Into the light (2/2)

Chcę… żeby tylko przestało boleć.”

“Już nie będzie.”

“Chciałem im pomóc.”

“I wreszcie im pomożesz.”

— }><{ —


Dłonie powoli zsuwały się z jego ciała. Puszczały ręce, które coraz śmielej wyciągał w stronę światła. Nie krępowały już nóg — był w stanie płynąć ku powierzchni. Nie mógł do końca jednak rozszyfrować, co mogło go stąd wyciągać. Było tak jasne… i bez twarzy. Albo, nie był w stanie jej dostrzec wskutek oślepienia. Czemu zaufał sile, której nie znał? Oddał stery w jej dłonie. Była ciepła, a on w tym wszystkim już zapomniał, jakie to uczucie. W ostatnim czasie istniał tylko ból i apatia.

William zaczynał czuć coraz więcej. Widział, jak przybliżała się powierzchnia tafli wody. Cienie próbowały go dogonić, ale niknęły.

I nagle pstryk… ciemność.

Chciał krzyczeć, kiedy nagle znów nie było nic. Ale tylko na moment.


— }><{ —

— Odd, od południa nadlatują szerszenie.

— Przyjąłem, szefie. Powitam należycie. ~

— Ubezpieczajcie Aelitę. Może ponownie spróbować ją przejąć.

— Nasz książę bardzo się w takim razie zdziwi.

— Nie możemy… Pozwolić mu znów odejść.

— Wiem, Aelita. Odzyskamy go.

— }><{ —


“Breathe, I think you’ve finally broken

If we don’t die here, we’ll always be haunted.”


— }><{ —


— Ulrich, zostało ci dwadzieścia punktów, uważaj…!

— Yumi, nie!

Potwor padł na bok, pozostawiając po sobie huk i chmarę fruwających na wszystkie strony odłamków. Wachlarze, które dopiero go przecięły, zmieniły się w pył, nigdy w tej walce już nie wracając do dłoni swojej właścicielki. Przy uchu ledwie wybronionego samuraja świsnęły strzałki, którym zawtórowały kolejne wybuchy; potworów jednak przybywało coraz to więcej. Przychodziły kolejne i kolejne fale z zamiarem zmycia ich jedno po drugim.

Xana przychodził jak rwąca rzeka… Jak śmierć.

Jego kolejna fala zaś objawiała się czernią, dymem, i pustką w szarych oczach.

— }><{ —

Wynurzył się spod tafli wody. Powinien go uderzyć chłód potęgowany mokrymi, lepiącymi się do ciała  ubraniami. Stanął na stabilnym gruncie. Dał się podprowadzić o krok, dwa, trzy do przodu.

“Co zrobisz teraz?”

“Oni wciąż walczą.”

— Czy… Mam jeszcze szansę…?

“Zostaniesz w cieniach… Czy zaryzykujesz, podążając za światłem?”

Czwarty krok. Piąty. Podeszwy coraz szybciej biły w taflę wody łączącą się z szarym lądem. Ostatki oblepiającej go czarnej mazi znikały, odsłaniając biały kombinezon, o którym mało kto jeszcze pamiętał.  Szary ląd prowadził w głąb równie szarego lasu, spomiędzy którego drzew biło białe światło… I dobiegały kolejne głosy.

— Nie może dostać Aelity…!

— Nie dostanie jej.

— }><{ —

Smuga światła uwolniła skrępowane dłonie pojmanej Księżniczki. Opętany awatar zatoczył się do tyłu, Aelita zaś ledwie złapała równowagę i odbiegła kilka kroków, w drżących rękach próbując przywołać pole energii. Podniosła wzrok i zamarła.

Znała ten biały kombinezon. Ten sam, którego przecież miała nigdy więcej nie zobaczyć. Między palcami wojownika przeskoczyły iskry. Ziemia zadrżała, gdy wbił w nią ciężki, oburęczny miecz.

— Zapomnij… Że pozwolę ci złamać tę obietnicę.

Autorka: Morrigan

Out of the dark (1/2)

Obce dłonie na twarzy zasłaniały mu wizję, przyciągając w swoją stronę. Zrobił krok za siebie, drugi i trzeci, każdy skoordynowany jak poprzedni, jakby ktokolwiek, kto go trzymał, sam pilnował, by nie upadł. Nie kwestionował. Nie odzywał się. A pewnie powinien. Może jego zadaniem było w tej chwili się wyrwać, ale posłusznie dawał się prowadzić?

Plecami zetknął się z taflą wody. Poczuł jej charakterystyczny chłód na skórze. Czy powinna tu być? Tego również nie był w stanie zakwestionować. Dlaczego? Rozłożył ramiona i pozwolił, by woda otuliła go w całości.

