Rozdział jedenasty

Norma John – Blackbird

—————————–

WILLIAM

Laboratorium połączone z superkomputerem robi wrażenie. Pomieszczenie jest w kształcie ogromnego kwadratu. W jego centrum znajduje się podwyższenie w kształcie półkola o kolorze jasnozielonym, z którego emituje jasne światło i jest podłączone kilkunastoma kablami, które są podpięte zarówno do sufitu, jak i do podłogi. Po lewej stronie półkola znajduje się nowoczesny, bladożółty, biała klawiatura bez żądnych nadruków oraz fotel oraz monitor ukazujący dziwne dane.

– To jest… niesamowite! – krzyczy z radości Laura, a następnie podbiega do monitora. Z entuzjazmem czyta informacje, a następnie coś pisze na nietypowej klawiaturze.

– Co ty robisz? – pyta Elitsa, podchodząc do niej.

– Szukam wielu informacji o tym superkomputerze. Poczekaj… – odpowiada Laura, po czym wyłącza się na chwilę, pisząc coś na klawiaturze – Dziwne…

– O co chodzi? – pytam zainteresowany.

– Tutaj jest mowa o jakimś wirusie. Ma nietypową nazwę…

– Xana?

– O właśnie. Skąd to wiesz? – pyta Laura, zaskoczona moją wiedzą. Patrzę na Elitsę, jednak ona milczy. Jakby nie chciałaby tutaj w ogóle przebywać. Dziwne, bo sama nas w to wmieszała.

– Opowiem ci o tym jutro. Teraz wracajmy do Kadic, jest już późno – mówi Ciri.

– Jest dopiero osiemnasta – komentuję na korzyść Laury, co nie podoba się Elitsie. Wiem, obiecałem, że będę jej lojalny, ale mam wrażenie, że ona przesadza.

– A pokoje sprawdzają za pół godziny. Nie mam pojęcia jak ty, ale ja mam totalny bałagan i jeżeli po raz kolejny mnie Jim na tym przyłapie, to będę miała spory problem. Ja wracam do szkoły. Róbcie co chcecie – odpowiada dziewczyna, po czym idzie do windy i znika.

Patrzymy z Laurą na siebie przez chwilę. Ma bardzo ładne, szare oczy. Ostatni raz je widziałem kilka lat temu.

– Idziemy? – pytam nieco zmieszany.

– Chyba nie mamy wyboru. Dopóki nie znamy dokładnej trasy, to jesteśmy zdani na łaskę Elitsy – odpowiada zrezygnowana Laura, po czym schodzi z fotela i kieruje się do windy. Idę za nią.

– Co lubisz robić? Poza fizyką kwantową oczywiście – pyta Laura.

– Nic szczególnego – odpowiadam.

– To znaczy?

– Muzyka, granie w gry, spanie…

Na ostatnie słowo Laura śmieje się. Uśmiecham się, widząc jej radość. Chwilowo jednak nie wie, że w rzeczywistości nic nie wiem na temat fizyki kwantowej.

– Ale spanie to jest coś pięknego, o co ci chodzi? – pytam ze śmiechem.

– Spanie jako zainteresowanie, ciekawe – tłumaczy dziewczyna.

– A ty? Co lubisz poza fizyką?

– Lubię się uczyć, czytać książki, też nic szczególnego.

Następuje cisza. Dręczy mnie myśl, że ona cały czas żyje w przekonaniu, że jestem zwykłym chłoptasiem spod szkockiej wsi, który przez przypadek pojawił się właśnie tutaj. Myśl, że mogę stracić jakiekolwiek szanse u niej. Myśl, że tym razem nie dam rady jej zatrzymać na dłuższą chwilę, niż rok szkolny.

Myśl, że ona się dowie, kim naprawdę jestem.

– Wszystko w porządku? – pyta Laura, zaniepokojona mną.

– Słucham? Tak! W porządku… – odpowiadam zamyślony, patrząc w daleką pustkę.

– Te, gołąbeczki! Długo zamierzacie się wlec? – krzyczy w oddali Elitsa, która stoi na kamieniu ze skrzyżowanymi rękoma na piersi, udając niezadowolenie. Albo faktycznie jest zła. Nie mogę zrozumieć tej kobiety ani wyczuć chwili, w której udaje kogoś, a kiedy jest sobą. Może kiedyś to odkryję.

– Już idziemy. Czemu nas poganiasz? – mówi niezadowolona Laura.

– Mówiłam to wcześniej, moja kochana kuzynko – odpowiada Ciri.

– Zaraz będziemy na miejscu.

– Skąd wiesz? – pytam zaciekawiony. Nie mogę uwierzyć, że już zapamiętała część trasy.

– Tej części parku ciężko nie kojarzyć, ucząc się w Kadic. Mnóstwo znajomych osób tutaj się błąka. Ty również – tłumaczy spokojnie pani Einstein, patrząc na Elitsę.

Matko, jakie idiotyczne określenie na nią znalazłem. Prawdziwy ze mnie artysta.

– Przerażasz mnie. Tyle ci powiem – komentuje Ciri, po czym zeskakuje ze skałki i idzie dalej. – Skoro wiesz, jak trafić, to was opuszczam. Widzimy się później.

Po tych słowach Elitsa jak szybko się pojawiła, tak samo znika w oddali. Po drodze jej coś wypada z kieszeni, jednak nie zwraca na to uwagi i idzie dalej.

– Dziwna jest – mówię po części do siebie.

– Jednak kochana na swój sposób. Chociaż jest bardzo nierozsądna. Czasami mam wrażenie, że jestem bardziej odpowiedzialna od niej w wielu kwestiach. Ona nawet nie wie, na jakie studia chce iść, a za rok kończy tę szkołę!

– A ty na jakie chcesz iść? – pytam z ciekawości.

– Inżynieria kwantowa. Mówi ci to coś?

– No… można tak powiedzieć – odpowiadam zmieszany tematem. Znowu wracamy do fizyki, która podobno się interesuję i Laurę to cieszy. Jak mam powiedzieć jej prawdę? Nie wiem, jaka będzie jej reakcja. Czy odpuści sobie znajomość, czy będzie zła przez kilka dni, a później już będzie dobrze.

– Jesteśmy na miejscu. Chcesz przyjść do mnie? – pyta Laura.

– Em… wiesz… przypomniałem sobie, że też muszę posprzątać. Innym razem – odpowiadam z jąkaniem, po czym biegnę do swojego pokoju, nie patrząc na reakcję dziewczyny, po drodze zagarniając rzecz Elitsy. Później jej oddam, chociaż wydaje mi się, że zgubiła paczkę papierosów.

– Błagam cię, pomóż mi jakoś!

– Jak mam to zrobić? Nie powiem tego za ciebie, bo sam się w to wplątałeś – odpowiada spokojnie Elitsa, zamykając szafę na klucz. Następnie wzdycha głęboko i siada po turecku na krześle, opierając łokcie na kolanach. Wpatruję się w jej zielone oczy. Nie jest zadowolona z sytuacji.

– Dzisiaj Laura do mnie przyjdzie, bo miałam jej tłumaczyć działanie Xany oraz superkomputera. Jeżeli chcesz, to zostań do kolacji. Potem rób co chcesz.

Wstaję z łóżka, a następnie przeciągam się. Wbrew opiniom te łóżka są bardzo niewygodne, szczególnie, jak się na nich za dużo siedzi. Albo to mój brak przyzwyczajenia do takich szkolnych warunków. Nigdy nie byłem w internacie, i nie sądziłem, że do niego kiedykolwiek trafię.

– Willy… nie mogę ci w tym pomóc. Zapewniam cię, że bardzo chcę. Musisz się zdać na moją poradę sprzed kilku dni i łud szczęścia.

Willy? Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ktoś tak do mnie mówił. Całkiem to miłe.

– Rozumiem. Planujesz coś robić po skończeniu szkoły?

– Jak wszystko dobrze się potoczy, to wracam do siebie – odpowiada Elitsa – Do swoich przyjaciół, do rodziny… chwilami żałuję, że wybrałam internat tak daleko – kontynuuje rozmarzona.

– Dlaczego?

– Francja jest piękna. Ale po tak długim odcięciu od najbliższych człowiek ma po prostu dość. Zrozumiesz to kiedyś. Jesteś nowy, więc nie dziwię się, że jeszcze nie odczuwasz tej tęsknoty.

Skoro jest tutaj moja ukochana osoba z poprzedniej szkoły, to nie ma co się dziwić” – myślę.

– Masz może fajki? Nie mogę znaleźć swoich, a to była ostatnia paczka.

– Nie – kłamię. Może się oduczy tego ciągłego palenia po południu. – Czemu palisz?

Elitsa patrzy na mnie zaskoczona. Zupełnie nie spodziewała takiego pytania.

– Tak jakoś wyszło.

– A ile miałaś lat, jak po raz pierwszy zapaliłaś?

– Nie pamiętam. Może od roku, dwóch lat. Serio nie pamiętam.

Patrzę na nią z lekkim politowaniem. Chyba jej jednak oddam tę paczkę, bo i tak kupi sobie następną. Jest pełnoletnia, więc działa zgodnie z prawem. Wyciągam z kieszeni paczkę, po czym daję jej do ręki.

– Zgubiłaś po drodze. Ciesz się, że Laura ich nie zauważyła, bo byś ich nie odzyskała.

– I tak wie, że palę – odpowiada zadowolona Elitsa, chowając odzyskaną paczkę. – Idziesz?

– Gdzie?

– Tam, gdzie ostatnio.

– Mogę chcieć iść.

– To ruszaj tyłek, zdążymy jeszcze przed kolacją pójść.

– Aż tak chce ci się palić? – pytam ze złośliwym uśmiechem, na co Elitsa odpowiada popchnięciem mnie do drzwi. Niezbyt mocno to zrobiła, ale lepiej jej tego nie powiem, bo mnie zaraz zadźga swoją kolekcją noży.

Stoimy w skupieniu, patrząc na Słońce uciekające w głąb bloków. Niebo ma różne odcienie różowego, czerwonego oraz niebieskiego. W parku nie ma ani jednej żywej istoty, nawet zwierząt. Jakby świat zamarł na kilka sekund i jestem tego świadkiem. Przyznaję, że jest to nawet miłe uczucie.

– Ile to będzie mniej więcej trwać? – pytam Elitsę, która patrzy zadumana przed siebie. Czuć od niej cały czas zapach tytoniu.

– To zależy o co pytasz.

– O to, jak długo będziemy węszyć w fabryce i szukać wszelkich informacji o Xanie.

Dziewczyna wzdycha głośno, po czym spokojnie odpowiada:

– Dopóki nie dowiemy się wszystkiego o nim. Jak powstał, co zamierza zrobić, gdzie się znajduje oraz jak go pokonać.

– A tak czasowo? – pytam, na co Elitsa mierzy mnie wzrokiem. Czyli ona sama nie wie.

– Może kilka tygodni lub miesięcy, albo ta sprawa będzie się ciągnąć za nami do końca życia. Tego nie da się przeliczyć na godziny – skręca głowę ponownie na puste ulice Francji – Nie bez powodu Xana istnieje. Muszę wiedzieć, dlaczego.

– Dlaczego akurat ty? – dopytuję zaciekawiony.

– Za dużo chcesz wiedzieć, Dunbar – Ciri gasi papierosa i wyrzuca za balkon. Bez słowa wraca do szkoły, a ja idę, niczym przegrany wojownik, za nią.

Siedzimy w pokoju Laury, który diametralnie różni się od tego, jaki ma Elitsa. Jest odrobinę mniejszy, a łóżko jest ustawione po prawej stronie. Na biurku leżą dwa stosy przeróżnych książek i encyklopedii. Świecą w nim dwie lampy – jedna zawieszona nad łóżkiem, a druga przy biurku. Ściany mają delikatny, niebieski kolor. Wszystko, za biurkiem, jest wysprzątane i zadbane. Widać, że jest to pokój osoby zorganizowanej, jaką jest pani Einstein. Charakterystyczny dla niej srebrny tablet trzyma w ręce, niczym swoje dziecko.

Laura siedzi na krześle, trzymając jedną nogę na drugiej, skupiona na mnie. Czyżby wiedziała, co chcę jej powiedzieć? Właściwie, to przyszedłem tutaj z Elitsą w zupełnie innym celu – mieliśmy wspólnie rozmawiać o Xanie. Muszę jej w końcu wyznać prawdę, nie mogę wiecznie brnąć w to jedno, z pozoru niewinne kłamstwo.

– Muszę ci coś powiedzieć, Lauro – zaczynam zdenerwowany. Dłonie splatam w koszyk, stukając kciukami. Bezradny patrzę na Elitsę, która nie zwraca na mnie uwagi. Ma grobową minę.

– Zostawię was samych… – mówi dziewczyna, wstając i zmierzając w kierunku drzwi. Kiedy otwiera je i chce wyjść, Laura mówi:

– Zostań.

Elitsa patrzy na swoją kuzynkę zaskoczona jej postawą. Sam nie ukrywam zdziwienia. Może jednak niczego się nie spodziewa? Może jest ten niewielki promyk nadziei, który uratuje mnie przez koszmarem, jaki czeka?

– William, ja wiem, co chcesz powiedzieć. Domyśliłam się jakiś czas temu.

Po tych słowach czuję, jak wzrasta mi tempo, a serce bije coraz głośniej. Jak to możliwe, że w przeciągu kilku dni dziewczyna zorientowała się, że jest coś nie tak? Przeceniłem swoje możliwości? A może wszystkie informacje o intuicji kobiet, są jednak prawdziwe? Nie chce mi się wierzyć, że Elitsa wszystko powiedziała. Obiecała mi lojalność, tak samo ja.

– Zastanawia mnie tylko jedno. Dlaczego mi niczego od razu nie powiedziałeś?

Milczę, całkowicie zbity z tropu. Oszukałem kobietę, którą znam od ładnych paru lat. Zupełnie nie wiem, co odpowiedzieć. Miałem całą wypowiedź w głowie, jednak po jej słowach moja obrona zniknęła, jakbym nigdy wcześniej na ten temat nie myślał.

– Chciałem, naprawdę. Bałem się twojej reakcji.

– Czyżby? – pyta Laura, a następnie kładzie tablet na książki i wstaje. Robi jedno okrążenie po pokoju. Potem kolejne, a narastająca cisza staje się coraz bardziej przerażająca.

– Polubiłem Ciebie i nie chciałem, żeby przez jeden… przedmiot przestałaś ze mną w ogóle utrzymywać kontakt. Rozumiesz?

– Zdaję sobie sprawę, że nikt w tej szkole nie interesuje się fizyką kwantową, tak jak ja. Kłamiąc w ten sposób, pokazałeś, że ci na mnie zależy. Nawet jest to urocze na swój sposób – po tych słowach, uśmiecha się. Odwzajemniam to.

– Jednak to nie zmienia faktu, że mnie okłamałeś, a tego nie toleruję.

Biorę głęboki wdech, nadal przerażony tym, co może się zaraz stać. Pomimo tylu lat, nadal nie wiem, jak się zachowuje w takiego typu sytuacjach.

– Wybaczysz mi? – pytam nieśmiało. – Proszę…

– Jesteś w porządku, Dunbar – odpowiada Laura. Zupełnie jak Elitsa.– Cały dzień się zastanawiałam, co zrobić. Postąpiłeś nie w porządku, ale zdajesz sobie z tego sprawę. Poza tym, sama nie chcę stracić kontaktu. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni przy kimś się tak otworzyłam.

Patrzę na nią, uśmiechnięty tak mocno, jak tylko umiem. Ona mi wybaczyła. Nie stracę z nią kontaktu, tak jak wtedy, w Anglii. Nadal nie może to do mnie dotrzeć.

Wstaję z łóżka i podchodzę do niej. Przytulamy się na zgodę. W środku jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Wiem, że nie mogę zrobić takiej głupoty po raz kolejny.

– Zgoda? – pytam dla pewności.

– Zgoda – odpowiada przekonana Laura.

Cudowną chwilę przerywa zamknięcie drzwi. Otwieram oczy, a tam stoi Elitsa. W ręce trzyma notatnik. Dokładnie ten sam, w którym widziałem ciekawe rysunki. Przynajmniej teraz wiem, że na nich widnieje Xana.

Pokazuję jej kciuk w górę, jako finał wyjaśnienia całej sytuacji. Zastanawiam się, jakim cudem wyszła niezauważenie z pokoju, pomimo zakazu Laury. Po niej można się właściwie wszystkiego spodziewać.

– Czy możemy przejść do właściwego tematu, jaki mieliśmy poruszyć? – pyta Ciri, lekko psując atmosferę. Może to i lepiej, w końcu mieliśmy rozmawiać o czymś zupełnie innym.

– Pewnie – odpowiada szczęśliwa Laura.

Rozmowa na temat Xany oraz plany dotyczące odkrycia jego planów trwają do północy. Pod koniec już niewiele rozumiem z definicji, jakie przekazują mi na przemian Laura i Elitsa. Zmęczenie walczy na równi z ciekawością. Jeżeli teraz przymknę teraz oczy na minutę, to zupełnie stracę jakiekolwiek pojęcie o sytuacji. Walcz Dunbar, wyśpisz się później. Nie myśl teraz o spaniu, tylko o Xanie i o tym, jak go pokonać.

Może jednak przymknę oko. Jedno. Dosłownie na sekundę.

– To chyba wszystko, co powinnaś wiedzieć – mówi Elitsa, która jest w małym stopniu zmęczona. Nie dziwię się. Tłumaczyła wszystko od samego początku w sposób, abyśmy zrozumieli.

– Kiedy chcecie się wybrać do fabryki? – pyta Laura.

– Chcemy? – dopytuję, zaskoczony liczbą mnogą w zapytaniu.

– Chcemy. Jutro po południu. Spotkamy się tam, gdzie ostatnio. Spróbujcie się tylko spóźnić, a przysięgam, że po raz ostatni zobaczymy się w tym gronie – odpowiada chłodno Ciri, a następnie kieruje się do drzwi. Patrzy na mnie pytająco, czy wychodzę. Wstaję z łóżka i wychodzę razem z nią.

– Odprowadzisz mnie?

– Jasne.

Na korytarzu panuje grobowa cisza. Daleko przed nami migocze zepsuta lampa, która nadaje klimat niczym z opuszczonego szpitala. Brakuje jedynie poniszczonych ścian oraz rozwalonego sprzętu, który tonie pod stertą gruzu.

– Masz dużo szczęścia, że Laura ci odpuściła. Musiała faktycznie ciebie polubić – mówi Elitsa, co ledwo słyszę.

– Zgadza się – potwierdzam z uśmiechem na twarzy.

– Widzimy się jutro na śniadaniu. A teraz spróbuj trafić do pokoju, nie budząc nikogo z uczniów ani nauczycieli. Taki mały sprawdzian umiejętności. Powodzenia – dodaje dziewczyna, po czym zamyka mi drzwi przed nosem.

Mały sprawdzian. Ciekawe, co się stanie, jeżeli go obleję.

Autorka: Azize

Rozdział dziesiąty

Vesna – Hej mami

————————————————-

ELITSA

Przyglądam się Dunbarowi, sama nie wierząc w to, co się właśnie dowiedziałam. Czyżby Xana znał jego przyszłość i go zobaczył przed naszym spotkaniem, tworząc mojego klona? Czy ten klon cały czas tutaj grasuje? Dlaczego nic wiem, znowu?

– Widzimy się w moim pokoju za dziesięć minut.

– Ale…

– Do zobaczenia – odpowiadam, nie zważając na jego reakcję. Odwracam się i wchodzę do szkoły, jakby nic szczególnego się nie stało.

Spoglądam na szkolny dziedziniec. Wszędzie grasuje policja, psy węszą teren placówki, a sanitariusze wnoszą do karetki ranną osobę, prawdopodobnie panią Hertz. Nie mogę zrozumieć celu tego ataku. On był zaplanowany na kogoś innego? A może to tylko podpucha z jego strony?

Za dużo pytań mi się roi w głowie, na które nie znam odpowiedzi.

Kiedy próbuję niepostrzeżenie wymknąć się na korytarz kierujący do pokoi, ktoś krzyczy:

– Tutaj jest! Znalazła się!

Gwałtownie odwracam się. Przede mną, za sprawą jednej sekundy pojawia się dyrektor Kadic, Jean-Pierre Delmas oraz sprawczyni zamieszania – Laura Gauthier.

– Gdzie ty się podziewałaś? Specjalnie wzywaliśmy policję, aby znalazła ciebie oraz tego, no… Dunbara. Proszę w tej chwili do mojego gabinetu!

Chcę coś powiedzieć na swoje wytłumaczenie, jednak nic mi nie przychodzi do głowy. Patrzę wściekła na Laurę. Kiedy idę za dyrektorem, syczę w jej kierunku:

– Dzięki wielkie, kuzynko.

Laura natomiast kiwa głową w niezadowoleniu. Domyślam się, że chciała zrobić dobrze dla mnie, ale akurat musiała mnie znaleźć w chwili, kiedy muszę poważnie porozmawiać z Williamem o obecnej sytuacji związanej z Xaną.

Dobra, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Jeżeli dobrze przemyślę każde słowo, jakie powiem na dywaniku, to szybko się obejdzie i nie będzie niepotrzebny bigos.

Bigos… jak ja go dawno nie jadłam. Takiego od babci, co go robiła, jak jeździłam do niej na święta i zawsze rodzice brali kilka słoików specjalnie dla mnie.

Cholera, tylko nie myśl teraz o jedzeniu.

– No dobrze – mówi dyrektor, siadając i jednocześnie poprawiając biały kołnierz. – Rozmawiałem z naszym szkolnym psychologiem, który po ostatniej rozmowie z tobą zauważył pewne problemy…

Błagam, znowu ten temat? Myślałam, że jednak sobie odpuści tą ciągłą nagonkę. Jednak myliłam się – jest bardziej czepliwy od rzepa.

