Wojna Żywieniowa

Zabił dzwonek szkoły Kadic. Zakończyła się niniejszym przerwa, a zebrani na boisku uczniowie oczekiwali na ich nauczyciela. Ten pojawił się niedługo później, głośno otwierając drzwi:

– Hej, wiem że będziecie rozczarowani, ale muszę odłożyć dzisiejsze zawody w bieganiu na setkę!

Zebrani uśmiechnęli się z miejsca z ulgą jednocześnie wiwatując. Odda Dellarobie jednak rozbolał żołądek, jakby na te słowa przeczuwał coś niedobrego.

– Cicho mi tu! – Rzucił Jim Morales, nauczyciel WF – Nasza szkoła przystąpiła do własnego programu  zdrowego odżywiania się, dlatego aby wam wyjaśnić dlaczego garść sałaty może was uratować przed wężami w dzikiej Amazonii, Pani Yolanda Perraudin opowie wam o zaletach waszej nowej diety!

– Nie, to być nie może… – po cichu zaskomlał Odd – To się nie dzieje naprawdę. Mam jakieś deja vu!

Odezwał się głos szkolnej pielęgniarki – Sałata może nie, ale na pewno zdrowe odżywianie pomoże wam zachować dobrą formę. Przykładowo rano warto zjeść  lekkie posiłki.

Pani Perraudin dalej prowadziła wykład z prawidłowych metod odżywiania się. Do Odda po cichu odezwał się jego dobry kolega: Ulrich Stern:

– Zanim dobiegłem na zajęcia przeszedłem obok stołówki. Dzisiaj na obiad podają chyba sałatkę z ryżem i owocami.

– Nie, tak być nie może. – Zbulwersował się Odd. –  Muszę dzisiaj zjeść porządne jedzenie. Idziesz ze mną po lekcjach do stołówki!

========================================

Gdy tylko lekcje się zakończyły, Odd z Ulrichiem zakradli się do szkolnej stołówki.

– Nikogo nie ma. Chodźmy – rzucił Odd.

Weszli do środka i zajrzeli do kuchni. Odd jakby stały bywalec, od razu zlokalizował lodówkę a w niej nie wydane przez Rosę – miejscową kucharkę – jedzenie uznane przed dyrekcję za “nie zdrowe”. Stern odezwał się do swojego przyjaciela:

– Jesteś pewny że nikt nie zauważy braku przyczepy żarcia?

– A skąd, nikt się nie połapie. Wszyscy będą mieli nosy wsadzone w te ich zdrowe żarcie! – Odpowiedział  zadowolony Odd, pakując do plecaka kilka kawałków kurczaka oraz słoik z purre z ziemniaków. – Dobra, spadamy. Wrócimy po więcej jutro.

========================================

– Nie wierzę że się pokapowali! – Powiedział po cichu Odd, wyglądając następnego dnia zza węgła stołówki na stojącego przy drzwiach Jima.

– Nooo – odpowiedział Ulrich – Jeżeli Jim również przyszedł podjadać to pewno że się pokapowali. Co teraz?

– Nie będzie przecież tu stał w nieskończoność, dorwę się do tego jedzenia chociażbym miał podpisać pakt z diabłem.

========================================

W pokoju Jeremiego Belpuois, oprócz niego samego przebywała jeszcze jego koleżanka Aelita Stones. Do pokoju zapukali a potem weszli Odd oraz Ulrich.

– I jak? – Zapytał się Jeremy, obracając się na swoim krześle obrotowym – Dalej stoi przy tych drzwiach?

– Jim broni swojego terenu jak lew swej jaskini! – Zaśmiał się Ulrich – Wygląda na to że nawet Odd się nie prześlizgnie.

– Nie mogą przez wieczność tych drzwi pilnować, w końcu skończy się ten cały program! – Rzucił oburzony Odd.

– No tak, tylko czy twój żołądek to przeżyje? – Powtórnie zaśmiał się Ulrich.

– Oj, Odd, przesadzasz. – Odezwała się Aelita. – Zdrowe jedzenie nie jest takie złe.

– Wypluj to albo pożałujesz! To jest walka o przetrwanie! – Rzucił wyraźnie niezadowolony Della Robbia. – Skoro Jim pilnuje bez przerwy przy stołówce, to go po prostu zmuszę by ustąpił!

Aelita spojrzała na niego, trochę z niepokojem. – Mam nadzieję że nie będziesz go znów szantażować?

========================================

Późnym wieczorem żadnego ucznia nie dało się zauważyć na szkolnym podwórku. Robiło się coraz ciemniej, i tylko nauczyciel WF dumnie stał przy drzwiach stołówki. Zauważył idącego w jego kierunku jakiegoś ucznia, zasłoniętego szarym płaszczem, ciemnymi okularami oraz kapeluszem.

– Dwa słoiki psiego, znaczy, pysznego pasztetu mojej babci – odezwał się Odd, wyciągając zza pazuchy dwa szare słoiki z podejrzaną zawartością.

Jim otworzył pokrywkę, powąchał z zadowoleniem – Mmm, twoja babcia przyrządza naprawdę dobry pasztet Della Robbia. Proszę, zgodnie z obietnicą. – Uchylając delikatnie drzwi wyciągnął papierową torbę by zaraz przekazać ją Oddowi. – Tylko mam nadzieję że to pozostanie między nami.

– Oczywiście, nikogo tu nie widziałem proszę Pana.

========================================

– Ty, ja nie chcę nic mówić Odd – Obracając się na krześle w pokoju Jeremiego powiedział Ulrich – ale czy ci się nie kończy ta psia karma?

– Ta, a wygląda na to że i w stołówce zaczyna brakować zapasów. Zostało już tylko te zdrowe żarcie.

– To co zamierzasz zrobić? – Zapytał się Stern, wciąż kręcąc się na krześle.

– Najtrudniejsze sytuacje wymagają największych poświęceń. – Powiedział Włoch po czym stanął gwałtownie na równe nogi:

– Do biblioteki!

Ulrich aż spadł z krzesła.

========================================

Na lekcji historii nauczyciel zbierał po kolei referaty od każdego ucznia, wcześniej jednak wysłuchując ich ustnej odpowiedzi na zadane im wcześniej tematy.

– Della Robbia! – Zawołał Gilles Fumet – Teraz twoja kolej. Miałeś przygotować pracę o antycznym Rzymie.

– Tak Panie psorze – odpowiedział Odd, wstając z ławki i wychodząc na środek sali. – Starożytny Rzym był państwem istniejącym już od około 530 roku przed naszą erą. Zostało ono zbudowane dzięki wspólnemu wysiłkowi żołnierzy i ich dowódców. Żołnierze musieli być dobrze wyszkoleni, wyposażeni, oraz wyżywieni. Przykładowo podczas kolacji spożywano wieprzowinę oraz wołowinę. Na stołach pojawiały się również gęsi, kaczki, gołębie. Rzymianie znani też byli z sosów bez których żadna prawdziwa uczta nie mogła się odbyć…

Ostatecznie zakończyło się, że Odd przez dziesięć minut opowiadał o potrawach jakie spożywali Rzymianie.

========================================

Podczas zajęć prowadzonych przez Pana Gustava Chardina, uczniowie przygotowywali się do nowego spektaklu. Nauczyciela postanowił odwiedzić Dyrektor szkoły:

– A co oni tacy zmarkotnieli? – Zapytał się Delmas patrząc na zrezygnowanych podopiecznych.

– Nie wiem Panie Dyrektorze, wszyscy stracili humor gdy Della Robbia przyniósł własnoręcznie wykonane modele dziczyzny do sceny z ucztą. Powinni być zadowoleni, ten chłopak włożył w to całego ducha!

Do sali wszedł nauczyciel WF z dość nietęgą miną.

– Ja rozumiem że nasi uczniowie mogą być nieprzyzwyczajeni do zbilansowanej diety… – Począł mówić zakłopotany dyrektor, jakby próbując się bronić. – Ale jako dyrektor mam obowiązek dbać o ich zdrowie.

– Panie dyrektorze – Odezwał się Jim. – Telewizja przyjechała do naszej szkoły.

– Hę? – Zdziwił się Delmas. – A to niby w jakiej sprawie?

Przez drzwi sali przeszedł Thomas Wincent, człowiek znany w świecie medialnym jako “Telewizja”. Za nim ciągnęła się kamerzystka z widocznie włączoną kamerą.

– Zrób panoramę dzieciaków. – Rzucił do swojej kamerzystki reporter, po czym począł prowadzić reportaż – Czy szkoła Kadic zapewnia prawidłową przyszłość naszych dzieci? Patrząc na te wychudzone biedaki należy w to wątpić. Aby pokazać Państwu jak bardzo jest źle, wystarczy zapytać się pierwszego z brzegu ucznia…

– Moment, Proszę Pana! – Spanikowany dyrektor natychmiast podszedł do dziennikarza.