Zupełnie tak, jakby zanurzenie w niej było niczym niezwykłym.

— }><{ —

Hide, before the floodgates open.

Can we lie here ‘till it’s all over…?

— }><{ —

Nie zbliżał swoich rąk do obcych dłoni. Leciał powoli w dół, z bezwiednie rozłożonymi ramionami, bez myśli, oporu… protestu. Bez choćby znaku powzięcia jakiejkolwiek woli w swoje ręce.

“Dobrze.”

“Jesteś już mój.”

”Twój protest jest daremny. Jak dobrze… że wreszcie to rozumiesz.”

Bierność była dziwnie przyjemna. Nie musiał nic robić. Nic nie bolało. Nawet nie krztusił się wodą. Może i nie widział, gdzie był, ale w tej chwili nie dbał o to.

Nie dbał o nic.

Było… wygodniej. Te dłonie wreszcie przestały go szarpać. Dzisiaj tylko trzymały, zasłaniały oczy. Pozwolił na to — było lepsze niż doświadczany dotychczas ból.

“Poddaj mi się.”

“Należysz do mnie.”

“Zamknij oczy… śpij.”

Może tak byłoby łatwiej — zamknąć oczy i oddać stery? Dryfować… póki to wszystko się nie skończy?

— }><{ —

— Nadchodzi.

Dłoń zacisnęła się na rękojeści katany.

Palce zgrabnie rozsunęły kolejne załamania wachlarza.

Knykcie uwidoczniły się, na wierzchu dłoni zamajaczył drobny błysk.

Różowa łuna zebrała się tuż nad opuszkami palców.

— }><{ —

I hear the violence coming,

Turn and run inside.

— }><{ —

Nie chciał walczyć. Po co mu to było? Próbował to zrobić raz, ale trafił prosto w ciemność, która to coraz mocniej, coraz bardziej zamykała go samego w sobie, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Uciskała go, kompresowała, aż… ile zostało z niego samego? Jak najmniej, bo tak było najłatwiej.

Spadał coraz to głębiej… dalej…

Prościej. Tak było prościej. I kiedy już się całkowicie podda, nie będzie nic.

— }><{ —

“Naprawdę chcesz w ten sposób to zakończyć?”

Czemu nie?

“Otwórz oczy. Nie jesteś marionetką…”

Nie mam już sił walczyć.

“Jeżeli się poddasz… on to wykorzysta. I skrzywdzi tych wszystkich, na których ci zależy.”

Oni… na pewno już mnie skreślili.

“Śpij.”

“Nie, nie śpij. Otwórz oczy.”

Jestem zmęczony. Mam dość… teraz już nie boli.

“Znikniesz. A oni będą następni.”

W ciemności pojawiło się światełko. Otwierając oczy, chłopak zobaczył, że rzeczywiście znajdował się w wodzie. Czarny dym krążył wokół niego, próbując go oblepić jak smoła. Ciągnął go na dno, jakby odbierając coś, co było mu należne.

Chociaż nie widział najlepiej, zobaczył zarys sylwetki, a potem dłonie wyciągane w jego stronę.

“Nie chcesz tego kończyć… chcesz, żeby zwyczajnie przestało boleć.”

“A jeżeli teraz się poddasz… na szali znajdzie się więcej, niż sobie wyobrażasz.”

“Wróć.”

“Zamknij oczy. Nie walcz.”

“Poddaj się i pozwól mi wreszcie…!”

Zaczął myśleć. To wszystko powoli wybudzało go z letargu, w którym zaczął brać pod uwagę kolejne to i kolejne opcje. Co, jeżeli drugi głos miał rację? Komu stanie się krzywda? A co, jeżeli znów będzie boleć?

“Pamiętasz obietnicę…?”

Obie… obiecałem…

Chociaż ręce były ciężkie od tej ciemności, ruszył nimi w stronę wyciągniętych w swoją stronę dłoni. I złapał je.

I potem, przez chwilę, po prostu nic nie było. Ale tylko na moment.

Autorka: Morrigan

Between memories and reality (I’ll follow your light)

Biegnę. Wydłużam krok. Przede mną cienie — światło oddala się z każdą sekundą, razem z nią moja szansa na ucieczkę z tego koszmaru. Słyszę go, nadchodzi. Jego kroki są wolniejsze niż moje, ale i tak się zbliża, nieubłaganie, jak wyrok. Są jak obietnica, którą wiem, że spełni za każdym cholernym razem, ilekroć mnie złapie. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Brakuje mi sił.

