What have you become?

Minął miesiąc. Miesiąc od kiedy Xana został pokonany, miesiąc od kiedy został wyciągnięty z piekła, miesiąc od kiedy ten rozdział został zamknięty. Miesiąc, od kiedy wszyscy kopnęli go w tyłek i powiedzieli, by radził sobie sam.

William Dunbar był więźniem Xany. Trafił do piekła przez własną głupotę, a przynajmniej według reszty grupy właśnie tak to wyglądało. Wpadł przez to, że postanowił porwać się z motyką na słońce. I porwał się, dowiedział się w końcu czego tak pilnie strzegła Yumi i szczerze mówiąc – gdyby mógł cofnąłby się w czasie i zamknąłby sobie tą niewyparzoną gębę.

Ten, kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Płacił za swoje opętanie każdego dnia, podczas, gdy wszyscy myśleli, że nie pamiętał. Ale nie mieli powodu, by pytać, czy wszystko było w porządku. Natomiast on rozpaczliwie prosił, by ktokolwiek wystosował w jego kierunku to durne pytanie. I cholera, jak żałował, że sam nie potrafi o tym gadać. Nie umiał zmusić siebie do wrażliwości, do wylania z siebie wszystkiego co najgorsze. Był wrażliwy, ale nie miał w zwyczaju dużo o sobie mówić.

Xana postanowił się bawić, traktować go jak pieprzoną zabawkę, bo mógł i miał do tego środki. Rozpętał dookoła chłopaka piekło i zaczął wmawiać, że przecież była to jego wina. Zaczął zabijać, mordować jego najbliższą rodzinę, osoby, które uważał za przyjaciół, a potem wcisnął mu w dłoń nóż i powiedział, że to jego wina. A William uwierzył.

Od kiedy go ściągnęli każdej nocy kręcił się w łóżku, przewracał z boku na bok, mówił coś pod nosem, nieświadomie przykrywał głowę poduszką. Śnił, przypominał sobie, widział to coraz wyraźniej. I dobrze wiedział, że każdy z wojowników ma go głęboko gdzieś. Nawet Aelita, którą uważał za tą najbardziej rozumiejącą, za zdrowy rozsądek grupy.

Ale w końcu poszła ona za resztą. Zresztą, nie miała powodu, wystarczającego motywu, by stanąć po stronie Anglika. Byłoby to szalone, gdyby właśnie stanęła po jego stronie.

Budził się z krzykiem, zalany łzami, alarmując pół piętra w internacie, użerając się następnego dnia z debilami, którzy zapomnieli piątej klepki, uznając, że świetną aktywnością będzie podkładanie mu kolejnych kłód pod nogi. Z czasem nauczył się zagłuszać krzyki, zakrywać sobie usta, pchać w nie wszystko co popadnie, od kołdry zaczynając na własnej dłoni kończąc. Wszystko byleby był cicho.

Tej nocy w ogóle nie spał, bardziej myślał. Ostatnio sprawiał więcej problemów niż się spodziewano, a po nim można było spodziewać się wszystkiego. W końcu z poprzedniej szkoły został wyrzucony za rozwieszanie listów miłosnych. Wszyscy powoli tracili do niego cierpliwość i nawet jeśli zrobił coś dobrego to i tak zbierał bęcki. 

Fabryka od zawsze była opuszczonym miejscem, odrobinę upiornym, gdy zapadała noc. Jednak przestawało go to obchodzić, wszystko przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Może dlatego tak łatwo było mu przekroczyć próg budynku, zsunąć się po linie, wejść do windy.

Reszta grupy w pewnym sensie wciąż widziała w nim wroga, pomiota Xany. Patrzyli na niego i widzieli problem, być może nawet potwora. Nie był już człowiekiem, kimś kogo napadnięto podstępem. W ich oczach był nieudacznikiem, mało tego, był nim nawet we własnych oczach. Patrzył w lustro i doskonale wiedział kim jest – małolatem, który porwał się z wielkim mieczem na niemal nieśmiertelną Scyfozoe.

Way to go, Dunbar.

Nacisnął przycisk, zjechał na piętro niżej, do interfejsu Superkomputera. Nie chciał włączać komputera, nie przyszło mu to nawet do głowy. Patrzył tylko na maszynę zaciskając pięści, kląć pod nosem po angielsku. Gotowało się w nim.

Chwycił coś w ręce, chyba metalową rurkę, to co było najbliżej. Podszedł do komputera, uniósł ręce. Cisnął metalem w klawiaturę, następnie w monitory. Dał się porwać, uderzał i uderzał. Krzyczał, a niedługo potem do krzyku dołączyły również łzy.

Kim był? Czym się stał?

What have you become?

Zaległ w końcu na podłodze, klęcząc otoczony szczątkami porządnie uszkodzonej maszyny. Jeremie pewnie nieźle by się na niego wydarł, a reszta poszłaby za nim. Wypuścił rurę z uścisku, oddychając niespokojnie, łapczywie. Przewrócił się na podłogę, runął jak długi. Zakrył oczy, a następnie uszy. To wszystko było takie pojebane.

Był na granicy. Stał się potworem, od dłuższej chwili nim był. 

Stop looking for monsters under your bed.

You are the monster.

Autor: Finley

Fate? Or something better? I could care less

Uwaga. Autorka poniższego one-shota nie zaleca stosowania przemocy jako sposobu rozwiązywania wszelakich problemów.

Występuje słownictwo powszechnie uważane za nieurodziwe.

– Czemu mi w ogóle pomogłeś?

– Oh, nie traktuj tego jako cokolwiek zobowiązującego…

– Skończ pieprzyć w bambus, Dunbar.

William wywrócił oczami, ale Ulrich dalej starał się przewiercić spojrzeniem przez jego skórę, przebić się przez czaszkę i wniknąć do mózgu, jakby zachodzące w nim reakcje w ogóle były dla niego łatwe do odczytania po samych tylko impulsach. Może jednak nie dziwił się temu pytaniu, bo właśnie oto siedzieli w gabinecie pielęgniarki – dwóch licealistów, jeden z dopiero co oczyszczoną krwią z twarzy po strzale w nos, drugi właśnie bawił się zwojami bandaża na dłoni. Każdy na oddzielnej kozetce i tylko William siedział bokiem na swojej, nieco machając nogami.

Wzdychając ciężko, Dunbar opuścił wzrok na swoją zabandażowaną rękę. Musiał przyznać, że to był raczej pechowo wyprowadzony cios, ale nie był pierwszy do odwracania spojrzenia w momencie, w którym mógł być świadkiem pobicia w wykonaniu pięciu na jednego. Stern zirytował kogoś, kogo w życiu nie powinien. Słyszał pewnie, że piękna Ishiyama miała adoratora w klasie maturalnej i miłość wisiała gdzieś w powietrzu. I Williama to już bardziej nie mogło nie obchodzić, ale bywali tacy, którzy się nie poddawali za żadne skarby, jak się okazywało.

A ponoć to ja jestem niereformowalnym przypadkiem nieuleczalnego optymisty…

– Chcesz wiedzieć? – podniósł głowę tylko na tyle, by móc spojrzeć na dawnego rywala. Uśmiechał się półgębkiem i doskonale wiedział, że Ulricha to irytowało. Ale tutaj również nie mógł nic poradzić na to, że kompletnie o to nie dbał. W przeciwieństwie do tego, który skrzyknął jeszcze swoich koleżków na większe mordobicie, wiedział, że chłopak nie zrobi mu krzywdy. Był zbyt zaintrygowany, żeby w tej chwili myśleć nad wszczynaniem awantury.

I prawdopodobnie do tego zbyt obolały.

– Na pewno nie zrobiłeś tego z dobrego serca. – Ulrich prychnąłby, nawet chciał to zrobić, ale szybko tego pożałował. Nos dalej go bolał. Nawet jego głos był w dalszej części zniekształcony. Może to przez zwinięte gaziki, jakie miał wciśnięte w obie dziurki, żeby tylko nie krwawił jak zarzynany?

– Lubię zaskakiwać ludzi, wiesz, Stern?

– Przestaniesz wreszcie? – Ulrich podparł się na łokciach tylko po to, by móc posłać Williamowi najgroźniejsze spojrzenie, na jakie tylko mógł się zdobyć…

…wyglądało to jednak niesamowicie komicznie, jakby zapytać o to adresata.

– Mówię tylko, że nic od ciebie nie chcę. – William uniósł krótko ręce, które powoli opuścił. Szlag, dalej odczuwał to kopnięcie w bok.

Ale, czy żałował swojego wejścia w środek bijatyki, co do której nie miał nawet najmniejszego interesu? Nawet, jeżeli zasługiwał przez to na łatkę osoby niespełna rozumu, to nie mogło to być mu bardziej obojętne.

– Ale, jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć…

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

All I do is (all I do is) run away from, (run away)

All the things that I can’t change, like…

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Nie było tajemnicą, że ponowna aklimatyzacja w realnym świecie była dla Williama istnym koszmarem. Wspomnienia mieszały się, niekiedy przed oczami stawały mu nie szkolne korytarze a platformy sektorów, i rówieśnicy patrzyli na niego z politowaniem, kiedy po raz kolejny zderzał się ze ścianą, chował pod ławkę przez głośniejszy huk, albo mówił nie do końca zrozumiałe dla nich rzeczy.

Niekiedy nie rozumiał ich nawet sam zainteresowany, ale nie było nikogo, kto by mu wyjaśnił, co się z nim najlepszego działo w okresie po powrocie na ziemię. Magicznie, cała wojownicza ekipa wyparowała. Dziwnym trafem zawsze nie było miejsca przy ich stoliku. Nagle ich zwyczajowe miejsca pobytu opustoszały, albo znowu spotykał zamknięte drzwi.

I owszem, to było bardzo wymowne.

Kazali mu, bez większego pardonu, czy chociażby głupiego powiedzenia w twarz, jakby po tym wszystkim nie zasługiwał nawet na tyle, odwalić się od siebie. W porządku, zrozumiał. Mieli takie prawo po przygodach, jakie im w zasadzie zafundował swoją niesubordynacją. Chyba rozumiał ich punkt widzenia – najzwyczajniej w świecie dostał to, o co sam się prosił, ale czy to na pewno miało wyglądać w ten sposób? Naprawdę chcieli, żeby został w Kadic jakimś… pariasem?

No, to im się udało. Przynajmniej do końca gimnazjum, bo chociaż część towarzystwa w nowej klasie w liceum została ta sama, to przemieszała się na tyle, że najbliższe otoczenie Williama stanowiły inne niż wcześniej osoby. I owszem, nie mógł im powiedzieć, co się z nim działo dokładnie, ale jakoś nagle okazało się, że głupie wsparcie, okazanie życzliwości, dobre słowo, zrozumienie i obecność nie były tak ciężkie. William zadawał sobie pytanie, czy w ogóle zasługiwał na takie przyzwoite traktowanie.

Owszem, jego samoocena bardzo mocno zjechała w dół.

I owszem, był w różnych miejscach. O niektórych bardzo wolałby nie mówić zupełnie tak, jak Jim o większości swoich przeszłych profesji.

To zabawne, że w większości przypadków rękę do niego wyciągnęli ludzie, którzy kompletnie o nim nic nie wiedzieli. Zastanawiał się – czy to dlatego, że nie mieli świadomości co do tego, jak niegdyś paskudnie zawiódł i zasadniczo to, co go spotykało, to była pokuta? Byłoby to bardzo na miejscu, swoją drogą. Możliwe do logicznego wytłumaczenia.

