozumiem jeżeli niektórym ten pomysł nie przypadł wam do gustu, jednak i tak poproszę o jedno- wzięła w dłoń ostatni kieliszek.- Jeśli są tutaj osoby chętne do udziału w tym przedsięwzięciu, unieście swoje naczynia w górę i pokażcie mi waszą energię. Noc jeszcze młoda. Drodzy państwo chcę was zobaczyć. Pokażcie się!- Uniosła swoją dłoń z szampanem, który zabłysnął pod kryształowym żyrandolem, tworząc pokaz świateł wokół niej.

– Jestem za!- Krzyknęła z pewną siebie twarzą, tworząc falę wiwatów oraz pozytywnych odpowiedzi. Stworzyły one momentalnie huk odgłosów zadowolonej burżuazji, która jak jeden mąż uniosła swoje szampany w górę, bez efektów błysków jak młoda kobieta, ale z identycznym entuzjazmem.:

– Za pannę Lidicę!- krzyknął jeden gości, rozpoczynając aplauz i okrzyki w kierunku dziewczyny.

Ta wzniosła toast i wypiła łyk musującego napoju, po czym zrobiła ukłon w stronę zgromadzonych.:

– Nie będę wam już przerywać zabawy. Życzę wszystkim szczęścia oraz uśmiechów na waszych twarzach!- Po tych słowach ruszyła ku drzwiom wyjściowym, a wraz za nią paru mężczyzn, chcących poprosić kobietę, na pójście z nimi na randkę.
****************************************************************

Parę dni po bankiecie Lidica przyszła na miejsce spotkania w mniej oficjalnym stroju. Czarny podkoszulek oraz jeansowe spodenki pasowały idealnie na ten moment ze względu na skok w górę temperatury powietrza, a na stopy założyła tenisówki z lekkiego materiału.

Jej szafirowe oczy przyglądały się nowoprzybyłym. Miała nadzieję, że znajdzie swojego oponenta, jednak nie potrafiła wyłapać nikogo takiego, więc z lekkim poczuciem porażki ruszyła do windy.

Dzięki bogu dołączyli w niej typową muzyczkę hotelową. Bez trgo dostałaby szału, siedząc w ciszy sama ze sobą. Wsłuchując się w rytm, poczuła nagłe zatrzymanie się pudła, w którym przebywała.

Dotarła na miejsce.

Po otwarciu drzwi zobaczyła superkomputer i parę osób, czekających na jej przybycie:

– Dzień dobry panienko, jesteś tutaj pierwszy raz, prawda?- Pierwszy odezwał się mężczyzna w średnim wieku, który stał przy hologramie mapy, gdzie miał się odbyć jej pojedynek.

Widać, że był skupiony na ręcznym programowaniu sekcji górskiej, ale w oczach dziewczyny było urocze, gdy zerwał się, by z nią porozmawiać.

– Przy tym superkompie tak, jednak nie różni się specjalnie od innych- odpowiedziała chłodno, wachlując się wachlarzem, który był schowany w pasie. Jej ton jednak zabrzmiał, że chętnie poruszyłaby dyskusję o tym.- Nie zmienia to faktu, że czuję lekkie podekscytowanie na widok tak zaawansowanej technologii. Tyle można się od niej nauczyć, a nie wszyscy byliby w stanie to pojąć.

Lidica podeszła do hologramu, patrząc na spiczaste szczyty gór kamieni. Wie, że będą mogli później przejrzeć, ale wie z doświadczenia, iż lepiej jest to zrobić przed nadchodzącym tłumem.

– Brałaś już udział w podobnych wydarzeniach?- Pracownik, który poprzednio zwrócił uwagę na jej przybycie, spytał szczerze zaciekawiony. Można mieć wrażenie, że wie co nieco, ale nie jest pewien swoich informacji.

Kobieta uśmiechnęła się lekko, chowając wachlarz i przy poprawianiu koku zaczęła odpowiadać na pytania:

– Brałam, brałam. Przez ostatni rok jednak nie miałam okazji dołączyć do żadnego podobnego wydarzenia. Jak zapewne pan się domyśla teraz mam lżejszy grafik, więc tu jestem- dziewczyna czuła tanią wodę kolońską od mężczyzny, jednak nie może powiedzieć, że nieładnie pachnie. Działa wręcz uspokajająco na nią.

– Mogę się spytać, czym pani się zajmuje?

– Pytaj pan do woli. Pracuję we własnej firmie, która zajmuje się szyciem damskich ubrań.

– Brzmi jak ciężka robota. Patrząc na panią jednak wydaje się ona na łatwą i bezproblemową.

Lidica po usłyszeniu ostatnich słów, zachichotała lekko, patrząc teraz na rozmówcę:

– Nie należy do zbyt trudnych, przyznaję, jednak ja na to patrzę jak na pupilka, którym trzeba się zajmować- wróciła wzrokiem na mapę, a ręce skrzyżowała na swoich piersiach z poważną miną.- Jest dla ciebie małym światem, małym światełkiem w tunelu, który trzyma cię przy życiu- po chwili ciszy na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech- ale co ja tam wiem. Jestem przecież rozpieszczoną dziewczynką, która nie trzyma się żadnych zasad.

Bez słowa ostrzeżenia ruszyła do windy, patrząc się ostatni raz na superkomputer i pracowników:

– powiedzcie Sebastianowi, że czekam na niego w Lyoko- po ostatnim zdaniu drzwi od windy się zamknęły z Lidicą w środku, zostawiając mężczyznę, z którym rozmawiała, z większą dawką pytań niż odpowiedzi

****************************************************************

– PANIE I Panowie, DRODZY WIDZOWIE. TEGO DNIA W POJEDYNKU STANĄ… ZAPALONY KUCHARZ, SEBASTIAAAAN!- Nastąpiła chwila komputerowo wygenerowanych owacji, które były skierowane w chłopaka w stroju kucharza z chochlą w ręku.- NATOMIAST JEGO PRZECIWNIKIEM BĘDZIE KRÓLOWA MODY, LIIIDIIICAAA!- Nastały kolejne owacje, tym razem w kierunku dziewczyny z twarzą ukrytą za wachlarzem.

