Code: Czerepach – rozdział 1


Historia ta rozpoczyna się wtedy, kiedy wójt pognał siekierą Czerepacha po tym jak dowiedział się o działaniu na 2 fronty. Czerepach ledwo dobiegł do swego domu i zamknął dobrze drzwi. Wójt pokrzyczał trochę i odszedł. Czerepach wyczerpany, popatrzył na siebie w łazience w lustrze i widział tam człowieka, na którego nie może patrzyć już więcej, z którym trzeba skończyć. Będąc wyrzuconym nie tylko z pracy, ale z polityki, drogi życia, zdecydował że musi podjąć ważną decyzję, odejść z Wilkowyj, niekoniecznie na zawsze, ale po to, aby wrócić jako Inny Czerepach, ten którego nikt nie zna, nawet były przełożony, żeby zaskoczyć wszystkich, a najbardziej Kozioła,żeby teraz to on poddał się jemu i służył mu godząc się na każdy warunek zachowując pozór władzy nad Czerepachem.


Wiedział,że tym razem trzeba zacząć od nowa, wszystko należy zrobić inaczej i tym razem nie ma miejsca nawet na najmniejsze błędy. Teraz przyszedł czas na zmianę, która wstrząśnie, nie tylko wójtem, czy Wilkowyjami, ale również całą Polską. Wiele dni Czerepach zastanawiał się nad pierwszym krokiem, ale nic konkretnego nie przyszło mu do głowy.


Na razie postanowił wejść na różne fora, grupy internetowe w poszukiwaniu pomysłów. Z zaoszczędzonych pieniędzy zakupił kilkanaście poradników, powieści, filmów aby znaleźć cokolwiek, co mogłoby mu pomóc zrobić ten pierwszy krok i chociaż wyciągnął wiele z tego, w tym śmiechu i zabawy, to było na tak zwaną przyszłość i to bardzo niepewną.


Po kilku miesiącach zajrzał na Moją Pocztę i zobaczył wiele dziwnych reklam. Chciał je usunąć, ale jedna przykuła uwagę. Była to reklama kursu organizowanego w Niemczech pt. Uwolnij swoje JA. Na początku uśmiechnął się i chciał kliknąć usuń, ale pomyślał, że wprawdzie to tylko rozgrzewka przed pierwszym krokiem, ale jest wystarczające na ten czas. Zapisał się i rozpoczął przygotowania. Nie chciał, żeby ktoś dowiedział się, gdzie jedzie, więc zdzwonił do swego kolegi aby załatwił mu transport po cichu.


Spotkał się z nim w nocy za lasem i wyjechał do Warszawy, a potem z lotniska Okęcie poleciał do Berlina. Podczas kursu usłyszał wiele ładnie i budująco brzmiących hasełek i słyszał wiele anegdotek.
Udało mu się porozmawiać z wydawcą książek motywujących i dowiedział się o istnieniu specjalistycznego szkolenia dla, jak to określił spindoktorów. Dopytawszy o szczegóły, wydawca podał nazwę strony szkolenia i innych z tym związanych. Przeczytał i po zakończeniu kursu, podziękował za informacje i zaczął przygotowywać się do podróży do Brukseli.


Po wyjściu z hotelu po śniadaniu, zorientował się, że jego dokumenty, w tym portfel, zniknęły. Miał przy sobie zaledwie 100 euro, co starczyło na dojazd do granicy. Zszokowany, zaczął szukać ale nie przyniosło to efektu. Zdenerwowany w nocy, przeszedł się po mieście i wchodząc do parku był świadkiem nieznanego zdarzenia. Kilku ludzi ubranych w garnitury, walczyła jakimiś niezrozumiałymi błyskami z krukami. Kilka z nich podleciało do Czerepacha i uszkodziło jego strój. Chciał walczyć, ale stwory okazały się silniejsze i upadł nieprzytomny. Kiedy obudził się, ptaków nie było, a on, w tych samych ubraniach, siedział w samochodzie, prowadzony przez ludzi walczących z ciemnymi ptakami. Jeden z nich używał nieznanego dotąd modelowi laptopa, bardzo zaawanasowanego jakby używał go jakiś członek NASA. Rozmawiał z jakimś wyżej od niego postawionym człowiekiem, kiedy skończył rozmowę, spytał Czerepacha:

-Widzę, że nasz towarzysz już się obudził, zaraz dojedziemy do naszego przyczółka i porozmawiamy, ale najpierw, kim jesteś i skąd się tam znalazłeś?

Czerepach opowiedział pokrótce swoją historię, kiedy dotarli na miejsce, do opuszczonego magazynu budowlanego, ewidentnie szef tej grupy, przedstawił się:

– Ja i ci tutaj należymy do tajnej grupy agentów, chcącej przejąć władzę nad światem i wiem nie my pierwsi ale mamy bardzo charyzmatycznego przywódcę. Kiedy go poznasz, też będziesz chciał mu służyć. Jutro, w Pradze, przedstawimy ci go i opowiemy ci co wiemy o tych ptakach, a na razie pokażemy ci, gdzie możesz spać, więc bądź gotów na spotkanie z nim. Ma wielu agentów, którzy wypełniają dla niego zadania. Zmagamy się z różnymi przeciwnikami, ale on ma sytuację pod kontrolą.Trochę się rozgadałem, co nie? Czy po tym co powiedziałem , masz ochotę zgodzić się?

– Przyjmuję waszą ofertę z uwagi na okoliczności ale też chcę zobaczyć, komu służysz i jeśli taki jest, jak o nim mówisz mogę się zgodzić.

– Zobaczysz, że po spotkaniu z nim, zmienisz zdanie.

Ciąg dalszy nastąpi

Autor: Marlowen

Ławeczka

— Ale czemu on to tłumaczy w ten sposób!?

— William, za mocno to analizujesz.

— No ale… to nie ma kompletnie sensu!

Ulrichowi nie pozostało nic innego, jak cicho westchnąć. Kiedy Dunbar na coś się uparł, nie było takiej siły, aby oderwać go od przedmiotu zainteresowania na daną chwilę. Będzie przy tym siedział, póki nie rozgryzie… lub się nie znudzi.

Nikt nigdy nie wiedział, co nastąpi pierwsze.

— No daj mu się trochę popieklić. — Odd nawet nie oderwało oczu od swojej przenośnej konsoli. — To się robi całkiem zabawne. — dodało, poprawiając się na okupowanej przez ich czwórkę ławeczce przed budynkiem szkoły.

— No, no spójrz! — Szkot podsunął im pokreślone kartki pod nos — Przecież to jak wół był tłumaczone najpierw na angielski, i to jeszcze jakimś piździkiem z neta, a dopiero potem na rosyjski…

— Skoro i tak już tłumaczyli, to mogli z tym… — Jeremie nie dokończył, bo William mu bardzo szybko przerwał.

— No właśnie nie! — chłopak gwałtownie odwrócił się do Belpoisa. — Najdokładniejszy przekład, z najmniejszą utratą znaczenia, to ten między językiem źródłowym, a docelowym! I jak wrzucisz jakiś po drodze, to zgubisz jeszcze więcej…!

„No to żeście go uruchomili…”

Zaczął się zatem cały wykład z zakresu teorii przekładu, przez co Jeremie pożałował swojego wtrącenia się. To akurat była ta jedna domena, w której się kompletnie nie obracał, totalnie się na tym nie znał — jak twierdził, humanistyczne dyscypliny nigdy nie były jego działką. I niby to samo jeszcze niedawno byłby w stanie powiedzieć William. Ponoć.

No, ale — to, że jeszcze niedawno był na mat-infie nie znaczyło, że nie znał się na teorii przekładu. A, że podjął decyzję o pójściu w tłumaczenia… to z drugiej strony nie oznaczało, że zupełnie rzucał elektronikę.

Po prostu bardziej to widział jako hobby.

— Dobrze, William, poprawisz. Nie gorączkuj się tak.

— No, ale… no kurwa!

— Ej, siema!

Głowy bywalców ławeczki poderwały się w stronę kolejnego głosu — tego spoza grona. W ich kierunku biegł właśnie… Dean. Chyba był z drugiej licealnej. Zatrzymał się przed nimi, mało się nie wywracając.

— Jasny szlag, chłopaki! — wyrzucił wreszcie z siebie. Pochylił się, oparł dłonie o kolana i spróbował złapać oddech.

— Ło matko, co się stało? — Odd zatrzymało aż grę, by ogarnąć, co tu w ogóle miało miejsce.

— Jim, cholera jasna! — Dean wykrztusił między kolejnymi haustami powietrza. — Kontrolę zrobił znienacka! Do pokoju wpadł jak bomba!

— Oh, kontrolę? — Jeremie uniósł brew. — Nam też.

— I, co? Macie przypał? Duży? — Dean spojrzał po ławeczce, oczekując odpowiedzi.

— Przypał? — William, oderwany od tłumaczeń, aż się zdziwił. — Gdzie tam… przyszedł, rozejrzał się, coś powspominał o czasach służby w woju i sobie poszedł.

— No! I palnął, że wolałby o tym nie mówić! — Odd dodało od siebie.

„Cóż, między innymi tylko dlatego, że ciebie nie było w pokoju, bo zabrałeś Kiviego na spacer, a William rzucił, że z Dracarys to taki projekt na biologię.”

Stern na razie się nie odzywał. Czekał. Obserwował. Przechylił nieco głowę, gdy dezorientacja Deana zrobiła się nieco większa.

Chociaż, fakt, lokatorom pokoju 102 zrobiło się ciepło, kiedy wuefista wszedł i najpierw zobaczył psią piłkę przy łóżku Odda, a później całe terrarium z gekonem. Do tej pory Ulrich zastanawiał się, czy to oni byli tacy elokwentni, że sprzedawali wuefiście każdą bajkę, czy też rzeczony nauczyciel zwyczajnie… nie posiadał zbyt rozwiniętych szarych komórek.

— Ale tak… nic? Żadnej kary?

— Przecież mówię, że nic a nic. — Jeremie pokręcił głową.

— Nie no, kurwa, kłamiecie. Albo się, kurwa, wykręciliście!

— Nie, po prostu umiemy trzymać swój pierdolnik w ryzach. — Ulrich finalnie się odezwał.

„Robi się ciepło…”

— Nosz kurwa, pierdolicie! W chuja to ja, a nie…!

Zamilkł, kiedy William odłożył obok siebie swoje papiery i powoli podniósł się z ławki. Za nim wstało Odd, potem wyprostował się Ulrich, a na końcu ustawił się Jeremie.

Dunbar spojrzał spod byka na delikwenta, stając z nim twarzą w twarz.

— Z łąweczką zadzierasz?

Ekipa ustawiła się wreszcie z nim w jednej linii. Każdy miał podobny wyraz twarzy — Odd nawet próbowało stanąć na palcach, by wyglądać na wyższe niż w rzeczywistości.

William przechylił lekko głowę, wciąż wpatrując się w Deana na przestrzał.

— Ciulu niemyty?

Autorka: Morrigan

Sprowadzę cię do domu – część druga

Zainfekowany awatar kosi nas jedno po drugim. Nie mam szans odepchnąć Odda, który po mojej lewej, w zasięgu ręki, zmienia się w wirującą chmurę pikseli. Yumi łapie mnie za ramię i ciągnie do tyłu. Coś krzyczy, ale nie rozumiem… nie potrafię rozróżnić słów. One się tak ze sobą mieszają…

Widzę, jak William znika w chmurze czarnego dymu, a potem niknę i ja – wskutek wywołania przez Jeremiego komendy mojej dewirtualizacji.