– Prawie cały czas znikasz z lekcji i zupełnie przypadkowo jest to wf i zajęcia z wychowawcą. Jednak nie w tej sprawie ciebie tutaj wezwałem. Co cię kusiło żeby uciec z miejsca zbiórki? Czy zdajesz sobie sprawę, ile to nas stresu kosztowało? Została wezwana policja i wezwana karetka, gdyby coś się tobie stało! Równie dobrze mogłabyś tej ucieczki nie przeżyć! Masz coś do powiedzenia w tej sprawie?

Milczę. Przyznaję, trochę słabo postąpiłam, że uciekłam w trakcie zbiórki. Do tego w przypadku tego dziwnego wybuchu. Jednak czy on nie zauważył, że nic się nie stało ze ścianami? Chyba powinnam mu coś powiedzieć o tym. Może przyjrzy się temu uważniej.

– Panie dyrektorze, w trakcie wybuchu nie zawaliła się żadna ściana, nie ma nawet żadnej rysy na oknach. Nie sądzi pan, że to jest trochę dziwne?

– Proszę tutaj nie zmieniać tematu! – krzyczy zdenerwowany Delmas. Chyba będzie lepiej, jak już nic nie powiem. Ta cisza jest strasznie męcząca.

– Przepraszam? – mówię niepewnie, uśmiechając się niewinnie. Dyrektor wzdycha ciężko, następnie przeciera swoje okrągłe okulary chusteczką. Nakłada je na nos i mówi:

– Jeżeli jeszcze raz uciekniesz z lekcji, zostaniesz wyrzucona ze szkoły. Koszty za wezwanie służb porządkowych poniosą twoi rodzice oraz Dunbara. A teraz, proszę mi powiedzieć, gdzie on jest.

– Nie mam pojęcia – mówię pełna powagi. Nie sprzedam swojego kolegi, żeby miał te same problemy, co ja. Wystarczy, że dopiero co zmienił szkołę.

– Elitsa, to nie są żarty. Jeżeli coś mu się stało, to zarówno szkoła, jak i ty, poniesie za to odpowiedzialność.

– Przysięgam, że nie…

Dyskusję przerywa trzask otwieranych drzwi. Odwracam się i widzę w nich Williama, którego ktoś trzyma. No tak, Jim Morales – kogo innego można byłoby się spodziewać.

– Proszę bardzo, panie dyrektorze. Kręcił się po korytarzu, cwaniaczek jeden.

– Dziękuję bardzo, Jim, możesz iść – odpowiada surowo Delmas, po czym spogląda na mnie zza okularów – Tobie również, Elitso. Do widzenia.

Kiwam jedynie głową, a następnie wychodzę z gabinetu. Zanim zamykają się drzwi, William spogląda na mnie, jednak nic nie mówi. Huk drzwi wypełnia pusty korytarz, jednak tylko przez ułamek sekundy. Potem już dalej trwa spokój.

Mijają kolejne minuty, a William dalej nie wyszedł z gabinetu dyrektora. Aż tak mu się dostanie za tę domniemaną ucieczkę? Cholera, nie sądziłam, że go wkopię do tego stopnia. Głupio mi teraz, bo przez mój wymysł ma teraz kłopoty.

– Do widzenia. Zapewniam pana profesora, że ostatni raz tak się stało – mówi głośno Dunbar, po czym wychodzi, zamykając za sobą drzwi. Kiedy mnie zauważa, stoi wryty w ziemię.

– Ducha zobaczyłeś?

– Masz białe włosy, więc można tak powiedzieć – odpowiada sarkazmem.

– Dobra dobra, jak bardzo masz przerąbane od dyra? – pytam.

– Łatwo poszło. Cztery godziny szlabanu. No i rodzice płacą połowę kary za niepotrzebne wezwanie policji i pogotowia. A to wszystko za sprawą prostego wytłumaczenia.

– Jakiego?

– Że chodzę do tej szkoły od niedawna i nie znam jeszcze wszystkich panujących tutaj zasad.

Patrzę na niego nieco zdziwiona. Czyli jak chce, to potrafi się ładnie wybronić.

– Nieźle, Dunbar. Dobrze się uczysz – komentuję, po czym daję mu uścisk prezesa.

– Akurat tego nie od ciebie się nauczyłem.

– Jasne – komentuję ze śmiechem – Wracając do tematu sprzed kilkunastu minut. Musimy porozmawiać.

William nie odpowiada. Jedynie kiwa głową na znak zrozumienia powagi sytuacji. Następnie w milczeniu idziemy w kierunku mojego pokoju.

– Ładnie masz tutaj urządzone swoje gniazdko – komentuje Dunbar, rozglądając się po pokoju. Przyznam, że nawet przyzwoicie tutaj jest. W porównaniu do innych pokoi to ten jest chyba najlepszy. Tak mówią szkolne plotki.

– Kiedyś dzieliłam ten pokój z jedną dziewczyną, ale od roku urzęduję tutaj sama.

– Coś się stało? – pyta zaciekawiony chłopak.

– Nic, po prostu skończyła szkołę. Niewiele rozmawiałyśmy. Dwa inne światy. Kiedy się pojawiała się na noc w pokoju, to uznawałam to za święto – odpowiadam, przypominając sobie te cudowne czasy, kiedy ja byłam tą „normalną i spokojną” osobą z porównania. Było całkiem zabawnie.

– Co się takiego stało, że koniecznie musimy porozmawiać?

Właśnie. Po to jego tutaj sprowadziłam. Gestem dłoni pokazuję mu krzesło, aby usiadł na nim. Ja z kolei siadam na łóżku.

– Wtedy w pociągu, kiedy rzekomo z tobą rozmawiałam.

– No tak… – komentuje Dunbar.

– Czy pamiętasz coś ważnego? Takiego czegoś, co ci wiesz… zapadło w pamięć.

Następuje cisza. Cholera, w ten sposób będziemy stać w kropce. Myśl, chłopie. Na pewno coś pamiętasz, skoro mi o tym powiedziałeś.

– Te dwa znaki. Oczy byłe wtedy prawie czarne – mówi jakby do siebie. Nic nie mówię, tylko słucham. – Potem było zapytanie o stację. Zniknięcie… No jasne! – krzyczy Dunbar, po czym wstaje pod wpływem swojego geniuszu. Patrzy na mnie. – Xana ciebie szukał.

– Nie rozumiem.

– On musiał skądś wiedzieć, że jesteś w Kadic. On… chyba chciał, żebyśmy się rzeczywiście spotkali po latach. Jakby spodziewał się tego, że zawrzemy sojusz, abyśmy mieli go razem zniszczyć.

Nie odpowiadam, jedynie siedzę po turecku i analizuję słowa Williama. Z jednej strony nie ma to zupełnie sensu. Ale z kolei czy możemy mieć jakieś inne wytłumaczenie? Jedynie, co możemy teraz robić, to snuć wszelkie teorie i próbować dążyć do ich potwierdzenia lub zaprzeczenia.

– No dobrze. Załóżmy, że masz rację. Ale po co miałby to zrobić?

– W tym jest właśnie problem. Praktycznie wykonał krok przeciwko samemu sobie.

– Jeszcze dzisiaj podejdziemy do fabryki, żeby spróbować jeszcze raz przyjrzeć się sprawie.

Wtem ktoś otwiera drzwi. Patrzymy na nie zaskoczeni. Ktoś nas podsłuchiwał.

– Czyli dlatego uciekliście z miejsca zbiórki! – krzyczy jakaś osoba. Od razu rozpoznaję w niej głos Laury Gauthier.

– Laura, wejdź. Musimy porozmawiać.

– Dlaczego nic mi nie powiedzieliście? Mogłam wam pomóc w jakikolwiek sposób. Wbrew pozorom wiem o komputerach więcej od was dwóch.

Kiedy chcę coś powiedzieć, próbuję zrozumieć to, co Laura powiedziała. Ona pomogłaby? Przecież taka z niej przykładna uczennica. Nie pozwoliłaby na wyjście do palarni na jedną fajkę, a co dopiero na ucieczki w trakcie ciszy nocnej. Czy aż tak zaniedbałam nasze relacje, że zupełnie nie zauważyłam tej zmiany?

– Elitsa? Powiedz coś – mówi William, widząc, że jestem zamyślona. Szybko się otrząsam i patrzę to na Laurę, to na niego.

– No dobrze. Możesz z nami iść. Chociaż niepokoi mnie ta twoja decyzja. Coś musiało się stać. Bardzo poważnego, że się zdecydowałaś na coś takiego.

– Nic się nie stało, zapewniam cię – odpowiada Laura z uśmiechem na twarzy.

– Idziemy? – pyta William.

Potakuję głową.

– Zabierzcie kurtki, zrobiło się zimno na dworze – mówię, po czym biorę swoje niezbędne rzeczy. Książka, notatki, broń. Dwa noże chowam do płaszcza, ukrywając je przed Laurą. Będzie lepiej dla niej, jeżeli nie będzie wszystkiego wiedzieć do końca. Nie mogę uwierzyć, że zgodziłam się na to. Mam przeczucie, że źle się to skończy.

– Na co czekacie? Idźcie. Widzimy się przy palarni.

– Gdzie to jest? – pytają jednocześnie William i Laura.

No tak, William jest nowy w tej szkole, a Laura nie pali. Zapomniałam o tym całkowicie.

– To przy stołówce. I weźcie najlepiej czarne rzeczy, wtedy nikt nas nie zauważy.

Wychodzę z pokoju i trzymając drzwi, czekam, jak oni wyjdą. Domyślam się, że są zaskoczeni tym, co do nich powiedziałam. Jednak musimy działać jak najszybciej.

Mija pięć minut. Widzę Williama i Laurę. Rozmawiają ze sobą. Zastanawiam się, czy on powiedział jej prawdę odnośnie jego zainteresowania i fizyką. Jeżeli się przyznał, to czy Laura mu ot tak wybaczyła? Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Albo coś się faktycznie stało, albo w dziwny sposób ktoś mi podmienił kuzynkę.

Nie, to nie jest możliwe. Jest niewielka szansa, że Laura może posiadać własnego sobowtóra.

– Gotowi? Nie będzie odwrotu.

– Gotowi.

Uśmiecham się, słysząc tę odpowiedź. Tak patrzę na nich przez chwilę i stwierdzam, że nawet uroczo razem wyglądają.

– No to idziemy. Tylko dzioby na kłódkę, wszystko inne będę tłumaczyć, jak będziemy na miejscu. Zrozumiano? – mówię wyjątkowo poważnie.

– Tak jest, szefowo – odpowiada William, a Laura jedynie się uśmiecha. Jest podekscytowana tym, co może zobaczyć. Po części jej się nie dziwię. W końcu Superkomputer w starej, opuszczonej fabryce niedaleko Internatu to dosyć niecodzienny widok.

Idziemy w milczeniu. Chwilami spoglądam na dwójkę nowicjuszy. Oczywiście nie są zadowoleni z zapachu, jaki tutaj jest, jednak to są kanały – uroczych kwiatków i jednorożców nie powinni się tutaj spodziewać.

– Nie ma jakiegoś innego przejścia? – pyta Laura z zatkanym nosem.

– Jest, jedno. Ale za to bardzo ryzykowne i trzeba do niego posiadać klucze – odpowiadam, pomijając fakt, że sama rzekomy klucz posiadam. Byłaby niepotrzebna zadyma, która chwilowo nie jest w ogóle widziana.

– Z tego, co pamiętam, to za kilka minut będziemy wychodzić.

– Gratulacje, udało ci się zapamiętać fragment ścieżki – komentuję, nie mogąc się od tego powstrzymać. Taka natura – Dopóki nie będziemy na miejscu, ani słowa więcej. Jasne? – dopowiadam jakby nie swoim głosem, tylko jakiegoś dyktatora.

Nie odpowiadają. Może to i lepiej zarówno dla mnie, jak i dla nich.

– No dawaj, nic ci się stanie – próbuję zmotywować Laurę do zejścia na dół.

– Doskonale wiesz, że mam lęk wysokości – odpowiada niezadowolona z sytuacji.

– Nic ci się nie stanie. W razie czego złapię cię. Zapewne nie ważysz dużo.

Zakrywam twarz dłonią, próbując ukryć zażenowanie tym stwierdzeniem. Jeżeli pisałeś takie listy Dunbar w poprzedniej szkole, to troszkę nie dziwię się takiej, a nie innej sytuacji.

Podchodzę do windy. Kiedy naciskam biały przycisk, drgają grube liny, a winda przyjeżdża. Wchodzę do środka, nie zważając na to, w jaki sposób Laura zejdzie po linie.

Wtem drzwi do windy zamykają się pomimo faktu, że nic później nie klikałam. Odwracam się, stukając pięściami w windę, jednak nic to nie daje. Cudownie.

– Widzę, że niczego się jeszcze nie nauczyłaś…

Odwracam się, zaskoczona tymi słowami. Tuż obok mnie stoi osoba, która jest w tej sekundzie najmniej potrzebna.

– Ja tylko poszłam po fajki i trochę alkoholu. W szkole od razu by u mnie to zauważyli – zaczynam się szybko tłumaczyć. Doskonale pamiętam, że ta kobieta, a raczej duch wezwany przez Xanę, chroni fabrykę przed intruzami. O ile kilka razy udawało mi się ją ominąć, to ostatnim razem mnie przyłapała. Sytuacja się powtarza.

– A po co tutaj sprowadzasz kolegów?! – pyta z krzykiem kruk, siadając na moim ramieniu. Wzdrygam się od razu, a ptak odlatuje i wraca na bark swojej właścicielki.

– Nie prowokuj – odpowiada spokojnie kobieta.

– To proste. Najlepiej się tutaj pije i pali.

– A żyje?

– Tego nie wiem, sama mi powiedz – odpowiadam z uśmiechem na twarzy. Kruk niezadowolony zaczyna krakać.

– Kończy mi się cierpliwość. Nie przychodź tutaj więcej. Niepotrzebnie się tutaj błąkasz. Jeszcze trafisz nie tam, gdzie powinnaś. To nie jest bezpieczne miejsce.

– No co ty nie powiesz… – komentuję z sarkazmem – Ostatnio prawie sobie rękę pokaleczyłam od rozbitego szkła i śliskiej podłogi…

– Milcz! – krzyczy posłanka Xany, a jej dotychczasowe spokojne podejście do sytuacji zmienia się nie do poznania. Jej białe włosy unoszą się do góry, a windę przepełnia chłodne powietrze. Z przerażenia przełykam głośno ślinę. Żarty się skończyły.

– Jeszcze raz zobaczę tutaj ciebie albo kogokolwiek z twoich przyjaciół, to zapewniam cię, że nikt nie wyjdzie stąd żywy. Nikt nie ma prawa się tutaj błąkać. Takie jest tutejsze prawo.

Patrzę na nią, sparaliżowana ze strachu. Nigdy jej nie widziałam takiej wściekłej. Kobieta, zachwycona widokiem mojego przerażenia, uśmiecha się.

– Zrozumiałaś? – pyta kruk swoim skrzekliwym tonem. Nie mogę się zebrać na ani jedno słowo, aby udowodnić, że się nie wystraszyłam. Jednak dała radę. Pokazała dominację nade mną.

– Myślę, że zrozumiała w pełni moje słowa, Vorsordzie… – odpowiada za mnie. Jedynie kiwam powoli głową. Następnie kobieta znika wraz ze swoim pierzastym towarzyszem.

Drzwi od windy otwierają się. Przez kilka sekund stoję wryta w ziemię sytuacją, która przed chwilą się wydarzyła. Sama nawet nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego zgodziłam się, aby Laura poszła razem ze mną i Williamem? Teraz nie tylko ja jestem zagrożona, ale też i ona. Najgorsze jednak jest to, że mi nie uwierzą w to, co mnie właśnie spotkało. Co teraz zrobić?

– Mówiłem, że da radę – mówi z dumą Dunbar. Nie odpowiadam, patrząc jedynie na odległy ciemny słup.

– Wszystko w porządku? – pyta zaniepokojona Laura.

– Tak, tak… może lepiej już chodźmy – dodaję po chwili, starając się nie myśleć o tym, co się kilka sekund temu wydarzyło.

William i Laura wchodzą do środka, winda się zamyka i jedziemy do laboratorium – miejsca wielu tajemnic, ciekawostek i sekretów do odkrycia.

– Nie obawiacie się? – pytam, chcąc zniszczyć nieprzyjemną atmosferę, jaka się stworzyła.

– Czego? – pyta William.

– No nie wiem, niebezpieczeństwa, jakie może nas spotkać?

– Nie. Będzie ciekawie. Superkomputer w opuszczonej fabryce niedaleko szkoły, w której się uczę… coś nieprawdopodobnego! – mówi nakręcona pozytywnie Laura.

Tak, zgadzam się. Coś nieprawdopodobnego. Oby Xana nie chciał nas stąd wyrzucić jak najszybciej. W przeciwnym razie może narobić się niezły bałagan.

Autorka: Azize

Rozdział dziewiąty

Daria Zawiałow ft. Sokół – Laura

————————————-

WILLIAM

Kiedy próbuję zapytać o szczegóły, Elitsa znika. Jak zwykle. To jest jakiś paradoks, że nie mogę się niczego dowiedzieć. Jakby na siłę unikała odpowiedzi. Nie rozumiem tego.

Przyglądam się czarnej chmurze, która krąży nad moją głową. Wstrzymuję oddech z nadzieją, że za chwilę zniknie i wszystko wróci do normy. Chociaż kogo ja oszukuję – nigdy nie będzie tak samo, jak myślałem.

Chmura, nazywana przez Elitsę Xaną, zatrzymuje się. Światła powoli gasną, jakby było przygotowanie do czyjejś śmierci. Nastaje chłód, a wyjście zamyka się z hukiem. Czuję na rękach gęsią skórkę i słyszę złowieszczy śmiech kobiety. Co, lub – kto to może być?

Idę kilka kroków do tyłu, po czym zatrzymuje mnie zimna ściana. Świetnie.

Wtem podchodzi do mnie właścicielka przerażającego śmiechu. Pomimo panujących ciemności widzę ją bardzo dobrze. Ma ciemnofioletowe włosy, które zasłaniają część jej bladej twarzy. Usta są pomalowane identycznie. Zielone oczy posiadają pewien blask, jednak nie wiadomo, czy dobry, czy zły. Nieznajoma uśmiecha się do mnie, pokazując śnieżnobiałe zęby. Można powiedzieć, że jest chodzącym ideałem.

Wszystko jednak się zmienia kiedy podchodzi do mnie jeszcze bliżej. Dostrzegam w jej oczach dwa maleńkie, iskrzące się, niebieskie znaczki.

Czyli idealne kobiety istnieją w bajkach oraz stworzone przez chory program. Cudownie.

– Mamy potencjalnego tropiciela – mówi skrzeczący głos, który przyprawie mnie o dreszcze. Wtem na ramieniu nieznajomej pojawia się czarny kruk, który ponownie coś krzyczy, jednak nic z tego nie rozumiem.

– Bądź bardziej uprzejmy, nikomu to jeszcze nie zaszkodziło – odzywa się kobieta do ptaka, głaskając go po dziobie oraz patrząc na mnie z podejrzanie łagodnym uśmiechem. – Witaj, nieznajomy. Nawet nie wiem, jak na imię masz…

– Kim ty do jasnej cholery jesteś i dlaczego gadasz do kruka? – pytam zaskoczony całą sytuacją. Właśnie byłem świadkiem rozmowy człowieka ze zwierzęciem. A to zdarza się jedynie podczas wigilii. Chyba.

– Zważaj na słowa, chłopcze! – krzyczy niezadowolony kruk. Kobieta niezadowolona, prawdopodobnie jego właścicielka zrzuca go z ręki, a ten leci do góry, kracząc niemiłosiernie głośno.

– Nie zwracaj na niego uwagi. Czasami za bardzo się denerwuje. Ostatnio nie idą mu polowania…

– Jakie polowania?

– Na złoczyńców, który usilnie próbują pokonać Xanę. Biedni ludzie – tłumaczy nieznajoma melancholijnym głosem, cmokając po ostatnich słowach. Następnie odwraca się do mnie i mówi dalej. – Jakim trzeba być głupcem, żeby chcieć zniszczyć program, który jest mądrzejszy od samego jest twórcy.

Następuje niezręczna cisza. Kobieta nuci coś pod nosem, co rozchodzi się po pomieszczeniu. Gdyby nie fakt, że prawdopodobnie nie jest prawdziwa, słuchałbym jej głosu do końca swojego życia.

– Moim zadaniem jest dopilnowanie, aby śmiałkowie wrócili na poprawną stronę swojego życia.

– To znaczy? – dopytuję zaciekawiony jak małe dziecko.

– Czyli wrócili do swoich obowiązków. Sprzątali, uczyli się, gotowali, i tak dalej… – po tych słowach nieznajoma odwraca się do mnie. – Widzę ciebie tutaj po raz pierwszy. Nie zgubiłeś się może?

– T… tak. Błądziłem sobie po parku i przypadkowo trafiłem tutaj – kłamię, unikając jej hipnotyzującego wzroku. Przez chwilę czuję, jakby to wszystko było iluzją.

Ona natomiast śmieje się. Mam wrażenie, jakbym miał przed sobą uroczą dziewczynkę, a nie mrożącą krew w żyłach kobietę, która w każdej chwili może zaatakować.

– Nie po to pozbyłam się tego ptaszyska, żebyś teraz kłamał. Naprawdę nie warto – po tych słowach niespodziewanie podchodzi do mnie. Pomiędzy jej twarzą, a moją jest kilka centymetrów.