========================================

W szkolnej stołówce długa kolejka ciągnęła się do Rosy, miejscowej kucharki która wydawała jedzenie. W tem jednak, na sam środek bez pardonu wepchnął się Della Robia z wyraźnym zadowoleniem na ustach:

– I co Rossa? Co dzisiaj mamy na obiad?

– Purre z ziemniaków, panierowane kotlety, wędzoną kiełbasę. Co sobie wybierzesz, Odd. – Odpowiedziała równie zadowolona kucharka, ciesząc się z możliwości powrotu do swojej starej kuchni.

Autor: Wyklęty

Powiedz im, że wciąż żyję

Stali naprzeciw siebie – nastoletni chłopiec w czarnym, przylegającym kombinezonie z czerwonymi akcentami i nieco starszy od niego, młody mężczyzna w pelerynie z kapturem, który zakrywał jego twarz. Mieli do siebie po dwa kroki, byli sobie wzajemnie na wyciągnięcie ręki, na wyciągnięcie broni – choć dzieliła ich od siebie ściana. Nie próbowali się przebić. Przyglądali się sobie wzajemnie, z początku powtarzając ruchy. Jedno podążało w nich za drugim.

Młody mężczyzna zdjął kaptur swojej peleryny – nastolatek zamarł, cofając się o kilka kroków z lekkim opóźnieniem.

– Kim… jesteś!? – zapytał, wystawiając swój oburęczny miecz. Był gotowy do podjęcia ataku, nawet, jeżeli oddzielała ich bariera ze szkła.

Mężczyzna był spokojny. Spoglądał na nieco niższego chłopaka. Nie ruszał się.

            – Ja… jestem tobą. – ten odpowiedział po dłuższej chwili.

            – Czego… chcesz…? Nie wierzę Ci!

            Mężczyzna w pelerynie wyglądał jak nastolatek jako młody dorosły. Przypatrywali się sobie wzajemnie. Mieli różne stroje, różne wyrazy twarzy i różne odczucia – a byli jedną i tą samą osobą.

            – Przestań… błagam, przestań! – wrzasnął wreszcie chłopak – Przestań! Nie będę…! Już nie będę, rób co chcesz, ale daj mi spokój!

            Łamał mu się głos. Drżał, widział trzęsącą się sylwetkę samego siebie.

            – Nie jestem nim… – cicho powiedział mężczyzna – Musisz mi w to uwierzyć. Nie jestem…

            – Skończ…! – pisnął chłopak. Upuścił swój oburęczny miecz. Złapał się za głowę, zakrył uszy dłońmi. – Skończ, rozumiesz…!?

            Jak miał wytłumaczyć to samemu sobie, jeżeli doskonale to znał? Nie potrafiłby wtedy w nic takiego uwierzyć. Uznałby, że to kolejna iluzja, podstęp, mająca na celu złamanie resztek jego oporów.

            Mężczyzna przyłożył dłoń do zimnego szkła. Był wystarczająco blisko. Na tyle, by widział osadzającą się na nim wilgoć od oddechu. Czy to naprawdę było możliwe w wirtualizacji? Czy może to był świat stworzony przez ich – jego – wspólne koszmary?

            Ile czasu minęło, nim nastolatek, choć nieufnie, podszedł do tej ściany?

            – Jakim cudem… jesteś ode mnie starszy? – zapytał nastolatek. – Jeżeli mówisz prawdę…?

            – Sam tego nie rozumiem… ale ktoś zdecydował, że pomoże mi wrócić.

            – Czyli… zostawisz mnie tutaj, prawda?

            – Nie.

            – Jak to nie…?

            – Idziemy stąd razem. Jesteśmy tą samą osobą.

            Mężczyzna był ciałem. Nastolatek – pamięcią o świecie sprzed swojego upadku.

            Ściana nagle zniknęła, a oni razem z nią.

            Otworzył oczy. Rozejrzał się wokoło. Stał przy konsoli, uruchomionej.

            Wysłana wiadomość. Kiedy…?

            „Wrócisz do domu, dziecko.”

            „Powiedz im, że wciąż żyję.”

            Kim był chłopak z jego… dziwnej wizji? Był taki przerażony…

            Czy naprawdę byli jednym ciałem i rozumem?