Wojownicy wiedzieli, zatem się do niego nie zbliżali. Kazali mu wszystko znosić w samotności, bo uznali, że to kara, na jaką zasłużył.

Nowa klasa i znajomi? Jeden z kolegów, jego obecny przyjaciel, powiedział mu – że człowiek nie zasługiwał na to, by musieć się zmagać ze swoimi problemami w zupełnej samotności. Nie znał Williama wcześniej.

Może… opowiedział mu część, ale dochowując przy tym w dalszej sekretu tak, jak obiecał. Do tej pory zresztą William nie wiedział, jak to zostało przez niego zinterpretowane w pełni, ale dalej pozostał przy swoim stanowisku: że cokolwiek się nie stało i skoro dzielili ze sobą pewną historię… to dlaczego został zostawiony sam sobie?

Tak, schrzanił, ale to oni go porzucili w momencie, w którym to przez nich został wprowadzony. Czy zachłysnął się nowym rodzajem rozrywki? Może. Szlag go wiedział, czy zostało to rozkodowane pod względem jakiegoś bliżej nieokreślonego uzależnienia, szemranych interesów czy głupiego, szczenięcego wyskoku. Ważne, że pomogło mu to poukładać pewne rzeczy w głowie na tyle, by stawić im czoła, swoim własnym demonom, które zawsze… zawsze, za każdym razem, czaiły się gdzieś z tyłu jego głowy i tylko czekały na okazję do spłatania mu figla

Xanafikacja bardzo mocno się na nim odbiła. Nie mógł powiedzieć przyjacielowi, co to dokładnie było. William zawsze mówił o tym krótko i zwięźle, „wypadek”. Owszem, był on dramatyczny w skutkach i spowodowany jego głupotą: jak większość wypadków, do jakich dochodziło w zakładach pracy.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Growing older (growing older) being scared of (being scared of),

Losing friends and staying the same.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Stary, Ty naprawdę musisz się przejmować tym, co o tobie gadają?

– Kiedyś… było gorzej. Chyba się przyzwyczaiłem.

– Dunbar, pierdol to. Naprawdę chcesz kierować się opinią paru imbecyli, którzy nie byli ani trochę w twoich butach, a co więcej, nie przeżyją za ciebie twojego własnego życia?

Nie wszystko od razu się naprostowało.

Nie każdy wątek od razu poprawił sytuację, ale pozwolił rozpocząć porządkowanie pewnych kwestii w głowie, we własnych myślach.

Przypomniał sobie, jak to było – może i trzymać głowę dość nisko, ale umieć spoglądać wysoko.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Waitin’ to feel like I’m someone again

(I’m just waitin’ to feel something)

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Jednym ze skutecznych, ale dość mocno kwestionowanych sposobów w środowisku było najzwyklejsze przyłożenie delikwentowi w pysk. William z początku miał przed tym lekkie opory jako, że często przypominało mu to o walkach, jakie toczył pod kontrolą XANY. Wystarczyło jednak, aby się przełamał i zobaczył, że nawet, jeżeli czasem ponosi go fantazja w takich momentach, to cały czas jego myśli należały do niego samego.

Więc nauczył się na nowo walczyć. Kilku osobom bardzo szybko odechciało się głupich podchodów, wsadzania szpilek w miejsca, z których ciężko było je wyciągnąć, a innym niełatwo zobaczyć, przez co uważali, że nic się nie stało.

Ileż było można?

Przestał się przejmować opinią przychlastów, którzy nie wiedzieli kim był i przez jakie bagno musiał w swoim parszywym życiu, do cholery, przebrnąć, żeby tu stać. Na twarz powrócił zadziorny uśmiech, niemożliwy do pomylenia zwiastun, że planował coś niesamowicie niemożliwego i tylko czekał na okazję do tego zrealizowania.

Jego pierwsza bijatyka była w pewien sposób… wyzwalająca. Z ogromną satysfakcją uderzył szczekającego do niego od roku gostka w szczękę, pozbawiając go na chwilę przytomności. Nie kłopotał się szukaniem pielęgniarki. Kiedy wianuszek śmiesznego kolegi nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić, on wówczas tylko przyklęknął i sprawdził, czy oddychał.

A skoro miał zachowane funkcje życiowe i nic nie zapowiadało się na doświadczenie poważniejszych konsekwencji zdrowotnych tego ciosu… odszedł powolnym krokiem. Pozwolił, żeby tamtego chłopaka zabrali jego kumple. Więcej już do niego się nie zbliżyli. Nie miał z tego tytułu nieprzyjemności – bali się to zgłosić, czy też bardziej należało powiedzieć, wstydzili. Ale tylko dlatego, że żaden się nie spodziewał, że gość, który odwalał maniany w gimnazjum byłby w stanie do tego stopnia się wyrobić.

Ale to nie było tak, że lał i straszył, kogo mu się tylko spodobało. Zawsze miał w tym jakiś powód.

Zaczął wyciągać rękę do tych wszystkich, którzy niegdyś byli w jego sytuacji – zastraszeni i bojący się mówić o swojej niedoli. Czekający na to, aż cały ból minie. Zostawieni samym sobie.

I owszem, mógł tak zostawić Ulricha, kiedy zobaczył, jak sadziło się na niego pięciu chłopaków, w tym jeden, z którym potencjalnie umawiała się niejaka Yumi Ishiyama – ta sama, za którą oni obaj jak głupi ganiali w gimnazjum. William odpuścił ją sobie, kiedy zobaczył, że nawet jej nie obchodziło, czy z tego wyjdzie, czy też to, co się z nim działo po powrocie na ziemię pogrąży go.

Wiele wygodniej jej było odwrócić wzrok i powielić narrację, w której on sam sobie był wszystkiego winien. Mógł się z tym zgodzić – większość tych rzeczy nie miałaby miejsca, gdyby tylko tamtego dnia się ich posłuchał.

Wiedział o tym doskonale.

Ale mimo wszystko, czy naprawdę trudno było podejść i zapytać „co u ciebie” czy „jak to wszystko znosisz”?

William wiedział doskonale, jak to wszystko znosił. Czasami zastanawiał się, czy to, co robił, nie było jego nową, tymczasową maską, jaką zapewniał sobie tylko święty spokój, ale nie ukojenie. Potem uznał, że w sumie to mu wystarczyło. Jego sumienie robiło się lżejsze, kiedy wyciągał z bagna kolejną ofiarę szkolnego nękania.

Wracając – tak, mógł wtedy zostawić Ulricha samego sobie i patrzeć, jak paru maturzystów udzielało mu bardzo surowej lekcji życia. Tyle, że nie potrafił tak.

Chowając na dziesięć minut dumę i stare zatargi w kieszeń, zapytał po prostu, co tam było słychać u jego ulubionych skurwysynów, na twarz przylepiając prowokujący, szeroki uśmiech.

Co to miało zasadniczo być? Czemu w ogóle ratował mu odwłok?

Przeznaczenie? Czy coś lepszego…? William uznał, że mimo wszystko, to bardziej już nie było w stanie mu zwisać.

Jego satysfakcja zrobiła się większa o tyle, że jeden z nich właśnie zakasał rękawy i ruszył, gotów do złapania go przy kołnierzu. I wtedy rozpoczęła się cała zabawa.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

‘Cause I’m tired of bein’ the way that I am…

And I can’t seem to let it go!

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Ale, jeżeli już tak bardzo chcesz wiedzieć, to ci powiem. – William wzruszył ramionami.

– Zamieniam się w słuch. – mrucząc to, Ulrich usadowił się wygodniej na swojej leżance. Dotknął kilkukrotnie swojego nosa. Bolał, ale nie jakoś tragicznie.

Dunbar po prostu się uśmiechnął z lekka.

– Jakiejkolwiek kosy bym z tobą nie miał w gimnazjum i jak bardzo byś nie starał się spalić wszystkich mostów, to raczej nikt zasługuje na to, żeby zostać zostawionym paru hienom na pożarcie.

– Mhm.

I tyle. Czy zrozumie aluzję? Nie wiedział. W zasadzie, to nawet nie miała być jakaś mocna igiełka w jego stronę. Nie wiedział, czy zacznie się nad tym zastanawiać, bo wróciła szkolna pielęgniarka i powiedziała Williamowi, że mógł wracać do swojego pokoju.

Mógł jednak przysiąc, że czuł na swoich plecach bardzo wyczekujące i nierozumiejące do końca spojrzenie Ulricha. Krótko się pożegnał i zarzucił swój plecak na ramię. Wyzedł.

Dalej nie chciał niczego w zamian. Co będzie się działo dalej – kompletnie go nie obchodziło.

Ale William nie miał sumienia, żeby tak bardzo zostawiać sprawę. Albo nie było nikogo, kto by ewentualnie utwierdził go w słuszności pozostawienia spraw samym sobie… kto wiedział?

– Ładny strzał, tam na garażach. – głosowi zawtórowało odczuwalne klepnięcie po nieuszkodzonym ręku.

– O, dzięki. A jednak widziałeś?

– Czasami dochodzi do mnie to i owo… ładnie go urządziłeś. Ponoć jak mu znowu się zaświeciło, to płakał za mamusią. Powiedz, znasz tamtego? Co się na niego tak zasadzili.

William uśmiechnął się krótko pod nosem, poprawiając plecak na ramieniu.

– Powiedzmy. Większej zażyłości tu nie ma, ale… znasz to. Nikt nie zasługuje na to, żeby się zmagać samemu z pewnymi rzeczami. Szczególnie, jeżeli to jest pięciu chłopa, i…

I zasadniczo to ta osoba nie miała oporów na skazanie cię właśnie na coś takiego”.

– …i nawet nie wiedzieli, jak walić w ryj. – zaśmiał się krótko.

Autorka: Morrigan

Latarnia

– Chodź, Jeremie… jestem tu zupełnie sama. Chciałabym cię zobaczyć… dotknąć… przypomnieć sobie, jak wygląda drugi człowiek.

Jeremie Belpois miękł coraz to bardziej pod wpływem pięknego, anielskiego uśmiechu różowowłosej dziewczyny z ekranu Superkomputera. Nazywała się Aelita i znalazł ją tutaj przypadkiem. Poszukiwał części do swoich robotów na konkurs. Winda w starej, opuszczonej fabryce okazała się działać i w ten sposób znalazł sprzęt w podziemiach.

Tknięty ciekawością uruchomił go. I znalazł coś, co śmiało mógł nazwać dość poetycko „bramą do innego świata” oraz uwięzioną w nim dziewczynę, która dopiero z czasem przypomniała sobie, jak rzeczywiście się nazywała.

– Sprowadzę cię na ziemię… zobaczysz, jak wygląda realny świat i wrócisz do domu. – odparł Jeremie, ale już nie tak pewnie, jak poprzedniego dnia. I jeszcze poprzedniego.

I tydzień temu… i miesiąc temu…

– Ale… nie mam w nim, gdzie się podziać, przecież sam wiesz… – westchnęła Aelita. Jej smutna mina i zrezygnowanie w głosie dźgało Jeremiego prosto w serce. – A tak bardzo… tak bardzo chciałabym zobaczyć, jak wyglądasz. I żebyś zobaczył ten świat moimi oczami… żebyś zrozumiał, jak bardzo jest on piękny i przerażający.