— *** —

„…do domu.”

Pierwszy oddech aż boli. Ale to, jak gwałtownie go nabieram, nie zależy ani trochę ode mnie. Potem oślepia mnie (przypominam sobie, że wcale nie umieram) ostre, dochodzące chyba z każdej strony światło i jestem oto w domu, na ziemi.

I uświadamiam sobie, że to w Lyoko zdarzyło się naprawdę.

William tam jest. Mój największy wróg. Ten imbecyl, który nie posłuchał ostrzeżeń, który tam władował się na pewnego… uciekł ze swojego awatara. Sam sobie utworzył schronienie, z poziomu którego to mnie – mnie, do cholery – wybrał i sprawił, że mu obiecałem.

Zmanipulował mnie, sukinsyn.

Teraz nawet nie wiem, na ile to wszystko mogło być w ogóle prawdziwe. Może to cholerna pułapka, w którą wpadłem teraz ja, jak ostatni dureń… ale otwierając oczy widzę znajome ściany pomieszczenia ze skanerami i stojącego naprzeciw mnie Odda, który patrzy się na mnie jak na ducha.

– No, co? – burczę, wychodząc z tuby.

Pokój wiruje mi w oczach. To nie jest najlepszy znak, ale i nie pierwszyzna. Idę pod ścianę, starając się nie okazywać problemu.

– Ulrich…? – słyszę za sobą. Odwracam głowę i przez ramię widzę zmartwioną twarz Aelity.

– We własnej osobie. – odpowiadam, siląc się na coś, co można by było nazwać uśmiechem.

„Nie chcę tu być”.

Chyba nawet nie czuję, żeby podniosły mi się kąciki ust. Odwracam się wreszcie do niej całym ciałem.

Przestań, to nie pora.

– Czy wszystko… w porządku?

To takie proste pytanie. Automatycznie kiwam głową, wątpliwości zostawiając tu wyłącznie dla siebie. W zasadzie, nawet nie umiem tego poprawnie nazwać.

– Co… się stało w Lyoko? – pyta dalej. Chcę iść w kierunku windy. Odbijam się od ściany, a Aelita podąża za mną. – Kiedy… William cię zamknął w dymie. Razem ze sobą.

A więc, tak to wyglądało.

– To… trochę bardziej skomplikowane? Opowiem na górze.

— *** —

– Chcesz powiedzieć… – Jeremie stara się podsumować. Brzmi dość niepewnie. Sam wątpi w to, co chce powiedzieć. – …że widziałeś się z Williamem.

Kiwam głową.

– I on… nie jest w swoim ciele.

Ponownie kiwam.

– Jest… gdzieś, i stworzył swój własny… sektor? Wymiar?

– Cytując go, to coś w stylu jego własnego świata, miejsca stworzonego przez jego świadomość. Chyba się czegoś za dużo naoglądał, bo nazwał to czymś w stylu „dziedziny ducha” – palcami obu rąk rysuję w powietrzu cudzysłów – Nad którą on sam ma kontrolę. O kuźwa, nie patrz tak na mnie! – wywracam oczami, a Odd dalej stoi z rozdziawionymi ustami.

– On… tam jest. Tylko, gdzie? – Yumi mruczy pod nosem. Przygląda się ze wszystkich stron holomapie jakby liczyła na to, że zobaczy na niej coś niezwykłego.

Osobiście nie wierzę w to, że jej się uda. Jeżeli dobrze zrozumiałem, William zwiał z opętanego awataru jakiś czas temu – a teraz tylko na moment go przejął. Gdzie był dokładnie? Jeremie coś cały czas klika, wstukuje i nie mogę nawet dosłyszeć własnych myśli. Próbuję sobie przypomnieć jak najwięcej.

On mnie wtedy złapał za ramię. Odwróciłem się, i… i co wtedy? Nie pamiętam jego twarzy. W sensie, tej awataru. Zaszła wtedy dymem, jak zresztą wszystko inne wokół mnie.

– Myślicie, że to gdzieś w sektorze piątym? – Odd, zamknij się. Próbuję myśleć.

Potem zrobiło się jeszcze dziwniej. To było podobne do pustki i nie rozumiałem, co się ze mną tam działo. Dosłownie znalazłem się w stanie zawieszenia. Potem usłyszałem chyba właśnie Williama, pierwszy raz od dawna tak… naprawdę.

Odbycie rozmowy z nim w tych okolicznościach chyba mnie tylko bardziej rozstroiło.

– Nie ma nawet śladu po nim. Jedyne, co mamy, to jego awatar. – Yumi, błagam cię…

Dłoń bezwiednie zaciska się w pięść. Czemu ja?!

– Skoro może z tamtym miejscem robić, co tylko chce, to czemu nie wciągnie tam swojego awatara i go nie odzyska?

Właśnie, czemu? Dobre pytanie, Odd. Może jednak jest jeszcze dla ciebie jeszcze jakaś szansa.

– Bo nie jest w stanie go utrzymać. Cokolwiek zrobił, mógł jedynie go wykorzystać, żeby się do mnie dostać, jak most. On… nie jest w stanie przez niego tak swobodnie przechodzić, bo XANA mu to blokuje.

– Dobra myśl, Ulrich.

– Co?

Nieironicznie zaskoczony, podnoszę głowę. Wszystkie spojrzenia skierowane są w moją stronę.

– To. – Jeremie poprawia okulary. – Dobrze kombinujesz.

– Ale, co niby ja…? – nie rozumiem. Co stało się przed chwilą? Ktoś powiedział o moście. Ale, kto?

– Powiedziałeś, że XANA może blokować Williamowi dostęp, skoro ten już wydostał się na zewnątrz. Awatar to coś w stylu…

– Oblężonej twierdzy?

– Dokładnie.

Co jest? Konsternacja na ich twarzach robi się coraz większa. Jestem zagubiony i coraz mniej rozumiem… Otwieram usta i chcę coś powiedzieć, ale nie wiem, co. Stawiam na klasykę, bo ona jest zazwyczaj skuteczna.

– Tak. – kiwam głową. – Tak, dokładnie. Sorry, jestem trochę… rozkojarzony. Wiecie, dziwne zdarzenia, przejścia… a, zresztą. – zbywam sytuację macnięciem ręki. Jeszcze to wszystko trawię.

Aelita zdaje się to łyknąć. Co do Odda nie mam złudzeń – on jest naiwny. Yumi nie odrywa wzroku od holomapy, skoro już znowu na nią spojrzała. Jeremie pokiwał głową i dalej coś sprawdza.

Trzymał mnie na siłę przy spokoju. Dlaczego nie mógł utrzymać XANY i wrócić do ciała? Był na to za słaby? I skąd wiedziałem to, co dopiero padło, do tego jeszcze z moich ust?

Czuję, że muszę go znaleźć. Poznać odpowiedzi, zrozumieć to, co się dzieje.

– Ulrich?

– Co?

– Wszystko w porządku?

Kiwam znowu głową. Kłamię. Obiecałem mu i nie wiem, w co się wkopałem.

Autorka: Morrigan

Paprotka

Aelita, odkąd wróciła na ziemię… miała duży problem z pilnowaniem czasu. Tak, jak kolejne dzwonki naznaczały rozpoczęcie zajęć czy przerw i tego nie miała problemu się trzymać, to granice zacierały się, kiedy znów znajdowała się sama w pokoju i mogła zająć się dosłownie… czymkolwiek. Jej ulubionym zajęciem w ostatnim czasie było przerzucanie dyskografii kolejnych zespołów w poszukiwaniu nowych brzmień. Okazało się również, że… dość dobrze jej to szło w międzyczasie uczenia się podstaw rysunku cyfrowego.

Nie samą matematyką, fizyką i informatyką przecież żył człowiek, i panienka Stones (czy Schaeffer – niekiedy ją dopadał kryzys odnośnie własnej tożsamości) tak bardzo, jak lubiła cyferki, to podjęła się zadania wyćwiczenia ręki. Różowowłosą zauroczyły prace jednej z dziewczyn ze starszych klas, która otrzymała prawo do wystawienia ich w szkolnej bibliotece, a sama obserwacja jej przy pracy obudziła w niej myśl, że… przecież, mogłaby spróbować.

Tak, definitywnie odkąd znów zaczęła żyć między ludźmi, zaczęła coraz bardziej chcieć poznawać nowe pasje. I skoro i tak porwało ją miksowanie muzyki, to wątki jej myśli poszły dalej… wpadła na pomysł stworzenia swojej własnej okładki. Bo, kto wiedział, może… pewnego dnia… nagrałaby składankę swojego autorstwa? Myśl wydawała się raczej mało prawdopodobna, ale nauczona doświadczeniem, postanowiła się nie poddawać.

Aelita siedziała zatem w półmroku swojego pokoju, z twarzą oświetlaną wyłącznie od ekranu swojego komputera. W niskiej kwocie nabyła tablet graficzny, na którym próbowała narysować… jakkolwiek prostą linię, łączącą się od jednego punktu do drugiego. Starała się wyrobić koordynację między ruchem dłoni a tym, co obserwowała na monitorze, by móc w ogóle ruszyć dalej. Swoją drogą, aż dziw, że od ilości uruchomionych zakładek, ten komputer jeszcze nie wył jak odrzutowiec.

No, co? Skoro wkręciła się w temat, to postanowiła zrobić bardzo rzetelny research. Już wiedziała, jakimi programami powinna się zainteresować, znalazła kilka ciekawych porad oraz darmowe kursy online.

Nie zorientowała się, że ktoś wszedł do pokoju. Słuchawki na uszach wygłuszały dźwięki z jej otoczenia, zapewniając czysty dźwięk. Zresztą, gdyby nawet nie redukcja szumów, to i tak by nic nie usłyszała. Odkryła, że dość dobrze jej się pracowało, kiedy muzyka była bliżej niż dalej od górnej granicy suwaka głośności. O obecności kogoś w pokoju poinformował ją dopiero złapany kątem oka niewyraźny widok dość wysokiej w porównaniu z nią sylwetki.

Szybko zsunęła słuchawki z głowy i zerwała się z krzesła.

William.

Chłopak stał w środku jej pokoju, coś trzymając w rękach.

William stał, opierając się o framugę jej drzwi. Był wieczór. Nie wierzyła, że go widziała: to był cud. Chłopak jakimś cudem wrócił z Lyoko i nie pamiętał, jak do tego doszło, ale… cieszyła się.

Poszedł bliżej. Rozmawiali.

To był błąd, że tak łatwo uwierzyła: bo następne, co zapamiętała, to błysk znaku Xany w jego oczach oraz uderzenie w głowę.

Później nie było nic: póki nie obudziła się w wirtualnej rzeczywistości, wystawiona na macki kradnącego pamięć potwora.

To był moment. Odskoczyła od niego bliżej parapetu. Coś do niej mówił, ale nie słyszała dokładnie. Zaczęła się rozglądać. Oddech przyspieszył. Na klatce piersiowej ktoś sznurował jej żelazny gorset. W uszach szumiało od krwi. Mięśnie się spięły na tyle mocno, by mogła szybko podjąć ucieczkę.

Chwyciła za stojącą na parapecie doniczkę i cisnęła nią w niego. Chciała sobie tylko kupić czas na ucieczkę: nie spodziewała się, że trafi go prosto w głowę.