Autorka: Morrigan

Zakochany Ślizgon

            – Mógłbyś wyjaśnić ten list jeszcze raz? – spytał spokojnie Albus Dumbledore.
            – Mówię, że zabrał mi go ten kot! – krzyknął zirytowany William, wskazując na zwierzaka kroczącego dumnie  po gabinecie dyrektora.
Gdy zwierzak skoczył z biurka, zamiast sierści miał włosy i ludzką głowę. Wystarczyła zaledwie sekunda, żeby winowajcy już nie było. Zmienił się w profesor McGonagall, która spoglądała na chłopca wzrokiem pełnym pogardy. Młody czarodziej nie krył swojego zdziwienia. Nie wiedział, że nauczycielka jest animagiem.
            – To ciekawe – skomentowała Minerwa, która trzymała w dłoni kartkę. – Uważasz zatem, że pisanie miłosnych wierszy jest ważniejsze od nauki w Hogwarcie?
            Dunbar nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Zaskoczony nagłą przemianą nauczycielki jedyne kiwnął głową w ramach zaprzeczenia.
            – Uważam Albusie, że ten oto świeżak nie zna jeszcze zasad naszej instytucji – odezwał się opiekun domu ucznia, Severus Snape. – Pamiętajmy, że jest tu od niedawna, a wielu innych uczniów i po dłuższym czasie wyrządzało wiele szkód – mówiąc te słowa, spojrzał na swoją koleżankę z pracy.
            – Severusie, twój podopieczny nie jest już dzieckiem. Jeśli dalej będzie tak postępować, nie zostanie dopuszczony do egzaminów. Dopilnuję tego.
            Słowa opiekunki Gryffindoru sprawiły, że Williama przeszył dreszcz. W Hogwarcie uczy się dopiero pół roku, z dużym opóźnieniem przez pomyłkę. Powinien otrzymać list w dniu swoich jedenastych urodzin. Jednak przez błąd znalazł się w czwartej klasie, a jego dalsze losy są niepewne.
            – No dobrze – Dumbledore odłożył pióro na miejsce, splótł palce w koszyk i spojrzał na Williama. – Slytherin traci pięć punktów. Wróć do pokoju.
            Chłopiec kiwnął głową i wyszedł z gabinetu dyrektora.
            – Tylko tyle? Albusie! – skomentowała oburzona McGonagall.
 ~*~
            William usiadł na łóżku, przygnębiony rozmową. Po raz kolejny jego dom stracił punkty. Dodatkowo McGonagall dopilnuje, żeby nie napisał egzaminów i nie został dopuszczony do piątej klasy.
            Spojrzał na zdjęcie z rodzicami. We Francji, gdy jeszcze wszystko było dobrze. Nigdy nie był wybitnym uczniem, ale zawsze radził sobie na tyle, żeby przechodzić dalej. Kiedy tylko dowiedzieli się, że ich syn jest czarodziejem i powinien uczyć się od kilku lat w Hogwarcie, przestali się do niego przyznawać.
            Nie poczuł większej różnicy. Ojciec zawsze pracował i nie było go w domu, a gdy tylko ukończył siedem lat, matka poszła w ślady swojego męża. Miał lepszy kontakt z sąsiadami, niż z własnymi rodzicami.
            Do pokoju wszedł blondyn, który niezbyt zadowolony zmierzał w kierunku Williama.
            – Przez ciebie znowu straciliśmy punkty! – krzyknął, ściągając w emocjach swoją czarną szatę. Sala Slytherinu zaczynała się powoli wypełniać resztą podopiecznych domu.
            – Jak ciebie nie było, rywalizowaliśmy tylko z tymi głupimi Gryfonami – dodał Crabe.
            – A teraz mamy mniej punktów od Hufflepuffu – dokończył Goyle.
            – Dajcie mu już spokój – wtrąciła się Pansy, która poprawiała sobie włosy. – Jest opóźniony i działa na szkodę własnego domu, zamiast innego.
            Draco wraz ze swoimi przyjaciółmi zaczęli złośliwie rechotać. William wściekły uderzył pięścią w nocny stolik. W pokoju nastała cisza.
            – Szkoda, że nikt z was nie raczył mi w ogóle pomóc! To nie moja wina, że w papierach zrobili błąd i nie dotarłem z wami, mając jedenaście lat! Wszystkiego uczę się sam! A wy macie do mnie pretensje, że dom traci punkty za rzeczy, których po prostu nie wiem?
            Po tych słowach Dunbar wziął swoją torbę, zimową szatę i wyszedł. Pokój Ślizgonów dalej pozostał w ciszy. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji z jego strony.
 ~*~
            William postanowił się przejść na boisko Quidditcha. Lubił przebywać na trybunach i obserwować treningi drużyn. Zastanawiał się często nad dołączeniem, jednak wewnętrzne rozterki nie pozwalały mu zrobić czegokolwiek poza patrzeniem.
            Wyciągnął nową kartkę i zaczął od nowa pisać list do pewnej dziewczyny. Widział ją głównie na boisku do Quidditcha podczas meczy. Była doskonałą szukającą – niemal cały czas zdobywała punkty dla swojego domu. Poza celnością wyróżniała się rudym kolorem włosów. Czasem zamienili ze sobą kilka słów, jednak zawsze musiała pędzić na zajęcia, żeby nie mieć wpisanego spóźnienia.
            – Cześć William! – przywitała go ciepło Ginny. Chłopak od razu schował list oraz resztę rzeczy i wstał z uśmiechem, widząc dziewczynę. Przez kilka sekund uświadamiał sobie, z kim właśnie teraz rozmawia.
            – Hej. Co tutaj robisz?
            – Miałam mieć trening razem z braćmi, ale chyba o nim zapomnieli – odpowiedziała rudowłosa. – Pomyślałam, że ciebie nauczę paru zasad Quidditcha.
            – Mnie? – zapytał zaskoczony William propozycją.
    Jeszcze przed chwilą pisał dla niej list miłosny, a teraz nauczy go podstawowych zasad gry. Bez żadnego sprzeciwu powiedział:
            – Znaczy, tak. Chętnie.
            – Bierz nimbusa i widzimy się na boisku – powiedziała szczęśliwa panna Weasley i pobiegła się przygotować na trening. Sprawił, że jest teraz szczęśliwa.
            Dunbar wiedział, że Ginevra Weasley jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką poznał w życiu. Był jednak jeden problem. W zasadzie były dwa.
            Pierwszym był taki, że Ginny była zakochana w Harry’m Potterze.
            Drugi był gorszy. Ona jest z Gryffindoru, a on w Slytherinie.
 ~*~
            Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Hogwart był częściowo już udekorowany świątecznymi dekoracjami, a duchy poszczególnych domów śpiewały z radością kolędy. Slytherin nadrobił zaległości, które stracił przez Williama i prowadził w całej klasyfikacji.
            Dunbar szedł samotnie po korytarzach szkoły. Wszyscy już wcześniej skończyli zajęcia i każdy zajmował się innymi sprawami. Duplikat listu, którego oryginał zabrała profesor McGonagall, skończył pisać kilka dni temu. Wszystkie zaległości  już zaliczył. Nie słyszał już komentarzy pod swoim adresem od kolegów i koleżanek z domu.
            Co zatem może robić zakochanyŚlizgon w młodszej od siebie Gryfonce?
            – Cześć, William – przywitała go zupełnie inna osoba. Odwrócił się, a przy ścianie stała najsympatyczniejsza Krukonka, jaką chłopak poznał.
            Luna Lovegood od dzieciństwa miała niechlubny przydomek „Pomyluna”. Dunbar nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego uczniowie nie akceptują jej odmienności – szczególnie Slytherin. Bardzo często słyszał wyzwiska skierowane do dziewczyny.
            – Witaj, Luno – odpowiedział nonszalancko, a następnie wziął dłoń dziewczyny i ucałował ją. Blondynka z początku nie wiedziała, jak zareagować na takie przywitanie.
            – W twoim świecie tak są witane kobiety? – zapytała, będąc dalej w szoku.
            – Nie zawsze, chociaż uważam, że to powinien być obowiązek każdego mężczyzny – wyjaśnił William. Krukonka patrzyła na niego z podziwem, co dawało mu dużą satysfakcję.
            – Zastanawiam się, dlaczego nie jesteś u nas, w Ravenclaw. Poradzić sobie z tak ogromnymi brakami w czarodziejskim nauczaniu w takim krótkim czasie to powód do dumy.
            – Myślisz?
            – Oczywiście – odpowiedziała spokojnie Luna, a następnie założyła swoje widmokulary. Wyglądały one nietypowo. Oprawki były w kształcie dwóch dłoni skierowanych do siebie w przeciwnym kierunku, a miały kolor złoty. Lewe szkiełko było w środku niebieskie, a dalej białe. Prawe wyróżniał jedynie różowy środek.
            Świeży Ślizgon nie umiał zrozumieć, czemu Luna je nosi, jednak akceptował to w pełni.
            – Coś się z tobą dzieje, Williamie. – stwierdza dziewczyna.
            – Skąd to wiesz?
            – Zachowujesz się inaczej, niż zwykle – wyjaśniła Krukonka, a następnie uniosła swoje okulary na czoło. Dunbar westchnął głośno, po czym zaczął opowiadać wszystko, co go męczy:
            – Nie potrafię dogadać się ze swoim domem. Nikt nie wyjaśnił mi zasad funkcjonowania w Hogwarcie, przeze mnie Slytherin stracił dużo punktów i spadł na ostatnie miejsce. Do tego jeszcze McGonagall chce, żebym nie został dopuszczony do egzaminów.
            William usiadł na chłodnej podłodze, opierając się o chropowatą ścianę. Prawe kolano miał uniesione, a lewa noga była wyprostowana.
            – Jednak nie to jest najgorsze. Zakochałem się.
            – To urocze – komentuje Luna, która podczas słuchania jego historii schowała do upchanej torby swoje widmokulary.
            – Nie jest. Ona jest Gryfonką.
            – Co z tego?
            – Nie mam u niej żadnych czas – odpowiedział zrezygnowany.
            – Dlaczego? – dopytywała Luna.
            – Ona kocha Harry’ego Pottera. Z nim nie da się konkurować.
            – Spróbuj. Nie zaszkodzi – doradziła Krukonka.
            – Myślisz, że warto?
            – Oczywiście. Spójrz – dziewczyna wskazała dłonią na dwór. Był otulony białą pierzyną, a udekorowane choinki świeciły, dając dodatkowy blask.
            – Zbliżają się Święta. Piękniejszej okazji nie będzie.
            Dunbar zadumał się nad słowami koleżanki. Nie pomyślał w ten sposób. Jego dalsza nauka w Hogwarcie stoi pod znakiem zapytania, a Ginny z pewnością wraca do rodziny na Boże Narodzenie. Być może już nigdy więcej jej nie zobaczy.
            – Jesteś geniuszem! – wykrzyknął chłopak i zerwał się na nogi. Poczuł nowy przypływ energii. Musi teraz tylko zaplanować sytuację przed świętami. Ma jeszcze jeden prezent do zrobienia.
            – Powodzenia, Williamie – powiedziała Luna, która po raz czwarty zaczęła czytać najnowszy magazyn „Żonglera”, który przysłał pan Lovegood.
 ~*~
     Do Wigilii został jeden dzień. Cała szkoła została już udekorowana świątecznymi ozdobami, duchy krążyły po korytarzach, śpiewając z radością kolędy, a w Głównej Sali świeczki balansowały nad przygotowanymi miejscami dla uczniów, którzy zostali na Święta w Hogwarcie. Część uczniów już wyjechała do swoich rodzin.
            William czekał na pannę Weasley przed wejściem do szkoły. Zaproponował małe spotkanie przed wyjazdem dziewczyny na święta. Był jednocześnie zestresowany i podekscytowany.  Prezent trzymał schowany w torbie.
            – Hej, ślizgonie – zawołała z radością Ginny, widząc Dunbara.
            – Eee… Witaj – odpowiedział zaskoczony chłopak. To już? Tak szybko przyszła? Nie zdążył przygotować w pełni swojej wypowiedzi.
            “Działaj, William. Nie możesz tego zepsuć.” – pomyślał.
            Chłopak ujął jedną dłoń Gryfonki, po czym schylił się i pocałował ją. Spojrzał na minę dziewczyny obdarzonej nietypowym przywitaniem. Kilka sekund nie odzywała się. Kiedy minął jej największy szok, spytała:
            – Każdy mężczyzna tak wita dziewczynę w twoim świecie?
            – Tak zostałem wychowany, by takim gestem obdarzać kobiety – odpowiedział Dunbar tak samo nonszalancko, jak wyjaśnił kilka dni wcześniej Lunie.
            – Jesteś prawdziwym dżentelmenem – skomentowała rudowłosa, dalej nie mogąc wyjść z zachwytu nad zachowaniem chłopaka.
            – Przygotowałem dla ciebie mały prezent. Wiesz, święta… – powiedział William. Od razu wyciągnął niewielką paczkę okrytą złotym papierem i obwiązaną czerwoną wstążką. Wręczył ją dziewczynie.
            – Kolory Gryffindoru. Dziękuję ci, Williamie – wydusiła z siebie Ginny. – Też coś dla ciebie przygotowałam – po tych słowach wyciągnęła spod płaszcza podobnej wielkości prezent, zapakowany w barwach jego domu.
            Dunbar nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się podarunku od dziewczyny.
            – Muszę się zbierać. Niedługo odjeżdża pociąg. Bracia pewnie się martwią o mnie. Wesołych Świąt, Williamie!
            Ginny spojrzała na chłopaka jeszcze raz, po czym ominęła go i skierowała się  w kierunku pociągu. Dunbar nie odwrócił się – cały czas był zszokowany całą sytuacją.
            “Matko, zapomniałem!” – pomyślał chłopak, a następnie podbiegł do dziewczyny. Zaskoczona zatrzymała się, gdy tylko przed nią pojawił się William.
            – Zaczekaj. Muszę powiedzieć ci coś naprawdę ważnego.
            – Słucham – powiedziała ze spokojem panna Weasley.
            – No… więc… – jąkał się Dunbar. Nie wiedział, że powiedzenie jej uczuć będzie tak ciężkie. Pewnie wyjdzie na totalnego głupka przy ukochanej.
            – William, powiedz. Spóźnię się na pociąg – nalegała Ginny.
            – Dobrze. Zatem… – Ślizgon wziął głęboki oddech. Ujął w swoje dłonie jeszcze raz ręce Gryfonki. – Zakochałem się w tobie.
            Po tych słowach puścił dłonie dziewczyny. Patrzył jej w oczy, jednak nie potrafił nic z nich odczytać. Żadnej reakcji. Miał przeczucie, że niepotrzebnie wyznał uczucia. Ona woli Pottera – człowieka z jej domu. Na co on liczył? Że pokocha osobę z domu, którego całego wręcz nienawidzi?
            Nagle Ginny umieściła swoje dłonie na ramionach Williama. Stanęła na palcach i zbliżyła się do jego ust. Chłopak wiedział, co musi zrobić.
            Przybliżył się do dziewczyny, a ich usta złączyły się w jednym pocałunku. Dzwony w Hogwarcie dzwoniły coraz głośniej. Śnieg spokojnie prószył na ich twarze.
            – Matko, pociąg! – krzyknęła Ginny. Dała Dunbarowi jeszcze jednego buziaka w policzek, po czym ruszyła w pościg na stację. Chłopak teraz odwrócił się w jej stronę. Stał przy moście tak długo, póki nie zniknął z jego oczu ostatni wagon czarodziejskiego pociągu.
 ~*~
            Dzień później stu uczniów i cała kadra nauczycieli zasiadła przy stole. Byli już po dzieleniu opłatkiem oraz wspólnej kolacji. Teraz każdy rozmawiał w mniejszym lub większym gronie. Kilka osób śpiewało razem z duchami.
– Jak było? – zapytała Luna podczas szkolnej Wigilii. Chłopak głośno westchnął i odpowiedział:
– Miałaś rację. Warto było spróbować.
– Krukoni rzadko kiedy się mylą – powiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy.
– Właśnie! – krzyknął William do samego siebie. Z torby wyjął drugi prezent, po czym wręczył go Lunie.
– To dla ciebie. Nawet nie wiesz, jaki mam u ciebie dług.
– Naprawdę nie trzeba… – zaczęła dziewczyna, będąc zdziwiona gestem Ślizgona.
– Są święta. To mój prezent dla ciebie. Koniecznie załóż, chłodno jest – przerwał jej William. Zszokowana dziewczyna od razu założyła ciepłe, niebieskie skarpety od kolegi. Spojrzała na stopy i ruszała nimi, próbując nie wybuchnąć przez nadmiar radości.
– Skąd wiedziałeś?
– Zauważyłem, że ostatnio chodzisz boso.
– Draco Malfoy pożyczył moje buty. Mówił, że je odnowi – odpowiedziała Krukonka – Nie wiem jednak dlaczego, ale do dziś mi ich nie oddał.
– Zdobędę je – zadeklarował Dunbar, czując wstręt do kolegi z domu.
– Po świętach. Teraz na nich się skupmy – uspokoiła go dziewczyna.
– Masz rację. Wesołych Świąt, Luno.
– Wesołych Świąt, Williamie.

