Kategoria:ArtykułyAreny
[RUNDA 1-1] Aiyana Storm vs Tadeusz Różan
– Drodzy widzowie, od obecnej temperatury gorętsza jest chyba tylko atmosfera przed dzisiejszą półfinałową walką. Prosto ze słonecznej Kalifornii witają państwa Mike Valderamma… – rozpoczął młody, opalony mężczyzna w eleganckim, białym garniturze.
– …i Todd Morales – przejął pałeczkę jego duży starszy towarzysz, który postawił na granatową kamizelkę i białą koszulę. – Już za kilka minut czeka nas nie lada gratka: Aiyana Storm zapoluje dzisiaj na samą Bestię z Xan Guldur, Tadeusza Różana. Nim jednak rywalizacja się rozpocznie, chciałbym przedstawić naszych gości. Panie i panowie, przed wami Sequill Pradd-Dunbar oraz Klara Andrycz, czyli ćwierćfinałowi rywale naszych dzisiejszych zawodników! – Po tych słowach Sequill skinął uprzejmie głową, a Klara uśmiechnęła się i pomachała ręką do kamery.
– Sequillu, Klaro, chciałbym serdecznie podziękować za to, że zgodziliście się tu nam dzisiaj towarzyszyć – rzekł Valderamma. – Jakie są wasze odczucia przed walką?
– No cóż Mike, przede wszystkim nie jestem pewien, czy aby na pewno to Aiyana będzie łowczynią, a Tadeusz ofiarą – powiedział chłopak. – W normalnych okolicznościach pewnie zgodziłbym się z Toddem, bo Tadziu walczy wyłącznie w zwarciu, więc naturalnie to Aiya miałaby przewagę. Nie zapominajmy jednak, gdzie odbędzie się dzisiejsze starcie; w Cortexie nie ma aż tak dużo otwartej przestrzeni, a dzięki zmieniającemu się terenowi znacznie łatwiej zbliżyć się do rywala. To wyrównuje szanse obu stron. Ba, powiedziałbym nawet, że zdecydowanie przechyla szalę na korzyść Tadeusza.
– Nie mówiłbyś tak, gdybyś miał okazję walczyć ze Storm. Aiyana to wredna krowa – na te słowa Klary pozostali obecni zachichotali – ale jedno muszę jej przyznać: potrafi na maksa wykorzystać wszystkie karty, jakie w danej chwili ma w ręku. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby chodziło wyłącznie o umiejętności strzeleckie, to ona teraz by tutaj siedziała, a ja przygotowywałabym się do walki z Tadeuszem. Storm pokazała jednak coś, czego mi zabrakło: umiejętność bezbłędnego czytania sytuacji i wybrania najlepszego możliwego rozwiązania.
– Słuszne spostrzeżenie. Przypomnijmy sobie sposób, w jaki Indianka zakończyła wasze starcie – zasugerował Mike. Na ekranie znajdującym się za plecami pojawiła się powtórka ostatnich chwil walki pomiędzy Aiyaną i Klarą, kiedy to czarnowłosa brawurowo wleciała do jaskini w formie sokoła i wykorzystała własny pęd, by wyeliminować rywalkę. – Sequillu, czy mógłbyś bardziej szczegółowo uzasadnić swoje stanowisko?
– Tym razem możliwości Aiyany będą znacznie bardziej ograniczone – wyjaśnił Pradd-Dunbar. – Owszem, wciąż może błyskawicznie się przemieszczać w formie sokoła, ale w tym celu musiałaby wzlecieć wysoko ponad sektor, więc bardzo trudno będzie jej się ukryć. Na swoich własnych dwóch nogach będzie natomiast znacznie wolniejsza od pantery, prawda? No i nie zapominajmy o twardej skórze Bestii! Wydaje mi się, że tylko prostopadłe strzały będą w stanie ją przebić; w każdym innym przypadku grot po prostu ześlizgnie się po pancerzu. Jej chowańce również będą miały z tym spory problem.
– Przyznaj się: po prostu wolisz, by Różan wygrał cały turniej, bo łatwiej ci będzie żyć z myślą, że przegrałeś z mistrzem, niż z półfinalistą – wtrąciła z uśmiechem Andryczówna.
– A ciebie niby to nie dotyczy? – zdenerwował się lekko Sequill.
– Storm faktycznie wygra cały turniej, a niedługo potem zamierzam odebrać jej mistrzostwo. Także nie, nie dotyczy – odpowiedziała Klara.
– Ekhem, wybaczcie, że wam przerwę, ale zostało nam mało czasu, a chciałbym zadać jeszcze jedno pytanie – spróbował opanować sytuację Todd. – Gdybyście mogli dać zawodnikom tylko po jednej radzie, co byście im powiedzieli?
– Poradziłabym Storm, by za wszelką cenę nie pozwoliła Tadeuszowi dostać się do rdzenia Cortexu, który w trakcie tej walki pozostanie otwarty. Tadek na pewno odrobił lekcje i nie da się nabrać na powtórkę sztuczki z jaskinią – stwierdziła z namysłem dziewczyna. – Jemu z kolei zasugerowałabym, by w pierwszej kolejności pozbył się zwierzyńca Indianki. Bez niego będzie znacznie mniej groźna.
– Ja uważam, że Tadeusz powinien wywierać na Aiyanie nieustanną presję i nie dać jej czasu na oddech; w tym środowisku to on ma przewagę i musi ją w pełni wykorzystać. – dodał chłopak. – Aiya natomiast musi poszukać sposobu na wywabienie go na otwartą przestrzeń wokół rdzenia, bo właśnie tam będzie najsłabszy.
– I w ten sposób nadszedł wreszcie czas na wydarzenie wieczoru. – zawołał Mike. – Już za moment Bestia z Xan Guldur zatańczy z Dziewczyną, Która Przynosi Burzę; jeżeli chcecie dowiedzieć się, kto wyjdzie z tych łowów zwycięsko, koniecznie zostańcie z nami. Panie i panowie: Aiyana Storm kontra Tadeusz Różan!
Tadeusz zaczął materializować się pośrodku jednej z szerszych alei Cortexu. Dawno nie widział tak dziwnego świata, a w czasie swoich podróży widział ich już przecież całkiem sporo. Z jednej strony był bardzo prymitywny – można by go było porównać do wirtualnego miasta, pełnego niebieskawych i czarnych równoległoboków, których grafik nie zdążył jeszcze oteksturować. Ale z drugiej strony było w nim też coś magicznego; może chodziło o to zjawiskowe wręcz niebo pełne białych chmur, wśród których skrywało się bardzo realistyczne słońce? Albo o to pozornie losowe przemieszczanie się elementów otoczenia? Czy może o sam fakt, że był to pierwsza wirtualna rzeczywistość. która nie była dziełem genialnego Franza Hoppera? Gdyby miał na to czas, chłopak chętnie zostałby tu dłużej, by poznać tajemnice skrywane przez to miejsce.
Teraz jednak miał znacznie poważniejsze zmartwienie na głowie. Tadziu obejrzał walkę Aiyany z Klarą wiele razy i doskonale pamiętał, w jaki sposób Indianka rozpoczęła to starcie. Jeżeli od samego początku nie zachowa pełnego skupienia, dziewczyna może spróbować powtórzyć ten manewr. Dlatego gdy tylko proces wirtualizacji się zakończył, natychmiast pomknął w kierunku jednej z bocznych dróg. Dopiero tam zorientował się, że czarnowłosej nie ma nigdzie w pobliżu; musiała pojawić się w innej części sektora. Dziwne – pomyślał. – Do tej pory wszyscy zaczynali blisko siebie. Czemu teraz jest… aaaaaa, jasne. Łowy. Odkąd świat poznał półfinałowe pary, marketingowcy spędzili mnóstwo czasu i pieniędzy na promowanie pojedynku jako wielkie polowanie, przedstawiając jego rywalkę jako myśliwego, a samego Tadeusza jako drapieżnika próbującego odpłacić się łowczyni pięknym za nadobne. Niedorzeczność. Może i był Bestią z Xan Guldur, ale na pewno nie był bezmyślnym zwierzęciem, jak go często przedstawiali w reklamach. Ale cóż, jak to mawiali jego przodkowie: “hajs się musi zgadzać”.
Kilkanaście następnych minut spędził na krążeniu po labiryncie w poszukiwaniu Aiyany, starając się przy tym pozostać w ukryciu. Raz czy dwa zdołał dojrzeć krążącego po niebie sokoła – a może to był jastrząb? – ale nie był w stanie w jakikolwiek sposób ani go dosięgnąć, ani śledzić bez zdradzania własnej pozycji. Widzowie na pewno są zachwyceni tym pasjonującym widowiskiem. Pffffff, tak się właśnie kończy powierzanie ważnej roboty korposzczurom. Dziadek jednak miał rację gdy mówił, że nie można im ufać. Po jakimś czasie w końcu ją odnalazł. Dziewczyna najwyraźniej również znudziła się bezcelowym krążeniem nad areną i zamiast tego przycupnęła na szczycie sfery otaczającej rdzeń Cortexu. I jak niby mam ją stamtąd ściągnąć? Oboje doskonale wiemy, że ani mi nie opłaca się wychodzić na otwartą przestrzeń, ani jej wdawać się ze mną w walkę wręcz. Może powinniśmy zaproponować remis i trzyosobowy finał? Chyba, żer30;
Tadeusz oddalił się od środka sektora i zaczął uważniej przyglądać się ruchom fragmentów Cortexu, starając się odnaleźć w nim jakiś wzorzec. Trwało to dosyć długo (to wszystko przeciąga się tak bardzo, że oglądalność musiała polecieć na łeb, na szyję. Nie zdziwiłbym się, jakby kilka korposzczurów zdążyło już stracić przez to pracę – pomyślał), lecz w końcu nauczył się przewidywać z całkiem niezłą dokładnością co, kiedy i dokąd zacznie się przemieszczać. Gdy tylko nabrał pewności, że zrozumiał działanie systemu, ponownie zbliżył się do rdzenia, przyczaił się w cieniu jednego z filarów i zaczął wyzywająco ryczeć. Tak jak się spodziewał, wzrok Aiyany natychmiast skierował się w jego stronę. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, iż Indianka będzie wiedziała, że to podstęp. Dawał jej jednak cenną informację – swoje własne położenie. Zignorowanie takiego atutu byłoby zupełnie nie w stylu nastolatki, zwłaszcza że mogłaby śledzić go bezpiecznie z powietrza. Istniała tylko obawa, że postanowi wysłać na zwiady jastrzębia zamiast sprawdzić sytuację na własną rękę. Chłopak musiał liczyć na to, że uzna taki manewr za marnotrawienie zasobów.
Nie pomylił się: Storm faktycznie przemieniła się w sokoła i poleciała w jego kierunku. Bestia z Xan Guldur wycofała się o kilka kroków i zniknęła jej oczu. Tadeusz jednak nie próbował się oddalić; po prostu czekał ukryty za rogiem. Jeżeli wszystko dobrze wyliczyłem, to platforma, na której stoję, zacznie się podnosić właśnie… teraz! Dzięki pędowi wysuwającemu się w górę pilarowi udało mu się wybić wysoko w górę dokładnie w momencie, w którym Aiyana nad nim przelatywała. Dziewczyna próbowała jeszcze zrobić unik, ale nie zdążyła zareagować wystarczająco szybko; jednym zamachem potężnej łapy zgruchotał jej lewe skrzydło i Indianka spadła na ziemię, gdzie powróciła do ludzkiej postaci. Co prawda jeszcze nie wypadła z gry, ale straciła całe siedemdziesiąt punktów życia i aż do końca starcia nie powinna być w stanie latać. Sam Tadeusz zgrabnie wylądował na czterech łapach, nie tracąc przy tym ani krztyny zdrowia.
– Teraz cię mam, kruszynko – warknął do niej. – Król jest tylko jeden! – dodał, szarżując w jej stronę.
Musiał jednak przyznać, że miała nerwy ze stali i myślała naprawdę szybko. Zdecydowana większość osób w jej sytuacji rzuciłaby się do ucieczki i w ten sposób przypieczętowałaby swoją zgubę – w formie Bestii Tadeusz był szybszy od każdego, kto nie posiadał żadnej zdolności przyśpieszającej poruszanie się. Aiyana zrozumiała to od razu, dlatego po stanięciu na nogi zrobiła jedyną rzecz, dzięki której mogła utrzymać się w tym meczu: stanęła do walki. U jej boku zmaterializował się kuguar, który od razu popędził w kierunku rywala, a w ślad za nim pomknęły pociski wystrzelone z łuku Indianki; choć część z nich dosięgnęła celu, żadna nie trafiła pod odpowiednim kątem i bez szkody ześlizgnęły się po twardej skórze chłopaka. Przyzwane przez nią zwierzę było od Różana mniejsze, wolniejsze i znacznie mniej odporne na ataki, ale dziewczyna nie wybrała go przez przypadek: chowaniec nawet nie próbował gryźć czy drapać twardego pancerza przeciwnika. Zamiast tego, gdy pantera zamachnęła się na nią potężną łapą, puma zanurkowała pod wyprowadzonym ciosem i całym ciężarem ciała wpadła w tylne nogi Tadka.
Tym manewrem Aiyana kupiła sobie trochę czasu. Tadeusz zwalił się na ziemię i nim zdążył się podnieść, jedna ze strzał przebiła wreszcie skórę Bestii. Pocisk utkwił w barku Różana, odbierając mu przy tym dwadzieścia pięć punktów życia i nieco spowalniając go do końca pojedynku. Cholera, dobra jest. Postrach Xan Guldur jednym płynnym ruchem przeturlał się w kierunku leżącego obok kuguara, wstał, capnął go zębami za szyję i zacisnął szczęki, wyrzucając biednego zwierzaka z gry. Następnie wyrwał tkwiący w ramieniu bełt i odwrócił się w kierunku Indianki. Dziewczyna zdążyła właśnie wskoczyć na fragment sektora, który przemieszczał się w górę.
– Wasza Wysokość wybaczy, ale kruszynka ma nieco inne plany – powiedziała, kłaniając się przy tym szyderczo. – Wasza Wysokość raczy też przekazać moje najszczersze wyrazy współczucia dla Xan Guldur. Życie pod rządami takiego fajtłapy musi być bardzo frustrujące. – Indianka uśmiechnęła się promiennie, posłała strzałę w stronę Tadeusza i zniknęła mu z oczu.
Tadeusz zaklął w duchu. Gdyby przewidział zagrywkę z kuguarem, byłoby już po meczu; wyglądało jednak to, że zabawa w ciuciubabkę jeszcze trochę potrwa. Na jego szczęście podwyższenie, na którym stała Aiyana, nie było zbyt duże, a w jego pobliżu była jeszcze tylko jedna platforma o podobnej wysokości. Była jednak zbyt daleko, by dziewczyna dała radę na nią przeskoczyć. Jednakże, dla Bestii z Xan Guldur taki skok nie powinien być problemem, a o ile dobrze pamiętał, z jej drugiej strony znajdowała się rampa, dzięki której mógł łatwo dostać się na sam jej szczyt. Jeżeli tylko uda mu się dotrzeć na górę nim układ okolicy znów się zmieni, Storm nie będzie miała dokąd uciec. Jak pomyślał, tak zrobił i już po chwili był na miejscu; tylko że, ku jego zaskoczeniu, nigdzie nie mógł dostrzec przeciwniczki.
– Mnie szukasz? – usłyszał głos dochodzący z dołu. Indianka stała u podnóża platformy i machała do niego przyjaźnie ręką. – Rozczarowujesz mnie; jak na drapieżnika jesteś bardzo słabym tropicielem. Tak się śpieszyłeś, że nie sprawdziłeś nawet, czy nie zeskoczyłam z drugiej strony.
– Ja mam czas – odparł spokojnie Tadeusz. – Uciekaj, jeśli chcesz, kruszynko. Oboje wiemy, że bez swoich skrzydeł nie dasz rady mi się wymknąć.
– Naprawdę? Cóż, sprawdźmy to. Złap mnie, jeśli potrafisz – dziewczyna odwróciła się na pięcie i zniknęła w pobliskiej alejce.
Różan nie tracił czasu i popędził z powrotem na dół, a potem w ślad za Aiyaną. Doskonale zdawał sobie sprawę, że dziewczyna stara się go sprowokować, ale i tak zaczynał być lekko poirytowany. Dotychczasowy przebieg meczu zupełnie mu się nie podobał; spodziewał się zaciętego pojedynku pełnego podstępów ze strony dziewczyny, a zamiast tego przez kilkadziesiąt minut musiał ganiać a to w jedną, a to w drugą stronę. Całość przypominała raczej pościg w stylu Bennyr17;ego Hilla, niż półfinałowe starcie turnieju wirtualnych wojowników. Raz jeszcze przeklął w duchu osoby, które przed walką starały się wystylizować ją na polowanie. Może i dzięki temu miał trochę większe szanse na sukces, ale czy zwycięstwo w takiej farsie było cokolwiek warte?
Na szczęście był od Indianki wyraźnie szybszy, nawet pomimo faktu, że jedna z jej strzał uszkodziła mu bark. Z każdym pokonanym metrem odległość pomiędzy nimi zmniejszała się coraz bardziej i dopadnięcie jej było tylko kwestią czasu. Najwyraźniej w końcu dotarło to również do Aiyany; gdy Tadeusz pokonał czwarty zakręt, przywitał go kolejny pocisk wystrzelony przez dziewczynę, ale również i tym razem nie zrobił mu żadnej krzywdy. Na swój ostatni bastion Indianka wybrała niezbyt szeroką, prostą ścieżkę na samym skraju sektora, długą na jakieś trzydzieści metrów. Po jej prawej stronie była jedynie pustka, a po lewej – wysoka ściana poprzecinana gdzieniegdzie korytarzami. Nie najgorszy wybór dla strzelca, bo mam mało miejsca na uniki, ale niedźwiedź będzie tutaj bezużyteczny. Powinienem być w stanie strącić go w przepaść bez większego problemu, a jego ciało tylko zasłoni jej widok – pomyślał. Storm stała jakieś piętnaście metrów od niego z ponurą, ale i zdeterminowaną miną. Najwidoczniej minęła jej ochota na podpuszczanie rywala, bo nie odezwała się ani słowem. Była w ciężkiej sytuacji, ale z odrobiną szczęścia wciąż mogła go spowolnić kolejnym trafieniem w łapę, a wtedy kto wie, co by się mogło wydarzyć.
Bestia z Xan Guldur z rykiem ruszyła do przodu…
…Aiyana napięła łuk, odetchnęła głęboko i przyciągnęła cięciwę do policzka…
…a potem z jednej z bocznych odnóg wypadł niedźwiedź i z gigantycznym impetem uderzył w biegnącego Tadeusza, strącając ich obu do Cyfrowego Morza.
– Umarł król, niech żyje królowa! – zdążył jeszcze usłyszeć, nim uderzył o taflę wirtualnej wody.
Wieczorem w karczmie “Pod zdechłym kotem” pojawiło się zaskakująco mało klientów, zważywszy na to, że tego samego dnia odbył się pierwszy półfinał turnieju. Zazwyczaj w takich momentach tawerna tętniła życiem; klienci głośno dyskutowali o przebiegu meczu albo typowali wyniki kolejnych starć, a barman nie mógł znaleźć ani chwili wytchnienia pomiędzy kolejnymi zamówieniami. Jednym słowem, panowała bardzo radosna atmosfera. Tym razem jednak było inaczej; w środku znajdowało się jedynie kilku gości, którzy zbili się w ciasne gromadki, mówili do siebie wyłącznie szeptem i regularnie obrzucali pozostałych zebranych podejrzliwymi spojrzeniami. Nawet właściciel wydawał się być bardzo nerwowy, jakby spodziewał się jakiejś katastrofy i cały czas zerkał niepewnie w kierunku drobnej czarnowłosej dziewczyny, która jako jedyna siedziała sama przy stoliku. Zdawała się być kompletnie nieobecna; jej brązowe oczy wbite były w przeciwległą ścianę, a kufel trzymany w lewej ręce od dobrych kilku minut tkwił w połowie drogi do ust.
– Proszę, proszę, proszę; nie spodziewałem się, że kiedykolwiek cię tu zobaczę – rozległ się za nią wesoły głos, a po chwili jego właściciel – młody, niewysoki mężczyzna w zielonym płaszczu – bez pytania dosiadł się do nastolatki.
– Jakbyś nie zauważył, nie jestem w nastroju do pogawędek – odparła czarnowłosa, nie zwracając większej uwagi na nowoprzybyłego. – Czy my się w ogóle znamy?
– Nie, to nasze pierwsze spotkanie – zaprzeczył radośnie nowoprzybyły, nie przejmując się zbytnio opryskliwą odpowiedzią. – Dosiadłem się do ciebie, Aiyano Storm, bo wyglądasz jak siedem nieszczęść. A przecież właśnie awansowałaś do finału! Skąd ten nastrój?
– Ty tak na poważnie? – Indianka spuściła wzrok i skrzyżowała ręce na piersiach. – Nie widziałeś, co się dzisiaj stało? Po raz pierwszy od… od zawsze system zabezpieczający przed kontaktem z Cyfrowym Morzem zawiódł i to nie tylko w Cortexie, ale we wszystkich wirtualnych światach. Jednocześnie. Akurat w momencie, gdy strąciłam Bestię z Xan Guldur ze skraju sektora. Ludzie gadają, że to moja sprawka.
– A tak było?