– Przyszedłem tutaj specjalnie – odpowiadam pod wpływem emocji, jakich na mnie wywiera. Przeraża mnie pod każdym względem.

– Tak czułam – komentuje niezadowolona. W przeciągu sekundy jednak zmienia nastawienie. Uśmiecha się i dodaje – Pozwól, że coś ci opowiem – następnie podaje mi swoją rękę. Nie wiem, co zrobić. Czuję, że od tej chwili każda moja decyzja będzie niosła za sobą fatalne skutki.

Biorę jej dłoń w swoją. Wtem robi się całkiem ciemno. Przez sekundę nic nie mogę zobaczyć, jednak szybko to się zmienia, kiedy patrzę na jej twarz. Wcześniej fioletowe są zastąpione śnieżnobiałymi. W oczach nieznajomej nie ma już pobłysków znaku.

Zastąpił on jej źrenice w całości.

Odskakuję z przerażenia, jednak kobieta szybko mnie uspokaja.

– Nie martw się. To nic poważnego – mówiąc te słowa drugą ręką głaska mnie po prawym policzku. Zupełnie nie wiem, co ja w niej widzę, ale automatycznie nie przeraża mnie ten widok. – To pojawia się w chwili, kiedy postanowisz służyć Xanie.

– Na czym polega ta służba?

Kobieta wdycha niechętnie. W głębi duszy mam nadzieję, że to jakiś głupi sen albo żart. Jeżeli to jednak okaże się prawdą…

– Zacznę liczyć, ile razy usłyszałam to pytanie. Może się przejdziemy?

Zaskakuje mnie to pytanie. Nie wiem, gdzie jestem, z kim rozmawiam, a nieznajoma proponuje spacer. Zastanawiam się nad odpowiedzią. Każde słowo, jakie ja powiem, bądź ona, jest na wagę złota.

Jedynie, na co się zbieram, to kiwnięcie głową. Kobieta uśmiecha się, a następnie idziemy przed siebie.

– Służba w gronie elitarnych łowców i łowczyń Xany przede wszystkim polega na likwidowaniu wrogów na najróżniejsze sposoby. Czy to za pomocą strzały, czy przez nieco brutalniejsze taktyki…

– Na przykład?

– Pożeranie dusz, wnikanie w ciało śmiałka i niszczenie jego organów po kolei…

Po tych słowach przechodzi mnie dreszcz i robi mi się niedobrze. Czy to jest w ogóle możliwe? Po prostu wejść w czyjeś ciało i je niszczyć, niczym narkotyki oraz inne używki? To musi być okropne. Czy na pewno chciałbym to przeżyć?

– Pierwszy atak jest ostrzegawczy. Wtedy Xana oznacza swoje ofiary jakimkolwiek znakiem. Pewnie też masz…

Ukrywam rękę do kieszeni. Liczę, że tego nie zauważy. Przełykam głośno ślinę. Nie mam pojęcia, co ta kobieta ma w sobie. Zarówno chciałbym ją pocałować, jak i uciekać od niej w popłochu, ponieważ wygląda jak psychopatka z prawdziwego zdarzenia.

– Nie masz czego się wstydzić. Znamię na dłoni to nic złego. – po tych słowach kobieta odsłania dekolt, gdzie są ogromne skrzydła. Wyglądają zjawiskowo. Ta dokładność w szczegóły, każde pióro jest dopracowane…

– Czy to ma związek z tym ptaszyskiem? – pytam nieco bardziej pewnie.

– Z Vorsordem*? No pewnie! – odpowiada z entuzjazmem. – Został mi on przydzielony od razu, kiedy się zdecydowałam o dołączeniu. Dosyć się różnimy w poglądach, jednak często mi przynosi najciekawsze informacje ze świata, zarówno ważne, jak i takie zwyczajne plotki.

Kiwam głową, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Może to jednak mi się wszystko śni i za chwilę obudzę się w pokoju? Nic nie wydaje się rzeczywiste.

– To jak? Dołączysz do mnie, Vorsorda i reszty grupy? – pyta mnie znienacka.

Nie odpowiadam. Zapada niezręczna cisza. Nie chcę być sługą jakiegoś dziwnego programu, który powstał z rąk jakiegoś szaleńca. Jak tutaj odpowiedzieć, żeby jeszcze odrobinę pożyć? Myśl Dunbar, musisz coś wymyślić…

– Jeszcze jedno pytanie. – mówię, chcąc mieć jeszcze kilka sekund na zastanowienie się. O ile mi to jakkolwiek uratuje skórę.

– Słucham, jakie? – pyta kobieta.

– Jak cię zwą moja droga?

Nieznajoma patrzy na mnie zaskoczona. Odsuwa się odrobinę ode mnie. Następnie wzdycha głośno i odpowiada:

– Nie mogę ci powiedzieć. Za krótko cie znam, chłopcze. Ale nie martw się. To jest bardzo ważna decyzja. Możliwe, że kiedyś się spotkamy.

Po tych słowach kobieta gwiżdże. Przylatuje ten skrzeczący ptak. Jak on się zwał, Vorsord? To nie jest teraz istotne.

– Czekaj! – krzyczę do niej, jednak daremnie.

– Misja mnie wzywa. Trzymaj się. Do zobaczenia… kiedyś tam…

Kobieta znika, pozostawiając po sobie jedynie kawałek materiału z jej białej sukni. Cały czas mam w głowie jej cudowny głos. Wyobrażam sobie te śliczne, fioletowe oczy, które później zmieniły się w dwa znaki ciskające piorunami. Dobrze, że nie było tego paskudnego ptaka, tylko by przeszkadzał. A tak to mogłem pobyć tę krótką chwilę z nią. Sam na sam. A teraz? Jestem samotnością twarzą w twarz.

Mogłem jednak powiedzieć, że chcę zostać, byleby widzieć ją codziennie…

– William! Załatwione – krzyczy ktoś z końca fabryki. Pomimo mojej wiecznej ciekawości do wszystkiego, tym razem nie odwracam się, aby zobaczyć, kto to. Czuję pustkę po nieznajomej kobiecie, która urzekła mnie pod każdym aspektem. Pomimo, że napawała mnie strachem, to jednak chcę być obok niej. Po prostu.

– Wszystko dobrze? – pyta ktoś zdecydowanie z bliska. Unoszę głowę. To Elitsa. Kiwam jedynie przecząco głową, cały czas trzymając materiał z sukienki.

– Była taka pewna kobieta. Wyjątkowo urodziwa…

– Skąd? Nie słyszałam, żeby ktokolwiek nas śledził – przerywa zaskoczona dziewczyna.

– Rozmawiałem z nią o różnych rzeczach.

– Jakich?

Unoszę głową i zmuszając się na maleńki uśmiech, odpowiadam:

– Pozostaje to moją tajemnicą. Nie musisz wszystkiego wiedzieć.

– Widać, że moja szkoła – odpowiada złośliwie Elitsa, wymierzając mi kuksańca w prawe ramię. – Wracamy do Kadic? Tak się martwiłeś, że będą nasz szukać i będzie niepotrzebna zadyma…

– Czepiasz się trochę, ale masz rację. Pora wracać – odpowiadam, a następnie wstaję. Pamiątkę po nieznanej mi kobiecie chowam do prawej kieszeni kurtki.

– Rozmawiałeś z Laurą?

– Niby kiedy miałem to zrobić? Wybuchła sala od chemii, zabrałaś mnie do fabryki, a teraz nie wiem, która jest godzina.

Elitsa unosi brwi zaskoczona. Czyżbym ją po raz pierwszy zaskoczył?

– No dobrze, faktycznie takiego obrotu sprawy nie przewidziałam. Ale chociaż wiesz, od czego zaczniesz swoje wytłumaczenie?

– Można tak powiedzieć – kłamię. Tak naprawdę niczego dokładnie nie przemyślałem.

– To co wymyśliłeś?

– Po co ci to wiedzieć? To moja sprawa pomiędzy mną, a Laurą – odpowiadam lekko zirytowany jej ciekawością do prywatnych spraw.

– Tylko zapytałam. To nie jest powód, żeby od razu się wściekać. Wyluzuj.

Po tych słowach zapada niezręczna cisza. Wtem przypominam sobie sytuację z pociągu, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że zaprzyjaźnię się z Elitsą. Te dwa znaki Xany w jej oczach.

– Muszę ci coś ważnego powiedzieć. A tak właściwie, to cię zapytać – mówię lekko zdenerwowany reakcją.

Elitsa patrzy na mnie z pełną powagą. Traktuje to co mówię, poważnie. To dobrze.

– Kiedy zapytałaś mnie o wolne miejsce w pociągu, przez kilka sekund widziałem w twoich oczach dwa znaki Xany. Później nagle pytałaś, kiedy jest najbliższa stacja. Na sam koniec zniknęłaś. Co się wtedy stało? I co najważniejsze, czy no… te znaki.. ja je sobie tylko ubzdurałem?

Nagle Elitsa zatrzymuje się. Następnie dłońmi zakrywa dłoń i usta, jednak wybałuszone oczy zdradzają, że jest zaskoczona tym, co usłyszałem. Chyba powiedzenie tego w tej sytuacji nie było dobrym pomysłem.

Kiedy chcę zapytać, czy wszystko jest w porządku, Elitsa mnie uprzedza.

– Wszystko dobrze? – następnie dotyka wierzchem prawej dłoni mojego czoła – Hm… nie masz gorączki. O co tutaj chodzi… – mówi sama do siebie, po czym przyśpiesza kroku w kierunku szkoły.

– Poczekaj! – krzyczę, jednak ona nie słucha i idzie dalej. Zaczynam ją gonić.

Doganiam ją przy wejściu do szkoły. Podbiegam do niej, łapię za ramię i odwracam do siebie. Jednak Elitsa jako pierwsza wyskakuje z pytaniem.

– Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?!

– Nie wiedziałem, że to może mieć jakiekolwiek znaczenie w przyszłości. A teraz mi powiedz, tu i teraz. Co się stało, że tak się przeraziłaś moją informacją?

Elitsa strąca moją rękę i trzyma mnie za ramiona. Nie ma z tym problemu, bo jesteśmy podobnego wzrostu. Następnie bierze głęboki wdech i spokojnie odpowiada.

– William, to nie byłam ja. Nie jechałam wtedy pociągiem.

* Vorsord – łowca (tł. z ormiańskiego)

Autorka: Azize

Rozdział ósmy

Tvorchi – Heart of Steel

———————————————

ELITSA

Kiedy William nagle się do mnie przytula, czuję ogromną radość. Mało kto w dzisiejszych czasach tak reaguje na pomoc. Całkiem to urocze, nie powiem.

Ale to nie zmienia faktu, że totalnie zepsuł sprawę. Mógłby się przyznać, na pewno byłoby lepiej, jak teraz. No ale nie jest wszystko stracone. Mam taką nadzieję.

– Próbowałeś chociaż ją naprowadzić do prawdy?

– No… tak jakby, ale bez skutku – odpowiada Dunbar lekko zawiedziony.

Niedobrze. Mogła się szybko zorientować. Wręcz wszelkim stereotypom dotyczącym blondynek, Laura jest bardzo inteligentna i bystra, jak na swój wiek. Wiele razy słyszałam, że marzy o tym, aby jak najszybciej uczyć się w specjalnej szkole dla geniuszy, jednak trafiła tutaj. Xana ją do tego zmusił. Chyba, że nie jest tego wszystkiego świadoma…

– Powiedz jej prawdę. Prosto z mostu – odpowiadam po chwili. Kiedy William chce coś powiedzieć, nakazuję mu ręką na razie się nie odzywać. – Nic innego nie można zrobić. To jest najlepsze rozwiązanie. Bardziej doceni to, że sam jej to powiedziałeś.

– Myślisz?

– Ja to wiem. Jeżeli dowiedziałaby się od jakiegoś przypadkowego ucznia, to miałbyś totalnie przerąbane.

– No dobra. Tylko jak jej powiedzieć to delikatnie? – pyta Dunbar. Nie chcę tego mówić, jednak nic innego nie przychodzi mi do głowy.

– Musisz sam to zaplanować. Ja tego za ciebie nie powiem.

Tak, Elitsa Senel jako najlepszy doradca w całym Kadic. Coś niemożliwego. Kiepski ze mnie doradca praktycznie pod każdym względem.

Nie patrząc na Williama, wychodzę z gabinetu, pozostawiając go z tymi słowami. Nie czuję się dobrze z tym, ale on musi sam zadecydować, co chce zrobić W końcu nie ma pięciu lat. Przynajmniej na papierach.

Wracam do pokoju. Po drodze zastanawiam się, czy moja prośba była dobrym pomysłem. Wiadomo – w grupie siła. Jednak nadal nie jestem przekonana, czy Dunbar potraktował to całkowicie poważnie. Wyglądał na niezbyt przejętego tym wszystkim i zaoferował swoją pomoc praktycznie z litości. Mogę się mylić, na co bardzo liczę.

Otwieram drzwi, a następnie rzucam plecak na łóżko. Zamykam się na klucz. Nie lubię, jak ktoś coś ode mnie chce w środku nocy. Albo mi to przeszkadza w pracowaniu, albo w spaniu. A nawet w jednym i drugim.

Siadam zrezygnowana dzisiejszym dniem. Zupełnie nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Po raz kolejny nie zaliczyłam chemii, a luty zbliża się wielkimi krokami. Próbowałam już chyba wszystkiego – ściąg, próśb i nieprzespanych nocy przez uczenie się. Nadal nic, nie jestem stworzona do tego przedmiotu.

Przecieram oczy, zupełnie zapominając o tym, że jeszcze nie zmyłam makijażu. Cholera jasna i jasna cholera!

Z początku wstaję, chcąc sięgnąć płatki kosmetyczne i płyn do demakijażu, jednak wybieram piżamę. Szybko się przebieram, a następnie zrzucam plecak na podłogę i idę spać. Zdecydowanie za dużo się ostatnio dzieje. Jak to mawiają, z problemami trzeba się czasami przespać, żeby móc cokolwiek zrobić następnego dnia.

Byłam w swoim domu i nie chodzi mi o Kadic. Rodzinny dom – najpiękniejsza rzecz na całym świecie. Mnóstwo ciepła, manier i życiowych porad czerpiemy właśnie tutaj.

– Elitsa, obudź się wreszcie! Jak ty chcesz się dzisiaj uczyć w szkole? – usłyszałam znajomy głos. Moja matka, Aynur Senel. Jest ona zgrabną kobietą średniego wzrostu. Ma śniadą karnację i ciemne, brązowe oczy. Nie była zadowolona, że się nie wyspałam.

– Tak jak zawsze. Połowę prześpi, połowę zapamięta – wtrąca się Ferman, mój ojciec. To po nim odziedziczyłam większość cech. Jest wysoki i szczupły, a jego zielone oczy czasami przerażają nie jedną osobę. Patrzył na mnie zarówno z politowaniem, jak i żartem.

– Dokładnie – skomentowałam jedynie wypowiedź taty, a następnie dalej pogrążyłam się w śnie.

Rozlega się ten okropny dźwięk, który za każdym razem zmusza mnie do wstawania. Mianowicie budzik. Najgorszy wynalazek, jaki mogła wymyślić ludzka rasa.

– Ja pierdole… – klnę pod nosem, a następnie niechętnie wychodzę z łóżka i wyłączam budzik. Nie spoglądam na lustro, bo wiem, że wyglądam jak siedem nieszczęść w niezmytym makijażu. Znowu.

Nieco bardziej kumata patrzę na zegarek. Za pięć minut będzie śniadanie. Świetnie.

W tym czasie udało mi się jedynie wyczyścić pozostałości kosmetyków z mojej twarzy, żeby chociaż sprawiać pozory, że wszystko jest ze mną w porządku. Nie zwracam uwagi na to, że aktualnie jestem w piżamie i idę na śniadanie.

Jestem w szkolnej stołówce. Miejscu, gdzie sprawiamy wrażenie, że jedzenie jest bardzo dobre i jesteśmy gotowi na kolejny dzień tortur. Jest tutaj zawsze głośno, ja to bywa przy śniadaniach.

Kiedy wchodzę do środka, nagle wszystkie głosy cichną. Ludzie patrzą na mnie zaskoczeni. Czy to jakaś nowość, że przychodzę jako jedna z ostatnich osób na śniadanie? – No co? Najpiękniejsza jestem o poranku – komentuję, poprawiając w miarę zgrabnie włosy. Następnie podchodzę do niewielkiej kolejki. Wtedy wszyscy wracają do rozmów. Na szczęście.

– Jesteś przeziębiona? – pyta Rosa, szkolna kucharka. Jest ona tęgą kobietą z oliwkową cerą. Na nosie ma okulary z różowymi oprawkami, a siwe loki układają się dookoła jej głowy. Mimo, że wygląda na uroczą babcię, to prawda jest nieco inna.

– Nie pomalowałam się – odpowiadam od niechcenia, biorąc tacę do ręki.

– Jak to? Przecież widzę, że jesteś bez makijażu.

Nie odpowiadam, powstrzymując się od uderzenia otwartą dłonią w czoło. Ja rozumiem, że jest godzina siódma, ale bez przesady – nie każdy jest do tego stopnia nieogarnięty z rana.

Biorę tacę, dziękując skinieniem głowy, a następnie wzrokiem szukam Williama, bądź Laury. Nie zdziwię się, jeżeli będą siedzieć razem. Oczywiście nie pomyliłam się.

Zauważam ich przy jednym z ostatnich stolików. Laura żywiołowo o czymś odpowiada, a William jej jedynie przytakuje. Dosyć śmiesznie to wygląda.

Bez zapytania siadam naprzeciwko ich i pytam:

– O czym wy tak natrętnie dyskutujecie?

– Właściwie… to o niczym – odpowiada William, drapiąc się po głowie. Unoszę brwi w udawanym zaskoczeniu.

– Widziałam, że rozmawialiście. Nie pobiję was, jak mi nie powiecie, ale jednak chciałabym wiedzieć. Wspólny wasz temat to jakiś sukces….

– Hej, hej – wtrąca się Laura. – Da się znaleźć wspólny temat. Trzeba tylko chcieć.

Unoszę brwi w udawanym zaskoczeniu, patrząc na tę dwójkę. Dunbar jeszcze nic nie powiedział. W sumie, o poranku takie informacje mogą totalnie zepsuć dzień.

Z niechęcią zaczynam jeść śniadanie. Kilka razy ziewam, odgarniając włosy od jedzenia. Z całym szacunkiem do Rose, ale czasami gotuje fatalnie. Do tego prawdopodobnie nie zatrudnią kolejnej osoby do pomocy, bo ona uważa, że radzi sobie doskonale i uczniowie kochają jej potrawy. Szkoda, że trochę to mija się z prawdą, ale nieważne.

– Ile ty dzisiaj spałaś? – pyta William. Wzruszam ramionami, po czym odpowiadam:

– Nie wiem, ale za mało.

– Dla ciebie nawet cała doba spania to za mało – wtrąca Laura z wrednym uśmiechem. Nic nie mówię, jedynie jem do końca, a następnie wstaję z pustą tacą i mówię:

– Za piętnaście minut zaczynamy lekcje. Muszę chociaż trochę ogarnąć swój wygląd – następnie odkładam tacę, kierując się do swojego pokoju. – Chociaż najchętniej bym chodziła w piżamie całymi dniami – dodaję w myślach.

– Naprawdę tego nie wiedziałaś? – pyta zaskoczony Dunbar.

– Nie wyglądam na Alberta Einsteina, ani nim nie jestem – odpowiadam krótko, kończąc temat poprzedniej lekcji, czyli chemii. Oczywiście Hertz wzięła mnie na odpytanie bo przecież wcale średnia moich ocen nie jest równa mojego wzrostu.

– Każdy to właściwie wie. Można to nazywać „klasykiem chemicznym” – komentuje William, nadal wspominając o tej feralnej lekcji.

– Te, panie chemik. Lepiej ciesz się, że to nie ty byłeś odpytywany.

– No dobrze, dobrze – na te słowa William unosi ręce w geście poddania się. Wzdycham głośno. Naprawdę wybrałam go na swojego pomocnika do pokonania Xany? Dalej w to nie wierzę. Nawet Poliakoff by się bardziej nadawał.

Nagle zauważam Laurę, która siedzi na ławce, czytając w skupieniu jakąś książkę. Niemożliwe, zawsze siedzi z nosem w tablecie. Skąd ta nagła zmiana?

– Dawaj, masz szansę – mówię, szturchając Dunbara.

– Tak teraz? – pyta naiwnie.

– Nie, wczoraj. Idziesz, będzie dobrze – odpowiadam, po czym pcham go kilka kroków do przodu. Odwraca się. Ja jedynie mu pokazuję kciuki w górze jak oznakę wsparcia, a następnie idę przed siebie, nie zwracając częściowo na niego uwagi.

Widzę, jak podchodzi do Laury. Siada obok niej, ona uśmiecha się i zaczynają rozmawiać. Nic nie słyszę, będąc tak daleko od nich. Jednak nie mogę bliżej, żeby nie zorientowała się, że to ja namówiłam Williama, aby wyznał jej prawdę.

Zauważam, że Laura jest zaskoczona. Chwilę później zmienia to się w smutek. Zakrywa twarz obiema dłońmi. Siedzą w milczeniu przez chwilę, po czym rozmawiają dalej. Jednak nie wyglądają, jakby nic nie stało. Dunbara trapi to, że tak okłamał, a Laurę – dosyć bolesna prawda. Niedobrze.

Dzwoni dzwonek. Czas na następne lekcje. Oni kończą rozmowę w ponurych nastrojach, a ja idę dalej, jakbym niczego nie słyszała i widziała.

