Polewoj i nie wnikaj

— Stary, ty to… też widzisz?

— Madonna mia… ziemia się w pół rozstąpi. Czekaj, a może ja po prostu jeszcze… auć! Za co to!?

Kątem oka Odd jeszcze zobaczył cofającą się dłoń Jeremiego. Rozmasował uszczypnięte ramię, obrzucając Belpoisa spojrzeniem godnego obrażonego kota – zmrużył oczy, a gdyby tylko mógł, to pewnie by położył po sobie również i uszy, miarowo bijąc ogonem w podłogę. Tym razem jednak wzrok musiał wystarczyć. Zresztą – ten szybko przeniósł się na uciśniętą na kanapie parę kumpli. Mieli na niej na tyle mało miejsca, że Della Robbia do tej pory nie wiedział, jakim cudem z niej nie spadli w nocy.

Znaczy, widział, że panowie bardzo mocno się wzajemnie trzymali.

— Dla pewności. — Jeremie odmruknął, przecierając okulary o materiał swojej koszulki. — A to? Po co? — zapytał, obserwując, jak Odd unosił telefon.

I, szczerze, znał już ten cwany uśmieszek. I nie przypominał sobie, by zwiastował on kiedykolwiek coś nieproblemogennego.

— A to? — cicho rozbrzmiał dźwięk migawki. Uśmiech Odda zrobił się jeszcze szerszy. — Dla potomności. ~


— Borys, polewoj!

— Kurwa, nie jestem Borys! Co to w ogóle za typ? — William uderzył z łokcia w dno butelki z wódką, odkręcił ją i rozlał zawartość w kubki.

Może i wbrew jakimś niepisanym zasadom, ale nie mieli dostępu do kieliszków. Zresztą, i tak to był cud, że tak szybko doprowadzili Pustelnię do stanu jakiejkolwiek używalności w czasie zaledwie dwóch tygodni.

— Borys Polewoj, taki radziecki pisarz. — Odd dorwał się do laptopa Jeremiego, ustawiając kolejne piosenki w kolejce odtwarzacza. — Był tak sławny, że nawet do tej pory piją w jego imię.

Ulrich uniósł brew, zerkając na swojego przyjaciela. Ten dłuższą chwilę nic sobie z tego nie robił; dodał parę kawałków od P!nk i Rihanny, a dopiero po chwili zorientował się co do wwiercającego się w jego skroń wzroku Sterna. Powoli odwrócił się w jego stronę, próbując zrozumieć, skąd takie akurat spojrzenie.

— No, co?

— Nic, nic. — Ulrich szybko odparł, odwracając się, by podnieść z podłogi plastikowy kubeczek. — Zwyczajnie jestem w szoku. Twoja szara komórka czasami jednak działa, skoro jest w stanie wykrzesać z siebie takie ciekawostki.

— Ej! — Odd wydał z siebie obruszony pisk.

— Nie, nie, nie. — William zakręcił butelkę i odstawił ją na blat stołu. — Szara komórka działa. Po prostu nie styka kabelek. Wiecie, wejście jest wyrobione. I tak jestem w szoku, że nie słyszymy co chwilę dźwięku podłączanego USB i dźwięku odłączanego USB.

— Nie no, to raczej w pokoju Jeremiego! — Odd palnął bez większych ogródek.

Ulrich w złym momencie wziął łyka i spojrzał w stronę pary Einsteinów. Zrobiło mu się ciepło, kiedy Jeremie spojrzał w ich stronę, zastanawiając się, czemu słyszał swoje imię. Czy zakrztusił się? Odgłosy dławienia się przywołały Yumi, która na blacie postawiła kolejny kubek, tuż przed Ulrichem.

— No pluj, pluj do kubeczka. — rzuciła, co tylko nasiliło próby dławionego śmiechu. Chłopak wreszcie nie wytrzymał – posprintował do kuchni i wypluł zawartość do zlewu, zanim poszłoby mu wszystko nosem. Odetchnął głęboko, w nadziei, że za moment nie skończy się zwrotem czegoś więcej, niż tylko cholerny sok pomarańczowy.

— Jędza. — burknął, wycierając usta wierzchem dłoni.

— Do usług. — Yumi zabrała czysty kubeczek i wzruszyła ramionami z uśmieszkiem z czystej satysfakcji. Przysiadła się do Aelity, która z uniesioną brwią do tej pory zastanawiała się, co najlepszego na myśli mógł mieć Odd ze swoim nawiązaniem do USB.

Finalnie westchnęła, dochodząc do wniosku, że im mniej wiedziała, tym lepiej spała. Znając chłopaków, gdyby spróbowała w to wniknąć głębiej, i tak pewnie by po wszystkim uznała, że było jej to iście po cholerę – bo dosłownie jej zlasowało mózg. Uwielbiała ich, byli jej przyjaciółmi, ale czasem… zwyczajnie zastanawiała się, czy te wszystkie psioczące na facetów laski w pewien sposób nie mieli racji, to raz. Dwa… niekiedy przez nich miała to głupie wrażenie, że rozumiała skąd wzięło się stwierdzenie, że mężczyźni żyli krócej. I nie chodziło o czynniki biologiczne.

Jeremie nalał sobie soku. Picie z Williamem, Ulrichem i Oddem nie należało do najlepszych pomysłów. Raz, jeden jedyny raz dał im się namówić, i jak się to skończyło? Otóż, następnego dnia leżał skacowany w swoim pokoju po tym, jak Dunbar uraczył go jakimś jabcokiem, który to zwiózł z rodzinnych stron podczas wakacji w Szkocji. Po wszystkim tylko sobie przypomniał, że babciulka wspominała, że to mocny specyfik, do rozcieńczania… bo jak jego ojciec sprawdził woltaż alkoholomierzem, to przyrząd wpadł aż po poziom około siedemdziesięciu procent.

Od tamtej pory twierdził, że jak mają zamiar sobie przepalić przełyki, to on nie wnikał.

On tylko będzie obserwował. Ile się da. A resztę niech osądzi historia.


Jeremie od samego początku wiedział, że jego najlepszą decyzją tego dnia było nie pić z chłopakami. Jak na razie całkiem dobrze sobie radzili z tą jedną butelką wódki, a w lodówce turystycznej chłodziła się kolejna. Wiśniowa wchodziła jak marzenie – nie czuć było potrzeby zapijania, nie martwili się zagryzaniem…

…a bardziej doświadczone jednostki zazwyczaj miewały świadomość do czego to mogło prowadzić.

Najlepsze więc zaczęło się, kiedy Jeremie, Yumi i Aelita poszli spać. William, Odd i Ulrich obiecali, że niedługo później posprzątają i sami grzecznie pójdą dmuchać sobie materace, by walnąć w kimę. Bez większych dziwnych rewelacji.

— Mordo, kurwa jego mać! Ale Ty zajebisty jesteś!

”Zaczyna się.”, pomyślał Jeremie, kiedy usłyszał kolejne “Pij, pij, pij!” z dołu.

Bez kaca się nie obędzie.


Co było słychać dalej?

Chłopacy może i przykręcili muzykę, ale to ich nie powstrzymało przed urządzeniem sobie karaoke do czego tylko im się nawinęło pod przycisk myszki. Odd pamiętał, że w pewnym momencie po prostu wyciągnął telefon i nagrywał, jak Ulrich i William zarzynali kolejne utwory od Hollywood Undead, robiąc sobie współdzielony mikrofon ze znalezionej w kuchni drewnianej łyżki.

— Your remorse holds no recourse…! — linia melodyczna na tym etapie była bardzo opcjonalna. — No, I’m breathing slowly…

— Oh, won’t you hold me? ~ — Odd ledwo zdążył się cofnąć o krok, zanim William, zamiast trzymać razem z kumplem drewnianą łychę… zwyczajnie go złapał i obkręcił wokół własnej osi.

— Ło paaanie. To może Wam dam trochę przestrzeni? — Della Robbia prychnął, sięgając po swój kubek z wódką rozcieńczoną colą.

— E tam… my nie Jeremie… nie będziemy chyba aktualizowali żadnego oprogramowania… — William podrapał się po karku, nieco chwiejąc. Dalej trzymał Ulricha przy sobie.

Obaj mieli czerwone nosy i nieco przeszklone oczy. Siekło ich.

— Ehe… a potem… dźwięk podłączanego USB… dźwięk odłączanego USB… dźwięk podłączanego USB… — Stern zachichotał pod nosem. — Stary, to… może dlatego on się tam tyle… no… zaszywa? Aktualizuje oprogramowanie…

— Żeby tylko swoje…

— Ale… że ciotki? — Odd zamrugał. — Nieee no… chłopaaaki…

— Nie no.. ciotkę poważamy… szanujemy i kochamy. — Ulrich nieco się odepchnął od Williama i siadł na kanapie. Zaczął wyliczać na palcach przy poważaniu, szacunku i kochaniu. — Iiii… jakby jej tylko krzywdę zrobił, to ja bym go ten… no.

— A wiesz, jak takie rzeczy się załatwia w Szkocji? — William usiadł obok. Czknęło mu się – a mimo to dalej dorwał się do swojego kubka. Jakby mu jeszcze było mało atrakcji.

— Dawaj.

— No… to takiemu to wpierdol… i w bagażnik… i w samych gaciach wywozi się do lasu. — Dunbar zachichotał, nieco się kiwając na boki.

— Mrrr… tak mi móóów… ~

Odd otworzył szerzej oczy, widząc, jak William z Ulrichem się do siebie przykleili.

“Dobry kurwa Kivi, najebali się w trzy dupska.”

— Ej… wiesz co? — William palnął w pewnym momencie. — Ty to jednak jesteś spoko morda, Stern…

— Noo… ty też nie jesteś taki zły…

“Ło w mordę. Dobra. To ja lepiej idę do kibla.”*

Co się działo dalej? Odd bardzo chciał wiedzieć. Poszedł na moment na stronę. Potem stwierdził, że na moment się położy, aż wreszcie… no właściwie to urwał mu się film.

Chłopakom też.

Okazało się, że William był zarąbistą poduszką, a Ulricha nawet dynamitem nie oderwie od ciepłego.

Autorka: Morrigan

Niech żyje chaos

— Kurwa, Dunbar! Czego tak drzesz tę puchę!?