– Oczywiście, że nie – parsknęła w odpowiedzi. – Czemu miałabym to zrobić? Wielokrotnie mówiłam publicznie, że biorę udział w turnieju wyłącznie dla pieniędzy. Ludziom może się to nie podobać, ale moje plemię naprawdę ich potrzebuje; to jedyny sposób na odzyskanie naszych ziem. Nie mam interesu w zabijaniu kogokolwiek; to by tylko zagroziło mojej karierze, a poza tym nie jestem mordercą.
– Więc czym się przejmujesz? – zapytał.
Przez dłuższą chwilę dziewczyna nie odpowiadała.
– Mimo wszystko czuję się winna – wyznała w końcu. – Gdybym znalazła wtedy inne wyjście, Tadeusz Różan wróciłby bezpiecznie do naszego świata. Ale pomysł wydawał się dobry, a ja nie wiedziałamr30; – maska Aiyany w końcu opadła, ukazując jej rozmówcy kryjącą się w środku zagubioną i zestresowaną nastolatkę. – Ja naprawdę nie wiedziałam…
– Oh, o Tadka nie musisz się martwić – powiedział uspokajającym głosem. – Nim to wszystko się skończy, spotkasz go ponownie.
– Skąd możesz to wiedzieć? – odparła ostrym głosem Storm i w końcu spojrzała na nieznajomego. – A właściwie to kim ty, do cholery, jesteś?
– Z jakiegoś powodu ostatnio ludzie cały czas mnie o to pytają – odparł Rysiek z szerokim uśmiechem i niepokojącym błyskiem w oku. – Nikim ważnym, moja droga. Nikim ważnym. Wkrótce sama się przekonasz.
[RUNDA 1-2] Aiyana Storm vs Tadeusz Różan
– Łaaał, jakie piękne jezioro!
– Mówiłam ci przecież że to nafajniejsze jezioro w USA!
Dwójka małych dzieci, po jakieś 12-13 lat stała w tej chwili nad brzegiem ogromnego, najczystszego jeziora Stanów Zjednoczonych Amerki. Byli to chłopiec i dziewczynka. On ubrany zwyczajnie, biała koszulka z napisem “Dwarves are cool!” z krótkimi rękawkami i niebieskie jeansy. Jego kompanka miała już znacznie ciekawszy strój: tradycyjna indiańska sukienka plemienia Washoe. Była ona koloru beżowego z trochę jaśniejszymi falbankami. Na krańcach rękawów znajdował się falisty, ozdobny wzorek.
– Według tego co mi mówił tata – kontynuowała dziewczynka – brzegi tego jeziora są kolebką naszego plemienia! To podobno tu od tysięcy lat mieszkali moi przodkowie!
– Gdybym ja na ich miejscu miał wybierać, też bym tu mieszkał – zaśmiał się kanadyjczyk. – Zresztą, Dyani, daj spokój. Weź zobacz jak to jezioro jest ogromne!
– Masz ochotę przejść się kawałek jego brzegiem? – zapytała się Washoanka, ale w tym momencie zaburczało widocznie chłopakowi w żołądku.
– Neh, wybacz. Wsiadając rano do autobusu zapomniałem zabrać jedzenia. Głodny jestem jak wilk.
– To wracajmy do innych, powinniśmy gdzieś znaleźć bufet!
To mówiąc zaciągnęli się z powrotem idąc ścieżką, która leniwie pieła się do góry. Nad jeziorem Tahoe, miejscem narodzin plemienia Washoe, został zorganizowany przez wspóplemieńców Dyani festyn. Pełno tu było gwaru i śmiechu! Gdzie niegdzie dało się zobaczyć stoiska z tradycyjnym żarciem, ale i nie zabrakło czegoś dla wybrednych miłośników współczesnej gastronomii. Ludzie przebrani w indiańskie stroje, stoiska historyczne gdzie każdy mógł wejść i posiedzieć w namiocie, a nawet miejsca do gry w ping-ponga czy innego rodzaju aktywności sportowe. Zresztą, nie tylko tu: Tahoe jest naczystszym i drugim najgłębszym jeziorem w USA, nie mówiąc jeszcze o jego ogromnych rozmiarach. Sama Warszawa jest niewiele większa: ledwo o 20 kilometrów kwadratowych. Nic też dziwnego, że oprócz tego festynu który akurat znajduje się niemały kawałek od jakiegokolwiek miasteczka, wszędzie znajduje się niemało turystycznych atrakcji. A samych turystów też sporo!
Pośród tego całego jarmarku dało się przy jednym namiocie zauważyć pewną młodą dziewczynę. Stała przy wejściu i rozmawiała z jednym starszym panem, wyraźnie zadowolonym z frekwencji wydarzenia:
– Los nam jak widać sprzyja! Dużo się dzisiaj pojawiło osób. Będzięmy mogli trochę na tym zarobić.
Dziewczyna nie podzielała jednak tego dobrego humoru.
– Ayiano, dawno się nie widzieliśmy. Czy jest coś co cię trapi?
– Ah dziadku, cieszę się że cię widzę ale… eh, trochę się stresuję jutrem, wiesz?
– Hmmm… – posępił się trochę staruszek.
– Patrzę po prostu na tych wszystkich ludzi na festynie. Cieszą się! Jedzą ile mogą, pieniądze wydają tak szybko jak woda obficie pada podczas deszczu. Niczym się nie muszą martwić. A my? Wygonieni z naszego własnego domu, zmuszeni by przenosić się z miejsca na miejsce! I jedno z niewielu rzeczy, które są zdolne zwrócić ich durną uwagę, to jakiś głupi turniej…
Dziadek Ayiany patrzył tak drobną chwilę na swoją wnuczkę, myśląc jak by tu ją pocieszyć. W końcu postanowił się odezwać, pierwiej jednak z delikatną reprymendą:
– Wnuczko, nie możesz liczyć że cały świat będzie patrzył tylko na nasze problemy. Nie wina też obecnych tutaj ludzi, że ktoś inny zabrał nam ziemię w imię ludzkiej chciwości. Kiedyś biali przyszli i pozbawili wolności całą Amerykę. Nie ma dzisiaj państwa Inków czy Majów. Ale czy tamten mały chłopiec, który bawi się z naszą małą rodaczką jest temu coś winien? – wskazał jednocześnie swoją dłonią na Dyanę ganiającą się w berką z jej przyjacielem.
Ayiana spojarzała tylko w ziemie, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Była po prostu zła że nie miała domu jak inni.
– A pamiętasz może – ciągnął dziadek – jak kiedyś twój młodszy brat przybiegł z płaczem że w pobliskiej jaskini wyje straszny niedźwiedź?
– Hah! – parsnkęła śmiechem Ayiana, wyraźnie z biegiem słów się rozchmurzając – Pamiętam, pamiętam! Przybiegł w środku dnia cały zapłakany do domu. Wtulił się w mamę i tylko wołał: “Tata tam łowi ryby, a tam niedźwiedź! Mamo, niedźwiedź!”. Pobiegliśmy z wujkiem, mama zaalarmowała sąsiadów. Gdy wszyscy dotarliśmy na miejsce okazało się że po prostu tatko przysnął i chrapał w niebogłosy! – tu, kończąc widocznie się uśmiechnęła.
Trwali tak chwilę w tej drobnej ciszy, leniwie patrząc na dwójkę małych dzieci które od czasu do czasu gdzieś w tle wyłoniły się zza stanowisk, ciągle w biegu.
– Wiesz Ayiano, nie znam się na tych całych skanerach i turniejach wirtualnych. Wszystko od jakiegoś czasu gwałtownie skoczyło, a ja, będę szczery: nie chce mi się tego śledzić. Ale wiesz: skoro wtedy poradziłaś sobie ze strachem, by z bronią w ręku wymknąć się wujkowi i gnać prosto na – tutaj już z widocznie humorystycznym obniżeniem tonu – “NIEDŹWIEDZIA”, to i dzisiaj odwagi ci nie zabraknie. Poradzisz sobie z tym problemem.
– Dzięki dziadku.
– A nawet jak przegrasz, to pamiętaj: już teraz jestem z ciebie dumny! No dobra, idę, babcia chyba zostawiła w samochodzie jeszcze trochę tych swoich ciasteczek. Wiesz dobrze że lubię je podjadać.
– Tylko nie za dużo, bo znowu się zorientuje i zrobi ci awanturę! – śmiechem pożegnała Ayiana swojego dziadka. Na odchodne rzuciła tylko: Gi gab igi! (Do zobaczenia!)
Stała tak sobie jeszcze chwilę, patrząc na ludzi przewijających się przez festyn. Spojrzała chwilę na swoje dlonie, szybko je zacisnęła z myślą:
“Nie mam bladego pojęcia kim jest ten gość o dziwnie brzmiącym imieniu, ale zrobię mu z dupy wikiński Ragnarök!”
…
W karczmie “Pod zdechłym kotem” panowały chwile pełne ciężkiego napięcia. Dwóch zawodników! Jeden ogromny stół! I tylko jeden kubeł najlepszego specyfiku w tawernie, który można było wygrać jedynie poprzez grę. Na pusty jeszcze środek wyszedł sobie średniego wieku facet, z widocznie nieogoloną szczęką. Brązowe krótkie włosy, kwadratowa twarz. Rozglądając się po widowni rzekł donośnym głosem:
– No dobra, przypomnijmy zasady! Dwóch zawodników zmierzy się w wielkiej grze w papierowego ping-ponga! Zwycięscą zostaje osoba która zdobędzie trzy punkty pod rząd! Zabronione jest celowanie w głowę!
– Oczywiście. – odpowiedział z pełnym zrozumieniem Sequill, będący jednym z uczestników tego starcia.
Facet o kwadratowej twarzy rozejrzał się po wszystkich po czym krzyknął:
– I to tyle! Żadnych innych zasad! Wszystkie ruchy dozwolone, do pojedynku!
Pierwszy papierową kulkę rzucał niejaki John. Gra była dosyć prosta, przerzuć papierową kartkę za stół po stronie przeciwnika by zdobyć punkt. LUB, zdobądź również ten punkt, zmieniając wygląd i charakterystykę kulki tak by zranić przeciwnika. Trzy trafienia pod rząd i zostajesz zwycięscą!
John nie miał zamiaru zaczynać lekko, wybił papierową kulkę do góry i soczystym pociągnięciem ramienia wystrzelił ją w kierunku Sequilla. Stół był długi na jakieś trzy metry. W czasie przelatywania na drugą stronę, kulką zdążyła zamienić się w stalową wersję z kolcami. Dunbar jednak się tym nie przejął, wyjął swój miecz i szybkim ruchem odbił pocisk prosto na swojego wroga. W trakcie lotu broń zdążyła się zamienić w nóż kunai, dodatkowo naelektryzowany.
– Punkt! – zakrzyknął klient z kwadratową głową. Nóż bezpośrednio uderzył w tors, raniąc niejakiego Johna. Coś jednak było nie tak, gracza trochę na moment zamurowało, po czym sztywno runął na ziemię.
– A temu co? – zapytał się jeden z gości karczmy – Hej! Wstawaj! Postawiłem na ciebie pieniądze!
– Daj spokój, faceta zastunowało! – śmiechem wybuchła jakaś dziewczyna w fioletowych włosach.
– Czy o tym mówią coś zasady? – Zapytał się jeszcze inny młodzieniec.
– Ja tam nic nie wiem! – odrzekł z niby głupią miną Dunbar, który właśnie po kolei wpakował Johnowi kolejne dwa pociski w tors.
– Ty kretynie! – zdenerwował się widocznie jakiś człowiek – postawiłem na ciebie całe 300 funtów!
– Matko moja, kto zakłada się o 300 funtów?! – z śmiechem na ustach prychnął jeszcze inny gość lokalu.
– Panowie! – Donośnym głosem krzyknął sędzia o kwadratowej szczęce – Zasady są absolutne! Zwycięscą w tym pojedynku zostaje S…s…s.sssss – tutaj ewidentnie człek próbujący wymówić owe zdanie się zaciął. Chwilę niczym robot powtarzał literę “S” aż całkowicie go zdewirtualizowało.
– Mój Boże, jakie on ma połączenie internetowe? Skąd on jest? Z Podlasia?
– Czym jest Podlasie? zapytał się z widocznym zdziwieniem gospodarz.
Chwilę to trwało, nim wrzawa w lokalu się zamilkła i atmosfera doszła do w miarę względnego spokoju. Sequill Johannes Pradd-Dunbar usiadł z dumą przy ladzie, czekając aż gospodarz przygotuje dla niego specjał zakładu. Trzymał w prawej dłoni do połowy opróżniony kufer. Spojarzał się na monitor, w prawym dolnym rogu ekranu dało się zauważyć napis “W następnej walce: Ayiana Storm vs. Tadeusz Różan!”
– Ah, to już ten moment kiedy to bydle znowu idzie masakrować ludzi… – Rzekł Sequill. Spojrzał się na gościa z słomianą czapką na głowie, właśnie wygrał 20 dolarów. – Tak z czystej ciekawości, bo nigdy się nim nie interesowałem. Naprawdę jest on aż tak szeroko znany?
– Najpopularniejszym czerwonym graczem to on nie jest – przeciągle odpowiedział na pytanie – ale swoją złą sławę to też ma, głównie przez jego powiązania z Xan Guldur. Słyszałeś o wydarzeniach w Étoile en acier?
– Nie specjalnie. Szczerzę powiedziawszy wizytowałem tylko w jednym mieście: Old Older Orb.
W wirtualnym świecie nie istniały tylko iwyłącznie malutkie sektory poświęcone replikom starego Lyoko, albo ewentualnie tawernom jak ta obecna tutaj. Istniały również i miasta, w tym cztery największe a wśród nich: Old Older Orb oraz Étoile en acier. Powierzchnię miały ogromną, można było w nich wypocząć, zmienić swoje wyposażenie, wygląd postaci… gdzieniegdzie nawet wirtualną płeć, chociaż takie lokale cieszyły się średnimi relacjami.
– O proszę, to ty nic nie wiesz. Streszczając tak na szybko, bo byłem tam wtedy osobiście. Wyobraź sobie piękne, majowe popołudnie. Wirtualne słońce leniwie ogrzewa wszystkich znajdujących się ludzi. Niektórzy robią zakupy, niektórzy walczą na małch arenach treningowych. I tu nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiło się Xan Guldur.
W tym momencie jak Johannes przechylał swój kufel jeszcze niedopitego piwa, zachłysnął się i uderzył kilka razy w pierś:
– Co?
– Ano właśnie. Wydarzyło się coś co nie miało nawet prawa zaistnieć, żaden sektor nie umie się przemieszczać. Na początku dało się słychać taki głuchy dźwięk z nad szczytu wież głównego zamku. Powietrze w tym miejscu, jakby się zaginało. Poczęło ono być wklęsłe coraz bardziej, aż nagle zajaśniało mocnym światłem i z dość dziwnym dźwiękiem rozeszła się fala uderzeniowa. Otworzyłem oczy, i widziałem ciemno-krwiste mury unoszące się bezwładnie wiele metrów nad szczytem fortyfikacji sektora. Po chwili wszyscy usłyszeliśmy głośny dźwięk rogu wojennego, by potem widzieć tłumy uciekających ludzi.
Facet popatrzył się chwilę w monitor po czym kontynuował:
– Część graczy próbowała powziąć środki obronne, ale daj spokój. Nie szło. Było ich za dużo, wzięli nas z zaskoczenia. Ulice wypełniły czarne pantery, stalowe pająki, ogromne ćmy plujące kwasem… Wszelkiego rodzaju tałatajstwo, zbyt dużo by na raz wyliczyć. Okupowali miasto trzy dni, po czym tak po prostu wsiąkli i zniknęli. Nikt nigdy nie zobaczył tej fortacy, chociaż szukali!
– Cholera… – rzekł cicho pod nosem Johannes. – Ciekawy jest typ, nie ma co.
Dunbar popatrzył jeszcze chwilę na ekran telewizora. Facet pewnie stoczył nie jedną trudną walkę, dupkiem też się nie wydawał być.
– A w sumie – Sequill dopił zachłannymi haustami piwo – raz kozie śmierć! Spróbuję tego specyfiku i idę sobie z nim pogadać!
– Co? – Popatrzył na niego ze zdziwieniem towarzysz picia – Przecież dostałeś od niego łomot!
– No właśnie, może mnie czegoś nauczy!
…
Krwistoczerwonym, brukowanym chodnikiem szedł sobie spokojnie 17-latek. Tłumów wokół niego nie było żadnych, w zasadzie był jedynym człowiekiem znajdującym się w tym miejscu. Niedawno wyszedł z portu w którym zacumował swoją wirtualną łódź, unoszącą się teraz trochę nad taflą cyfrowego morza. Wszędzie było pełno najróżniejszych możliwych domków, straganów… wszystkie puste.
Szedł tak nasz młodzieniec, mijając różne skrzyżowania, aż w końcu zaczął dotarł do murów pierwszej kondygnacji. Przekroczyl bramę, przeszedł jeszcze trochę drogi prosto i zamiast skręcić drogą w lewo prowadzącą do kondygnacji wyższych aż po samą fortecę, wciąż kroczył prosto. Doszedł do ujścia tunelu. Zatrzymał się na chwilę, otworzył okno ekwipunku i za jego pomocą wyjął pochodnię. Rozpalawszy ją znowu niezbyt śpiesznych ruchem ruszył przed siebie. Wkraczając dało się słyszeć bardzo głębokie echo. Każdy krok był bardzo charakterystycznie słyszalny.
– Ry-siek? – Rozeszło się damskie echo.
Ubrany na zielono młodzieniec nie bardzo się tym przejął. Dalej szedł spokojnie do przodu, uzbrojony w średniej wielkości miecz i sztylet u pasa.
– Ta-deusz? – znów, wyraźnie sylabując słowo rozeszło się po tunelu echo. Chwila pauzy i znowu:
– Rysiek? Czy Tadeusz?
17-latek zdołał wykonać kilka kroków, ale coś wyskoczyło mu z góry przed twarzą, zawieszone na cieniutkiej lince.
– Rysiodeusz? – Zapytała się w powietrzu, z przechyloną głową Marionetka.
– Zdecydowanie Tadeusz. – Krótko ujął nastolatek w równie krótkich, brązowych włosach.
Mierząca jakieś 1.73 m marionetka zerwała się z linki, stając prosto na swoich dwóch nogach. Twarz miała owalną, o prostych, trochę wychodzących poza barki brązowych włosach. Oczy wypełniał kolor kasztanowy, skóra kremowa. Usta miała dosyć dziwne. Możnaby powiedzieć, że składały się z takich małych kostek które układały się w odpowiedniej pozycji czyniąc mimikę twarzy. Mogły opaść na dół czyniąc wesoły wyraz twarzy, albo smutny podnosząc się do góry. Gdy chciała coś powiedzieć, w rytm wypowiadanych liter jej usta podświetlały się na wybrany przez nią kolor. Dzisiaj akurat żółty.
– To czemu przedstawiłeś się jako Rysiek? – Zapytała się wyraźnie zaciekawiona lalka.
– Wiesz… – Powiedział trochę drapiąc się po głowie. Postanowił ruszyć do przodu, kompanka trzymała się jakieś pół kroku za nim – Bardzo dziwnie mi było się przedstawiać moim prawdziwym imieniem. “Hej, cześć, jestem Tadek, właśnie ja skopałem ci tyłek!”. Byłoby zbyt niezręcznie.
– Niezręcznie? – Zapytała się przechylając głowę na drugą stronę. – Walcząc ze mną nie było ci “niezręcznie”.
– Bo to trochę inna sprawa! Z tobą tłukłem się naon stop, w wojnie na wyniszczenie. Byliśmy skazani na walkę.
Doszli już do wyjścia. Brązowo-włosa marionetka zagrodziła lekkim krokiem drogę:
– Mnie się podobało. Nie warto by może tego powtórzyć?
– Neh, szkoda mi chwilowo zamykać się na taką ilość czasu. – Skończył Tadeusz i spojrzał kawałek przed siebie. Znajdowali się przed kwadratowym pomieszczeniem. Pośrodku znajdowało prostokątne wzniesienie na jakieś dziesieć centrymetrów, szerokie na cztery metry i długie na trzy. Na ściance wzniesienia dominowały wygrawerowane symbole niczym zaklęcie, albo przynajmniej jakiś tajemniczy tekst. Na każdym rogu tego pomieszczenia znajdował się ogromny, czarny posąg pantery w pozycji siedzącej. Wszystkie skupiające swój wzrok na sam środek.
– Pora się troszeczkę zabawić! – rzekł niby na poprawę bojowego ducha Czerwony Gracz. Ruszył ku wzniesieniu, zatrzymał się na jego środku i odwrócił twarzą do Marionetki.
– Nie wydajesz się zbyt przekonany.
– Bo przeciwniczka to dla mnie fatalny wybór! – rzekł z małym poirytowaniem Tadziu, przykładając dłoń do czoła – Najgorszy zestaw możliwych umiejętności.
Tadeusz podniósł rękę znad swojego czoła i spojrzał się na wciąż patrzącą się na niego Marionetkę. Uśmiechnął się delikatnie:
– Eh. Skoro ja sobie z tobą dałem radę i ty ze mną… jakoś tą diablicę załatwię. No dobra, poczynaj! W imię Boże! – To mówiąc zamknął swoje powieki, niby składając się do dokładnego skupienia. Marionetka wzniosła swoje ramiona przed siebie, po czym rzekła:
– O ciemności mroczniejsze niż głębiny mojego serca!
– Hę? – Zdziwił się jej przyjaciel otwierając swoje lewe oko. – Co to za tandetna inkantacja? Przyznaj się, zaczełaś oglądać Konosubę!