Wtem słyszę dziwny dźwięk dochodzący z Sali chemicznej. Odwracam się, jednak niczego podejrzanego nie zauważam. William patrzy na mnie dziwnie, jednak nie odpowiadam, żeby zaspokoić jego ciekawość. Chyba wymyśliłam sobie ten dźwięk.

Nagle słyszę go po raz kolejny. Intuicja mówi, że będą kłopoty.

Biorę Dunbara za rękaw i ciągnę kilka metrów dalej od gabinetu chemicznego. Wtedy zaczyna się przedstawienie.

Trwa wybuch. Niepewnie zaglądam za siebie. Nic się nie dzieje poza tym, że sala jest zasypana gruzem. Kolejne ściany i kolumny stoją na swoim miejscu. Dziwne. Chociaż… nie. To jest niemożliwe.

– Za pięć minut widzimy się przy przejściu. Znajdź sobie jakąś broń – mówię do Williama, który wzrokiem kogoś szuka. Pewnie Laury.

– Ale, co z…

– Bez dyskusji. Jest za duży jazgot, nie znajdziesz jej – przerywam mu, a następnie znikam w tłumie przerażonych uczniów i nauczycieli.

Mija pięć minut. Czekam z niecierpliwością, obracając w ręce jeden z dwóch sztyletów, jakie ze sobą zabrałam. Gdzie on może być? Rozumiem, że zdobycie broni może być trudne, ale bez przesady – może to być nawet miotła. Chociaż… nie. Lepiej, jak to będzie faktycznie coś innego.

– Elitsa, po jaką cholerę my tutaj idziemy?! – pyta zdenerwowany William. – W szkole dzieje się ewakuacja, a ty po prostu uciekasz jakby nic się nie stało?!

– Uspokój się, prawdopodobnie wiem, dlaczego sala od chemii wybuchła.

– Ale… jak? Minęło kilka minut od tego zdarzenia.

– Po drodze ci wytłumaczę. Znalazłeś jakąś broń? – pytam. William pokazuje mi pistolet. Przez kilka sekund zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Jak on to zdobył?

– Skąd… ty… to… – próbuję zapytać, jednak nie mogę wyjść z podziwu.

– Uwierz lub nie, ale była ona w szkolnej stołówce, jakby specjalnie czekała na mnie – odpowiada dumny z siebie chłopak, po czym rzuca lekko w powietrze broń i szybko ją łapie w rękę. Przyznaję – odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Mimo, że historia jest nieco dziwna.

– Dobra, nie traćmy czasu – mówię, po czym otwieram klapę i upuszczam z dosyć głośnym hukiem, jednak nie zwracam na to szczególnej uwagi. Wszyscy są skupieni na zniszczonym gabinecie.

Schodzę na dół, a William na mną, dyskretnie zamykając przejście.

Jesteśmy w połowie drogi do fabryki. Dunbar jest skrzywiony i niezadowolony z zapachu, jaki tutaj panuje. Co mu się dziwić – rzadko kto postanawia za przejście do fabryki, gdzie znajduje się superkomputer z groźnym programem wybrać kanały.

– Przyzwyczaisz się. Będziemy tędy iść praktycznie codziennie – odpowiadam ze śmiechem, patrząc na Williama, któremu niekoniecznie jest do śmiechu.

– Nie powinniśmy tak nagle się zrywać. Z pewnością teraz szukają wszystkich uczniów i liczą, czy są wszyscy.

A ten znowu swoje. Mam nadzieję, że później zrozumie, że nie powinien się zamartwiać takimi pierdołami.

– Nie przesadzaj.

– Dobra, lepiej mi powiedz, kto mógł to zrobić – przerywa William, zmieniając temat. Doskonale – w końcu będę mogła komuś powiedzieć o swoich podejrzeniach.

– Nasz wspólny wróg, Xana.

– Dlaczego? – pyta nieco zaskoczony.

– Kiedy sala wybuchła, żadna ściana ani filar nie zawalił się. A powinien, bo to jest konstrukcja szkieletowa.

– Skąd…

– Daj mi skończyć – przerywam mu pytanie. – Poza tym, nikogo tam nie było. Gdyby zrobiła to jakaś osoba, to z pewnością w celu zabicia kogoś. Xana prawdopodobnie chciał nas wszystkich nastraszyć. Pokazać, że jesteśmy zbyt słabi, aby go pokonać.

– Niekoniecznie ktoś musiał zginąć. Równie dobrze mogłaby być wina złego ustawienia ścian, czy coś w ten deseń.

– Gdyby tak się stało, to ta szkoła zapadłaby się kilkanaście lat temu, jednak nadal stoi.

Trwa cisza. Idziemy w zupełnym milczeniu do fabryki. Wtedy William niespodziewanie się odzywa.

– Dlaczego chcesz zniszczyć Xanę?

Nie odpowiadam. Właściwie, to nawet sama nie wiem, dlaczego zależy mi na pokonaniu tego wirusa. Odkryłam go jakiś czas temu i jedynie, co robię, to szukam sposobu na zniszczenie go. Ale czemu?

– Nie mam pojęcia – odpowiadam, zastanawiając się nad celem tej zabawy.

Wtem słyszę przerażający ryk. Czyli się nie pomyliłam.

Xana zaatakował szkołę i teraz czyha na każdego, kto zbliży się na teren fabryki.

– Słuchaj teraz uważnie. Widzisz tę czarną chmurę? – mówię do Williama, wskazując na cel. On kiwa głową.

– Za chwilę przekształci się w jakąś osobę. Nie możesz dopuścić, aby trafił do windy. Zrozumiałeś?

– T… tak – odpowiada niepewnie.

– Daj mi kilka minut i będzie po wszystkim. Strzelaj rzucaj, czym popadnie. Widzimy się później. Uważaj, żeby ciebie nie dopadł.

– Dlaczego? – pyta William, jednak ja nie odpowiadam i biegnę w kierunku windy.

Autorka: Azize

Rozdział siódmy

Cinnamon War – Tell Me Now

—————————————

WILLIAM

Przed oczami cały czas mam obraz ciemnej chmury, która okazała się najgorszym koszmarem. Ostatnie milimetry, jakie mnie od niej dzieliły, zanim mnie zaatakowała. Nie wiem, czy bardziej mnie to przeraziło, czy bawiło. Zaatakowała mnie chmura w fabryce… bardziej komicznej sytuacji chyba nie można wymyślić.

Kiedy się budzę, widzę jedynie biały sufit. Od razu rozglądam się na boki. Jestem w gabinecie pielęgniarskim. Tylko skąd się tutaj wziąłem? Różnica między przejściem do fabryki, a Kadic jest dosyć spora. Czyżby Elitsę sięgnęły wyrzuty sumienia i mnie tutaj przytargała? Albo wszystko sobie wyobraziłem i tak naprawdę nie było żadnej fabryki i latających noży.

Przy oknie siedzi Elitsa. O wilku mowa. Siedzi na parapecie wpatrzona w kartkę.

– I po co za mną szedłeś? Mówiłam, że to się źle skończy – mówi, nie patrząc na mnie.

– Bez przesady. Nic się nie stało – odpowiadam całkowicie nieprzejęty.

– Jedno pytanie – po tych słowach Elitsa wstaje i podchodzi bliżej. – Pamiętasz coś?

– Szczerze? Był jakiś czarny kłąb dymu, który jakimś cudem prze ze mnie przeleciał. Więcej nie pamiętam – tłumaczę, przypominając sobie o latającym nożu – A, jeszcze świst noża, który o mało co nie przedziurawił mi ucha. Wyjaśnij mi to.

Elitsa wzdycha głośno, po czym kilka sekund spogląda za okno zaczyna wyjaśniać całą sytuację, nie patrząc na mnie.

– Z tym nożem to faktycznie przesadziłam. Ale musiałam jakoś ci wyjaśnić, żebyś za mną nie szedł dalej. Specjalnie rzuciłam tak blisko. Miałeś się wystraszyć…

– Co ci się po części udało. Od kiedy masz takiego dobrego cela?

– Wytrenowałam go sobie od mniej więcej roku. Właśnie w fabryce. Tam jest największy spokój i najmniejsza szansa, że ktoś dostanie nożem po łapach.

– Nie rozumiem czegoś – komentuję. Na te słowa Elitsa patrzy na mnie z miną, żebym kontynuował. Jest bardzo ciekawska, czasami nawet za bardzo. – Skoro tak dobrze rzucasz no… wiadomo czym, to dlaczego nie pokazujesz tego na zajęciach?

– Po prostu mi się nie chce. Niech ludzie myślą, że jestem kiepska z rzutów dyskiem, grania w siatkówkę, czy chociażby zwykłego biegania. Wykreowali mnie taką.

Trwa cisza. Zupełnie nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Nie sądziłem, że zakoleguję się z osobą, które w szkole udaje leniwą ofermę, a w rzeczywistości jest ambitna i doskonale trafia w swój cel.

– Dlaczego zostałeś wyrzucony ze szkoły? – pyta Elitsa dość ostrym głosem. Zupełnie, jakby to nie ona się odezwała.

– Po co ci to wiedzieć?

– To jest bardzo ważne.

– Skończ tę nudną dyskusję i opowiedz, co się tutaj dzieje – odpowiadam stanowczo. Dziewczyna milczy, zaciskając kciuki. Usta zaciska w wąską linię, jakby się zastanawiała, jak wybrnąć z tej całej sytuacji. Ma bardzo słabe argumenty.

– W szkole grasuje Xana. To ta „czarna chmura”. Każdego, kogo zaatakuje, oznacza w postaci kształtu w kolorze takim, jakie mają blizny. Pokaż mi lewą rękę.

Sam spoglądam na swoją dłoń i zauważam znak w kształcie zodiakalnych bliźniąt. Z początku się przerażam, jednak bardziej zastanawia mnie fakt, dlaczego akurat ten znak i na nadgarstku, a nie na przykład na przedramieniu.

– Widzisz? Tak Xana oznaczył ciebie. Ja mam coś takiego – tłumaczy, po czym unosi część włosów do góry, pokazując znamię na szyi. Wygięty łuk.

– Myślałem, że będziesz miała noże, skoro to jest twoja broń – mówię z lekkim uśmiechem na twarzy dla rozładowania nerwowej atmosfery. Bezskutecznie, Elitsa nadal ma grobową minę.

– Sama nie wiem, dlaczego dostałam łuk. Prawdopodobnie długo się nie dowiem.

Siadam na łóżku i patrząc na nią, proszę ją o jedną rzecz, która mnie interesuje.

– Opowiedz mi o Xanie wszystko, co wiesz.

– W zasadzie, to niewiele. Jest to groźny wirus, który powstał w fabryce. Nie wiadomo, kto go stworzył i w jakim celu. Wiem jedno. On chce przejąć władzę nad światem.

Nie odpowiadam. Chciałem tylko ukończyć szkołę, a zamiast tego dowiaduję się, że jakiś nieznany program chce wybić połowę świata i rządzić jego resztą.

– Czy to wszystko? – pytam nieśmiało, oszołomiony całą sytuacją.

– Na razie tak. Teraz to ja mam do ciebie pytanie, na które możesz odpowiedzieć, kiedy tylko zechcesz.

Unoszę brwi z zapytaniem. Zupełnie nie wiem, czego mam się spodziewać.

– Czy pomożesz mi pokonać Xanę?

Wtem do sali wchodzi szkolna pielęgniarka, Yolanda Perraudin. Jest szczupłą kobietą średniego wzrostu. Ma krótkie blond włosy, ścięte na pazia. Jej uszy zdobią okrągłe kolczyki w kolorze niebieskim. Ubrana jest w fioletową bluzkę i czarną spódnicę do kolan. Ramiona są zasłonięte białym fartuchem z kieszenią na lewej stronie, w której znajdują się dwa długopisy. Na widok Elitsy marszczy brwi i pyta:

– Nie powinnaś być na lekcjach? Jest pięć minut po dzwonku.

Dziewczyna po tej wiadomości jest zaskoczona, jednak sprytnie to maskuje. Nie zwróciłem wcześniej na to uwagi, jak doskonale potrafi ukrywać uczucia.

– Faktycznie. To ja już idę – odpowiada, po czym odwraca się w moim kierunku i szepcze – Zastanów się nad tym.

Następnie wybiega z gabinetu. Jeszcze przez chwilę patrzę na pół-otwarte drzwi, które delikatnie poruszają się w jedną i drugą stronę, niczym wahadło odliczające ostatnie sekundy. Nie wiem co myśleć o tym wszystkim. To, co powiedziała Elitsa, brzmi bardziej jak doskonała fabuła do filmu science-fiction, a nie rzeczywistość. Chociaż… kto by wybudował ogromny internat na pograniczu Paryża z innymi miastami? Mało kto by się na coś takiego odważył. Może mieć rację.

– Jak się czujesz? – pyta Yolanda, wytrącając mnie z zamyślenia.

– Dobrze – odpowiadam z uśmiechem.

– Jeżeli wszystko będzie w porządku, to jutro będziesz mógł wrócić na lekcje. Na razie zostań i trochę odpocznij. Ponoć porządnie uderzyłeś się w głowę… – mówi pielęgniarka, zapisując coś w notesie. Nie odpowiadam, jedynie patrząc przez okno na gałąź, która kołysze się z ruchem wiatru.

Wtem coś mi zaczyna nie pasować. Wczoraj był deszczowy dzień… chyba.

– Jaki jest dzisiaj dzień? – pytam z nienacka pielęgniarkę.

– Środa.

– Chodzi mi o dzień miesiąca.

– No tak – komentuje Yolanda, śmiejąc się cicho – Trzydziesty listopada.

Siedzę i patrzę na nią, jakbym właśnie zobaczył ducha. Jak to możliwe? Przecież dopiero co był pierwszy tydzień listopada. Zaraz… to ile ja w takim razie spałem?

Na razie nic nie mogę zrobić. Pozostaje mi jedynie leżeć i czekać do następnego dnia, z nadzieją, że będę się mógł wszystkiego dokładnie dowiedzieć. Kładę się na drugi bok i przymykam oczy.

Obudziłem się w ciemnym pomieszczeniu. Widziałem jedynie swoje odbicie w ogromnym lustrze, które zapełniało jedną z czterech ścian. Szybko wstałem i podszedłem bliżej. Miałem wrażenie, że tam jest ktoś inny. Uniosłem lewą dłoń do góry. Zauważyłem znak bliźniąt, który przyjął czarny kolor. Przyglądałem się przez jakiś czas. Czułem, jakby coś się w tym znaku zmieniło. Tylko nie wiem, co konkretnie.

Kiedy ponownie chciałem spojrzeć na siebie, lustra już nie było. Jedynie kolejna pusta ściana. Wtem poczułem drętwienie w lewej ręce. To, co zobaczyłem, totalnie mnie zbiło z tropu.

Znak zaczął dziwnie pulsować i delikatnie zmieniać kolor na brązowy. Wtedy zaczęła się prawdziwa jazda bez trzymanki.

Pojawiła się czarna chmura. Xana. Właśnie był przede mną ten dziwny program, który chce zawładnąć nad światem będąc pod postacią kłębu dymu.

Wstrzymałem oddech z przerażenia. Xana przyglądał mi się w milczeniu. Następnie powiedział głosem, który przyprawiał mnie o dreszcze.

– Ciesz się życiem. Póki możesz.

Po tych słowach pojawiła się oślepiająca biel.

– William? – pyta ktoś cicho. Otwieram oczy i odwracam się z ciekawości, kto to może być. Nie mogę uwierzyć, kto mnie właśnie uwierzyć.

Laura Gauthier. Dokładnie ta sama dziewczyna, która pracowała nad zadaniami z fizyki kwantowej w bibliotece.

Uśmiecham się do niej, jednak ona tego nie odwzajemnia. Trochę szkoda. Jeszcze nie miałem okazji widzieć ją uśmiechniętą.

– Coś się stało?

– Nie, nie – odpowiada. – Chciałam tylko wiedzieć, jak się czujesz po… tym wszystkim. – dodaje po chwili.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Po tym wszystkim? Czy coś jeszcze przegapiłem poza zobaczeniem fabryki i rzekomo Xany?

– Wszystko w najlepszym porządku. Jutro wracam normalnie na lekcje – kłamię, nie chcąc jej specjalnie martwić. Możliwe, że nic nie wie o Xanie. Może będzie lepiej dla niej. Jak to możliwe, że ona jest kuzynką Elitsy? W ogóle nie są do siebie podobne. Laura najpierw myśli, a potem coś robi. Z kolei Elitsa robi dokładnie na odwrót. A może tak mówią, bo do tego stopnia się lubią? Sam nie wiem.

– To dobrze. Przyniosłam ci coś. Mówiłeś, że lubisz fizykę kwantową….

O cholera, zapomniałem o tym całkowicie. Spokojnie, jakoś z tego wybrniesz.

– Trzymaj. Wczoraj skończyłam robić wszystkie zadania. Tobie się przyda – kontynuuje z uśmiechem na twarzy. Szczerym, żadnym wymuszanym. Chyba warto było trochę przekłamać swoją historię dla tej pięknej chwili, kiedy widzę, jak się uśmiecha. Kiedy nie siedzi z nosem w podręcznikach i swoim tablecie, skupiona nad czymś bardzo ważnym.

Dunbar, nie zachwycaj się teraz. Musisz jakoś załagodzić tę sytuację.

– Dziękuję, ale naprawdę nie trzeba – odpowiadam zmieszany, cały czas trzymając książkę w ręce. Błagam, niech się nie zasmuci przez to.

– Oj tam, trzeba trzeba. Odświeżysz sobie szare komórki – nalega Laura. Nie mogę jej zrobić przykrości.

– Więc… naprawdę dzięki. Jeszcze dzisiaj zajrzę do niej – mówię, nie wierząc w samego siebie. Miałem delikatnie powiedzieć, że to bzdura, a zamiast tego dolałem oliwy do ognia. Cudownie.

– Bardzo ci polecam. W razie czego mam jeszcze drugą część, ale na razie sama jej nie skończyłam….

– Przeczytaj ją na spokojnie nawet i pięć razy. Mną się nie martw.

– Urocze to było. Dobra, ja muszę już iść. Jutro mam klasówkę z matematyki i muszę udowodnić temu Belpois, że jestem od niego lepsza…

– Kto to jest Belpois? – pytam, słysząc nieznane mi słowo. Znaczy, nazwisko. Nieważne.

– Nie znasz?! – krzyczy zaskoczona Laura, wybałuszając oczy. – Ah tak, uczysz się od niedawna – dodaje, pouczając samą siebie. Nawet nie musiałem nic mówić. Bystra jest.

– Jeremie Belpois to jeden z najmądrzejszych uczniów w Kadic. Ze wszystkiego ma szóstki, a sprawdziany kończy pisać w pięć minut, bez żadnych ściąg, poza tymi, jakie ma w głowie – opowiada, a wsłuchuję się nadzwyczaj dokładnie.

– Czyli chcesz mu utrzeć nosa? Dobrze rozumiem?

– Mniej więcej. Chcę mu pokazać, że nie zawsze będzie ze wszystkiego najlepszy.

Te słowa mnie lekko przerażają. Jak można mieć takie ambicje? Wiadomo, każdy ma zupełnie inne, ale… nieźle. Ja bym tak nie potrafił. Szybko bym sobie odpuścił i poszedł spać. Czyni to Laurę jeszcze bardziej tajemniczą. Przynajmniej dla mnie.

– Powodzenia. Na pewno ci się uda – odpowiadam z uśmiechem, dodając jej otuchy. Chyba mało kto jej prawi komplementy lub wspiera psychicznie. Dziwne.

– Dzięki. Jutro ci powiem, jak mi poszło.

– Ale…

– Chodzisz z moją kuzynką do klasy. Znam wasz plan na pamięć – przerywa Laura, ponownie uśmiechając się całkowicie niewinnie. Ona jest zarówno urocza, jak i przerażająca.

Laura wstaje i powoli wychodzi. Kiedy staje przy drzwiach, ostatni raz na mnie spogląda, a następnie znika tak szybko, jak się pojawiła.

Dunbar, coś ty najlepszego narobił, durniu jeden.

Spoglądam na okładkę opasłego tomiska, jakie dostałem. Nie zachęca mnie to nawet do otwarcia książki na tytułową stronę. Mnóstwo niebieskich wzorów, układających się w pionowe linie na czarnym tle. Nie ma opcji, że to ruszę. Teraz mam ważniejszy problem.

Jak mam teraz wytłumaczyć Laurze, że nie interesuję się tą fizyką kwa-coś tam?

Siedzę na łóżku, patrząc ślepo w sufit. Stukam palcami o materac, próbując cokolwiek wymyślić. Zdaję sobie sprawę, że to nie będzie takie proste.

Mijają kolejne godziny, a ja nadal nic nie wymyśliłem. Nie wierzę, że wpakowałem się w takie gówno. Do tego prawdopodobnie kiedyś byłem zakochany właśnie w Laurze. I chyba jestem nadal. Nie mogłem przestać patrzeć na jej roześmiane, niebieskie oczy i uśmiech, do którego się przyczyniłem.

Wtem do gabinetu ktoś przychodzi. No błagam, czy nawet na chwilę nie można mieć spokoju? To już trzecia osoba, która mnie odwiedza. Nie sądziłem, że będzie aż takie zainteresowanie.

– Zdecydowałeś? – pada krótkie pytanie. Odwracam się. Znowu Elitsa.

– Uparta jesteś.

– Nie, po prostu chce co nie co wiedzieć. To nie jest żadna zbrodnia – broni się dziewczyna, podchodząc do mnie. – Zrozum, że zabawa z Xaną jest niebezpieczna.

– Już to powtarzałaś. Pomogę ci. – odpowiadam, odrzucając myśli dotyczące Laury.

– Coś znowu zrobił, że jesteś taki zadręczony?