Nie była ona za duża, ale gliniana. W środku była paprotka, którą dostała chyba od Yumi, kiedy wspomniała jej, że chciałaby nauczyć się hodować rośliny doniczkowe, bo na swój sposób wnosiły ciepło do domu. Przy spotkaniu z czaszką Dunbara najzwyczajniej ona trzasnęła. Chłopak nawet nie zdążył krzyknąć: padł jak długi wśród ziemi do kwiatków, liści oraz kawałków roztrzaskanej glinki.

Aelita cała się trzęsła. Drżącą dłonią zapaliła lampkę przy biurku.

Chłopak leżał nieruchomo. Obok niego leżało pudełko z markerami alkoholowymi oraz związany sznurówką pęczek cienkopisów.

— Och… cholera jasna… — wydusiła z siebie, podchodząc powoli bliżej.

Trochę szybciej przy nim klęknęła i sprawdziła czynności życiowe. Na szczęście oddychał, ale… tą raną na głowie na pewno ktoś będzie musiał się zająć.

— }><{ —

— O żeby to… jasna…

— Już, William… już. Nie wierć się, proszę.

Chłopak ze zrezygnowaniem opadł na poduszkę i ciężko wzdychając, przymknął oczy. Nie spodziewał się ani trochę, że ten dzień skończy się dla niego nieplanowaną wizytą u szkolnej pielęgniarki, która to właśnie dopiero, co opatrzyła mu głowę. Gdzieś w tle słyszał magiczną frazę o telefonie do rodziców, ale, co oni by mogli zrobić? Przylecieć tutaj? Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwałby od nich stawienia się w ciągu godziny z cholernej Szkocji tylko dlatego, że… no właśnie, ich syn leżał w gabinecie pielęgniarki, z rozbitą głową, a obok niego siedziała niesamowicie zmartwiona koleżanka, będąca głównym winowajcą tego zamieszania.

I, tak, chciał być z jednej strony zły na Aelitę. Psia krew, bolała go głowa po tym, jak dostał od niej… doniczką. Tak, doniczką, z kwiatkiem. Swoją drogą, to była całkiem ładna paprotka, aż go ciekawiło, skąd ją wytrzasnęła i czemu uznała, że to był odpowiedni na niego kaliber.

Czasami te rozmyślania przerywał mu własny, cichy syk od szczypiącego środka antyseptycznego.

— Zostaniesz tu dzisiaj na noc. — usłyszał od Yolandy. — Wolałabym cię mieć na oku.

— Oh… świetnie. — burknął z wyraźnym przekąsem w głosie.

Kątem oka wychwycił niespokojnie bawiącą się rękawami Aelitę.

Wziął głębszy oddech, starając się zignorować to głupie uczucie kołowania w głowie. Jakby raz cały świat kręcił się wokół niego w lewo… to w prawo… jakoś nie mógł powiedzieć, by to go urządzało. Miał wrażenie, że za moment zwróci kolację, jeżeli ten helikopter, z łaski swojej, po prostu się nie zatrzyma.

Pielęgniarka jeszcze pokręciła się wokół niego i poszła w stronę swojego biurka, by wypełnić dokumentację. Wtedy bliżej podeszła różowowłosa: niepewnie, jakby obawiała się, co mógł na to powiedzieć poszkodowany.

Ten tylko wywrócił oczami.

— Jasna cholera, już się tak nie czaj. — rzucił.

Aelita przełknęła ślinę i przyciągnęła sobie taborecik. Przysiadła się przy kozetce.

— William, ja… nie chciałam… nie chciałam cię skrzywdzić. — spuściła wzrok.

— Kwiatek… to na koniec. — mruknął. Przymknął na krótko oczy, a potem spojrzał na dziewczynę, która niewiele z tego zrozumiała.

— Że… co?

„O nie. A co, jeżeli on bredzi od urazu…? Może on powinien być na pogotowiu!?”

— Kobieto… najpierw zakopujesz zwłoki. — powiedział, powoli podnosząc się na łokciach. W trakcie tego kilkukrotnie zabluzgał pod nosem, ale udało mu się w miarę zebrać. — Potem bierzesz kwiatka. Takiego, kurwa, pod ochroną, żeby nie można było tak łatwo wykopać. I wkopujesz w ziemię. A nie, że kwiatkiem się pozbywasz problemu i zostawiasz rozpierdol na miejscu zbrodni.

Aelita zamrugała, nie rozumiejąc kompletnie, do czego dokładnie pił.

— Co Ty… mówisz?

— No jak już planujesz morderstwo, to nie zabieraj się do tego od dupy strony.

— A-ale… nie chciałam…

William westchnął ciężko.

— Chyba… za mocno mnie na to napierdziela łeb, żebym się z tobą kłócił. Weź mi powiedz jedno.

— Tak…?

— Czemu, u licha, paprotką!?

William stał w progu jej pokoju. Później chwilę rozmawiali. A wreszcie w jego oczach pojawił się znak: zabolało i dopadła ją ciemność.

— Wiesz, co… wystraszyłam się, że… to włamywacz. Nie słyszałam cię, i… to… jakoś złapałam pierwsze.

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej robiło jej się za to głupio.

Skrzywdziła go… praktycznie za nic. Chociaż może nie powinien się do niej tak skradać, albo… chociaż zapalić światło, by wiedziała, że to ktoś swój…?

— }><{ —

Dlatego tym bardziej nie spodziewała się, że kilka dni później, po powrocie do pokoju, na biurku zastanie przewiązaną różową wstążką glinianą doniczkę z paprotką.

„Wysoce skuteczna broń dalekiego zasięgu P.A.P.R.O.T.K.A., zachowaj wszelkie środku ostrożności podczas użytkowania.

Ps. Masz jakieś przeciwbólowe na stanie?”

Autorka: Morrigan

Sprowadzę cię do domu

Wznoszę się. Nie potrafię nazwać tego uczucia, ale to nie lekkość. Wtedy… chociaż jest to lekkie, to wciąż wyczuwalne. A nie mogę zidentyfikować, czy cokolwiek trzyma mnie w powietrzu – nie ma nic. To bezwład. Dziwnie przyjemna pustka, a zanurzenie się w niej nie wywołuje we mnie strachu.

Nie czuję tego.

Nie czuję… kompletnie nic.

Gdzie jestem? Nie żyję? Nie widzę nic. To nawet nie jest moje ciało. Brakuje… tego poczucia.

Jeżeli wykonuję jakieś ruchy, to wszystko zdaje się być poza mną.

– Gdzie… jesteś…?

Gdzie jestem? Wszędzie, nigdzie?

– Odezwij… się…

Mówię, ale to, co wydobywa się z ust ani trochę nie przypomina mojego głosu.

– Odez… wij…

Nie mogę.

Ale nawet nie jestem w stanie poczuć paniki, pojawia się myśl, że taka powinna nastąpić. Co się dzieje? Czemu wszystko przyjmuję z takim spokojem? Dlaczego nie walczę? Przecież zawsze… walczę…

Jestem… wojownikiem…

Ilekroć otwieram usta, przestrzeń wokół mnie wypełnia się kakofonią mojego zniekształconego – a jednocześnie wyraźniejszego niż zwykle – głosu. Słowa mieszają się. Każde chce wybrzmieć w tej samej chwili, w różnym tonie, echem odbijając się po…

Po jakich ścianach? Przecież ich tu nie ma. Jestem… tylko ja…

Kiedy echa cichną, zapada milczenie nieprzerywane nawet moim własnym oddechem. Tu go nie ma.

Nie ma nic.

Nie ma mnie.

– Mam cię. – słyszę.

A może jednak jestem.

— *** —

Gdzie jestem?

Dym. Czarny jak smoła, leniwie pełznący po ziemi. Gęsty i nie do przejrzenia – grubą warstwą przykrywa nogi aż do kostek. Nie niesie ze sobą jednak charakterystycznego, duszącego smrodu. Nie krztuszę się.

Uścisk palców – nie potrafię powiedzieć: moich, czy obcych? – na skroniach robi się coraz lżejszy. Aż wreszcie znika.

– To ja.

– Gdzie jestem?

– Otwórz oczy. Spójrz na mnie.

– Patrzę.

– Owszem, patrzysz. Ale nie widzisz.

To nie moje dłonie dotykały skroni. Teraz czuję swoje własne ręce, które są opuszczone wzdłuż ciała. Pojawia się coraz więcej bodźców.

– Dokąd mnie zabrałeś?

– Do miejsca, z którego mogę cię odesłać z powrotem, nie martw-…

– Dokąd mnie zabrałeś, XANA?

Skąd we mnie tyle odwagi? Czemu się nie boję? Nie ma zagrożenia. A powinno być. To obce miejsce i nie wiem, co się dzieje, a mimo to… nie drżę. Nie czuję ciężaru paniki.

– Nie XANA. To… to ja.

To on? Czy jestem w stanie uwierzyć na słowo? Skąd cała masa tych dziwnych rzeczy sprzed kilku chwil? Czy to na pewno były tylko chwile? A może minuty? Godziny?

– To… ty?

– Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy… zaufaj mi.

Otwieram oczy, tym razem naprawdę wreszcie widzę. To naprawdę on, William – w swojej czarnej koszulce z czerwonymi rękawami, w dżinsach i z kamaszami: nie ma śladu po czarnym kombinezonie czy znaku XANY na jego czole.

Jakim cudem mnie tu zabrał? Skąd to potrafi? Czy to oznacza również moje opętanie?

– Nie, nie opętałem cię. Jesteś jednak w tej chwili… moją bramą.

Czemu słyszysz moje myśli?

– Ja jakby… sam stworzyłem to miejsce. Jeszcze do końca tego nie rozumiem, ale… mogłem to zrobić. Nie jestem… w swoim awatarze.

Jak?

– Doszło do rozłamu. Wyrwałem się, ale tylko… samą świadomością. Duszą. Nie wiem, czy czytasz fantastykę, ale… to tak, jakbym przeniósł się do dziedziny ducha i zgubił drogę powrotną.

– To czemu on… ty…? – tym razem wydobywam z siebie głos. Ale nie rozumiem momentów, w których nie muszę tego robić, by ten był w stanie mi odpowiedzieć… boję się, o czym w ogóle mogę tu pomyśleć. Ile on z tego wie? Czy grzebie mi w głowie? To jego… świat. Jego wymiar. Jakkolwiek to brzmi.

– Przejąłem go. Udało mi się wreszcie… dorwać swoje ciało. Nawet, jeżeli tylko na chwilę.

A kiedy tam wrócę, to co?, myślę.

– Wtedy lepiej uciekaj, bo to już nie będę ja.

– I dlaczego to mnie złapałeś?

Boże, czuję się w niewytłumaczalny sposób lepiej, kiedy William odpowiada dopiero po tym, jak rzeczywiście zadam pytanie. Nienawidzę, kiedy odpowiada mi na pytania zadane wyłącznie w myśli. Jego miejsce, czy „dziedzina ducha”, cokolwiek to jest, wzbudza we mnie niepokój.

Czy też wzbudzałoby, gdyby tylko nie fakt tego cholernego… spokoju… normalnie przecież już dawno bym go zaatakował.

– Słaby masz refleks, Stern. – gdyby nie okoliczności, właśnie bym mu starł ten uśmieszek z twarzy własną pięścią. Ale nie mam nawet katany. I nie wiem, czemu dalej tak spokojnie stoję.

Powinienem być przerażony, ale nie jestem.

Porwał mnie?