Ma moją twarz, ale nie mój głos. Ten szorstki ton, sztuczny, przypominający syntezatory mowy, za każdym razem przechodzi na wskroś, tnący świadomość jak zimne ostrze.

Jeszcze mam nadzieję. Jeszcze wierzę, że mogę stąd uciec.

— }><{ —

“I’m a waking hell and the gods grow tired.”

— }><{ —

— Oddychaj.

Ale nie mogę. Kurwa, nie mogę. Ktoś mi sznuruje cholerny, żelazny gorset i to nie w pasie, ale bezpośrednio tam, gdzie mam płuca. Jeszcze trochę, a zmiażdży mi żebra. Serce praktycznie wyskakuje z piersi. Jestem w spirali: ściany są za blisko, oddech za szybki, a dotyk, jakikolwiek, pali. Kołnierz bluzy znajduje się za blisko mojej szyi. Próbuję sobie go poluźnić za wszelką cenę.

— Uspokój się.

Nie mogę! Za głośno, za dużo, zbyt nagle.

— Nic ci nie grozi.

Skąd to wiesz?

W gabinecie pielęgniarki okazuje się, że biegłem przez korytarz jakby mnie coś goniło: a to był tylko Jim, który znów chciał się przyczepić o jakiś cholerny kwitek, którego cały czas zapominam mu przynieść. Światełkiem, za którym goniłem, była mrugajaca, ledwie działająca żarówka. Miałem cholerną schizę, że jestem znowu… tam.

I próbuję wyrwać się na wolność, bo nie chcę więcej być marionetką. Że znów ktoś pociąga za sznurki mojego ciała, a mi każe na to patrzeć zza szklanej ściany, o ile nie zmieni zdania i nie uzna, że to za mało… i czas zabawić się ze swoją ofiarą.

Nawet nie umiem do końca powiedzieć Yolandzie, co się dokładnie stało. Chcę to jakkolwiek zamieść pod dywan, udać, że nic się nie stało, zbyć to z uśmiechem i odrobiną zakręcenia rzeczywistością. Ona to średnio kupuje, o ile… w ogóle. Wypluwam po kryjomu ziołowe dziadostwo na uspokojenie, które mi dała na “wyciszenie”. Ale, ja nie potrzebuję się wyciszać. Nie chcę tego.

Potrzebuję kontroli — nad samym sobą, nad swoim otoczeniem.

— }><{ —

— Nie uwolnisz się.

Przypomina mi o czymś, co już doskonale wiem: nie uwolnię się. Nie jestem w stanie mu zaprzeczyć, nie umiem zaprotestować. A mimo to dalej uciekam, bez słowa, jakby licząc na to, że moja cisza nie zdradzi ciężkich kroków niosących się przez wzniesiony labirynt.

Chcę się wyrwać: zobaczyć niebo, innych ludzi, znajomych… twarze rodziców. Zamiast tego jestem w piekle, do którego zesłała mnie własna brawura. Nie jestem w stanie dostrzec żadnej drogi ucieczki. Wszystko, cały korytarz, wąski przesmyk, zaczyna zalewać czarna maź. Próbuję w nią nie wdepnąć, bo wiem, jak to się skończy.

Oblepi mnie całego, wciśnie się przez usta, nos, i zaleje płuca. Odbierze oddech i zostawi, i będę błagał, żeby to się wreszcie skończyło.

Ale nie pozwoli mi się udusić. Nigdy na to nie pozwala.

Skręcam w lewo. Przejście za mną się zamyka. Przede mną jest lita ściana, a maź właśnie zaczyna wspinać się po nogawkach spodni.

— }><{ —

Nie śpię już od dwóch godzin. Nie umiem zamknąć oczu i wyprzeć z głowy to, co zobaczyłem w śnie. Siedzę przy biurku, przy zapalonej lampce i zarzynam kolejną kartkę, próbując wyrzucić z siebie to, co mi siedzi w głowie. To wydaje się zwyczajnie niemożliwe, bo o ile w jednej chwili myślę sobie, że wszystko już jest w porządku, kolejna uświadamia mi, że nie do końca.

Muzyka w słuchawce na chwilę przestaje grać. Spinam się, wzięty z zaskoczenia nagłą zmianą. Słyszę dzwonek powiadomienia i wszystko wraca do normy. Sięgam po leżący nieco dalej na blacie telefon, którego ekran właśnie gaśnie i podświetlam go ponownie. Widzę jeden skrót i jedno słowo, który sprawia, że w jednej chwili świat się dla mnie zatrzymuje.