Patrzę na Elitsę, która stoi, opierając się jedynie o ramę łóżka. Czeka na moją odpowiedź. Nie wiem, czy jej to powiedzieć, czy sobie darować.

Czuję, że muszę komuś się wygadać z tego, co narobiłem.

– Dobra. Tylko nie zdziw się za bardzo, bo to jest trochę zagmatwane. I się nie śmiej.

– Postaram się – odpowiada dziewczyna, po czym siada na parapet, kładzie łokieć na kolano, a dłonią podpiera podbródek.

– Więc tak. Rozmawiając z Laurą najpierw zmyśliłem, mówiąc, że interesuję się jakąś fizyką tak samo, jak ona. Potem się okazało, że też chodziła do mojej starej szkoły. Prawdopodobnie to w niej byłem szaleńczo zakochany i rozwieszałem dla niej listy miłosne, przez które wyleciałem ze szkoły. Oczywiście nic jej nie powiedziałem. Podoba mi się i nie chcę jej robić przykrości.

– Nie chcę cię szczególnie martwić, ale już to zrobiłeś. Ona nie znosi kłamstwa – komentuje Elitsa, ledwo rozumiejąc cokolwiek z tej historii. – Co masz zamiar zrobić? – pyta.

Wiedziałem, że to padnie.

– Jeszcze nic nie wymyśliłem. Pomożesz? Znasz ją dużo dłużej, jak ja.

Dziewczyna milczy, wpatrując się w podłogę. Kiedy dociera do niej, że zadałem jej pytanie, otrząsa się, a następnie wstaje i podchodzi do mnie. Klepie mnie po ramieniu, mówiąc:

– Teraz jesteśmy zabójczym duetem, który chce zniszczyć Xanę. Chcę, czy nie, to muszę ci pomóc. Karma zawsze wraca. – na te słowa uśmiecham się szeroko, przytulając ją z radości.

Ona nie jest taka straszna, za jaką się uważa.

Autorka: Azize

Rozdział szósty

Kasia Moś – Flashlight

———————————

ELITSA

Po nieudanym przejściu do fabryki decyduję się na sprzątnięcie swojego pokoju. Jestem lekko zaniepokojona jego stanem i tym, co mogę tutaj znaleźć. Ostatni raz sprzątnęłam tutaj na Yılbaşı*, a od tego trochę już minęło.

Stoję przy szafie. Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi. Sterta rzeczy wyleciała i tylko nieliczne pozostały na półkach. Dziwię się, że zawartość szafy nie przysypała mnie po samą szyję. Może to i lepiej, będzie mniej do posprzątania. Wiem jedno – kiedy tylko skończę, zawsze będę mieć taki porządek. No… przynajmniej do jutra.

Wszystkie ubrania rzucam na łóżko i zaczynam je przeglądać. Jakby się dokładnie przypatrzeć, to są wszystkie możliwe odcienie szarego oraz białego. Oczywiście czarnych rzeczy także nie brakuje. Układam pięć małych stert – krótkie i długie spodnie, krótkie i długie bluzki oraz swetry. Wszystkie składam tak idealnie, jak tylko potrafię i chowam na swoje miejsce.

Wtem słyszę pukanie do drzwi. Spoglądam na godzinę. Niedobrze.

Teraz jest godzina inspekcji, a mój pokój jest w totalnej rozsypce, jeżeli można go tak określić.

­- Inspekcja! – krzyczy Jim, pukając ponownie.

– Mogę być jako ostatnia w kolejce? – pytam przez drzwi z nadzieją, że się zgodzi.

– Wykluczone! Kiedy byłem w wojsku, zawsze mieliśmy idealny porządek i główny dowódca nigdy nas nie zaskoczył swoją wizytą.

Ostatnie zdanie mnie zaskakuje. To już chyba piętnasty zawód, w jakim był ulubiony nauczyciel od wychowania fizycznego. Podejrzewam, że za sekundę powie swoje słynne zdanie.

– Jednak wolałbym o tym nie mówić. No, otwieraj!

– Bardzo pana proszę. Piętnaście minut wystarczy, żebym swój pokój doprowadziła do perfekcyjnego stanu. Proszę mi zaufać. Aktualnie jest tutaj totalna masakra! – kłamię, żeby zyskać na czasie. Oby łyknął tę historyjkę.

– Pięć minut – mówi zrezygnowany Jim.

– Może jednak piętnaście? – pytam.

– Dziesięć i ani sekundy dłużej! – krzyczy nauczyciel, po czym idzie dalej. Oddycham z ulgą. Co prawda nie sprzątnę idealnie swojego pokoju, jednak zdążę pochować wszystkie rzeczy w najbardziej klasyczne miejsca na świecie – pod łóżko oraz do szuflad.

Mija dziesięć minut. Zdążyłam większość rzeczy pochować, jednak część pozostała na biurku. Macham na to ręką i czekam na Jima. Chyba, że zapomniał o tym, że miał przyjść jeszcze na kontrolę. Może to nawet i lepiej.

Słyszę pukanie do drzwi. Moje niedoczekanie.

­- Proszę! – krzyczę z udawaną radością.

– Mam nadzieję Senel, że raczyłaś się ruszyć i sprzątnąć ten… – zaczyna Jim, jednak milknie na widok tego porządku. Ja natomiast siedzę uśmiechnięta.

­- Mówił coś pan profesor? Nie dosłyszałam – mówię z lekka złośliwie.

– Nie, nie. Oby tak było po raz ostatni, że przyjmuję porządek z opóźnieniem! To strata cennych dla mnie dziesięciu minut joggingu.

Unoszę brwi ze zdziwienia, powstrzymując się jednocześnie od śmiechu.

– Zapewniam, że po raz ostatni poprosiłam o dodatkowe dziesięć minut. Może już pan śmiało iść ćwiczyć.

Morales nie odpowiada. Jedynie patrzy na mnie niezadowolony z mojej odpowiedzi, a następnie wychodzi. Kiedy zamykają się drzwi, siadam na łóżku z ulgą. Niewiele zabrakło, a dostałabym kolejny karny dyżur.

Podchodzę do biurka i wyciągam z niego duży notes z połowicznym rysunkiem. Następnie biorę dwa ołówki oraz siadam, chcąc zabrać się dale za pracę. Kiedyś bardzo lubiłam rysować, jednak po wyprowadzce odechciało mi się cokolwiek tworzyć.

Wtem ponownie ktoś puka do drzwi. Trzymam mocniej ołówek w ręce i wznoszę oczy do góry ze złości. Nawet na chwilę nie można mieć spokoju.

Zrezygnowana wstaję i idę otworzyć drzwi.

– Mów szybko, czego chcesz – mówię zniechęcona, nie patrząc, kto właśnie przyszedł.

– Co taka nie w humorze? – pyta William. Patrzę na niego zaskoczona. Która jest godzina, że nie siedzi jeszcze w bibliotece?

– Ty powinieneś być w bibliotece przesiadywać karę.

– Byłem i już od dwóch godzin jestem wolny – odpowiada z zadowoleniem. – Ale nie ja w tej sprawie. Ponoć masz ładne notatki z przedmiotów.

– Kto ci takie bzdury powiedział?! – pytam zaskoczona. Ja i ładne notatki? Świetny żart.

– Nieważne. Jutro będzie kartkówka z geografii.

– Skąd to…

– Cicho! Powiem ci, jak mnie raczysz wpuścić do pokoju – przerywa William, patrząc na mnie z uśmiechem. Wzdycham głośno, a następnie gestem ręki nakazuję mu wejść do środka. Zamykam drzwi i patrzę na niego zarówno zaciekawiona, jak i niezadowolona z jego wizyty.

– Dobra, teraz gadaj, skąd wiesz o kartkówce.

– Fumet posiada taki dziwny, brązowy notatnik, w którym zapisuje wszystkie plany na lekcje…

– Ukradłeś go?! – pytam z niedowierzaniem.

– Chyba oszalałaś. Tylko spojrzałem do niego – odpowiada Dunbar z wrednym uśmieszkiem. Zasłaniam ręką oczy. Przez kilka sekund nic nie mówię.

– Ty to jednak debil jesteś.

– Masz ostatnie notatki z geografii? Ja ich jakby to ująć… nie mam – pyta. Wskazuję na komodę, mówiąc:

– Poszukaj w trzeciej szufladzie. Powinno coś tam być.

William podchodzi tam, gdzie pokazałam i otwiera drzwiczki. Wzrokiem znajduje trzecią szufladę. Próbuje ją otworzyć kilka razy. Wtem przypominam sobie, że ta komoda jest niestabilna i przepełniona może się sama z góry otworzyć i wyrzucić całą zawartość.

A właśnie tam wrzuciłam większość rzeczy przed inspekcją.

– Czekaj! – krzyczę, a następnie odpycham go w lewą stronę. Na szczęście spada tylko jeden worek, który szybko łapię, żeby nie narobił wielkiego huku.

– Co ty tam masz? Kilogram kamieni? – pyta zdziwiony moją reakcją Dunbar.

– Nie. To moje rolki, które powinnam oddać do naprawy w poprzednim… tygodniu? Miesiącu? Nawet nie pamiętam – odpowiadam, chowając worek na swoje miejsce. Następnie otwieram szufladę i wyjmuję z niej zeszyt do geografii. Daję go Williamowi prosto do ręki, mówiąc:

– Do niej nie potrzeba siły. Wystarczy trochę pomyśleć. Mało brakowało, a ta komoda by na ciebie spadła.

– Nie mam takiego problemu u siebie.

– Może to i lepiej. Teraz idź, bo jestem zajęta – mówię, kierując się do wyjścia. On natomiast patrzy na moje biurko i coś zauważa. Mam nadzieję, że patrzy tylko na rysunek, a nie na notatki dotyczące Xany. Powinnam była je schować dużo wcześniej.

– Ładnie rysujesz – komentuje William.

– Dzięki. Oddaj mi zeszyt przed dziesiątą, bo jeżeli faktycznie ma być kartkówka, to wolę się trochę nauczyć – odpowiadam, a następnie otwieram drzwi.

– Ty i nauka? Byłem przekonany, że polecisz na ściągach.

– Akurat nie mam nic ciekawego do roboty, więc odrobina nauki jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

– Mówiłaś, że jesteś zajęta… – komentuje William z zaciekawieniem.

– Idź już! – mówię poirytowana słowną przepychanką. On wzrusza ramionami i wychodzi z pokoju. Zamykam drzwi i siadam na łóżku. Patrzę na przemian na rysunek i notatki. Podchodzę do biurka i biorę notatki, które stojąc zaczynam przeglądać. Właściwie to nie ma tutaj dużo informacji. Wirus nazywa się Xana i powstał w fabryce. Jednak kto go stworzył i w jakim celu? Tego nadal nie wiem.

Zgodnie z obietnicą, Dunbar powinien się tutaj pojawić o dwudziestej drugiej. Idealnie.

Chowam notatki oraz rysunek do szuflady, a następnie zakładam swój ulubiony, szary płaszcz i wychodzę z pokoju. Trzaskam drzwiami i zamykam je na klucz. Zastanawiam się, czy na pewno zamknęłam okno w pokoju. Szybko odtrącam tę myśl, schodząc na dół, a następnie do fabryki.

Spokojnym krokiem idę do fabryki przez park. Jest on niewielki i bardzo mało ludzi przychodzi tutaj sobie pospacerować. Zawsze wtedy idę z uśmiechem na twarzy. Nie lubię ludzi. To parszywe i kłamliwe osoby. Jak to mawiają – Francuz francuzowi nigdy nie będzie człowiekiem. Czy jakoś tak.

Otwieram wejście do kanałów tak cicho, jak tylko mogę. Pomimo tego, huk spadającego metalu jest dosyć głośny. Gorączkowo się rozglądam z nadzieją, że nikt w promieniu najbliższego kilometra tego nie usłyszał. Na moje szczęście nikogo nie ma. Schodzę na dół, po drodze zamykając przejście.

Idę ze słuchawkami na uszach przed siebie, nie zwracając uwagi na wyjątkowo nieprzyjemny zapach. Nie rozumiem, dlaczego twórca fabryki wpadł na pomysł przejścia przez kanały. Może nie chciał się przyznać, że zbudował miejsce, gdzie znalazł się superkomputer oraz szalony wirus? W sumie, to kto by się do czegoś takiego przyznał.

Zaczynam mieć przeczucie, że ktoś mnie śledzi. Nie podoba mi się to.

Szybko przy najbliższym zakręcie zatrzymuję się i odwracam. Jedynie, co słyszę, to dźwięk spływającej wody i pisk szczurów. Trzymam kurczowo w prawej ręce nóż, na wszelki wypadek. Skąd mogę mieć pewność, że nie ogni mnie jakiś wariat z siekierą?

Dobra, uspokój się. Nie jesteś w żadnym amerykańskim filmie, tylko przy ściekach, kilka metrów pod ziemią. Takie rzeczy się tutaj nie zdarzają.

Stoję bez ruchu jeszcze przez kilka minut. Słyszę czyjś oddech. Podchodzę bliżej, nie wierząc własnym oczom.

Dosłownie przede mną stał William Dunbar. Skąd on się tutaj wziął? Czyżby mnie śledził i tego nie zauważyłam? Jak to możliwe? Prawie zawsze wiem, czy ktoś się za mną skrada, czy nie.

– Co tutaj robisz?! – pytam poirytowana. Nie powinno go tutaj być. Póki nic nie wie o istnieniu Xany, tym lepiej dla jego psychiki.

– Idę sobie – odpowiada z uśmiechem na twarzy.

– Śledziłeś mnie – mówię, marszcząc brwi w niezadowoleniu.

– Tak jakoś się złożyło. A co ty tutaj robisz?

– Nic ciekawego. Wracaj do Kadic jak najszybciej – stwierdzam zarówno z litości, jak i wściekłości. Tracę czas na kolejne słowne potyczki z Dunbarem. Może faktycznie zadawanie się z nim nie było dobrym pomysłem.

– Ale…

– Bez dyskusji. No już! – popędzam go, a następnie odwracam go tyłem do siebie i pcham do przodu. – Żebyś po raz ostatni coś takiego robił. Wtedy nie ręczę za siebie.

– To ty będziesz miała problemy, jeżeli ktoś się dowie, że wymykasz się po ciszy nocnej z Kadic…

W tym momencie puszczają mi nerwy i rzucam obok niego nóż, który milimetrami świsnął mu obok prawego ucha. Głuchy dźwięk wbitego ostrza go z pewnością przerazi.

– Następnym razem nie okażę litości i przedziurawię ci głowę – straszę go, a następnie zabieram swoją broń i idę dalej, tym razem bez słuchania muzyki. Ot tak, dla pewności.

W połowie drogi nagle zaczyna mi się rozmazywać wzrok. Nie widzę dokładnie, gdzie jest droga, a gdzie spływająca woda. Kolory zaczynają się zlewać.

– Niech to szlag jasny trafi! – krzyczę do samej siebie. Znowu będę musiała znaleźć okulary. Jeżeli je oczywiście zabrałam, bo nie zdziwię się, jeżeli je także zostawiłam w szkole.

Grzebię we wszystkich kieszeniach, jakie mam w płaszczu. Zirytowana wszystkie rzeczy rzucam na ziemię, nie zwracając uwagi, co po kolei było. Nie mogę teraz zawrócić, bo podejrzewam, że z rozmazanym obrazem nie trafię nawet na koniec korytarza.

Wtem słyszę podejrzany syk. Błagam, tylko nie teraz, ty przeklęty gównie nazywany Xaną.

Gorączkowo sprawdzam ostatnią kieszeń. Jest ze wszystkich największa, więc możliwe, że znajdę w niej swoje okulary. Syk jest coraz głośniejszy, co mnie zarówno przeraża, jak i irytuje. Gdybym wcześniej pomyślała, żeby założyć soczewki, to na luzie mogłabym uciec, lub spróbować walczyć. Bardziej pasowałaby mi druga opcja, bo kolejnej nieudanej próby znalezienia informacji nie odpuszczę.

Kiedy czuję w dłoni oprawy, oddycham z ulgą. Szybko wyciągam okulary i zakładam je. Od razu świat jest bardziej wyraźny. Ale to nie zmienia faktu, że nie lubię ich nosić całym sercem.

Chowając wszystkie rzeczy, które rzuciłam na ziemię, spoglądam na pół-szarą istotę stojącą na końcu korytarza po drugiej stronie zielonej rzeki. Serce podskakuje mi do gardła, a oddech znacznie przyśpiesza.

Xana wysłał swojego kolegę, żeby ponownie zaatakować.

– Nie uda ci się mnie złapać – mówię bardziej do siebie, jak do postaci. To nie jest człowiek, tylko chmura w kształcie sylwetki homo sapiensa. On ma przewagę nad tym, że nie mogę go zranić fizycznie. Jednak ja mam doskonałego asa w rękawie – swój spryt.

W moją stronę leci wypełniona prądem kula, którą unikam poprzez schylenie się. Uśmiecham się złośliwie do postaci. Moja radość nie trwa zbyt długo, bo kula zaczyna wracać do swojego właściciela. Szybko podskakuję, dzięki czemu omija mnie spotkanie z prądem. Wykonuję salto w powietrzu i z gracją ląduję na nogach. Rzucam w jego kierunku mój jedyny nóż, jaki ze sobą zabrałam. Nie wiem, w jakim celu to zrobiłam, jednak nie martwię się tym. Wezmę go z powrotem, jak tylko rozprawię się z Xaną. No, przynajmniej spróbuję.

Biegnę przed siebie, chwilami unikając lecących piorunów i innych rzeczy. Brakuje jeszcze latających stołów, ale na szczęście nie jestem w szkolnej stołówce. Nie wyobrażam sobie tłumaczyć później porozrzucanych krzeseł oraz latających garnków z jedzeniem.

Dobiegam do sterowni. Rozglądam się w poszukiwaniu wroga, jednak nikogo nie widzę. Niepokoi mnie to. Albo w fabryce jest kolejna osoba, albo Dunbar nie odpuścił i nadal za mną szedł. Jeżeli druga opcja okaże się prawdą, to przysięgam, że jak go tylko znajdę, to porządnie okrzyczę.

Wtem przede mną przelatuje metalowy pręt. Szybko bronię brzuch za pomocą noża, który odpycha kij, wydając głośny huk. Spoglądam w stronę, gdzie był atak. Jedynie co widzę, to opadającą rękę. Wiedziałam.

Dunbar został zaatakowany przez Xanę.

Ostrożnie podchodzę do nieprzytomnego chłopca. W ręce nadal trzymam nóż, na wszelki wypadek, gdybym musiała walczyć. W oddali widzę jedynie uciekającą sylwetkę jakiejś kobiety. Jak to możliwe, żeby Xana w tak szybkim czasie zdążył zmienić postać? A może był to ktoś inny?

Sprawdzam puls Williama. Na szczęście oddycha, jednak niepokoi mnie jego lewa dłoń.

Ma na niej znak Xany – trzy pierścienie, z czego jeden posiadający trzy kreski na dole i jedną na górze. Nie mam pojęcia, jak będę to musiała wytłumaczyć szkolnej pielęgniarce. Ale to nie jest teraz bardzo ważne. Muszę go jakoś stąd zabrać.

Biorę go na swoje ramię i powoli wychodzę z fabryki z nadzieją, że poza tym nic sobie poważnego nie zrobił. Pomimo tego, że mnie zdenerwował swoim bytem, to jest mi go naprawdę szkoda. Prawdopodobnie chciał mi pomóc, a ja go jedynie pogoniłam i nastraszyłam latającym nożem. Taką sytuację potrafi tylko zrobić Elitsa.

Jestem jedynie myśli, że ten wirus się na coś przydał i chociaż wyczyścił mu pamięć. Lepiej, jeżeli nic z tej sytuacji nie zapamięta.

________________________________________

* – Nowy Rok (tłumaczone z tureckiego)

Autorka: Azize

Rozdział piąty

Ochman ft. Opał – Bittersweet

————————————

WILLIAM

Od kilku minut siedzę w szkolnej bibliotece i patrzę na zegarek. Nie słucham się zaleceń Elitsy, żeby zabrać się za pracę domową. Za każdym razem, gdy chociaż odrobinę się ruszę, to nauczyciel wf’u – Jim Morales, patrzy na mnie, jakbym miał uciekać ze szkoły i tym samym ominąć szlaban. Po takich akcjach odechciewa mi się wszystko. Wolę po prostu siedzieć i czekać jak na zbawienie.

Zastanawia mnie sytuacja z rana, kiedy jakiś wysoki chłopak zaatakował młodszego. Jaki mógł być powód tego incydentu. Porachunki starych znajomych? A może zwykłe słowne przepychanki? Jednego jestem pewien – nie przywidziało mi się nic z tych rzeczy.

Spoglądam przez okno. Taka ładna pogoda, a ja muszę tutaj siedzieć za pięć minut spóźnienia na pierwszą lekcję. Nie mogę wstać, czytać, a nawet obrócić się bez wzroku nauczyciela. Do tego Elitsa zbagatelizowała tę sprawę. Bardzo uroczo to wszystko brzmi.

Wtem kilka siedzeń dalej siada Laura, trzymając w ręce opasłą książkę, na którym leży zeszyt oraz długopis. Nie ma przy sobie tableta, co się stało? Czyżby miała jakiś dobry dzień?

Dziewczyna otwiera książkę i zaczyna czytać. Okładka jest ustawiona, abym mógł specjalnie przeczytać, czym się będzie, albo nawet i teraz – zajmuje. Tytuł mnie nie do końca zaskoczył.

Fizyka kwantowa – zadania dla początkujących”

– Masz zamiar tak cały tom przestudiować? – pytam, szukając punktu zaczepienia do rozmowy. Podejrzewam, że Jim za chwilę będzie kazał mi się zamknąć i uczyć się, jednak korzystam z okazji, że jego to nie interesuje.