– Z słowa mojego, Pani tych ziem, odbierz temu człowiekowi ciało i przywdziej go na nowo! – Oczy wszystkich obecnych tutaj posągów na ostatni wyraz zapaliły się mocnym, fioletowym światłem. Postura Tadeusza zaczęła się rozpływać. Rozlała się, rozstopiona po całej posasdce wzniesienia. – Nadaj mu postać naszych braci, byśmy mogli go otulić naszą ciemnością! Czarna Pantera!
Na ostatnie słowo rozlewająca się gęsta ciecz zatrzymałą się w bezruchu, by za chwilę się cofnąć. Dążyła do miejsca gdzie przed chwilą stał człowiek. Pnąc się po sobie formowała wizerunek, aż na koniec stwardniała prezentując Bestię z Xan Guldur. Oczy monumentów zgasły. Marionetka podeszła do potwora. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń po czym rzekła:
– Inehrin de telle!
Całe ciało Tadeusza zapaliło się na niebiesko, i w mig przeskoczyło do jej prawej dłoni w postaci kulki. Spojrzała w lewo, rozporostawała ramię:
– Abyss. An re liv!
Kilka centrymetrów przed jej lewym ramieniem powoli powstała dziura. Za nią była pustka. Absolutne nic. Wyciągnęła swoją prawą dłoń, chwilę później wystrzeliło z niej malutkie światełko, które zniknęło w niemożliwej do ogarnięcia wzrokiem pustce.
Dziura się zapadła, zamknęła. W komnacie Marionetka była sama. Mimo to jednak, jakby wierząc że te słowa sięgną celu wyrzekła:
– Wygraj. W końcu to dla ciebie złamaliśmy nasz jedyny rozkaz. Dla ciebie rzuciliśmy Étoile en acier na kolana.
…
W poczekalni na ozdobnym drewnianym krześlę siedziała już Ayiana. Założyła nogę na nogę i ukrakiem patrzyła na opierającego się o ścianę Sequilla. Podrzucał sobie monetę. “Co on tu do licha robi? Wpadł, przywitał się i udaje głupiego. Przecież on przegrał!”. Minęła drobna chwilka, Sequill w końcu złapał ćwierć dolarówkę w dłoni i odepchnąl się od ściany. Kawałek dalej, powolutku, bez żadnego pośpiechu zmierzała ku niemu Czarna Pantera.
– No w końcu jesteś, nie lubisz się zbyt mocno śpieszyć, co? – rzucił Tadeuszowi Sequill. Bestia zatrzymała się przed nim i usiadła na ziemi.
W głowach wszystkich tu obecnych dało się usłyszeć odpowiedź:
– Wiesz, lubię się zatrzymać i podziwiać krajobrazy. Przy niektórych zastanawiam się momentami, co w żyłę pakowali sobie twórcy. – tutaj się lekko zaśmiał. Popatrzył się na samuraja po czy zapytał – Zresztą, co ty tutaj robisz? Ciebie się najmniej spodziewałem.
– Taa… Słuchaj, nie wydajesz się być złym gościem. Pomyślałem że móglbyś nauczyć mnie paru sztuczek. Wypiło by się przy okazji jakieś piwo.
– Hm, w sumie czemu nie? Ostatnio trochę za dużo czasu spędzam na odludziu. Jutro może się do ciebie odezwę? Teraz jak widzisz będę trochę zajęty. – powiedział zerkając na wnętrze poczekalni za Sequillem.
– Spoko, powodzenia! – rzucił Johannes ustępując Tadeuszowi z drogi. Przy okazji troszeczkę stracił równowagę ale ustał na nogach. Zrobił się przy okazji trochę jaśniejszy niż zwykle.
– Czekaj, chwila. – zawołał do niego Tadziu – Czy ty przypadkiem w takiej jednej karczmie nie wypiłeś Zielonego Smoka?
– Zdarzyło mi się.
– Och chłopie… – zarzuciła Bestia. – Uważaj żeby się nie potknąć, tamten specyfik ma niezłe działanie.
Tadeusz zrobił kilka kroków naprzód. W środku zobaczył sporo terminali a na krześle czekającą już na niego Ayianę.
– “Ah.” – spojrzała na swojego oponenta indianka – “Myślałam że będę mogła zobaczyć jego facjatę. Szkoda.”.
– Dobry – usłyszała w głowie. – Słoneczko na dworze jak widać dzisiaj dopisuje.
>>180 sekund do rozpoczęcia<<
– No, no – Zerwała się z krzesła Ayiana. Podeszła spokojnie do Czarnej Pantery i schyliła się lekko przed nim, niby by się dobrze przyjrzeć. – Przytulaśny to ty kociaczku jesteś. Mam nadzieję że kły nie są zrobione z plastiku?
– Ciebie może nie dotknę. Nie jem byle czego. – Odpowiedział małą ripostą Tadziu poczym odwrócił się i poszedł zalogować się do systemu.
– “Ah.” – znowu sama sobie w myślach zarzuciła Washoanka. – “W końcu on nie ma trzynastu lat.”
>>60 sekund do rozpoczęcia<<
Tadeusz przeglądał się różnym panelom w terminalu, jakby patrząc czy nie znajdzie się jeszcze jakaś przydatna informacja. Nic tam interesującego nie wypatrzył, ale wciąż zdecydowanie bardziej komfortowo było mu rozmyślać właśnie tam. Ayiana sprawdzała swój łuk i strzały, chociaż jakby nie patrzeć wcale robić tego nie musiała: wszystko było na swoim miejscu. Sequill za to się zastanawiał, o jakim to ciekawym działaniu mówił Tadziu. Poza tym że trochę bardziej go chwiało i zrobił się jaśniejszy nie odczuwał żadnych innych efektów.
Bestia z Xan Guldur popatrzyła na zegar. 40 sekund. Odszedł od terminala, usiadł i czekał. Po chwili z każdej możliwej strony rozległ się przeciągły pisk. Z ziemi wyłoniły się czarne kwadraty, które z dość szybkim tempem nakreśliły granicę między dwoma zawodnikami. Unosiły się coraz bardziej i bardziej, aż pozamykały ich w osobnych klatkach. Zrobiło się ciemno, nie było widać nic. Tuż przed sobą zajarzyło sie purpurowe światło.
– Hm. Nie lubię tego typu walk. Albo się uda… – Pomyślał i na chwilę przerwał myśl Tadeusz. Skręcił głową w kierunku w którym przed chwilą znajdowała się jeszcze Ayiana. – albo nie.
>>30 sekund do rozpoczęcia<<
>>Witaj, Tadeuszu. Twoim wrogiem będzie Ayiana Storm. Walczyć będziecie w Korze, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia!<<
– Dobra Tadek, pamiętaj! – pokrzepiał się w myślach. – Tylko nie miej flashbacków z Wietnamu, tylko nie flashbacki z Wietnamu!
Purpurowe światło poczęło być coraz większe i większe. Wszystko co skrywało się w ciemności pochłonęła biel. W końcu zaczęła ustępować miejsca i powoli dało się zobaczyć arenę. Standardowo, jak co każdą walkę, niezależnie od sektora: wszyscy zawodnicy przenoszeni są na okrągłe pole. Pod kątem 90 stopni, w czterech kierunkach znajdują się wyjścia. Można tam różne rzeczy znaleźć od labiryntów, bo różne inne znajdźki bardziej lub mniej przeszkadzające w starciu.
Tadeusz nagle usłyszał cichy dźwięk. Był teraz w postaci pantery, miał bardziej wyostrzone zmysły niż zwykle. “Cięciwa, prawdopodobny atak w moim kierunku”. Nie mylił się, Ayianę zwirtualizowało troszeczkę szybciej niż Bestię z Xan Guldur. Nie marnowała nawet chwili czasu, natychmiast sięgnęła po dwie strzały i jednym ruchem cięciwy posłała je w kierunku swojego wroga. Tadziu spadł na wszystkie cztery łapy. Jeszcze w powietrzu zauważył że pociski ruchem parabolicznym zostały wystrzelone wysoko, uderzą łukiem z góry na dół, prosto w pancerz.
>>Dwa trafienia! 0 obrażeń!<<
Czarna Pantera popatrzyła na wbite w jego zbroję długie, drewniane strzały. Wbiły się tylko troszeczkę, ale nie na tyle aby przebić uzbrojenie czy w jakiś sposób je uszkodzić. Podniósł nieznacznie swoją łapę i szybko, jednym ruchem ściął wystające kawałki drewna, które mogłyby mu w przyszłości przeszkadzać. “No dobra” – pomyślał sobie – “Potwierdzenie że z góry jestem bezpieczny. Musi mnie tłuc od dołu. Potrącajmy ją patykiem.”.
– Ach… – rozległo się Ayianie w głowie – Kocham zapach falstartu wczesnym rankiem. Hej! Uczą tam u was, u dzikusów że cierpliwość jest cnotą?
– A co jest? Za szybko kociaczku? Jak chcesz dam ci fory! – odgryzła się indianka, napinając ponownie cięciwe. “Nie bój się, Pańcia się tobą zajmie.” – pomyślała sobie – “To ja tu mam licencję na wyprowadzanie ludzi z równowagi.”.
Strzały poszybowały w niebo. Tadeusz z głośnym dźwiękiem zerwał się do galopu. Gnał niczym na zatracenie, prosto na swoją przeciwniczkę. Żadna strzała go nie potrafiła dosięgnąć, choć Ayiana wypuściła ich już całkiem mnóstwo. Po chwili idnianka uznała że wróg znajduje się już wystarczająco blisko by stwarzać zagrożenie. Natychmiastowo przemieniła się w sokoła i północnym wyjściem wleciała do labiryntu.
– “Okej, strzały z góry mogą mu co najwyżej zmniejszyć mobilność. Żeby go dotkliwie skrzywdzić trzeba atakować na równi z jego wysokością lub niżej.” Leciała cały czas prosto, tak jak korytarz niżej dyktował swój kierunek. Oczywiście odnóg było pełno, ale chciała sprawdzić jeszcze jedną rzecz.
Poruszała się naprawdę szybko. “Czy mój przeciwnik jest w stanie mnie doścignąć?”. Spojrzała się w dół. Tak jest, Tadeusz dotrzymywał jej wiernie kroku, cały czas był ledwie metr, dwa metry za nią mierząc odległość równo po drodzę w linii prostej. “Może, ale to ja mam przewagę wysokości!”. Wzniosła się jeszcze wyżej by lepiej móc widzieć teren pod swoimi skrzydłami. Rozejrzała sie, od głównej drogi wszędzie było pełno najróżniejszych odnóg, ale tam, trochę po lewej dało się zauważyć mały labirynt. “Dobre miejsce na pułapkę!”. Zmieniła kąt lotu i delikatnie wykręciła w lewo, podprowadzając przeciwnika na miejsce jego możliwego przeznaczenia.
Tadeusz zauważył zmianę kursu.
– “No dobra, nie wystartowala jeszcze z ani jednym chowańcem. Pewnie wypatrzyła miejsce na pułapkę, muszę nadstawić ucha.”.
Biegli tak jeszcze krótką chwilę. Tadziu na moment tylko odrobinkę zwolnił aby zostawić sobie dodatkowe trzy metry na reakcję. Choć przy tej prędkości widział tylko drogę prostą, to przed nim znajdowało się rozwidlenie na lewo a odrobinkę przed nim most nad korytarzem. Wtem nagle dziwny dźwięk, po lewej, niczym wirtualizacja! Tadeusz odchylił się w lewo, wdrapał na wysoką ścianę i za pomocą pazurów zawisł pod mostem. Zatrzymał się w naprawdę dobrej chwili, sekunda później i wprost na ścianę runął ogromny, czarny niedźwiedź. Siła ataku była tak duża, że jego szarża zostawiła trwały ślad na bloku korytarzu.
– “Oho…” – przestraszył się trochę Tadeusz – “Jeszcze chwila a by mnie to naprawdę bardzo zabolało.
Cięciwa, atak z dołu! Czarna Pantera opuściła się i wylądowała na cztery łapy. Dwie strzały znowu trafiły w pancerz, Ayiana zrobiła cofkę i w postaci człowieczej ustawiła się za Tadeuszem. Strzelała nisko, z przykucu. Z jednej strony: niedźwiedź, z drugiej spory kawałek stąd: indianka. Ogromna, czarna bestia nie dawała Tadziowi odpoczynku, z rykiem natychmiast rzuciła się na niego podnosząc łapę. Szybko nisko przebiegł tuż przed niedźwiedziem, unikając jednocześnie jego ciosu. Chciał mu się rzucić z zębiskami na plecy, ale polecialy następne strzały: rykoszetem od ściany prawie raniły Tadzika.
– “Cholera… muszę się stąd wydostać i jakoś zająć tym chowańcem!”. Bestia z Xan Guldur natychmiast ruszyła do galopu, i lewą odnogą ruszyła co sił. Niedźwiedź w pościg, Ayiana się przemieniła i hyc, poszybowała w górę. Wtem w całym sektorze dało się usłyszeć głuchy dźwięk, niczym gra na rogu wojennym. Kora zaczęła się rekonfigurować, cała struktura korytarzy, aren, labiryntów: wszystko się zmieniało.
– “Moja szansa!” – pomyślał Tadek. Ruszył przed siebie do przodu, pozwalając w miarę utrzymać się na tyle niedźwiedziowi. Wszystko wokół niego się zmieniało. Nagle cała podłoga zaczeła się podnosić, pieła się ku wysokości. Reszta labiryntu opadła tworząc rozległą arenę. Tadeusz nie chciał zostawać tak wysoko, zeskoczył co sił na stabilizujące się jeszcze powoli podłoże i ruszył jak najszybciej przed siebie, by wyjść jak najdalej poza okrąły obszar. Niedźwiedź nie odpuszczał. Ale to dobrze dla Tadeusza, bowiem przed nim korytarz którym chciał on uciec począł się od lewa zamykać. “Zdążę” pomyślał. Przyśpieszył tak szybko jak tylko mógł i uszedł z terenu areny. Niedźwiedź ślepo za nim podążał, nie bacząc w ogóle na to, że przy prędkości zamykania się korytarza i wielkości ciała zwierzęcia ten nie ma po prostu szans. Sunąca z lewej ściana przytłoczyła chowańca i zamykając się nagle zatrzymała. Nie zabiła go, widocznie miała ustawić się w takiej pozycji by zostawić pewną szparę umożliwiającą ucieczkę.
Niedźwiedź wył ile wlezie, ale nie potrafił się wydostać. Utknął na stałe.
– “Możnaby go tak teraz załatwić… ale nie, jest coś bardziej kuszącego.” – Powiedział sobie w myślach Tadeusz, po czym wdrapał się po ścianie na powierzchnie i rozjerzał po arenie. Ayiany jeszcze nie było, ale to kwestia najwyżej minuty aż się tutaj zjawi. Na środku ogromnego pola znajdował się bardzo wysoki szczyt o małej średnicy. Idealny aby zmieściła się tam jedna, stojąca indianka.
Sokół wędrowny szybował w kierunku góry. W momencie rekonfiguracji Ayiana nie była za bardzo w stanie skupiać się na tym co sie dzieje, więc uniosła najwyżej jak się tylko dało. Dopiero jak się uspokoiło mogła się rozejrzeć i przeszukać okolicę.
– “Szkoda pułapki, ale warto było spróbować. Chwila… Co?!”
Dotarła wreszcie do areny i zatrzymała się na samym szczycie góry. Przed sobą widziała przykład bezczelnego humoru Tadeusza. Niedźwiedź wył w niebogłosy, Czarna Pantera bowiem zrobiła sobie z jego zadka drapak do ostrzenia pazurków.
– “T…Tego kolesia chyba powaliło!” – Krzyknęła w myślach Ayiana, po czym przemieniła się w człowieka i wystrzeliła strzałę prosto w Tadeusza. Ten w ostatniej chwili zrobił piruet niczym baletnica krzycząc: “Ole!”.
– Uch… Przyznaję – krzyknęła do niego indianka – potrafisz być wkurzający! – chwyciła za następną strzałę, gotowa do szarży w wykonaniu swojego przeciwnika, ale nie doczekała się. Zamiast tego pognał na lewo od niej i uciekł z areny.
– “Co?” – zdziwiła się – “Nie wykorzystuje okazji żeby mnie zaatakować?”. Przeczekała chwilę, jednak nie wyczuła jego obecności. Zmieniła się w sokoła i sprawdziła teren wokół siebie. “No nie, nie ma go”. Podleciała sprawdzić swojego chowańca z ewidentnie widocznym kawałkiem drewna wbity w prawy pośladek. Niedźwiedź zakleszczył się na amen, koniec pieśni. “Cholera… nie będzie z niego żadnego pożytku.” Odwołała go i tuż obok siebie przyzwała kuguara. “Co on planuje? Chce się zaczaić i wziąć mnie z zaskoczenia?”
Tadeusz był w ciągłym biegu. Gnał tak szybko jak się tylko dało, nie środkiem a bokiem korytarzy, na wszelki wypadek aby trudniej go było wyśledzić. Podczas galopu przypomniała mu się jedna rozmowa z Marionetką w pokoju narad wojennych Xan Guldur:
– Jednego wroga masz z głowy. Najtrudniejszy to będzie chyba ten Charles Soule, może bez problemu przeciąć twój pancerz. – Stwierdziła Marionetka, najwyższa możliwa istota w całej mrocznej fortecy.
– Szczerzę powiedziawszy to najmniej się nim przejmuje. Najgorszym dla mnie przeciwnikiem będzie ta cała indianka.
– Ayiana Storm? – przekrzywiła trochę głowę. – Dlaczego?
Tadeusz oparł się mocno na krześle i podparł głowę o swoją prawą pięść.
– Bo to najgorszy możliwy dla mnie wróg. Normalnie wystarczyłoby po prostu unikać wszystkich strzał i szarżą ją załatwić. Może se przyzywać chowańce, ale tak długo póki jestem szybki, tak długo mogę je wyminąć. Ale ona może se pofrunąć.
Marionetka odwróciła swój wzrok w kierunku kart postaci leżących na stole. Znajdowaly się tam wszystkie możliwe specyfikacje każdego gracza w turnieju. Tadziu kontynuował:
– Nie mogę tak po prostu na nią ruszyć, bo zmieni się i ucieknie. Nie mogę się na nią zaczaić i zaatakować z zaskoczenia bo uprzedzi ją przede mną jej chowaniec. Nie mogę się zbyt długo kryć, bo z powietrza wraz z innym chowańcem mnie po prostu za każdym razem wyśledzi. Co nie zrobię: nie dam rady jej dosięgnąć. Ale nie to jest najgorsze. To nie będzie walka. To będzie długa i męcząca batalia na wyniszczenie, jak najszybsze zmęczenie przeciwnika. Nawet jak zlikwiduję jej niedźwiedzia i kuguara, to będzie mnie tak długo męczyć atakami z powietrza ze swoim jastrzębiem, że w końcu popełnię błąd i przegram. To jest idealny typ przeciwnika który masakruje właśnie takich jak ja.
Lalka próbowała chwilę zastanowić się nad sytuacją, lecz sama nie znalazła dobrego rozwiązania. To był pojedynek jeden na jednego, nie mogła mu udzielić żadnego innego wsparcia.
– Co zatem zrobisz? – zapytała się.
– Mam jeden pomysł… Ale to będzie wóż albo przewóz. Cokolwiek się wydarzy, nie będzie to spekakularna walka na którą liczą widzowie.
Czarna Pantera gnała co rusz, co sił. W końcu zauważyła szukany przez nią obiekt, schowany trochę za ścianą i sufitem. Tadeusz upewnił się że Ayiany ani jej chowańca nie ma w pobliżu. Pobiegł ile pary w łapach, prosto do jedynej wieży w całym sektorze.
Wieża go przepuściła. Znajdował się teraz na wejściu na okrągłą platformę, pośrodku której na podłodze widniał znak XANY. Podszedł do niej powolutku. Poczuł że robi się lżejszy niż zwykle, zaczął unosić się do góry. Wieża przeniosła go na platformę znajdującą się wyżej. Przed nim pojawił się panel kontrolny.
– No dobra – powiedział sam do siebie. – Można albo nie można. – Za pomocą umiejętności korzystania z obiektów za pomocą siły woli począł korzystać z interfejsu. Wieża nie wymagała kluczy, spokojnie można było korzystać z jej funkcji. Przerzucał co chwila najróżniejsze możliwe okienka, szukał upracie aż w końcu…
– O proszę. Można.
Tadeusz ustawił kilka opcji, wylogował się i jak najszybciej opuścił wieżę. “No dobra!” – pomyślał – “Teraz trzeba się tylko zaczaić.”.
Ayiana wciąż szukała go z powietrza, zastanawiała się jaką taktykę postanowił obrać jej przeciwnik. Nie mniej nie bardzo wiedziała jak Tadeusz mógłby spróbować ją podejść, sama dobrze wiedziała że znajduje się on w niekomfortowej sytuacji. Kuguar nie wykrył żadnego dźwięku: podobnie jak Tadeusz ma lepiej wyostrzone zmysły. Leciała tam w przestworzach jeszcze drobną chwilę, aż w końcu zauważyła kątem oka po prawej czarną jak noc plamkę. Zatoczyła koło, upewniła się. Rzeczywiście. Jest tam. Pewnie chce zaatakować jak najszybciej jej chowańca, by potem próbować złapać jakoś jastrzębia. “No dobra, zastawmy małą pułapkę!”