Ulrich z wyraźnym poirytowaniem spojrzał na Williama, który to właśnie wpadł do pokoju jak burza, obwieszczając swoje przybycie głośnym… bluzgiem, chyba. Niemiec już dawno się pogubił, w jakim języku mówił Szkot. Czasami to zwyczajnie brzmiało jak czarnomagiczne zaklęcia, a on jakoś wolał w to nie wnikać.

William, ciężko dysząc, podniósł rękę. Kazał Ulrichowi czekać, aż w ogóle da radę z siebie cokolwiek wydusić. Oparł się ciężko plecami o drzwi z ręką na klatce piersiowej — trochę, jakby za moment miał paść na zawał.

— No? Bo zaraz odlecisz. — Ulrich czekał, jeszcze. I nawet nie był w stanie sam określić, czy sytuacja go irytowała, czy też zaczynała w pewien pokręcony sposób ciekawić.

Son… son of a bitch! — tym razem udało się zrozumieć przekleństwo. William przetarł twarz dłońmi i wziął spokojniejszy oddech. Dalej czuł, jakby serce mu miało wyskoczyć z piersi i słyszał dudnienie, ale teraz był w stanie mówić. Opuścił ręce i spojrzał na swojego współlokatora. Z początku nie wiedział, na kim się skupić – na Ulrichu, na siedzącej mu na ramieniu fretce czy jeszcze fakcie, że w tle Kiwi postanowił wskoczyć w kosz na pranie Odda. Wreszcie jednak zatrybił. — Chodź tu.

— Co…?

— No chodź! Chodź i wyjrzyj przez te zasrane drzwi, bo na słowo to mi nie uwierzysz! — William odbił się od wejścia, robiąc miejsce do przejścia. — I powiedz, czy widzisz to samo, co ja.

Ulrichowi nie do końca chciało się to robić. Naprawdę, miał lepsze rzeczy do roboty niż dawanie się wciągnąć w kolejne dzikie pomysły ziomka z ADHD, z którym tylko cudem zaczął się jakoś dogadywać. Mina Williama jednak aż go zaintrygowała, bo wyglądał, jakby zobaczył coś… czego w życiu z pewnością już nie odzobaczy.

— Jeżeli to jakiś kolejny prank twój i Niry… — wstał z miejsca. Fretka uciekła mu w kaptur. — To przysięgam, że was rozstrzelam. Co tam niby zobaczyłeś?

— No, sam zobacz. Na pewno nie białe myszki… — William burknął, chociaż dalej niepewnie zerkał w kierunku wyjścia z pokoju.

Mi to się wcale nie przywidziało, prawda?”

Ulrich wywrócił oczami i otworzył drzwi. Zerknął na lewo.

— No i nic tu nie ma. — stwierdził, za chwilę spoglądając na prawo. — O chuj ci…

Mee-e-e-e-e!

— Ja pierdolę! — Niemiec trzasnął drzwiami, aż ściany się zatrzęsły, a sam William podskoczył w miejscu. Za moment otworzył je jednak ponownie i znów spojrzał na prawo, powoli, jakby obawiając się, że jeżeli wyjrzy za szybko, to obraz sprzed chwili zniknie.

Nie zniknął. W głębi korytarza mógł zobaczyć wesoło biegającą po korytarzu bielutką kozę-miniaturkę. Sam widok w sobie był kuriozalny, ale w tej chwili licho paliło samą kozę. Bardziej chodziło o to, że w pysku trzymała dwa, jak nie trzy razy od siebie dłuższą katanę.

— Mówiłem?! — William finalnie się odpalił, kiedy Ulrich gapił się na zwierzaka. — Kurwa, wracam z zajęć, wchodzę na piętro, a ona, jebana w dupę, już na mnie czeka! Ty wiesz, jak za mną pobiegła!?

— Skąd ona się tu w ogóle wzięła!?

— A mnie się pytasz?!

— Ciebie bym pierwszego posądzał o przyniesienie kozy do akademika. Kto mi ostatnio opowiadał cały lore o kulaniu owiec!?

— Diathan, sam się kulaj! Po prostu przewracasz leżącą kołami do góry owcę, żeby znowu stanęła na nogi, bo inaczej…!

— Dunbar, skup się! Koza, katana, korytarz! Skąd mogła się, jebana, wziąć?!

Może jak strzelę mu słowami-kluczami, to się skupi na czymś innym…”

— Nie mam pojęcia! Jedyna osoba o której wiem, że ma dostęp do katany, to Vari. — zmiana tematu przebiegła pomyślnie. Chłopak zaczął się zastanawiać. — No ale… Vari by nie dał żadnej kozie swojej katany. Więcej, pewnie by ją przerobił na kebaba, jakby tylko mu ją obśliniła. Ale…

Na korytarzu rozległ się wysoki, damski pisk. Sprowokowało to chłopaków do ponownego zerknięcia na sytuację poza pokojem, więc uchylili lekko drzwi i wyjrzeli. Mała koza właśnie biegła w kierunku schodów, którymi to z donośnym stukotem obcasów zbiegła znajoma im Meksykanka.

— Czyli… chcesz mi powiedzieć, Dunbar, że spierdalałeś przed małą kozą zupełnie jak teraz Katarina? — Ulrich krótko prychnął śmiechem, na co czarnowłosy wywrócił oczami.

— Hej, ja się nie darłem. — zaczął. — Po drugie, kto pierdolnął drzwiami, jak tylko zobaczył tę kozę na korytarzu?

— …słuchaj, ty gnoju.

— Sam słuchaj! Mamy jebaną kozę-terrorystkę, a ja chciałbym mieć możliwość pójść chociaż do kibla. Wniosek jest prosty.

— …idziesz do kibla?

— Nie. Trzeba złapać kozę.

Evie bardzo chciał wiedzieć, o co chodziło, kiedy otworzył drzwi swojego pokoju i pierwsze, co zobaczył, to swojego młodszego kuzyna oraz jego współlokatora (czyli swoich sąsiadów z pokoju obok) trzymających po obu stronach rozłożone prześcieradło na środku korytarza.

— No… siema, kawalerka. — rzucił, powoli przymykając za sobą drzwi. — Co wy, pranie wietrzycie?

— Ciszej, Evie. — William wywrócił oczami. — Spłoszysz kozę.

— Spłoszę wam, co?

Dunbar nie musiał wcale odpowiadać. Po korytarzu ponownie rozległo się charakterystyczne beczenie, które dość konkretnie zbiło Lennoxa z tropu.

— Dawaj, biegiem! — William z Ulrichem pobiegli przed siebie z rozłożonym prześcieradłem – koza, którą próbowali złapać, spojrzała na nich i zaczęła sama uciekać przed ich dwójką.

Irlandczyk zaś stał przez chwilę dalej jak wryty, nie do końca wiedząc, co dokładnie powinien ze sobą zrobić. Wzruszył więc ramionami i wyciągnął telefon, by zacząć nagrywać całość tej akcji dla potomnych.

— Jeszcze lepszy odjazd niż betoniarka w gabinecie u dyra. — skwitował, idąc za chłopakami.

— Kurwa, skręca! Stój, łajzo ty…!

Jakim cudem ona tak szybko biega?!”

Dwa razy byli już blisko złapania kozy. William liczył na to, że do trzech razy była sztuka i tym razem uda im się ją capnąć w prześcieradło. Nie wiedział jeszcze, co z nią zrobią potem, ale… coś się zawsze wymyśli, prawda?

No, na to mniej-więcej liczył. Że coś się wymyśli.

Koza jednak wycwaniła się – skręciła w otwarte drzwi od kanciapy, a William z Ulrichem (i rozpostartym między sobą prześcieradłem) wpadli na wychodzącą zza winkla dziewczynę. Nie mieli szans wyhamować – rozległ się pisk, poszła wiązanka przekleństw, a potem nastąpił głuchy łoskot sygnalizujący, że cała trójka zwyczajnie się wyłożyła na ziemię.

Zawiniątko w prześcieradle szamotało się jak wściekłe. William przewrócił się na plecy i podniósł do siadu, za chwilę sięgając po materiał, by ściągnąć go z ich bardzo przypadkowej ofiary.

— No chyba was coś popierdoliło! — rozległ się damski, wściekły głos. — Czy wy sobie zdajecie sprawę ile ja, mierda, spędziłam dzisiaj przed lustrem nad tymi włosami, żeby były idealnie proste!?

William poczuł na sobie wzrok Ulricha. Lekko spanikowany, swoją drogą.

— Oh gosh, Deya, we’re soooo sorry! Próbowaliśmy złapać kozę, i…

Hiszpanka wygrzebała się spod prześcieradła. Miała nieco zmierzwione włosy, ale cała reszta wydawała się być na miejscu. Popatrzyła na nich z niedowierzaniem i najpierw jednemu, a potem drugiemu przytknęła dłoń do czoła, a potem przypatrzyła się ich twarzom.

— Przysięgam, że za moment będziecie obaj szczali do kubeczków.

— Deya, to nie haluny, a jedyne, co biorę, to moje prochy, żebym się mógł skupić i nagle nie zaczął randomowo pierdolić o piętnastu tematach na raz! Tam była koza! Koza z kataną, no przysięgam!

— A ty, Stern, zamiast uspokoić swojego emosia, to poleciałeś z nim?

Ulrich odliczył w myślach do trzech, zanim się odezwał.

— Deya, tam była koza. Z kataną. Nie, nie żartuję!

— Ej… David?

Vari zajrzał do szafy, by wziąć swoją kurtkę. Wszystko było niby tak, jak zostawił, ale brakowało mu jednego pokrowca.

— Nie brałeś przypadkiem mojej katany?

— Ah. No. Pożyczyłem na moment. — współlokator na moment podniósł głowę znad podręcznika, ale dość szybko do niego wrócił.

Vari kiwnął głową.

— A… gdzie jest teraz? — zapytał, narzucając na siebie dżinsową kurtkę.

— Dałem ją Armagedon.

— DAŁEŚ MOJĄ KATANĘ SWOJEJ KOZIE!?

— I puściłem na korytarz.

— Ty… oszalałeś.

— Niech żyje chaos.