Kiedy one nastąpiły, Lidica ukłoniła się w stronę oponenta, podnosząc lekko swoją suknię:

– Mam nadzieję, że nasza walka będzie niezapomniana- powiedziała swawolnym głosu, stojąc noga za nogą, natomiast wachlarzem chowała usta w lekkim uśmiechu.- Pamiętaj, że nie będę dawała tobie forów.

Sebastian nie miał szansy odpowiedzieć na jej prowokację, ponieważ dali sygnał na rozpoczęcie walki.

Lidica natychmiast rozpoczęła ostrzał z 4 pocisków, które chłopak zablokował swoją tarczą. Nie byłoby w tym nic podejrzanego, gdyby nie fakt, że po czwartym pocisku nastąpił wybuch, wytrącając mężczyznę z równowagi. Nie uszło to wojowniczce z oczu, przez co złapała wolną dłonią za kapelusz z szerokim rondem i wypuściła kolejną serię, przygotowując szybki Finał.

Sebastian natomiast po odzyskaniu równowagi, widząc pojawiający się tajfun, ponownie uniósł tarczę w jej kierunku, sądząc, iż ostro ona zaboli. Srogo się pomylił, ponieważ dosięgnęły go kolejne pociski, które skasowały ⅕ jego życia, powodując przewrotkę.

Wojowniczka zaśmiała się nonszalancko, chowając twarz za wachlarzem:

– Nie wiesz słońce, że najpierw trzeba poznać przeciwnika, zanim rozpocznie się z nim walkę?- Po tych słowach wachlarz zabłysnął i wystrzeliła kolejną serię, która zmusiła chłopaka do zużycia jego zamiany w parę wodną.

Dziewczyna zadowolona, że wszystko idzie zgodnie z planem, postanowiła wysłać kolejną serię, tym razem czekając, aż chłopak się wreszcie pozbiera.

Sebastian po powrocie do kupy, uniknął ataku, by samemu zaszarżować w kierunku Lidici, rzucając w nią zmieszaniem. Ta natychmiast oczyściła z siebie ten atak, a jej wachlarz zabłysnął szafirowym blaskiem. Kiedy chłopak zderzył się z dziewczyną, powstał tunel powietrzny, który odrzucił ich oboje z dala od siebie.

Postać w sukni i płaszczu o barwie sektora w powietrzu rozpoczęła kolejną serię, która doprowadziła do utraty kolejnych ⅕ paska obrażeń upadającego wroga.

Przed zderzeniem z ostrym kamieniem Sebastian przemienił się ponownie w parę wodną i wylądował na nogach pod górą. Zdał sobie sprawę, że jego fatalne decyzje spowodowały sromotną porażkę, dlatego schował się w górach.

          – Tssk, nieładnie uciekać w środku walki- krzyknęła z lekką nutą zniecierpliwienia w głosie, idąc za nim powolnym krokiem. Jeśli chce wygrać, będzie musiał się wrócić po nią.

          Wojownik ruszył przed siebie, kryjąc się w pobliskiej jaskini. Próbował znaleźć sposób na zbliżenie się do niej, jednak nie zdążył wpaść na żaden pomysł, ponieważ usłyszał dziewczęcy chichot wydobywający się od strony wejścia.

          Dama stuknęła obcasem przed sobą, tworząc Finał w zamkniętym pomieszczeniu. Ta tylko zrobiła piruet i rozpoczęła taniec śmierci.

          Przy każdym piruecie wystrzeliwała pocisk, które trafiały w jego “tarczę”, powodując ponowny wybuch, powalając go na plecy. W tym czasie Finał uniemożliwił Sebastianowi zamianę w chmurę, przez co dostał następnymi trzema atakami. Przy ostatnim pocisku jej wachlarz zabłysnął na złoto, wystrzeliwując cztery złociste strzały, a wszystkie one trafiły w biednego chłopaka, który nie miał szans uniknąć tego wszystkiego, przez co pozostało mu 20% pasku życia.

          – Sądziłeś, że przede mną uciekniesz?- Zachichotała złowieszczo, podchodząc do niego, robiąc przeskok w powietrzu. Kiedy wylądowała, spojrzała mu w oczy- musisz być bardziej przygotowany na nowe pojedynki- puściła oczko, po czym został zmieciony z ziemi ostatnimi atakami po przeładowaniu.

          Nie sądziła, że będzie tak łatwo zwyciężyć tą rundę.

****************************************************************

[Walka 3-1] Jerzy Tasiemski vs Sebastian Krzaczasty

— Walkiria. Witaj w Zbrojowni. Powodzenia w walce — powiedział kobiecy głos, gdy pomarańczowo włosa pojawiła się na specjalnym podium.

— Tak, tak… Też cię kocham… — stwierdziła bez specjalnego zainteresowania, schodząc z podwyższenia i ruszając przed siebie.

Przeważnie nie zapuszczała się na arenę przydzieloną Jerzemu tak jak on na należącą do niej. I większość “Czempionów” z Zony. Jednak to, co ostatnio zobaczyła, nie spodobało jej się.