Kuguar zatrzymał się w pewnej odległości, na wprost od wzroku Tadeusza. Sokolica niby poleciała dalej robić zwiad. W rzeczywistości postanowiła zaczaić się i szyć w przeciwnika od dołu. Tadeusz ruszył do przodu, zaszarżował z głośnym rykiem na kuguara. Usłyszał cięciwę. Odwrócił głowę w kierunku z którego owy dźwięk dobiegł i zatrzymał się gwałtownie. Strzały minęły go o kilka centymetrów. Kuguar natychmiast zaatakował atak prawą łapą prosto na twarz i wykonał szybki unik. Dało się słychać kolejną cięciwe. Bestia z Xan Guldur rzuciła się do ucieczki prosto w labirynt. Wtem, jak tylko oba stworzenia znalazły się w korytarzu dało się usłyszeć głuchy dźwięk.
– “Cholera!” – Pomyślała Ayiana – “Kolejna rekonfiguracja. Kuguar! Ostrożnie z biegiem na przeciwnika!” – Wydała rozkaz po czym przemieniając się w sokoła jak najszybciej poczęła wznosić się ku górze. Całe podłoże się zdestabilizowało, tym razem na dość charakterystyczny sposób. Kora poczęła tworzyć doły i ogromne, równej wielkości kwadratowe wzniesienia. Wszystko było swoją symetrią. Kwadratowa przepaść na 15-20 metrów, i kwadratowe bloki o dokładnie takiej samej wysokości. I taki krajobraz znajdował się, dosłownie wszędzie. Kora się w końcu ustabilizowała, Ayiana zniżyła delikatnie lot by zaraz usłyszeć ryk lokalizacyjny swojego kuguara oraz komunikat systemowy:
>>Tadeusz Różan: 20 punktów obrażeń! Uszkodzenie prawej łapy, czas: trzy minuty!<<
– “Mam cię!” – Pomyślała sobie z zadowoleniem Ayiana. Poleciała w kierunku wyjącego chowańca, specjalnie ryczał jak najdonośniej by sprowadzić tutaj swoją właścicielkę. Zauważyła ich, ściany za wysokie aby móc próbować szybko stąd uciec. Przeszło jej chwilę przez myśl, aby szybko zanurkować i wykończyć oponenta tak samo jak Klarę, ale ten przeciwnik specjalizował się w walce bezpośredniej. Może być zraniony, ale wciąż potrafi zaskoczyć. Lepiej go zaciągnąć w kąt i tam strzałą zakończyć grę.
Kuguar zaczął napastować swojego przeciwnika, raz po raz zmuszając go do tego by się cofnąć. Kierował go prosto w kąt pomieszczenia, skąd nie szło już w żadnym kierunku uciekać. Ayiana wylądowała na podłodze, daleko od Tadeusza. Już sięgnęła po strzałę i chciała naciągnąć cięciwę gdy nagle…
Po całej Korze rozległ się głuchy dźwięk.
– “Co?!” – Z szokiem w oczach zdziwiła się Ayiana – “Przecież to za wcześnie!”.
Sektor ponownie, wbrew limitowi czasowemu zaczął się rekonfigurować. Jednak nie zmieniała się struktura całego podłoża. To z powierzchni, sufit, góra poczęła się zamykać! Ayiana natychmiastowo przemieniła się w sokoła i tyle sił ile miała w skrzydłach gnała na zatracenie w górę, mając nadzieję że zdąży. Ale nie zdążyła. Zamknięte pomieszczenie wypełniły ciemności. Chwilę po tym z rogu pomieszczenia wydobył się dźwięk dewirtualizacji.
– Teraz mi ptaszek nie ucieknie z klateczki, już nie odfrunie… – Rzekła z wyraźnym zadowoleniem bestia.
– “Cholera, ma mnie!” – Pomyślała Ayiana. – Natychmiastowo przyzwała Jastrzębia, jej ostatniego chowańca. Poleciała kawałek i przemieniła się w człowieka jak najdalej to tylko możliwe od Tadeusza. – “Jeśli Jastrząb będzie go nękał, będę miała jeszcze szansę go trafić! Chociażby na oślep!”
Nie mniej jednak sam jastrząb nie specjalnie umiał się odnaleźć. Mógł działać tylko na podstawie dźwięku. Usłyszał kulejący cel, który ruszył w kierunku jej Pani. Zanurkował w dół z wysokości. Ale wtem: uderzenie w ścianę!
– “Hę?” – Zdziwiła się. Nagle zrozumiała, to ściany zaczęły lgnąć ku sobie! Pomieszczenie zaczeło być coraz mniejsze, chowaniec pokroju Jastrzębia ma duże problemy by się tutaj odnaleźć. Usłyszała jak coś ruszyło w jej kierunku. Wystrzeliłą dwie strzały: unik wroga! Następne dwie strzały: trafienie!
>> Tadeusz Różan: Jedno trafienie, 20 punktów obrażeń!<<
Normalnie każde zwierze po dostaniu w klatkę piersiową by się zatrzymało, ale tutaj nie odczuwa się bólu. Bestia wciąż zmierzała w jej kierunku. Ayiana sięgła po następne strzały, ale poczuła na plecach ścianę która ją cisnęła do przodu. Jastrząb próbował wznieść się i uderzyć, ale za późno. Czarna Pantera wyprostowała się na dwóch nogach. Jedną, uszkodzoną kończyną przywarł ją do muru, drugą łapą natychmiastowo wbił swoje ogromne szpony, tak że przebiły jej krtań.
>>Ayiana Storm: Obrażenia krytyczne! 100 punktów obrażeń! Dewirtualizacja!<<
>>”Zwycięzca: Tadeusz Różan”<<
Wraz z Ayianą zniknął też Jastrząb, który nie zdążył sięgnąć celu. Ściany wciąż się posuwały do przodu. Tadeusz popatrzył na swoją łapę i trochę pokuśtykał na sam środek swojej pułapki. Gdy pomieszczenie miało tylko pół metra przestrzeni cała maszyneria się zatrzymała. Minęło jeszcze z jakieś 10 sekund i Czarną Panterę również zdewirtualizowało.
…
Był już wieczór, nad jeziorem Tahoe ludzi zaczęło po troszeczku ubywać. Słońce oblewało turystów ostatnimi ciepłymi kolorami tego dnia, a komary obudziły się by pełnić swoją odwieczną rolę wkurzania ludzi i wszystkiego co żyje na całym świecie. Festiwal na sam dzień dzisiejszy się powoli kończy, ale w założeniu ma trwać cztery dni.
Ayiana leżała na dużym, prostokątnym kamulcu. Humor wyraźnie nie dopisywał.
– Ech, no niby mogłam przewidzieć że w sektorze też znajdzie się jedna Wieża… Ale kto przewidziałby że Tadeusz odnajdzie ją tak szybko?
Washoanka wciąż rozmyślała o swoim ostatnim pojedynku. Była pewna że gdyby nie ta ostatnia pułapka to mogłaby na pewno wygrać. Zmęczyła by wroga, nie ma nawet innej mowy. Tylko ta cholerna wieża…
– Uuuhh… Że też w terminalu większość mapy jest zakryta, a o wszelkich możliwych znajdźkach nie idzie się dowiedzieć. – Zamilkła jeszcze przez chwilę po czym wpadła jej myśl “To było szczęście, czy on dobrze wiedział gdzie ta wieża się znajduje?”.
Podniosła się z kamulca i podążyła wzrokiem po różnych stanowiskach które znajdowały się kawałek od niej. Pod jednym drzewem widziała dwójkę małych dzieciaków: Dyanę i jej przyjaciela. Siedzieli teraz opierając się o kawał grubego pnia. Pykali sobie na jakiś konsolkach, chyba 3DS.
– 3DS? O rany, jakie to stare… – Patrzyła tak na nich jeszcze przez chwilę, aż zobaczyła swojego dziadka zmierzającego w jej kierunku:
– I jak wnuczko? Spuściłaś już z siebie powietrze?
– Jeszcze nie do końca. – Cicho, depresyjnie mówiła Ayiana – Będę tak tu sobie siedzieć, i myśleć. Aż pojawi się wielka Tessie i mnie pożre.
– Nie zawsze się wygrywa. – Usiadł tuż obok niej jej dziadek – Ale nie zawsze też się przegrywa. Zresztą, jak dobrze pamiętam masz jeszcze walkę o trzecie miejsce, prawda?
– Okrągłą sumkę też za to płacą – wymamrotała. – Daj mi tu jeszcze chwilę się podąsać. Posiedzę sobie i przyjdę do was.
– No dobra, ale nie za długo. – Staruszek wstał, po czym powoli ruszył się z powrotem w kierunku namiotów. Zrobił kilka metrów, na chwilę przystanął, odwrócił się i:
– Możemy dzisiaj upichcić jakąś dobrą dziczyznę.
– Dobra, już dobra! Zaraz przyjdę! – Odgoniła swojego dziadka i raz jeszcze położyła się na kamieniu.
“Wiedział gdzie była ta wieża, czy nie wiedział?”.
…
Tadeusz leżał sobie plecami na swoim łóżku, z słuchawkami od telefonu włożonymi do uszu. W pokoju było ciemno, okna zasłonięte zasłonami, jedynie komputer dawał jakieś minimalne światło.
– Ta walka była całkiem interesująca – w słuchawkach można było usłyszeć damski głos.
– Była, ale tylko przez ostatnią pułapkę. Gdyby było inaczej to ciągnęłaby się w nieskończoność.
– Przegrałbyś?
– Przegrałbym.
W pokoju zapadła głucha cisza. Tadeusz patrzył się raz to w sufit, raz to w plakat przedstawiający całą mapę Krain Północy i Nilfgaardu z uniwersum Wiedźmina. Dodał w końcu po chwili:
– Nie mogłem mieć pewności że wieża będzie miała dostęp do funkcji znajdujących się bezpośrednio w jądrze sektora. Jądro miało pierwszeństwo, ale z mojej pozycji dało się zaplanować rekonfigurację Kory.
– Smutny jesteś?
– Niee, tylko… Ech, czasem ciężko się pogodzić z tym że istnieje ktoś kogo normalnie nie możesz załatwić, i musisz się uciekać do takich sztuczek. Ale zwycięstwo to w końcu zwycięstwo. – powiedział zrywając się powoli z łuszka. Podszedł do okna i rozchylił trochę zasłone. Na zewnątrz padało, raz akurat zjawił się jakiś gość próbujący szybko przemknąć przez ulicę.
– A mnie się to w sumie nawet podoba!
– Hmm…? – Mruknął zapytająco.
– Możesz być wygranym albo przegranym, ale cokolwiek się nie wydarzy: zawsze znajdzie się jakiś ciekawy i fascynujący sposób na pokonanie przeciwnika. Nawet jak trafisz przez długi czas na zastój, to zawsze znajdzie się w końcu na ciebie cwaniak. Nigdy się finalnie nie znudzisz.
– Ha! Pod tym względem masz rację! – Uśmiechnął się z tą myślą Tadeusz. – Hej, oglądasz jeszcze Konosubę?
– Jestem w połowie – odpowiedziała Marionetka.
– Co myślisz?
– Myślę, że ludzie są całkiem interesujący. – odpowiedział damski głos z wyraźnie widocznym zadowolniem. – Końcowo myślę, że bardzo dobrze że nigdy już nie otrzymam ani jednego rozkazu.
– Jesteś pewna?
– Mojego Pana już chyba nie ma… – odpowiedziała z pewnym zamyśleniem. – Inaczej już by się po tylu latach pojawił. Nie mogłabym cieszyć się tym światem.
– Wybacz Marionetko, całe szczęście, już go nie ma! – zaśmiał się młody chłopak. Jego przyjaciółka z radością odpowiedziała w słuchawce, chociaż była to radość przemieszana z pewną dozą zamyślenia. Tadziu trochę się jeszcze popatrzył przez okno po czym głośno krzyknął: Cholera! Zapomniałem o Sequillu!
…
Ledwo bo ledwo, ale Sequill doczłapał się z portalu międzysektorowego. Odkąd tylko rozpoczęła się Arena, efekty Zielonego Smoka coraz bardziej dawały mu się we znaki. Nie czuł się mdło ani źle, po prostu nie mógł postawić sensownie normalnego kroku. Znajdował się jakieś dziesięć metrów od karczmy “Pod zdechłym kotem” Kulał wciąż, uparcie idąc coraz dalej i dalej, bliżej miedzianej klamki drzwi od tawerny. Już chciał jej sięgnąć, kiedy poczuł jak przez całe ciało przeszedł dziwny dreszcz. Spod jego palców wzniosło się kilka iskier, aż nagle, całe jego ciało zaświeciło się mocno na niebiesko. Z jego ramienia, prosto w kierunku drzwi wystrzeliła ogromna byłaskawica, która w mig oplotła wszystkie ściany i elementy budynku, w tym i skrzynkę z bezpiecznikami. Przepaliło się wszystko. Choć Johannesowi zrobiło się już o niebo lepiej, to nie mógł wiedzieć że w środku zapanowały egipskie ciemności.
– AAAH! – ktoś oberwał czymś mocnym po głowie. – Cholera jasna! Kto w trakcie pojedynku gasi światło?!
[RUNDA 4-2] Charles Soule vs Tamara Benedette
Tamara oparła się o murek z jasnego kamienia, wzdychając ciężko. Denerwowała się walką. Miała zmierzyć się z zupełnie innym przeciwnikiem, niż na eliminacjach, czy podczas szkolenia w gildii. Dodatkowo sektor, w którym miało się odbyć starcie zupełnie jej nie pasował. Pustynia. Zawsze miała problemy z ognistymi atakami. Nie były tak skuteczne, jak chociażby lodowe, choć też nie były najsłabsze. Zawsze brakowało im jakiegoś ciężaru, czy fizyczności. Gasiły je ataki wodne; powietrzne zmieniały tor lotu ognistych kul. Płomieni strzelających z ziemi łatwo było uniknąć, jeśli było się wystarczająco szybkim lub choć raz zobaczyło się, w jaki sposób się ustawiają. Teraz jednak trudnością nie było tylko trafienie w przeciwnika, ale także uniknięcie jego ataków. Nigdy wcześniej nie mierzyła się z kimś, kto był w stanie aktywować cudzą moc. Była to rzadka umiejętność. Droga lub do zdobycia w kilku trudnych misjach. Jednak przeciwnik nie podał w zgłoszeniu żadnych innych mocy. Czyżby wylosowała mu się na starcie? Jeśli tak, na pewno opanował ją do mistrzostwa.
Dziewczyna odbiła się od murka, stając. Zamaszyście obróciła się, od razu ruszając w stronę drzwi do poczekalni i… O mało nie zderzyła się z ubranym w czarny kombinezon młodzieńcem. Chłopak jednak miał dobry refleks i zdołał uniknąć kolizji.
– Przepraszam – powiedziała zawstydzona Tamara, ganiąc się w myślach za nieuwagę.
– Nic się nie stało – odparł tamten, uśmiechając się. – Charles – dodał, podając rękę.
– Tamara – dziewczyna odwzajemniła gest. Zanim jeszcze puścili swoje dłonie, na twarzy młodzieńca pojawił się jakiś grymas.
– No tak. Mogłem się domyślić – odparł wzdychając, jakby znudzony, czy zniecierpliwiony. – Dziwnie się czuję, walcząc z dziećmi – przyznał. – Spodziewałem się tutaj raczej kogoś starszego. Doświadczonego – podkreślił, mijając Tamarę i klepiąc ją po ramieniu.
– Dzieli nas tylko kilka lat.
– Kilka lat doświadczenia – dodał, nie zatrzymując się.
Tamara chciała coś odpowiedzieć, zatrzymać go, rzucić, że go pokona, ale powstrzymała się. Miał rację. Dzieliło ich kilka lat doświadczenia. Przepaść nie do przeskoczenia, nawet, jeśli ciężko się trenowało. On pewnie stoczył tysiące takich walk.
– Wygram – powiedziała do siebie szeptem, patrząc jak Charles wchodzi do drugiej poczekalni.
***
~ Doświadczenie jest ważniejsze niż siła ~ myślała Tamara, oglądając końcówkę poprzedniej walki na ogromnym ekranie w jednej z poczekalni. ~ Muszę zatem liczyć na łut szczęścia. Przypadek. Liczyć na jego nieuwagę.
Tak naprawdę nie miała żadnych pomysłów, jak tu pokonać Charlesa. Liczyła, że znajdzie inspiracje w innych walkach, ale żadna jej nie pomogła. Co więcej, zaczęła się bać, że Charles może być tak naprawdę najsłabszym przeciwnikiem. Patrzyła, jak walczą inni. Jak cudownie korzystają ze swoich broni i umiejętności. Nawet jeśli jakimś cudem by wygrała, nigdy nie pokona tamtych. Nie pokona Melanii ani Loyyda, bez względu na to, które z nich przejdzie dalej. Nie pokona Klary, Aiyany, Sequila, a tym bardziej Tadeusza, bez względu na to, jak w ogóle miała wymówić jego imię. Tysiące myśli przepływało jej przez głowę. Zwłaszcza ta jedna: “Poddaj się. Poddaj”.
~ Doświadczenie jest ważniejsze niż siła – czy nie tak uczono w gildii? ~ myślała.
Ta myśl odbierała jej całą chęć walki. Nawet tamten chwilowy upór, postanowienie, że wygra chociażby, żeby zrobić mu na złość; to wszystko zniknęło pod jej naporem. Jak ktoś niedoświadczony może wygrać?
Tamara jednak chciała chociaż spróbować. Wiele razy walczyła mimo, iż nie udawało jej się wygrać. To nic. Każda porażka czegoś uczy. Zbliża do wygranej. Daje nowe cele.
~ Chcę być lepsza od Charlesa ~ ostatnia myśl, zanim zabrzmiał gong. Nie zwróciła uwagi, kto wygrał poprzednią walkę. Zresztą, wcześniejszych też nie sprawdzała.
Poprawiła wstążki na włosach, wstrzymując oddech. Gdy zabrzmi trzeci raz, rozpocznie się jej walka.
***
Trzeci gong został przerwany w połowie przez teleportację. Najwyraźniej nie były dobrze zgrane. Tamara poczuła pod nogami zupełnie inny grunt i zachwiała się. Zapomniała zmienić ustawienia, przez co nie zwirtualizowała się nad powierzchnią. Może to i dobrze. Nie musiała słuchać żadnych komunikatów systemu, czy wprowadzenia.
Znalazła się w niedużej jaskini. Wyjrzała na zewnątrz. Z pewnością wyrzuciło ją przynajmniej sto metrów od przeciwnika, bo tego wymagały zasady, choć ta odległość tak na prawdę różniła się w każdym sektorze. W niektórych wynosiła nawet mniej, niż pięćdziesiąt. Tamara mogła przysiąc, że w poprzednich walkach przynajmniej raz wyrzuciło uczestników około 10 metrów od siebie. Weszła z powrotem do środka, wstrzymując oddech i myśląc. Była pewna, że moc przeciwnika, tak jak zresztą i jej, ma ograniczony obszar działania. Podświadomie liczyła na to, że będzie jej szukał właśnie aktywując jej umiejętność. Kula ognia powinna być widoczna z dużej odległości, nawet jeśli szybko zniknie. Tamara przede wszystkim musiała zadbać o to, żeby Charles jej nie zobaczył. Chciała jakoś go zaskoczyć, choć wolałaby unikać walki tak długo, jak tylko się da. Zupełnie nie miała na nią pomysłu.
W ciągu ostatnich kilku minut rozważała dwie opcje. Po pierwsze – atak ognisty, jeśli znajdzie sobie dobrą pozycję. Niestety musiała się liczyć z tym, że jak tylko wykona swój ruch będzie musiała uciekać. Po drugie atak fizyczny z zaskoczenia – wtedy jednak musiała się liczyć z tym, że Charles po prostu przetnie jej broń, a ją zdewirtualizuje. Zresztą nic innego nie mogło jej spotkać.
***
Gdy po kilku minutach czekania, Tamara utwardziła się w przekonaniu, że Charles jeszcze tu nie dotarł, zaryzykowała wyjście z jaskini. Dopiero teraz mogła porządnie się rozejrzeć. Piasek, piasek, wyrzeźbione przez wirtualny wiatr formacje skalne i… Znowu piasek. Nie mogła się łudzić. Charles na pewno domyślał się, że tam jest. Może nawet sam też znalazł się w podobnej jaskini. A nie było ich tutaj raczej dużo.
Wspomagając się nożem, Tamara weszła na szczyt skałki. Oprócz tej, było ich jeszcze siedem. Niewiele, ale to i tak lepsze, niż otwarty teren. Na lewo widziała skraj sektora, na prawo, trochę bliżej, wieżę i labirynt. Tam mogła mieć jakieś szanse, ale podejrzewała, że Charles nadal siedzi gdzieś wśród skał. Znał przecież minimalną odległość wirtualizacji. Nie poszedłby tam, chyba, że w celu przygotowania pułapki.
Najlepiej byłoby udać się na wprost. Tam widać było wyższą platformę z trochę innymi dodatkami, niż tutaj. Było więcej małych form i, jak podejrzewała Tamara, mogła się znajdować oaza. Nie była pewna, czy wylądowała na oryginalnej mapie, czy na jednej z aktualizacji. Obróciła się. Z tyłu była zupełnie pusta przestrzeń, na widok której Tamarze aż ciarki przeszły po plecach.
~ A co jeśli Charles wycina te słupy po kolei, szukając mnie? ~ przeszło jej przez myśl. ~ Byłam głupia. Muszę szybko stąd uciec.
Pospiesznie zaczęła schodzić na dół, upewniając się tylko, czy przeciwnik już tam na nią nie czeka. Gdy tylko dotknęła gruntu, odepchnęła się od skały i zaczęła biec. Przez chwilę tylko miała dylemat r11; do przodu, czy w stronę labiryntu. Wybrała to drugie. Z mieczem w dłoni, gotowa na ewentualny atak, pognała w prawo. Dopiero później miała się przekonać, że na to liczył Charles.