Świat Aelity był piękny i przerażający jednocześnie.

Od najmłodszych lat zresztą naznaczona była w pewien sposób gniewem: na wiecznie nieobecnego w jej życiu ojca oraz przez niego, gdy matka robiła mu o ten brak w domu wyrzuty. Ich kłótnie nie miały w zwyczaju przebiegać w zaciszu jednego pokoju.

Aelita doskonale pamiętała, jak kuliła się w swoim pokoju, we wnęce między szafą a łóżkiem, i zakrywała sobie z całych sił uszy. Do piersi przyciskała swoją ukochaną maskotkę, aż nie zaczynało jej boleć. Ale trwała tak dalej. Bo wiedziała, że kiedy odsłoni uszy, Waldo i Anthea nadal będą się obrzucali oskarżeniami. Wszystko kończyło się w momencie, w którym dziewczynka czuła wibracje. Oznaczały, że ojciec znowu wyszedł z domu, trzaskając drzwiami. Gdzie chodził? Nie wiedziała. Aelity to nie interesowało. Cieszyła się spokojem w ramionach matki, do której tuliła się po wszystkim. To ona częściej czytała jej bajki do snu. Z nią poznawała świat. Ojca pamiętała z nielicznych razów, gdy ten grał na pianinie na parterze, zamieniał z nią sporadyczne słowo, czy też przemykał niczym duch, jakby w obawie, że zaczepi go jego własne dziecko.

Gdziekolwiek chodził, okazało się to źródłem kolejnych problemów.

Pewnego dnia mamy zabrakło: zabrali ją mężczyźni w czarnych ubraniach. Tata? Zaciągnął ją w dziwne miejsce, w swoje laboratorium, w którym bawił się w… w kogo dokładnie? Naiwna wówczas dziewczynka nie wiedziała kompletnie jak to nazwać. Zaufała mu, bo przecież nie miała innego wyjścia. Zdawał się wiedzieć, co się działo, ale wiele więcej jej nie mówił.

Wpakował ją w skaner, w to dziwne, szumiące urządzenie i sam stanął naprzeciwko. Pozwolił, by to ją zamknęło, by została pochłonięta, by zaczęły dziać się kolejne, kompletnie nieznane jej rzeczy.

Przede wszystkim, były one przerażające. Zupełnie jak to, że musiała wziąć oddech w zupełnie nowym świecie.

Jedyne, co kazał jej zrobić później ojciec, to uciekać. Łatwo mu było mówić w momencie, w którym on był unoszącą się w powietrzu, świecącą kulką energii, a ona przypominała człowieka z krwi i kości, naznaczonego jedynie elfimi cechami. Nie poruszała się tak szybko. A musiała dotrzeć do wieży, mknąc między nienaturalnie prostymi, wysokimi drzewami. Czym w ogóle ona była? Zabrakło czasu na wyjaśnienia: dostała jedynie kierunek, w jakim powinna pobiec.

Biegła więc – bo nie pozostało jej nic więcej. Kulka, która była jej ojcem, zniknęła. Gdzie, nie wiedziała. Była osamotniona i bała się coraz bardziej. I gdzie była mama? Zabrali ją. Czy znajdzie ją tutaj? Czy też to miała być kryjówka, w której przeczeka?

Czemu tata nie szukał mamy?

Czemu… ją tam zostawił samą, na ich pastwę? Naprawdę jej nie ratował…?

Zatrzymała się. Przed sobą miała wieżę: wysoką, smukłą, otoczoną białym blaskiem i z czarnymi pnączami u swojej podstawy. Nie wydawało się, by do środka dało się wejść.

Nie wiedziała, gdzie była. Dokąd zabrał ją ojciec i czemu kazał jej uciekać dalej samej…?

Ostatnie, co z tamtego momentu zapamiętała, to koścista dłoń na ramieniu i błysk jadowicie zielonych oczu. Nagle znalazła się poza krawędzią dziwnej platformy, a palce zaciskały się na jej szyi.

I zleciała w dół, do wody.

To tam spotkała swój koszmar.

Był wysoki i z pewnością górował swoją siłą nad niczego nieświadomym w tym miejscu dzieckiem. Aelita wierzgała nogami, ale nie mogła znaleźć pod stopami żadnego gruntu. Krzyczała, ale nikt tego nie mógł usłyszeć: zupełnie, jakby jej głos uwięziony został w pęcherzach powietrza wydobywających się z jej ust. Szamotała się, próbując oderwać cudze palce od swojej szyi. Krzyczała, ile tylko w płucach jeszcze miała tchu – a tego wyłącznie ubywało.

Po co tak krzyczysz? Nikt cię nie słyszy. Nikt po ciebie nie przyjdzie. Było biec szybciej.”

Szarpnęła się jeszcze kilka razy, nim świat zalała ciemność. Co stało się później? Nie wiedziała kompletnie, ale obudziła się na brzegu i wydawało jej się, że była już noc. Widziała zaskakująco dobrze w otaczającej ją ciemności, a lód nie był tak zimny, jak powinien być.

– Tato…? – powiedziała, wspierając się dłońmi, by wstać: albo chociaż klęknąć. – Tato!? – ponowiła już głośniej.

Ale nikt jej nie odpowiedział.

Aelita spojrzała w kierunku wody, z której prawdopodobnie wypłynęła. Przypomniała sobie o dziwnej osobie o jadowicie zielonych oczach, która zamiast zwyczajnych źrenic miała tam nigdy niewidziany przez nią wcześniej znak: kropka, dwa okręgi i cztery kreseczki: jedna na górze, trzy na górze. Nie wiedziała, co on oznaczał. Czy to była kolejna rzecz, o jakiej nie powiedział jej tata? Gdzie on w ogóle się podziewał?

– Tato…! – zawołała, po raz ostatni wrzeszcząc, ile tylko jeszcze zostało jej sił.

Naprawdę zostawił ją tu samą?

Gdy otrząsnęła się, stanęła i chwiejnym krokiem poszła w kierunku wieży. Wyglądała zupełnie jak latarnia morska.

– Jak się tam w ogóle znalazłaś? – zapytał Jeremie podczas jednej z rozmów.

– Nie pamiętam… po prostu już się tutaj obudziłam. – skłamała bez zająknięcia.

„Nikt po ciebie nie przyjdzie. Było biec szybciej.”

Ta obietnica wyciągnięcia jej stamtąd ją całkiem zaczynała bawić. Naprawdę jeszcze komukolwiek chciało się bawić w takie oszukiwanie? Ona miała już dość obietnic bez pokrycia.

Tylko w wieży mogła czuć się bezpiecznie. Chowała się w niej, wiedząc, że tylko tutaj mogła to sobie zapewnić.

Tylko ona. Nikt inny.

Nauczyła się przechodzić między sektorami. Wystarczyło przestać się bać zrzucenia siebie w przepaść w ciemności wieży. Wiedziała, że jeżeli chciała się skryć, powinna szukać białego światła: a to poprowadzi ją zupełnie jak latarnia morska ku brzegowi – ku bezpieczeństwu.

Dziwny człowiek zjawił się jeszcze trzy razy. Za każdym razem kończyło się to tak samo: zostawała zepchnięta do wody, ale ostatnie spotkanie skończyło się tym, że to wreszcie Aelita złapała swojego napastnika za gardło.

„Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mnie ratował. Uratuję się sama.”

Dlatego tak bardzo irytowały ją zawzięte próby zabawy Jeremiego w wielkiego wybawcę.

Aelita już to przerabiała. Nikt nie mógł jej uratować.

Dlatego cierpliwie czekała.

Koniec części pierwszej.

Autorka: Morrigan

Nowa kampania

Urokowi Księżniczki było niezwykle ciężko się oprzeć, to nie było nowością. Nawet, jeżeli chodziło o rzeczy bardzo niecodzienne… na przykład takie, jak urządzenie grupowej sesji RPG po godzinach w szkolnej bibliotece. Jeremie był ku temu dość sceptyczny (szczególnie, że goniły go terminy oddania projektów, jakich ponownie nabrał sobie pod sam kurek…), ale wystarczyły dwa urocze spojrzenia, żeby jego serce rozpuściło się i grzecznie pokiwał głową, że tak: zrobi kartę postaci i stawi się o wyznaczonej godzinie w bibliotece za dwa dni.

W zamian, dziewczyna podrzuciła mu streszczenie podręcznika, z jakiego skorzystała do utworzenia ich kampanii. Jeremie szybko znalazł przydatne mu treści, jak i wzbogacił się o kilka ciekawostek (ponieważ uważał, że wiedzy nigdy nie mogło być za wiele) i postawił na… elfiego maga. Oczywiście przez długi czas się wahał, czy to na pewno był dobry pomysł (Odd zaczynał mu coraz mocniej docinać, że jego aluzje do Aelity zaczynały być coraz to wyraźniejsze i nie wiedział już, czy okularnik robił to specjalnie, czy też finezja dalej nie była jego mocną stroną…), ale ostatecznie stwierdził, że w zasadzie to nie miał lepszego pomysłu. A opisane w podręczniku zdolności jakoś uderzały do niego personalnie.

Aelita powiedziała, że jeżeli chodziło o ubiór, mogli zaszaleć: przebranie się na tyle, by przypominać swoje postaci było mile widziane. Po przejrzeniu swojej szafy, Belpois stwierdził, że widział to dość… słabo.

Ale, od czego miało się środki na koncie i sklepy w mieście?

Czego nie robiło się dla uszczęśliwienia księżniczki.

W piątek, o godzinie szesnastej, Jeremie minął się ze skonsternowanym jego strojem Jimem: nie mogło to dziwić, bowiem chłopak ubrany był w długą, kolorową szatę, na głowie miał kapelusz czarownicy i w ręku ściskał multum książek stanowiących jego rekwizyty. Ba, postarał się na tyle, by przy pasku zaczepić sobie kilka fiolek z zestawu małego chemika. Co najwyżej w biegu sobie poprawiał okulary.

O szesnastej siedem, zdyszany wpadł do szkolnej biblioteki. Znalezienie reszty przyjaciół nie było ciężkie: wszyscy okazali się być odstawieni w podobnym – jak nie wyższym – stopniu co on sam.

– O, jest i nasz czarodziej! – przebrany za barda Odd przyklasnął uradowany w dłonie. Obok niego siedział naburmuszony Ulrich z wymalowaną twarzą i z opartą, kartonową atrapą miecza o swoje krzesło. – No no, witamy na pokładzie!

– Cześć! Uh… chyba za mocno się nie spóźniłem? – Jeremie szybko zajął miejsce przy Yumi.

– Nie. Czekamy na jeszcze jednego gracza i możemy zaczynać. – Aelita odgrodziła się od reszty uczestników dwoma podręcznikami, by nie mogli widzieć uszykowanych kartek ze scenariuszem. Należało jej przyznać, że z pewnością przyłożyła się do dzisiejszej, jak i zaplanowanych już w przód, kampanii.

– Oh… a… a kto jeszcze będzie?

Ulrich ciężko westchnął i pewnie odezwałby się, gdyby nie otrzymany kuksaniec od Yumi. Przebrana za łotrzycę Japonka zgromiła go wzrokiem.

Zagadka naburmuszenia Sterna rozwiązała się bardzo szybko: drzwi otworzyły się z hukiem, niemalże wpadając do środka, a do czytelni wbiegł czarnowłosy chłopak w długim płaszczu, niemalże potykając się o własne nogi.