– Oczywiście. W pokoju mam drugą część – odpowiada Laura, podnosząc wzrok znad zeszytu. Nagle kieruje do mnie pytanie.

– Też się interesujesz fizyką kwantową?

Milknę. Co by tutaj odpowiedzieć? Słabo będzie skłamać, ale jeszcze gorzej jest powiedzieć prawdę i zakończyć rozmowę. Chętnie bym się z nią zaprzyjaźnił, albo i nawet umówił.

Ej, skup się!

– Zdarzało się, że czytałem to i owo w Internecie – mówię, częściowo kłamiąc. Czytam różne informacje w Internecie, ale niekoniecznie o fizyce kwantowej, czy nawet tej podstawowej. Zauważam jednak, że Laura się uśmiecha. Odwdzięczam się tym samym.

– Ja ciebie skądś chyba znam…

– Dziwne by było, jakbyś nie znała – odpowiadam z lekkim przekąsem.

– Mówię serio. Nie chodzi o tę akcję z… wiadomo kim – mówi Laura, po czym kiwa głową w stronę nauczyciela i kontynuuje wypowiedź – tylko z czymś innym. Uczyłeś się może w Duns?

Czuję, jak staje mi serce z przerażenia. To nie możliwe, aby ta dziewczyna była moją miłością w Anglii. Stukam palcami o blat stołu, jednak staram się, żeby nie zauważyła mojego przerażenia tym pytaniem.

– Duns? Gdzie to jest? – pytam z udawanym zaskoczeniem.

– Czyli to nie jesteś ty. Szkoda – po tych słowach Laura spuszcza głowę i ma smutny wyraz twarzy. Następnie wraca do podręcznika z fizyką, którą „niby się interesuję”, a tak naprawdę nawet nie wiem, od czego pochodzi jej nazwa. Siedzę w milczeniu, poważnie się zastanawiając się nad jedną, kluczową w tej sytuacji rzeczą.

Jak ja się potem z tych wszystkich kłamstw wytłumaczę zarówno Elitsie, jak i Laurze?

Kolejna godzina mija, jakby się chciała skończyć, a nie mogła. Zdążyłem w tym czasie policzyć ilość czerwonych, niebieskich i czarnych książek na półce, która stoi centralnie przede mną. Aktualnie liczy sto pięćdziesiąt egzemplarzy, z czego trzydzieści dwa są w kolorze czerwonym, a dwanaście – niebieskim. Czarnych jest zaledwie pięć. Teraz zaczynam liczyć brązowe, jednak na razie nie znalazłem żadnej. Poziom nudy sięga zenitu. Nie przypominam sobie, żebym liczył książki – ja prawie nie czytam.

Z Laurą nie rozmawiam, odkąd ją okłamałem, że nie uczyłem się w Duns. Nie mogę uwierzyć, że to jest ta sama dziewczyna, przez którą zostałem wyrzucony. Co ciekawe, kiedy ją poznałem, miała brązowe włosy. Brązowe? Tak, jeżeli dobrze pamiętam.

Wtem rozlega się alarm w bibliotece, który mnie ogłusza. Szybko zatykam uszy i spoglądam na krzesło Laury, które teraz jest puste. Wymyśliłem ją sobie? To niemożliwe, na pewno nie jest ze mną aż tak źle.

Nagle gasną wszystkie światła, a w tle alarm przestaje działać1 i pomieszczenie ogarnia mrok. Jeszcze oszołomiony patrzę na bibliotekę, a następnie wstaję i zaczynam się rozglądać.

– Jest tutaj ktoś? – pytam niepewnie, jednak nikt nie odpowiada. Zaczyna mnie to niepokoić. Przechodzę przez korytarz, patrząc każdy regał w poszukiwaniu czegokolwiek, co może to wszystko wyjaśnić. Poszukiwania nie mają wielkiego sensu. Nikogo tutaj nie ma.

Nagle zza jednego regału leci czarna chmura, która zmierza w moim kierunku. Mimowolnie się cofam. Wygląda ona bardzo podejrzanie.

– Dunbar! Dunbar! – słyszę głosy. Patrzę w lewą i prawą stronę, ale nadal nikogo nie ma.

Różnica pomiędzy mną a chmurą wynosi kilka centymetrów. Momentalnie przyśpiesza mi oddech. Cała ta sytuacja mnie przeraża. Co się nagle stało? Gdzie Jim i Laura?

Czarna chmura przybiera dziwną postać, a następnie ogląda mnie. Ja natomiast stoję w totalnym bezruchu i nie wiem, co powinienem zrobić. Jak zareagować? Zacząć uciekać czy stać i czekać na dalszy rozwój wydarzeń?

Decyduję się na próbę ucieczki. Jeszcze przez kilka sekund utrzymuję kontakt wzrokowy z czarną postacią, a następnie omijam ją i próbuję biec przed siebie. Nagle chmura przelatuje przeze mnie. Upadam na kolana, po czym czuję ból w sercu. Zamykam oczy z nadzieją, że to tylko sen. Kiedy je ponownie otwieram, dalej widzę chmurę, która krąży wokół mnie, jakby chciała na mnie zapolować. Po raz drugi mnie atakuje, a ja widzę jedynie ciemność…

– Dunbar, obudź się! – krzyczy Jim, szturchając mnie w ramię.

Przerażony otwieram oczy i gorączkowo się rozglądam. Wszystko jest na swoim miejscu. Światło normalnie działa, a na dworze nadal świeci słońce. Jedynie nie ma Laury.

– Która godzina? – pytam bez powodu, ponieważ tuż przed sobą mam zegar, który wskazuje osiemnastą. – Już się skończyła kara?

– Tak. A konkretnie to piętnaście minut temu! Jazda do swojego pokoju i czekaj do czasu inspekcji. Pokój ma lśnić! Zrozumiano? – krzyczy Jim. Kiwam głową lekko otępiały, a następnie wracam do siebie.

Cały czas próbuję zrozumieć, co się właściwie stało. Nagle włączył się alarm, zniknęła Laura oraz Jim, a światła pogasły. Ta dziwna chmura nie dawała mi spokoju. Nie mam pojęcia, skąd się ona wzięła. Podejrzewam, że to był wytwór mojej wyobraźni. Jeżeli to prawda, to był to decydowanie najstraszniejszy, jakikolwiek pamiętam.

Wracając do pokoju, próbuję przemyśleć wszystko, co powiedziałem Laurze podczas naszej rozmowy. Nie mogę uwierzyć, że z głupoty powiedziałem tyle kłamstw. A wszystko tylko dlatego, żeby się je przypodobać. Powiem wprost – Laura wpadła mi w oko i bardzo chciałbym, żeby to zauważyła.

Czytałem co nie co na temat fizyki kwantowej. A co to właściwie jest? Tak zwana „wyższa fizyka”? Czy coś związanego z komputerami? Cholera jasna to wie.

W drodze do pokoju, zauważam z jednej ze sal otwarty notatnik nauczyciela od geografii – Gillesa Fumeta. Skąd to wiem? Na jednej z lekcji miał właśnie ten sam dziwny notatnik, w którym coś zapisywał. Czy coś się stanie, jeżeli zobaczę, co tam jest ciekawego? Chyba nie.

Po cichu podchodzę do biurka, rozglądając się jednocześnie, czy nikogo tutaj nie ma. Nie żebym się martwił, jednak średnio mam ochotę na nowe kłopoty. Wystarczy mi na razie ta sprawa sprzed poranka. Właśnie, trzeba będzie się dowiedzieć, co się tak właściwie stało. Ale to później.

Zaglądam do notatek nauczyciela. Na razie nie ma nic ciekawego, dopóki nie znajduję zapisanej informacji, która jest podkreślona dwa razy i wzmocniona wykrzyknikiem:

3D – kartkówka z trzech ostatnich tematów, jeżeli nikt nie będzie chętny do odpowiedzi.

Wtem słyszę czyjeś kroki. Szybko czmycham z klasy i idę dalej, jakby nic się nie stało. Tak właściwie, to niczego złego nie zrobiłem – wiem o kartkówce z jakiś trzech tematów.

Z czego ja mam cokolwiek wiedzieć, skoro ja nawet nie mam wszystkich zeszytów? Mam jeden, który wystarcza bez problemu na dwa przedmioty. Czasami jedynie zdarza się wyrwać kartkę, żeby zająć się czymś innym jak spanie z nudów. No dobra – zdarza się więcej jak jedną kartkę.

Elitsa na pewno coś będzie miała. Niby udaje, że nic nie robi na lekcjach, ale widać, że czasami, jak ma ochotę, to uważa i coś notuje. Takie totalne przeciwieństwo mnie. Zawracam i kieruję się na pokoje dziewczyn. Możliwe, że jest w pokoju, zakładając, że nigdzie nie wyszła, tak jak ostatnio jej się zdarzyło.

Zeszyt zdobyłem, jednak moją uwagę przykuły pewne notatki zupełnie nie związane z nauką. Dotyczyły one jakiejś dziwnej rzeczy pod nazwą „Xana”.

Xana… skądś kojarzę to słowo. Próbuję sobie przypomnieć, skąd, jednak nic mi nie przychodzi do głowy. Czy to słowo padło w jakiejś książce? Nie, raczej nie.

Zachowanie Elitsy jest co najmniej dziwne. Najpierw mówiła, że nie ma wiele czasu, a przy temacie nauki nagle znalazła czas. I te informacje o Xanie… coś ona kombinuje. Muszę się dowiedzieć, co to jest.

Na dalszy rozwój akcji nie muszę wiele czekać. Elitsa wychodzi z pokoju, zamykając go na klucz. W ręce trzyma jakąś książkę, a w jednej kieszeni zauważam błysk stali. Po co jej nóż i gigantyczna książka z kolejnym dziwnym tytułem?

Kiedy spogląda w moją stronę, cofam się za ścianę, żeby mnie nie zauważyła. Stoję z bezruchu, słysząc jedynie swój oddech. Ostrożnie wyglądam zza kryjówki. Nikogo nie było.

– Świetnie… – mówię do samego siebie. Teraz to nie dowiem się, gdzie poszła. Normalnie bym to zostawił i wrócił do pokoju, jednak jestem zbyt ciekawy tego wszystkiego. Coś tam było wspominane, że to miejsce nie jest dla normalnych ludzi, jednak nie sądziłem, że te słowa będą teraz bardzo ważne.

Wtem zauważam kosmyki białych włosów wypadających spod szarego płaszczu. Uśmiecham się. Zostawiam zeszyt na schodach i powoli idę za nią. Tym razem nie mogę jej zgubić.

Jestem w parku. Na dworze jest dużo chłodniej, niż w internacie. Właściwie, to co się dziwić – tam jest ogrzewanie, a jest listopad. Że też nie pomyślałem o zabraniu kurtki, tak jak Elitsa.

Trzęsąc się z zimna podążam za nią w odległości kilku metrów. Na razie mnie nie zauważyła, co można właściwie uznać za sukces. Nie mam w zwyczaju śledzić ludzi. Tylko teraz – wyjątkowo z czystej ciekawości. Bardzo chciałbym wiedzieć, dlaczego prawie cały czas gdzieś wychodzi lub siedzi jednie w pokoju, zamknięta pod kluczem.

Brzmi to trochę jak stalking. Ale nic z tych rzeczy.

Wtem dziewczyna odwraca się z myślą, że ktoś ją obserwuję. Chowam się za ogromnym i – na moje oko – dosyć starym dębem, którego korzeń jest cztery razy grubszy ode mnie samego. Staram się nie odwracać, aby mnie nie zauważyła. Po kilku sekundach nie wytrzymuję i zaglądam zza drzewa. Stoję wmurowany w ziemię.

Elitsa otwiera potężną, metalową klapę i wchodzi do środka. Zaraz, dlaczego ona idzie do kanalizacji?

Czekam dłuższą chwilę, próbując zrozumieć sens tej sytuacji. Czyżby było coś tam na tyle ciekawego, żeby iść niemalże codziennie do miejsca, gdzie smród jest na porządku dziennym?

Wiem tylko jedno – muszę to zobaczyć.

Podchodzę do dziury, gdzie bez problemu otwieram klapę, a następnie powoli wchodzę do środka, zamykając przejście tak cicho, jak tylko mogę.

Idąc przez wszelkie korytarze, zdołałem napotkać zdechłego szczura, resztki najróżniejszego jedzenia oraz wszelkie robactwo. Trochę mnie to obrzydza, jednak wiem, że większą głupotą było pójście do ścieków z własnej woli. Inna sprawa, że zdążyłem w czym zgubić Elitsę z oczu minimum siedem razy. Urocza orientacja w terenie rodziny Dunbarów.

Kątem oka zauważam wyjście z kanałów. Uśmiecham się niemalże z tęsknoty za normalnym powietrzem. Bez zdechłych zwierząt, zepsutego jedzenia i

– Nareszcie… – mówię z radością do samego siebie.

Bez wahania idę w tym kierunku. Mam już dosyć tego smrodu, Elitsę najwyżej znajdę przy okazji.

Wychodzę z kanalizacji i wdycham powietrze z ogromną radością. W końcu bez tego przeklętego smrodu. Biorę kolejny głęboki wdech z przyjemnością. Moja radość jednak nie trwa zbyt długo. Na końcu korytarza stoi tajemnicza osoba, która na pewno nie jest Elitsą Senel.

Niewiele widzę z tej odległości, jednak zauważam postawną sylwetkę średniego wzrostu. Nie mam pojęcia, czy to kobieta, czy mężczyzna. Zastanawiam się przez chwilę, czy spróbować podejść. Jest to dosyć ryzykowne, bo nie wiadomo, czy to kolejny wybryk mojej wyobraźni, czy tam ktoś faktycznie jest.

Idę. Jestem zbyt ciekawski tego wszystkiego, żeby nie zobaczyć.

Podchodzę pewny siebie do postaci. Kiedy jest kilka kroków przed nią, ona się cofa, a następnie rzuca się w ucieczkę

– Zaczekaj! – krzyczę, jednak na darmo. Widz jedynie dzień podejrzanej osoby. No nic, było blisko, ale nie można mieć wszystkiego.

Wtem zauważam, że nieznajomy wraca.

Autorka: Azize

Rozdział czwarty

Blupaint – High

———————–

ELITSA

Zatrzymujemy się w połowie pierwszego okrążenia. Nie wierzę, że będąc w college uwielbiałam ćwiczyć. Teraz mogę co najwyżej przyjść na zajęcia bez zwolnienia. Zdaję sobie sprawę ze zbliżającego się końca semestru, a  tym samym wystawieniem zagrożeń. Jednak jakoś nie mogę się przyzwyczaić do Jima. Mimo, że często jest zabawny, to nie mogę znieść tego, jak prowadzi lekcje.

– Tak myślałem, że coś wymyślisz, żeby nie ćwiczyć – komentuje William, po czym opiera się na mur.

– Znamy się jakieś trzy dni, a ja bardzo dużo o sobie opowiedziałam, więc nic nowego – odpowiadam. – To chcesz, żebym ciebie przedstawiła Laurze, czy nie?

– Jak chcesz – mówi bez żadnego zainteresowania.

– Ale ja nie chcę potem słyszeć „Ona mnie nie zna, jak ma zauważyć, że mi się podoba?” – symuluję głos Williama. Ten jedynie uśmiecha się.

– Z wyglądu przypomina jedną dziewczynę, przez którą mnie wyrzucili – odpowiada spokojnie. – Tyle, że ona była brunetką.

– To dlatego nie chcesz się z nią spotkać? – pytam niepewnie.  On natomiast zastanawia się.

– Nie wiem. – odpowiada po chwili zamyślenia. Kiwam głową, czując się nieco niezręcznie. Najpierw coś powiedziałam, a dopiero potem dokładnie to przemyślałam.

Myślałam, że spalę się ze wstydu. Rzadko rozmawiam z kimś, a jak to stwierdziła Laura, moimi jedynymi przyjaciółmi są papierosy i książki. No i alkohol, ale z tym nigdy nie mogę się zgodzić. Zdarzyło się raz, że byłam pijana do nieprzytomności, ale nie oszukujmy się – nawet w college młodzież po kryjomu sobie popija.

– Jaką mamy następną lekcję? – pyta William, jakby nic się nie zdarzyło.

– Twój wyczekiwany włoski – odpowiadam z wymuszonym uśmiechem na twarzy. Dunbar natomiast jest szczęśliwy od ucha do ucha, czym  mnie wręcz zaraża i tym razem szczerzę zęby bez żadnego wymuszenia. Przez sekundę zastanawiam się, czy nie przypomnieć mu o nauczycielu, jednak ten zamysł pryska w przeciągu ułamka sekundy. Nie chcę mu teraz psuć dobrego humoru – jeszcze pomyśli, że jestem jak stereotyp o wysokich dziewczynach jako wiecznie chamskich i patrzących na innych tzw. z góry.

Słyszę dzwonek. Tak szybko? Jak to możliwe?

– Widzimy się na włoskim. Postaram się nie spóźnić, ale do tego się chyba przyzwyczaiłeś – mówię do Williama, a następnie idę do swojego pokoju po plecak. Coś czuję, że to będzie ciężki dzień.

 

Wbiegam do sali, o włos od kolejnego spóźnienia. Kilka tygodni temu miałam pogadankę u dyrektora, który zagroził wyrzuceniem ze szkoły, jeżeli chociaż trochę się nie poprawię. Na początku to olewałam, ale po drugim wezwaniu na dywanik przestałam zgrywać cwaniaka.

– A jednak się nie spóźniłaś – komentuje Dunbar, uśmiechając się złośliwie.

– Ciesz się, bo nie ty będziesz wtedy pytany – odpowiadam, szukając w plecaku podręcznika i zeszytu. Następnie z hukiem rzucam książkę, która jest bardziej zniszczona, jak wszystkie moje zeszyty od matematyki, zaczynając od szkoły elementarnej. Spoglądam na Williama, który jest wyraźnie zdziwiony.

– Spokojnie, jest ona na trzy lata i może być jeden na ławkę – tłumaczę.

– To dobrze, bo myślałem, że to jest zaledwie na rok.

Parskam śmiechem. Z jednej strony nie powinnam, ale mam dosyć specyficzne poczucie humoru. Zdarza się, że kiedy ja śmieję się z jakiegoś zdjęcia, to inni są urażeni bądź zniesmaczeni. Ale nikt nie powiedział, że jestem do końca normalna. Tak samo jak wszyscy uczniowie tej placówki.

– Przy obecnym wymiarze godzin cudem byłoby ukończenie tego w jeden rok nauki. O sposobie nauczania już nie wspomnę.

– No nie powiem, zabrzmiałaś jak pani profesor – mówi William, kiwając głową. Ja natomiast zarzucam włosy za tył głowy i mówię:

– Jakbym kiedykolwiek powiedziała coś idiotycznego.

– Przypomnę ci te słowa jeszcze dzisiaj.

– Spadaj – kończę naszą słowną potyczkę z uśmiechem na twarzy. Czy on na mnie tak działa? Jeszcze nie zdarzyło się, żeby w przeciągu niecałego tygodnia mnie rozśmieszyć, a co dopiero podroczyć się ze mną na najlepsze teksty. Chyba się w końcu z kimś dogadałam.

– Witajcie moi drodzy. Dzisiaj porozmawiamy sobie o funkcjach zaimka dopełnienia bliższego. Otóż polegają one na zastąpieniu danego rzeczownika osobową formą czasownika, aby zdanie nie zawierało powtórzenia. Budowa takiego zdania polega na poprawnie odmienionym czasowniku w formie teraźniejszej lub przyszłej, zaimku dopełnienia bliższego oraz reszty zdania, o ile oczywiście jest – opowiada nauczyciel, pan Caggia, a następnie zapisuje budowę zdania na tablicy po włosku.

Patrzę na Williama, który wbija wzrok w tablicę prawdopodobnie zastanawiając się, gdzie popełnił w życiu błąd. Śmieję się, a następnie wymierzam mu kuksańca w ramię i mówię:

– Nie martw się, to dopiero początek.

– Widzę, że signorina* Senel wszystko umie i z chęcią wytłumaczy całej klasie kolejne zasady funkcji dopełnienia bliższego oraz używanie nieosobowej formy nazywanej si impersonale.

– Przepraszam – mówię, powstrzymując się od śmiechu. Gdyby nie inne sytuacje, to bez problemu wyjaśniłabym całą część gramatyczną z podręcznika, jednak na razie wolę nie podpadać nauczycielom. 

 

Kolejne lekcje mijają w miarę spokojnie. Na szczęście ominęła mnie pytanka z chemii przez to, że zostałam poproszona do psychologa. Z początku nie wiedziałam, co znowu przeskrobałam, jednak to, co dowiedziałam się w gabinecie, zamurowało mnie bardziej, jak nowe zasady oceniania na informatyce.

– Witaj, Elisto – mówi spokojnie pan Klotz, szkolny psycholog. Następnie ruchem dłoni pokazuje mi miejsce naprzeciwko niego. Lekko poddenerwowana siadam. Ręce splatam w koszyk i patrzę prosto w oczy psychologa. Byłam u niego tylko raz, a było to spowodowane śmiercią ojca, a tym samym zmianę mojej psychiki. Tak przynajmniej brzmiał wpis w aktach.

– Dzień dobry – witam się nieco wyższym głosem, jak normalnie. Dlaczego tak się denerwuję?

– Rozmawiałem z kilkoma nauczycielami na temat twoich ocen. Niektórzy mówią, że znacznie się poprawiłaś, a inni wręcz potępiają twój olewczy stosunek do lekcji.