Choć wcześniej przeszło jej przez myśl, że to dobre miejsce na zasadzkę, nie zwróciła uwagi na nienaturalne dla tego sektora, proste przejścia między skałami, w które wbiegła. Nie zauważyła, że miejscami podłoże to już nie piasek, a równo wycięta skała, a niektóre ściany mają szczeliny, jakby były to zawalone przejścia. Szła dokładnie tam, gdzie chciał jej przeciwnik. Dopiero po dłuższym czasie zwróciła uwagę na to, że nie trafia na żadne rozgałęzienia drogi. Zatrzymała się, patrząc w niebo. W wirtualnym świecie co prawda nie czuło się zmęczenia, ale potrzebowała chwili, by pomyśleć. Dopiero wtedy zorientowała się, że coś nie gra. Nie chcąc zostawać na drodze, wyjęła noże i pośpieszne wspięła się po ścianie labiryntu.
Na górze od razu upewniła się w przekonaniu, że coś jest nie tak. Nie znała tej okolicy sektora, ale nie był to naturalnie wygenerowany teren. Prawdziwy labirynt rozciągał się już dosyć daleko, a nieliczne odnogi od ścieżki, którą szła, były od niej odcięte. Część sektora, w której się znajdowała, była zwykłym płaskowyżem. Cała kręta droga, którą do tej pory szła, prowadziła do jednego miejsca. Widziała je stąd dosyć dobrze. Ogromna owalna dziura w płaskowyżu. Arena. W końcu dotarło do niej, że Charles nie wycinał skałek, w których się początkowo znaleźli. Od razu pobiegł do Labiryntu i w czasie, kiedy ona chowała się przed nim, wyciął drogę do miejsca walki. Raczej nie bawiłby się w aż tak obszerną modyfikację, więc dziewczyna założyła, że “arena” musiała być tutaj już wcześniej. Może niektóre z korytarzy też, ale nie była w stanie tego stwierdzić. Nie wiedziała też jeszcze jednego. Jak bardzo zmanipulował nią Charles? Czy nadal robiła to, co sobie zaplanował, czy może w chwili, gdy zauważyła, że coś nie gra, sprzeciwiła się jego założeniom? Uznał ją za głupią, czy założył, że prędzej czy później zorientuje się, że wpadła w pułapkę?
Dziewczyna oddaliła się od krawędzi kanionu i zaczęła ostrożnie iść w stronę “Areny”, rozglądając się, czy nie jest atakowana. Uznała, że przeciwnik traktuje ją raczej jak smarkulę, nie jak równą sobie. Wydawało jej się, że Charlesowi nie przeszło nawet przez myśl, że może go przejrzeć. Postanowiła zatem, że obejdzie pułapkę i zaatakuje od tyłu. Oczywiście wciąż musiała uważać, żeby Charles nie aktywował jej ataku przedwcześnie i nie zorientował się, gdzie jest, ale wystarczyło, że będzie w znacznej odległości od ścieżki, a później areny, by po prostu tego nie zauważył. Kula ognia znikała po przebyciu określonej odległości, a moc chłopaka też powinna mieć jakieś ograniczenie. Tymczasem Tamara musiała wymyślić, jak w ogóle rozpocząć walkę. Zajdzie Charlesa od tyłu… I co dalej? Strzeli kulą ognia, czy podpali grunt pod nogami? Jak on na to zareaguje?
Powoli zbliżała się do Areny, rozważając, jak może się potoczyć walka po jej ataku. Jak odpowie Charles? Czy od razu użyje umiejętności? Może zaatakuje ją nożem? A może będzie próbował wyprowadzić ją z równowagi? Zaczynając od końca: będzie się musiała powstrzymać od rozmowy z nim. Już tamta krótka wymiana zdań przed walką sprawiła, że Tamara straciła całą pewność siebie. Charles doskonale znał się na manipulacji, więc dziewczyna założyła, że będzie starał się sprowokować ją do ataku bezpośredniego, czy chociażby wejścia w zasięg jego umiejętności, jeśli był to mały obszar. Natomiast atak nożem w tym momencie był mało prawdopodobny. Charles pewnie wolałby czekać, aż Tamara straci cierpliwość i sama do niego podejdzie, niż rzucać swoją jedyną bronią, lub biegać po Arenie w celu zabicia dziewczyny. Najlepszą opcją dla niego było w tej chwili aktywowanie mocy Tamary, by zadać jej obrażenia, a samemu bronić się przed kulami ognia za pomocą noża, czy uników.
Dziewczyna ostrożnie przyczołgała się do krawędzi, przylegając płasko do podłoża. Widziała Charlesa przy samym wejściu na Arenę. Rzeczywiście teren wyglądał na naturalny. Wbrew pozorom, nie była to płaska powierzchnia. W środku znajdowało się kilka poziomów zagłębienia prowadzących do wieży. Tamara nie pamiętała tego miejsca, jednak chłopak musiał zdawać sobie sprawę z jego istnienia. Nie mniej, przestrzeń idealnie nadawała się na walkę – dużo płaskiej powierzchni, ale także zmienny teren.
W tym momencie znajdowała się za daleko na atak, ale aż kusiło ją, by podejść chłopaka od tyłu. Zdecydowała jednak, że zostanie na bezpiecznym płaskowyżu. Zaczęła ostrożnie zbliżać się do wylotu Areny, przygotowując się do ataku. Była w stanie wysłać kulę ognia i – nim dotrze do celu – podpalić ziemię pod Charlesem. Nie była jednak pewna, czy zdoła to zsynchronizować. Tymczasem ułożyła się wygodnie, licząc na to, że przeciwnik jej nie zauważy i wzięła kilka głębokich wdechów. Nigdy tak bardzo nie denerwowała się przed rozpoczęciem walki. Musiała trafić, bo kolejnej okazji na zadanie Charlesowi obrażeń może już nie być. Miała nadzieję, że to, co za chwilę zrobi, odbierze mu chociaż połowę punktów życia.
~ Marne szanse ~ pomyślała.
Zaatakowała. Po szybkim oddechu, kazała płomieniom wystrzelić pod nogami Charlesa. Nie spodziewała się, że uderzą w jednym momencie, co niesłychanie wystraszyło chłopaka. Szybko jednak odskoczył, odwracając się w stronę przeciwniczki. Uśmiechał się. Tymczasem Tamara szepnęła coś nerwowo przez zaciśnięte zęby. 30 punktów życia. Czego więcej mogła oczekiwać? Oderwała się od ziemi. W samą porę by uniknąć płomieni tuż pod jej stopami. Stanęła w bezruchu pomiędzy nimi i naglę ją olśniło.
Doskonale wiedziała, jaki zasięg ma jej moc. Jak ustawiają się płomienie. Na jakiej wysokości i jak szybko leci kula ognia. Szybki oddech różnicy między jednym czarem a drugim, wycelowanymi w ten sam punkt. Jest w pełni bezpieczna; to jest – o ile Charles nie zaatakuje jej nożem. Odwzajemniła uśmiech, pewnie patrząc w oczy przeciwnika. Rzuciła kolejną kulę, tym razem czekając z płomieniami, aż chłopak zrobi unik. Nie zrobił. Szybkim ruchem ręki wyciągnął nóż i przeciął atak.
~ A atak z ziemi też przetniesz? ~ zapytała w myślach, rozkazując płomieniom zakwitnąć.
Charles bez problemu ich uniknął. Musiał już wcześniej przyjrzeć się, jak się układają – chociażby oglądając eliminacje, czy pokazy gildii. Jakby rozumiejąc, o czym myśli Tamara, wyciął w ziemi dziurę. Płomienie zniknęły wraz z resztą.
~ Trzeba spróbować inaczej.
Charles jednak nie dał jej czasu do namysłu. Kolejny raz aktywował jej moc, biegnąc przy tym w jej stronę. Tamara odskoczyła i także zerwała się do biegu. Liczyła na to, że zejdzie na ziemię kilkanaście metrów dalej. Niespodziewanie grunt osunął jej się pod nogami. Część wirtualnych skał zniknęła, część spadła wraz z nią. Nie spodziewała się, że tak to działa. Podniosła się w ostatniej chwili. Nóż wbił się w skały tuż obok niej, lekko ją zahaczając. Kilkanaście punktów życia. Zacisnęła zęby i znowu zaczęła biec. Zdawała sobie sprawę, że Charles potrzebuje tylko kilku sekund na podniesienie noża, ale właśnie ta chwila mogła ją uratować. Słysząc szczęk żelaza, niewiele myśląc skoczyła na niższą platformę.
Charles miał nad nią piorunującą przewagę. Nie mogła z nim walczyć mieczem, mocą, a rzut nożem tak czy siak był łatwy do uniknięcia w wirtualnym świecie. Nie miała się co oszukiwać – musiała przegrać. Nie zmieniało to jednak faktu, że chciała choć trochę przedłużyć walkę. W końcu zawsze może spróbować następnym razem.
– Myślałem, że się od razu poddasz, dzieciaku – rzucił Charles, nagle znajdując się tuż przed nią.
– Czyżbyś się mnie bał? – wymusiła żart dziewczyna, jednocześnie wypuszczając w stronę przeciwnika kulę ognia.
Z łatwością ją przeciął, jednak dało to dziewczynie kilka sekund na zmianę kierunku, w którym biegła. Teraz była do niego odwrócona, ale wciąż starała się zwracać uwagę na to, co robi.
Wirtualne noże miały to do siebie, że było je wyraźnie słychać. Tamara nigdy nie interesowała się, dlaczego, ale w pewnym stopniu ułatwiało to uniki. Poza tym przeciwnik chyba nie zamierzał atakować dystansowo. Tamara dopiero po fakcie zorientowała się, że stoi i czeka, aż znajdzie się nad nim. Szybkim ruchem przeciął ścianę, po której właśnie biegła. Zaczęła spadać na niższą platformę i przed kończącym walkę ciosem uratowało ją tylko szybkie wyjęcie miecza. Rozpadł się oczywiście pod naporem broni przeciwnika, ale dał jej możliwość uniknięcia ran. Choć sama utrata broni była bolesna.
Niewiele myśląc, Tamara odskoczyła najdalej, jak tylko mogła, wypuszczając kulę ognia. Krzyknęła nagle, czując, że spadają jej punkty życia. Całkiem zapomniała, że Charles może aktywować jej moc. Szybko jednak wyskoczyła z płomieni i pognała z powrotem na górę, tym razem jednak bacznie obserwując chłopaka i ciskając w niego raz po raz, coraz słabszymi, kulami ognia. Oczywiście, on z łatwością je przecinał, niektórych unikał, ale widać było, że coraz bardziej go denerwują. Gdy Tamara była tuż pod nim, skoczył na nią, lecz w ostatniej chwili dziewczynie udało się uniknąć jego noża. Przeturlała się kilka metrów i znowu płynnie przeszła do biegu. Znowu była wyżej od niego, lecz tym razem nie chciała dawać mu szansy na zniszczenie ściany. Wyciągnęła jeden ze swoich noży, by znów użyć go do wspinaczki. Musiała liczyć na to, że przeciwnik nie będzie w stanie wykorzystać swojego do tego samego celu. Dzięki temu Tamara mogła zdobyć nad nim znaczną przewagę.
Tak naprawdę podczas ucieczki dziewczynę najbardziej zajmowała myśl “dlaczego on nie atakuje?” Rozumiała, że chłopak musiał też wydostać się z zagłębienia, ale potem, gdy biegł za nią do labiryntu, miał naprawdę świetną okazję na atak. Dlaczego tego nie robił? Chciał ją wpędzić w kolejną pułapkę?
Tamara musiała skorzystać z tego, że droga była kręta. Zostawiała strzelające z ziemi ognie, by spowolnić wroga i w końcu postanowiła wspiąć się z powrotem na płaskowyż. Mimo wszystko, szczerze nie spodziewała się, że Charles wpadł na ten sam pomysł i, że prawie od razu skoczy na nią. Kopnęła go, robiąc dziwaczny unik. Trudno powiedzieć, czy to on odebrał jej kolejne punkty życia, czy może przeciwnik ciął ją nożem. Znalazła się jednak kilka metrów od niego i wyglądało na to, że wciąż żyje. Wciąż miała obie ręce, nogi i, co najważniejsze, głowę. Do pasa wciąż miała przypięte dwa noże, a trzeci trzymała w ręce.
– Nie ma sensu uciekać, Tam – rzucił Charles. – Nic ci to nie da. Walka też jest bezcelowa, ale przynajmniej nie uznają cię za tchórza.
– Co za różnica? – rzuciła dziewczyna, zaczynając krążyć wokół przeciwnika, choć trudno było jej się powstrzymać przed reakcją na przekręcenie jej imienia.
– Rozumiem. Dołączyłaś do turnieju, nie myśląc w ogóle. Nie masz pojęcia, jak ze mną walczyć, nie masz pojęcia jak uciekać. Dlaczego po prostu się nie wycofałaś? Jesteś żałosna. Tamera? Co to w ogóle za imię!?
W tym momencie dziewczyna nie była w stanie się powstrzymać. Wypuściła w jego stronę kulę ognia, a zaraz potem kazała płomieniom strzelić z ziemi. Z łatwością uniknął obu ataków. Był w świetnym humorze. Widział, że Tamara słabnie. Chciał ją zupełnie wykończyć. Dziewczyna jednak nie zważała na to. Przez kilka minut ciskała kulami ognia jak opętana. W końcu jednak, zmęczona, przestała i odskoczyła na kilka metrów. Towarzyszył temu śmiech Charlesa.
– Daj sobie spokój – polecił, rozbawiony. – Myślałaś, że nauka w jakiejś podrzędnej gildii ci coś da?
Tamara nie odpowiedziała. Gildia była dobra. To ona się nie przykładała. Wróciła do krążenia wokół przeciwnika, oddychając ciężko i zastanawiając się, co może zrobić. Rzucanie kulami ognia na dłuższą metę zupełnie ją wypali. Z drugiej strony… Mogłaby być to dobra przykrywka do innego ataku. Czy Charles byłby w stanie uniknąć kilku kul, jedna po drugiej, a potem jeszcze noża? Większość cyfrowych ataków wydawało jakieś dźwięki. Może dałoby się ukryć rzut nożem, jeśli przeciwnik byłby skupiony na atakach ognistych. Tamara nie była pewna, czy jest w stanie wyrzucać je tak szybko, ale musiała spróbować. To była w tej chwili jej ostatnia szansa.
Tymczasem Charles spróbował zaatakować. Kazał płomieniom strzelić pod nogami dziewczyny, a następnie skoczył w jej stronę z nożem. Z łatwością uniknęła ognia, lecz znowu atak nożem sprawił jej problem i zabrał kilka punktów. Nie była pewna, ile już jej zostało, może dosłownie kilka, więc musiała szybko działać. Rzuciła kulą ognia, odskakując jak najdalej mogła. Potem kolejną i kolejną, aż znalazła się prawie na granicy działania mocy. Dała sobie kilka metrów, w razie, gdyby przeciwnik zorientował się, że odsunęła się jak tylko może. Mimo, że kule były coraz mniejsze, nie przestawała atakować.
Charles niezbyt przejął się atakami Tamary. Tnąc kule, przesuwał się wciąż w stronę dziewczyny z szerokim uśmiechem. Musiała naprawdę się pośpieszyć. Pierwszy nóż – ten, który trzymała cały czas w ręce – rzuciła po sześciu kulach, w na tyle dużym odstępie, by Charles widział, co robi i uznał, że jest po prostu wolna. Po tym odskoczyła, nie czekając na efekt. Nie zdziwiła się, gdy chłopak po prostu uniknął ataku. Zatrzymał się jednak na chwilę, co dało Tamarze nadzieję, że da radę go zaskoczyć. Co prawda widział, że ma jeszcze dwa noże, ale widząc, z jaką prędkością był wyprowadzony atak, mógł uznać, że będzie wiedział, kiedy dziewczyna postanowi zaatakować. Jeśli tak, dziewczyna miała przewagę. Spędziła kilka tygodni na samych treningach szybkiego wyciągania i celnego rzutu nożem. Owszem, nie łączyła tego nigdy ze swoimi ummiejętnościami, ale nic nie zabraniało jej połączyć obu ataków. Nie było żadnych zasad odnośnie użycia mocy.
Tamara znowu zaczęła krążyć, tym czasem Charles zaczął raz po raz aktywować moc dziewczyny, czego jednak z łatwością unikała. Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać, że jest to nieskuteczne. Zaczął biec w jej stronę, jednak zatrzymała go kolejną serią ognistych kul. Odskoczyła, wzięła oddech i znowu zaatakowała. Starała się urozmaicić walkę płomieniami z ziemi, ale Charles albo ich unikał, albo wycinał zupełnie podłoże. Praktycznie się nie zatrzymywał.
Tamara przygryzła wargę i niespodziewanie zerwała się do biegu, co chyba trochę zaskoczyło przeciwnika. Wciąż rzucała w niego kule ognia, obiegając go dookoła i wzniecając płomienie w różnych miejscach. Przez większość czasu z łatwością unikał kul, ale dziewczynie wydawało się, że przynajmniej dwa razy w niego trafiła. Nie dało to raczej wiele, ale zaczęła mieć nadzieję, że może wygrać. W końcu, gdy widziała, że przeciwnik jest mocno zdenerwowany i zamierza zaatakować, zatrzymała się, odskoczyła do tyłu i przeszła do końcowej części planu.
Seria ognistych kul poleciała w stronę Charlesa. Dziewczyna jedynie upewniała się, że jest wciąż daleko i, że nie zrobił uniku i atakowała prawie na ślepo. Musiała bardzo szybko wyjąć noże i rzucić, najlepiej w dwa różne miejsca, by chłopak nie był w stanie obu przeciąć. Nie była pewna, czy się uda, jednak nie było już możliwości odwrotu. Po kolejnej dłuższej serii kul ognia, Tamara w końcu wyjęła noże i rzuciła jeden po drugim, zaraz po tym aktywując płomienie pod Charlesem. Wypuściła jeszcze jeden ognisty atak, licząc że jest szybszy od noży i ukryje je. Jednocześnie odskoczyła, wstrzymując wirtualny oddech i zamykając oczy. Jeśli się nie udało, to był jej koniec.
***
Tamara tak naprawdę nie wiedziała, jak wyglądały ostatnie chwile Charlesa. Trafiły w niego noże, czy może kule ognia odbierały mu powoli punkty życia, aż spadły do zera? Była wciąż zupełnie oszołomiona, gdy weszła do wirtualnego baru. Przywitały ją lodowate spojrzenia starszych graczy. Chciała usiąść gdzieś na uboczu, gdy tylko zamówi jakąś przekąskę, ale szybko obskoczyły ją znajome z gildii.
– To było świetne, Tamara – mówiły. – To jak go załatwiłaś na końcu. Musisz nas tego nauczyć – powtarzały.
Jedynie jedna ze starszych koleżanek podeszła do niej bez takiego entuzjazmu. Poklepała ją po ramieniu i z uśmiechem powiedziała:
– Z takim planem daleko nie zajdziesz. Gdzie ty byłaś, jak uczyli strategii? – zaśmiała się.
– Chyba uczyła się rzucania nożami – odparł ktoś za plecami Tamary. Odwróciła się.
Nie znała tej kobiety, ale była ubrana w strój Tizii. Dziewczyna przez moment walczyła z chęcią cofnięcia się.
– Ale brakuje ci pewności siebie – dodała, także poklepując Tamarę po ramieniu. – Lepiej się przygotuj, jeśli chcesz wygrać z Melanią.
– Hę? – zdziwiła się Tamara. No tak, miała poprzednie walki do nadrobienia. Nie może sobie pozwolić, by następnym razem wystąpić nieprzygotowana. Pokiwała więc głową.
Kobieta uśmiechnęła się i podeszła do baru.
– Gorącą czekoladę proszę! – zawołała.
Tamara przez chwilę patrzyła się na nią, zastanawiając się, kim może być. Nigdy wcześniej nie spotkała jej w gildii. A może to…?
[RUNDA 4-1] Charles Soule vs Tamara Benedette
>>180 sekund do rozpoczęcia<<
– Cześć.
– Cześć – odparła nieufnie Tamara przyglądając się uważnie swojemu przyszłemu przeciwnikowi.
Charles Soule zjawił się w hali wyjścia praktycznie w ostatniej chwili. Nie sprawiał jednak wrażenia roztargnionego czy zdenerwowanego spóźnieniem, wręcz przeciwnie. Podszedł spokojnie do jednego z wielu dostępnych terminali i bez pośpiechu się zalogował, by założyć swój strój bojowy. Awatar mężczyzny przeładował się w kilka sekund i po chwili Charles był gotowy do walki – ciemny jeans i czarną koszulę zastąpiły wirtualny kombinezon ze spiralnym motywem i niewielkie osłaniające oczy gogle.
– Powodzenia – rzucił jeszcze, ale na to Tamara zdecydowała się już nie odpowiadać, tylko skupiła się na sprawdzeniu jeszcze raz swoich broni. Dziewczyna spotykała się już z takim zachowaniem przed walką. Mogła to być zwyczajna uprzejmość, ale bardziej prawdopodobne, że jej przeciwnik próbował zdobyć choć trochę sympatii wojowniczki, by ta podczas starcia zawahała się w krytycznym momencie. Nawet jeśli nie taki plan przyświecał Souler17;owi, Tamara i tak nie zamierzała ryzykować wpadnięcia w tą prostą pułapkę zastawioną przez jej psychikę.