— Scyzoryk? — krzyknęła w przestrzeń, mijając kolejne rzędy podtrzymujących sklepienie kolumn obwieszonych różnego rodzaju bronią białą. Od zwykłych mieczy, aż po takie, co do których ciężko było powiedzieć, czy faktycznie były to prawdziwy sprzęt, czy raczej twory jakiegoś oszalałego umysły.

Nikt jednak jej nie odpowiedział. Zamiast tego dostrzegła uchylone wrota, zza których dobiegało trzaskanie ognia.

Niepewna tego, co tam zobaczy, podeszła bliżej i zajrzała do środka.

Jej oczom ukazało się pomieszczenie wyglądające jak żywcem wyjęta ze średniowiecza kuźnia.

Wielki piec z huczącym ogniem, miech, haki obwieszone przeróżnego rozmiaru młotami, cęgami, czy dłutami. Honorowe zaś miejsce na środku sali zajmowało kowadło, które swoimi gabarytami mogłoby spokojnie robić za biurko.

To właśnie przed nim, ze spuszczoną głową, stał poszukiwany przez nią chłopak jak zawsze ubrany w swój bojowy uniform.

Coś jednak psuło całą kompozycję sali. A mianowicie unoszący się w powietrzu nad kowadłem obraz uśmiechniętego, starszego mężczyzny z pokaźną łysiną, siedzącego za biurkiem w otoczeniu całych stert książek.

Jednak to, co jej się rzuciło w oczy były dwa ciągi cyfr na samym szczycie projekcji. Data urodzenia przed niemal dziewięćdziesięciu lat oraz data śmierci, która przypadała na miesiąc przed poprzednią walką blondyna.

— Nie zapomnę… — westchnął ponownie Jerzy, podnosząc spojrzenie na ekran. — Nigdy…

***

Lądując na czworakach na lodowej powierzchni, Jerzy poczuł, jak wszystkie kończyny lekko mu się rozjeżdżają na wszystkie strony.

— Ślisko… — podsumował krótko i podnosząc się na równe nogi, spojrzał na stojącego już kilka metrów dalej przeciwnika.

I choć brał udział w wielu walkach, to jednak ten zdawał się najoryginalniejszy ze wszystkich. W końcu nawet tam, gdzie można być każdym, nie co dzień widuje się kucharza uzbrojonego w chochlę i pokrywkę prawie swojego wzrostu.

Trzymając oponenta w zasięgu wzroku, blondyn rozejrzał się po okolicy, którą okazała się niemal okrągła, lecz poorana głębszymi pęknięciami platforma pośrodku krateru otoczonego pierścieniem lodowych szczytów, pomiędzy którymi z szumem przelewały się kaskady wody, by zniknąć gdzieś w dole. Na zewnątrz prowadziła krótki pomost przechodzący przez tunel w jedną z większych iglic. Jednak tym razem wyjście nie znajdowała się za przeciwnikiem, a po lewej stronie Jerzego.

Nie zapowiadało się jednak, by Sebastian miał w planach korzystanie z niego. Wręcz przeciwnie. Ustawił się w pozycji obronnej, zasłaniając się przykrywką i unosząc chochlę ponad krawędź.

Jerzy również nie pozostawał w tyle. Odczepiwszy od obi dwie rączki i przywoławszy katanę z chepesz, stanął w rozkroku z obiema brońmi trzymanymi wzdłuż nóg.

W tym momencie nastał zastój. Obaj patrzyli na siebie, czekając na ruch tego drugiego, który jednak nie chciał nadejść.

Wreszcie ubrany na czarno chłopak ruszył na przeciwnika, który bez problemu zablokował wyprowadzone po ukosie cięcie egipskiego miecza. Podobnie zresztą było z próbą dźgnięcia kataną w bok kucharza, która nastąpiła niecałą sekundę później.

Tak. Rozmiar tarczy zdecydowanie stanowił problem.

Jednak Jerzy nie zamierzał się poddawać. Nawet gdy oberwał metalową łychą po głowie, co przypłacił dziesięcioma punktami.

— Niewzruszona obrona — spytał, czy może raczej stwierdził po polsku do przeciwniki, powstrzymując się od próby rozmasowania trafionego miejsca, po czym odskoczył, unikając pchnięcia tarczą. I choć nie padła żadna oficjalna odpowiedź, to zauważył, jak drugi Polak kiwa krótko głową, nie odrywając od niego wzroku.

— Zobaczymy — mruknął do siebie, uchylając się przed kolejnym ciosem wielkiej łyżki i próbując ciąć kataną po wyciągniętej w jego stronę rękę. Jednak Sebastian skutecznie mu to uniemożliwił kolejnym ciosem tarczą, który kosztował blondwłosego piętnaście punktów życia.

Wycofując się kilka kroków, Jerzy zmienił japońską szablę na obciążony dwiema kulami łańcuch, którym zaczął, kręcić nad głową. Nie ruszał się z miejsca, czekając na przeciwnika.

Ten tymczasem ponownie przyjmując postawę obronną, zaczął iść w jego stronę.

Krok za krokiem zbliżał się do Jerzego, wciąż jednak pozostając poza zasięgiem wirującej broni.

Nagle wokół trzymającej przykrywkę ręce owinął się kawałek łańcucha, a obraz ubranego na czarno wojownika zniknął.

Nim jednak Tasiemski zdążył szarpnąć za broń, próbując, wyrwać napastnikowi tarczę stały się dwie rzeczy. Przestrzeń wokół wypełniła się gęstym obłokiem pary, ograniczając widoczność niemal do zera, a koniec łańcucha owinięty jeszcze przed chwilą wokół przedramienia szatyna, opadł swobodnie na podłoże.

Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, blondyn odskoczył do tyłu, poza zasięg chmury. I zrobił to w samą, bo zaraz za nim pojawiła się stalowa łycha, która niechybnie była wycelowana w jego nos.