Czyżby kolejna pogadanka o tym, że już dawno temu skończyłam szkołę elementarną oraz college i powinnam się zachować nieco bardziej dojrzalej? Naprawdę nie trzeba się o to fatygować. Wystarczy, że codzienne słyszę od Laury słowa typu „Ucz się, nie masz dwunastu lat, żeby przy tobie siedzieć i wszystko od nowa tłumaczyć!”.

– Nie wykorzystujesz też dodatkowego czasu dla osób z dysortografią…

– Dysleksja – szybko poprawiam psychologa. On natomiast patrzy na mnie, jakbym właśnie obraziła jego największe imię, po czym kontynuował:

– Widać także, że chodzisz ledwo żywa i nie najlepiej wyglądasz. Stąd moje pytanie. Czy…

– Czy naprawdę nie mogę chociaż przez jeden dzień być nie pomalowana, bo od razu wszyscy myślą, że się nie wyspałam? – uprzedzam czysto retorycznym pytaniem.

– Mam inne do ciebie pytanie. Daj mi dokończyć – odpowiada o dziwo opanowanym głosem.

– Słucham – mówię nieco niepewnym głosem.

– Czy ty masz jakiś problem z używkami?

Patrzę na psychologa spokojnym wzrokiem, jednak w rzeczywistości mam ochotę uciec stąd i nigdy więcej nie wrócić. Kto mógł się wygadać? Oby nie William, bo nie bez powodu mu powiedziałam, że palę fajki. Jeżeli komuś mogę zaufać, to wyjawię mu część sekretów, ale nigdy wszystkie – wtedy już dawno nie miałabym życia w szkole.

– Jakimi? – pytam nieświadoma tego, co mówię. Muszę teraz uważać na jakiekolwiek słowa, które mogą być użyte przeciwko mnie. Dlaczego teraz przychodzą mi do głowy te wszystkie pseudo prawdziwe seriale o policji?

– Bądź szczera. Jestem tutaj, żeby ci pomóc.

Trwa cisza. Zastanawiam się, co odpowiedzieć. Jeżeli będę faktycznie szczera, to może ten człowiek pomoże mi wyjść z tego nałogu, jednak on to z pewnością zgłosi dyrektorowi i nie będzie za ciekawie.

– Nie mam żadnych problemów.

– Kłamiesz.

– Kłamstwo, panie psycholog. Pan kłamie, mówiąc, że ja to robię. Chyba się za dużo plotek o mnie namnożyło. Trzeba coś z tym zrobić. – odpowiadam, a następnie krzyżuję ręce na piersi. Jestem dumna z siebie. Nigdy nie dawałam sobie w kaszę dmuchać, nawet pracownikom szkoły.

Psycholog natomiast zdejmuje swoje okulary i pociera dłońmi oczy.

– Możesz iść. Porozmawiamy o tym kiedy indziej.

Uśmiecham się, a następnie bez słowa wychodzę z pokoju.  Kiedy zamykam drzwi, dzwoni dzwonek, a w ciągu kilku sekund puste korytarze tętnią szkolnym życiem. Czasem można się zgubić wśród innych, co mi się zdarzało nie raz, kiedy dopiero co zaczynałam naukę w tym miejscu.

Próbuję odszukać wzrokiem Dunbara, co nie jest bardzo trudne przy zarówno jego, jak i moim wzroście. Czasem się zastanawiam, jak to być niższym o minimum dwadzieścia centymetrów. Czy wtedy zmusiłabym się do noszenia wysokich butów, jak moje jedyne, dzięki którym dorównuję wzrostu Dunbara? Chociaż… będąc niska nikt nie traktowałby mnie poważnie.

– Co chciano od ciebie? – pyta William. Macham niechętnie ręką.

– Szkoda słów. Znowu pogadanki o tym, że powinnam korzystać z wydłużonego czasu na sprawdziany – po tych słowach patrzy na mnie zdziwiony. Wtedy przypominam sobie, że nie informowałam go o niczym takim.

– Dysleksja. Teraz przynajmniej wiesz, dlaczego tak bazgrolę w zeszytach, że strach się doczytać.

– Piszesz i tak dosyć ładnie, nieco gorzej z poprawnością niektórych słów…

Patrzę na niego średnio zadowolona z tego tematu. Mam dysleksję i tyle, po co drążyć dalej temat? Inna sprawa jest taka, że nie przepadam rozmawiać o swoich problemach – jestem typem raczej osoby słuchającej.

Dzwoni dzwonek.

– Jaką mamy następną lekcję? – pyta Dunbar.

– Kto ma, ten ma – odpowiadam, uśmiechając się złośliwie. William patrzy na mnie, nie rozumiejąc mojego stwierdzenia. Wzdycham głośno, po czym wyjaśniam:

– Jest koniec lekcji, ale ty dostałeś szlaban na cztery godziny od Moralesa. Lepiej idź i przesiedź ten czas, jeżeli nie chcesz problemów. – po tych słowach odwracam się, jednak słyszę pytanie:

– A znasz jakiś sposób, żeby skrócić ten czas do minimum?

            Zaglądam za ramię, po czym wzruszam ramionami i mówię:

            – Odrabiaj lekcje, albo czytaj książki. Po coś istnieje szkolna biblioteka.

 

            Kiedy reszta uczniów wróciła na lekcje lub do swoich pokoi, biorę swój drugi plecak z notatnikiem, kilkoma długopisami oraz podręcznik dotyczący kodowania HTML. Włosy spinam w niedbałą fryzuję i zakładam swój ulubiony, szary płaszcz. Sprawdzam jeszcze raz, czy na pewno zabrałam to, czego potrzebuję. Nie mogę się potem wracać do szkoły, ponieważ ryzyko złapania jest bardzo duże.

Po cichu wychodzę z pokoju i delikatnie zamykam drzwi na klucz. Rozglądam się, po czym schodzę dwa piętra niżej. Nasłuchuję, czy aby na pewno nikt mnie nie śledzi, w przeciwnym przypadku może dojść do beznadziejnej sytuacji. Tylko dla kogo – dla mnie, czy szpiega?

            Biorę dorobiony drugi pęk kluczy i jak najciszej otwieram drzwi od szkolnej piwnicy. Istnieje drugie wejście, z którego korzystają pracownicy szkoły, a o tym zwykle zapominają. Przeważnie nie korzystam z tego sposobu trafienia do fabryki, ale czasami lepiej tak zrobić.

           

            Jestem w połowie drogi do starej fabryki. Kiedyś produkowano tutaj samochody, jednak z nieznanych przyczyn została zamknięta. Paradoks jest taki, że postanowiono jej nie burzyć. Sama nie wiem, jaki tego był cel. A jeszcze bardziej nie mogę zrozumieć, jak powstał Xana i po co chce zniszczyć zwykłą grupę uczniów. Najgorsze jest to, że mało kto jest świadomy tego wszystkiego.

            Wtem słyszę trzaśnięcie drzwi. Zatrzymuję się i odwracam się, jednak nikogo nie widzę. Kiedy robię kolejny krok, przez korytarz przechodzi dźwięk zniszczonego przewodu elektrycznego, który nie został odłączony od prądu. Przez moje ciało przechodzą dreszcze. Szukam w kieszeni płaszcza swojej broni.

            Nie czuję nic. Została w moim pokoju. Niedobrze.

            Kiedy słyszę czyjeś kroki, zdaję sobie sprawę, że żarty się skończyły i trzeba działać. Tylko co ja zrobię bez jakiejkolwiek broni? Niewiele.

            Uciekać czy stawić czoła nieznanej osobie?

            Dźwięk prądu jest coraz głośniejszy. Nic nie zdziałam, więc biegnę do wyjścia jak najszybciej. Oby tajemnicza osoba mnie w tym czasie nie dogoniła.

 

            Za ogromne szczęście mogę uznać fakt, że nie zostałam złapana przez szaleńca z prądem. Szybko zamykam drzwi i idę na dwór, jakby nic się nie stało. Nie podoba mi się to, że nie zabrałam nic do obrony. Przecież każdy człowiek ze zdrowymi zmysłami nie pakowałby się w coś tak ryzykownego bez żadnej broni, nawet bez scyzoryka. Ale oczywiście Elitsa Senel musi o tym zapomnieć, przez co psuje kolejną szansę na nowe informacje. Mogę sobie tylko pogratulować.

            Wychodzę na zewnątrz. Promienie słońca świecą mi prosto w twarz. Zamykam gwałtownie oczy, po czym skręcam w lewo na mały spacer. Może tym razem nie będzie tylu uczniów i w spokoju spędzę przerwę.

            Moje maleńkie marzenie jednak nie było do końca realne. Gdyby to mnie jeszcze dziwiło.

            – I jak ci poszedł włoski? – zapytała Laura, przysiadając się do mnie. Nie żebym jej nie lubiła, jednak mam wrażenie, że zachowuje się, jakby była moją matką. Albo siedzi z nosem w tablecie, albo rozmawia tylko wyłącznie ze mną. Czasami mam wrażenie, że tylko niechęć do ludzi nas łączy.

            – Nie pytał nikogo – odpowiadam, wzruszając dodatkowo ramionami.

            – A gdzie się podziałaś na część przerwy?

            To pytanie wytrąca mnie ze spokoju. Mam nadzieję, że mnie nie śledziła, bo wtedy będę zmuszona jej wszystko tłumaczyć. A lepiej będzie dla niej, jeżeli wie jak najmniej o Xanie.

            – Siedziałam w pokoju i zaczęłam… sprzątać – odpowiadam z lekkim zawahaniem. Nie lubię kłamać, zwłaszcza Laurze prosto w oczy. Czuję się wtedy podle.

            – Nareszcie! Myślałam, że nigdy nie ruszysz tego śmietnika. Strach do ciebie aż wchodzić!

            Przewracam oczami i głośno wzdycham, bo to oznacza dyskusję o moich złych nawykach z rozrzucaniem ubrań i innych rzeczy. W głębi duszy jednak uśmiecham się, ponieważ po części jest to całkiem zabawne.

    Autorka: Azize       

_____________________________________________________________

* – zdrobnienie od słowa „signora” co oznacza „pani/panna”

Rozdział trzeci

Liis Lemsalu – Breaking the Rules

—————————————————

WILLIAM

Czekam przy miejscu, które Elitsa wyznaczyła na rozmowę. Nie rozumiem, dlaczego bagatelizuje ten problem. Ktoś wykradł jej dane osobowe, a ona zostawia temat na później. Moi rodzice na pewno nie zostawili tego bez echa. O ile w ogóle byliby teraz zainteresowani.

Czy ją poznałem w innych włosach? Oczywiście. Miała spięte włosy, więc blizna, nad którą się zastanawiałem była widoczna. Cały czas dręczy mnie myśl, skąd ją ma. Nie wygląda na taką, jakby miała od urodzenia, jest zbyt równa, jakby odrysowana od linijki. Z pewnością nie wytatuowała sobie tego znaku – z tego, co wiem, to nie tworzą takich o kolorze zbliżonym do karnacji.

– Cześć – to słowo przywraca mnie do rzeczywistości. – Wybacz to małe opóźnienie, ale… – zaczyna mówić, jednak urywa w połowie zdania. Patrzę na nią pytająco. Nie lubię, jeżeli ktoś zaczyna dany temat, a potem go bez powodu urywa.

Nie umyka to uwadze dziewczyny. Uśmiecha się niepewnie, a następnie wzrok kieruje na ziemię. Wzdycham głośno, bo wiem, że będzie chciała mi wmówić jakąś bzdurę.

– Musiałam poszukać zapalniczki – odpowiada, a jej poprzednia mina zniknęła w ułamek sekundy. Opieram się o balustradę i podziwiam widoki. Widok miasta tętniącego nocnym życiem jest piękny. Zupełnie inny, jak ten w małym miasteczku.

– Pięknie, prawda? – pyta Elitsa.

– Cudownie.

– Niewiele osób tutaj przychodzi. Uważają, że przynosi ono nieszczęście.

– Dlaczego? – pytam zainteresowany.

– Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć?

– Pewnie. Nasłuchałem się tyle historyjek, że nie powinno mnie nic zdziwić – blefuję błyskotliwie. Nie zauważa niczego podejrzanego. Unosi brwi z zaskoczenia, a następnie zaczyna opowiadać:

– Niecały rok temu nauczyciel fizyki, Waldo Schaeffer ostatni raz był w tej szkole właśnie tutaj. Interesował się także programowaniem. Pokazywał nam wiele ciekawych planów, dzięki którym fizyka stawała się przyjemnością. Jednak niespodziewanie zmarł. Z wyglądu przypominał może i niewidomego staruszka, jednak nie skończył nawet pięćdziesięciu lat. Jego ciało znaleziono w opuszczonej fabryce samochodów. Jako przyczynę zgonu uznali nagłe zatrzymanie krążenia – przerywa opowieść na chwilę oddechu. – Podobno to miejsce, gdzie stoimy, przepowiada śmierć.

Nie odzywam się. Powoli analizuję każdy szczegół historii. Nauczyciel niespodziewanie zmarł, a po raz ostatni stał w tym samym miejscu, co ja  i Elitsa.

– Wierzysz w to? – pytam.

– Według mnie ta historia jest przekłamana, a ta nibyklątwa powiedziana tylko po to, żeby nikt się nie pałętał tutaj – odpowiada, po czym wyciąga z kieszeni paczkę papierosów.

– Chcesz?

– Nie palę.

– Nawet lepiej dla ciebie – komentuje, po czym zapala jednego papierosa.

– Powiesz mi, o co ci chodzi z tymi aktami? Dlaczego się nie przejęłaś?

Elitsa wydmuchuje nikotynę z ust, tworząc mgłę.

– To normalne w tej szkole. Nie raz wykradali takie rzeczy. Najczęściej robią to chłopcy, który są w desperacji, aby zdobyć numer do dziewczyny. Albo nauczyciele sieją niepotrzebny zamęt. Przyzwyczaisz się – po tych słowach klepie mnie po plecach. Niespodziewanie pyta:

– Jak się tutaj znalazłeś?

Automatycznie się ożywiam. Co mam jej powiedzieć? Jak usłyszy moją historię, to z pewnością wybuchnie śmiechem i rozpowie wszystkim. Chociaż… zaryzykuje. Najwyżej będę mieć opinię zakochanego debila.

– W mojej poprzedniej szkole była jedna dziewczyna. Pamiętam, że była bardzo podobna do tej Laury. Tyle, że ona miała brązowe włosy. Chciałem, żeby mnie jakoś zauważyła, jednak nic to nie dawało. Ostatecznie zaczynałem po całej szkole rozwieszać listy miłosne, a jeden z nich trafił na samochód dyrektora. Mówić dalej?

– Jak chcesz. Ciekawa historia – odpowiada Elitsa, uśmiechając się tym razem szczerze. Odpowiadam jej tym samym. Jest ona pierwszą osobą, której co nieco uchyliłem tajemnicy o nagłym wyrzuceniu.

– A ty?

– Sama chciałam tutaj iść. Jednak nie wiedziałam, że będę musiała tutaj zostać do końca nauki. Ale co zrobić, takie życie – odpowiada, po czym zaciąga się po raz kolejny.

Stoimy w milczeniu. Zastanawiam się, czy nie spytać o ten dziwny znak na jej szyi. Może to jej kompleks i nie chce o nim odpowiadać?

– Skoro wyjaśniłam ci sprawę dokumentów i nieco powiedziałam o sobie, to może jeszcze porozmawiamy? Dawno nie spędzałam z nikim czasu.

Łapiemy kontakt wzrokowy. W jej zielonych oczach jest nadzieja na dalsze pogawędki. Nie odmówię. Przyjemnie się rozmawia z osobą, która nie narzeka na nowy kolor lakierów do paznokci.

– Skąd pochodzisz? – pytam pierwsze, co mi przychodzi do głowy.

– Alanya – mówi, a ja patrzę zdziwiony. – Małe miasto w Turcji. A ty? Poczekaj! Spróbuję zgadnąć.

– Proszę bardzo – odpowiadam, pokazując rękami chęć zabawy.

– Polska? Nie. Niemcy.

– Dwa razy pudło – przerywam, uśmiechając się. Elitsa robi pseudozamyśloną minę.

– Norwegia?

Kręcę głową, a następnie odpowiadam:

– Anglia.

– No tak, przecież masz świetny angielski – mówi, po czym puka się w głowę.

– Wiesz, ktoś może doskonale umieć włoski, a być na przykład Rosjaninem.

– Zorientowałbyś się, czy ktoś jest rodowitym Włochem w kawiarni. Jeżeli ktoś po południu zamówi cappucino, to nie pochodzi z tego kraju. Włosi piją cappucino tylko na śniadanie.

Patrzę na nią z podziwem.

– Mieliśmy o tym w jednej z czytanek na lekcji.

– Uczycie się tutaj włoskiego? – pytam nakręcony.

– Oczywiście. Do wyboru jest też niemiecki i uczy się go większość uczniów ze względu na interesy. Niemiecki jest drugim najważniejszym językiem urzędowym, zaraz po angielskim.

– Super! Uwielbiam włoski.

– Uważaj, bo jeszcze zmienisz zdanie. Albo dostaniesz świetnego nauczyciela, pana Caggia, albo największą jędzę w tej szkole. Ot tak, żebyś nie spodziewał się taryfy ulgowej. Bo masz dwa lata z kawałkiem no nadrobienia – tłumaczy Elitsa, a następnie wymierza mi kuksańca w lewę ramię.

– To co, wracamy do środka?

– Trzeba, żeby nas nie złapali.

– Boisz się?

– Nie, tylko ostrzegam. W tej szkole nigdy nie było, nie ma i nie będzie jakiejkolwiek ulgi. Nawet w sprawie kar i dodatkowych godzin.

Po tych słowach odchodzi w kierunku drzwi. Otwiera je, po czym spogląda na mnie i pyta:

– Idziesz? Czy zamierzasz zostać tutaj na całą noc?

Idę za Elitsą przez korytarz w milczeniu. Zainteresowała mnie tym wszystkim, co mi opowiedziała w ciągu kilku minut. Z początku jestem zdziwiony, że mówi to wszystko z ogromnym spokojem. Czy jest za niektóre akcje odpowiedzialna? Kto wie.

– Co mamy jutro pierwsze? – pytam, próbując przerwać niezręczną ciszę.

–Wf. Lepiej się nie spóźnij, bo nasz nauczyciel, delikatnie mówiąc, jest walnięty – odpowiada. Uśmiecham się mimo woli.

– To do jutra – mówię, kierując się piętro wyżej.

– Do jutra.

Elitsa zamyka szybko drzwi, a Kadic okrywa cisza nocna. Wracam do siebie i od razu idę spać. Nie wiadomo, czego można się spodziewać następnego dnia.

16 listopada

Budzę się wyjątkowo wcześnie. Słońce jeszcze nie wzeszło, a ja najchętniej bym wyszedł na lekcje właśnie teraz. Co z tobą, Dunbar? Jeszcze nie tak dawno narzekałeś na wstawanie o godzinie siódmej. Chyba to wpływ tego wyrzucenia za własną głupotę. Znając samego siebie, minie mi to po jakiś… trzech dniach?

Wstaję i szukam rzeczy, które gdzieś rzuciłem w kąt. Moja zmora od najmłodszych lat – nigdy nie potrafię utrzymać porządku dłużej, jak kilka godzin. Doskonale pamiętam słowa mamy „Dopiero co sprzątałeś, a już bałagan”.

Uśmiecham się do siebie. Ciekawe, czy rodzice w ogóle za mną tęsknią. Byli wściekli, jak się dowiedzieli od znajomych w pracy, że ich syn został wyrzucony.

Znajduję rzeczy. Przebieram się i idę na dół. Może znajdę Elitsę, bo w ogóle nie wiem, w którą stronę iść. Decyduję się skręcić w dół.

Idąc długim i słabo oświetlonym korytarzem słyszę krzyki. Odwracam się, jednak jest jedynie dźwięk dudniących rur i migoczących żarówek. Za dużo naoglądałem się horrów i mam jakieś zwidy. Kilka kroków jest to samo – młodszy, prawdopodobnie przerażony uczeń krzyczy, jednak jak szybko słychać, tak samo krzyk zanika. Wsłuchuję się i idę za głosem. To może oznaczać coś złego.

Korytarz sprawia wrażenie, jakby nigdy się nie kończył. Czuję lekkie zmęczenie przez stały bieg za krzykiem. Nie mam pojęcia, co zastam na miejscu. Szaleńca z piłą łańcuchową? Nastolatka, który chciał na siebie zwrócić uwagę? Po tym, co mi wczoraj powiedziała Elitsa wolę mieć się na baczności.

Wtem docieram na miejsce. Widzę dwójkę uczniów. Jeden trzyma drugiego w powietrzu i mówi do niego przez zaciśnięte zęby:

– Jeszcze raz nakablujesz na mnie, to tak ci stłukę mordę, że własna matka ciebie nie pozna. Zrozumiano? – pyta starszy uczeń. Młodszy nie odpowiada. Wygląda identycznie jak ja, kiedy próbowałem rozmawiać z Elitsą.

Dlaczego myślę teraz o jakiejś dziewczynie? Jakiś wariat chce zabić dzieciaka, a ja sobie myślę o niebieskich migdałach.

Postanawiam wkroczyć do akcji.

– Co ty wyprawiasz? – pytam, odpychając chłopaka. Młodszy uczeń upada na ziemię, rozmasowując sobie szyję. – Nic ci nie jest? – pytam łagodnie chłopca. Ten kiwa głową i ucieka przed siebie.

– Ty debilu! – krzyczy na mnie drugi chłopak. Nie widzę zbyt dokładnie, jak on wygląda przez zepsute światło.

– Masz coś z głową? Mogłeś zabić tego dzieciaka. – mówię tak spokojnie, jak tylko mogę.