– Półelf zaklinacz na poster-…! …posterunku. o, już wszyscy? – William zamrugał, ale bez ociągania przysiadł się między Oddem a Jeremiem.

– Jak widać. – Ulrich mruknął, gryząc się za język.

– Mamy… elfa, półelfa, dwóch ludzi i drakona… – Aelita wymieniła , rozpoczynając na Jeremiem, i na Ulrichu kończąc. – Czy macie swoje karty postaci?

Gracze wyłożyli papiery. Różowowłosa nie potrafiła pohamować swojego uśmiechu. Sama ubrała się niczym czarodziejka, nie żałując w swoim stroju odcieni ulubionego, nie opuszczającego jej różu. Czuła się jak prawdziwa Mistrzyni Gry, a nawet jeszcze nie zaczęła. Odd niespokojnie kręcił się na krześle, biorąc do ręki swoją lutnię.

– O nie, nawet nie myśl na tym rzępolić! – Ulrich jęknął, nie mogąc zdzierżyć tego, jak współlokator go katował od dobrych paru dni, kiedy dowiedzieli się o całości przedsięwzięcia.

– Oj, to tak tylko dla klimatu… – niewinnie uśmiechnął się Della Robbia, poprawiając swój berecik.

– Zaczynaj, mistrzyni! – Yumi postanowiła się wciąć na wypadek, gdyby większa sprzeczka miała jednak wybuchnąć między Włochem a Niemcem.

Aelita klasnęła kilka razy w dłonie.

– Zaczynamy! – zakrzyknęła. Dała sobie chwilę na wejście w rolę i przemówiła ponownie. – Witajcie, podróżnicy, poszukiwacze skarbów, wędrowcy! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego zostaliście tutaj zebrani? Och… już tłumaczę… każdego z was zainteresowała wizja zarobku. Zaczęliście poszukiwać zleceń dla siebie, aby dorobić w swojej drodze do celu, jakimkolwiek on by nie był i natrafiliście na ogłoszenie, w którym odważny, drakoński kapitan Ezarel… – tutaj wskazała na Ulricha, który to podniósł swój kartonowy miecz. – poszukiwał kilku śmiałków chętnych do rozpoczęcia wyprawy ku artefaktowi mającemu oczyścić Wasze ziemie z wpływu dręczącej ją od wieków ciemności…

Jeremie uniósł brwi w zaskoczeniu. Musiał przyznać, że Aelita wyśmienicie wcieliła się w swoją rolę, pomagając im wejść w odpowiedni nastrój. Yumi przymknęła oczy, Odd kiwał się na krześle, William poprawiał sztuczne, spiczaste uszy. A Ulrich zerkał na Dunbara z ukosa.

– Zebraliście się wszyscy w starej chacie, jaką zarządca udostępnił Wam na tę noc. Musicie wyruszyć na daleką, skutą lodem Północ. Zebrane przez łotrzycę Yoko… – wskazała na Yumi, która uśmiechnęła się, kręcąc w dłoni nożem do rzucania wykonanym ze złożonej kartki papieru. – …informacje wskazują, że fragment potrzebnego Wam artefaktu, który to rozpadł się, gdy na Waszych ziemiach zagnieździła się ciemność, jest w dalekich, ośnieżonych krainach, którymi rządzi Wielka Królowa Zimy. I nie jest ona zbyt dobrze nastawiona do obcych odwiedzających jej ziemie. Potrzebny Wam jest plan, jak wykraść ten fragment z jej zamczyska… Ezarelu, zebrałeś czterech śmiałków gotowych ruszyć z Tobą ramię w ramię do tej ciężkiej drogi: ludzkiego barda Oddisa Utalentowanego, ludzką łotrzycę Yoko zwaną Smoczycą Wschodu, potężnego elfiego maga Harolda z Ziem Niczyich oraz pół-elfa zaklinacza Dagmara, władającego duchami żywiołów oraz zdolnego do przyzywania wszelkich planarnych kreatur.

Kończąc wprowadzenie, wskazała jeszcze po kolei na Jeremiego i Williama.

– Siedzicie przy ogniu z kominka, popijając napary ziołowe na rozgrzanie. Jesień robi się coraz to chłodniejsza, mniej łaskawa… musicie ruszyć w drogę czym prędze, przed pierwszymi mrozami. Zaczynajcie.

– Są i moi śmiałkowie. – przemówił Ulrich, starając się wcielić w rolę drakońskiego wojownika. Nawet specjalnie zniżył głos. – Chociaż widzę, że chyba nie wszyscy wiedzą, na co się porywają… – tutaj, zerknął z ukosa na Williama.

– Zapewniam cię, kapitanie, że wiem doskonale. Tym bardziej, że pochodzę z tamtych stron i uważam, że jestem w stanie Was przeprowadzić. – prychnął, zakładając ramiona na piersi. Uśmiechnął się cwanie, starając sobie nie robić niczego z tych zawoalowanych rolami zaczepek Sterna. – Zresztą, moje duchy żywiołów z pewnością będą ogromnie pomocne.

– Mamy już jednego maga. – odparł Ulrich.

– Och, bardziej mnie zastanawia obecność barda. Widać, że to fajtłapa. – Yumi postanowiła wciąć się w dialog.

– Zgadzam się z tą piękną pa-…

– Przybyłeś tu walczyć, czy flirtować z jedyną niewiastą w naszym gronie?

– Och, jakież to napięcie! Ale od tego weny nachodzi! – uradował się Odd, zaraz coś gryzmoląc na zapasowej kartce.

– Zamknij się, nim upewnię się, że gryf tej lutni na pewno nie wejdzie Ci w gardło, Oddisie. – burknęła „Yoko”.

Ulrich zagwizdał pod nosem. Jeremie spojrzał między wszystkimi, zastanawiając się, co w ogóle powinien zrobić, zanim całość zmieni się w pierwszorzędną jatkę nie między postaciami, a rzeczywistymi graczami. Odchrząknął, zbierając mocy urzędowej i przykuwając uwagę.

– Ustalmy może trasę. – zaczął mag. – Potrzebujemy przecież rozplanować naszą wędrówkę. Nie będziemy również szli bez ustanku: potrzebujemy postojów.

– Oto mapa. – Ulrich wyłożył na stół zadrukowaną kartkę. – Nasz pierwszy cel to ziemie Królowej Zimy. Zamczysko znajduje się o… tutaj. – wskazał palcem.

– Droga nie jest łatwa, ale nie niemożliwa do przebycia niewykrytym. – William wtrącił się. – Sądzę, że nasza łotrzyca będzie w stanie z odpowiednim ubezpieczeniem zinfiltrować zamek i wykraść nasz fragment artefaktu.

– Och, i to Ty chcesz być ubezpieczeniem?

– Owszem, kapitanie Ezarelu. Mnie wezmą za swojego, a drakona… cóż, z daleka zobaczą, że to raczej nie jest zapowiedziany gość~

– Takiś pewien?

– Oczywiście, bo z całym szacunkiem, ale się kapną, bo mordę to kapitan ma jak u Tatara dupa. Taką paskudę szybko wyczają. – zadowolony ze swojej odzywki „Dagmar” poprawił się w krześle. – Och, no co? Ja tylko dobrze wcielam się w rolę brutalnie szczerego, sarkastycznego zaklinacza. Chyba nie gniewasz się, Stern?~

Ulrich odliczył w myślach od pięciu w dół, ale widać było, jak zaciskał zęby.

– Pieprzona waszmość byłeś, jesteś i będziesz rurą. – odpowiedział Ulrich, nie dając się wytrącić z roli. Skrobanie ołówka o papier po stronie Aelity z lekka zdawało się uspokajać.

To była tylko gra. Nawet, jeżeli oboje sobie powoli zaczynali działać na nerwy.

– Oj… wojowniku, zaklinaczu, może… może wróćmy do planowania? – Jeremie się wtrącił.

– Grosza daj wojakowi… sakiewką potrząśnij… – zanucił w tle Odd.

– Czy mogę rzucić czar na uciszenie ofiary? – mruknęła w stronę Aelity Yumi.

– Owszem, na kogo?

– Na barda Oddisa

Po udzieleniu zgody, Japonka wzięła w dłoń kilka kości i zrobiła rzut. Ten wypadł dla niej pozytywnie… podobnie jak rzut na odporność po stronie Della Robbi.

– Oj, piękna niewiasto! – roześmiał się bard. – Nie Ty pierwsza takich sztuczek próbowałaś i nie ostatnia…! Już nawykłem. Ba, wiem, jak się bronić, gdy chcą uciszyć artystę!

– Jak nie sztuczkami, to stalą. – kapitan zerknął z ukosa.

Jeremie westchnął, widząc, ze próby poprowadzenia towarzyszy ku ustaleniu drogi spełzały na niczym. Obawiał się, na jakie konsekwencje tego mogła wpaść Aelita.

– Dagmarze, wspominałeś, że pochodzisz z ziem Królowej Zimy? Czego powinniśmy się wystrzegać? – zapytał więc Williama, który to spojrzał na Aelitę.

– Karta „postać wie więcej niż gracz”, halp meh. – Dunbar krótko spojrzał na Mistrzyni, która kazała mu się przybliżyć i szepnęła mu kilka słów na ucho. Ten potaknął i wrócił na swoje miejsce. – Ludzi Lodu. Powinniśmy się wystrzegać Ludzi Lodu oraz członków Zakonu, jaki Królowa powołała na swoje usługi dwa stulecia temu.

– A coś Ty w ogóle robił na jej zamczysku? – zapytał „Ezarel”.

– Heh… zabawna to historia. Zwiałem z Zakonu, jakiemu w ofierze zostałem złożony. To straszni nudziarze, a ja zawsze potrzebowałem adrenaliny i… u nich nie mógłbym nauczyć się zaklinania, do którego miałem od zawsze naturalny talent.

– Odważnie! – wtrącił się ponownie Odd. – Czyżby to miał być wielki powrót na stare śmieci?

– Gdzie tam… jeszcze czego.

– Zawsze możemy zostawić paczkę u nadawcy.

– Kapitanie, po co ta agresja?

Aelita za zasłoną z książek zaczęła chichotać.

– Dobrze. – przerwała im. – Łotrzyca Yoko w czasie waszych sprzeczek zdołała wyrysować potencjalny szlak Waszej wędrówki.

Reszta nachyliła się nad mapą, na której czerwonym tuszem została narysowana ścieżka.

– Mi się tam podoba.

– Nieźle jest.

– Może trochę bokiem by polecieć…?

– O! Tutaj będzie postój!

Aelita spoglądała na swoich przyjaciół, zajętych finalnie naradzaniem się co do drogi ich postaci ku wrogim ziemiom. Jej usta zasłaniała postawiona książka, ale po oczach dawało się zobaczyć, jak szeroko się uśmiechała, widząc, że… najprościej w świecie, usadziła ich wszystkich przy jednym stole bez większych scysji. Przyjaciółka z forum bardzo dobrze jej doradziła: chyba nie było lepszego pomysłu na zjednoczenie, niż wspólne odgrywanie.

Miała dość tego, jak w ostatnim czasie się od siebie oddalili. Po pokonaniu XANY każdy zaczął powoli iść w swoją stronę i zorientowała się, że nie mieli już tego czegoś, co ich spajało, a wciąż nie mogła przepatrzeć, że William również był w tym wszystkim cholernie odrzucany na bok.