Autorka: Morrigan

KU6.2-FPKW

W obszernej, zimnej sali, tuż obok superkomputera wyglądającego jak piętnaście połączonych ze sobą szaf z tą różnicą, że każda z nich posiadała dwadzieścia wajch oraz około stu przycisków i lampek siedział przy interfejsie młody, wychudzony informatyk. Wzrostem sięgał siódmoklasisty, miał ciemnobrązowe włosy oraz kozią bródkę i ubrania koloru szarego, które wisiały na nim tak, jakby nałożył na siebie worek kartofli. Sięgnął on po zestaw słuchawkowy który wisiał na jednym z sześciu monitorów interfejsu.
­– I jak wam idzie? – powiedział spokojnym, lekko drżącym głosem. – Dobra ta sztuczna inteligencja, co?
– Tobie już kompletnie odbiło?! – odpowiedział głos z komputera – Te pełzoludki, czy jak to tam się nazywało miały zadawać 30 punktów zdrowia, nie 70.
– Oj nie przejmuj się Miedwiediew – odpowiedział mu – Zresztą twój awatar zjada najwięcej pamięci i mocy.
– Tu się zgodzę z Rauem – rzekł drugi głos – Ale faktycznie te pełzacze kopią mocno.
– Może sam się zwirtualizujesz i powalczysz z twoimi potworkami. – powiedział Miedwidew.
– O nie, nie! – odpowiedział mu Rau. – Po tym, jak wrzuciłeś mnie do cyfrowego morza, moja noga długo nie postanie w KU6.2-FPKW.– Dłuższej nazwy się nie dało wymyślić? – spytał drugi awatar.
– Za wcześniejszą zostaliśmy wyśmiani przez połowę kampusu.
– A no tak!
– Dobra, dość mam tego.– rzekł Rau – Dewirtualizacja Feliksa, dewirtualizacja Aleksa.
Uderzył mocno przycisk Enter po czym szybkim krokiem, wyruszył do pomieszczenia obok w którym znajdowały się dwa skanery. Po chwili skanery otworzyły się i wyszło z nich w kłębie gęstego dymu dwóch studentów. Pierwszy, Feliks, miał długie kasztanowe włosy, nosił okulary w prostokątnych oprawkach i był ubrany w ciemny dres. Drugi był jego kompletnym przeciwieństwem: miał na sobie białą koszulę z brązowym krawatem, kamizelkę w tym samym kolorze oraz spodnie w kant, o ton ciemniejsze niż góra garderoby. – Ty zawsze musisz być w garniturze?– spytał Mikołaj
– Po pierwsze to nie garnitur, bo nie mam na sobie marynarki– odpowiedział Aleksander lekko drwiąc z wiecznie niechlujnego Mikołaja Raua – A po drugie to jest to nasz mundurek uczelni.
– W dni uroczyste – wtrącił się w końcówkę zdania.
Po dłuższej chwili Mikołaj wyłączył terminal. Wyszli z pracowni i ruszyli ciemnym korytarzem w stronę wyjścia z kompleksu Informatyki Kwantowej. Musieli pójść okrężną drogą aby minąć większość monitoringu oraz pokój ochrony. Gdy Feliks chwycił za klamkę drzwi wyjściowych usłyszeli za plecami ponury głos który w tych okolicznościach brzmiał niczym z horroru.
– Miedwiedew – zaczął wymieniać – Rau i Diatłow! Do mnie ale już!
Gdy się odwrócili, ujrzeli sylwetkę profesora Neprevowycza. Był to starszy mężczyzna o siwych włosach, których liczbę można by policzyć na palcach rąk całej trójki. Jego twarz pokrywały zmarszczki głębokie niczym fałdy, choć mimo wieku profesor trzymał świetną formę fizyczną. Jak zwykle miał na sobie śnieżnobiały kitel z przypiętą plakietką. Patrzył na nich wzrokiem złego szerszenia, a jego żołnierska postura tylko potęgowała grozę, której doświadczyli studenci.– P…Profesor Neprevowycz. – powiedział drżącym głosem Mikołaj.
Podeszli do niego niczym baranki prowadzone na rzeź. Profesor nachylił się, patrząc Mikołajowi prosto w oczy.
– Czy wie pan – zaczął – która jest godzina? Czy ma pan świadomość, o której godzinie zamykany jest ten wydział? Oraz czy jest pan zaznajomiony z regulaminem który mówi o tym że uczniowie nie mogą przebywać w kompleksach badawczych po ich zamknięciu?
– T… tak panie profesorze.
– No dobrze – kontynuował Neprevowycz. – Ze względu na szacunek do waszego dorobku naukowego i chęć kontynuowania badań, uznam, że was tutaj nie było. Pod warunkiem, że oddacie mi wasz klucz.– Klucz? – spytał kłamliwie Feliks
– Ten który sobie dorobiliście w przerwie międzysemestralnej
Aleks wyciągną z kieszeni klucz i pokornie oddał go profesorowi. Ten tylko spojrzał na przedmiot i po chwili otworzył im drzwi wyjściowe. Gdy tylko opuścili wydział, profesor zamkną drzwi i przekręcił zamek. Potem cała trójka udała się do akademika nr 3 w którym mieszkali, odebrali klucze z portierni i wyruszyli w kierunku stołówki. Uchylili delikatnie drzwi oddzielające korytarz od stołówki i cichym krokiem weszli do środka. Rozejrzeli się, i już spokojnym chodem ruszyli w stronę lady.
– To co mamy dzisiaj? –spytał Aleks Feliksa, który już zaczął zbierać rzeczy ze szwedzkiego stołu.
– Suchary – zaczął wyliczać Feliks – pasztet z psa w konserwie, grzyb z twojego sufitu i gorzała.
– A tak na serio? – ponownie spytał Aleks
– Suchy chleb, masło, pasztet– odpowiedział Mikołaj
Mikołaj i Aleks prowiant do rąk i usiedli przy najbliższym stoliku, zaś Feliks schylił się za ladę tak głęboko że musiał położyć się na niej brzuchem, o mało co nie strącając umytych szklanek.
– Czego ty tam szukasz? – spytał szyderczo Aleks – Sensu?
Po tych słowach Feliks wyjął stamtąd półlitrową butelkę czystej wódki.
– Ehhh – westchnął Mikołaj
– No co? – spytał Feliks – Dzisiaj jest piątek, więc po maluchu można.
Aleks z uśmiechem na ustach kiwnął głową twierdząco. Po tym gdy spożyli pokarm i kilku łykach gorzał, Aleks powiedział.
– No i nici z naszego dodatkowego czasu na kompie.
– A mówiłem wam żebyśmy chodzili tam tylko w weekendy. – odpowiedział mu Diatłow
– Dobra, jakoś sobie poradzimy – rzekł Rau– Zresztą wiedzieliśmy że to kiedyś się może wydarzyć.
– Myślicie że wyciągnie z tego jakieś większe konsekwencje? – spytał Feliks
– Nie – orzekł mu spokojnym tonem Mikołaj – Ty masz największą średnią na uczelni i pierdyliard laureatów z różnych konkursów. Ja jako jedyny w całej uczelni posiadam programy debugujące większość systemów wieloczynnikowych na naszych superkompach. A Aleks jest dziany.
– Ej wypraszam to sobie! – powiedział agresywny tonem Miedwiediew wyciągając w jego stronę niedojedzoną skórkę chleba. – Dostałem się tutaj przez naukę tak samo jak wy.
–Tak ?– odpowiedział mu Mikołaj odsuwając spod swojego nos rękę ze skórką – A kto ode mnie ściągał na egzaminie wstępnym z mechaniki kwantowej?
– Oj bo tego akurat nie wiedziałem.
– Panowie – przerwał im Feliks – bo robimy za dużo hałasu. Trzeba to szybko skończyć bo zaraz przyjdzie ruda menda i nici z ,,badań” na ten weekend.
– A niby za co mogłaby nas podkablować? – spytał go Aleks
– Za zakłócanie miru nocnego.
– O nie – powiedział Aleks – za bardzo te Pełzacze zalazły mi za skórę. Jutro je poskromie moimi płomieniami.Po tych słowach Aleks rozdzielił się z Feliksem i Mikołajem, ruszając do swojego pokoju na drugim końcu akademika. Chwilę później ta dwójka również udała się do siebie.

Autor: Ginizmon

Into the light (2/2)

Chcę… żeby tylko przestało boleć.”

“Już nie będzie.”

“Chciałem im pomóc.”

“I wreszcie im pomożesz.”

— }><{ —


Dłonie powoli zsuwały się z jego ciała. Puszczały ręce, które coraz śmielej wyciągał w stronę światła. Nie krępowały już nóg — był w stanie płynąć ku powierzchni. Nie mógł do końca jednak rozszyfrować, co mogło go stąd wyciągać. Było tak jasne… i bez twarzy. Albo, nie był w stanie jej dostrzec wskutek oślepienia. Czemu zaufał sile, której nie znał? Oddał stery w jej dłonie. Była ciepła, a on w tym wszystkim już zapomniał, jakie to uczucie. W ostatnim czasie istniał tylko ból i apatia.

William zaczynał czuć coraz więcej. Widział, jak przybliżała się powierzchnia tafli wody. Cienie próbowały go dogonić, ale niknęły.

I nagle pstryk… ciemność.

Chciał krzyczeć, kiedy nagle znów nie było nic. Ale tylko na moment.


— }><{ —

— Odd, od południa nadlatują szerszenie.

— Przyjąłem, szefie. Powitam należycie. ~

— Ubezpieczajcie Aelitę. Może ponownie spróbować ją przejąć.

— Nasz książę bardzo się w takim razie zdziwi.

— Nie możemy… Pozwolić mu znów odejść.

— Wiem, Aelita. Odzyskamy go.

— }><{ —


“Breathe, I think you’ve finally broken

If we don’t die here, we’ll always be haunted.”


— }><{ —


— Ulrich, zostało ci dwadzieścia punktów, uważaj…!

— Yumi, nie!

Potwor padł na bok, pozostawiając po sobie huk i chmarę fruwających na wszystkie strony odłamków. Wachlarze, które dopiero go przecięły, zmieniły się w pył, nigdy w tej walce już nie wracając do dłoni swojej właścicielki. Przy uchu ledwie wybronionego samuraja świsnęły strzałki, którym zawtórowały kolejne wybuchy; potworów jednak przybywało coraz to więcej. Przychodziły kolejne i kolejne fale z zamiarem zmycia ich jedno po drugim.