Autorka: Azize

Wiewiórka

Wiewiórka przemknęła po śniegu tuż przed kilkuletnią dziewczynką. Różowowłosa krzyknęła do ojca, co widziała, lecz on nie uwierzył. Kazał jej wracać do środka, by się nie przeziębiła.

***

Aelita rzadko dekoncentrowała się podczas matematyki, teraz jednak nie była w stanie myśleć o tych wszystkich równaniach, które pojawiały się na tablicy szybciej, niż była w stanie je przepisywać. Od kilku dni męczyły ją sny. Wspomnienia z dzieciństwa bez żadnego konkretnego kontekstu- ot urywki. Przypomniał jej się tort z szóstych urodzin, wspólne czytanie z ojcem, nawet coś związanego z jej matką – jak zakładała jasną perukę, gdy wybierała się na zakupy. Zapętało się to jednak w nieskończone kręgi. Kilka kręgów i cztery linie. Znak Xany. Sen zawsze się nim kończył. Ale przecież Xana nie żył. Prawda?

Zacznijmy może od tego, że Xana żył w przynajmniej kilku wersjach tego czasu. Na pewno w którejś nawet wygrał. W innej przeżył w komputerze profesora Tyrona, który w tej przestrzeni dopiero przypominał sobie, nad czym kiedyś pracował- znalazł jakaś starą notatkę, czy może Anthea przypomniała mu o dziele Walda. W jeszcze innej czasoprzestrzeni Xana przetrwał w ciele zwykłej wiewiórki. Wiewiórki, którą paradoks czasu wysłał do tej kilkuletniej dziewczynki.

Zatem Xana żył, choć nie był to ten sam Xana. Skąd jednak ten paradoks? Skąd Xana wziął się w spokojnej kryjówce Walda?

Cóż, to chyba była wina Jeremiego. Tak przynajmniej sądził, gdy postanowił samotnie wybrać się do tej czasoprzestrzeni.

***

Pojawił się zgodnie z planem w fabryce. Nikogo nie było, więc odetchnął z ulgą. Schował do torby paralizator, który na tą okazję kupił i poszedł na górę. Winda skrzypiała, zupełnie jak w jego czasoprzestrzeni. Uśmiechnął się delikatnie. Pewnie nie da rady wrócić.

Znalazł się w sali superkomputera. Niewiele się tu zmieniło, jednak widział, że nie jest u siebie. Leżała tu masa nowych rzeczy, krzesło było wymienione, a monitorów było ze dwa razy więcej. Chłopak podszedł do interfejsu. Musiał znaleźć Xanę. Wiedział jak, nie wiedział gdzie. Wpisał dane, które superkomputer powinien powiązać z programem.

Miło. Rezerwat wiewiórek.

Czy wiewiórki były pod jakąś szczególną ochroną w tym świecie? Jeremy potrzebował chwili, by zorientować się, co się stało. Jakaś epidemia. Gatunek zagrożony wyginięciem. Zostało około stu osobników.

– Cwany jesteś Xana. Cwany – przyznał Jeremy, wstając z krzesła. W tym momencie otworzyły się drzwi windy.

***

Różowowłosa spojrzała na okularnika. Nie widziała go od kilku lat. Od kiedy zginął. Co więc tu robił? Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Przyglądała się. Był wyższy, niż pamiętała. Miał delikatny, jasny zarost, którym najwyraźniej starał się przykryć te kilka pokręconych blizn. Na szyi majaczyła się blizna po poparzeniu. W kształcie znaku Xany.

Aelita przeklęła i wyciągnęła z kieszeni nożyk.

– Poczekaj chwilę – krzyknął do niej Jeremy. Uniósł delikatnie ręce, by je pokazać dziewczynie. – Szukam Xany. Pomóż mi go pokonać.

Kłamca.

­­— Kłamiesz- powiedziała Aelita i rzuciła się na niego.

***

Wiewiórka przemknęła po dachu Kadic. Nie łatwo było zmylić superkomputer, ale gdy przestał wysyłać sygnał szukania, Xana miał wolną rękę. Po chwili wślizgnął się do pokoju, który w jego czasoprzestrzeni należał do Jeremiego. Jakież było jego zdziwienie, gdy zastał tam rzeczy zupełnie obcej osoby. Czuł zapach spalenizny. Znalazł to za szafą. Kawałek jakiejś książki

Więc Jeremy zginął? Xana tak długo się ukrywał, że jego tutejsza wersja zdążyła wszystkich pozabijać? Przecież to niepotrzebne! On nigdy nie próbował zabijać ludzi. Nawet w ostatniej chwili, gdy nie miał już innego wyboru, niż zabić lub uciec.

Skoczył na klamkę i wybiegł na korytarz. Zaczął szukać reszty. Pokój Williama- ktoś inny. Pokój Aelity- zamknięty. W pokoju Urlicha i Odda, znalazł tylko tego pierwszego. Siedział na jedynym w tym pokoju łóżku i uczył się czegoś. Xana wskoczył na niego, zwracając jego uwagę, a później dotknął jego telefonu.

– Co się z wami stało?

Dodał swój znak. Nie był pewien, czy powinien, ale zrobił to.

– Zabiłeś nas, zapomniałeś? – warknął Ulrich. Nie zdziwiła go postać wiewiórki.

– Więc czemu któryś z was mnie szuka?

Ulrich zerwał się na równe nogi.