Wspólny stół, plansza… nawet, jeżeli teraz docinki były zawinięte w otoczkę ról, to widziała po twarzach wszystkich – dobrze się bawili.

– Zobaczymy, czy te twoje duchy uratują ci rzyć, kiedy wreszcie wpadniesz w prawdziwą walkę!

– Och… odrobinę finezji, Ezarelu. Nie wszystko sprowadza się do bezmyślnego łomotania mieczem wszystkiego, co się rusza.

Odd zaczął na ostatnie słowa Williama śmiać się jak opętany.

Autorka: Morrigan

Na usługach narodu

19.06.2005

Lato… każdy w jakimś stopniu cieszy się z lata, co nie? Nikt jednak nie cieszył się tak bardzo ,jak nasz kochany nauczyciel WF-u…

Jim Morales, bo to o nim jest dzisiejsze opowiadanie, cieszył się jak dziecko z okazji kończącego się kolejnego roku szkolnego w Akademii Kadic. Może i do końca zostało jeszcze kilka dni ,ale Jim i tak postanowił trochę poświętować…

Zakupił on w pobliskim sklepie takie rzeczy jak piwo (oczywiście bezalkoholowe), trochę jego ulubionych orzeszków jak i specjalne wydanie „Street Fighting Kid 4” a jako że była to jego ulubiona seria o sztukach walki to nie mógł oprzeć się takiej okazji!

Po powrocie do swojej kanciapy załączył telewizor i rozsiadł się na swoim fotelu, zapomniał jednak że musi włożyć kasetę do odtwarzacza… a kiedy już to zrobił wziął się za oglądanie.

KILKA GODZIN PÓŹNIEJ…

Zanim Jim się obejrzał minęło z kilka dobrych godzin. Praktycznie zdążył już minąć cały dzień! A nie zgadniecie co w tym czasie robił nasz Jimbo…

SPAŁ! Nawet nie obejrzał całego filmu! Zasnął przy jakieś 35 minucie… Może te piwo miało w sobie jednak jakieś procenty?

Po chwili ktoś zapukał do kanciapy Jima i to od razu go pobudziło! Szybkim krokiem podszedł do drzwi otwierając je… I ku jego zdziwieniu był to sam Odd Della Robbia.

– Della Robbia? Co ty tutaj robisz o tej godzinie? – pyta zdziwiony

– Ummm… Bo wiesz, miałeś mieć z nami W-F… – odpowiada mu on spoglądając na bałagan w kanciapie.

– … –  Morales’owi oficjalnie zawiesił się mózg. Nic a nic nie powiedział przez parę ładnych minut, Della Robbia zdążył nawet pójść do łazienki zanim ten coś z siebie wycisnął.

– Oj… Chyba go zepsułem. – mówi prześmiewczo blondas oddalając się z miejsca  zdarzenia.

A Morales stał tak dalej i dalej i dalej… Dopóki chyba sam się nie zrestartował i niczym sportowe auto wybiegł z kanciapy chwytając swoją czerwoną kurtkę w ostatniej chwili.

A dokąd tak pędzi? NA ZAJĘCIA, A GDZIE! Jim może się taki nie wydawać ale nigdy nie opuści ani jednej swojej lekcji, no chyba że jest chory albo kontuzjowany. Wróćmy jednak do naszej historii, otóż nasz Flash dotarł na czas bo akurat wszyscy chcieli uciekać z zajęć.

– A WY GDZIE?! – powiedział oburzony wuefista.

Po tym jakże pięknym krzyku wszyscy ustawili się na zbiórkę

– No dobra… Umm Poliakoff?

– Jestem!

– Belpois?

– Obecny!

– Stern?

– Jestem, jestem.

– Morales?

Całą klasę zamurowało… Nigdy nie było takiej sytuacji że Jim wyczytał sam siebie… może coś mu w tym pomogło…? Ale oczywiście wszyscy musieli się trochę zaśmiać bo kto by utrzymał taką dawkę śmiechu?    

– CO WAS TAK ŚMIESZY? – powiedział bardzo wkurzony.

– Chyba komuś żyłka zaraz pęknie… – szepnął Odd do Ulrich’a

– CO ŻEŚ POWIEDZIAŁ?! – krzyknął Jim podchodząc do Della Robbi.

– JIM, ZAMKNIJ SIĘ DO CHOLERY JASNEJ! – odpowiedziała krzycząca do wuefisty Susanne Hertz.

Można powiedzieć że Jimowi zrobiło się głupio ,ale zarazem był spełniony. Ponieważ pierwszy raz zobaczył gniew Susanne! Może sam to wywołał ale było warto – pomyślał.

– Dobra, resztę mam gdzieś! Przygotujcie sprzęt do skoku przez tyczkę!

– Ale Jim… – powiedziała z zakłopotaniem Aelita

– Hmmm…?

– Sprzętu nie ma, sam go wczoraj zepsułeś i kazałeś wyrzucić na śmieci.

– Doprawdy? A co z kozłem?

– Go też nie ma! – wciął się Poliakoff

– Chryste Panie, aż się boje co się z nim stało… – rzekł do siebie trochę smutny Jimbo.

Po chwili na boisko przyszedł sam Jean-Pierre Delmas.

– Jim…?

– O Pan Delmas?! O co chodzi?

– Nie pamiętasz? Dziś ta klasa ma pomagać w organizowaniu sali do wyborów. WIĘC ZBIERAJCIĘ SIĘ!

Cała klasa słysząc głos dyrektora natychmiast poszła się przebrać.

– Ale niech pan poczeka!  Nawet nie zdążyliśmy nic zro-

– Nie obchodzi mnie to Jim! Byliśmy umówieni, a to że przez twoje imprezowanie o tym zapomniałeś to nie moja wina!

– Ale…

– Nawet się nie tłumacz… Twoje chrapanie było słychać nawet przez zamknięte drzwi! Wiem że niedługo koniec roku, ale musisz pracować Jim!

Kiedy Delmas dalej prawił morały, Jimowi nagle coś odwaliło…

– Wiesz co ci powiem Jean-Pierre? Ja mam to kurwa gdzieś! To wszystko przez tych głupich prezydentów!!! Gdybym to ja nim był Francja byłaby niczym ZSRR!

– O czym ty mówisz?

– Wolałbym o tym nie mówić! Ale Francja potrzebuje reform! I to dużych, nie mówiąc że naszej szkole brakuje sprzętu to jeszcze mam sobie zrobić wolne kiedy moi uczniowie zostali mi odebrani?

– Ale…

– ŻADNYCH ALE, JEAN-PIERRE! MAM TEGO SERDECZNIE DOŚĆ, WYNOSZĘ SIĘ Z TEGO KRAJU! BO TUTAJ KAŻDY PREZYDENT BĘDZIE I TAK CHUJOWY. TY TO WIESZ I JA TO WIEM ,WIĘC MOŻESZ SOBIE SZUKAĆ NOWEGO NAUCZYCIELA WYCHOWANIA FIZYCZNEGO! – powiedział Morales odchodząc szybkim krokiem w kierunku budynku gdzie ma swoją kanciapę.

Delmasowi, tak jak Jimowi zlagował mózg. Nadal nie wierzy co się w tym momencie stało, ale chyba faktycznie będzie musiał szukać nowego wuefisty…

NAZAJUTRZ…    

Jim  po wczorajszych wydarzeniach nie zdołał zmrużyć oka, myślał tylko, że to wszystko przez te głupie wybory, a gdyby to on dostał szansę wszystko zmieniło by się na lepsze! Przynajmniej tak sobie wmawiał…

Wybiła godzina ósma a słońce mimo że dopiero wstało świeciło tak mocno jak się da, kiedy nagle do Jim’a zadzwonił telefon.

– Halo? – mówi odbierający telefon Morales

– Jim? Przyjdź do mojego biura, masz gości. – opowiada mu Delmas

– …Że co?

– Słyszałeś. Przyjdź tu natychmiast – powiedział Delmas rozłączając się.

Jim może był lekko w szoku, bo myślał że od razu zostanie wylany, nic bardziej mylnego. Nasz wuefista pomimo lekkiego stresu wstał, ubrał się i wyszedł ze swojej kanciapy. Po drodze minął kilku swoich uczniów takich jak Stern, Belpois czy Della Robbia, i ku jego zdziwieniu każdy z nich patrzył na niego z… podziwem? Jakby coś mu się w końcu udało, ale sam nie wiedział o co chodzi.

Po dość krótkiej podróży dotarł do gabinetu i… nie było sekretarki? Coś naprawdę dziwnego zaczęło się dziać i sam Jim to zauważył, ale nie miał nic do stracenia i otworzył drzwi od gabinetu Delmasa.

Kiedy je otworzył zobaczył tam dwóch mężczyzn w garniturach, Delmasa i jego sekretarkę jak i… sam Dominique de Villepin?!  Tak, dokładnie ten… Ale co robił w Akademii Kadic?

– Pan Morales? – Zapytał Pan Premier

– Ummm… Tak? – Odpowiedział

– W takim, witam Pana… Prezydenta

– …

Jim… Jim zrobił się blady i o mało co nie zemdlał…

– C-Co P-Pan P-Premier P-Powiedział? – Wyjąkał

– Powiem to jak najprościej się da, został Pan nowym prezydentem Francji.

– Że… CO?! – Powiedział Jim od razu mdlejąc.

Ta nowina chyba za bardzo go przerosła… A jednak czekajcie… Ufff żyje i właśnie się podnosi.

– Czy… Czy to był sen?

– Nie tym razem Panie Prezydencie. – Mówi podając mu rękę.

Jim nie wiedział co powiedzieć ani co myśleć… To na pewno musi być sen co nie?

Otóż nie tym razem…

KILKA DNI PÓŹNIEJ…

Kilka dni po tej jakże wspaniałej nowinie, Jim zdążył to przemyśleć i stwierdził że to nie jest sen mimo że nie wie jakim cudem akurat on został prezydentem… Ale na razie miał to gdzieś, bo akurat w tego dnia miała przyjechać limuzyna która miała go zabrać do jego pałacu prezydenckiego.

O, a co tam jedzie? Tak to ta limuzyna – pomyślał. I kiedy podjechała pod Akademię, Jim był gotowy i od razu kiedy szofer otworzył mu drzwi wsiadł do limuzyny i odjechał w siną dal.

– I jak się panu podoba? – Pyta Szofer

– Jest w porządku… A za ile będziemy?

– Za kilka minut Panie Prezydencie.

– Prezydencie… – Pomyślał

– Czyli jednak Bóg mnie wysłuchał? TO SIĘ NAZYWA ODJAZD!                                                                                                                                           

Przez pozostałą drogę nasz Jimbo siedział tylko z uśmiechem na twarzy myśląc o tym co on w tej Francji nie zrobi…

I… Dotarli! Kto by pomyślał że nasz nauczyciel WF-u stanie przed pałacem prezydenckim? Przy wejściu został powitany przez swoich ochroniarzy i został zaprowadzony do swojego nowego biura

Sam pałac był bardzo zadbany, jak to na pałac przystało! Wszędzie porządek, flagi, normalnie żyć nie umierać!

W tym czasie Jim dotarł już do biura i został przywitany przez premiera

– Także… Panie Prezydencie… Proszę czuć się jak u siebie.