>>60 sekund do rozpoczęcia<<
Charles tymczasem sięgnął po stojącą na biegnącym obok blacie butelkę jakiegoś orzeźwiającego napoju i przystawił do ust, kątem oka zerkając na profesjonalnie przygotowującą się do walki dziewczynę. Po kilku sekundach butelka była pusta, Charles dalej zerkał na przyszłą przeciwniczkę, a ta dalej sprawdzała broń i przypominała sobie szermiercze pozy. Mężczyzna powoli odstawił naczynię i zaczął się metodycznie rozciągać, jednocześnie dobywając noża.
Nagle rozległ się przeciągły pisk, a z ziemi zaczęły się unosić czarne kwadraty, które szybko odgrodziły walczących i zamknęły ich w dwóch osobnych klatkach. Zapadła ciemność, zakłócana tylko migoczącym w oddali purpurowym blaskiem.
Charles spojrzał tępym wzrokiem na trzymane w ręku ciemne ostrze i prychnął, rozbawiony własnym zachowaniem. Ostrze wychodziło z pochwy tak gładko jak zawsze, mężczyzna rozgrzał się też w drodze do hali wyjścia.
– Martwienie się o to, żeby nie wyjść na dyletanta przed szesnastką. Prawdziwa profeska – rzucił w ciemną pustkę, parskając przy tym śmiechem.
>>30 sekund do rozpoczęcia<<
>>Witaj, Charlesie. Twoim wrogiem będzie Tamara Benedette. Walczyć będziecie w sektorze pustynnym, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia!<<
– No dobra!
Migające światło zaczęło pochłaniać ciemność dokoła i po chwili wszystko utonęło w bieli, a oboje walczący zostali przeniesieni na arenę. Jednak wcześniej Charles zdążył przypaść do ziemi w pozycji startującego sprintera.
Tamara Benedette była groźną wojowniczką. Nie wybitnie uzdolnioną, ale zestaw umiejętności nabytych w gildii Tizia w połączeniu z kilkuletnim doświadczeniem w walkach w wirtualnym świecie czynił z niej niełatwego przeciwnika. Dziewczyna walczyła nie tylko mieczem, ale całym ciałem, a jej wszechstronna moc pozwalała zniwelować prawie każdą przewagę, jaką mógłby mieć jej oponent. Używała jej inteligentnie w starannie wybranych momentach, ostrożnie i z wyczuciem. Była kompetentną wojowniczką, niemal niepokonaną.
Tylko jak ostrożnie i z wyczuciem można postępować, gdy twój przeciwnik może użyć twojej mocy pierwszy?
W Lyoko nigdy nie było wiadomo, gdzie jest słońce, ani nawet czy w ogóle istnieje jakiekolwiek faktyczne źródło światła. Na niebie nie było niczego, padające cienie nie oferowały żadnej wskazówki co do swojego pochodzenia, wszystko po prostu było oświetlone i widoczne. A jednak, na Pustyni zawsze odnosiło się wrażenie, że gdziekolwiek to tajemnicze słońce by nie było, prażyło niemiłosiernie, a chodzenie po martwych cyfrowych platformach przywoływało wspomnienie rozgrzanych asfaltowych dróg w upalne dni.
Właśnie w sektorze pustynnym pojawiła się dwójka wojowników. Ich awatary zaczęły materializować się kilka metrów nad ziemią, oba od razu w pozach przygotowanych do lądowania. Po kilku długich sekundach profile graczy w końcu całkowicie załadowały się do sektora i awatary zaczęły opadać. Jeszcze jedna sekunda, i oba jednocześnie dotknęły ziemi, a wtedy:
– Inferno!
– Inferno!
Później, na nagraniu, Charles dostrzeże, że spóźnił się jedynie o 13 milisekund. Zbyt mało, by ludzki mózg zdołał rozpoznać opóźnienie, ale aż nadto, by zdołał je rozpoznać komputer.
Tamara swoje walki na Pustyni często zaczynała od potężnego ataku otwierającego. Ziemia pod nogami jej przeciwnika eksplodowała z falą uderzeniową ciągnącą za sobą burzę ognia, jak granat wrzucony do beczki z benzyną. Zależnie od ilość energii, jaką użyła, rInfernor1; mogło odebrać nawet połowę punktów życia. Wojowniczka z reguły jednak zostawiała sobie nieco mocy w zapasie, by wykorzystać ją później w bardziej precyzyjny, niespodziewany sposób. Ta strategia oczywiście nie była najrozsądniejsza przeciwko wrogowi, który mógł zrobić użytek z tej pozostawionej mocy.
Do podobnych wniosków doszedł także Charles. Starcie mogło się więc rozpocząć jedynie na dwa sposoby – albo Soule zdoła użyć ataku Tamary przeciwko jej samej, albo…
Charles wyskoczył do biegu, dzięki czemu kula ognia, która uformowała mu się pod nogami, zamiast pochłonąć go całego nadała mu dodatkowego pędu. Dzięki temu przyspieszeniu chłopak pokonał dzielący go od przeciwniczki dystans 25 metrów w 3 sekundy.
Tamara zamrugała ze zdziwienia widząc pędzącego na nią z niespodziewaną prędkością przeciwnika, ale wciąż zdążyła ze spokojem dobyć broni i stanąć w pozycji obronnej. Rozpędzony Soule wyszarpnął nóż z pochwy i zamaszyście ciął od lewej starając się trafić w ostrze dziewczyny. Benedette odskoczyła na bok, a Charles gwałtownie wyhamował i błyskawicznie obrócił się do rywalki. Ta już cięła czubkiem klingi z góry. Ostrze noża ruszyło na spotkanie wrogiego miecza…
I minęło je o centymetry. Wojowniczka spięła się i szarpnęła całym ciałem do tyłu, błyskawicznie wycofując własną broń. Charles dążył do rozbrojenia – widziała to już w jego poprzednich walkach. W momencie, w którym czarny nóż zdoła dotknąć jej miecza, straci kolejną przewagę nad przeciwnikiem, dłuższe ostrze. Choć po pewnym czasie odzyska broń, to zdecydowanie zbyt późno. Parowanie nie wchodziło zatem w grę.
Walczący nie spuszczali z siebie wzroku, a w następnej chwili Tamara znów ruszyła do ataku.
Zrobiła wypad z mieczem w prawej dłoni, a gdy Soule postanowił zbić atak z góry, raz jeszcze odskoczyła, tym razem w półobrocie, ciągnąc ostrze w lewo po ziemi. Nagle przerzuciła rękojeść do lewej ręki, a prawą wyrzuciła do przodu.
Ognisty język jak wąż wystrzelił w ataku niemożliwym do uniknięcia. Soule bez mrugnięcia ciął do prawej, jakby wypatroszenie płomienia mogło w czymkolwiek pomóc.
A jednak, nóż przebił ognistą smugę, a krawędzie czarnej klingi w niewyjaśniony sposób zdawały się pochłaniać cały żar i blask, jakby przecinały samo ciepło płomienia Benedetty.
Tamara była tym nieco zaskoczona, ale wcale nie łudziła się, że ten atak będzie decydującym. W końcu ładował się raptem kilka sekund, mógł odebrać co najwyżej 7-8 punktów. Wojowniczka liczyła tylko, że jej przeciwnik instynktownie spróbuje się przed nim zasłonić, i nie zawiodła się.
Charles stał na ugiętych nogach, z nożem w prawej dłoni wyrzuconej do tyłu. Tamara w podskoku, skręcona w pół z mieczem w lewej ręce.
Dziewczyna zaparła się nogą i nie wytracając prędkości dokończyła obrót. Teraz jej ostrze pruło na Charlesa od lewej. Zbyt szybko, by uniknąć. Zbyt daleko, by sparować.
Klinga gładko przecięła cienki kombinezon Soule’a i zaczęła się zagłębiać w miękkie cyfrowe ciało, koniec końców równie kruche, co te materialne.
A potem zamigotała. I zniknęła.
Miecz Benedetty zdołał wbić się w ramię Charlesa na pół centymetra. Potem wirujące czarne ostrze posłane w powietrze jednym wyćwiczonym ruchem nadgarstka przecięło się przez klingę jak przez masło, rozbijając ją w cyfrowy proch.
Nóż Charlesa w normalnych warunkach nie nadawałby się do rzucania, był za długi i za ciężki. Jednak w świecie wirtualnym parametry niezwykłej broni zostały zmienione – opór cyfrowego powietrza, środek masy i bezwładność dostosowane tak, by ułatwić rzucanie i podkręcanie. Tamara to wszystko wiedziała, była także świadoma doskonałego refleksu swojego przeciwnika. Wciąż jednak była na tyle zaskoczona, że podążyła wzrokiem za wirującym ostrzem.
Ten krótki moment nieuwagi wystarczył, by Soule zdołał zrobić krok i wystrzelić pięścią do przodu, prosto w twarz dziewczyny. Jednak choć Tamara nie była w stanie pochwalić się takim czasem reakcji jak atakujący ją mężczyzna, nadal była sprawną wojowniczką. W ostatniej chwili schyliła się i weszła pod przeciwnika. Jeszcze czując ocierające się o policzek kostki podbiła go do góry łokciem i wykorzystując jego prędkość i siłę własnych mięśni karku przerzuciła go nad sobą. Obrócony niespodziewanie w powietrzu Soule upadł ciężko na plecy za Tamarą. Dziewczyna nie planowała dać mu chwili oddechu i sama po efektownym salcie w tył wylądowała okrakiem na mężczyźnie, dobyła noża, chwyciła go w obie dłonie i wycelowała w pierś rywala.
Charles uniósł jedną brew w wyrazie zdziwienia, choć później oglądając nagranie stwierdzi, że mina sprawiała wrażenie raczej kpiącej. Tamara Benedette była wysportowanym szermierzem, ale jednak kobietą, nie, dziewczyną, tylko szesnastoletnią. On za to dorosłym mężczyzną. Nie żadnym kulturystą, ale wciąż wojownikiem, którego mięśnie zostały wzmocnione godzinami treningów. Kiedy więc Tamara spróbowała wbić w niego niewielkie ostrze noża do rzucania, zwyczajnie chwycił za przeguby dłoni dziewczyny i zablokował cios. Nic nie zmieniła próba włożenia w pchnięcie siły całego ciężaru ciała. Ostrze zawisło nieruchomo kilkanaście centymetrów nad piersią Soule’a.
Minęły dwa długie oddechy, a oboje walczący zdali sobie sprawę, że w tej sytuacji mężczyzna zdobywa przewagę. Do Soule’a dotarło to ułamek sekundy za późno. Tamara szarpnęła całym ciałem i zeskoczyła z przeciwnika, wyrywając mu się niespodziewanym ruchem.
Charles jednym przewrotem przez plecy stanął na nogi i – chwycił nóż, pędzący prostym torem ku jego głowie. Tamara aż zacisnęła usta w podziwie dla refleksu przeciwnika i dobyła kolejnego ostrza. Soule tylko odpowiedział uśmiechem i ustawił się w pozycji do pojedynku na noże, podobnie jak jego przeciwniczka.
Jednak jego wesoła mina była tylko maską. Od rozpoczęcia walki minęło 20 sekund, może trochę więcej. Jeszcze z 10 i będzie tyle, ile potrzeba na załadowanie ognistej mocy, żeby się udało. Z drugiej strony, przecież Benedette użyła płomienia jeszcze raz, w ramach dywersji. Tylko ile mocy mógł pochłonąć ten atak? Chyba niewiele, ale czy wystarczająco? No i noże. Dziewczyna jest obeznana z tym typem walki, on nie zdoła zakończyć tego starcia w konwencjonalny sposób w 15 sekund, ani nawet w 20. A mniej więcej po tym czasie Benedette odzyska swoją główną broń. Czarny nóż leży dwa metry na lewo. Za daleko.
Ech…
No dobra, spróbujmy.
Charles ruszył do przodu. Tamara się cofnęła, utrzymując dystans. Kolejny krok, w lewo, w stronę czarnego ostrza, wbitego w ziemię po samą rękojeść. Benedette nie porusza się. Jeszcze jeden krok. Teraz ostrożnie rusza do przodu, nie planując pozwolić przeciwnikowi odzyskać swoją potężną broń.
Kolejny krok bliżej oznacza zwarcie. Soule markuje ruch w stronę czarnego ostrza.
Tamara nie dała się zmylić, ale i tak ruszyła do przodu. Do ataku.
Płynnym ruchem zaczęła szlachtowanie od góry, by przejść do cięcia od boku. Soule zrobił lewą częścią ciała wypad do przodu, ostrze trzymając w odwodzie blisko przy torsie, a ręką chronioną pochwą na broń – jedynym elementem pancerza w jego stroju – sięgnął by zablokować wrogi atak. Tamara dała zbić sobie dłoń i szybkim ruchem bez wahania cofnęła rękę z nożem… i rzuciła nim w przeciwnika. Charles bez trudu uniknął jeszcze bardziej odchylając się do lewej. Jednocześnie Benedette dalej nadając walce zabójcze tempo lewą ręką dobyła ostatniego pozostałego jej noża i dźgnęła nim w odsłonięty bok. Soule szybkim pchnięciem zablokował cios, po czym w iście cyrkowym manewrze wypuścił nóż, chwycił go lewą ręką, a prawą wolną już dłonią złapał przegub uzbrojonej kończyny Tamary. Wciąż w wypadzie w przód ciął płasko na zewnątrz po boku dziewczyny. Ta wygięła się tył w skutecznym uniku.
Nóż miał w lewej dłoni, nieblokowany. Nie była to co prawda jego broń, a on był praworęczny, ale z takiej odległości to nie powinien być żaden problem. Dziewczyna była pół metra od niego, nie blokowała go, za to on trzymał jej przedramię. No i minęło już kolejne 10 sekund. Powinno być dobrze.
– Inferno!
Strumień ognia poderwał się z ziemi i pochłonął Soule’a. Atak był szalenie precyzyjny – skupiał wszystkie obrażenia ogniowe w centrum, na mężczyźnie, dzięki temu wzmagając efekt kinetyczny i szokowy. Kiedy więc Charles wypchnął dziewczynę poza epicentrum wybuchu, fala uderzeniowa, która wojownikowi tylko zmierzwiła czuprynę, Tamarą rzuciła do tyłu jak szmacianą laleczką.
Benedette wykazała się doskonałą koordynacją lądują dwa metry dalej na ugiętych nogach.
>>Charles Soule. Obrażenia efektu poparzenia – krytyczne!<<
>>5 sekund do dewirtualizacji!<<
Po awatarze Charlesa tańczyły maleńkie płomyki, jeden z dodatkowych efektów pustynnych mocy jego przeciwniczki. Atak ogniowy poza bezpośrednimi obrażeniami potrafił pozostawić po sobie efekt poparzenia, wypalający przez krótki czas dodatkowe kilka punktów życia. Tym razem dokładnie tyle, ile Soule’owi zostało. Nie przeszkadzało mu to jednak stać zrelaksowanym i uśmiechniętym.
Tamara Benedette wpatrywała się z niedowierzaniem na wbity po samą rękojeść w jej klatkę piersiową nóż, który jeszcze przed chwilą znajdował się w dłoni jej przeciwnika. Brzegi rany lśniły blaskiem, który powoli zaczął pochłaniać teksturę na awatarze, po chwili pozostawiając sam wirtualny szkielet.
>>3…<<
>>2…<<
>>1…<<
Gdy płomienie zaczęły zrywać teksturę z awatara Soule’a, po obecności Tamary Benedette w sektorze pustynnym Lyoko nie pozostał już żaden ślad. Ostatnimi słowami, jakie słyszała, był prosty komunikat. “Zwycięzca: Charles Soule”
Są takie momenty – niezwykle rzadkie, warto dodać – gdy “Pod zdechłym kotem” zapada cisza. To był jeden z tych momentów, całe sześć sekund milczenia. A w siódmej sekundzie…
– Co to, kurna, było!?
Do brodatego biesiadnika, który krzycząc to aż zerwał się z krzesła, podszedł drugi, niższy i dużo młodszy i poufale objął go ramieniem.
– Widzisz – zaczął, wskazując kuflem na ekran pokazujący walkę z trybu trzecioosobowego – ten ostatni wybuch, to był Soule’a, nie laski. Skupił cały atak na sobie po to, żeby odrzut – przy tych słowach trzepnął rozmówcę w pierś otwartą dłonią tak mocno, że ten aż z powrotem usiadł r11; trafił w Benedette. Wtedy rzucił nożem, prosto między… – tu ułożył dłonie w niepozostawiający wątpliwości gest.
– Kamikaze! – krzyknął ktoś z tyłu.
– Tak, załatwił siebie, ale wcześniej dorwał ją! – przytaknął młody i usiadł na stole, a dopijając powoli piwo kontynuował, bardziej jakby do siebie niż kogo innego:
– Co mnie zastanawia, to dystans. Od początku dążył do skrócenia dystansu, kiedy powinien robić na odwrót, inaczej każda wymuszona aktywacja, która zrani bezpośrednio dziewczynę, zrani też jego. Tymczasem on dążył do walki niemalże w zwarciu, co każe sądzić, że pewnie taki od początku był jego plan. Tizia zareagowała rozważnie, ograniczając swoje ataki ogniowe do minimum, obawiając się, że Soule mógłby odpalić je przedwcześnie, neutralizując je w efekcie lub wręcz odwracając na jej niekorzyść. Nie mogła się spodziewać czegoś takiego. Chociaż taki jest poziom na finałach, jak sądzę.
Brodacz patrzył na rozmówcę siedzącego mu na stole spod przymrużonych oczu niewiele rozumiejącym wzrokiem.
– Taaak, pewnie. Kim ty w ogóle jesteś, zieloniutki?
– Nikim ważnym – odparł z uśmiechem Rysiek. – Nikim ważnym.
[RUNDA 3-2] Melanie Dunbar vs Loyyd Sten
Starcie odbywało się w sektorze lodowym. Zmierzyć się mieli: Loyyd Sten i Melania Dunbar. Wojowniczka wbiegła na Arenę i przywitała ją fala oklasków. Wtedy wybiegł Loyyd wyjął dwa miecze i tak jak w przypadku Melani wszyscy wiwatowali. Wtedy rozbrzmiał kobiecy głos:
– Loyyd Sten VS Melania Dunbar!
Wtedy publiczność zaczęła klaskać coraz głośniej a kobiecy głos odpowiedział:
– Walka start!
I wtedy rywale rzucili się na siebie i zaczęli się na przemian atakować. Melania cisnęła w niego pnączami i bohater je przecinał. Aż w końcu mu się znudziło i przeszedł do ofensywy. Chłopak użył niewidzialności by po chwili oddać cios do tyłu.
Gdy jego atak się udał dziewczyna straciła 30 punktów życia. Loyyd zapytał z pewnością siebie:
– Poddajesz się?
Na co ona:
– Nigdy!
I zaatakowała bohatera pnączami.
Na co chłopak ze spokojem zapytał:
– Na serio chcesz mnie tym pokonać?
Rozzłoszczona dziewczyna użyła swojej specjalnej umiejętności: Królowa Cierni. Zbudowała trzy schodki i skoczyła na bohatera co poskutkowało straceniem przez niego 50 punktów. Samuraj wiedział że musi uważać. Wtedy przypomniał mu się jego stary styl walki którego używał na treningach. Chłopak szybko rzucił się na nią i atakował dziewczynę która przez atak straciła 30p. I wtedy powiedziała:
– Myślisz że uda ci się ze mną wygrać?
Na co odpowiedział żartobliwie:
– Ja nie myślę ja to wiem!
I rzucił się na dziewczynę która została tak odrzucona że prawie spadła do morza cyfrowego. Dziewczyna niestety miała farta i złapała się krawędzi sektora. Chłopak powoli do niej podszedł spytał:
– Fajnie się walczyło?
Na co odpowiedziała ze złości:
– Zwycięzca może być tylko jeden!
Po czym strzeliła w chłopaka pnączem. Bohater szubko uniknął strzału i uderzył Melanie przez co się zdewirtualizowała. Wtem rozbrzmiały trybuny bijące brawa i krzyczące: Loyyd!!! Loyyd!!! Wtedy rozbrzmiał głośnik który oznajmił:
– Zwycięzcą jest!…… Loyyd Sten!!!
Chłopak uniósł rękę do góry na znak triumfu. Po paru minutach chwały Loyyd został przeteleportowany do baru dla zwycięzców. Wszyscy mu tam gratulowali. A nasz bohater poszedł zamówić barszcz biały. A gdy zjadł chciał poznać poznać swoich przyszłych rywali. I wtedy zabrzmiał głos:
– Loyyd Sten gratuluję ci wygranej, później powiem ci z kim walczysz.
Chłopak poszedł do pokoju odpoczynku by się zrelaksować przed kolejnym starciem.
[RUNDA 3-1] Melanie Dunbar vs Loyyd Sten
SEKTOR POLARNY
W miejscu, gdzie legendy krążą o pojawieniu się chociaż jednej gwiazdy na niebie, a lodu jest więcej, niż na całym świecie, pojawia się dwójka nastolatków.
W wieży przejścia ląduje młoda dziewczyna. Zawsze była kojarzona jako “ta wysoka”. Ma posrebrzane buty na obcasie sięgające za kolano. Ich przód odsłania zielona spódnica, która z przodu zakrywa uda, a jej tył swobodnie wieje w różne strony. Czarna góra stroju zlewa się z długimi włosami. Jednak nie są one w stanie ukryć szerokiego pasa, zdobionego przeróżnymi szlachetnymi kamieniami oraz maleńkimi, okrągłymi lustrami. Głowę zdobi śnieżnobiały wianek. Jednak nie to było najważniejsze.