Xana przychodził jak rwąca rzeka… Jak śmierć.

Jego kolejna fala zaś objawiała się czernią, dymem, i pustką w szarych oczach.

— }><{ —

Wynurzył się spod tafli wody. Powinien go uderzyć chłód potęgowany mokrymi, lepiącymi się do ciała  ubraniami. Stanął na stabilnym gruncie. Dał się podprowadzić o krok, dwa, trzy do przodu.

“Co zrobisz teraz?”

“Oni wciąż walczą.”

— Czy… Mam jeszcze szansę…?

“Zostaniesz w cieniach… Czy zaryzykujesz, podążając za światłem?”

Czwarty krok. Piąty. Podeszwy coraz szybciej biły w taflę wody łączącą się z szarym lądem. Ostatki oblepiającej go czarnej mazi znikały, odsłaniając biały kombinezon, o którym mało kto jeszcze pamiętał.  Szary ląd prowadził w głąb równie szarego lasu, spomiędzy którego drzew biło białe światło… I dobiegały kolejne głosy.

— Nie może dostać Aelity…!

— Nie dostanie jej.

— }><{ —

Smuga światła uwolniła skrępowane dłonie pojmanej Księżniczki. Opętany awatar zatoczył się do tyłu, Aelita zaś ledwie złapała równowagę i odbiegła kilka kroków, w drżących rękach próbując przywołać pole energii. Podniosła wzrok i zamarła.

Znała ten biały kombinezon. Ten sam, którego przecież miała nigdy więcej nie zobaczyć. Między palcami wojownika przeskoczyły iskry. Ziemia zadrżała, gdy wbił w nią ciężki, oburęczny miecz.

— Zapomnij… Że pozwolę ci złamać tę obietnicę.

Autorka: Morrigan

Out of the dark (1/2)

Obce dłonie na twarzy zasłaniały mu wizję, przyciągając w swoją stronę. Zrobił krok za siebie, drugi i trzeci, każdy skoordynowany jak poprzedni, jakby ktokolwiek, kto go trzymał, sam pilnował, by nie upadł. Nie kwestionował. Nie odzywał się. A pewnie powinien. Może jego zadaniem było w tej chwili się wyrwać, ale posłusznie dawał się prowadzić?

Plecami zetknął się z taflą wody. Poczuł jej charakterystyczny chłód na skórze. Czy powinna tu być? Tego również nie był w stanie zakwestionować. Dlaczego? Rozłożył ramiona i pozwolił, by woda otuliła go w całości.

Zupełnie tak, jakby zanurzenie w niej było niczym niezwykłym.

— }><{ —

Hide, before the floodgates open.

Can we lie here ‘till it’s all over…?

— }><{ —

Nie zbliżał swoich rąk do obcych dłoni. Leciał powoli w dół, z bezwiednie rozłożonymi ramionami, bez myśli, oporu… protestu. Bez choćby znaku powzięcia jakiejkolwiek woli w swoje ręce.

“Dobrze.”

“Jesteś już mój.”

”Twój protest jest daremny. Jak dobrze… że wreszcie to rozumiesz.”

Bierność była dziwnie przyjemna. Nie musiał nic robić. Nic nie bolało. Nawet nie krztusił się wodą. Może i nie widział, gdzie był, ale w tej chwili nie dbał o to.

Nie dbał o nic.

Było… wygodniej. Te dłonie wreszcie przestały go szarpać. Dzisiaj tylko trzymały, zasłaniały oczy. Pozwolił na to — było lepsze niż doświadczany dotychczas ból.

“Poddaj mi się.”

“Należysz do mnie.”

“Zamknij oczy… śpij.”

Może tak byłoby łatwiej — zamknąć oczy i oddać stery? Dryfować… póki to wszystko się nie skończy?

— }><{ —

— Nadchodzi.

Dłoń zacisnęła się na rękojeści katany.

Palce zgrabnie rozsunęły kolejne załamania wachlarza.

Knykcie uwidoczniły się, na wierzchu dłoni zamajaczył drobny błysk.

Różowa łuna zebrała się tuż nad opuszkami palców.

— }><{ —

I hear the violence coming,

Turn and run inside.

— }><{ —

Nie chciał walczyć. Po co mu to było? Próbował to zrobić raz, ale trafił prosto w ciemność, która to coraz mocniej, coraz bardziej zamykała go samego w sobie, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Uciskała go, kompresowała, aż… ile zostało z niego samego? Jak najmniej, bo tak było najłatwiej.

Spadał coraz to głębiej… dalej…

Prościej. Tak było prościej. I kiedy już się całkowicie podda, nie będzie nic.

— }><{ —

“Naprawdę chcesz w ten sposób to zakończyć?”

Czemu nie?

“Otwórz oczy. Nie jesteś marionetką…”

Nie mam już sił walczyć.

“Jeżeli się poddasz… on to wykorzysta. I skrzywdzi tych wszystkich, na których ci zależy.”

Oni… na pewno już mnie skreślili.

“Śpij.”

“Nie, nie śpij. Otwórz oczy.”

Jestem zmęczony. Mam dość… teraz już nie boli.

“Znikniesz. A oni będą następni.”

W ciemności pojawiło się światełko. Otwierając oczy, chłopak zobaczył, że rzeczywiście znajdował się w wodzie. Czarny dym krążył wokół niego, próbując go oblepić jak smoła. Ciągnął go na dno, jakby odbierając coś, co było mu należne.

Chociaż nie widział najlepiej, zobaczył zarys sylwetki, a potem dłonie wyciągane w jego stronę.

“Nie chcesz tego kończyć… chcesz, żeby zwyczajnie przestało boleć.”

“A jeżeli teraz się poddasz… na szali znajdzie się więcej, niż sobie wyobrażasz.”

“Wróć.”

“Zamknij oczy. Nie walcz.”

“Poddaj się i pozwól mi wreszcie…!”

Zaczął myśleć. To wszystko powoli wybudzało go z letargu, w którym zaczął brać pod uwagę kolejne to i kolejne opcje. Co, jeżeli drugi głos miał rację? Komu stanie się krzywda? A co, jeżeli znów będzie boleć?

“Pamiętasz obietnicę…?”

Obie… obiecałem…

Chociaż ręce były ciężkie od tej ciemności, ruszył nimi w stronę wyciągniętych w swoją stronę dłoni. I złapał je.

I potem, przez chwilę, po prostu nic nie było. Ale tylko na moment.

Autorka: Morrigan

Between memories and reality (I’ll follow your light)

Biegnę. Wydłużam krok. Przede mną cienie — światło oddala się z każdą sekundą, razem z nią moja szansa na ucieczkę z tego koszmaru. Słyszę go, nadchodzi. Jego kroki są wolniejsze niż moje, ale i tak się zbliża, nieubłaganie, jak wyrok. Są jak obietnica, którą wiem, że spełni za każdym cholernym razem, ilekroć mnie złapie. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Brakuje mi sił.

Ma moją twarz, ale nie mój głos. Ten szorstki ton, sztuczny, przypominający syntezatory mowy, za każdym razem przechodzi na wskroś, tnący świadomość jak zimne ostrze.

Jeszcze mam nadzieję. Jeszcze wierzę, że mogę stąd uciec.

— }><{ —

“I’m a waking hell and the gods grow tired.”

— }><{ —

— Oddychaj.

Ale nie mogę. Kurwa, nie mogę. Ktoś mi sznuruje cholerny, żelazny gorset i to nie w pasie, ale bezpośrednio tam, gdzie mam płuca. Jeszcze trochę, a zmiażdży mi żebra. Serce praktycznie wyskakuje z piersi. Jestem w spirali: ściany są za blisko, oddech za szybki, a dotyk, jakikolwiek, pali. Kołnierz bluzy znajduje się za blisko mojej szyi. Próbuję sobie go poluźnić za wszelką cenę.

— Uspokój się.

Nie mogę! Za głośno, za dużo, zbyt nagle.

— Nic ci nie grozi.

Skąd to wiesz?

W gabinecie pielęgniarki okazuje się, że biegłem przez korytarz jakby mnie coś goniło: a to był tylko Jim, który znów chciał się przyczepić o jakiś cholerny kwitek, którego cały czas zapominam mu przynieść. Światełkiem, za którym goniłem, była mrugajaca, ledwie działająca żarówka. Miałem cholerną schizę, że jestem znowu… tam.

I próbuję wyrwać się na wolność, bo nie chcę więcej być marionetką. Że znów ktoś pociąga za sznurki mojego ciała, a mi każe na to patrzeć zza szklanej ściany, o ile nie zmieni zdania i nie uzna, że to za mało… i czas zabawić się ze swoją ofiarą.

Nawet nie umiem do końca powiedzieć Yolandzie, co się dokładnie stało. Chcę to jakkolwiek zamieść pod dywan, udać, że nic się nie stało, zbyć to z uśmiechem i odrobiną zakręcenia rzeczywistością. Ona to średnio kupuje, o ile… w ogóle. Wypluwam po kryjomu ziołowe dziadostwo na uspokojenie, które mi dała na “wyciszenie”. Ale, ja nie potrzebuję się wyciszać. Nie chcę tego.

Potrzebuję kontroli — nad samym sobą, nad swoim otoczeniem.

— }><{ —

— Nie uwolnisz się.

Przypomina mi o czymś, co już doskonale wiem: nie uwolnię się. Nie jestem w stanie mu zaprzeczyć, nie umiem zaprotestować. A mimo to dalej uciekam, bez słowa, jakby licząc na to, że moja cisza nie zdradzi ciężkich kroków niosących się przez wzniesiony labirynt.

Chcę się wyrwać: zobaczyć niebo, innych ludzi, znajomych… twarze rodziców. Zamiast tego jestem w piekle, do którego zesłała mnie własna brawura. Nie jestem w stanie dostrzec żadnej drogi ucieczki. Wszystko, cały korytarz, wąski przesmyk, zaczyna zalewać czarna maź. Próbuję w nią nie wdepnąć, bo wiem, jak to się skończy.