– Musiałem. Kogokolwiek. Sprowadź mnie do domu.

Próbujemy. Cały czas, kurwa, próbujemy – ale się wymykasz!

– To nie ja. To mój awatar, który cały czas gonicie. Jest… chwilowo bezpański, zajęty przez XANĘ. Czuję to. Muszę… przejąć własne ciało. Sprowadź mnie do niego. Będę… po prostu musiał sobie z ciebie zrobić bramę przejściową.

– A teraz co, przejmiesz moje, Dunbar!?

– Nie. – szybko odpowiada, jakby speszony; aż robi mi się głupio za to naskoczenie – Oczywiście, że nie. Nie chcę tego. Nie przejmę cię. Za dobrze wiem, jak bardzo to…

Nie kończy, ale nie musi. Czuję jednak ten potrzask… to trwa krótko, ale jest dość wymowne.

– Boli. – dopowiadam za niego.

William kiwa głową. Ciężko mi określić jego minę. Nawet nie wiem, jaką mogę mieć ja. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego się nie boję…

– Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak ciężko mi wywołać u ciebie poczucie bezpieczeństwa. – uśmiecha się, może i nie tak wrednie jak wcześniej choć podobnie krótko, a ja… nie rozumiem. Niczego… nie rozumiem.

Jak tego dokonał, wyciągnął własną świadomość z zainfekowanego „pudełka”? Co zrobił, że stworzył własną przestrzeń i dowiaduję się o tym dopiero teraz? Czemu ja? Naprawdę byłem aż tak wolny? Co też dzieje się w Lyoko? Przypominam sobie coraz więcej szczegółów: w tym, misję.

– Jak niby mam to zrobić?

I czemu właściwie ja? Dla mnie mógłbyś tu… no właśnie… nie. Odkąd tu tkwisz, to… coraz mniej mam takich myśli, że mógłbyś nie wracać na ziemię. Przecież… to byłoby zabójstwo.

Bo Dunbar wlazł tu, ponieważ ktoś musiał.

Czuję się nagle źle z tymi myślami, kiedy widzę, ze on… tu jest.

– Co teraz dzieje się na pustyni?

– Nie wiem. Zużywam większość sil na podtrzymanie łączności, na trzymaniu cię tutaj.

– Gdzie twoja broń? Moja?

– Nie chciałem, byś ją tutaj miał. A możliwość wciągnięcia cię do mojego „wymiaru”… – tutaj uniósł dłonie i zrobił gest cudzysłowu manualnego – …chyba jest wystarczająco silna?

Przez spływający na mnie spokój jestem tak opanowany, że aż to irytuje.

– I jak mam to zrobić? – pytam ponownie.

– Nie wiem.

Chcę kląć. Chcę go zbluzgać, wyzwać, kazać puknąć się w łeb i jeżeli chce mnie zabierać do jakiejś swojej „duchowej piwnicy”, to niech najpierw ma jakiś plan do przedstawienia. Ale mina Williama… nagle mnie ucisza.

Pojawia się nagle zrozumienie, bo czuję… desperację. Strach. On… się boi? Oczywiście, że się boi… nie chce tu być…

Mówię szybciej, niż jestem w stanie pomyśleć nad tym, jak wielką te słowa mają wagę. Przecież… to obietnica…

Dlaczego ją składam?

– Ja…

Zacinam się.

Ale to chce się ze mnie uwolnić. Jeżeli ten kiep mnie ku temu manipuluje tak, jak trzyma mnie usilnie przy spokoju… to kiedy tylko wróci na ziemię, osobiście skopię mu za to dupsko.

– Sprowadzę… cię do domu…

Autorka: Morrigan

Tam (gdzie)

Na skraju zimnej podłogi, tuż przy miejscu, gdzie od świata zewnętrznego powinna odgradzać go ściana budynku, leżał chłopak. Nie był ranny. Ubrania nie nosiły śladów jakiejkolwiek szarpaniny. Oddychał, tyle zdołał zauważyć. Zatem żył, ale… co tu w ogóle robił?

Co on sam tu robił?

Powoli podchodził bliżej. Nad miastem rozpościerało się wielobarwne, nocne niebo. Nocne…? Było jaśniejsze niż zwykle, ale gwiazdy dalej dało się swobodnie łączyć w gwiazdozbiory. Część z nich doskonale znał, ale pojawiło się wiele nowych. Dodatkowo, zrobiły się jaśniejsze i samo niebo zrobiło się nimi wiele bardziej nakrapiane. Księżyc również zmienił swój rozmiar – nigdy w życiu nie widział, by ten mógł być aż tak wielki. Miał wrażenie, że to dlatego to niebo było wiele jaśniejsze, niż zwykle… i bardziej kolorowe, ale tutaj już nie miał pewności. Ale widział wszystko.

Widział wszystko, doskonale.

W powietrzu unosiły się kawałki gruzów miasta.

Na miejscu tamtego chłopaka nagle leżała dziewczyna. Zdezorientowany, cofnął się do tyłu o krok. Nie zauważył kiedy doszło do tej zmiany.

Kolejny przeskok. Kolejna postać. Inny chłopak. Wtedy właśnie zorientował się, że znał każde z nich. To byli jego przyjaciele.

„Jesteście przeklęci wolną wolą”.

Zignorował głos. Podchodził bliżej i bliżej przyjaciela (kolejnego) oraz krawędzi. Czuł konieczność bycia ostrożnym, jakby ta podłoga w każdej chwili miała się pod nimi załamać i zabrać ich wszystkich w przepaść. W dół. W nicość.

Kiedy był jednak w stanie kucnąć przy nieprzytomnym, widział również to, co znajdowało się poza zimnym, na w pół ogołoconym z paneli podłogowym betonem.

Pod nimi była woda. Odbijały się w niej przedziwne kolory nieba – fiolety, zielenie, błękity i czerwienie – skrzyły gwiazdy i zaglądał w nią księżyc. Pod taflą ginęły zarysy miasta, które do tej pory przecież widział tak wyraźnie.

Gdzie był?

Gdzie on wylądował…?

„Zostaliście wybrani, ale musicie wybrać według samych siebie”.

Przykucnął tak, by przyjaciel znajdował się na około krok za nim. Postać zresztą ponownie się zmieniła.

Wyciągnął dłoń w kierunku tafli wody. Chciał jej dotknąć. Tego nie powinno tu być. Ich tu również nie powinno. Co zniszczyło miasto?

Nie zobaczył własnego odbicia w wodzie i nawet na to w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi. Woda była przyjemna w dotyku, niezbyt zimna. Zanurzył w niej rękę po nadgarstek, zamącił nią. Tafla, po uspokojeniu się, ponownie pokazywała dziwne niebo, ale nie jego odbicie.

Ono przyszło zza niego – zobaczył, jak jego sylwetka stanęła nad tą samą krawędzią, nad którą przycupnął.

Pojawił się nagły ból od szarpnięcia za włosy i głowa odskoczyła do tyłu. Odruchowo wystrzelił dłonie, byleby wyrwać się z potrzasku.

Spojrzał sam sobie w oczy. Nie słyszał głosu, ale widział twarz niczym beznamiętną maskę i poruszające się usta.

– Obudź… się…

– Co ty… p-puść…!

„…wybrani. Wybierzcie… on nie… wygrać… nie pozwoli…”

– Obudź się!

„Nie masz nade… żadne… władzy…”

– Obudź się! To tylko sen.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Chłopie, nie wierzgaj tak…!

Rozległ się jednak krótki wrzask i w powietrze wystrzeliły ręce. Po pokoju poniósł się głuchy odgłos uderzenia. Za moment dołączył do tego huk kolan uderzających o podłogę.

– O kurwa… zajebana… twoja w dupę mać!

– Puszczaj! …huh?

Tak, jak jeszcze przed chwilą chciał się bronić, teraz opuściła go cała pewność.

Jego współlokator bardzo rzadko tak bluzgał. Ba, praktycznie wcale, ale tym razem z jakiegoś powodu zdecydował się na puszczenie wiązanki. Może dlatego, że trzymał się oto za nos i podpierał się łokciem, próbując przetworzyć, do czego właśnie doszło?

– Cholera jasna – burknął chłopak, odrywając dłoń od twarzy. Przyjrzał się jej wnętrzu i odetchnął z ulgą, nie widząc tam krwi.

Odd Della Robbia miał dość duży problem z wyjaśnieniem, jak znaleźli się w tej sytuacji i dlaczego zareagował w tak gwałtowny sposób. Usiadł spokojnie na swoim łóżku i obserwował zbierającego się z ziemi Ulricha. Chyba nie był w dobrym humorze. Machnął ręką i wstał sam, mimo propozycji pomocy z jego strony.

– Wierzgałeś się, jakbym miał cię udusić we śnie. – w porządku, brzmiał trochę zabawnie z tym nosem, przez ten cios jaki zarobił. Tyle, że do śmiechu mu wcale nie było.

– Ale… co ty mówisz…? – Odd zamrugał i przetarł oczy i ponownie spojrzał na współlokatora.

Ulrich nie miał pewności, co powinien z nim zrobić. Miał… kilka opcji. Mógł opowiedzieć mu skrótowo, jak znaleźli się w tym położeniu. Z drugiej strony miał ochotę to lać i stwierdzić, że i tak nigdy w ten sposób do niczego z Oddem nie doszedł. Ewentualnie, mógł mu strzelić w nos w ramach wyrównania rachunków. Wyszliby na czysto i nie musieliby więcej wracać do tematu. I ta ostatnia opcja kusiła najbardziej. Bardzo, jeżeli miał być szczery. Ale, zakładało to, że będąc w raczej średnim nastroju, precyzyjnie wycyrkluje cios na tyle, by nie trzeba było ani biec po pielęgniarkę, ani po czarny worek.

– Zasadniczo to, co usłyszałeś. Chciałem cię obudzić i mi przyjebałeś w twarz – Stern odwrócił się i wrócił na własne łóżko.

Odd zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy.

Śniło mu się coś na tyle dziwnego, że tego nie grali nawet w Lyoko. Nigdy nie widział tam podobnego miejsca. Nie oglądał filmu, nie czytał komiksu ani nie grał w grę, gdzie takie coś by występowało.

Po drugie, Ulrich był jedną z postaci, jaką zobaczył tam na ziemi. Chyba… pierwszą.

Tam, na krawędzi. Tam.

– E… heh… wiesz, jak to czasami… – Odd zaśmiał się nerwowo. – Walczyłem!

– Z głupotą. Chyba wyszło na remis, ale nie wiem, której. Bezdennej, czy bezbrzeżnej – Ulrich wywrócił oczami i przyłożył głowę do poduszki.

– Oh, kochany jesteś…

Odd powstrzymał się przed wywróceniem oczami. Sam położył się z powrotem, kiedy Ulrich sięgał do wyłącznika swojej lampki nocnej.

Pokój znowu pogrążył się w ciemności.

Włoch wciąż pomiędzy ścianami świadomości widział rozgwieżdżone, kolorowe niebo, zimną podłogę i przyjaciół.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

„Przeklęci wolną wolą zostali wybrani, ale muszą wybrać według samych siebie.”

Autorka: Morrigan

What have you become?

Minął miesiąc. Miesiąc od kiedy Xana został pokonany, miesiąc od kiedy został wyciągnięty z piekła, miesiąc od kiedy ten rozdział został zamknięty. Miesiąc, od kiedy wszyscy kopnęli go w tyłek i powiedzieli, by radził sobie sam.