Najbardziej charakterystyczny ze wszystkiego był granatowy sygnet, widniejący na środkowym palcu lewej dłoni. Dziewczyna przygląda się mu uważnie. Ruszając palcem, zauważa dziwny znak. Ma on trzy okręgi, z czego ostatni posiada cztery kreski – jedną na górze, trzy na dole.
– Czy to… naprawdę? – pyta samą siebie, nie mogąc wyjść z zachwytu. Jest w Lyoko! Tutaj są skrywane sekrety o Xanie. Ma ogromną szansę poznać wszystkie szczegóły.
– Naznaczył mnie tym pierścionkiem. Pomoże mi odkryć tajemnice. Z pewnością.
Rozgląda się po okrągłym pomieszczeniu, które ciągnie się ciągle w dół. Widzi czarną dziurę. Spogląda pod swoje nogi i zauważa znak – ten sam, który ma na palcu. Odwraca się. Przednia kreska kieruje na ścianę, której cyfry zmieniają się szybciej, niż człowiek mruga oczami.
– Czy to kierunek wyjścia?
Nikt jej nie odpowiada. Dziewczyna wzrusza ramionami i biegnie prosto na ścianę.
Po chwili w tej samej wieży pojawia się druga osoba. Dwa lata młodszy chłopiec z gotowością do walki. Wyczekiwał jej od dłuższego czasu, jednak jego euforia mieszała się z obawą. Nie wiedział, na kogo może trafić. Czarne spodnie oraz buty popularnej marki Adidas są niewiele ciemniejsze od jego kręconych włosów, które były przewiązane niebieską Bandamą. Kolor był niemal identyczny, jak lodowce sektora, w którym stoczy się pojedynek. Granatowa bluza komponuje się z klimatem panującym w wieży.
– Wyjdź z wieży – odzywa się mechaniczny, kobiecy głos.
Co ma zrobić? Jak ma stąd wyjść?
Rozgląda się dookoła. Widzi mnóstwo cyferek zmieniających się z prędkością światła, które lecą w dół. Spogląda niżej – czarna nicość. To musi być zmyłka, na pewno.
– Wyjdź z wieży – dostaje ponowny komunikat. Wtem zauważa wyjście i od razu pojawia się na miejscu swojej walki. Wie tylko, że dziewczyna jest wysoka i bardzo zdolna. Może zlituje się nad nim?
Panienka kroczy po sektorze pewnym krokiem. Nie może przestać zachwycać pierścionkiem na palcu. Nigdy nie wierzyła w przypadki, to musi być dar od losu. Wykorzysta go, na pewno.
Nagle zauważa w otchłani jakąś postać. Przeciwnik. Wtem ozdoba zmienia kolor na czerwony. Czuje, jak piecze ją z każdą mijającą sekundą. Zauważa prosty komunikat: “Zabić”.
Nieznajomy zauważa ją i od razu wyciąga dwa bliźniacze miecze. Patrzą sobie w oczy jeszcze kilka sekund, po czym dziewczyna atakuje. Nie może znieść uczucia palącej się skóry na jej palcu. Nie trafia.
– Czemu atakujesz? – pyta Loyyd. – Nie wygrasz z tymi sztyletami jakąś roślinką.
– Zobaczymy, dzieciaku – odpowiada Melanie i atakuje ponownie drugą dłonią, na której ma sygnet. Zauważa, że pnącz jest dużo więcej, jak w poprzednim. Oby tego nie zauważył. Tym razem trafia w nogę.
– Cwana jesteś – komentuje chłopiec, po czym odpycha kolejne dwa ataki. Nagle rzuca jeden ze swoich mieczy. Melanie szybko odskakuje, tworząc jedną platformę, mniej więcej na wysokości przeciwnika. Leci drugi miecz – powstaje drugi schodek.
– Wysil się tro…
Nie dokańcza myśli. Dwa miecze wracają i jeden z nich podcina dziewczynie nogi. Traci schodki i upada na ziemię. Ile mogła stracić punktów? Dwadzieścia? Sama nie wie. Zabić
– Po prostu się poddaj, dzieciaku – prowokuje Dunbar chłopca, podnosząc się z ziemi. Rzuca kolejnymi atakami, zwykłym i jego iluzją, którą trafia. Loyyd śmieje się prosto w twarz.
– Z czego? Nic nie umiesz.
– Wyszczekany jesteś – odpowiada z uśmiechem.
Coś tutaj nie gra, dlaczego ona się tak śmieje? Przecież jest słaba aktualnie. Sten już sam nie wie, co ma zrobić. Rozgląda się po sektorze. Zaczynają fruwać dziwne kreatury. Jakby pojedyncze elementy dmuchawca pojawiły się na Arenie. Czy one mają znaczenie?
Wtem dostaje prosto w twarz kolcami. Upada na ziemię, a kurz z sektora powoli opada dookoła niego. Gdy wstaje, nie może nikogo zauważyć. Gdzie jego oprawczyni? Czy dała mu drugą szansę?
Sygnet uspokoił się – znów jest granatowy. Dziewczyna oddycha z ulgą. Nie zniosłaby tego po raz drugi. Nie może zrozumieć tego miejsca. Dlaczego nie ma żadnych informacji o Xanie? To musiało być gdzieś tutaj być, pamięta to z notatek swojego ojca. Zauważa płatki dmuchawca dookoła siebie. Chce dotknąć jeden, ale po maleńkim zetknięciu z dłonią szybko ją zabiera. Czuje delikatnie kopnięcie prądem.
– Co to za dziwna kreatura? Ojciec o tym nie wspominał w dzienniku…
Wtem słyszy przy prawym uchu świst miecza. Cholera, znalazł mnie.
– Ja też nie wiem. Niezłego z twojego ojca ziółko, jak tu był. Może on odpowiada za ten cały burdel, co?
– Milcz, gówniarzu – odpowiada Melanie, zaciskając zęby. Atakuje garścią pnączy, którą Loyyd perfekcyjnie tnie na pół.
– Mam rację. Do tego ma córkę wariatkę.
Dziewczyna nie odpowiada, tylko rzuca kolejnymi atakami. Sten czuje dumę – chciał ją sprowokować. Nigdy tego nie robi, ale teraz musi jakoś ją pokonać. Spogląda na ozdobę dziewczyny na lewej dłoni. Musi to zniszczyć. Bez niego nie będzie sobą. Ma taką nadzieję.
– Nihil novi1, Loyyd.
– Alea iacta est2, Melanie.
Dziewczyna atakuje jak leci swoją bronią, na przemian zmieniając tylko dłoń. Albo nie trafia, albo przeciwnik wszystko przecina. Robi pierwszy schodek – próbuje zaatakować z góry. Zaczyna strzelać obydwoma dłońmi naraz. Wytrąca jeden miecz z ręki.
Drugi schodek – Dunbar jest za jego plecami. Loyyd to przewiduje i rzuca drugi miecz, po czym pędzi po kolejny. Nagle znika.
– Co jest kur…
Wtem czuje miecz na swoich plecach i upada na ziemię. Kolejne dwadzieścia punktów, o ile nie trzydzieści. Pojawia się przeciwnik.
– Nie uczyli cię, żeby nie atakować zza pleców?
– Dura lex, sed lex.3
Nie może wstać. Upadek był na tyle mocny, że nie wie, co może zrobić. Chłopiec do niej powoli podchodzi. Próbuje się podeprzeć i przesunąć kilka metrów, ale on staje nogą na jej prawą dłoń. Patrzy jej głęboko w oczy. Widzi w nich strach i wycieńczenie. To ona zaliczyła dwa mocne spotkania z ziemią, nie on. Teraz może ją pokonać.
– Arrivederci, signorina.
Robi zamach mieczem na nią. Próbuje osłonić się lewą dłonią. Zamyka oczy. Już wie, że przegrała walkę przez własną głupotę.
Nagle następuje niewielki wybuch, który ogłusza Loyyda i odrzuca na kilka metrów. To niemożliwe.
Zaskoczona dziewczyna otwiera oczy. Dookoła siebie widzi białą tarczę, wokół której tańczą kłęby czarnego dymu.
Przeżyła. Dostała drugą szansę. Nie może jej zmarnować.
Wstaje i skacze na pierwszy schodek. Dwa ataki, obydwa chybione.
Przeskakuje za przeciwnika, koło Cyfrowego Morza. Trzy ataki, jeden obroniony, dwa o włos od trafienia.
Trzeci schodek, a szatynka znika z pola widzenia. Chłopiec nie wie, co się stało.
– Ona tam skoczyła? Wygrałem?
Brak odpowiedzi.Chyba mu się udało. Ale co ma teraz zrobić? Dlaczego nikt się nie odzywa?
Koło Stena znów pojawiają się dziwne płatki dmuchawca. Nie dotyka ich – przeczuwa, że to jest zmyłka. Zrzuca swoje miecze na ziemię i próbuje im się przyjrzeć. Białe, z dziwną otoczką, pewnie niezwykle delikatne.
Nie zauważa nawet, że wróciła jego przeciwniczka.
Melanie po cichu się do niego zbliża.
Szykuje atak – pnącza z jednej i drugiej ręki. Jeszcze tylko kilka sekund.
Pięć…
Cztery…
Trzy…
Dwa…
Jeden…
Chłopiec odwraca się, jednak jest już za późno. Dostaje falą pnączy, która popycha go na dziwne dmuchawce. Czuje szczypanie po swoim stroju, po czym leci kilka metrów do góry. Melanie doskakuje do niego i odwracając się, zadaje ostatnie dwa ataki. Koniec.
Loyyd upada na ziemię, powoli zmieniając się w Cyfrowy Proch. Melanie nie patrzy na niego, tylko z gracją wraca na lodowy grunt. Oddycha głęboko z ulgą, po czym mówi:
– Arrivederci.
Mija pół godziny od walki. Zmęczona dziewczyna idzie do karczmy napić się czegoś na odprężenie. Wie, że jest nieletnia, ale nie przeszkadza jej to. Zawsze dodawali do jej wieku co najmniej trzy cyfry więcej.
– Co podać?
– Kamikaze z lodem.
– Pokaż dowód – mówi chłodnym tonem barman. Nie tego się spodziewała, idąc do baru.
– Ona jest ze mną, ręczę, że jest dorosła. Nie widać tego? Spogląda w lewą stronę i zauważa wysokiego mężczyznę. Chociaż jeden jest od niej wyższy.
– Co dla ciebie?
– To samo. Na mój koszt – po tych słowach uśmiecha się do dziewczyny. Odwzajemnia to. Barman odchodzi robić zamówienie.
– Widziałaś tę walkę z dzisiaj? Dwójka amatorów. Fartem wygrała dziewczyna.
– Masz rację.
– Nie tego się spodziewałem się, zapisując tutaj.
– Walczyłeś już?
– Jeszcze nie. Niedługo będę z jakąś dziewczynką.
Barman przynosi dwa drinki i stawia obok dwójki rozmawiającym, mierząc wzrokiem dziewczynę. Uśmiecha się zwycięsko. Drink za darmo po walce? Podwójne zwycięstwo!
– Charles Soule.
– Melanie – odpowiada dziewczyna, podając dłoń, którą mężczyzna całuje. Jaki nonszalancki, no proszę. Kultura jednak nie zanika.
– To ty walczyłaś? – pyta Charles.
– Nie. Zbieżność imion. To jest bardzo popularne imię we Francji.
Kłamie jak leci, ale nieznajomy łyka to. Chwali samą siebie w duchu, że zafarbowała i ścięła włosy.
– Masz rację. Twoje zdrowie, droga panno.
Stukają się szklankami. Charles wypija całość jednym haustem i idzie dalej. Dunbar jeszcze przez chwilę wodzi za nim wzrokiem. Po chwili porusza brwiami z zaskoczenia. Musi poćwiczyć celność. Chłopak miał rację – strzelała jak jakiś amator. Gdyby nie dziwny wybuch z sygnetu, teraz by z pewnością opijała złość po przegranej i nie byłoby tak miło, jak przed chwilą. Od jutra treningi. Obowiązkowo.
– Ale dzisiaj pełen luz – mówi do samej siebie, po czym pije zdobytego przez przypadek drinka.
—————————————————————–
1 Nihil Novi -Nic nowegp
2 Alea iacta Est – Kości zostały rzucone
3 Dura lex, sed lex – Twarde prawo, ale prawo
[RUNDA 2-2] Tadeusz Różan vs Sequill Pradd-Dunbar
Górski sektor.
Za każdym razem, ilekroć brązowowłosy do niego trafiał, miał on nieodparte wrażenie, że jest on jednym z najspokojniejszych rejonów cyberprzestrzeni.
Jego wirtualna postać w końcu się zmaterializowała i stanęła na ziemi. Odkąd zdecydował się wziąć udział w walkach w Lyoko, zastanawiał się, przeciwko komu będzie mu dane walczyć. Bacznie zaczął rozglądać się dookoła, w celu wypatrzenia swojego przeciwnika.
Nagle powietrze cyberprzestrzeni przeszył głośny ryk. Gdyby wirtualny avatar Sequilla mógł dostać ciarek, już dawno czułby gęsią skórkę na całym ciele.
r- Czyżbym.. miał się zmierzyć z.. potworem..?r1; – spytał samego siebie w myślach i sięgnął do swojej broni na plecach.
W jego dłoniach rozświetliły się dwa elektryczne miecze. Prawda, były miłą odmianą od katan, jakie poprzednio dzierżył ze względu na ich szerokość, ale zdarzały się momenty, kiedy wolał nadal mieć swoje ostrza.
Nie chciał ich jeszcze ładować energią elektryczną. Nie wiedział, co jego przeciwnik będzie w stanie zrobić.
Nagle skoczyła na niego masywna, ogromna pantera. Chłopak w pierwszej chwili stracił czujność, dlatego pierwszy kontakt skończył się ciosem potężnej łapy, który boleśnie wcisnął chłopaka w ziemię.
– Chwila! Uczył Cię ktoś zasad fair play?! – krzyknął. – Serio, tylko tyle umiesz?
Nie doczekał się żadnej odpowiedzi. Nic w sumie dziwnego, kto by oczekiwał po zwierzęciu, że wyda z siebie jakikolwiek odgłos oprócz ryczenia, które, szczerze powiedziawszy, dało się już szybko Sequillowi we znaki.
Poderwał się po ciosie, ale wiedząc, że cios mógł mu zredukować około 20 punktów życia, wykorzystał moc elektro sprintu, by znacznie odsunąć się od swojego przeciwnika.
Ukrył się za górą, by tam spokojnie naładować broń, najpierw jednak uformował pojedynczą, elektryczną kulę, by spróbować oszołomić bestię.
– Hej, kiciu. Szukałeś mnie? To spróbuj tego. – chłopak wyszedł z kryjówki i schował do pazuchy na plecach jedno ze swoich ostrzy, by łatwiej było mu zadać cios. Umiejętnie wycelował w zbroję ochraniającą jego przeciwnika. Myślał, że odniósł porażkę, jednak wyładowanie okazało się wystarczające, by unieruchomić bestię na jakiś czas.
Postanowił wykorzystać czasowe sparaliżowanie swojego wroga.
W tym celu szybko dobył drugi miecz i zaczął ładować obydwa na raz energią wychodzącą z jego dłoni.
r- Nie dam się tak łatwo. Teraz jest mój.r1; – pomyślał, widząc, jak miecze zaczynają jaśnieć wyraźną aurą.
r- Jeszcze trochę.. teraz.r1; – miecze były już gotowe do zadania ostatecznego ciosu. Teraz chłopak musiał jedynie rozważyć, jak wślizgnąć się pod brzuch, gdyż kiedy go zaatakował, dostrzegł, że tylko ta partia bestii jest nieosłonięta zbroją.
Akurat, jak na złość, czas paraliżu elektrycznego minął. Bestia ponownie zamachnęła się na niego ostrymi jak szpilki pazurami, jednak chłopak zręcznie wykorzystał moment, by schować się między jego nogami.
To była jego szansa na ostateczne zwycięstwo. Znalazł wystarczająco dużo miejsca, by oddać cios. Z impetem wbił oba ostrza na raz w brzuch przeciwnika.
Panterą niemal natychmiast wstrząsnęła ilość energii skumulowanej w ostrzach. Wbił ostrza do końca, by mieć pewność, że przez ciało wroga przepłynie dostateczna ilość voltów, by zmieść go z nóg.
Gdyby w normalnych warunkach zrobił to samo, już dawno miałby ochlapany swój czarno-żółty kombinezon szkarłatną krwią. Tak jednak się nie stało. W Lyoko nikt nie krwawił, jedynie rozpadał się na wirtualne kawałki.
Tak też się stało z Tadeuszem. Siła natężenia doprowadziła do ostatecznej dewirtualizacji Czarnej Pantery z Xan Guldur, a sam Sequill, elektryczny samuraj, uniósł triumfalnie bronie w geście zwycięstwa.
Tym razem mu się udało. Pytanie, kto następnym razem stanie mu na drodze do ostatecznej wygranej.
[RUNDA 2-1] Tadeusz Różan vs Sequill Pradd-Dunbar
Witaj Klaro!
Wszędzie wokół panowała ciemność, tylko pośrodku, trochę przed sobą można było zaobserować świetlisty, fioletowy punkt. Z niego strugami, w nieregularnych kształtach przelewały się na wszystkie strony światła niczym lasery w klubach.
Ponownie odezwał się damski głos – Twoim wrogiem będzie Aiyana Storm. Walczyć będziecie w sektorze górskim, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia!
Punkt pośrodku zaczął rozjaśniać się coraz bardziej, aż w końcu zrobiło się absolutnie biało. W dalszej kolejności na ekranie telewizyjnym dało się zobaczyć wszystko to co własnymi oczami zaobserwowała Klara podczas swojego pojedynku z Indianką.
– Zdrowie! – krzyknęło paru ludzi z gromkim śmiechem.
W rzeczywistości, całość powyższej sytuacji to powtórka która odbywa się w jednej z internetowych stacji telewizyjnych. Jakiś czas temu rozpoczęły się światowe mistrzostwa walk w wirtualnej rzeczywistości, które teraz z ogromną ochotą są oglądane przez całe rzesze widzów. Jedni z nich znajdują się obecnie w wirtualnej karczmie obwołanej dość dziwnie: “Pod zdechłym kotem”. Nikt do końca nie wie, dlaczego została tak nazwana. Właściciel ma jakąś pasję do dziwnych imion, na chwilę obecną sam się zastanawia jaką to dać historię tej nazwy aby nadać jej większego splendoru.
Całość karczmy była pełna ludzi. Wybudowana z drewnianych bali, pięknie ozdobiona różnymi słowiańskimi wzorami. Ot, ktoś akurat miał fazę po ostatniej, sławnej grze gdzie akcja dzieje się w tych klimatach. Sama tawerna nie stała również pusta pośrodku niczego. Wszędzie wokół można było zaobserwować żywopłoty, ławki, duży park… Cały sektor poświęcony tylko na potrzeby owego przybytku.
Wewnątrz opisywanej tutaj, wirtualnej nieruchomości dało się słyszeć rozmowę dwóch przyjaciół:
– No mówię ci, po operacji odbudowywania w skanerach ani śladu! Zresztą, sam popatrz na zdjęcia!
To mówiąc, facet z słomianym kapeluszem na głowie wywołał w powietrzu wirtualny panel. Za jego pomocą przeszedł w galerię zdjęć i pokazał kilka z nich, wykonanych telefonem komórkowym w rzeczywistym świecie. Znajdowały się na nich dość powiedzieć, że zmasakrowane nogi. O chodzeniu o własnych siłach można zapomnieć. No… kilkadziesiąt lat temu.
– Achhhhh… w coś ty uderzył?
– Jakiś fan szybkich prędkości pędził pod prąd czterysta na godzinę… – To mówiąc pochwycił kufel i wypił kilka łyków miejscowego “piwa”, po czym gdy skończył, kontynuował:
– W każdym bądź razie, po wypadku zabrali mnie do miejskiego szpitala i doprowadzili do względnego porządku. Gdy już byli pewni że przeżyję, wpakowali mnie do poziomej wersji skanera i gruntowni sprawdzili. Przez jakieś 2 dni komputer budował mój model zdrowych nóg, komórka po komórce. Potem wsadzili z powrotem do skanera, zwirtualizowali i podczas materializacji poskładali należycie do kupy! Voilà!
– Postęp! – powiedział jego kompan w krótkich, czarnych włosach. – Nie ma co mówić, od czasu jak rozwinęły się komputery kwantowe cały świat pognał do przodu.
A i tutaj jest prawda. Począwszy od medycyny, wojskowości, szkoły czy codziennego życia: wszystko się drastycznie zmieniło. Dzisiaj na szkolnych zajęciach nie przeprowadza się tradycyjnych lekcji historii. Całą klasę wirtualizuje się do cyfrowej mapy, gdzie za pomocą własnych oczu można zobaczyć modele miast sprzed tysięcy lat. Wszystko rozpoczęło się jakieś dwadzieścia lat po pokonaniu XANY. Świat zaczął wkraczać w epokę maszyn kwantowych, największe możliwe firmy informatyczne poczęły sprzedawać swoje własne wersje komputerów i systemów kwantowych. Jako że ich siła zaczęła coraz bardziej dorównywać mocy superkomputera z fabryki, Jeremy Belpuois postanowił upublicznić całemu światu wszystkie jego programy oraz historię. Całkowicie za darmo. Narobiło to niezłego szumu, ale koniec końców dzięki temu świat zaliczył skok. Nie trzeba było wymyślać wielu rzeczy na nowo. Dodaj do tego jeszcze kolejne dwadzieścia lat: ziemia absolutnie odmieniona!