Oblepi mnie całego, wciśnie się przez usta, nos, i zaleje płuca. Odbierze oddech i zostawi, i będę błagał, żeby to się wreszcie skończyło.

Ale nie pozwoli mi się udusić. Nigdy na to nie pozwala.

Skręcam w lewo. Przejście za mną się zamyka. Przede mną jest lita ściana, a maź właśnie zaczyna wspinać się po nogawkach spodni.

— }><{ —

Nie śpię już od dwóch godzin. Nie umiem zamknąć oczu i wyprzeć z głowy to, co zobaczyłem w śnie. Siedzę przy biurku, przy zapalonej lampce i zarzynam kolejną kartkę, próbując wyrzucić z siebie to, co mi siedzi w głowie. To wydaje się zwyczajnie niemożliwe, bo o ile w jednej chwili myślę sobie, że wszystko już jest w porządku, kolejna uświadamia mi, że nie do końca.

Muzyka w słuchawce na chwilę przestaje grać. Spinam się, wzięty z zaskoczenia nagłą zmianą. Słyszę dzwonek powiadomienia i wszystko wraca do normy. Sięgam po leżący nieco dalej na blacie telefon, którego ekran właśnie gaśnie i podświetlam go ponownie. Widzę jeden skrót i jedno słowo, który sprawia, że w jednej chwili świat się dla mnie zatrzymuje.

Ścianami internatu wstrząsa czyjś przerażony krzyk. Wylatuję z pokoju, rzucając ołówek. Światła migoczą, uczniowie nie są w stanie przepchnąć się przez schody, bo wszyscy pchają się do głównego wyjścia, a Jim nie umie ogarnąć chaosu. Na moich oczach zawodzą te wszystkie procedury, których uczą nas od dzieciaka — niejednokrotnie w tym celu wyciągając nas na zewnątrz w największe zimnice. Nie rozumiem jednak jeszcze do końca, czemu…

Wtedy na korytarz wchodzi wysoki mężczyzna w masce konia.

Widzi mnie. I powoli wyciąga rękę, celując we mnie z pistoletu.

Nie wiem, jak uciekłem. Zdaję sobie sprawę, że właśnie otarłem się o śmierć, chociaż pełna tego świadomość przychodzi dość opornie. Po zwianiu strzelcowi bocznymi drzwiami, kieruję się w stronę parku. Biegnę przez noc.

Prosto w paszczę lwa. Nie pamiętasz?

Ta jedna myśl mnie zatrzymuje w miejscu, w ciemnym parku, pomiędzy drzewami bez liści, Mam wrażenie, jakby patrzyły na mnie z góry, jakby to jednak już nie były drzewa, tylko obserwujące mnie oceniająco sylwetki.

A ja znajduję się w ogniu krzyżowym ich pytań.

Już raz to zrobiłeś.

Już raz zamiast sprzymierzeńca, stałeś się pieprzonym łowcą. Zabijałeś ich jedno po drugim, bez cienia skruchy. A wśród nich?

— }><{ —

Pierwsze wyjście z mroku jest… oślepiające. Najpierw czujesz więcej, mocniej, pozwalasz sobie zanurzyć się w tym uczuciu — w wolności, której ci brakowało. A potem? Przychodzi coś, co da się nazwać śmiało strzałem w pysk od rzeczywistości.

Drobne rzeczy zaczynają działać jak zapalniki. Wspomnienia nadchodzą. A części rzeczy nie pamiętasz wcale, chociaż każdy wokół mówi, że to się przecież zdarzyło. Nie masz pojęcia: głupiejesz, zapominasz, czy chorujesz.

Wreszcie jednak orientujesz się, że za dużo rzeczy się nie pokrywa i znajdujesz się w iluzji. Ta nagle się kruszy, załamuje w sobie… i z powrotem wciąga cię w mrok.

— }><{ —

— Zapomnij.

— To nie jest prośba, Jeremie. Aelita jest tam sama, a reszta utkwiła w internacie ze strzelcem, tak!?

— Wydostaną się.

— Albo nie, bo Aelitę dopadną potwory, a resztę ktoś zastrzeli jak prawie mnie. Przestaniesz, kurwa, unosić się dumą!?

— Nie unoszę się dumą, tylko wiem, co się stało ostatnim razem.

Belpois poprawia swoje okulary i znów wstukuje polecenia w wiersz. Słyszę przez słuchawki przerażony głos Aelity. Jest tam sama, bo Ulrich i Odd utknęli w masie spanikowanych dzieciaków, a Yumi zatrzymali rodzice; dowiedzieli się o strzelaninie i kategorycznie zabronili jej ruszać się z domu, nie wspominając o fakcie, że chciała się wymknąć nad ranem.

Jestem tu sam. Jeremie próbuje znaleźć inne rozwiązanie problemu, ale doskonale wiemy, że go nie ma.

Gdzie mój strach? Nie wiem. Na razie jest napięcie i adrenalina. Muszę działać, być może jeszcze tylko to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.

— I doskonale wiesz, że Aelita jest tam kompletnie sama. Skończ, kurwa, szukać rozwiązania tam, gdzie go nie ma i mnie tam wpuść! Chyba, że chcesz, żeby dziewczyna tam zginęła, ale na to ci akurat nie pozwolę!

Być może puściły mi nerwy, bo właśnie biorę Jeremiego za kołnierz i podnoszę go z tego cholernego fotela. Upór zmienia się w strach, ale nawet nie waży się drgnął — jakby nie wiedział, co jestem zdolny zrobić.

— Jeżeli coś jej się stanie, to raz, masz jej krew na rękach. — cedzę, ważąc każde kolejne słowo. Muszę zadbać, żeby powaga sytuacji do niego dotarła. — Dwa, jeżeli z tej uroczej, różowej główki spadnie chociaż włosek, to przyjdę do ciebie. Z siekierą. I łeb ci nią odrąbię, jak będziesz spał.

Puszczam go — Jeremie z jękiem zderza się z siedzeniem i patrzy na mnie w strachu, jakbym rzeczoną siekierę miał już teraz przy sobie.

— No rusz się, kurwa twoja mać!

Blondyn finalnie drgnął, jakby oprzytomniał, i rzuca się do konsoli, jakby od tego zależało jego życie. Niewiele się myli.

Ale tutaj nie chodzi tylko o jego życie.

Modlę się do bogów, żeby okazało się, że nie wchodzę tam za późno. Boję się nie tylko o Aelitę, ale i o ekipę z internatu.

Wytrzymaj. Nie daj się zabić. Impim ort…*

— }><{ —

“White roses, black doves, Godmother rise up; I need you to see me for what I have become.”

— }><{ —

Otwieram oczy dopiero, gdy pod stopami czuję stabilny grunt. Nienawidzę uczucia nieważkości. Źle mi się kojarzy, zupełnie tak, jakby za moment sznurki miały złapać moje ręce i nogi i zacząć nimi sterować.

To wciąż ten czarny kombinezon, ale nie mam na sobie jego znaków. Nie jestem więcej laleczką na sznurkach. Mój umysł należy tylko do mnie — mam kontrolę. Biegnę na południe, tam, gdzie Jeremie wskazał mi lokację Aelity. Nie rozumiem, czemu nie zwirtualizował mnie bliżej, ale nie pytam. Wiem, że i tak teraz nie będzie chciało mu się tego tłumaczyć.

Miecz pojawia się w mojej ręce — taki, jak zapamiętałem. I, bogowie mi świadkiem, rozcięcie nim pierwszego kraba było tak kurewsko wyzwalające. Kolejne eksplozje wstrząsają Lyoko, a ja? Nie przestaję. Metodycznie je koszę, zupełnie tak, jak on tego ode mnie oczekiwał… i teraz chcę wierzyć, że widzi, że sam na siebie przygotował broń. I, że mu nie daruję.

Aelita chowa się za skałkami, przerażona. Próbuje strzelać w kolejne potwory swoimi różowymi kulkami, co wyglądałoby uroczo, gdyby nie okoliczności. Gdy mnie widzi, odruchowo uciska się bardziej w swoją zasłonę, rozglądając za drogami ucieczki.

Przestaje, gdy przy niej kucam i wyciągam dłoń.

— Spokojnie. — uśmiecham się do niej lekko. Ona orientuje się, że nic jej nie grozi, przynajmniej nie z mojej strony. — Przybywam z odsieczą. Zaufasz mi?

W jej oczach coś się zmienia: zamiast strachu pojawiają się te małe iskierki szczęścia.

Ona cieszy się… że mnie widzi. Nad głowami świstają nam lasery.

— Poczekaj, księżniczko. — rzucam, zaciskając dłonie na rękojeści swojego miecza. Wychylam się zza skałki, żeby wybadać sytuację i już wiem jedno: sektorem górskim zatrzęsie jak marzenie.

— Nadchodzą z południa, uważajcie. — głos Jeremiego przypomina mi, że nie możemy tu zostać. Zaraz nas otoczą, dlatego zbieram energię na tyle, by posłać falę uderzeniową.

Wybijam nam przejście. Otaczam Aelitę ramieniem i biegniemy w stronę wieży.

Przejście jest zablokowane. Kraby i tarantule próbują nas zamknąć w kotle. Widzę, jak Aelita strzyże wzrokiem, przerażona. Nie dziwię jej się — ten strach mi się udziela. Muszę postawić wszystko na jedną kartę, inaczej mamy problem.

Nie tylko my.

Problem robi się również na ziemi, gdzie nikt nie wie, czy wszyscy przywitają następny dzień.

— Aelita, creid mi **, nie mam lepszego pomysłu. — mówię wreszcie, widząc przesmyk do wieży. — Kiedy tylko znajdziesz się w powietrzu… rozwiń skrzydła.

— Co?

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej: zbieram w dłoni kupkę dymu i strzelam jej nią pod stopami. Różowowłosą wybiło w górę, z krzykiem; ja w tym czasie dorywam się do potworów, które nie wiedzą, co jest grane.

Ich dezorientacja to moja szansa na wybicie ich wszystkich jeden po drugim. W powietrzu rozbłysły różowe skrzydła. Potwór pożegnał się z życiem — a księżniczka znajduje się w wieży.