William Dunbar był więźniem Xany. Trafił do piekła przez własną głupotę, a przynajmniej według reszty grupy właśnie tak to wyglądało. Wpadł przez to, że postanowił porwać się z motyką na słońce. I porwał się, dowiedział się w końcu czego tak pilnie strzegła Yumi i szczerze mówiąc – gdyby mógł cofnąłby się w czasie i zamknąłby sobie tą niewyparzoną gębę.

Ten, kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Płacił za swoje opętanie każdego dnia, podczas, gdy wszyscy myśleli, że nie pamiętał. Ale nie mieli powodu, by pytać, czy wszystko było w porządku. Natomiast on rozpaczliwie prosił, by ktokolwiek wystosował w jego kierunku to durne pytanie. I cholera, jak żałował, że sam nie potrafi o tym gadać. Nie umiał zmusić siebie do wrażliwości, do wylania z siebie wszystkiego co najgorsze. Był wrażliwy, ale nie miał w zwyczaju dużo o sobie mówić.

Xana postanowił się bawić, traktować go jak pieprzoną zabawkę, bo mógł i miał do tego środki. Rozpętał dookoła chłopaka piekło i zaczął wmawiać, że przecież była to jego wina. Zaczął zabijać, mordować jego najbliższą rodzinę, osoby, które uważał za przyjaciół, a potem wcisnął mu w dłoń nóż i powiedział, że to jego wina. A William uwierzył.

Od kiedy go ściągnęli każdej nocy kręcił się w łóżku, przewracał z boku na bok, mówił coś pod nosem, nieświadomie przykrywał głowę poduszką. Śnił, przypominał sobie, widział to coraz wyraźniej. I dobrze wiedział, że każdy z wojowników ma go głęboko gdzieś. Nawet Aelita, którą uważał za tą najbardziej rozumiejącą, za zdrowy rozsądek grupy.

Ale w końcu poszła ona za resztą. Zresztą, nie miała powodu, wystarczającego motywu, by stanąć po stronie Anglika. Byłoby to szalone, gdyby właśnie stanęła po jego stronie.

Budził się z krzykiem, zalany łzami, alarmując pół piętra w internacie, użerając się następnego dnia z debilami, którzy zapomnieli piątej klepki, uznając, że świetną aktywnością będzie podkładanie mu kolejnych kłód pod nogi. Z czasem nauczył się zagłuszać krzyki, zakrywać sobie usta, pchać w nie wszystko co popadnie, od kołdry zaczynając na własnej dłoni kończąc. Wszystko byleby był cicho.

Tej nocy w ogóle nie spał, bardziej myślał. Ostatnio sprawiał więcej problemów niż się spodziewano, a po nim można było spodziewać się wszystkiego. W końcu z poprzedniej szkoły został wyrzucony za rozwieszanie listów miłosnych. Wszyscy powoli tracili do niego cierpliwość i nawet jeśli zrobił coś dobrego to i tak zbierał bęcki. 

Fabryka od zawsze była opuszczonym miejscem, odrobinę upiornym, gdy zapadała noc. Jednak przestawało go to obchodzić, wszystko przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Może dlatego tak łatwo było mu przekroczyć próg budynku, zsunąć się po linie, wejść do windy.

Reszta grupy w pewnym sensie wciąż widziała w nim wroga, pomiota Xany. Patrzyli na niego i widzieli problem, być może nawet potwora. Nie był już człowiekiem, kimś kogo napadnięto podstępem. W ich oczach był nieudacznikiem, mało tego, był nim nawet we własnych oczach. Patrzył w lustro i doskonale wiedział kim jest – małolatem, który porwał się z wielkim mieczem na niemal nieśmiertelną Scyfozoe.

Way to go, Dunbar.

Nacisnął przycisk, zjechał na piętro niżej, do interfejsu Superkomputera. Nie chciał włączać komputera, nie przyszło mu to nawet do głowy. Patrzył tylko na maszynę zaciskając pięści, kląć pod nosem po angielsku. Gotowało się w nim.

Chwycił coś w ręce, chyba metalową rurkę, to co było najbliżej. Podszedł do komputera, uniósł ręce. Cisnął metalem w klawiaturę, następnie w monitory. Dał się porwać, uderzał i uderzał. Krzyczał, a niedługo potem do krzyku dołączyły również łzy.

Kim był? Czym się stał?

What have you become?

Zaległ w końcu na podłodze, klęcząc otoczony szczątkami porządnie uszkodzonej maszyny. Jeremie pewnie nieźle by się na niego wydarł, a reszta poszłaby za nim. Wypuścił rurę z uścisku, oddychając niespokojnie, łapczywie. Przewrócił się na podłogę, runął jak długi. Zakrył oczy, a następnie uszy. To wszystko było takie pojebane.

Był na granicy. Stał się potworem, od dłuższej chwili nim był. 

Stop looking for monsters under your bed.

You are the monster.

Autor: Finley

Fate? Or something better? I could care less

Uwaga. Autorka poniższego one-shota nie zaleca stosowania przemocy jako sposobu rozwiązywania wszelakich problemów.

Występuje słownictwo powszechnie uważane za nieurodziwe.

– Czemu mi w ogóle pomogłeś?

– Oh, nie traktuj tego jako cokolwiek zobowiązującego…

– Skończ pieprzyć w bambus, Dunbar.

William wywrócił oczami, ale Ulrich dalej starał się przewiercić spojrzeniem przez jego skórę, przebić się przez czaszkę i wniknąć do mózgu, jakby zachodzące w nim reakcje w ogóle były dla niego łatwe do odczytania po samych tylko impulsach. Może jednak nie dziwił się temu pytaniu, bo właśnie oto siedzieli w gabinecie pielęgniarki – dwóch licealistów, jeden z dopiero co oczyszczoną krwią z twarzy po strzale w nos, drugi właśnie bawił się zwojami bandaża na dłoni. Każdy na oddzielnej kozetce i tylko William siedział bokiem na swojej, nieco machając nogami.

Wzdychając ciężko, Dunbar opuścił wzrok na swoją zabandażowaną rękę. Musiał przyznać, że to był raczej pechowo wyprowadzony cios, ale nie był pierwszy do odwracania spojrzenia w momencie, w którym mógł być świadkiem pobicia w wykonaniu pięciu na jednego. Stern zirytował kogoś, kogo w życiu nie powinien. Słyszał pewnie, że piękna Ishiyama miała adoratora w klasie maturalnej i miłość wisiała gdzieś w powietrzu. I Williama to już bardziej nie mogło nie obchodzić, ale bywali tacy, którzy się nie poddawali za żadne skarby, jak się okazywało.

A ponoć to ja jestem niereformowalnym przypadkiem nieuleczalnego optymisty…

– Chcesz wiedzieć? – podniósł głowę tylko na tyle, by móc spojrzeć na dawnego rywala. Uśmiechał się półgębkiem i doskonale wiedział, że Ulricha to irytowało. Ale tutaj również nie mógł nic poradzić na to, że kompletnie o to nie dbał. W przeciwieństwie do tego, który skrzyknął jeszcze swoich koleżków na większe mordobicie, wiedział, że chłopak nie zrobi mu krzywdy. Był zbyt zaintrygowany, żeby w tej chwili myśleć nad wszczynaniem awantury.

I prawdopodobnie do tego zbyt obolały.

– Na pewno nie zrobiłeś tego z dobrego serca. – Ulrich prychnąłby, nawet chciał to zrobić, ale szybko tego pożałował. Nos dalej go bolał. Nawet jego głos był w dalszej części zniekształcony. Może to przez zwinięte gaziki, jakie miał wciśnięte w obie dziurki, żeby tylko nie krwawił jak zarzynany?

– Lubię zaskakiwać ludzi, wiesz, Stern?

– Przestaniesz wreszcie? – Ulrich podparł się na łokciach tylko po to, by móc posłać Williamowi najgroźniejsze spojrzenie, na jakie tylko mógł się zdobyć…

…wyglądało to jednak niesamowicie komicznie, jakby zapytać o to adresata.

– Mówię tylko, że nic od ciebie nie chcę. – William uniósł krótko ręce, które powoli opuścił. Szlag, dalej odczuwał to kopnięcie w bok.

Ale, czy żałował swojego wejścia w środek bijatyki, co do której nie miał nawet najmniejszego interesu? Nawet, jeżeli zasługiwał przez to na łatkę osoby niespełna rozumu, to nie mogło to być mu bardziej obojętne.

– Ale, jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć…

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

All I do is (all I do is) run away from, (run away)

All the things that I can’t change, like…

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Nie było tajemnicą, że ponowna aklimatyzacja w realnym świecie była dla Williama istnym koszmarem. Wspomnienia mieszały się, niekiedy przed oczami stawały mu nie szkolne korytarze a platformy sektorów, i rówieśnicy patrzyli na niego z politowaniem, kiedy po raz kolejny zderzał się ze ścianą, chował pod ławkę przez głośniejszy huk, albo mówił nie do końca zrozumiałe dla nich rzeczy.

Niekiedy nie rozumiał ich nawet sam zainteresowany, ale nie było nikogo, kto by mu wyjaśnił, co się z nim najlepszego działo w okresie po powrocie na ziemię. Magicznie, cała wojownicza ekipa wyparowała. Dziwnym trafem zawsze nie było miejsca przy ich stoliku. Nagle ich zwyczajowe miejsca pobytu opustoszały, albo znowu spotykał zamknięte drzwi.

I owszem, to było bardzo wymowne.

Kazali mu, bez większego pardonu, czy chociażby głupiego powiedzenia w twarz, jakby po tym wszystkim nie zasługiwał nawet na tyle, odwalić się od siebie. W porządku, zrozumiał. Mieli takie prawo po przygodach, jakie im w zasadzie zafundował swoją niesubordynacją. Chyba rozumiał ich punkt widzenia – najzwyczajniej w świecie dostał to, o co sam się prosił, ale czy to na pewno miało wyglądać w ten sposób? Naprawdę chcieli, żeby został w Kadic jakimś… pariasem?

No, to im się udało. Przynajmniej do końca gimnazjum, bo chociaż część towarzystwa w nowej klasie w liceum została ta sama, to przemieszała się na tyle, że najbliższe otoczenie Williama stanowiły inne niż wcześniej osoby. I owszem, nie mógł im powiedzieć, co się z nim działo dokładnie, ale jakoś nagle okazało się, że głupie wsparcie, okazanie życzliwości, dobre słowo, zrozumienie i obecność nie były tak ciężkie. William zadawał sobie pytanie, czy w ogóle zasługiwał na takie przyzwoite traktowanie.

Owszem, jego samoocena bardzo mocno zjechała w dół.

I owszem, był w różnych miejscach. O niektórych bardzo wolałby nie mówić zupełnie tak, jak Jim o większości swoich przeszłych profesji.

To zabawne, że w większości przypadków rękę do niego wyciągnęli ludzie, którzy kompletnie o nim nic nie wiedzieli. Zastanawiał się – czy to dlatego, że nie mieli świadomości co do tego, jak niegdyś paskudnie zawiódł i zasadniczo to, co go spotykało, to była pokuta? Byłoby to bardzo na miejscu, swoją drogą. Możliwe do logicznego wytłumaczenia.

Wojownicy wiedzieli, zatem się do niego nie zbliżali. Kazali mu wszystko znosić w samotności, bo uznali, że to kara, na jaką zasłużył.