– No dobrze.. A mógłbym o coś spytać

– Oczywiście – Odpowiedział

– Co się stało że starego prezydenta nie ma? I dlaczego akurat ja zostałem wybrany na nowego?

– Cóż sami nie wiemy. Ale Pan został wybrany ze względu na…połączenie genetyczne ze starym prezydentem…

– Serio?! Znaczy… Doprawdy? – Powiedział uspokajając ton.

– No to wskazują badania – Mówi podając mu teczkę i wychodząc z biura.

Jim od razu otworzył teczkę i zaczął czytać znajdujące się w niej dokumenty, okazuje się że Jacques Chirac czyli były Prezydent Francji miał na drugie nazwisko Morales…

Ale jak to jest możliwe? Jim zadawał sobie to pytanie dość długo dopóki nie przestudiował całej teczki i po logicznym pomyśleniu… Nic nie wydedukował, było to dla niego zbyt ciężkie do przeanalizowania, ale jakoś musiał z tym żyć jak i z nowym obowiązkiem.

Po dość długim czasie Jim w końcu zabrał się za swoje obowiązki prezydenckie takie jak utrzymanie bezpieczeństwa w kraju czy… WPROWADZENIE REFORM PAŃSTWOWYCH! Jim dokładnie na to czekał, w końcu mógł wprowadzić trochę nowych pomysłów które na 100% ulepszą Francję… Prawda?

20.08.2005

Minęły dwa miesiące od kadencji naszego wuefisty i… nikt nie spodziewał się że dwa miesiące to wystarczająco czasu żeby doszczętnie zmienić kraj. Otóż nasz Jim postanowił zreformować trochę rzeczy i… może po prostu wymienię i opiszę niektóre z nich, okej?

Pierwszym z jego pomysłów było zreformowanie edukacji: ta reforma skupiała się szczególnie wokół wychowania fizycznego, dokładniej to dofinansował sprzęt dla wszelakich szkół a zniszczenie go, czy to przypadkiem czy nie, było karane pozbawieniem wolności na jakieś 6 miesięcy… fajnie nie? A jeśli chodzi o inne przedmioty to… Usunął niektóre z nich np. fizykę czy matematykę, po prostu uważał że jak one mu się w życiu nie przydały to czy komuś są one potrzebne?

Drugim z jego wspaniałych pomysłów było zwiększenie zarobków tych, którzy pracują za najniższą krajową. I pewnie myślicie, “wow ale fajnie musi tam teraz być”! Nic bardziej mylnego… Otóż wydłużył on też czas pracy, zamiast 10 godzin, we Francji pracowali teraz do 15-17 godzin dziennie. I może Jim tego nie przemyślał i może skończyło się to strajkami ale… Przynajmniej pieniądze się zgadzały!

Ostatnim z najważniejszych jest chyba coś czego obawialiśmy się kiedy Jim został prezydentem… Otóż zreformował on calutkie francuskie wojsko i nie że ulepszył uzbrojenie czy pojazdy bojowe, nie nie… ON TO ZAMIENIŁ W WALONĄ ARMIĘ DO PODBICIA ŚWIATA! Nie wiadomo skąd i jak ale miał pieniądze na przerobienie wszystkiego w bardziej nowoczesne no bo umówmy się, kto widział karabiny strzelające laserami w 2005 roku? I praktycznie tak Francja zajęła drugie miejsce na świecie jeśli chodzi o militaryzację pomijając oczywiście wszelkie zniszczenia przez wszelakie strajki czy wojny domowe… ale pewnego dnia wszystko nabrało innego koloru, jak myślicie co mógł planować Jim z taką armią? Podbój świata? Zmienienie granic Francji? Oj nie nie otóż nasz wuefista… szykował się na wielkie boom. Zamontował on w swoim biurze jeden czerwony przycisk… A do czego on służy? Tu się zaczynają schody, Jim sam zapomniał po co on jest prawdopodobnie miało to związek z jakaś bombą atomową którą stworzyli Francuzi… Nazywała się chyba „Little Jimbo”? Jakoś tak.

I przyszedł ten dzień ,1 września 2005 roku, zaczął się nowy rok szkolny, każdy powinien się cieszyć i radować nie? Jednak ostatnie wydarzenie nie należały do najlepszych, a ten dzień miał przejść do historii tego świata – był to ten dzień gdzie przycisk zostanie naciśnięty, a Jim tylko zacierał rączki w swoim biurze wypowiadając słowa: „NO TO ZACZYNAMY ZABAWĘ”!

Kiedy jego prawa ręka zbliżała się do przycisku… Coś zauważył… Było białe światło które było coraz bliżej i BLIŻEJ! AŻ W KOŃCU PUF!

Wszystko znikło… I WRÓCIŁO DO STANU SPRZED KILKU MIESIĘCY! Okazało się że to wszystko robota małego nicponia o imieniu XANA. Skurczybyk aktywował wieże w Lyoko której nikt nie zauważył przed 2 miesiące… Planował on doprowadzić Francję do samo destrukcji, wtedy superkomputer przestał by istnieć i mógłby na spokojnie rozwijać się w sieci. Ale banda Wojowników Lyoko zawsze go powstrzyma! I tak było też tym razem. A co stało się z Jimem, zapytacie? Nic specjalnego, biedak dalej uczy WF-u w Kadic, ale wszystkie wydarzenia zostały mu w głowie… Jako sen oczywiście i w sumie tak kończy się ta historia, Jim pozostaje Jimem a my jego uczniami… – powiedział Jeremy kończąc i zapisując nowe wideo do jego dziennika.

Autor: MrSmalec

[DISCLAIMER: TEKST INSPIROWANY BYŁ SERIALEM „SŁUGA NARODU” . WSZELKIE NIEŚCISŁOŚCI NP. NIEKONKRETNA DATA WYBORÓW TO TYLKO I WYŁĄCZNIE WYMYSŁ! WIĘC PROSZĘ NIE BRAĆ TEGO NA POWAŻNIE, W KOŃCU TEKST JEST TYLKO W CELACH HUMORYSTYCZNYCH]

Żyjąc w świecie bez ciebie

„You told me

»My Darling,

Without me, you’re nothing«…”

Ściągnął sobie słuchawki z głowy, rzucił je na posłanie obok siebie, i padł na plecy zaraz za nimi. Przetarł twarz dłońmi.

William Dunbar kolejne walentynki miał spędzić sam – bo po prostu, nie wyszło. Dzień wcześniej widział jak Ulrich z powodzeniem zaprosił Yumi na walentynkową randkę. I nawet, jeżeli próbował tłumaczyć, że przecież nie robił sobie nadziei, to jednak jakoś to go zabolało. Chyba. Nie wiedział.

„You taught me, to look in your eyes

And fed me your sweet lies!”

Szlag. Nie zatrzymał. Dalej słyszał przebitki ze słuchawek z aktualnie odpalonej playlisty. Livin’ In A World Without You jakoś brzmiało teraz… ironicznie?

Kurwa, nie miał szczęścia do kobiet. To akurat musiał sobie przyznać wprost.

Ani do tej Japonki, ani do dziewczyny, do której pisał tamte listy miłosne. Naprawdę wydawało mu się, że rozwieszenie ich gdzie się da, żeby tylko zauważyła, to będzie dobry pomysł. Taki… romantyczny, nietuzinkowy. Bo zarzekała się, że uwielbiała takie gesty, piękna Juliet. Oryginalne, a tak przemawiające.

I… i chyba trochę przedobrzył wtedy. Trochę… mocno przedobrzył.

Rodzice nie byli zbyt zadowoleni, kiedy zostali wezwani do gabinetu dyrektora przez jego rozrzucone wszędzie listy do Juliet.

Ani wtedy, gdy padła decyzja o zmianie jego szkoły. Cóż… teoretycznie mu to wyszło ponoć na dobre, praktycznie znalazło się parę wad (chociażby tamta fabryka i fakt utknięcia w Lyoko na jakieś pół roku. Dobry Boże, jak dobrze, że pamiętał z tego tyle, co na lekarstwo…), ale jak do kobiet dalej nie miał większego szczęścia, tak to akurat ani trochę nie miało ochoty się zmienić.

– Ja pierdolę. – prychnął, uśmiechając się do sufitu.

„Suddenly someone will stare

In the window,

Looking outside at the sky

That had never been blue…

Ahh!, there’s a world without you,

I see the light.

Living in a world without you!”

Pomyślał, że w tej chwili chyba nie mógł sobie puścić gorszego smęta. Nawet, jeżeli ogółem sam utwór całkiem lubił. Tylko w tych warunkach jakoś… tylko dobijał. Może dlatego, że to była wersja akustyczna i oddawała mocniej cały nastrój tekstu. Wszystko. I to się dość mocno kumulowało z tym parszywym uczuciem.

Cholera, niepotrzebnie sobie robił nadzieję, że w tym roku coś się zmieni. Może szukał w złym miejscu. Albo po prostu na siłę. Tak, szukanie szczęścia na siłę to był bardzo zły pomysł. W swojej desperacji popełniał tak wiele głupot, że nic dziwnego, że Yumi się umówiła z tym Sternem.

Co mógł powiedzieć… może należało się tego spodziewać. Aczkolwiek nigdy nie wiedział, jaki dziewczynie wypadnie nastrój. Kobieta zmienną jest, to wiedział, ale żeby aż tak?

Mógł przysiąc, że wczoraj mało brakowało, by skradł jej tego całusa. I chyba nie wyglądała na szczególnie z tego niezadowoloną. O ile po prostu mu się coś nie przywidziało. Całkiem to było w sumie możliwe…

Przeleżał tak dłuższy czas. I tylko gapił się w sufit. A potem się zorientował, że piosenka grała mu na pętli. Sięgnął w stronę słuchawek i telefonu, do którego były podpięte, by wyłączyć odtwarzacz i mieć święty spokój. Zostać w tej ciszy. Może uciąć sobie drzemkę.

Livin In A World Without You.

Ani Yumi, ani Juliet. Psia krew.

Ale tak pomyślał sobie… że w sumie to nic.

„Ahh!, there is hope to guide me

I will survive!

Living in a world without you…”

Właśnie. Coś mu kliknęło pod tą czarną makówką.

– Wiesz co, Lauri?* Masz Ty, kurwa, łeb do takich rzeczy. – stwierdził William, zanim ostatecznie jednak wstał z tego łóżka, zmienił składankę, ale upewnił się, że ten jeden utwór na niej będzie i wyszedł z pokoju.

***

Normalny człowiek powiedziałby, że Williamowi chyba odwaliło, albo ma na wyraz dobry humor, jeżeli porywa się na coś takiego jak przemierzenie internatowego korytarza tanecznym krokiem, ze słuchawkami w uszach. Wokół niego ludzie właśnie w pośpiechu zmykali do pokoi lub z nich wybywali: jedni szykowali się do walentynkowego wyjścia, drudzy na ostatnią chwilę próbowali wyrwać jakiś upominek dla drugiej połówki. William?

Poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że nie miał najmniejszego zamiaru szukać tego całego szczęścia na siłę. Jeżeli miał być znowu w tym roku sam, to miał zamiar zmienić chociaż jedno.

Nie będzie po raz kolejny gapił się tępo w sufit ze słuchawkami na uszach. Specjalnie znalazł sobie skoczną składankę i wyszedł na miasto.