– Jakbym chciał, żeby zginął, to dawno bym to zrobił, bez czekania na przybycie wielkiego bohatera – odpowiada, a następnie uderza ręką w ścianę. Odbija się echo, jednak on nic z tym nie robi. Unoszę brwi. Wariat jakiś.

– Co on ci takiego zrobił?

– Urodził się. Nie wchodź mi lepiej w drogę, panie bohaterze, bo ciebie również dopadnę. – straszy mnie chłopak, a następnie znika w głąb korytarza. Patrzę jeszcze przez chwilę, dopóki nie znika za rogiem. Dziwny koleś.

Nagle słyszę dzwonek. Już ósma? Jak to możliwe?

Biegnę jak najszybciej, żeby wyjść ze szkoły. Mam nadzieję, że nie trafię tym razem na jakiegoś szaleńca.

– Dunbar, co to ma być na spóźnienie?! – krzyczy nauczyciel od wychowania fizycznego. Przez sekundę stoję jak słup soli. Jestem w tej szkole od dwóch dni, a już ten człowiek zna moje nazwisko?

– Taki jesteś cwaniak? W takim razie cztery godziny kary! – krzyczy jeszcze głośniej, a następnie zapisuje coś na kartce, którą mi wręcza.

– To była tylko minuta spóźnienia – odpowiadam, nie rozumiejąc kary. – Zgubiłem się.

– Masz mnie za idiotę? Doskonale wiem, że szwendałeś się po piwnicach. Jeszcze raz wymyślisz jakąś bzdurę z myślą, że mnie oszukasz, to dorzucę ci kolejne cztery godziny, co daje razem osiem godzin kar!

Nic nie mówię. Nie chciałbym na sam początek mieć problemów, bo jak z tej szkoły zostanę wyrzucony, to chyba już nigdzie mnie nie przyjmą.

– Zaczynamy rozgrzewkę! Dwa okrążenia dookoła naszej placówki, a później skoki przez płotki na ocenę. Do roboty! – tłumaczy nauczyciel. Wszyscy wzdychają z niezadowolenia, nawet ja. Po dzisiejszym zdarzeniu jestem niemal pewny, że internat jest niemiłosiernie wielki.

W tłumie próbuję znaleźć Elistę, jednak nigdzie nie mogę dopatrzeć się białych włosów. Gdzie ją wcięło? Mówiła, że nie ma taryfy ulgowej, a sama nie przychodzi na lekcję. Nie rozumiem jej.

Odwracam się i widzę Laurę wpatrzoną jak w obrazek tablecie. Zastanawiam się, co ona ma w nim takiego interesującego, że cały czas go nosi przy sobie. Przyglądam się – jest ubrana identycznie, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem. Ogromnie mi przypomina tę dziewczynę z poprzedniej szkoły, w której byłem zakochany. Laura ma jedynie inne włosy, ale jakoś nie wyobrażam sobie jej z ciemnym kolorem. Ten blond sprawia, że wygląda jak typowy aniołek.

Na sekundę odrywa wzrok spod laptopa i patrzy na mnie. Uśmiecham się, a ona robi to samo, po czym znów wraca do tableta.

– Widziałam. – mówi ktoś za mną złośliwym głosem. To Elitsa.

– Tylko się uśmiechnąłem – odpowiadam, unikając jej wzroku.

– Polubi cię, jeżeli interesujesz się programowaniem, masz wzorowe oceny jak ona i lubisz fizykę kwantową.

– Jaką fizykę? – pytam, zaskoczony nowym słowem. – To coś takiego istnieje?

– Pewnie. Jest to o wiele gorsza od zwykłej fizyki w collège. Ale taka jest Laura. Lubi coś, co mało kto zna, a tym bardziej rozumie.

Potakuję głową, próbując jeszcze znaleźć Laurę, jednak zniknęła. Wtem moim oczom ukazuje się wychylona głowa zza białego słupa. Widzę brązowe, nieuczesane włosy i oczy tego samego koloru. Grymas twarzy wyraźnie każe mi spierdalać w podskokach. Po chwili jednak tajemnicza osoba znika, a Elitsa patrzy na mnie jak na wariata.

– Laura ma teraz informatykę, więc jej tutaj nie znajdziesz.

– Akurat nie o nią chodziło.

– To o kogo? – dopytuje się, patrząc swoimi zielonymi oczami prosto we mnie. Jakby miała mnie za chwilę przesłuchać, niczym rodzic po ostrej imprezie swojego dziecka.

– W sumie… to nie wiem. Chyba mi się przywidziało.

– Przywidziało… – powtarza Elitsa. – Jak chcesz, to mogę ciebie przedstawić na dłuższej przerwie Laurze.

– Naprawdę nie trzeba… – mówię.

– Ta, jasne. W rzeczywistości chcesz ją poznać i nie mów mi teraz zbędnych pierdół.

Wzdycham głośno.

– Może i mało się odzywam, ale jestem doskonałym wzrokowcem i słuchowcem. Ale wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Teraz zacznijmy biec, żeby Jim nas nie złapał na obijaniu się – mówi Elitsa. Chcę zapytać, kim jest Jim, ale domyślam się, że to nauczyciel. Zaczynamy biec, jednak coś czuję, że ona coś wymyśli, żeby obijać się całą lekcję.

Autorka: Azize

Rozdział drugi

Aynur Aydın – Bi Dakika

————————————-

ELITSA

            Siedzę w swoim pokoju beztrosko wpatrując się w plan lekcji. Czy Delmas naprawdę tak nienawidzi, żeby tak ustawić naszej klasie lekcje? W sumie, to mu się nie dziwię. Sama dostałabym szału z bandą dzieciaków, która w każdej sekundzie może kogoś uderzyć, zadźgać, a nawet zabijać. Ale sam się na coś takiego zgodził. Chyba, że nie jest niczego świadomy…

            Senel, ogarnij się i skup się w końcu.

            Próbuję zapamiętać trzeci raz zmieniony plan, jednak nie daję rady. Cały czas jestem w szoku, że Dunbar będzie tutaj chodzić do szkoły. Właściwie, to mogłam się tego spodziewać, bo sama trafiłam w połowie roku szkolnego i miałam nie mniejszy bagaż. Ciekawe, skąd on pochodzi… Niemcy? Norwegia? Polska? Kto wie. Tak samo jest ze mną – wiele osób myśli, że jestem Francuzką.

            Dlaczego myślę o jakimś chłopaku, którego poznałam w pociągu? Coś jest ze mną nie tak.

            Odpuszczam sobie uczenie się planu lekcji i wychodzę z pokoju. Korytarz nie jest w ogóle oświetlony, jednak nie przeszkadza mi to. Szorstki dywan drapie moje stopy mimo tego, że mam na sobie ciepłe skarpety. Chwilami czuję gęsią skórkę przez psujące się ogrzewanie.

            Kiedy oczy przyzwyczajają mi się do panującej ciemności, powoli i cicho schodzę na dół. Nie mogę pozwolić, żeby znowu ktoś mnie przyłapał na wychodzeniu w trakcie ciszy nocnej, bo nie mam zamiaru znowu sprzątać toalet z woźnym przez tydzień.

            Wychodzę na szkolny dziedziniec. Jest on w kształcie prostokąta i zdobią go niedawno posadzone drzewa i czarne ławki. Droga jest oblana asfaltem, który jest w wielu miejscach popękany. Za bramą białe światła oświetlają drogę razem z lampami z bloku po drugiej ulicy.

            Lubię tutaj przychodzić wieczorami po prostu popatrzeć na tę ulicę. Niedawno wróciłam od fryzjera, jednak już tęsknię za tą małą chwilą wolności. Uczucia, że żadna kamera i żaden nauczyciel nie obserwuje ciebie dwadzieścia cztery godziny na dobę. A przede wszystkim brakuje mi samotności od wszystkich z mojej szkoły.

            Na twarzy i dłoniach czuję chłód. Prawdopodobnie za chwilę się rozpada albo zaatakuje potężny wiatr. Jedno i drugie mi nie przeszkadza. Pofalowane włosy od warkoczy opadają mi na twarz. Zdmuchuję je i dalej wpatruję się w tętniące życie za murami tej szkoły. Też bym tak chciała, ale jedna rzecz na to nie pozwala. Coś, co stworzył jakiś człowiek jako zwykły dodatek.

            Zaczyna padać. Krople stukają o rynny i metalowe rury odprowadzające wodę do kanałów. Czuję, jak łza leci mi po policzku, co się nie często zdarza. Marzę o tym, żeby skończyć edukację i uwolnić się od swojej przeszłości.

            Wtem w pokoju dyrektora zapala się światło. Cholera, czas uciekać.

            Uspokajam się i skupiam się na jak najszybszym powrocie do pokoju. Ostatnio przyłapał mnie nauczyciel od WF’u, ale od dyrektora to byłoby jeszcze gorzej. Prosty układ –
Sağa, merdivenlerden yukarı, sola biraz, açmak düz. Znaczy… prosto, skręt w lewo, schodami do góry, trochę w lewo.

            Idę zgodnie z planem. Czuję, jak po karku spływa mi kropla potu i kołaczące z nerwów serce. Nie powinnam się tym przejmować, ale czuję, jakby od tego zależało moje życie. Coraz gorzej ze mną.

            Na szczęście dyrektor zgasił lampę i wyszedł z gabinetu w momencie, kiedy trzasnęłam swoimi drzwiami od pokoju. Jest on niewielki, jednak nigdy na niego nie narzekałam. Po lewej stronie jest stare łóżko obrzucone podręcznikami i zeszytami. Biurka nie używam, odkąd prawie się zawaliło, kiedy się uczyłam na kartkówkę z fizyki. Została wymieniona lampa, dzięki czemu nie muszę pracować przy latarce. Niewielka szafa jest naprzeciwko łóżka.

            Decyduję się strącić wszystkie podręczniki na podłogę i posprzątać dopiero rano. Cały pokój wypełnia huk spadających przedmiotów, jednak nie przejmuję się tym. Wchodzę pod kołdrę i zapadam w sen.

            Siedziałam skulona w białym pomieszczeniu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Słyszałam głos krzyczących matek i dzieci. Pomimo zatykania uszu, nadal wszystko słyszałam.

            Nagle zapadła cisza, co było mi zdecydowanie na rękę. Wstałam i rozejrzałam się. Wszędzie była krew pomieszana ze łzami. Pisnęłam z przerażenia. Moje stopy były całe czerwone, a ręce stały się czarne. Wtem ktoś szeptał cały czas jedno słowo.

            Morderczyni.

            Następnie usłyszałam głośny dzwonek.

15 listopada, 2013

­­– Zamknij się, cholero jedna! – krzyczę jak jakaś idiotka do budzika. Strącam go ręką z biurka, a następnie siadam na łóżku. Patrzę na siebie w niewielkim lustrze wiszącym na szafie. Na czarnej bluzce z biało-szarymi jest plama bo porannej kawie. Włosy są skręcone i we wszystkich stronach świata. Na twarzy widnieją dwie plamy, potocznie nazywane worami pod oczami. Czerwona szminka rozjechała się dookoła ust, a tusz, który powinien być na rzęsach, obecnie jest w okolicach oczu.

– Ostatni raz idę spać w makijażu – obiecuję sobie, chociaż wiem, że będę tak robić, dopóki nikt mnie nie zobaczy w takim stanie. Wstaję z łóżka i biorę płyn do demakijażu, płatki i idę do łazienki. Nie szukam kapci, bo minęłoby pół stulecia, nim bym je znalazła.

– Co ty, filmy romantyczne oglądałaś? Czy płakałaś za Turcją?

Świetnie. Marzyłam o tym, żeby z samego rana trafić na niego – Ulricha Sterna.            

Odwracam się i przyglądam się. Odkąd go poznałam, diametralnie się zmienił. Kiedyś sięgał mi zaledwie do ramion i był chudy jak patyk. A teraz przerósł mnie prawie o głowę i nieco przypakował, przez co większość dziewczyn piszczy na jego widok, jakby widziały swojego idola. Może i jest przystojny, ale dla mnie nie zmienił się pod względem swojej wrednej gęby.

– Nawet jeśli, to masz jakiś problem? – zadaję pytanie.

– Nie no, skądże znowu… – prycha, po czym opiera się o ścianę. Kiedy próbuję go wyminąć, on łapie mnie za rękę.

– Chyba, że znowu piłaś. A może coś innego? Dopalacze, narkotyki?

– Patrz na siebie, bo aniołem nie jesteś – wyrywam się z jego ucisku i idę do łazienki, nie zwracając uwagi na niego.

Kilka minut później siedzę pod salą od geografii. Zastanawiam się nad słowami Sterna. Skąd on zna moje pochodzenie? Nikt nie zna mnie na tyle dobrze, żeby to wiedzieć. Właściwie, to on jest tak zdolny do wszystkiego, jak ja. 

Kiedy wspomniał o alkoholu i używkach, to czułam, że go porządnie stłukę. Mam z tym problem, a on o tym doskonale wie. Szczególnie z tym pierwszym.

Ogarnij się. Będziesz przejmować się słowami tego półgłówka?

– Cześć – te słowa wyrywają mnie z zamysłu. Kiedy obracam się, potrząsam głową z niedowierzania.

– William?

– We własnej osobie! – odpowiada szczęśliwy.

Nie wiem, co odpowiedzieć. Dawno się nie widzieliśmy, a kiedy się poznaliśmy, za wiele o sobie nie powiedziałam. Sam fakt, że się do mnie odezwał i mnie pamięta, graniczy z cudem. Zwykle to ludzie mają mnie gdzieś. Właściwie, to po czym wiedziałam, że to on? No tak – wredny uśmieszek nigdy nie opuszczający jego twarzy.

– Hej – zbieram się na powiedzenie jedynie takiego słowa.

– Znowu zmieniłaś kolor włosów? Wcześniej miałaś białe…

– Niczym Ciri, wiem – dokańczam za niego. – Tylko dzisiaj jestem marchewką.  A co, stęskniłeś się za białym?

– Był bardzo charakterystyczny. Nie poznałbym ciebie, gdyby nie blizna.

Nie odpowiadam. Lepiej, jeśli nie wie, dlaczego ona jest akurat na szyi.

– Nie wiedziałam, że będziesz się tutaj uczyć – kłamię.

– Przecież widzieliśmy się wczoraj, ale ty uciekłaś piętro wyżej.

– No tak, ale myślałam, że postanowiłeś kogoś odwiedzić…

– Elitsa, nie zmyślaj, proszę cię.

Odpuszczam, jednak zastanawia mnie, skąd on zna moje imię.

– Domyślam się, że tak masz na imię. Jakaś dziewczyna tak do ciebie mówiła.

– Nie jakaś dziewczyna, tylko moja kuzynka. – opowiadam ze szczególnym naciskiem na słowa „jakaś dziewczyna”.

William zabawnie pokazuje rękami, że nie wiedział. Uśmiecham się delikatnie.

– Od czego zaczynamy?

– Geografia. Chyba… trzy razy nam zmienili nam plan. – odpowiadam, wpatrując się na szkolny dziedziniec, który jest pełen uczniów. Wśród uczniów zauważam Sterna, który łapie ze mną kontakt wzrokowy. Uśmiecha się złośliwe, bo czym pokazuje dwoma palcami znak „Mam cię na oku”. Kręcę głową, co nie umknęło uwadze Williamowi. Od razu zaczynam się tłumaczyć:

– Znowu jakieś dzieciaki z podstawówki zrobiły coś głupiego.

Nie odpowiada, a następnie dzwoni dzwonek. W milczeniu idziemy pod salę.

– Senel, jeszcze jedna jedynka ze sprawdzianu, a przysięgam, że nie zdasz z chemii! – krzyczy Suzanne Hertz, nauczycielka chemii i fizyki. Wszyscy ją zapamiętują przez burzę szarych loków, okrągłe okulary i biały fartuch, z którym nigdy się nie rozstaje.

Biorę sprawdzian do ręki i przyglądam się punktacji.

– Serio? – mówię na głos.

– Co się stało? – pyta zaciekawiony William.

– Znowu zabrakło mi jednego punktu do oceny wyżej.

Próbuje się nie zaśmiać, jednak widzę, że uśmiecha się złośliwie. Jak Stern.

– No i z czego się śmiejesz? Zobaczymy, jak ty będziesz miał taką sytuację.

– Albo dostaję banię1, albo piątkę. Nie ma nic pomiędzy.

– Jasne – odpowiadam z sarkazmem.

Dunbar szczerzy się złośliwie. Znowu się uśmiecham. Jest on pierwszą osobą, która sprawia, że się uśmiecham. Chyba zostaniemy przyjaciółmi. Zakładając, że niczego nie zepsuję, co się często zdarza.

Z przemyśleń wyrywa mnie dźwięk dzwonka. Pakuję się i bez słowa wracam do pokoju. Następnie rzucam plecak w kąt i wychodzę na spacer.

Mija kolejna godzina, jednak nie chcę wracać do internatu. W parku jest cisza, której potrzebuję. Biorę głęboki wdech i wstaję, żeby się przejść. Muszę się nacieszyć tą chwilą, dopóki znowu nie zostanę zamknięta w czterech kątach szkoły.

Z pewnością zastanawiasz się, dlaczego chcę już zacząć studia i zapomnieć o tym miejscu. W czym tkwi problem? W tym, że przez głupotę jednego nauczyciela od fizyki zniszczone życie ma ponad sześćset dzieci, począwszy od szkoły elementarnej, po collège2 a nawet nastolatki ze szkoły średniej. Do ostatniej grupy zaliczam się między innymi ja.

Od roku próbuję odkryć tajemnicę i powstanie wirusa nazywanego Xaną. Niewiele osób jest świadomych tego, dlaczego znalazła się akurat w tym internacie. Większość to głównie osoby porywcze lub wyrzucone z innych szkół na niewłaściwe zachowanie. Czasami zastanawiam się, czy aby sam dyrektor nie jest świadomy tego wszystkiego.

Mija druga godzina, a ja dalej okrążam park. Nie czuję zmęczenia, ani bólu. Po prostu idę, jakby to miała być moja ostatnia droga w życiu.

Do szkoły trafiam około godziny dziewiętnastej. O tej porze zwykle uczniowie idą na kolację, lub siedzą na dworze, odpoczywając po ciężkim dniu nauki.  Ja z kolei wolę zabrać się za lekcje dopiero, jak posprzątam pokój. Zwykle jest tak, że po kilku godzinach wygląda, jakby przeszedł przez niego huragan. Nie umiem utrzymać porządku zbyt długo.

Kiedy idę w kierunku pokoju, średnio co druga osoba milknie, kiedy przechodzę obok nich. Przyzwyczaiłam się do tego. Zawsze czuję wzrok innych na sobie, jakby zobaczyli ducha, a nie przeciętnego ucznia internatu.

– Elitsa! – słyszę swoje imię. Odwracam się. To William mnie woła. Podbiega do mnie, a następnie pyta:

– Gdzie ciebie wcięło na ostatnie dwie godziny?

– Wyszłam na spacer – odpowiadam bez cienia zainteresowania dalszą rozmową. Co ty robisz? Chcesz, żeby kolejna osoba określiła ciebie zupełnie bezpodstawnie?

– To wyjaśnia, dlaczego nie wiesz, co się stało.

Ożywiam się na ostatnie słowa.

– Mów.

– Nagle chcesz rozmawiać? – pyta, po czym uśmiecha się szelmowsko.

– Nie odwracaj kota ogonem, tylko mów, o co chodzi – mówię stanowczo. Krzyżuję ręce w piersi, oczekując odpowiedzi.

– Ktoś włamał się do szkolnych dokumentów.

Prycham, a następnie śmieję się.

– Też mi coś. Nie raz to się zdarzyło.

– To jest naprawdę ważne. Chodzi między innymi o Ciebie.

– Norma…

– Nie tym razem.

– Czy naprawdę nigdy nie miałeś takiej sytuacji w szkole? – pytam zirytowana słowną przepychanką, która jedynie marnowała mój czas. Po sekundzie jednak odpuszczam i mówię spokojna – Możemy za piętnaście minut o tym porozmawiać. Przy patio, pasuje? ­– pytam, jednak nie oczekuję odpowiedzi.

– Dobra. Do zobaczenia.

Kiedy on odchodzi, ja patrzę na niego zupełnie zdziwiona. Nie miałam jeszcze sytuacji, kiedy ktoś, pomimo mojego oschłego tonu dalej chciał w ogóle się do mnie odzywać. Może to i dobrze, Laura wtedy chyba przestanie się czepiać, że z nikim nie rozmawiam.

Kiedy chciałam iść na chwilę do pokoju, słyszę szelest kurtki. Odwracam się i w tej samej chwili w całym korytarzu gaśnie światło. Czuję, że jestem przez kogoś obserwowana. Serce bije mi coraz szybciej, a na rękach dostaję gęsiej skórki.

Idę powoli do przodu. Rękami macam ścianę, żeby znaleźć swój pokój, który ma charakterystyczne dziury w klamce. Pierwsze drzwi – pudło. Drugie – to samo.

Szukając pokoju, nagle przede mną ktoś niesamowicie szybko przebiega. Przyglądam się czarnemu cieniowi. Nie zauważam wiele, ponieważ znika on na rogiem, a światło ogarnia cały korytarz.

Wzrokiem kontroluję, czy coś się nie zmieniło. Wszystkie lampy działają. Okna nie są powybijane, a dywan idealnie czysty.

– Muszę się w końcu wyspać, bo wyobrażam sobie jakieś duchy.

Wchodzę do pokoju, a następnie rzucam na nieposkładane łóżko. Z podłogi zabieram klucz, a potem zamykam pokój i idę na umówione wcześniej spotkanie.

________________________________________________________

1- potoczne określenie złej oceny (jeżeli ktoś nie wie)

2- odpowiednik gimnazjum, które w przeciwieństwie do polskiego trwa 4 lata