Krzyki wojowników rozbrzmiewają w powietrzu. Oddycham z ulgą, gdy orientuję się, że wszyscy są cali. Nie odpowiadam, bo nie mam na to czasu; biała łuna powrotu do przeszłości zabiera mnie kilka godzin w tył.

— }><{ —

Znowu gwałtowny wdech, ponownie chwila na rozeznanie, gdzie jestem. Jawa, sen? Koszmar? Nie wiem. Nie w pierwszej chwili.

Jestem w swoim pokoju. Na biurku leży blister tych ziołowych prochów, jakie dała mi Yolanda. Nie chcę ich brać.

Odwracam głowę w stronę otwieranych drzwi. W progu stoi bardzo znajoma mi postać. Powoli wchodzi do środka, nie umiem do końca odczytać wyrazu twarzy.

— Byłeś tam.

Doskonale wiemy, gdzie. Kiwam głową.

— Nie miałem wyjścia. Aelita była w niebezpieczeństwie. Wy też. — przygryzam na koniec wargę. Spuszczam wzrok, spodziewając się bury za to, co zrobiłem. Wiem, że inaczej nie mogłem, ale znam również ryzyko.

Dłoń dotyka mojego policzka. Powoli podnoszę głowę, spotykam się ze ściągniętymi brwiami, ale oczami pełnymi troski. Znam to spojrzenie. Bada, czy nic mi się nie stało.

— Ty też. — odpowiada.

Biorę spokojny, głęboki oddech. Podnoszę ręce, oplatam je w pasie, wtulam się w ciepłą klatkę piersiową, słucham miarowego bicia serca. Ta sama dłoń, która dotychczas gładziła mój policzek, przenosi się na moje włosy.

— Cieszę się… — zaczynam, szukając odpowiednich słów. Po chwili uznaję, że pieprzyć to. — Oh, gods. Bałem się o ciebie, Gwiazdko. Cieszę się, że nic ci nie jest.

Cieszę się. Bo doskonale wiem, że cienie nie mają sensu bez światła.

*Impim ort — irl. “Błagam cię”.

** Creid mi – ze szkockiego gaelickiego “zaufaj mi”/”uwierz mi”

Autorka: Morrigan

Code: Czerepach – rozdział 1


Historia ta rozpoczyna się wtedy, kiedy wójt pognał siekierą Czerepacha po tym jak dowiedział się o działaniu na 2 fronty. Czerepach ledwo dobiegł do swego domu i zamknął dobrze drzwi. Wójt pokrzyczał trochę i odszedł. Czerepach wyczerpany, popatrzył na siebie w łazience w lustrze i widział tam człowieka, na którego nie może patrzyć już więcej, z którym trzeba skończyć. Będąc wyrzuconym nie tylko z pracy, ale z polityki, drogi życia, zdecydował że musi podjąć ważną decyzję, odejść z Wilkowyj, niekoniecznie na zawsze, ale po to, aby wrócić jako Inny Czerepach, ten którego nikt nie zna, nawet były przełożony, żeby zaskoczyć wszystkich, a najbardziej Kozioła,żeby teraz to on poddał się jemu i służył mu godząc się na każdy warunek zachowując pozór władzy nad Czerepachem.


Wiedział,że tym razem trzeba zacząć od nowa, wszystko należy zrobić inaczej i tym razem nie ma miejsca nawet na najmniejsze błędy. Teraz przyszedł czas na zmianę, która wstrząśnie, nie tylko wójtem, czy Wilkowyjami, ale również całą Polską. Wiele dni Czerepach zastanawiał się nad pierwszym krokiem, ale nic konkretnego nie przyszło mu do głowy.


Na razie postanowił wejść na różne fora, grupy internetowe w poszukiwaniu pomysłów. Z zaoszczędzonych pieniędzy zakupił kilkanaście poradników, powieści, filmów aby znaleźć cokolwiek, co mogłoby mu pomóc zrobić ten pierwszy krok i chociaż wyciągnął wiele z tego, w tym śmiechu i zabawy, to było na tak zwaną przyszłość i to bardzo niepewną.


Po kilku miesiącach zajrzał na Moją Pocztę i zobaczył wiele dziwnych reklam. Chciał je usunąć, ale jedna przykuła uwagę. Była to reklama kursu organizowanego w Niemczech pt. Uwolnij swoje JA. Na początku uśmiechnął się i chciał kliknąć usuń, ale pomyślał, że wprawdzie to tylko rozgrzewka przed pierwszym krokiem, ale jest wystarczające na ten czas. Zapisał się i rozpoczął przygotowania. Nie chciał, żeby ktoś dowiedział się, gdzie jedzie, więc zdzwonił do swego kolegi aby załatwił mu transport po cichu.


Spotkał się z nim w nocy za lasem i wyjechał do Warszawy, a potem z lotniska Okęcie poleciał do Berlina. Podczas kursu usłyszał wiele ładnie i budująco brzmiących hasełek i słyszał wiele anegdotek.
Udało mu się porozmawiać z wydawcą książek motywujących i dowiedział się o istnieniu specjalistycznego szkolenia dla, jak to określił spindoktorów. Dopytawszy o szczegóły, wydawca podał nazwę strony szkolenia i innych z tym związanych. Przeczytał i po zakończeniu kursu, podziękował za informacje i zaczął przygotowywać się do podróży do Brukseli.


Po wyjściu z hotelu po śniadaniu, zorientował się, że jego dokumenty, w tym portfel, zniknęły. Miał przy sobie zaledwie 100 euro, co starczyło na dojazd do granicy. Zszokowany, zaczął szukać ale nie przyniosło to efektu. Zdenerwowany w nocy, przeszedł się po mieście i wchodząc do parku był świadkiem nieznanego zdarzenia. Kilku ludzi ubranych w garnitury, walczyła jakimiś niezrozumiałymi błyskami z krukami. Kilka z nich podleciało do Czerepacha i uszkodziło jego strój. Chciał walczyć, ale stwory okazały się silniejsze i upadł nieprzytomny. Kiedy obudził się, ptaków nie było, a on, w tych samych ubraniach, siedział w samochodzie, prowadzony przez ludzi walczących z ciemnymi ptakami. Jeden z nich używał nieznanego dotąd modelowi laptopa, bardzo zaawanasowanego jakby używał go jakiś członek NASA. Rozmawiał z jakimś wyżej od niego postawionym człowiekiem, kiedy skończył rozmowę, spytał Czerepacha:

-Widzę, że nasz towarzysz już się obudził, zaraz dojedziemy do naszego przyczółka i porozmawiamy, ale najpierw, kim jesteś i skąd się tam znalazłeś?

Czerepach opowiedział pokrótce swoją historię, kiedy dotarli na miejsce, do opuszczonego magazynu budowlanego, ewidentnie szef tej grupy, przedstawił się:

– Ja i ci tutaj należymy do tajnej grupy agentów, chcącej przejąć władzę nad światem i wiem nie my pierwsi ale mamy bardzo charyzmatycznego przywódcę. Kiedy go poznasz, też będziesz chciał mu służyć. Jutro, w Pradze, przedstawimy ci go i opowiemy ci co wiemy o tych ptakach, a na razie pokażemy ci, gdzie możesz spać, więc bądź gotów na spotkanie z nim. Ma wielu agentów, którzy wypełniają dla niego zadania. Zmagamy się z różnymi przeciwnikami, ale on ma sytuację pod kontrolą.Trochę się rozgadałem, co nie? Czy po tym co powiedziałem , masz ochotę zgodzić się?

– Przyjmuję waszą ofertę z uwagi na okoliczności ale też chcę zobaczyć, komu służysz i jeśli taki jest, jak o nim mówisz mogę się zgodzić.

– Zobaczysz, że po spotkaniu z nim, zmienisz zdanie.

Ciąg dalszy nastąpi

Autor: Marlowen

Ławeczka

— Ale czemu on to tłumaczy w ten sposób!?

— William, za mocno to analizujesz.

— No ale… to nie ma kompletnie sensu!

Ulrichowi nie pozostało nic innego, jak cicho westchnąć. Kiedy Dunbar na coś się uparł, nie było takiej siły, aby oderwać go od przedmiotu zainteresowania na daną chwilę. Będzie przy tym siedział, póki nie rozgryzie… lub się nie znudzi.

Nikt nigdy nie wiedział, co nastąpi pierwsze.

— No daj mu się trochę popieklić. — Odd nawet nie oderwało oczu od swojej przenośnej konsoli. — To się robi całkiem zabawne. — dodało, poprawiając się na okupowanej przez ich czwórkę ławeczce przed budynkiem szkoły.

— No, no spójrz! — Szkot podsunął im pokreślone kartki pod nos — Przecież to jak wół był tłumaczone najpierw na angielski, i to jeszcze jakimś piździkiem z neta, a dopiero potem na rosyjski…

— Skoro i tak już tłumaczyli, to mogli z tym… — Jeremie nie dokończył, bo William mu bardzo szybko przerwał.

— No właśnie nie! — chłopak gwałtownie odwrócił się do Belpoisa. — Najdokładniejszy przekład, z najmniejszą utratą znaczenia, to ten między językiem źródłowym, a docelowym! I jak wrzucisz jakiś po drodze, to zgubisz jeszcze więcej…!

No to żeście go uruchomili…”

Zaczął się zatem cały wykład z zakresu teorii przekładu, przez co Jeremie pożałował swojego wtrącenia się. To akurat była ta jedna domena, w której się kompletnie nie obracał, totalnie się na tym nie znał — jak twierdził, humanistyczne dyscypliny nigdy nie były jego działką. I niby to samo jeszcze niedawno byłby w stanie powiedzieć William. Ponoć.

No, ale — to, że jeszcze niedawno był na mat-infie nie znaczyło, że nie znał się na teorii przekładu. A, że podjął decyzję o pójściu w tłumaczenia… to z drugiej strony nie oznaczało, że zupełnie rzucał elektronikę.

Po prostu bardziej to widział jako hobby.

— Dobrze, William, poprawisz. Nie gorączkuj się tak.

— No, ale… no kurwa!

— Ej, siema!

Głowy bywalców ławeczki poderwały się w stronę kolejnego głosu — tego spoza grona. W ich kierunku biegł właśnie… Dean. Chyba był z drugiej licealnej. Zatrzymał się przed nimi, mało się nie wywracając.