Po drodze minął się z Jimem: musiał wziąć go nieco większym łukiem, bo z daleka było od niego czuć perfumami – zupełnie, jakby wylał ich na siebie co najmniej ze dwa flakony. Dało mu to jednak jedną, zasadniczą informację: mógł mu bezczelnie balować pod nosem. Morales i tak będzie zbyt zajęty obracaniem się wokół Suzanne Hertz.

Albo jej obracaniem.

– O, William! – głos przebił mu przez słuchawki tylko dlatego, że nastała krótka cisza między kolejnymi słuchawkami. – Widzę, jesteś nieźle uchachany! Czyżby to był ten dzień?~

Czarnowłosy odwrócił się i ściągnął na moment słuchawki. Za nim stał Odd, uśmiechnięty od ucha do ucha. Z pewnością widział dłuższy czas, jak ten, szczęśliwiutki, zmierzał do wyjścia.

– Yep, to ten dzień~! – odparł.

– Ooo! I kto jest tą szczęśliwą walentynką?

William, uśmiechnięty, wzruszył ramionami. Odd zmarszczył brwi.

– Nie no, nie mów, że na ostatnią chwilę idziesz na łowy.

– A po cholerę mam iść na jakieś łowy? – odparł William. – Jeżeli coś ma się w tym roku zmienić, to muszę zmienić to najwyraźniej osobiście.

Odd z lekka zgłupiał – gdyby nad jego głową mógł pojawić się dymek rodem z komiksów, z pewnością w środku znajdowałby się pokaźnych rozmiarów znak zapytania. O ile tylko ten jeden.

– Huh…?

– Widzisz, przyjacielu. – zaczął William, zerkając krótko na wyjście z budynku, a potem ponownie na Włocha. – Pewne rzeczy się nie zmieniają tylko dlatego… że nie wierzymy, że coś może się zmienić. Chyba po prostu wreszcie zauważyłem, że nic się nie zmieni w moim przypadku, jeżeli nie uwierzę w możliwość zmiany i wreszcie jej się nie podejmę. A co mi tam!

Della Robbia jedynie zamrugał.

– Czyli… w tym roku też sam? – zapytał, chcąc wynieść z tej konwersacji jakiś jeden, jedyny nawet pewnik.

– Też sam i aż sam ze sobą. Powodzenia z Samanthą~

I zanim blondyn zdołał przetworzyć, do czego właśnie tu doszło, Williama już nie było: wyszedł w rozpiętej kurtce, bez czapki i zanim drzwi się za nim zamknęły same, jeszcze go widział, jak stał w miejscu. Rozłożył ramiona i zadarł głowę, pozwalając, by na twarzy i włosach osiadły pojedyncze płatki śniegu.

Zimę mieli dość ładną. W tegoroczne święto zakochanych okazała się dość łaskawa.

– No wiedziałem, wiedziałem, że kiedyś mi kumpla to skrzywi. – Odd ciężko westchnął sam do siebie. – A mój Boże, a taki fajny kolega do małpowania. I co teraz, jak na stracenie przez te baby poszedł…

***

Nieee będę sam, gdy odejdziesz ode mnie!

Skąd to się wzięło na jego playliście? Nie miał zielonego pojęcia, ale jakimś cudem trafił na dobrze przetłumaczoną wersję utworu na francuski. Sama nuta była dość stara – aż chciałoby się rzucić “stara jak świat” – ale Williamowi to nie przeszkadzało. Ostatnio na jego playliście brakowało czegoś żywszego. Same słowa? Wyrwał nieco z kontekstu, ale jakoś bardzo podpasowały mu w tej wersji.

Nieee będę sam, gdy zostawisz mnie tu! – śpiewał dalej, próbując opanować własny śmiech. Jego ręka wystrzeliła do góry w rytm melodii: zapomniał się, że miał w torbie dwie butelki wina, słodkości i wszelkie przekąski na urządzenie sobie wieczoru “walenia w tynki”, czy też posiadówki w wykonaniu szczęśliwego singla. Cóż, raczej nikt do końca się nie będzie skarżył, skoro połowy akademika nie będzie.

Maaam gitarę, i swoją hacjendęęę! – co to w ogóle była ta “hacjenda”? Coś chyba dzwoniło mu z lekcji geografii, w kontekście Hiszpanii albo Ameryki Łacińskiej… czy odnośnie obu… a, czy to ważne?

Wstąpił jeszcze do jednego sklepu po korkociąg, bo w poprzednim nie znalazł: z wiadomych chyba przyczyn. I chociaż z tyłu głowy mu dzwoniła myśl, że po winie bywał najgorszy kac, to tego jednego dnia postanowił olać temat i dać sobie możliwość raz w roku pofolgowania. I w zasadzie to rozpieczętowałby jedną butelkę nawet teraz, ale jakoś nie do końca wypadało tak zaczynać picie na samym środku chodnika. Jeszcze by go zatrzymali i spisali, a raczej tłumaczenie “panie władzo, walentynki sobie świętuję!” nie do końca by przeszło.

Plan był prosty: wrócić do internatu, minąć się z Jimem, jeżeli ten jeszcze nie poszedł w tango z Hertz i wypić za swoje zdrowie i szczęście jako singiel.  Bo jak tak spojrzał na tego biednego chłopa, co właśnie leciał z kwiatami przepraszać kobietę, to stwierdził “całe szczęście, że nie jestem w jego skórze”.

A raz miał zamiar mieć w dupie zakaz spożywania alkoholu na terenie internatu. Dowodów jakoś się pozbędzie, zresztą, co sobie myśleli? Licealiści mieli swoje sposoby na chowanie się z chlaniem w pokojach.

Nieee, nie, nie, nie będę sam~! – listonoszkę ze szkłem i żarciem przerzucił sobie przez ramię.

Co by chociaż sprawiać pozory, że niczego nie szmuglował.

Nawet grzecznie powiedział drugi raz Jimowi, mijając się z nim, “dzień dobry, psorze!”, co by pozachwycał się, jaka to kulturalna młodzież wyrosła,

I to nie tak, że poczciwemu Moralesowi coś nie brzęknęło dwa razy pod pazuchą.

Wcale a wcale.

***

               Wszedł, zdjął kurtkę i buty. Torbę odłożył w kąt, wyciągnął z niej butelki i wsadził do szafki w biurku. Przekąski rzucił na biurko, zdjął swój ulubiony kubek – czarny w białe, kocie łapki – i postawił go na blacie. Poklepał się po kieszeniach: wyjął korkociąg, otworzył wino, wlał do połowy objętości kubka i odpalił muzykę.

               I tańczył. I grał na gitarze, i wyciągnął wreszcie tę sztalugę, co stała za szafą: rozrobił farby, upierniczył się nimi cały, ale po winie całkiem mu weszła artystyczna żyłka.

               Czasami musiał tylko sobie przypomnieć, że powinien zagryźć to wino. Bo inaczej uchleje się na amen.

               Wypił połowę i skończył malować tę jedną postać w tłumie par: podświetloną, roztańczoną. I nawet, jeżeli nie było widać za wiele szczegółów… to na pewno dało się powiedzieć, że nie czuła się samotna w takim tłumie.

               Rozciągnął jeszcze dwa płótna, darł się do rockowych składanek. Poszło półtorej butelki wina.

               Czuł się pijany, ale się śmiał, już tego dawno nie robił.

               – Nie bój się bać, gdy chcesz, to płacz! – musiał złapać oddech, bo chichot nieco przeszkodził w kontynuowaniu tego wykonania. – Idź… idź szukać wiatru w poooooluuuu!

               Zakręcił się – chyba nadepnął na tubkę z farbą. Całe szczęście, nie poleciało na wykładzinę, a na panele: jak przetrzeźwieje, to posprząta.

               – Pocałuj noc, w najwyższą z gwiaaaazd! – i nawet nie udawał, że trzymał się taktu. – Zapomnij się… – na hejnał wychylił pozostałość wina w kubku. – I TAAAAAAŃCZ!!!

***

               – Mówisz… że zatrułeś się czymś na mieście?

               – M…mhm…

               Yolanda uniosła brew, ale nie komentowała. Zamiast tego wypisała Williamowi zwolnienie z zajęć.

               Może podejrzewała, że licealista był “nieco” skacowany, ale skoro za rękę nie złapała, to dała mu kredyt zaufania i puściła do pokoju.

               I nawet, jeżeli resztę dnia spędził w łóżku, z głową bolącą go jakby ktoś ją namiętnie trzepał patelnią, to musiał przyznać jedno.

               Chyba to były jego pierwsze, takie udane walentynki.

*Lauri Ylönen – fiński wokalista, kompozytor, autor tekstów piosenek i producent muzyczny. Lider rockowej grupy muzycznej The Rasmus.

Cytaty wykorzystane z:

The Rasmus – Livin’ In A World Without You

Universe – Nie będę sam

Varius Manx – Pocałuj noc

Autorka: Morrigan

20 grudnia

Jedynie blady płomień świecy dawał nikłe światło w półpustym pokoju. Oświetlał on niewielki stolik kawowy i fotel naprzeciw niego. Karmazynowe zasłony jedynie wspomagały uczucie osamotnienia targające myślami jego różowowłosej mieszkanki. Przypominały o tym dręczącym ją pragnieniu ucieczki od całego świata.

Podobna pustka wypełniała, która wypełniała jej pokój, ogarnęła również jej duszę. Wieczny brak kontroli nad własnym umysłem stanowił podstawę jej żywota. Łączył się on z poczuciem niebezpieczeństwa płynącego przez jej żyły. 

Na stoliku spoczywała otwarta koperta, a na niej pogięty list. Oba splamione żywym szkarłatem rozlanej lampki drogiego wina. Uderzona w furii, dręczyła jej stargane emocje i raniła nad wyraz wrażliwe serce. Błąd za błędem, kroczyły wciąż za nią i ujawniały się na każdym kroku. 

Zawsze, nie ważne kiedy. 

Czuła za sobą ich obecność, ciepły oddech, niczym prześmiewcze wyzwiska na jej karku, widziała w lustrze ich odbicie. 

Takie samo jak jej własne. Zielone oczy patrzyły na nią z tak wielką nienawiścią, jakiej nie potrafiła ubrać w słowa. 

Wewnętrzna siła, która niegdyś trzymała ją w ryzach, uległa już wyczerpaniu. Ile można wytrzymać w ten sposób?

Wciąż marzyła, żeby okazało się to jedynie snem. Tragicznym koszmarem, z którego nie potrafi się przebudzić o własnej psychice.

,,Czy w mym cierpieniu jest jakiś sens? Czym zasłużyłam sobie na taki los? Już zrobiłam co się da, nadal nie widzę bieli, która niegdyś żyła w moim sercu, zamieszkała i wyprowadziła się z niego razem z nim.”

Tykaniu zegara towarzyszył jedynie cichy, płytki oddech młodej kobiety. Był tak niezwykle nieregularny, delikatny jakby bała się, że strąci nim domek z kart zbudowany na niestabilnym podłożu. Runąłby w gruzach ze wszystkim wokół, zabierając życia i dobytek w nim mieszkających.

Złapała dłonią swoje różowe włosy i odgarnęła je do tyłu nerwowym ruchem. Nie mogła wciąż uciekać, musiała stawić temu czoła. Inaczej czułaby się największym tchórzem stąpającym po tej planecie.