I choć przez śliskie podłoże omal nie skończył na plecach, to i tak dał radę jeszcze szarpnąć łańcuchem. Puszczając po nim falę, poderwał metalowy obciążnik, trafiając nim w brodę Sebastiana, odbierając mu w ten sposób dziesięć punktów życia.

Zaraz jednak kula zniknęła, a niemal w tym samym momencie na jej miejscu pojawił się Jerzy, wyprowadzając prosty cios uzbrojoną w kastet lewą dłonią. I choć szatyn próbował uniknąć trafienia, uderzając krawędzią tarczy w wyciągniętą rękę, jednak coś mu to uniemożliwiło, wskutek czego otrzymał w brzuch, tracąc trzydzieści punktów życia.

Okazało się, że o brzeg przykrywki był zaczepiony zakrzywiony koniec chepesza, przez co niższy wojowniki miał trudności z jej użyciem.

Szybko to jednak zmienił, ponownie zmieniając się w obłok pary i ponownie wyprowadzając potężny cios krawędzią swej tarczy.

Ten jednak nie dosięgnął przeciwnika, który uchylił się przed nadlatującym żelastwem i znikając mu z pola widzenia za jego własną osłoną.

Wyzwoliwszy ponownie swoją parową zasłonę dymną, Sebastian momentalnie obrócił się wokół własnej osi i zamachnął się chochlą w miejsca, w którym jak przypuszczał, stał jego oponent.

Okazało się jednak, że Jerzego tam nie było i nie było nigdzie widać. Słysząc jednak świst zza pleców, szybko uniósł tarczę, próbując zasłonić się przed kolejnym cięciem. Cięciem, które nie nadeszło.

Przyjąwszy szybko swoją pozycję obronną, kucharz zaczął powoli się obracać, próbując wypatrzeć potencjalny atak przeciwnika. Jednak pomimo mijających sekund, ten nie nadchodzi z żadnej strony.

Dopiero gdy para w końcu się rozwiała, dostrzegł jak odziany w czerń wojownik z rozpędu, uderza jednocześnie kastetem i tonfą.

W normalnych warunkach takie uderzenie zabrałoby pewnie Krzaczastemu masę punktów, lecz trafiło ono w sam środek tarczy, co skutkowało jedynie tym, że chłopak cofnął się o kilka kroków, lecz nic poza tym.

— Popływaj sobie — stwierdził jeszcze Jerzy, prostują się, po czym zniknął.

Okazało się bowiem, że Sebastian stał tuż przed krawędzią jednego z pęknięć, w którym można było dostrzec podnoszący się poziom wody.

Ruszając biegiem w stronę lodowego mostu, uzbrojony w chochlę wojownik dostrzegł, jak blondyn wisi w powietrzu, trzymając się rękojeści katany wbitej w połowie wysokości lodową iglicy na lewo od wyjścia z krateru.

Widząc jednak, że drugi Polak ma jednak szanse, na wydostanie się na czas z zalewanej przestrzeli, poprawił chwyt na rękojeści, oparł się obiema stopami o broń i wybił się stronę przeciwnika, taranując go barkiem.

I choć trafił w sam środek tarczy, to uzyskał zamierzony skutek. Sebastian zachwiał się od siły uderzenia, jak i ciężaru swojego przeciwnika w efekcie czego wpadł w odmęty Cyfrowego Morza.

Jednak jak mogło mu się wydawać, kucharzowi, nie towarzyszył już ubrany na czarno wojownik, który zdążył wrócić do swojej wbitej w lód broni.

Cassandra Ann

DANE PODSTAWOWE
Imię: Cassandra Ann
Nazwisko: Benoir
Wiek: 32
Wzrost: 1,66 m
Waga: 61 kg
Powód Startu Wypróbowanie się w walce, a po za tym jest to odskocznia od normalnej pracy
DANE “Z LYOKO”
Wygląd: Dziewczyna ma dość dorosłą twarz, wykończoną drobnymi, niebieskimi oczyma. Ma szerokie, ciemne brwi, lekko zaokrąglone na końcach. Posiada rumianą cerę i twarz pokrytą drobnymi pieprzykami. Ma szpiczasty, zadarty nos. Włosy ma dość gęste i roztrzepane, koloru blond, spięte w koku z tyłu, jednak z odstającymi zza uszu kosmykami grzywki. Jej ubiór składa się z białego, zwiewnego kombinezonu pod szyję, bez rękawów, z pufiastymi nogawkami. Czasami zakrywa ramiona niebieskim ponczo zdobionym piórami. Zawsze nosi ze sobą niewielką, ale pojemną torbę, w której przeważnie znajdują się przybory pisarskie i aparat. Chociaż podczas walk zdecydowanie może się przydać również do przetrzymywania uzbrojenia. Buty ma proste i białe, sięgające powyżej kostek, ale nie utrudniające poruszania się, na płaskich, grubych podeszwach.
Uzbrojenie: Brak
Moce:

  • Niewidzialne ostrze – może zaostrzać w prostej linii powietrze, które może zostać użyte jako ostrze lub strzała. Z im dalszej odległości jest to używane, tym większą ma siłę.
  • Odrzut – atak terenowy odpychający przeciwników dookoła na odległości nawet do kilkunastu metrów. Nie zadaje jednak praktycznie żadnych obrażeń; może jednak skutkować obrażeniami od upadku.
  • Daleka gwiazda – umiejętność pozwalająca na przeniesienie się w jakiekolwiek miejsce w zasięgu wzroku. Raczej nie używa go jednak do przenoszenia się w stronę przeciwnika, a raczej aby się od niego oddalić. Może szybko się teleportować, ale ryzykuje ujawnieniem swojej pozycji; teleportacja jest widowiskowa, stąd jej nazwa.
    Styl walki: Z dystansu
    Ulubione strategie: Walka na bardzo daleką odległość, trzymanie przeciwnika na jak największy dystans i ukrywanie się.
    Charakter: Cassie raczej nie należy do osób lubiących słuchać innych, ale sama do gadania jest pierwsza. Gadulstwo jest u niej normalne, ale przeważnie gada kompletnie od rzeczy. Jest bardzo spostrzegawcza, podczas walki stara się podłapywać każde odejście od normy i analizuje możliwe strategie. Zawsze przygotowuje się do walki, ale to z powodu niewielkiego doświadczenia w praktycznych walkach. Jest bardzo skupiona na swoich celach i irytują ją osoby marnujące czas czy niezdecydowane, ale przez swoje gadulstwo właśnie takich ludzi najczęściej przyciąga. W zasadzie nie przeszkadza jej to aż tak bardzo, lubi otaczać się wyzwaniami. Łatwo przychodzi jej układanie przemówień i pisanie tekstów jak i szybkie znajdywanie kontaktów, jest wyposażona idealnie do swojej pracy.
    Historia postaci: Cassie jest reporterką zajmująca się redagowaniem aktualności sportowych z świata wirtualnego. Jest za to dość dobrze znana, jak i z znajomości z wieloma gwiazdami aren. Po porażce jednej z najbliższych jej kontaktów, postanowiła, że nie ma nic do stracenia, i chętnie sama spróbuje. Chociażby, żeby udowodnić znajomym, że nie jest to coś nie wiadomo jak wielkiego.

Daniel Garcia

DANE PODSTAWOWE

Imię: Daniel
Nazwisko: Garcia
Wiek: 18
Wzrost: około 170
Waga: —
Powód Startu: Gdy był mały, organizowano na niego dużą zbiórkę. Teraz chce pomóc innym.

DANE “Z LYOKO”

Wygląd: W wirtualnym świecie ukazuje się jako szary obłok, z wyraźnie zarysowanymi jedynie rękoma.
Uzbrojenie: dwa miecze, które może na kilkanaście sekund zmienić w dym, jeśli się ukrywa.
dwa głośniczki, z których może emitować swój głos- jeden zawsze ma przy sobie, drugiego używa do zmylenia przeciwnika.
Moce: inspirowany Williamem Superdym;
Styl walki: skradankowy, bardzo polega na zmyleniu przeciwnika. Dobrze się czuje w walce w zwarciu.
Dodatkowe informacje: ma wyrzuty sumienia, że organizowano na niego zbiórkę. Nie lubi o tym wspominać i szczerze cieszy się, że nigdy nie udostępniono ani jego wizerunku ani choroby, z którą się zmagał.
Charakter: zamknięty, nie lubi dużo mówić- jeśli musi, używa zniekształcającego głośniczka, mało towarzyski, mrukliwy; szanuje przeciwnika i stara się unikać niedoceniania go.