– Szuka? – zdziwił się. Pozwolił Xanie wskoczyć na jego ramię i wybiegł z pokoju. Po kilkunastu minutach znalazł się już w fabryce. Znalazł ciało. Ciało Jeremiego, starszego i dziwacznie ubranego. Później znalazł też Aelitę. Była w szoku, płakała. Nie zwróciła uwagi ani na Ulricha, ani na wiewiórkę. Po chwili straciła przytomność.

­- Nie mogę wezwać karetki- powiedział Ulrich. – Wybacz, kochanie.

Wstał i odszedł.

Xana spoglądał to na niego, to na znikającą w oddali różowowłosą. To nie tak powinno się zakończyć. Nie takie zakończenie przewidywał dla tej czasoprzestrzeni. Czyżby oprócz niego, te kilkanaście lat temu, pojawił się tutaj ktoś jeszcze? Ktoś, kto zepsuł wszystko? Zabił wojowników, tak samo jak resztę? Jak połowę ludzkości.

***

Zastanówmy się, co by było, gdyby oprócz Xany, w jakiejś czasoprzestrzeni żyłby ktoś dużo gorszy. Ktoś, kogo Xana powstrzymywałby od zgładzenia ludzkości. Co by się wtedy stało, gdy Xana zostałby pokonany? Gdyby zniknął w cyfrowym morzu, albo utknął gdzieś między Lyoko a Korą? Ten drugi przeciwnik nie dbałby o wojowników. W ogóle. Zabiłby ich, albo uczynił swoimi niewolnikami. Oczywiście posługując się tym samym znakiem. Znakiem Xany.

A może znakiem Hoppera?

***

Wiewiórka zasnęła na poduszce Ulricha. Dwa dni temu w fabryce znaleziono ciało nastolatki. Kręciła się tam masa osób, na szczęście jednak tutejszy Xana dobrze pilnował, by nie odnaleziono komputera. Zachodziło właśnie słońce, a Ulrich został sam. Jako ostatni wojownik. Tyle dobrze, że miał przy sobie tego Xanę, który nosił w sobie cząstkę dobra.

Autorka: Ananasims

Stary sklerotyk

Jim Morales obudził się, jak zwykle, w pokoju w internacie. Od dwudziestu lat te same ściany, ten sam sufit, te same meble… Jedynie zwiększyła się jego kolekcja kopii dyplomów i zdjęć uczniów. Tęsknił za czasami, gdy sam zdobywał nagrody.
Wstał, przeciągnął się, ziewając i wyszedł umyć się. Wszyscy w internacie jeszcze spali, była zaledwie piąta rano. Mężczyzna jak zwykle wbił się w swój szary dres i czerwoną bluzę, założył opaskę i, po pośpiesznym umyciu zębów, zszedł na dół. Kiedyś chodził biegać. Zawsze po przebudzeniu. Ale nie mógł zostawić budynku otwartego, ani nawet zabrać ze sobą kluczy. Rozłożył przed drzwiami swoje krzesełko i wczytał się we wczorajszą gazetę.
Jego oczy błądziły po literkach. Zwykle tego nie czytał. Czasem rzuciło mu się w oczy znajome nazwisko, czy twarz, ale tak naprawdę unikał prasy jak ognia. Gazeta miała jedynie dawać wrażenie, że jest w pełni skupiony. Tak na prawdę przez cały czas rozmyślał. Rozmyślał o pracy. Jego pamięć nie była najlepsza. Uczniów, z którymi cały czas przebywał, jakoś rozpoznawał, ale dawne wydarzenia mieszały mu się okropnie. Po tych dwudziestu latach w szkole nie pamiętał już, czy pracował w CBA, czy CIA, czy ścinał lasy amazońskie, czy może rozbił się tam prywatnym samolotem. Mieszały mu się fakty i daty. Jedyne, co było dla niego pewne, to tu i teraz.
Kiedyś jeden z profesorów obiecał mu pomóc. Jim już nie pamiętał jego nazwiska. Z twarzy owszem, poznałby go. Miał taką śliczną córeczkę… Zawsze przypominała Jimowi córkę jego kuzynki. Szkoda, że obie zmarły. Chociaż nie. Jim nie był pewien, co się stało z córką profesora. Ogólnie sprawa zniknięcia tego nauczyciela… Była dziwna i utkwiła mu w pamięci na dobre. Gdy kolejny dzień nie dawał znaku życia, wezwano policję. Przeszukano dom, znaleziono ślady włamania. Nic więcej. Nigdy nie trafiono na trop profesora, ani jego córki.
A to natomiast przypominało zawsze Jimowi to, jak pracował z kilkoma amerykańskimi sławami nad sprawą… Już nie pamiętał kogo. Jakiegoś Belga z doklejanym wąsem? Nie, nie. Coś musiało mu się pomieszać. Ale pamiętał dobrze, że już kiedyś coś takiego widział. Zniknął mężczyzna i jego córka. Porwani przez jakiś gangsterów, terrorystów, czy rewolucjonistów. Może to jednak był jakiś film?
Jim wzruszył ramionami i spojrzał na jakiś akapit. Znajome nazwisko. Tak, znajome. Jeden z jego kuzynów miał córkę, która poślubiła takiego jednego. Czyżby to o nim była mowa? Tragiczny wypadek? Niee… Gdyby to był ktoś z rodziny, już dawno by o tym wiedział. Wrócił do wodzenia wzrokiem po kartce, ponownie oddając się wspomnieniom.
Praca w cyrku. Tak, był też taki epizod w jego życiu. Zawsze lubił cyrki, ale przez tamten miesiąc nie bawił się dobrze. Nie wiedział, czy po prostu źle trafił, czy może było tak wszędzie. Żal mu się robiło tych zwierząt, które tam widział. Wściekał się na ludzi, którzy je tam trzymali. Stracił pracę przez to, że wygarnął w końcu to, co myślał. W twarz dyrektora. Nie dostał wypłaty. Znalazł się w zupełnie obcym mu rejonie Francji, bez grosza przy duszy. Wtedy po raz pierwszy spotkał….
Eureka!
Profesor Hopper!
Ale czy aby mu się nie wydawało? Przecież poznał go dopiero w szkole. Nie znał go wtedy, gdy zaczął pracować dla… Dla…
Zdenerwował się. Nie mógł sobie przypomnieć najmniejszego szczegółu. Wszystko musiało mu się pomieszać, ale przecież nie zapomniałby człowieka, który pomógł mu znaleźć tą pracę w… Gdzie? Gdzie on wtedy pracował? Po tym cyrku, zanim jeszcze trafił do Kadic?
Zanim jego pamięć zaczęła tak szwankować.
Ale chwileczkę. Przecież on nie miał aż tak złej pamięci. Pamiętał nazwiska swoich pierwszych uczniów, nauczycieli, z którymi pracował, nawet takich błahostek, jak kiedy wygrał misia dla tej kobiety, która tak bardzo mu się wtedy podobała. Czemu więc umysł płatał mu figle, gdy myślał o tym, co zdarzyło się wcześniej. Czemu nie mógł sobie przypomnieć, czy ścinał ten głupi las, czy może próbował ratować?

Nie zauważył cienia stojącego za drzwiami. Nie zauważył tego, który od lat go obserwował. Nie usłyszał słów:
– Zróbcie to jeszcze raz. Chyba coś mu się przypomniało.

Autorka: Ananasims

Stary dąb

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Ale nie było mu jakoś przesadnie przykro z tego powodu. Widywał wiele innych rzeczy. Codziennie coś innego.

Pamiętał czasy, gdy był młody, tak samo jak inne drzewa tutaj. Bał się, że złamie go byle wichura. Potem powoli dorastał. Wśród jego gałęzi zamieszkały ptaki, później jakiś gryzoń, który nigdy nie raczył pokazać się mu w świetle dnia. Później przyszli ludzie, którzy podkopali jego korzenie tak, że bał się, że umrze. Inne drzewa… Nie wszystkie to przeżyły. Las się przerzedził. Ktoś wyznaczył przez niego ścieżki. Ktoś inny postawił płot. Zwierzęta przestały tak często odwiedzać stary dąb, lokatorzy zostawali u niego krótko.

Później pojawił się człowiek, który odwiedzał go prawie codziennie. Dąb miał z tego wielką uciechę. Ale tamten nigdy się nie zatrzymywał, nie pogadał. Nigdy tak na prawdę nie zwrócił uwagi na staruszka. Wchodził do kanału, wychodził. Czasem nosił ze sobą wielkie pudła. Dąb dbał o to, żeby inne drzewa nie podłożyły mu korzeni. Ale on też zniknął, jak ptaki i gryzonie.

Te kilka lat, w których właz do kanału pokrył się rdzą, a inne drzewa zaczęły powoli odchodzić, nie należały do najciekawszych. Przychodzili tu tylko uczniowie. Pili, palili, bawili się. Często łamali dębowe gałązki. W końcu i oni zapomnieli o tym miejscu.