W pięści ścisnęła pióro, które wcześniej zamoczyła w hebanowym atramencie. Tak czarnym jak jej wiecznie pędzące myśli. Kartkę pogięła jeszcze bardziej, nie będąc tego w pełni świadoma. 

Widniały na niej tylko dwa słowa.

,,Kocham cię”.

Wstała wciąż chwiejąc się na boki i wreszcie wypuściła wstrzymywany wcześniej oddech. Już było dla niej za późno. Przekroczyła granicę, zza której nie było już dla niej powrotu. Nie mogła wrócić, nigdy by sobie tego nie wybaczyła.

Zgniotła list w dłoni i wyrzuciła go w kąt pokoju.

Chłodny powiew zimowego wiatru tak cudownie koił jej pędzące myśli. Mimo tego czuła tę potworną gorycz, która wciąż ściskała jej zdarte gardło. Zakorzeniła się w niej, płynęła wraz z krwią i zepsuciem w jej żyłach, nigdy nie pozwalała odpocząć ani chwili. 

Tylko szum w głowie upewniał ją w tym, że wciąż żyje. Jednak czy naprawdę można to nazwać życiem, będąc w takim stanie? Jego sens zniknął jej sprzed oczu. Odszedł, gdy nie zdążyła złapać go w swe trzęsące się dłonie. Uciekł między jej trupio zimnymi palcami, najwidoczniej nie zasługiwała na niego.

Męczył ją hałas, mimo że była wciąż i niezmiennie sama. Sam na sam ze światem, któremu towarzyszą ludzie, a jej? Jedynie blady płomień cynamonowej świecy. 

Przynajmniej on zdawał się odczuwać to samo co ona – zupełnie nic. Mimo tego rwał się na boki, tańczył niespokojnie pomiędzy ścianami z wosku. 

Karuzela wciąż kręci się w koło. Czas biegnie, lecz ona zatrzymała się na etapie, z którego nie potrafi wyjść sama. Pękła pod nią szklana podłoga i rozkruszyła się w drobny mak. Zwiędła drogocenna róża, którą niegdyś można by ją zwać. Sięgnęła po zepsute źródło wody i podtruła sama siebie. 

,,Księżniczka zginęła już dawno temu, Aelito”. 

Z żalem ściskającym jej serce, złapała za talię ślicznych kart.

Przeminęło tak szybko – tasuje, wykłada.

To Śmierć staje przed nią, zaraz i Diabła dokłada.

Sama dostrzega pętające ją łańcuchy, jednak nie ma już najmniejszych sił by walczyć. Zmiana już nastąpiła z tamtymi słowami nabazgranymi na kartce papieru listowego. 

Zbitego lustra nie złożysz ponownie. Nie ważne jak mocno będziesz próbować, ono pozostanie w kawałkach.
 

Omotał ją czysty szał, złapała głowę w dłonie, a z jej gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. Zdawało się, jakby przez jej struny głosowe przemawiały wszystkie diabły. 

Wszystko skończyło się w jednej chwili. W furii rzuciła świeczką w ścianę, którą okrywała karmazynowa zasłona. Na podłodze dołączyła do niej szklana lampka, z której wylały się resztki wina. Zrzuciła ją nawet o tym nie wiedząc. Złapała za pojedynczy kawałek szkła. Przypominał jej kształt serca. Wbiła go w swój nadgarstek, a wyraz jej twarzy momentalnie zelżał. 

Zasnęła, a jej ciało zmieniło się w pył ogarnięte płomieniami, które sama wznieciła.

“Z prochu powstajesz i w proch się obrócisz!” 

Jedyne co powiedziała mi przed śmiercią.

Później była głucha cisza, a ja obserwowałam jak umiera, po raz pierwszy ze szczerym uśmiechem na twarzy.

Autorka: Malthael

Świąteczne wydatki

Nowa książka ulubionego autora japońskiej przyjaciółki – 22 euro

Przed paczkomatem niedaleko Kadic stała kolejka długa na 15 metrów.

– Za czym kolejka ta stoi? – spytał okularnik.

– Za odbiorem przesyłek – odpowiedział brunet. – Święta idą, więc wszyscy kupują prezenty, a że teraz wprowadzili darmowe dostawy, to paczkomaty są oblegane. Poza tym tradycyjną pocztą to by te prezenty przychodziły w okolicach Wielkanocy.

Zestaw do rysowania mangi – 18,99 euro

-Czy ma pan kartę stałego klienta Empik Premium?

-Tak, mam.

-O, to bardzo dobrze, zeskanuję ją i dostanie pan rabat 20 centów na reklamówkę. A może zechciałby pan założyć kartę SuperPremium? Tylko 10 euro rocznie, a zniżki będą lepsze?

-Nie, dziękuję.

-To może nowa powieść Remigiusza Mroza w supercenie? Albo paczka kawy?

-Nie trzeba, dziękuję.

-To czym mogę jeszcze służyć?

-Paragonem.

Profesjonalne pakowanie prezentów – 10 euro

-Co tak drogo? Rok temu kosztowało to tylko 3 euro!

-Rok temu inflacja nie była taka wysoka, nie było wojny, a materiały tak nie zdrożały. Poza tym lepiej niż u mnie pan tego nigdzie nie spakuje.

Poczucie, że wreszcie dasz to, co naprawdę chciałeś, a nie to, co twój współlokator kupił psu, ale zamienił paczki – bezcenne.
Uśmiech na twarzy dziewczyny, której od lat się boisz powiedzieć, że coś do niej czujesz – również bezcenny.

=Dzięki, to bardzo miłe.

-To drobiazg, w domu pewnie zobaczysz, pamiętam już, że w Japonii nie otwiera się prezentów przy darczyńcy…

Są rzeczy, których kupić nie można.
Za wszystkie inne zapłacisz… na pewno więcej niż rok temu.

Kocha, nie kocha…wróżby przy świetle księżyca

Kocha, nie kocha…

Lubi, szanuje…

Nie chce… nie dba… żartuje…?

Który to już był kwiatek? Każdy wróżył mu coś innego. Zanim wszedł na dach akademika, zerwał całe ich naręcze. Wdrapał się tutaj przez drabinkę na ostatnim piętrze, podważył klapę i oto tu siedział – nieuleczalny romantyk, zadając pytanie losowi.

Na który płatek mu teraz wypadnie?

W myśli, w mowie…

W sercu…

Na ślubnym kobiercu… i wyliczanka szła od nowa: kocha, nie kocha, lubi…

Skończyło się na „szanuje”. Mniej więcej pokrywało się ze stanem faktycznym, ale cicho liczył na to, że wywróżone mu zostanie coś więcej. Wyciągnął przed siebie dłoń z ogołoconym ze swej korony słupkiem. Rozluźnił palce i pozwolił, by się wyślizgnął spomiędzy nich, upadł z wysokości na betonowy dziedziniec.

Złapał za kolejny kwiat. Co mu wywróży? Do tej pory chyba zdołał ze dwa razy dowiedzieć się, że mogła go kochać, raz, że jednak nie, drugi raz wyszło, że szanowała, ale ani razu nie dowiedział się, że był w jej sercu.

Każdy kwiat tego unikał. Ale to chyba powinno być to samo, co „kocha”…?

Oskubał zatem kolejnego kwiatka. I kolejnego. I księżyc zdążył już zmienić wyraźnie swoją pozycję na niebie, a po dziedzińcu turlały się, jeszcze podrywane lekkimi podmuchami wietrzyku i nieprzydeptane, płatki.

Kocha, nie kocha…

Wróżba powtórzyła się jeszcze kilka razy. Szansę na sprawdzenie, która z nich miałaby się spełnić, miał mieć dopiero rano: kiedy ponownie na korytarzu minie się z pewną Japonką.

Autorka: Morrigan

Prezenty

Pewnego zimnego, grudniowego poranka Jim wstał wcześniej niż zwykle. W wigilię zawsze miał wolne, tak samo jak dzieciaki. Nie znaczyło to jednak, że będzie się obijał!

Jak zwykle ubrał swój czerwony dres, lecz dziś wyjątkowo, zamiast tradycyjnej opaski na włosy, ubrał też świąteczną czapeczkę. Przejrzał się w lustrze i pogładził niezgoloną brodę, która powoli zaczęła siwieć.

– Ha! Jeszcze chwila i będę wyglądał jak Święty – zaśmiał się do siebie.

Nie miał dziś czasu zajmować się swoim zarostem. Może popołudniu.

Wyjął z pod łóżka duże pudło. Część biedniejszych dzieciaków i tych, którzy mieszkali daleko, zostawała na święta w akademiku. Od lat zostawiał część swojej wypłaty z każdego miesiąca, by przygotować im małe upominki. Otworzył pudło i przez chwilę przyglądał się ułożonym w nim mniejszym pudełkom, każdym podpisanym imieniem. Potem sięgnął po worek, z naszytym na nim Mikołajem i zaczął ostrożnie wkładać je do środka.

Z workiem prezentów w ręku i nucąc świąteczną piosenkę, Jim cicho wyszedł z pokoju. Rozejrzał się by mieć pewność, że nikt go nie widzi i powoli ruszył korytarzem. Zatrzymywał się przy każdych drzwiach pokoju zostającego ucznia.

– Skarpetki i rękawiczki… Gorąca czekolada… Komiksy – mruczał do siebie, gdy kładł kolejne pudełka. Nie zawsze wiedział, co kupić dzieciakom. Czasem wybierał po prostu coś użytecznego, czasem po prostu coś, co sprawiłoby uśmiech.

Kilka lat temu kupił każdemu po świątecznym swetrze – oczywiście dodając coś do tego. Wszyscy ubrali je następnego dnia. To dopiero był dobry pomysł!

Zbliżając się do ostatniego pokoju, Jim usłyszał kroki. Stanął, zastanawiając się skąd dochodzą. Był pewien, że wciąż są dość daleko. Najciszej jak mógł, podbiegł do ostatnich drzwi i położył niewielkie, różowe pudełko – już drugi rok z rzędu prezent dla Aelity sprawiał mu najwięcej problemu. Ostatnim razem, gdy miał go położyć, w jednej z lamp doszło do zwarcia i poleciały iskry. Musiał wtedy szybko zostawić prezent i zająć się nią – o dziwo, gdy obejrzał lampę, wydawała się zupełnie w porządku.

Jim zwinął worek, by ten mu nie przeszkadzał i szybkim krokiem ruszył w stronę schodów. Gdy tylko skręcił za róg, jakaś postać zmaterializowała się tuż przed nim. Zatrzymał się gwałtownie.

– Jim? – dyrektor spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami. – Co ty tu robisz?

Dyrektor także miał na sobie czapkę Mikołaja i wypchany worek zarzucony na plecy.

– Zostawiam prezenty, jak co roku.

Dyrektor podrapał się po głowie.

– Nie wiedziałem, że się tym zajmujesz – stwierdził. Zaraz potem pokręcił głową. – Nie rozmawiajmy na korytarzu. Za chwilę ich obudzimy.

Jim przytaknął.

Przez następne kilka minut pomagał dyrektorowi roznieść resztę prezentów. Jego pudełka były trochę większe i cięższe  – Jim zastanawiał się, co takiego się w nich znajdowało. Później obaj skierowali się do biura.

– To przypomina mi, jak pracowałem dla Mikołaja  – stwierdził wesoło Jim. Dyrektor spojrzał na niego pytająco. – Ale wolałbym o tym nie mówić  – dodał, speszony.

Autorka: Akuliszi