[Walka 2-1] Jerzy Tasiemski vs Niilo Ahonen

— Powrót klasyki — stwierdził Jerzy, wylądowawszy na arenie Kartaginy. Tak jak zawsze zarówno podłoga, jak i ściany wokół niego wirowały w zastraszającym tempie, szukając swej najbliższej konfiguracji.
Jednak nie to było w tym momencie najważniejsze, a znajdujący się przed nim gość. W końcu nie zapoznał się z jego wcześniejszą walką i nie wiedział, czego mógł się po nim spodziewać. No ale ile razy dane mu było zmierzyć się z nieznanym w Zonie? Ile to już razy walczył bez przygotowania?
— Rutyna i tyle… — mruknął bardziej do siebie niż do zielonego rockmana.
— Co tam mamroczesz — usłyszał z jego strony, lecz nie odpowiedział. Zamiast tego sięgnął do paska po dwie rękojeści.
— Tsume. Mizu — rzucił krótko, przywołując obie bronie i ustawił się bokiem do przeciwnika, trzymając tonfę wzdłuż lewego przedramienia niczym tarczę.
— A więc z miejsca przechodzimy do rzeczy? — kontynuował niezrażony Niilo zmieniając obie ręce w szponiaste łapy. — W to mi graj.
I rzucił się w stronę polaka, który bez problemu zablokował pierwsze cięcie tonfą, a drugie — choć już większą trudnością — na ostrze miecza, czemu towarzyszył zgrzyt metalu trącego o metal.
Siłując się przez chwilę, przyglądali się sobie wzajemnie. Finlandczyk z podekscytowaniem malującym się na twarzy, a jego o pół głowy wyższy przeciwnik bez większy emocji, poza lekkim zmarszczeniem brwi.
— Jeden z finalistów ostatniej Areny — powiedział niespodziewanie Niilo nie przerywając napierania na przeciwnika. — Mam nadzieję, że pokażesz, na co cię stać.
I równie szybko, jak wcześniej zaatakował Polaka, tak teraz odskoczył, nieznacznie wytrącają blondyna z równowagi. W tym samym momencie arena, na której się znajdowali, zatrzymała się, ukazując wyjście za plecami muzyka. Ten jednak nie skorzystał z tego faktu, a ponownie skoczył na Jerzego, zamieniając się w istną burzę śmigających we wszystkie strony szponów.
Z dołu. Od góry. Z lewej. Znów z dołu. Pchnięcie w brzuch. Cięcie po piszczelach. Z góry obiema rękami. Jednak większość ataków nie dosięgała celu, natrafiając na broń Jerzego lub zwyczajnie mijając się z nim, gdy przesuwał się tak, by ostrza minęły dosłownie o włos. Jedynie dwa cięcia trafiła, lecz w żadnym wypadku nie było mowy o poważnych ranach, dających może piętnaście punktów straty.
I choć to Finlandczyk cały czas był w natarciu, a Polak tylko się broni to zdawało się, że to właśnie on ma wszystko pod kontrolą.
W chwili, w której muzyk wyprowadzał kolejne szerokie cięcie, Jerzy ponownie się uchylił i wykonując szybki obrót, po czym wyprowadził cios lewą ręką, w której zamiast tonfy znajdował się kastet w efekcie czego Niilo wylądował plackiem na ziemi, tracąc trzydzieści punktów życia i zapewne dorabiając się niezłego bólu pleców.
Tymczasem Jerzy, zamiast kontynuować swoje natarcie, odszedł kilka kroków dalej.
Stając na drodze między swoim wrogiem a wyjściem do reszty sektora, rzucił krótko “sanda”, a w jego prawej ręce pojawił się trzymetrowy łańcuch z metalowymi obciążnikami na obu końcach.
— Dajesz — rzucił w stronę przeciwnika, łapiąc nowa broń w obie ręce i zaczynając kręcić koła obiema kulami. I choć zarówno wypowiedź, jak i jego postawa mogła wydawać się zwykłą prowokacją, to wyprany z wszelkich emocji głos zdawał się temu przeczyć. Niemal jakby nie powiedział tego żywy człowiek, a jedynie jakiś syntezator.
— Bardzo chętnie — padło w odpowiedzi ze strony podnoszącego się muzyka, po czym ponownie przekształcił obie ręce. Tym razem prawa stała się wielkim ostrzem, którego koniec zazgrzytał o podłoże, podczas gdy lewa wróciła do normy.
Nie zaatakował jednak tak gwałtownie, jak poprzednio. Próbował za to zacząć okrążać wroga. Jerzy jednak nie podjął tej rękawicy i zamiast również zacząć chodzić po okręgu, robił kolejne kroki, w stronę wciąż starając znajdować się między wyjściem z areny, a Niilo.
Doszedł bowiem do wniosku, że Finlandczyk stawia raczej na zwinność, co w połączeniu z labiryntem Kartaginy na pewno wyszłoby mu na plus. A on nie zamierzał dawać przeciwnikowi okazji do zyskania przewagi.
Gdy już niemal stał w przerwie w ścianie, muzyk zaatakował, wyprowadzając poziome cięcie, którego Jerzy przy swoim aktualnym uzbrojeniu nie miał jak zablokować, a czasu na zmianę nie było. Pozostawało jedynie zrobić unik.
Uchylając się przed klingą, patrzył, jak przelatuje mu tuż przed twarzą, po czym znika mu z oczu wraz z próbującym dostać się do labiryntu właścicielem.
— Dokąd — rzucił krótko, podrywając się na nogi i ciskając jedną z kul za uciekającym.
Pocisk na szczęście dla polaka dosięgnął celu i łańcuch owinął się kilka razy wokół ostrza prawej ręki. Blondyn momentalnie szarpnął za trzymany przez siebie koniec broni, posyłając Niilo na ziemię.
A raczej jedynie wytrącając go z równowagi, gdyż ten nim upadł, znów zmienił wygląd rąk na szpony, uwalniając się w ten sposób z oplatających go ogniw.
Jednak jakie było zdziwienie Jerzego, gdy ten, zamiast znów próbować uciec w nieznane korytarze Kartaginy, odbił się obiema rękami od podłoża i skoczył na polaka.
Ten jednak uniknął pierwszego ataku pazurów, lecz na uniknięcie drugiego cięcia wykonującego obrót napastnika nie miał szans, tracąc w efekcie dwadzieścia punktów życia i dorabiając się kilku cyfrowych szram na środku piersi, które na jego szczęście zaraz zniknęły. W przeciwieństwie do Nillo, który widząc, że wyjście na zewnątrz raczej nie wchodzi w grę, zdawał się iść za ciosem.
Ponownie odbiwszy się od podłoża, skoczył niczym pantera na przeciwnika, lecz ten uniknął ataku, uskakując w bok i zmieniając broń na katanę i chepesz, wylądował z przewrotem.
Nie miał jednak czasu na wyprowadzenie własnego ataku, gdyż Ahonen okazał się lepszym skoczkiem od polaka. Nim ten zdążył się obrócić do końca lub choćby unieść któreś z ostrzy w obronie, szpony Finlandczyka trafiły go w twarz.
Wtem postać Jerzego zniknęła bez śladu, a on ułamek sekundy później poczuł, jak coś wbija mu się w pierś.
Były to oba ostrza klęczącego tuż przed nim blondyna, który spoglądał beznamiętnie prosto w oczy zaskoczonego przeciwnika.
— Niespodzianka — zdążył jeszcze usłyszeć, nim jego cyfrowe wcielenie całkowicie się zdewirtualizowało.

[Walka 2-2] Jerzy Tasiemski vs Niilo Ahonen

Niilo siedział w barze niedaleko areny, do walki pozostały tylko 3 godziny, a metalowiec ciągle oglądał poprzednie walki przeciwnika, by znaleść sobie jakąś taktykę. Wiedział że aby to wygrać musi dać z siebie wszystko. Jego oponent, Jerzy Tasiemski był bardzo dobrym wojownikiem, oraz całkiem obdarowanym przez los w Lyoko. Był też zawodnikiem któremu Fin kibicował jeszcze w poprzedniej edycji aren.

-On mnie zdejmie w pierwszych sekundach walki…- mruknął do siebie Niilo, po czym włączył jeden ze swoich ulubionych kawałków aby się zrelaksować ( https://m.youtube.com/watch?v=Vr3hflUHuog ), jednak jego sielanka nie trwała długo, bo oto do baru wszedł on, Jerzy.