Jednak w momencie, w którym dąb zupełnie już stracił nadzieję na przyjaciela, pojawił się ktoś nowy. Najpierw właz do starego kanału znalazł chłopak– skóra, kości i okulary. Potem zaczął prowadzać tamtędy znajomych. Jakże cieszył się stary dąb, gdy zaczęli chodzić obok niego codziennie. W jego życiu coś się zaczęło dziać! Obserwował ich, słuchał ich młodych głosów, ich śmiechu, ale widział też rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Widział dziwaczne duchy, dziwacznych ludzi, rośliny i zwierzęta. Czasem chciał pomóc walczyć tym młodym ludziom. Ale cóż on mógł zrobić? Przecież i tak na końcu wszystko zalewała fala białego światła i świat wracał do normy.

Jednak i ci ludzie zapomnieli o dębie. Przestali chodzić do niego tak często, czasem przemknęli mniejszą grupą. W końcu na zawsze zamknęli stary właz.

Tego ranka gałęzie starego dębu były pokryte maleńkimi, białymi igiełkami. Och, jak dawno on ich nie widział. Cieszyło go, że chociaż zima postanowiła odwiedzić go po raz ostatni. Legł tej nocy na ten stary właz. Nie mógł już utrzymać się sam pośród porywistych wiatrów i obcych, młodych drzew. Rano, gdy umierał, mieszkająca w pobliżu wiewiórka położyła przy nim kamyk. Wiatr zerwał skądś kolorową szmatkę i ułożył ją niby kwiat. W końcu w ostatniej godzinie jego życia przyszedł też samotny człowiek.

Dąb pamiętał go. Pamiętał, jak tchnął w jego życie trochę kolorów. To ten chłopak- skóra, kości i okulary. Przyszedł po raz ostatni. Z gorzkim uśmiechem podszedł do dębu i położył na niego rękę.

– Więc tak się to skończy?

Pojedyncza łza spłynęła po jego policzku na czarny garnitur. Usiadł, oparł się o stary pień.

– Tak się to kończy – powtórzył jeszcze.

W ostatniej chwili dąb żałował. Żałował, że przewrócił się na ten stary właz. Żałował, że nie dał już nikomu szansy przemknięcia tędy. Choćby jeden raz.

Autorka: Ananasims

Rycerska przysięga

Mądry wybór, chłopcze.
Skąd ten głos? Kim jesteś, że mnie wołasz?
Pomogłem ci zadecydować. Dzięki mnie jesteś wolny.
Masz rację, jestem. Teraz ona będzie szczęśliwa.
Ale to nie jest koniec. Zemścisz się na nich wszystkich.
Nie chcę.
W głębi duszy chcesz. Oni ciebie zniszczyli, szczególnie ta Chinka.
Japonka!
Nieistotne.
Zawsze wszystkich poprawiała, jak ktoś tak o niej mówił… to było bardzo urocze, widząc, jak potrafi się zdenerwować. Drobna dziewczynka, ale jak oddała z kopniaka, to była moc…
Te, panie romantyk! Chyba nie zamierzasz teraz się wycofać z powodu jakiejś dziewuchy?
To nie była zwykła dziewucha. Z nią można było konie kraść, lecz nie ze mną chciała przeżyć swój pierwszy raz…
Skończ już! Zemścisz się na ich wszystkich. Pokażesz, że nie jesteś nikim…
Bo nie jestem. Chyba…
Musisz złożyć przysięgę. Powtarzaj za mną.
Nie chcę się mścić. Ja tylko chcę jej szczęścia.
Gadaj więcej, to nigdy jej nie zobaczysz…
Chciałbym kiedyś popatrzeć na jej śliczny uśmiech…
Więc skończ żyć w obłokach i powtarzaj. Ja, William Dunbar…
Ja, William Dunbar…
Przysięgam walczyć o dobro Xany…
Przysięgam walczyć o dobro… Xany…
Choćby mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Yumi…
Choćby… mieli najbliżsi zginąć z mej ręki…
Na wieki.
Na wieki.

Autorka: Azize

Przyjaciel

Yumi odskoczyła z gracją do tyłu, robiąc przy tym przewrót i odbijając kolejny pocisk. Cel zdążył dokonać korekty, nim wylądowała, ale na szczęście pomylił się o kilka centymetrów. Dziewczyna jednak poczuła na skórze delikatne mrowienie, jakie zostawiał przelatujący obok laser.

– Uważaj Yumi. Następnym razem możesz nie mieć tyle szczęścia – ostrzegł Jeremy.

– Spokojnie. Następnym razem nie będzie miał okazji.

Dziewczyna rzuciła jednym z wachlarzy. Cel wykonał unik i zaatakował. Ciemnowłosa nie spodziewała się tak szybkiej reakcji. Musiała wykonać kolejny unik. Kolejny raz cel chybił.

Trwało to już około godziny. Cokolwiek zrobiła Yumi, ciemnowłosy chłopak tego unikał. Gdy ona musiała uciekać, on chybił o włos. Sprawiało mu to najwyraźniej niemałą uciechę i Yumi mogła przysiąść, że tylko się z nią bawi. Nikt nigdy jej tak nie denerwował, jak ten nowy. Nawet jej młodszy brat. Nawet Laura.

Chłopak kolejny raz wystrzelił, tym razem jednak kilka pocisków pod rząd, chcąc w końcu zakończyć pojedynek. Dziewczyna nie dała sobie poznać zaskoczenia. Odbiła jeden po drugim. Naglę musiała jednak przyklęknąć. Trafił w nogę. Nie zwróciła uwagi na atak skierowany tak nisko. Prychnęła.

– Dobra, koniec – odparł Jeremy. – Sprowadzę cię.

Yumi skinęła głową, jakby okularnik miał to zobaczyć. Ciemnowłosy uśmiechnął się, a w jego oczach coś błysnęło.

– Odegram się przy wieży – rzuciła na pożegnanie dziewczyna.

Jej cyfrowa postać rozpadła się. Chłopak został w Lyoko zupełnie sam. Coś mówiło mu, że nie na długo, ale postanowił, że choć trochę skorzysta z wolności. Momentalnie znalazł się przy wieży przejścia i skoczył w jej odmęty.

Sektor, nad którym obecnie pracował Jeremy nie był ani trochę tak ciekawy, jak Kora, czy sektor piąty, ale dawał radę zaintrygować choć troszkę. Surowe pliki danych, których wciąż nie udało się ubrać w kolory, układały się w fantazyjne figury grubych, wysokich drzew i lekkich budynków, jakby wyjętych z opowieści o elfach. Chłopak lubił tu przebywać, a jego pan nie śpieszył się ze zniszczeniem tego miejsca. Zresztą, nie widział chyba w tym celu, albo przynajmniej był ciekawy, jak Jeremiemu uda się wykończyć tą część świata. Choć ciekawość, to w przypadku programu dosyć duże nadużycie.

Ale tak. Xana był ciekawy. Chłopak wiedział o tym. W pewnym sensie nie dziwił się, że tak rozwinięta inteligencja może być czymś zaintrygowana… Ale z drugiej strony, czuł się dziwnie, przyznając to. Tak nienaturalnie. Jakby mówił o kamieniu, czy drzewie. Coś ukuło go w głowie za to porównanie. No tak. Program, jak zawsze, słuchał. Nie złościł się raczej, ale wolał, żeby chłopak nie rozważał, do czego można by go porównać. No, chyba, że miałoby to zdekoncentrować przeciwnika przy wieży.

Chłopak w wolnych chwilach bardzo dobrze dogadywał się z Williamem. Gdy tamten nie miał szkoły, potrafili rozmawiać nawet po kilka godzin, o ile Xana nie postanowił inaczej. Wtedy musieli się bić albo przynajmniej rozejść się, jeśli Jeremy, po ocenie sytuacji, uznał, że solowa walka jest bezsensowna. Ocena wychodziła mu całkiem nieźle. Prawie zawsze trafiał.

Zresztą, co to była za różnica? Walka, rozmowa… Mieli wspólnych wrogów. Co prawda inne cele, które, według wojowników, były zbrodnicze, czy coś, ale chłopak nie rozumiał, czemu nie mogą po prostu dać sobie nawzajem działać? Hej! Przecież Xana nie niszczy wam pracy! Czemu wy to robicie jemu?

Zaśmiał się. Obie strony tłumaczyły mu to już kilka razy, ale on wciąż nie mógł pojąć.

Coś w głowie oznajmiło mu, że pora wyruszać.

Dokąd? Do Kory?

Do Kartaginy.

Chłopak westchnął. Nie lubił tam wracać. Do więzienia. Wolał przebywać ze swoim wybawicielem… Albo przynajmniej z przyjaciółmi.