— Jasny szlag, chłopaki! — wyrzucił wreszcie z siebie. Pochylił się, oparł dłonie o kolana i spróbował złapać oddech.

— Ło matko, co się stało? — Odd zatrzymało aż grę, by ogarnąć, co tu w ogóle miało miejsce.

— Jim, cholera jasna! — Dean wykrztusił między kolejnymi haustami powietrza. — Kontrolę zrobił znienacka! Do pokoju wpadł jak bomba!

— Oh, kontrolę? — Jeremie uniósł brew. — Nam też.

— I, co? Macie przypał? Duży? — Dean spojrzał po ławeczce, oczekując odpowiedzi.

— Przypał? — William, oderwany od tłumaczeń, aż się zdziwił. — Gdzie tam… przyszedł, rozejrzał się, coś powspominał o czasach służby w woju i sobie poszedł.

— No! I palnął, że wolałby o tym nie mówić! — Odd dodało od siebie.

Cóż, między innymi tylko dlatego, że ciebie nie było w pokoju, bo zabrałeś Kiviego na spacer, a William rzucił, że z Dracarys to taki projekt na biologię.”

Stern na razie się nie odzywał. Czekał. Obserwował. Przechylił nieco głowę, gdy dezorientacja Deana zrobiła się nieco większa.

Chociaż, fakt, lokatorom pokoju 102 zrobiło się ciepło, kiedy wuefista wszedł i najpierw zobaczył psią piłkę przy łóżku Odda, a później całe terrarium z gekonem. Do tej pory Ulrich zastanawiał się, czy to oni byli tacy elokwentni, że sprzedawali wuefiście każdą bajkę, czy też rzeczony nauczyciel zwyczajnie… nie posiadał zbyt rozwiniętych szarych komórek.

— Ale tak… nic? Żadnej kary?

— Przecież mówię, że nic a nic. — Jeremie pokręcił głową.

— Nie no, kurwa, kłamiecie. Albo się, kurwa, wykręciliście!

— Nie, po prostu umiemy trzymać swój pierdolnik w ryzach. — Ulrich finalnie się odezwał.

Robi się ciepło…”

— Nosz kurwa, pierdolicie! W chuja to ja, a nie…!

Zamilkł, kiedy William odłożył obok siebie swoje papiery i powoli podniósł się z ławki. Za nim wstało Odd, potem wyprostował się Ulrich, a na końcu ustawił się Jeremie.

Dunbar spojrzał spod byka na delikwenta, stając z nim twarzą w twarz.

— Z łąweczką zadzierasz?

Ekipa ustawiła się wreszcie z nim w jednej linii. Każdy miał podobny wyraz twarzy — Odd nawet próbowało stanąć na palcach, by wyglądać na wyższe niż w rzeczywistości.

William przechylił lekko głowę, wciąż wpatrując się w Deana na przestrzał.

Ciulu niemyty?

Autorka: Morrigan

Sprowadzę cię do domu – część druga

Zainfekowany awatar kosi nas jedno po drugim. Nie mam szans odepchnąć Odda, który po mojej lewej, w zasięgu ręki, zmienia się w wirującą chmurę pikseli. Yumi łapie mnie za ramię i ciągnie do tyłu. Coś krzyczy, ale nie rozumiem… nie potrafię rozróżnić słów. One się tak ze sobą mieszają…

Widzę, jak William znika w chmurze czarnego dymu, a potem niknę i ja – wskutek wywołania przez Jeremiego komendy mojej dewirtualizacji.

— *** —

„…do domu.”

Pierwszy oddech aż boli. Ale to, jak gwałtownie go nabieram, nie zależy ani trochę ode mnie. Potem oślepia mnie (przypominam sobie, że wcale nie umieram) ostre, dochodzące chyba z każdej strony światło i jestem oto w domu, na ziemi.

I uświadamiam sobie, że to w Lyoko zdarzyło się naprawdę.

William tam jest. Mój największy wróg. Ten imbecyl, który nie posłuchał ostrzeżeń, który tam władował się na pewnego… uciekł ze swojego awatara. Sam sobie utworzył schronienie, z poziomu którego to mnie – mnie, do cholery – wybrał i sprawił, że mu obiecałem.

Zmanipulował mnie, sukinsyn.

Teraz nawet nie wiem, na ile to wszystko mogło być w ogóle prawdziwe. Może to cholerna pułapka, w którą wpadłem teraz ja, jak ostatni dureń… ale otwierając oczy widzę znajome ściany pomieszczenia ze skanerami i stojącego naprzeciw mnie Odda, który patrzy się na mnie jak na ducha.

– No, co? – burczę, wychodząc z tuby.

Pokój wiruje mi w oczach. To nie jest najlepszy znak, ale i nie pierwszyzna. Idę pod ścianę, starając się nie okazywać problemu.

– Ulrich…? – słyszę za sobą. Odwracam głowę i przez ramię widzę zmartwioną twarz Aelity.

– We własnej osobie. – odpowiadam, siląc się na coś, co można by było nazwać uśmiechem.

Nie chcę tu być”.

Chyba nawet nie czuję, żeby podniosły mi się kąciki ust. Odwracam się wreszcie do niej całym ciałem.

Przestań, to nie pora.

– Czy wszystko… w porządku?

To takie proste pytanie. Automatycznie kiwam głową, wątpliwości zostawiając tu wyłącznie dla siebie. W zasadzie, nawet nie umiem tego poprawnie nazwać.

– Co… się stało w Lyoko? – pyta dalej. Chcę iść w kierunku windy. Odbijam się od ściany, a Aelita podąża za mną. – Kiedy… William cię zamknął w dymie. Razem ze sobą.

A więc, tak to wyglądało.

– To… trochę bardziej skomplikowane? Opowiem na górze.

— *** —

– Chcesz powiedzieć… – Jeremie stara się podsumować. Brzmi dość niepewnie. Sam wątpi w to, co chce powiedzieć. – …że widziałeś się z Williamem.

Kiwam głową.

– I on… nie jest w swoim ciele.

Ponownie kiwam.

– Jest… gdzieś, i stworzył swój własny… sektor? Wymiar?

– Cytując go, to coś w stylu jego własnego świata, miejsca stworzonego przez jego świadomość. Chyba się czegoś za dużo naoglądał, bo nazwał to czymś w stylu „dziedziny ducha” – palcami obu rąk rysuję w powietrzu cudzysłów – Nad którą on sam ma kontrolę. O kuźwa, nie patrz tak na mnie! – wywracam oczami, a Odd dalej stoi z rozdziawionymi ustami.

– On… tam jest. Tylko, gdzie? – Yumi mruczy pod nosem. Przygląda się ze wszystkich stron holomapie jakby liczyła na to, że zobaczy na niej coś niezwykłego.

Osobiście nie wierzę w to, że jej się uda. Jeżeli dobrze zrozumiałem, William zwiał z opętanego awataru jakiś czas temu – a teraz tylko na moment go przejął. Gdzie był dokładnie? Jeremie coś cały czas klika, wstukuje i nie mogę nawet dosłyszeć własnych myśli. Próbuję sobie przypomnieć jak najwięcej.

On mnie wtedy złapał za ramię. Odwróciłem się, i… i co wtedy? Nie pamiętam jego twarzy. W sensie, tej awataru. Zaszła wtedy dymem, jak zresztą wszystko inne wokół mnie.

– Myślicie, że to gdzieś w sektorze piątym? – Odd, zamknij się. Próbuję myśleć.

Potem zrobiło się jeszcze dziwniej. To było podobne do pustki i nie rozumiałem, co się ze mną tam działo. Dosłownie znalazłem się w stanie zawieszenia. Potem usłyszałem chyba właśnie Williama, pierwszy raz od dawna tak… naprawdę.

Odbycie rozmowy z nim w tych okolicznościach chyba mnie tylko bardziej rozstroiło.

– Nie ma nawet śladu po nim. Jedyne, co mamy, to jego awatar. – Yumi, błagam cię…

Dłoń bezwiednie zaciska się w pięść. Czemu ja?!

– Skoro może z tamtym miejscem robić, co tylko chce, to czemu nie wciągnie tam swojego awatara i go nie odzyska?

Właśnie, czemu? Dobre pytanie, Odd. Może jednak jest jeszcze dla ciebie jeszcze jakaś szansa.

– Bo nie jest w stanie go utrzymać. Cokolwiek zrobił, mógł jedynie go wykorzystać, żeby się do mnie dostać, jak most. On… nie jest w stanie przez niego tak swobodnie przechodzić, bo XANA mu to blokuje.

– Dobra myśl, Ulrich.

– Co?

Nieironicznie zaskoczony, podnoszę głowę. Wszystkie spojrzenia skierowane są w moją stronę.

– To. – Jeremie poprawia okulary. – Dobrze kombinujesz.

– Ale, co niby ja…? – nie rozumiem. Co stało się przed chwilą? Ktoś powiedział o moście. Ale, kto?

– Powiedziałeś, że XANA może blokować Williamowi dostęp, skoro ten już wydostał się na zewnątrz. Awatar to coś w stylu…

– Oblężonej twierdzy?

– Dokładnie.

Co jest? Konsternacja na ich twarzach robi się coraz większa. Jestem zagubiony i coraz mniej rozumiem… Otwieram usta i chcę coś powiedzieć, ale nie wiem, co. Stawiam na klasykę, bo ona jest zazwyczaj skuteczna.

– Tak. – kiwam głową. – Tak, dokładnie. Sorry, jestem trochę… rozkojarzony. Wiecie, dziwne zdarzenia, przejścia… a, zresztą. – zbywam sytuację macnięciem ręki. Jeszcze to wszystko trawię.

Aelita zdaje się to łyknąć. Co do Odda nie mam złudzeń – on jest naiwny. Yumi nie odrywa wzroku od holomapy, skoro już znowu na nią spojrzała. Jeremie pokiwał głową i dalej coś sprawdza.

Trzymał mnie na siłę przy spokoju. Dlaczego nie mógł utrzymać XANY i wrócić do ciała? Był na to za słaby? I skąd wiedziałem to, co dopiero padło, do tego jeszcze z moich ust?

Czuję, że muszę go znaleźć. Poznać odpowiedzi, zrozumieć to, co się dzieje.