– Czy z każdego człowieka na tej planecie to on musiał się przytelepać przez te drzwi?- powiedział do siebie Finlandczyk – Walić to – mruknął i podszedł do lady przy której zasiadł Polak.

– Jerzy Tasiemski, tak? Niilo Ahonen, będziemy dziś walczyć na arenie. – stwierdził po czym się dosiadł do Introwertyka z wadą wymowy.

– Wiem – Jerzy odparł monotonnym tonem.

– To… chcesz porozmawiać trochę przed walką, no wiesz… zakumplować się? – spytał nieco skrępowany Fin.

– Nie – odpowiedział, po czym zapadła między nimi niezręczna cisza.

***

-Panie i Panowie! – rozległ się głos komentatora – Jesteśmy u schyłku bardzo emocjonującej walki, powracający zawodnik JERZY TASIEMSKI zawalczy dziś z nowym zawodnikiem! Sławnym w sferach muzyki rockowej, NIILO AHONENEM! – Te słowa były ostatnimi które usłyszeli przed wirtualizacją. Parę sekund później rozciągała się między nimi Kartagina, a jej piękny błękit był wszechobecny. Póki przejście się nie otworzyło żaden z nich nie próbował atakować drugiego, taka była niepisana zasada.

Wrota do labiryntu otworzyły się. Niilo z przygotowanymi pazurami wbiegł pierwszy, a za nim Jerzy z kataną.

Oboje wbiegli do ogromnego pomieszczenia, z dziwnymi konstrukcjami, platformami i kolumnami, które wydawało się zajmować co najmniej ćwierć sektora.

Jerzy zaatakował pierwszy cięciem z góry, Niilo zrobił w porę unik na bok, po czym wykonał kontrę pazurami, tym samym odbierając jakieś 10 punktów Tasiemskiemu. Ten szybko wycofał się na dłuższy dystans i sięgnął po młot meteorytowy, którym rzucił w nogi metalowca, chwilowo go unieruchamiając, po czym wykonał cięcie z lewej na prawą przez tors chłopaka, zabierając łącznie 40 punktów życia. Ahonen zmienił prawą rękę w wielkie ostrze, i próbuwał szarżować, lecz otrzymał niemiłe przypomnienie o tym że oboje kompletnie zapomnieli o kluczu, kiedy to to cały pokój zaczął się rozsypywać, a jedna z kolumn zawaliła się prosto przed nosem Skandynawczyka, o mało co nie kończąc walki. Jednak przeskakując przez przeszkodę i wykonując potężne cięcie z góry prosto na Jerzego okazało się, że ten był tylko klonem, a prawdziwy Tasiemski był już w drodze by zdekapitować muzyka chepeszem, na szczęście Niilo w porę zdążył to zablokować ostrzem i wyprowadzając kontrę w postaci dźgnięcia Polaka w gardło, zabrał mu 40 punktów, i dał sobie czas na zwiększenie dystansu.

-Ta twoja farba na twarzy przypomina mi trochę black metalowy corpse paint. – powiedział zdyszany Fin, gestykulując na swoją twarz

– Nawet nie wiem co to jest – odparł ubrany na czarno chłopak, po odskoczył od zapadającej się podłogi.

Oboje poruszali się teraz po platformach i pozostałych konstrukcjach znajdujących się w zawalającym się pomieszczeniu, raz jeden wyprowadzał cios, raz drugi. W końcu zostali na jedynej platformie w pomieszczeniu która nie zapadła się w przepaść sektora piątego. Walka była zaciekła, każdy z nich wyprowadzał szybkie ciosy i kontry, żaden nie mógł przełamać obrony drugiego. Byli jak dwie wirujące zabawki dla dzieci, poruszające się z niesamowitym refleksem i wyczuciem. Ich umysły skupione tylko na tym, aby zadać ostateczny cios temu drugiemu, napięcie wzrastało, a wraz z nim wściekłość naszych wirtualnych gladiatorów. I wyobraźcie sobie jakie szczęście poczuł Ahonen kiedy to Jerzy został przez niego zdekapitowany, a jego dewirtualizujące się truchło opadło na podłogę.

Nillo… wygrał… ponownie…

Nie mógł w to uwierzyć…

Przez chwilę wpatrywał się w miejsce w którym jeszcze przed sekundą leżało ciało Polaka, a następnie sam został zdewirtualizowany.