Nowa klasa i znajomi? Jeden z kolegów, jego obecny przyjaciel, powiedział mu – że człowiek nie zasługiwał na to, by musieć się zmagać ze swoimi problemami w zupełnej samotności. Nie znał Williama wcześniej.

Może… opowiedział mu część, ale dochowując przy tym w dalszej sekretu tak, jak obiecał. Do tej pory zresztą William nie wiedział, jak to zostało przez niego zinterpretowane w pełni, ale dalej pozostał przy swoim stanowisku: że cokolwiek się nie stało i skoro dzielili ze sobą pewną historię… to dlaczego został zostawiony sam sobie?

Tak, schrzanił, ale to oni go porzucili w momencie, w którym to przez nich został wprowadzony. Czy zachłysnął się nowym rodzajem rozrywki? Może. Szlag go wiedział, czy zostało to rozkodowane pod względem jakiegoś bliżej nieokreślonego uzależnienia, szemranych interesów czy głupiego, szczenięcego wyskoku. Ważne, że pomogło mu to poukładać pewne rzeczy w głowie na tyle, by stawić im czoła, swoim własnym demonom, które zawsze… zawsze, za każdym razem, czaiły się gdzieś z tyłu jego głowy i tylko czekały na okazję do spłatania mu figla

Xanafikacja bardzo mocno się na nim odbiła. Nie mógł powiedzieć przyjacielowi, co to dokładnie było. William zawsze mówił o tym krótko i zwięźle, „wypadek”. Owszem, był on dramatyczny w skutkach i spowodowany jego głupotą: jak większość wypadków, do jakich dochodziło w zakładach pracy.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Growing older (growing older) being scared of (being scared of),

Losing friends and staying the same.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Stary, Ty naprawdę musisz się przejmować tym, co o tobie gadają?

– Kiedyś… było gorzej. Chyba się przyzwyczaiłem.

– Dunbar, pierdol to. Naprawdę chcesz kierować się opinią paru imbecyli, którzy nie byli ani trochę w twoich butach, a co więcej, nie przeżyją za ciebie twojego własnego życia?

Nie wszystko od razu się naprostowało.

Nie każdy wątek od razu poprawił sytuację, ale pozwolił rozpocząć porządkowanie pewnych kwestii w głowie, we własnych myślach.

Przypomniał sobie, jak to było – może i trzymać głowę dość nisko, ale umieć spoglądać wysoko.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Waitin’ to feel like I’m someone again

(I’m just waitin’ to feel something)

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Jednym ze skutecznych, ale dość mocno kwestionowanych sposobów w środowisku było najzwyklejsze przyłożenie delikwentowi w pysk. William z początku miał przed tym lekkie opory jako, że często przypominało mu to o walkach, jakie toczył pod kontrolą XANY. Wystarczyło jednak, aby się przełamał i zobaczył, że nawet, jeżeli czasem ponosi go fantazja w takich momentach, to cały czas jego myśli należały do niego samego.

Więc nauczył się na nowo walczyć. Kilku osobom bardzo szybko odechciało się głupich podchodów, wsadzania szpilek w miejsca, z których ciężko było je wyciągnąć, a innym niełatwo zobaczyć, przez co uważali, że nic się nie stało.

Ileż było można?

Przestał się przejmować opinią przychlastów, którzy nie wiedzieli kim był i przez jakie bagno musiał w swoim parszywym życiu, do cholery, przebrnąć, żeby tu stać. Na twarz powrócił zadziorny uśmiech, niemożliwy do pomylenia zwiastun, że planował coś niesamowicie niemożliwego i tylko czekał na okazję do tego zrealizowania.

Jego pierwsza bijatyka była w pewien sposób… wyzwalająca. Z ogromną satysfakcją uderzył szczekającego do niego od roku gostka w szczękę, pozbawiając go na chwilę przytomności. Nie kłopotał się szukaniem pielęgniarki. Kiedy wianuszek śmiesznego kolegi nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić, on wówczas tylko przyklęknął i sprawdził, czy oddychał.

A skoro miał zachowane funkcje życiowe i nic nie zapowiadało się na doświadczenie poważniejszych konsekwencji zdrowotnych tego ciosu… odszedł powolnym krokiem. Pozwolił, żeby tamtego chłopaka zabrali jego kumple. Więcej już do niego się nie zbliżyli. Nie miał z tego tytułu nieprzyjemności – bali się to zgłosić, czy też bardziej należało powiedzieć, wstydzili. Ale tylko dlatego, że żaden się nie spodziewał, że gość, który odwalał maniany w gimnazjum byłby w stanie do tego stopnia się wyrobić.

Ale to nie było tak, że lał i straszył, kogo mu się tylko spodobało. Zawsze miał w tym jakiś powód.

Zaczął wyciągać rękę do tych wszystkich, którzy niegdyś byli w jego sytuacji – zastraszeni i bojący się mówić o swojej niedoli. Czekający na to, aż cały ból minie. Zostawieni samym sobie.

I owszem, mógł tak zostawić Ulricha, kiedy zobaczył, jak sadziło się na niego pięciu chłopaków, w tym jeden, z którym potencjalnie umawiała się niejaka Yumi Ishiyama – ta sama, za którą oni obaj jak głupi ganiali w gimnazjum. William odpuścił ją sobie, kiedy zobaczył, że nawet jej nie obchodziło, czy z tego wyjdzie, czy też to, co się z nim działo po powrocie na ziemię pogrąży go.

Wiele wygodniej jej było odwrócić wzrok i powielić narrację, w której on sam sobie był wszystkiego winien. Mógł się z tym zgodzić – większość tych rzeczy nie miałaby miejsca, gdyby tylko tamtego dnia się ich posłuchał.

Wiedział o tym doskonale.

Ale mimo wszystko, czy naprawdę trudno było podejść i zapytać „co u ciebie” czy „jak to wszystko znosisz”?

William wiedział doskonale, jak to wszystko znosił. Czasami zastanawiał się, czy to, co robił, nie było jego nową, tymczasową maską, jaką zapewniał sobie tylko święty spokój, ale nie ukojenie. Potem uznał, że w sumie to mu wystarczyło. Jego sumienie robiło się lżejsze, kiedy wyciągał z bagna kolejną ofiarę szkolnego nękania.

Wracając – tak, mógł wtedy zostawić Ulricha samego sobie i patrzeć, jak paru maturzystów udzielało mu bardzo surowej lekcji życia. Tyle, że nie potrafił tak.

Chowając na dziesięć minut dumę i stare zatargi w kieszeń, zapytał po prostu, co tam było słychać u jego ulubionych skurwysynów, na twarz przylepiając prowokujący, szeroki uśmiech.

Co to miało zasadniczo być? Czemu w ogóle ratował mu odwłok?

Przeznaczenie? Czy coś lepszego…? William uznał, że mimo wszystko, to bardziej już nie było w stanie mu zwisać.

Jego satysfakcja zrobiła się większa o tyle, że jeden z nich właśnie zakasał rękawy i ruszył, gotów do złapania go przy kołnierzu. I wtedy rozpoczęła się cała zabawa.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

‘Cause I’m tired of bein’ the way that I am…

And I can’t seem to let it go!

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Ale, jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć, to ci powiem. – William wzruszył ramionami.

– Zamieniam się w słuch. – mrucząc to, Ulrich usadowił się wygodniej na swojej leżance. Dotknął kilkukrotnie swojego nosa. Bolał, ale nie jakoś tragicznie.

Dunbar po prostu się uśmiechnął z lekka.

– Jakiejkolwiek kosy bym z tobą nie miał w gimnazjum i jak bardzo byś nie starał się spalić wszystkich mostów, to raczej nikt zasługuje na to, żeby zostać zostawionym paru hienom na pożarcie.

– Mhm.

I tyle. Czy zrozumie aluzję? Nie wiedział. W zasadzie, to nawet nie miała być jakaś mocna igiełka w jego stronę. Nie wiedział, czy zacznie się nad tym zastanawiać, bo wróciła szkolna pielęgniarka i powiedziała Williamowi, że mógł wracać do swojego pokoju.

Mógł jednak przysiąc, że czuł na swoich plecach bardzo wyczekujące i nierozumiejące do końca spojrzenie Ulricha. Krótko się pożegnał i zarzucił swój plecak na ramię. Wyzedł.

Dalej nie chciał niczego w zamian. Co będzie się działo dalej – kompletnie go nie obchodziło.

Ale William nie miał sumienia, żeby tak bardzo zostawiać sprawę. Albo nie było nikogo, kto by ewentualnie utwierdził go w słuszności pozostawienia spraw samym sobie… kto wiedział?

– Ładny strzał, tam na garażach. – głosowi zawtórowało odczuwalne klepnięcie po nieuszkodzonym ręku.

– O, dzięki. A jednak widziałeś?

– Czasami dochodzi do mnie to i owo… ładnie go urządziłeś. Ponoć jak mu znowu się zaświeciło, to płakał za mamusią. Powiedz, znasz tamtego? Co się na niego tak zasadzili.

William uśmiechnął się krótko pod nosem, poprawiając plecak na ramieniu.

– Powiedzmy. Większej zażyłości tu nie ma, ale… znasz to. Nikt nie zasługuje na to, żeby się zmagać samemu z pewnymi rzeczami. Szczególnie, jeżeli to jest pięciu chłopa, i…

„I zasadniczo to ta osoba nie miała oporów na skazanie cię właśnie na coś takiego”.

– …i nawet nie wiedzieli, jak walić w ryj. – zaśmiał się krótko.

Autorka: Morrigan

Latarnia

– Chodź, Jeremie… jestem tu zupełnie sama. Chciałabym cię zobaczyć… dotknąć… przypomnieć sobie, jak wygląda drugi człowiek.

Jeremie Belpois miękł coraz to bardziej pod wpływem pięknego, anielskiego uśmiechu różowowłosej dziewczyny z ekranu Superkomputera. Nazywała się Aelita i znalazł ją tutaj przypadkiem. Poszukiwał części do swoich robotów na konkurs. Winda w starej, opuszczonej fabryce okazała się działać i w ten sposób znalazł sprzęt w podziemiach.

Tknięty ciekawością uruchomił go. I znalazł coś, co śmiało mógł nazwać dość poetycko „bramą do innego świata” oraz uwięzioną w nim dziewczynę, która dopiero z czasem przypomniała sobie, jak rzeczywiście się nazywała.

– Sprowadzę cię na ziemię… zobaczysz, jak wygląda realny świat i wrócisz do domu. – odparł Jeremie, ale już nie tak pewnie, jak poprzedniego dnia. I jeszcze poprzedniego.

I tydzień temu… i miesiąc temu…

– Ale… nie mam w nim, gdzie się podziać, przecież sam wiesz… – westchnęła Aelita. Jej smutna mina i zrezygnowanie w głosie dźgało Jeremiego prosto w serce. – A tak bardzo… tak bardzo chciałabym zobaczyć, jak wyglądasz. I żebyś zobaczył ten świat moimi oczami… żebyś zrozumiał, jak bardzo jest on piękny i przerażający.

Świat Aelity był piękny i przerażający jednocześnie.

Od najmłodszych lat zresztą naznaczona była w pewien sposób gniewem: na wiecznie nieobecnego w jej życiu ojca oraz przez niego, gdy matka robiła mu o ten brak w domu wyrzuty. Ich kłótnie nie miały w zwyczaju przebiegać w zaciszu jednego pokoju.