– Ulrich?

– Co?

– Wszystko w porządku?

Kiwam znowu głową. Kłamię. Obiecałem mu i nie wiem, w co się wkopałem.

Autorka: Morrigan

Paprotka

Aelita, odkąd wróciła na ziemię… miała duży problem z pilnowaniem czasu. Tak, jak kolejne dzwonki naznaczały rozpoczęcie zajęć czy przerw i tego nie miała problemu się trzymać, to granice zacierały się, kiedy znów znajdowała się sama w pokoju i mogła zająć się dosłownie… czymkolwiek. Jej ulubionym zajęciem w ostatnim czasie było przerzucanie dyskografii kolejnych zespołów w poszukiwaniu nowych brzmień. Okazało się również, że… dość dobrze jej to szło w międzyczasie uczenia się podstaw rysunku cyfrowego.

Nie samą matematyką, fizyką i informatyką przecież żył człowiek, i panienka Stones (czy Schaeffer – niekiedy ją dopadał kryzys odnośnie własnej tożsamości) tak bardzo, jak lubiła cyferki, to podjęła się zadania wyćwiczenia ręki. Różowowłosą zauroczyły prace jednej z dziewczyn ze starszych klas, która otrzymała prawo do wystawienia ich w szkolnej bibliotece, a sama obserwacja jej przy pracy obudziła w niej myśl, że… przecież, mogłaby spróbować.

Tak, definitywnie odkąd znów zaczęła żyć między ludźmi, zaczęła coraz bardziej chcieć poznawać nowe pasje. I skoro i tak porwało ją miksowanie muzyki, to wątki jej myśli poszły dalej… wpadła na pomysł stworzenia swojej własnej okładki. Bo, kto wiedział, może… pewnego dnia… nagrałaby składankę swojego autorstwa? Myśl wydawała się raczej mało prawdopodobna, ale nauczona doświadczeniem, postanowiła się nie poddawać.

Aelita siedziała zatem w półmroku swojego pokoju, z twarzą oświetlaną wyłącznie od ekranu swojego komputera. W niskiej kwocie nabyła tablet graficzny, na którym próbowała narysować… jakkolwiek prostą linię, łączącą się od jednego punktu do drugiego. Starała się wyrobić koordynację między ruchem dłoni a tym, co obserwowała na monitorze, by móc w ogóle ruszyć dalej. Swoją drogą, aż dziw, że od ilości uruchomionych zakładek, ten komputer jeszcze nie wył jak odrzutowiec.

No, co? Skoro wkręciła się w temat, to postanowiła zrobić bardzo rzetelny research. Już wiedziała, jakimi programami powinna się zainteresować, znalazła kilka ciekawych porad oraz darmowe kursy online.

Nie zorientowała się, że ktoś wszedł do pokoju. Słuchawki na uszach wygłuszały dźwięki z jej otoczenia, zapewniając czysty dźwięk. Zresztą, gdyby nawet nie redukcja szumów, to i tak by nic nie usłyszała. Odkryła, że dość dobrze jej się pracowało, kiedy muzyka była bliżej niż dalej od górnej granicy suwaka głośności. O obecności kogoś w pokoju poinformował ją dopiero złapany kątem oka niewyraźny widok dość wysokiej w porównaniu z nią sylwetki.

Szybko zsunęła słuchawki z głowy i zerwała się z krzesła.

William.

Chłopak stał w środku jej pokoju, coś trzymając w rękach.

William stał, opierając się o framugę jej drzwi. Był wieczór. Nie wierzyła, że go widziała: to był cud. Chłopak jakimś cudem wrócił z Lyoko i nie pamiętał, jak do tego doszło, ale… cieszyła się.

Poszedł bliżej. Rozmawiali.

To był błąd, że tak łatwo uwierzyła: bo następne, co zapamiętała, to błysk znaku Xany w jego oczach oraz uderzenie w głowę.

Później nie było nic: póki nie obudziła się w wirtualnej rzeczywistości, wystawiona na macki kradnącego pamięć potwora.

To był moment. Odskoczyła od niego bliżej parapetu. Coś do niej mówił, ale nie słyszała dokładnie. Zaczęła się rozglądać. Oddech przyspieszył. Na klatce piersiowej ktoś sznurował jej żelazny gorset. W uszach szumiało od krwi. Mięśnie się spięły na tyle mocno, by mogła szybko podjąć ucieczkę.

Chwyciła za stojącą na parapecie doniczkę i cisnęła nią w niego. Chciała sobie tylko kupić czas na ucieczkę: nie spodziewała się, że trafi go prosto w głowę.

Nie była ona za duża, ale gliniana. W środku była paprotka, którą dostała chyba od Yumi, kiedy wspomniała jej, że chciałaby nauczyć się hodować rośliny doniczkowe, bo na swój sposób wnosiły ciepło do domu. Przy spotkaniu z czaszką Dunbara najzwyczajniej ona trzasnęła. Chłopak nawet nie zdążył krzyknąć: padł jak długi wśród ziemi do kwiatków, liści oraz kawałków roztrzaskanej glinki.

Aelita cała się trzęsła. Drżącą dłonią zapaliła lampkę przy biurku.

Chłopak leżał nieruchomo. Obok niego leżało pudełko z markerami alkoholowymi oraz związany sznurówką pęczek cienkopisów.

— Och… cholera jasna… — wydusiła z siebie, podchodząc powoli bliżej.

Trochę szybciej przy nim klęknęła i sprawdziła czynności życiowe. Na szczęście oddychał, ale… tą raną na głowie na pewno ktoś będzie musiał się zająć.

— }><{ —

— O żeby to… jasna…

— Już, William… już. Nie wierć się, proszę.

Chłopak ze zrezygnowaniem opadł na poduszkę i ciężko wzdychając, przymknął oczy. Nie spodziewał się ani trochę, że ten dzień skończy się dla niego nieplanowaną wizytą u szkolnej pielęgniarki, która to właśnie dopiero, co opatrzyła mu głowę. Gdzieś w tle słyszał magiczną frazę o telefonie do rodziców, ale, co oni by mogli zrobić? Przylecieć tutaj? Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwałby od nich stawienia się w ciągu godziny z cholernej Szkocji tylko dlatego, że… no właśnie, ich syn leżał w gabinecie pielęgniarki, z rozbitą głową, a obok niego siedziała niesamowicie zmartwiona koleżanka, będąca głównym winowajcą tego zamieszania.

I, tak, chciał być z jednej strony zły na Aelitę. Psia krew, bolała go głowa po tym, jak dostał od niej… doniczką. Tak, doniczką, z kwiatkiem. Swoją drogą, to była całkiem ładna paprotka, aż go ciekawiło, skąd ją wytrzasnęła i czemu uznała, że to był odpowiedni na niego kaliber.

Czasami te rozmyślania przerywał mu własny, cichy syk od szczypiącego środka antyseptycznego.

— Zostaniesz tu dzisiaj na noc. — usłyszał od Yolandy. — Wolałabym cię mieć na oku.

— Oh… świetnie. — burknął z wyraźnym przekąsem w głosie.

Kątem oka wychwycił niespokojnie bawiącą się rękawami Aelitę.

Wziął głębszy oddech, starając się zignorować to głupie uczucie kołowania w głowie. Jakby raz cały świat kręcił się wokół niego w lewo… to w prawo… jakoś nie mógł powiedzieć, by to go urządzało. Miał wrażenie, że za moment zwróci kolację, jeżeli ten helikopter, z łaski swojej, po prostu się nie zatrzyma.

Pielęgniarka jeszcze pokręciła się wokół niego i poszła w stronę swojego biurka, by wypełnić dokumentację. Wtedy bliżej podeszła różowowłosa: niepewnie, jakby obawiała się, co mógł na to powiedzieć poszkodowany.

Ten tylko wywrócił oczami.

— Jasna cholera, już się tak nie czaj. — rzucił.

Aelita przełknęła ślinę i przyciągnęła sobie taborecik. Przysiadła się przy kozetce.

— William, ja… nie chciałam… nie chciałam cię skrzywdzić. — spuściła wzrok.

— Kwiatek… to na koniec. — mruknął. Przymknął na krótko oczy, a potem spojrzał na dziewczynę, która niewiele z tego zrozumiała.

— Że… co?

O nie. A co, jeżeli on bredzi od urazu…? Może on powinien być na pogotowiu!?”

— Kobieto… najpierw zakopujesz zwłoki. — powiedział, powoli podnosząc się na łokciach. W trakcie tego kilkukrotnie zabluzgał pod nosem, ale udało mu się w miarę zebrać. — Potem bierzesz kwiatka. Takiego, kurwa, pod ochroną, żeby nie można było tak łatwo wykopać. I wkopujesz w ziemię. A nie, że kwiatkiem się pozbywasz problemu i zostawiasz rozpierdol na miejscu zbrodni.

Aelita zamrugała, nie rozumiejąc kompletnie, do czego dokładnie pił.

— Co Ty… mówisz?

— No jak już planujesz morderstwo, to nie zabieraj się do tego od dupy strony.

— A-ale… nie chciałam…

William westchnął ciężko.

— Chyba… za mocno mnie na to napierdziela łeb, żebym się z tobą kłócił. Weź mi powiedz jedno.

— Tak…?

— Czemu, u licha, paprotką!?

William stał w progu jej pokoju. Później chwilę rozmawiali. A wreszcie w jego oczach pojawił się znak: zabolało i dopadła ją ciemność.

— Wiesz, co… wystraszyłam się, że… to włamywacz. Nie słyszałam cię, i… to… jakoś złapałam pierwsze.

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej robiło jej się za to głupio.

Skrzywdziła go… praktycznie za nic. Chociaż może nie powinien się do niej tak skradać, albo… chociaż zapalić światło, by wiedziała, że to ktoś swój…?

— }><{ —

Dlatego tym bardziej nie spodziewała się, że kilka dni później, po powrocie do pokoju, na biurku zastanie przewiązaną różową wstążką glinianą doniczkę z paprotką.

Wysoce skuteczna broń dalekiego zasięgu P.A.P.R.O.T.K.A., zachowaj wszelkie środku ostrożności podczas użytkowania.

Ps. Masz jakieś przeciwbólowe na stanie?”

Autorka: Morrigan