Autorka: Ananasims

Powrót

Zaspał.
Nie żeby był to jego pierwszy raz: przecież nigdy ani nie był prymusem, ani nie przykładał zbyt wielkiej wagi do bycia punktualnym. Taki już był i zazwyczaj nie widział w tym absolutnie nic dziwnego. Ale ten dzień nie był przecież zwyczajny.
Był to bowiem pierwszy dzień Williama Dunbara na wolności.
Kto by pomyślał, że po paru miesiącach spędzonych jako niewolnik Xany chłopak tak spokojnie prześpi całą noc? Sam zainteresowany spodziewał się czegoś zupełnie innego – że przez wiele dni nie uda mu się zmrużyć oka, a jeżeli już jakoś udałoby mu się zasnąć, to koszmary powinny sprawić, że już chwilę później się obudzi. A tu proszę: William nie tylko padł na łóżko natychmiast po powrocie do swojego pokoju, ale przez te wszystkie godziny nie nawiedził go choćby jeden zły sen.
Tyle dobrego, że nie był aż tak bardzo spóźniony. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się nawet zdążyć na początek pierwszej lekcji, która miała rozpocząć się kwadrans po ósmej…
a przynajmniej tak mu się wydawało. A może zaczynała się równo o ósmej? Nie był pewien. Pamiętał, że w Kadic zajęcia zaczynały się o trochę innej godzinie, niż w jego poprzedniej szkole, ale nie potrafił sobie przypomnieć w której była to ósma, a w której ósma piętnaście. Nieco go niepokoiło, że przez tak krótki czas nieobecności zdążył zapomnieć tak kluczową dla niego informację. A może było to tylko tymczasowe rozkojarzenie i te wszystkie drobne wspomnienia z czasem wrócą? W każdym razie William głęboko liczył na to, że jednak zdąży. W końcu dzisiaj rozpoczynał się nowy rozdział jego życia, dobrze zatem byłoby udanie go przeżyć.
Na szczęście pomyślał chociaż o tym, by przed wyjściem z pokoju zerknąć na plan i sprawdzić numer sali, w której miały się odbyć zajęcia. I, chwała Bogu, był w stanie skojarzyć gdzie mniej więcej owa klasa się znajdowała. Chwilę później młodzieniec pędził przez nieco opustoszałe już korytarze zespołu szkół Kadic. Jeszcze tylko dwa zakręty, jedne schody i… tak, był na miejscu.
Ufff, tym razem mu się udało: jego koledzy dopiero wchodzili do środka. Zadowolony z siebie William podążył za nimi. Po wejściu lekko się zawahał. Która ławka należała do niego? Ah, tak, oczywiście. Ta na samym końcu klasy, od strony okien – na wpół sobie przypomniał, a na wpół odgadł. Gdy tylko zajął swoje miejsce, zagadała do niego siedząca tuż przed chłopakiem Yumi.
– Jak się czujesz? – zapytała.
– W porządku… Chyba. – odparł krótko. – Jestem tylko trochę zdezorientowany.
– No cóż, biorąc pod uwagę okoliczności, to chyba nie ma w tym nic dziwnego. Ale raczej chodzi mi o to, czy… – zawahała się.
– Chcesz wiedzieć, czy w środku lekcji nie opęta mnie Xana i nie rzucę się na innych? – brunet westchnął. – Nie. Nie czuję jego obecności. A po tych wszystkich miesiącach, podczas których mną kierował, raczej wiedziałbym, gdyby jednak wciąż miał nade mną władzę, prawda?
– Chyba tak… – odparła niepewnie Japonka. Chciała jeszcze coś dodać, lecz wtedy konwersację przerwał im głos pani Meyer.
– No dobrze, wyjmijcie długopisy; kartki, jak zwykle, nie będą wam potrzebne.
Williama gwałtownie się wyprostował i przełknął ślinę, a następnie zwrócił się do dziewczyny
z wyraźnym strachem w głosie:
– Błagam, powiedz mi, że nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Nie piszemy dzisiaj sprawdzianu.
– Ufff…
– Piszemy egzamin końcowy.
Chłopak pobladł. Widząc to, dziewczyna lekko się uśmiechnęła i kontynuowała:
– Co, nie myślałeś chyba, że najgorsze już za tobą?

William skończył pisać sprawdzian – o ile można nazwać tak rozwiązanie trzech zadań z dwudziestu – znacznie wcześniej, niż reszta klasy. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie miał najmniejszych szans na zaliczenie. Zrezygnowany brunet podniósł się z miejsca, chwycił stos kartek i ruszył w kierunku pani Meyer.
– Skończyłem. – rzekł i wyciągnął rękę ze sprawdzianem w kierunku nauczycieli.
– Tak szybko? – odparła sceptycznie. – Posiedź jeszcze trochę, może przyjdzie ci do głowy coś jeszcze.
– Nie, nic więcej już nie wymyślę. Naprawdę.
Pani Meyer pokręciła głową z dezaprobatą; nadal jednak nie odebrała od niego egzaminu.
– Niech ci będzie. Wróć na miejsce i poczekaj, aż wszyscy skończą pisać. Tak jak się umówiliśmy, po przerwie dokładnie omówimy wszystkie zadania i podliczymy, ile punktów byście dostali, gdyby był to sprawdzian końcoworoczny. – William zdębiał. GDYBY był to sprawdzian
końcoworoczony?! – Chociaż patrząc na to, że skończyłeś po ledwie trzydziestu minutach, już teraz mogę ci powiedzieć, że jeżeli nie przepracujesz intensywnie następnego miesiąca, to nie uda ci się nadrobić braków i nie zdasz do następnej klasy.
– T-tak, ma pani rację. – wydukał chłopak i wrócił na swoje miejsce. Po drodze storpedował wzrokiem Yumi, która w odpowiedzi szeroko się do niego uśmiechnęła.
A jednak to prawda, że kobiety są bezlitosne.
Gdy zabrzmiał dzwonek, Brytyjczyk natychmiast odwrócił się do Japonki.
– No wiesz co?! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jest to próbny egzamin końcowy? Zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie wystraszyłaś? Przecież wiesz, że nie mam pojęcia, co przerobiliście przez ten czas, gdy wciąż byłem więźniem Xany i…
– Ciszej, bo inni cię usłyszą. – przerwała słowotok dziewczyna. – Zresztą ten dowcip to i tak niewielka kara w porównaniu do tego, ile problemów nam przyniosłeś.
Chłopak szykował się już do wznowienia tyrady, gdy nagle podeszła do nich Anais.
– Mój drogi Williamie, skocz po kawę dla mnie i dla Priscille, dobrze?
– Co? – zaskoczony Dunbar zdenerwował się jeszcze bardziej. Yumi natomiast ze wszystkich sił próbowała powstrzymać się od śmiechu. – A niby dlaczego sama po nią nie pójdziesz?
– Ale o co ci chodzi? – odpowiedziała zdziwiona blondynka. – Przecież do tej pory nigdy nie przeszkadzało ci, że spełniasz nasze… hmmm… drobne prośby. Jak nie chcesz być pomocny, to trudno, ale nie musisz być taki opryskliwy. – zakończyła i wyraźnie naburmuszona wróciła do swojej ławki.
Zdezorientowany młodzieniec nie wiedział, co powiedzieć. Po chwili wykrztusił tylko:
– Yumi, co się… Dlaczego…?
– Oh, zapomniałam ci powiedzieć. – rzekła Ishiyama, gdy w końcu przestała się śmiać. – Widzisz, twój klon, którego podstawił Jeremie, nie należał do najbystrzejszych. Co prawda był w stanie na co dzień w miarę normalnie funkcjonować, ale miał kilka… niedoskonałości. Na przykład, gdy ktoś prosił go o przysługę, nie potrafił odmówić.
– Chcesz powiedzieć, że przez te kilka miesięcy mój klon robił za niewolnika dla reszty klasy?
– Oj, nie przesadzaj: użyłabym raczej słowa “pomagier”. A skoro już o tym mowa, to o ile dobrze pamiętam, twój bliźniak zgłosił się wczoraj na ochotnika do sprzątania sali gimnastycznej, także nie planuj nic na dzisiejszy wieczór.
William zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach. Może służba u Xany wcale nie była taka zła…?