Aelita doskonale pamiętała, jak kuliła się w swoim pokoju, we wnęce między szafą a łóżkiem, i zakrywała sobie z całych sił uszy. Do piersi przyciskała swoją ukochaną maskotkę, aż nie zaczynało jej boleć. Ale trwała tak dalej. Bo wiedziała, że kiedy odsłoni uszy, Waldo i Anthea nadal będą się obrzucali oskarżeniami. Wszystko kończyło się w momencie, w którym dziewczynka czuła wibracje. Oznaczały, że ojciec znowu wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Gdzie chodził? Nie wiedziała. Aelity to nie interesowało. Cieszyła się spokojem w ramionach matki, do której tuliła się po wszystkim. To ona częściej czytała jej bajki do snu. Z nią poznawała świat. Ojca pamiętała z nielicznych razów, gdy ten grał na pianinie na parterze, zamieniał z nią sporadyczne słowo, czy też przemykał niczym duch, jakby w obawie, że zaczepi go jego własne dziecko.

Gdziekolwiek chodził, okazało się to źródłem kolejnych problemów.

Pewnego dnia mamy zabrakło: zabrali ją mężczyźni w czarnych ubraniach. Tata? Zaciągnął ją w dziwne miejsce, w swoje laboratorium, w którym bawił się w… w kogo dokładnie? Naiwna wówczas dziewczynka nie wiedziała kompletnie jak to nazwać. Zaufała mu, bo przecież nie miała innego wyjścia. Zdawał się wiedzieć, co się działo, ale wiele więcej jej nie mówił.

Wpakował ją w skaner, w to dziwne, szumiące urządzenie i sam stanął naprzeciwko. Pozwolił, by to ją zamknęło, by została pochłonięta, by zaczęły dziać się kolejne, kompletnie nieznane jej rzeczy.

Przede wszystkim, były one przerażające. Zupełnie jak to, że musiała wziąć oddech w zupełnie nowym świecie.

Jedyne, co kazał jej zrobić później ojciec, to uciekać. Łatwo mu było mówić w momencie, w którym on był unoszącą się w powietrzu, świecącą kulką energii, a ona przypominała człowieka z krwi i kości, naznaczonego jedynie elfimi cechami. Nie poruszała się tak szybko. A musiała dotrzeć do wieży, mknąc między nienaturalnie prostymi, wysokimi drzewami. Czym w ogóle ona była? Zabrakło czasu na wyjaśnienia: dostała jedynie kierunek, w jakim powinna pobiec.

Biegła więc – bo nie pozostało jej nic więcej. Kulka, która była jej ojcem, zniknęła. Gdzie, nie wiedziała. Była osamotniona i bała się coraz bardziej. I gdzie była mama? Zabrali ją. Czy znajdzie ją tutaj? Czy też to miała być kryjówka, w której przeczeka?

Czemu tata nie szukał mamy?

Czemu… ją tam zostawił samą, na ich pastwę? Naprawdę jej nie ratował…?

Zatrzymała się. Przed sobą miała wieżę: wysoką, smukłą, otoczoną białym blaskiem i z czarnymi pnączami u swojej podstawy. Nie wydawało się, by do środka dało się wejść.

Nie wiedziała, gdzie była. Dokąd zabrał ją ojciec i czemu kazał jej uciekać dalej samej…?

Ostatnie, co z tamtego momentu zapamiętała, to koścista dłoń na ramieniu i błysk jadowicie zielonych oczu. Nagle znalazła się poza krawędzią dziwnej platformy, a palce zaciskały się na jej szyi.

I zleciała w dół, do wody.

To tam spotkała swój koszmar.

Był wysoki i z pewnością górował swoją siłą nad niczego nieświadomym w tym miejscu dzieckiem. Aelita wierzgała nogami, ale nie mogła znaleźć pod stopami żadnego gruntu. Krzyczała, ale nikt tego nie mógł usłyszeć: zupełnie, jakby jej głos uwięziony został w pęcherzach powietrza wydobywających się z jej ust. Szamotała się, próbując oderwać cudze palce od swojej szyi. Krzyczała, ile tylko w płucach jeszcze miała tchu – a tego wyłącznie ubywało.

„Po co tak krzyczysz? Nikt cię nie słyszy. Nikt po ciebie nie przyjdzie. Było biec szybciej.”

Szarpnęła się jeszcze kilka razy, nim świat zalała ciemność. Co stało się później? Nie wiedziała kompletnie, ale obudziła się na brzegu i wydawało jej się, że była już noc. Widziała zaskakująco dobrze w otaczającej ją ciemności, a lód nie był tak zimny, jak powinien być.

– Tato…? – powiedziała, wspierając się dłońmi, by wstać: albo chociaż klęknąć. – Tato!? – ponowiła już głośniej.

Ale nikt jej nie odpowiedział.

Aelita spojrzała w kierunku wody, z której prawdopodobnie wypłynęła. Przypomniała sobie o dziwnej osobie o jadowicie zielonych oczach, która zamiast zwyczajnych źrenic miała tam nigdy niewidziany przez nią wcześniej znak: kropka, dwa okręgi i cztery kreseczki: jedna na górze, trzy na górze. Nie wiedziała, co on oznaczał. Czy to była kolejna rzecz, o jakiej nie powiedział jej tata? Gdzie on w ogóle się podziewał?

– Tato…! – zawołała, po raz ostatni wrzeszcząc, ile tylko jeszcze zostało jej sił.

Naprawdę zostawił ją tu samą?

Gdy otrząsnęła się, stanęła i chwiejnym krokiem poszła w kierunku wieży. Wyglądała zupełnie jak latarnia morska.

– Jak się tam w ogóle znalazłaś? – zapytał Jeremie podczas jednej z rozmów.

– Nie pamiętam… po prostu już się tutaj obudziłam. – skłamała bez zająknięcia.

„Nikt po ciebie nie przyjdzie. Było biec szybciej.”

Ta obietnica wyciągnięcia jej stamtąd ją całkiem zaczynała bawić. Naprawdę jeszcze komukolwiek chciało się bawić w takie oszukiwanie? Ona miała już dość obietnic bez pokrycia.

Tylko w wieży mogła czuć się bezpiecznie. Chowała się w niej, wiedząc, że tylko tutaj mogła to sobie zapewnić.

Tylko ona. Nikt inny.

Nauczyła się przechodzić między sektorami. Wystarczyło przestać się bać zrzucenia siebie w przepaść w ciemności wieży. Wiedziała, że jeżeli chciała się skryć, powinna szukać białego światła: a to poprowadzi ją zupełnie jak latarnia morska ku brzegowi – ku bezpieczeństwu.

Dziwny człowiek zjawił się jeszcze trzy razy. Za każdym razem kończyło się to tak samo: zostawała zepchnięta do wody, ale ostatnie spotkanie skończyło się tym, że to wreszcie Aelita złapała swojego napastnika za gardło.

„Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mnie ratował. Uratuję się sama.”

Dlatego tak bardzo irytowały ją zawzięte próby zabawy Jeremiego w wielkiego wybawcę.

Aelita już to przerabiała. Nikt nie mógł jej uratować.

Dlatego cierpliwie czekała.

Koniec części pierwszej.

Autorka: Morrigan

Nowa kampania

Urokowi Księżniczki było niezwykle ciężko się oprzeć, to nie było nowością. Nawet, jeżeli chodziło o rzeczy bardzo niecodzienne… na przykład takie, jak urządzenie grupowej sesji RPG po godzinach w szkolnej bibliotece. Jeremie był ku temu dość sceptyczny (szczególnie, że goniły go terminy oddania projektów, jakich ponownie nabrał sobie pod sam kurek…), ale wystarczyły dwa urocze spojrzenia, żeby jego serce rozpuściło się i grzecznie pokiwał głową, że tak: zrobi kartę postaci i stawi się o wyznaczonej godzinie w bibliotece za dwa dni.

W zamian, dziewczyna podrzuciła mu streszczenie podręcznika, z jakiego skorzystała do utworzenia ich kampanii. Jeremie szybko znalazł przydatne mu treści, jak i wzbogacił się o kilka ciekawostek (ponieważ uważał, że wiedzy nigdy nie mogło być za wiele) i postawił na… elfiego maga. Oczywiście przez długi czas się wahał, czy to na pewno był dobry pomysł (Odd zaczynał mu coraz mocniej docinać, że jego aluzje do Aelity zaczynały być coraz to wyraźniejsze i nie wiedział już, czy okularnik robił to specjalnie, czy też finezja dalej nie była jego mocną stroną…), ale ostatecznie stwierdził, że w zasadzie to nie miał lepszego pomysłu. A opisane w podręczniku zdolności jakoś uderzały do niego personalnie.

Aelita powiedziała, że jeżeli chodziło o ubiór, mogli zaszaleć: przebranie się na tyle, by przypominać swoje postaci było mile widziane. Po przejrzeniu swojej szafy, Belpois stwierdził, że widział to dość… słabo.

Ale, od czego miało się środki na koncie i sklepy w mieście?

Czego nie robiło się dla uszczęśliwienia księżniczki.

W piątek, o godzinie szesnastej, Jeremie minął się ze skonsternowanym jego strojem Jimem: nie mogło to dziwić, bowiem chłopak ubrany był w długą, kolorową szatę, na głowie miał kapelusz czarownicy i w ręku ściskał multum książek stanowiących jego rekwizyty. Ba, postarał się na tyle, by przy pasku zaczepić sobie kilka fiolek z zestawu małego chemika. Co najwyżej w biegu sobie poprawiał okulary.

O szesnastej siedem, zdyszany wpadł do szkolnej biblioteki. Znalezienie reszty przyjaciół nie było ciężkie: wszyscy okazali się być odstawieni w podobnym – jak nie wyższym – stopniu co on sam.

– O, jest i nasz czarodziej! – przebrany za barda Odd przyklasnął uradowany w dłonie. Obok niego siedział naburmuszony Ulrich z wymalowaną twarzą i z opartą, kartonową atrapą miecza o swoje krzesło. – No no, witamy na pokładzie!

– Cześć! Uh… chyba za mocno się nie spóźniłem? – Jeremie szybko zajął miejsce przy Yumi.

– Nie. Czekamy na jeszcze jednego gracza i możemy zaczynać. – Aelita odgrodziła się od reszty uczestników dwoma podręcznikami, by nie mogli widzieć uszykowanych kartek ze scenariuszem. Należało jej przyznać, że z pewnością przyłożyła się do dzisiejszej, jak i zaplanowanych już w przód, kampanii.

– Oh… a… a kto jeszcze będzie?

Ulrich ciężko westchnął i pewnie odezwałby się, gdyby nie otrzymany kuksaniec od Yumi. Przebrana za łotrzycę Japonka zgromiła go wzrokiem.

Zagadka naburmuszenia Sterna rozwiązała się bardzo szybko: drzwi otworzyły się z hukiem, niemalże wpadając do środka, a do czytelni wbiegł czarnowłosy chłopak w długim płaszczu, niemalże potykając się o własne nogi.

– Półelf zaklinacz na poster-…! …posterunku. o, już wszyscy? – William zamrugał, ale bez ociągania przysiadł się między Oddem a Jeremiem.

– Jak widać. – Ulrich mruknął, gryząc się za język.

– Mamy… elfa, półelfa, dwóch ludzi i drakona… – Aelita wymieniła , rozpoczynając na Jeremiem, i na Ulrichu kończąc. – Czy macie swoje karty postaci?