– Tak właściwie… – odezwał się czarnowłosy – kto zaraz powinien walczyć?
– Tadeusz Różan… – leniwie odpowiedział przechylając swój kufel.
– Ten czerwony gracz? A kto przeciwko niemu?
– Sequill Johannes Pradd-Dunbar. Młody, ale z tego co wołają ludzie to całkiem nieźle robi mieczami.
Starcie tych dwóch graczy miało nastąpić w sektorze leśnym. Całość terenu na którym mieli wylądować przypominała duży owal. Wyjście z niego gwarantowały trzy zwalone pnie. Jeden znajdujący się na północy, drugi na południowym zachodzie, trzeci na południowym wschodzie. Wszędzie wokół pełno można było zauważyć bezlistnych drzew.
Na ekranie telewizora zakończyła się powtórka. Pojawiły się imiona dwóch ludzi, którzy zaraz będą mieli za zadanie nawzajem się pozabijać.
– Oho, zaczyna się – rzekł kapeluszasty gość. Dopił szybko swoje “piwo” i usadowił wygodniej, aby lepiej obserwować ekran telewizora.
…
Ciemność, wszędzie wokół nie dało się zobaczyć nic. W tem, nagle pośrodku nicości pojawiło się fioletowe światło. Z jego kierunku dało się usłyszeć damski głos:
– Witaj Tadeuszu! Twoim wrogiem będzie Sequill Johannes Pradd-Dunbar. Walczyć będziecie w sektorze leśnym, aż do finałowej dewirtualizacji. Powodzenia!
Punkt pośrodku rozjaśniał i oblał gracza białym światłem. Chwilę potem biel poczęła znikać. Przed sobą zobaczył wirtualizującego się w powietrzu gracza.
Spadli oboje w tym samym momencie. Elektryczny Samuraj oraz Czarna Pantera, jakieś 50 metrów od siebie. Gdy wylądowali, każdy szybko rozejrzał się po otoczeniu dla zorientowania się w jakim konkretnym miejscu znajdują się na mapie. Tadeusz Różan w roli Czarnej Pantery był tutaj ociupeńkę szybszy, natychmiast po rekonesansie zerwał się z nóg i galopem pognał w kierunku Sequilla. “Czas potestować jego reakcję” pomyślał będąc w szybkim biegu.
Sequill postanowił uraczyć swojego oponenta wstrząsającym powitaniem. Wyprostował oba ramiona, w otwartych dłoniach uformowały się elektryczne kule. Jedna taka kulka potrafiła zdjąć 20 punktów obrażeń, a niekiedy i nawet zdezorientować wroga jeżeli był trochę mniej odporny na prąd. Johannes wystrzelił jedną, potem drugą kulę, ale żadna nie trafiła celu.
– Szybki jest! – pomyślał sobie Samuraj. Wróg był już coraz bliżej, pochwycił więc prawą ręką jeden ze swoich dwóch mieczy. Lewą uszykował jeszcze jedną kulę i wystrzelił ją przed siebie. Tadeusz jednak omijał bez większego problemu je wszystkie. Rwał w kierunku Johannesa co sił. Już prawie przy nim był. Sequill spodziewając się następnego ruchu szybko wykręcił unik w bok z jednoczesną próbą cięcia na szyje, ale tutaj niespodzianka: nie miał szans trafić wroga. Pantera gwałtowanie się zatrzymała, zauważalnie wykręciła stopami w prawo i wyminęła swojego oponenta, krążąc wokół niego. Tadeusz osaczał swojego przeciwnika. Co chwila niby miał zaatakować, ale za każdym razem się zatrzymywał i biegł w innym kierunku. Johannes naon stop odpowiadał właściwym unikiem z cięciem na krytyczne punkty, ale w głowie miał już jedną myśl: “To bydle chce mnie zmęczyć. Trzeba przejść do natychmiastowego ataku!”
Tadziu krążył wokół swojego nieprzyjaciela. Znowu ruszył wprost na niego. Jednak tym razem nie wykręcił. Zatrzymał się, ugiął nisko w kolanach i uderzył łapą pokazując swoje pazury. Udało mu się trafić w nogi, -15 punktów życia. Sam jedak nie miał się z czego cieszyć: w momencie w którym on markował wykręcenie się na bok, Dunbar z obu mieczy zaatakował celując w tułów. Zakładał że wróg będzie trochę wyżej, trafił niestety jedynie w jego pancerz. Nie mniej żadna to strata, gdy tylko poczuł opór w ramionach natychmiastowo dokonał wyładowania elektrycznego w swoich ostrzach. Zbroja wroga nie jest wykonana z drewna, prąd przewodzi, to też po 5 obrażeń od jednego miecza poszły. Łącznie 10.
Pantera przewróciła się i przeturlała trochę przez teren walki. Tadeusz nie spodziewał się że ten atak może go aż tak zamroczyć. Przez dwie sekundy miał zamglony wzrok, ale zdołał rozpoznać to co na niego pędziło. Natychmiastowo wstał, wykręcił w lewo i popędził przed siebie co sił. Dunbar nie pozwalał się nudzić, gdy Panterę zamroczyło ten natychmiastowo wybiegł w jego kierunku by oponenta dobić.
– Cholera, w ten sposób to ja się z nim nie pobawię – pomyślała sobie czteronożna bestia – Nie ma wyboru. Trza znaleźć dogodniejsze miejsce bo mnie wykończy kawałek po kawałku.
Z tą myślą pobiegł co sił w kierunku północnego wyjścia. Przekroczył je, za sobą usłyszał tylko “O nie, tak łatwo to nie ma!”. Samuraj pognał za nim w pościg. Zastosował tutaj umiejętność elektrycznego sprintu, która zwielokrotniała prędkość jego normalnego biegu. Wciąż jednak to było za mało, Czarne Pantery przez samą swoją budowę fizyczną są przystosowane do bardzo szybkich pościgów. Tadeusz mógł trzymać Sequilla na dystans. Nie mniej nie było dla niego spokoju. Samuraj korzystał z każdej możliwej okazji, podczas biegu co rusz z otwartych dłoni bombardował swojego wroga elektrycznymi kulami.
Nie jest to łatwa rzecz biec przed siebie z taką prędkością, i co rusz zerkać za siebie by unikać ataków dystansowych. Bestia z Xan Guldur rozglądała się na tyle ile mogła w poszukiwaniu miejsca które mogłoby przyczynić się do jego zwycięstwa. Jedno takie znalazło się trochę na przeciwko. Z ziemi, pod niskim kątem wyrastała płaska skała. Pewnie jakaś dziwna nowość od developerów mistrzostw. W każdym bądź razie, w pewnym momencie musiała się skończyć, a Johannes według plotek lubi wykonywać ataki z powietrza! Obrał więc kierunek na skałę. Przemierzył jej drobny kawałek, gdy był pewny że wróg również postawił na niej swoją stopę skoczył na lewo, spadł trzy metry w dół i dalej gnał przed siebie.
– Nabrał się? – zastanawiał się Tadeusz. Obrócił głowę, ale nie, dźwięk syczącej tuż nad jego uchem elektrycznej kuli dobitnie przekazał informacje “Nie, nie nabrał się!”. Pantera miała nadzieję że przeciwnik na niego wyskoczy ze skały. W powietrzu będąc tylko człowiekiem nie można zmieniać pozycji, łatwo taką osobę dorwać i wykończyć. Ale Sequill musiał to wiedzieć, takie ataki z pewnością wykorzystuje tylko na nieświadomych niczego przeciwników.
– Dalszy rekonesans, co jest przed nami? Bingo! – Rzekł w myślach Różan. Trochę drogi przed nim dało się zauważyć jak skała gwałtownie się kończy, pnąc się wysoko ku górze. Nieco dalej była krawędź platformy, a niżej Cyfrowe Morze. Pantera widocznie przyśpieszyła i wykręciła w prawo znikając za skałą. “Co jest?” – pomyślał Dunbar – “Chcesz wdrapać się na skałę i mnie zaskoczyć? Nie ma mowy!”. Sequill w niezmienionej prędkości biegł przed siebie, postanowił zaatakować przeciwnika za pomocą elektrycznych kul. “Jeżeli go trafię, tak go zamroczy że spokojnie go wykończę. Jeżeli nie, to wciąż będziemy się bawić w podchody aż w końcu kawałek po kawałeczku ciebię załatwię.” – Z tym planem Johannes wypadł zza skały. Uszykował sobie wcześniej elektryczne kule i już był gotów do strzału, ale tutaj zonk! Nikogo nie ma! Pusto!
– Gdzie on jest?! – Rzekł głośno Johannes. W tem wyrwało mu się nagle z ust – Za mną!
Nie starczyło czasu. Samuraj chwycił za swoje miecze, ale nie zdążył ich wyjąć, Pantera z olbrzymią prędkością okrążyła całą skałę i wpadła na przysłowiowy ogon przeciwnika. Gdy ten tylko się obrócił, Tadeusz zatrzymał się na przednich ramionach i z pół obrotu mocno kopnął swojego przeciwnika do przodu. Nie użył pazurów, to też zadał tylko 10 punktów obrażeń, ale nie to było tragedią. Sequill kopnięty przeturlał się bardzo daleko, aż na samą krawędź Cyfrowego Morza. Zdołał się jej jeszcze chwycić dłoniami, nie mniej jednak sobie swobodnie z niej zwisał. Różan lekkim truchtem podbiegł do swojej ofiary. Gdy był już blisko, zwolnił, krocząc jak najbardziej dumnie się dało. Zatrzymał się przed nim. Patrzył na niego chwilę z góry. W końcu gwałtownie chwycił za dłonie swojego wroga po czym telepatycznie rzekł:
– Niech żye Król!
I zepchnął go z urwiska.
Dunbar zaczął spadać w otchłanie Cyfrowego Morza, ale na jego szczęście to nie była jeszcze chwila przegranej. Tuż na wyciągnięcie ręki znajdowało się drzewo. Szybko więc wyjął swój miecz i silnym ruchem wbił go, tak mocno jak tylko był w stanie. Udało się. Przeżył, aczkolwiek nie zmianiało to faktu, że dalej sobie zwisał. Tadeusz patrzył z lekkim niedowierzaniem. Jako że jego zęby zastępowały ogromne szpile, sam nie umiał mówić. Mógł jednak przekazywać swoje myśli telepatycznie. Efekt tego był taki że Sequill usłyszał głos dobywający się zewsząd. Postanowił drugi raz “przemówić”:
– O ile dobrze pamiętam, Mufasa powinien być teraz martwy!
– Uh… – odpowiedział patrząc w toń znajdującego się pod nim morza – Nie mam w zwyczaju się topić. Sorki kolego, nie dziś!
…
W karczmie panuje już małe znudzenie. Wszyscy są wpatrzeni w jeden, duży, znajdujący się na ścianie ekran. Cały mecz wydaje się być jak najbardziej interesujący, były momenty kiedy krzyki dały się słyszeć na samym końcu sektora z tawerną. Nie mniej nie da się ukryć znużenia, kiedy patrzysz się w ekran w którym nic się nie dzieje od dobrych pietnastu minut…
…
W sektorze leśnym zrobiło się całkiem spokojnie. Johannes rozglądał się na boki szukając wyjścia. Tadeusz leżał wpatrując się w swoją ofiarę. Łapy sobie tylko podłożył pod brodę, aby było troszeczkę wygodniej.
– Wiesz, mógłbyś sobie już darować. – rzekł Tadeusz – Poważnie, topienie się w wodzie ma wiele cudownych zalet! Można dla przykładu, faktycznie się przekonać co istnieje po drugiej stronie.
– Neh, osobiście wolę twardo stąpać po ziemi. A przede wszystkim walczyć tak jak Ulrich Stern.
– Stern? Ten szermierz, dziesiątki lat temu?
– Ta, jest moim wzorem do naśladowania. Chce być trochę taki jak on.
– To ciekawe. Oprócz tego że słyszałem iż był waleczny i dzielny, to ktoś coś wspominał że boczył się na ludzi niemiłosiernie…
– Ta, miał tą wadę. Tak w ogóle, dużo masz jeszcze tych wstawek z filmów? – Zapytał się Sequill, spoglądając na jedno drzewo na prawo od niego.
– Oczywiście że tak! – odpowiedział z nieukrywaną satysfakcją – Obejrzałem całą masę różnych produkcji. Jak chcesz to mogę ci nawet wyrecytować Epokę lodowcową, połowę tekstu znam na pamięć.
– I tak wolę część dziesiątą, wtedy naprawdę dali czadu.
Sequill już miał pomysł. Podciągnął się troszeczkę na mieczu, oparł na tyle ile mógł plecy i stopy o drzewa. – Ale i tak myślę, że na tą chwilę najbardziej by ci się spodobał ten film o pająku!
Pantera popatrzyłą na niego z zainteresowaniem, trochę nie ogarniając o co chodzi. Samuraj podciągnął się troszeczkę na mieczu. Oparł stopami i plecami o drzewo. W jednej chwyli mocno wystrzelił z drzewa. Skoczył w kierunku innego pnia, jednocześnie stosując elektryczny sprint. Udało mu się. Jak w jednej dłoni trzymał wcześniejszy miecz, tak drugą dłonią wbił ostrze w drzewo.
– Juhuuu! Udało się!
Tadeusz patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Wykrzyknął tylko głośno “Pieprzony Spiderman!”. Dunbar wychylił się i rozejrzał jak tylko mógł. Po prawej miał kolejny pień a jeszcze na przodzie, trochę po lewej następny.
– No dobra, zaryzykujmy! – pomyślał – Szybki kurs na prawo i natychmiastowy odskok na tamte drzewo!
Jak wpadł na pomysł, tak go wykonał. Udało się bez nawet najmniejszego problemu. Dunbar miał przed sobą gęsto ułożone drzewa, począł więc kursować między tymi drzewami jak szalony stale poruszając się w miarę w jednym kierunku, wzdłóż krawędzi sektora leśnego. Miecz postanowił wbijać w pień tylko wtedy kiedy będzie mu to potrzebne. Różan nie wiele mógł z tą sytuacją zrobić. pognał w drobny galop, ale co rusz musiał się lekko cofać bo młody szermierz straszył go swoimi elektrycznymi kulami. “Uzdolniony jest chłopaczyna, nie ma co!” pomyślał sobie w głowie. Zaraz również przeklnął trochę pod nosem. Niedaleko przed nim znajdował się jakaś ogromna struktura, coś jak taka duża jaskinia z korzeni, z tym że na wysokości pełno było dziur. Niżej, idealnie po krawędzi zaczęła formować się ściana. Tadeusz stracił konktakt wzrokowy z nieprzyjacielem. Biegł wciąż truchtem starając się wyśledzić wroga słuchem, ale dźwięki poczęły stopniowo głuchnąć. “Cholera, że niby tak daleko że już go nie słychać?” – przeszło to mu przez myśl. Postanowił trochę przyśpieszyć i to był jego błąd. Przy tej prędkości nie miał prawa zauważyć, że po prawej znajdował się zakręt. Z nienacka oberwał elektryczną kulą. W rzeczywistości Johannes w pewnym momencie się zatrzymał i wyczekiwał tu swojego wroga. Tadeusza zamroczyło, zdążył tylko wstać i spróbować zablokować łapami uderzenie.
Nie udało się. Sequill wbił swoje oba miecze w barki Tadeusza. Za każde zdjął 15 punktów życia, łącznie 30. Elektryczna kula skasowała 20 punktów, Panterze zostało ledwo 40.
– No i co teraz, Panie Skaza? – z uradowaniem zapytał się Sequill.
– Uh… – próbuje odpowiedzieć Różan, trochę dysząc – Wiesz… Trzeba było celować w głowę.
– Co? – Wymamrotał szermierz. Pantera była jeszcze zdolna by chwycić oponenta swoimi łapami. Dunbar nie mógł odstąpić, był w pułapce. Bestia otworzyła szeroko swoją paszczę, prezentując całą masę znajdujących się w nim, ogromnych szpil. Szybko stało się jasne co za chwilę może się stać. Sequill począł się wyrywać – bez rezultatu. Puścił więc miecze i uformował w dłoniach elektryczne kule, idealne aby punktowo zlikwidować przeciwnika. Ale było już za późno. Nim ten je wystrzelił, Pantera zakleszczyła swoje zębiska przebijając całą krtań wojownika na wylot. Cios krytyczny, Elektryczny Samuraj zdewirtualizowany.
– O rrrraanyyy… – pomyślał sobie Tadeusz, wciąż jeszcze dysząc – Uh… stałem się zbyt nie ostrożny.
Po tych słowach Tadeusz wyrwał znajdujące się w jego barkach oba miecze. Przeszedł się kilka kroków w kierunku miejsca z którego poleciała wcześniej elektryczna kula i rozejrzał po pniach, po których wcześniej kursował Dunbar. Zaczął się dewirtualizować. Nim proces doszedł do końca, przez jego głowę zdążyła jeszcze przejść myśl: “Skubaniec jest dobry!”.
…
Zdążyła minąć godzina od ostatniego pojedynku. W karczmie od entuzjazmu aż wrze, ale nie z powodu samego pojedynku, a gościa który raczył przyjść ukoić tutaj swoje nerwy. Sequill Johannes Pradd-Dunbar przyszedł do tawerny w dość kiepskim humorze, nie mógł sobie przebaczyć że zginął w taki sposób. Do tego jeszcze wysłuchując jakiegoś popularnego przed laty tekstu niejakiego “Thanosa”. Szybko go jednak otoczyły istne, pocieszające tłumy:
– Chłopie, ale ty mu tam dałeś wycisk!
– Człowieku, głowa do góry, to była piękna walka!
– Prawie go miałeś, następnym razem na pewno się uda!
Nie tego się spodziewał. Co rusz każdy go pocieszał, śmiejąc się w niebogłosy niesamowicie. W końcu postanowił usiąść przy ladzie i zamówić coś do picia. Tuż obok siedział pewien młody gość w zielonym ubraniu, z mieczem średniej wielkości i sztyletem u pasa.
– Barman! “Zielonego Smoka” dla tego tutaj bohatera! – zawołał wyżej opisany nieznajomy. Gospodarz należycie podał stosowny napój w ogrmonym, dębowym kuflu.
– Hah, dziękuję. Nie spodziewałem się tutaj takiego powitania.
– Nie doceniasz się dzieciaku, ta walka była iście przepiękna! Ta kolejka na mój koszt!
Sequil pochwycił kilka łyków. Alkoholu w tym nie było, ale owocowa mieszanka była zacna.
– Sequill się nazywam, ale to pewnie wiesz.
– Możesz mi mówić Rysiek.
– Rysiek? Co to za imię? – zaśmiał się Dunbar
– Polskie, dosyć stare. To ten, kto następny teraz będzie walczyć?
– Melanie Dunbar z Loyydem Stenem – rzekł pewien facet z słomianym kapeluszem na głowie.
– Dunbar? Twoja siostra? – Zapytał się Rysiek.
– Nie, pewnie zbieżność nazwisk – odpowiedział krótko Sequill, szybko zajmując się swoim napojem.
– No cóż – odpowiedział Rysiu – będzie pewno widowisko! Barman! Bardzo uprzejmię proszę potrawkę z królika, głodny jestem jak wilk!
[RUNDA 1-1] Aiyana Storm vs Klara Andrycz
Walka potoczy się tak:
Klara idzie przez góry i przed sobą zobaczy swojego przeciwnika (Aiane), patrzą na siebie i Klara mówi:
-Czego szukasz.
Aiana: Bitwy.
Klara patrzy na Aiane i Klara mówi: na 3
Aiana:1
Klara:2
Razem:3!
Klara i Aiana biegną na siebie, Klara wyjmuje swój łuk, tak samo jak Aiana (bo też miała łuk).Aiana skacze i naciąga cięciwe łuku i strzela ale Klara robi fikołka i unika. Klara robi to samo co Aiana (czyli naciaga cieciwe i strzela) i trafia w Aiane i Aiana ma 80hp.
Klara dalej strzela strzałami, ale Aiana zmienia się w sokoła i unika i leci do góry a Klara dalej strzela ale nie trafia. Klarze skończyły sie strzaly i Aiana wykorzystuje to i leci do Klary.Klara naladowała strzały i używa swojej mocy (czyli strzały oślepiające).Aiana jest blisko Klary i Klara strzela w Aiane strzałą oślepiającą.Aiana zmienia się w siebie i nic nie widzi. Klara strzela w nią (Aiana ma 70hp).Aiana szybko odzyskuje wzrok i strzela do Klary dwoma strzałami (Klara ma 70hp).Aiana przywołuje niedźwiedzia.Klara atakuje niedźwiedzia a niedźwiedź atakuje Klare tak jak Aiana, niedźwiedź uderzył Klare i Aiana jedną strzała (Klara ma 40hp).
Klara leży na ziemi i wystrzelila trzy strzały (jedna jest strzałą oślepiającą a dwie zwyczajne) dwie strzały trafiły w niedzwiedzia.Niedźwiedź umarł ale ten w ostatniej chwili wywalil luk Klary.Klara chce wstać ale Aiana podchodzi do niej z łukiem i Aiana mówi:
Poddajesz się?
Klara: Nigdy!
Aiana: Trudno, ale już przegrałaś.
Aiana naciaga cięciwe, chce już strzelić, ale jedna strzała Klary spadła na nią (bo wcześniej strzeliła do misia dwoma i tą jedną poleciała do góry i spadla ta strzała byla oślepiająca).Klara spycha Aiane do morza cyfrowego, już jest blisko ale Aiana zmienia się w sokoła, ale Klara bierze łuk Aiany i strzela w sokoła i sokół zmienia sie w Aianę. Aiana spada do morza, Klara wygrała.