Autor: Mayakovsky

Pierwszy taniec

W wielkiej sali jak na razie było pusto. Jedynie na podłodze zaznaczono kredą miesjca, gdzie za kilka godzin miały stanąć okrągłe, przywdziane w biel stoły, a wokół nich krzesła. Z okien zdjęto firanki, z żyrandoli klosze. Jutro miało to już być zupełnie inne miejsce. Pełne życia, świeżych kwiatów. Pełne ludzi.
Na salę weszli przyszli małżonkowie; trzymając się za ręce i żartując cicho. Mężczyzna zamknął za nimi drzwi, kobieta od razu weszła głębiej, rozglądając się.
– Aelita, poczekaj – zawołał za nią mężczyzna. Ona z uśmiechem odwróciła się.
– Nie denerwuj się tak, Jeremy. Przez cały czas mnie widzisz – zaśmiała się, stając obok niego. – Nie ma tu Xany – dodała cicho.
Mężczyzna drgnął na dźwięk tej nazwy i odruchowo poprawił okulary
– To… Jak ci się tu podoba? – zapytał.
-Jest cudownie! – uznała Aelita, łapiąc go za ręce i ciągnąc za sobą. – Ta sala, ten ogród wokół budynku… Przepięknie. Przypomina mi o mamie.
– Na pewno nie chcesz jej jednak zaprosić?
– Tyron by z nią przyjechał. A wiesz. Od kiedy zupełnie zniszczyliśmy jego superkomputer… Dobrze, że nas nie pozwał.
– Moglibyśmy go nie wpuścić – zażartował mężczyzna.
– Chciałbyś awantury? Na weselu? Wystarczy, że Odd się upije i zacznie opowiadać niestworzone rzeczy o równoległych rzeczywistościach.
– Masz rację – zaśmiał się chłopak. – Wystarczy nam Odd… I Xana.
– Daj spokój. Myślisz, że zaatakuje? Przecież prosiliśmy, by się wstrzymał choć ten jeden dzień.
– Właśnie dlatego się boję. Może lepiej będzie wyłączyć Lyoko na czas wesela? W końcu, w razie czego, William może sobie nie poradzić… Nadal mam wyrzuty sumienia, że musi zostać w fabryce.
– Xana tak czy siak ma wiele innych komputerów, z których mógłby skorzystać. A ty pozbawiłbyś nas alarmu.
– Ehh – chłopak wzruszył ramionami. – Jak zwykle masz rację.
Z uśmiechem dał jej szybkiego całusa. Zaśmiała się.
Spletli swoje dłonie i weszli w głąb sali. Jeremy spojrzał za okno, na ogród. Przepiękny widok. Miał nadzieję, że w którymś momencie ucieknie tam z żoną, by spędzić choć chwilę tylko w jej towarzystwie.
– Mogłabym prosić pana do tańca? – zapytała niespodziewanie kobieta.
Jeremy spojrzał na nią.
– Oczywiście, księżniczko – odparł.
Złapał ją delikatnie w pasie. Uśmiechnęli się do siebie.
– Bez muzyki?
– A jak?
Zaczęli się kołysać, potem krążyć po sali. Starali się omijać miejsca, w których miały stać stoliki. Było to trudne. Zostawiono im bardzo dużo miejsca. A może po prostu było aż tylu gości?
Kobieta ucieszyła się na tą myśl. Zobaczy ponownie wszystkich ludzi, których w życiu polubiła. Przyjaciół ze studiów, z Kadic. Wojowników – starych i nowych; rodziców przyjaciół. Zaprosiła też Jima, by opowiadał kolejne niestworzone historie. Zaprosiła kilku nauczycieli, którzy w większym stopniu wpłynęli na jej życie. Zaprosiła jeszcze to małżeństwo z córeczką, które wybudowało się tuż obok Pustelni, którą oni przejęli oficjalnie pół roku wcześniej. I w końcu było jedno puste miejsce.
Dla ojca Aelity, by choć duchem był tu obecny. Na pewno ucieszyłby się, będąc tu.

***

Po jakimś czasie w końcu opuścili salę. Musieli jeszcze obejrzeć kościółek na przedmieściu, w którym mieli brać ślub. Rodzina Jeremiego ich namówiła. Aelita nigdy nie myślała o wierze, czy kościelnym ślubie. Nie pamiętała, czy jej rodzice w coś wierzyli. Nigdy nie zapytała też o to matki, choć rozmawiały często. Ale zgodziła się, ze względu na Jeremiego… A może to była tylko wola ich rodziny?
Weszli do środka. Tutaj już wszystko było ozdobione. Białe kokardy na wiklinowych krzesełkach, donice czekające tylko na świeże kwiaty, które miano przywieść rano. Poza tym, jedynie dwie staruszki klęczały tuż przy ołtarzu, zupełnie nie zwracając uwagi na młodych. Aelita weszła do środka, chcąc wszystko dokładnie obejrzeć, Jeremy czekał przy wejściu. W końcu oboje wyszli i wrócili do nowiutkiego samochodu, który Jeremy kupił za całą jedną wypłatę. Zarabiał naprawdę dużo.
Mężczyzna włożył kluczyk do stacyjki, jednak się zawahał.
– Coś się stało? – zapytała kobieta.
– Boję się, że coś się nie uda. Może Xana, może posypie się coś innego.
– Będzie dobrze. Jeśli chcesz, możemy przecież pojechać do fabryki i wszystko sprawdzić. Zobaczysz, że wszystko jest w porządku.
– Nie wiem, czy chcę tam dzisiaj jechać.
– Na chwilę. Uspokoisz się – zapewniła.
Przez chwilę mężczyzna milczał. Potem odpalił samochód.
– Dobrze.

***

Zatrzymali się przed fabryką. Sprzed bramy widać było kilkoro robotników, którzy kończyli odnawiać tą ścianę. Jeremy kupił teren, kiedy tylko zarobił wystarczająco pieniędzy. Teraz odnawiali tu wszystko, by budynek nie groził już zawaleniem. Niedługo mieli ruszyć produkcję sprzętu elektronicznego… W pewnym sensie cudowna okazja dla Xany, do ataku. Może dlatego nie blokował w żaden sposób inwestycji?
Ostrożnie weszli do środka. Winda była chroniona przez superkomputer. Nikt nie był w stanie się tam dostać, poza oczywiście Wojownikami. Zresztą pracownicy nie interesowali się nią. Jeremy pilnował ich pracy dzięki kamerom.
Zjechali do superkomputera – Jeremy do interfejsu, Aelita do skanerów. Mężczyzna włożył do ucha słuchawkę.
– Jesteś pewna? – zapytał?
– Tak – zapewniła go.
Kilka kliknięć. Jeremy włączył proces wirtualizacji. Po chwili otrzymał komunikat, że Aelita jest już w Lyoko.
– Och! – kobieta krzyknęła.
– Aelita?! Co się stało?! – mężczyzna poderwał się z fotela.
Kobieta śmiała się. Nie spodziewał się tego. Zaskoczony, opadł z powrotem na siedzisko.
– Och, tu jest cudownie. To twoja sprawka?
– Co? – zdziwił się.
Ponownie kilka kliknięć. Widział teraz Lyoko oczyma Aelity.
Znajdowała się w sektorze leśnym. Odzyskali jego kopię po kolejnym włączeniu superkomputera, jednak wszystko tu wyglądało inaczej. Zmieniły się tekstury, ułożenie platform. Na drzewach pojawiły się gałęzie z liśćmi, wyglądającymi jak prawdziwe, kwiaty.
– Uważaj. To może być podstęp – uznał Jeremy.
– Daj spokój. To nie ty robiłeś? – zapytała kobieta, ruszając przed siebie. Rozglądała się wokół.
– Nie. Nie ja. Zdewirtualizuję cię.
– Spokojnie, Jeremy – zaśmiała się. – To na pewno zrobili chłopcy. Wiesz, że coś przygotowywali.
– Aelita, proszę. Nie chciałbym cię stracić.
– Nie panikuj – znów się zaśmiała.
Na horyzoncie pokazała się wieża. Otaczała ją polana pełna kwiatów, a same jej mury porastał kolorowy bluszcz. Wśród jego listków coś się ruszało.
– Co to jest? – zapytał Jeremy.
– Tylko ptaki. Spokojnie – uznała.
Podeszła bliżej. Na chwilę usiadła na fotorealistycznej trawie.
– Przepięknie – przyznała.
Minęło jeszcze kilka minut. Aelita chodziła od wieży do wieży. Było aż nienaturalne, że Xana jej nie atakował. Przecież nie mógł uszanować prośby! Nie. Na pewno coś knuje. Na pewno zaatakuje podczas ślubu. Może powinni poprosić kogoś jeszcze, by tu czuwał? W końcu William nie dezaktywuje sam wieży. Nawet mimo sztucznych kodów, które wgrali każdemu. Może powinien poprosić jeszcze kogoś z nowych? Mężczyzna pokręcił głową. Kogo?
– Wracaj już – poprosił Aelitę.
Chwila ciszy.
– No dobrze. Dewirtualizuj mnie.
Chłopak kliknął enter. Komendę miał gotową przez cały czas. Chwila czekania. Nie mógł się doczekać. Zjechał do sali skanerów.
Aelita wyszła z tego po środku. Wesoła, wyglądało na to, że nic jej nie jest.
– Za bardzo się denerwujesz, Jeremy  – uznała.
– Może masz rację – przytaknął jej i poprawił okulary. – Chodźmy już do domu. Za kilka godzin zaczynają się nasze imprezy. Nie powinniśmy się spóźnić.
– Wolałabym spędzić noc tylko z tobą.
– Następna noc będzie nasza… O ile Xana nie zaatakuje.
– Przestań już z tym Xaną – delikatnie pacnęła go dłonią.
Roześmiali się.
Następny dzień miał być idealny i nawet Xana nie mógłby tego zmienić.

Autorka: Ananasims