Gracze wyłożyli papiery. Różowowłosa nie potrafiła pohamować swojego uśmiechu. Sama ubrała się niczym czarodziejka, nie żałując w swoim stroju odcieni ulubionego, nie opuszczającego jej różu. Czuła się jak prawdziwa Mistrzyni Gry, a nawet jeszcze nie zaczęła. Odd niespokojnie kręcił się na krześle, biorąc do ręki swoją lutnię.

– O nie, nawet nie myśl na tym rzępolić! – Ulrich jęknął, nie mogąc zdzierżyć tego, jak współlokator go katował od dobrych paru dni, kiedy dowiedzieli się o całości przedsięwzięcia.

– Oj, to tak tylko dla klimatu… – niewinnie uśmiechnął się Della Robbia, poprawiając swój berecik.

– Zaczynaj, mistrzyni! – Yumi postanowiła się wciąć na wypadek, gdyby większa sprzeczka miała jednak wybuchnąć między Włochem a Niemcem.

Aelita klasnęła kilka razy w dłonie.

– Zaczynamy! – zakrzyknęła. Dała sobie chwilę na wejście w rolę i przemówiła ponownie. – Witajcie, podróżnicy, poszukiwacze skarbów, wędrowcy! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zostaliście tutaj zebrani? Och… już tłumaczę… każdego z was zainteresowała wizja zarobku. Zaczęliście poszukiwać zleceń dla siebie, aby dorobić w swojej drodze do celu, jakimkolwiek on by nie był i natrafiliście na ogłoszenie, w którym odważny, drakoński kapitan Ezarel… – tutaj wskazała na Ulricha, który to podniósł swój kartonowy miecz. – poszukiwał kilku śmiałków chętnych do rozpoczęcia wyprawy ku artefaktowi mającemu oczyścić Wasze ziemie z wpływu dręczącej ją od wieków ciemności…

Jeremie uniósł brwi w zaskoczeniu. Musiał przyznać, że Aelita wyśmienicie wcieliła się w swoją rolę, pomagając im wejść w odpowiedni nastrój. Yumi przymknęła oczy, Odd kiwał się na krześle, William poprawiał sztuczne, spiczaste uszy. A Ulrich zerkał na Dunbara z ukosa.

– Zebraliście się wszyscy w starej chacie, jaką zarządca udostępnił Wam na tę noc. Musicie wyruszyć na daleką, skutą lodem Północ. Zebrane przez łotrzycę Yoko… – wskazała na Yumi, która uśmiechnęła się, kręcąc w dłoni nożem do rzucania wykonanym ze złożonej kartki papieru. – …informacje wskazują, że fragment potrzebnego Wam artefaktu, który to rozpadł się, gdy na Waszych ziemiach zagnieździła się ciemność, jest w dalekich, ośnieżonych krainach, którymi rządzi Wielka Królowa Zimy. I nie jest ona zbyt dobrze nastawiona do obcych odwiedzających jej ziemie. Potrzebny Wam jest plan, jak wykraść ten fragment z jej zamczyska… Ezarelu, zebrałeś czterech śmiałków gotowych ruszyć z Tobą ramię w ramię do tej ciężkiej drogi: ludzkiego barda Oddisa Utalentowanego, ludzką łotrzycę Yoko zwaną Smoczycą Wschodu, potężnego elfiego maga Harolda z Ziem Niczyich oraz pół-elfa zaklinacza Dagmara, władającego duchami żywiołów oraz zdolnego do przyzywania wszelkich planarnych kreatur.

Kończąc wprowadzenie, wskazała jeszcze po kolei na Jeremiego i Williama.

– Siedzicie przy ogniu z kominka, popijając napary ziołowe na rozgrzanie. Jesień robi się coraz to chłodniejsza, mniej łaskawa… musicie ruszyć w drogę czym prędze, przed pierwszymi mrozami. Zaczynajcie.

– Są i moi śmiałkowie. – przemówił Ulrich, starając się wcielić w rolę drakońskiego wojownika. Nawet specjalnie zniżył głos. – Chociaż widzę, że chyba nie wszyscy wiedzą, na co się porywają… – tutaj, zerknął z ukosa na Williama.

– Zapewniam cię, kapitanie, że wiem doskonale. Tym bardziej, że pochodzę z tamtych stron i uważam, że jestem w stanie Was przeprowadzić. – prychnął, zakładając ramiona na piersi. Uśmiechnął się cwanie, starając sobie nie robić niczego z tych zawoalowanych rolami zaczepek Sterna. – Zresztą, moje duchy żywiołów z pewnością będą ogromnie pomocne.

– Mamy już jednego maga. – odparł Ulrich.

– Och, bardziej mnie zastanawia obecność barda. Widać, że to fajtłapa. – Yumi postanowiła wciąć się w dialog.

– Zgadzam się z tą piękną pa-…

– Przybyłeś tu walczyć, czy flirtować z jedyną niewiastą w naszym gronie?

– Och, jakież to napięcie! Ale od tego weny nachodzi! – uradował się Odd, zaraz coś gryzmoląc na zapasowej kartce.

– Zamknij się, nim upewnię się, że gryf tej lutni na pewno nie wejdzie Ci w gardło, Oddisie. – burknęła „Yoko”.

Ulrich zagwizdał pod nosem. Jeremie spojrzał między wszystkimi, zastanawiając się, co w ogóle powinien zrobić, zanim całość zmieni się w pierwszorzędną jatkę nie między postaciami, a rzeczywistymi graczami. Odchrząknął, zbierając mocy urzędowej i przykuwając uwagę.

– Ustalmy może trasę. – zaczął mag. – Potrzebujemy przecież rozplanować naszą wędrówkę. Nie będziemy również szli bez ustanku: potrzebujemy postojów.

– Oto mapa. – Ulrich wyłożył na stół zadrukowaną kartkę. – Nasz pierwszy cel to ziemie Królowej Zimy. Zamczysko znajduje się o… tutaj. – wskazał palcem.

– Droga nie jest łatwa, ale nie niemożliwa do przebycia niewykrytym. – William wtrącił się. – Sądzę, że nasza łotrzyca będzie w stanie z odpowiednim ubezpieczeniem zinfiltrować zamek i wykraść nasz fragment artefaktu.

– Och, i to Ty chcesz być ubezpieczeniem?

– Owszem, kapitanie Ezarelu. Mnie wezmą za swojego, a drakona… cóż, z daleka zobaczą, że to raczej nie jest zapowiedziany gość~

– Takiś pewien?

– Oczywiście, bo z całym szacunkiem, ale się kapną, bo mordę to kapitan ma jak u Tatara dupa. Taką paskudę szybko wyczają. – zadowolony ze swojej odzywki „Dagmar” poprawił się w krześle. – Och, no co? Ja tylko dobrze wcielam się w rolę brutalnie szczerego, sarkastycznego zaklinacza. Chyba nie gniewasz się, Stern?~

Ulrich odliczył w myślach od pięciu w dół, ale widać było, jak zaciskał zęby.

– Pieprzona waszmość byłeś, jesteś i będziesz rurą. – odpowiedział Ulrich, nie dając się wytrącić z roli. Skrobanie ołówka o papier po stronie Aelity z lekka zdawało się uspokajać.

To była tylko gra. Nawet, jeżeli oboje sobie powoli zaczynali działać na nerwy.

– Oj… wojowniku, zaklinaczu, może… może wróćmy do planowania? – Jeremie się wtrącił.

– Grosza daj wojakowi… sakiewką potrząśnij… – zanucił w tle Odd.

– Czy mogę rzucić czar na uciszenie ofiary? – mruknęła w stronę Aelity Yumi.

– Owszem, na kogo?

– Na barda Oddisa

Po udzieleniu zgody, Japonka wzięła w dłoń kilka kości i zrobiła rzut. Ten wypadł dla niej pozytywnie… podobnie jak rzut na odporność po stronie Della Robbi.

– Oj, piękna niewiasto! – roześmiał się bard. – Nie Ty pierwsza takich sztuczek próbowałaś i nie ostatnia…! Już nawykłem. Ba, wiem, jak się bronić, gdy chcą uciszyć artystę!

– Jak nie sztuczkami, to stalą. – kapitan zerknął z ukosa.

Jeremie westchnął, widząc, ze próby poprowadzenia towarzyszy ku ustaleniu drogi spełzały na niczym. Obawiał się, na jakie konsekwencje tego mogła wpaść Aelita.

– Dagmarze, wspominałeś, że pochodzisz z ziem Królowej Zimy? Czego powinniśmy się wystrzegać? – zapytał więc Williama, który to spojrzał na Aelitę.

– Karta „postać wie więcej niż gracz”, halp meh. – Dunbar krótko spojrzał na Mistrzyni, która kazała mu się przybliżyć i szepnęła mu kilka słów na ucho. Ten potaknął i wrócił na swoje miejsce. – Ludzi Lodu. Powinniśmy się wystrzegać Ludzi Lodu oraz członków Zakonu, jaki Królowa powołała na swoje usługi dwa stulecia temu.

– A coś Ty w ogóle robił na jej zamczysku? – zapytał „Ezarel”.

– Heh… zabawna to historia. Zwiałem z Zakonu, jakiemu w ofierze zostałem złożony. To straszni nudziarze, a ja zawsze potrzebowałem adrenaliny i… u nich nie mógłbym nauczyć się zaklinania, do którego miałem od zawsze naturalny talent.

– Odważnie! – wtrącił się ponownie Odd. – Czyżby to miał być wielki powrót na stare śmieci?

– Gdzie tam… jeszcze czego.

– Zawsze możemy zostawić paczkę u nadawcy.

– Kapitanie, po co ta agresja?

Aelita za zasłoną z książek zaczęła chichotać.

– Dobrze. – przerwała im. – Łotrzyca Yoko w czasie waszych sprzeczek zdołała wyrysować potencjalny szlak Waszej wędrówki.

Reszta nachyliła się nad mapą, na której czerwonym tuszem została narysowana ścieżka.

– Mi się tam podoba.

– Nieźle jest.

– Może trochę bokiem by polecieć…?

– O! Tutaj będzie postój!

Aelita spoglądała na swoich przyjaciół, zajętych finalnie naradzaniem się co do drogi ich postaci ku wrogim ziemiom. Jej usta zasłaniała postawiona książka, ale po oczach dawało się zobaczyć, jak szeroko się uśmiechała, widząc, że… najprościej w świecie, usadziła ich wszystkich przy jednym stole bez większych scysji. Przyjaciółka z forum bardzo dobrze jej doradziła: chyba nie było lepszego pomysłu na zjednoczenie, niż wspólne odgrywanie.

Miała dość tego, jak w ostatnim czasie się od siebie oddalili. Po pokonaniu XANY każdy zaczął powoli iść w swoją stronę i zorientowała się, że nie mieli już tego czegoś, co ich spajało, a wciąż nie mogła przepatrzeć, że William również był w tym wszystkim cholernie odrzucany na bok.

Wspólny stół, plansza… nawet, jeżeli teraz docinki były zawinięte w otoczkę ról, to widziała po twarzach wszystkich – dobrze się bawili.

– Zobaczymy, czy te twoje duchy uratują ci rzyć, kiedy wreszcie wpadniesz w prawdziwą walkę!

– Och… odrobinę finezji, Ezarelu. Nie wszystko sprowadza się do bezmyślnego łomotania mieczem wszystkiego, co się rusza.

Odd zaczął na ostatnie słowa Williama śmiać się jak opętany.

Autorka: Morrigan