Lidica Harrison

DANE PODSTAWOWE
Imię: Lidica
Nazwisko: Harrison
Wiek: O wiek, dam się nie pyta
Wzrost: 172cm
Waga: O wagę, dam też się nie pyta, słońce
Powód Startu (w Rozgrywkach Charytatywnych): Mimo jej dostatku, chciała jednak zdobyć dodatkowe pieniądze w celu uzyskania kwoty na leczenie swojego przyjaciela, który wylądował w szpitalu. Drugim powodem jest to, że jest małym skąpcem, ale mniejsza o to.
DANE “Z LYOKO”
Wygląd: W lyoko dziewczyna posiada trójkątną twarz koloru beżowego wraz z jej granatowymi oczami i lekko zdartym nosem. Usta można porównać do każdej wojowniczej kobiety w grach wideo, lekko pełne, ale nie w taki sposób, aby można było nazwać ją kaczką. Uszy są natomiast lekko spiczaste z perełkowymi kolczykami, ale nie można ich nazwać elfimi. Na szyi widnieje obróżka z cytrynową broszką, logo jej rodzinnego interesu. Chciała zostawić pamiątkę po swoich przeżyciach, które mimo wyrządzonego jej bólu, podniosły ją na nogi. Talia Lidici ma kształt klepsydry w realu, jak i w rozgrywkach. Aby jednak nie było zbyt łatwo, w grze odróżnienie ciała od ubioru utrudnia jej strój, który omówimy w skrócie teraz, Drodzy Państwo. Każdy jego fragment ma swoje zastosowanie, historię albo obydwie opcje. Otóż ubiór kształtuje się w suknię z czasów szlacheckich, a dominujące barwy nigdy nie są te same, gdyż dostosowują się do sektora i bitwy. Jednak jej głównym strojem jest dumna, wiktoriańska suknia o barwach granatu, cytryny oraz bieli, bez ramiączek z widocznym wcięciem w dekolcie. Jej ramiona zakrywają rękawki z czarnego, przezroczystego materiału oraz biało-granatowymi płatkami przypominające kwiaty z cytrynowymi zdobieniami. Można w tej sukni też ujrzeć widoczną halkę, która pięknie komponuje się ze strojem oraz wstążkami z fioletowymi kokardkami, które łączą górę z zakolanówkami. Pod kolanem jest przyczepiony mały, cytrynowy kryształ, a na stopach nosi czarne buty na obcasach (4cm, jakby któraś dziewczyna chciała wiedzieć). I to chyba tyle w tym wypadku. Przechodzimy dalej.
Uzbrojenie: Młoda kobieta posługuje się żelaznym wachlarzem, którym walczy przy każdej odległości od przeciwnika. Przy bliskim dystansie blokuje ataki ze względu na zerowe obrażenia jakie może zadać w tej sytuacji. Lidica prawdziwą siłę destrukcji pokazuje na dalekim dystansie, gdzie tylko ona może dosięgnąć wroga, który próbuje
wrócić na bliski dystans. Nikt by się nie zorientował, że jej pociski z wachlarza mają ograniczoną ilość amunicji, a przeładowuje się sam z siebie dopiero po użyciu zdolności
Ilość amunicji: 8/8, nie można jej zmniejszyć i zwiększyć. Rodzaj amunicji: Granatowe lasery, które po trafieniu zabierają 4 punkty życia i zmniejszają następny atak przeciwnika o 5% (kumuluje się do 4 razy). Jeśli Lidica trafi 4 pociskami z rzędu, przeciwnik otrzyma dodatkowe 10pkt obrażeń i zmniejsza ona czas odnowienia Finału oraz Przewiewności o 25% Moce: Przewiewność- Usuwa z siebie negatywne działania umiejętności, które ograniczałyby jej zmysły i ruch. (nie należy do zdolności przeładowujących) Przelot- Lidica przemieszcza się błyskawicznie na krótką odległość. (przeładowuje wachlarz)
Odbicie- Wachlarz natychmiast zaczyna się lekko błyszczeć na cytrynowo. Przeciwnik po trafieniu otrzymuje 10% obrażeń, gdy Lidica niweluje obrażenia i odrzuca obie strony na parę metrów każde, tworząc średni dystans. (przeładowuje wachlarz).
Pokaz świateł- Zażywa ostatni pocisk z wachlarza, który przemienia się w 4 oślepiające pociski, które wyszukują swój cel. Zadają one 2,5pkt obrażeń. Jeden częściowo ogranicza widzenie na 4 sekundy, natomiast wszystkie cztery oślepiają na 2 sekundy wroga. Używa się automatycznie po co 3-cim przeładowaniu. (nie należy do zdolności przeładowujących)
Finał- po krótkim przygotowaniu nad polem bitwy roznieca się tajfun, który sieje zamęt przez 8 sekund wśród przeciwników. Przez ten czas wróg nie jest w stanie używać zdolności zmniejszających/niwelujących obrażenia, a jego ataki zadają zmniejszone obrażenia o 30% (przeładowuje wachlarz) (Lidica może użyć tej zdolności natychmiast po rozpoczęciu walki, ale czas jest skrócony do 4 sekund i pozwala na korzystanie przeciwnikowi ze zdolności obronnych)
Ulubione strategie: Jeśli odpuścisz jej choć na chwilę i dasz jej uciec, Lidica rozpocznie śmiertelny taniec i cię zdominuje, a twój następny ruch nastąpi, kiedy ona na to pozwoli. Kobieta posługuje się stylem walki, który posiada restrykcyjne zasady, bo bez nich zdolności i broń są bezużyteczne i równie dobrze mogłaby być kukłą treningową. jednak po przestrzeganiu ich może wykonać wiele reakcji łańcuchowych zdolności, które mogą zmniejszyć morale wroga, a nawet go skasować przed wstępem.
Dodatkowe informacje:
~Harrisonowie to bogaty ród, który jednak wydziedziczył Lidicę za problemy z przeszłości ~Cytryn to ulubiona barwa dziewczyny ~Posiada rzadką umiejętność zapierniczania na obcasach jak w tenisówkach
~Uwielbia smoothie ~Jej stroje w Lyoko są jej domowymi projektami
Charakter: Panna Harrison jest z natury chłodną i czarującą kobietą, która potrafiłaby omotać każdego faceta, ale jej charakter nie pozwala na wyrządzanie krzywdy innym w sprawach uczuciowych. Posiada swoją godność, której nie da się od tak nadszarpnąć. Wierzy w szczere intencje, jednak trzeba jej to udowodnić ze względu na brak ufności i granice, które sama tworzy. Przy bliższym poznaniu ukazuje swoją czułość poprzez krzepiące słowa, które kryją się wśród chłodnych zdań. Przy bliższych jej osób chowa swoją dumę i chroni ich nawet kosztem jej zdrowia oraz uczuć. Została odrzucona tylko raz i przyrzekła sobie, że nie zakocha się drugi raz w mężczyźnie ze względu na krzywdy, jakie wyrządził jej mniemany ukochany.