Ścianami internatu wstrząsa czyjś przerażony krzyk. Wylatuję z pokoju, rzucając ołówek. Światła migoczą, uczniowie nie są w stanie przepchnąć się przez schody, bo wszyscy pchają się do głównego wyjścia, a Jim nie umie ogarnąć chaosu. Na moich oczach zawodzą te wszystkie procedury, których uczą nas od dzieciaka — niejednokrotnie w tym celu wyciągając nas na zewnątrz w największe zimnice. Nie rozumiem jednak jeszcze do końca, czemu…

Wtedy na korytarz wchodzi wysoki mężczyzna w masce konia.

Widzi mnie. I powoli wyciąga rękę, celując we mnie z pistoletu.

Nie wiem, jak uciekłem. Zdaję sobie sprawę, że właśnie otarłem się o śmierć, chociaż pełna tego świadomość przychodzi dość opornie. Po zwianiu strzelcowi bocznymi drzwiami, kieruję się w stronę parku. Biegnę przez noc.

Prosto w paszczę lwa. Nie pamiętasz?

Ta jedna myśl mnie zatrzymuje w miejscu, w ciemnym parku, pomiędzy drzewami bez liści, Mam wrażenie, jakby patrzyły na mnie z góry, jakby to jednak już nie były drzewa, tylko obserwujące mnie oceniająco sylwetki.

A ja znajduję się w ogniu krzyżowym ich pytań.

Już raz to zrobiłeś.

Już raz zamiast sprzymierzeńca, stałeś się pieprzonym łowcą. Zabijałeś ich jedno po drugim, bez cienia skruchy. A wśród nich?

— }><{ —

Pierwsze wyjście z mroku jest… oślepiające. Najpierw czujesz więcej, mocniej, pozwalasz sobie zanurzyć się w tym uczuciu — w wolności, której ci brakowało. A potem? Przychodzi coś, co da się nazwać śmiało strzałem w pysk od rzeczywistości.

Drobne rzeczy zaczynają działać jak zapalniki. Wspomnienia nadchodzą. A części rzeczy nie pamiętasz wcale, chociaż każdy wokół mówi, że to się przecież zdarzyło. Nie masz pojęcia: głupiejesz, zapominasz, czy chorujesz.

Wreszcie jednak orientujesz się, że za dużo rzeczy się nie pokrywa i znajdujesz się w iluzji. Ta nagle się kruszy, załamuje w sobie… i z powrotem wciąga cię w mrok.

— }><{ —

— Zapomnij.

— To nie jest prośba, Jeremie. Aelita jest tam sama, a reszta utkwiła w internacie ze strzelcem, tak!?

— Wydostaną się.

— Albo nie, bo Aelitę dopadną potwory, a resztę ktoś zastrzeli jak prawie mnie. Przestaniesz, kurwa, unosić się dumą!?

— Nie unoszę się dumą, tylko wiem, co się stało ostatnim razem.

Belpois poprawia swoje okulary i znów wstukuje polecenia w wiersz. Słyszę przez słuchawki przerażony głos Aelity. Jest tam sama, bo Ulrich i Odd utknęli w masie spanikowanych dzieciaków, a Yumi zatrzymali rodzice; dowiedzieli się o strzelaninie i kategorycznie zabronili jej ruszać się z domu, nie wspominając o fakcie, że chciała się wymknąć nad ranem.

Jestem tu sam. Jeremie próbuje znaleźć inne rozwiązanie problemu, ale doskonale wiemy, że go nie ma.

Gdzie mój strach? Nie wiem. Na razie jest napięcie i adrenalina. Muszę działać, być może jeszcze tylko to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.

— I doskonale wiesz, że Aelita jest tam kompletnie sama. Skończ, kurwa, szukać rozwiązania tam, gdzie go nie ma i mnie tam wpuść! Chyba, że chcesz, żeby dziewczyna tam zginęła, ale na to ci akurat nie pozwolę!

Być może puściły mi nerwy, bo właśnie biorę Jeremiego za kołnierz i podnoszę go z tego cholernego fotela. Upór zmienia się w strach, ale nawet nie waży się drgnął — jakby nie wiedział, co jestem zdolny zrobić.

— Jeżeli coś jej się stanie, to raz, masz jej krew na rękach. — cedzę, ważąc każde kolejne słowo. Muszę zadbać, żeby powaga sytuacji do niego dotarła. — Dwa, jeżeli z tej uroczej, różowej główki spadnie chociaż włosek, to przyjdę do ciebie. Z siekierą. I łeb ci nią odrąbię, jak będziesz spał.

Puszczam go — Jeremie z jękiem zderza się z siedzeniem i patrzy na mnie w strachu, jakbym rzeczoną siekierę miał już teraz przy sobie.

— No rusz się, kurwa twoja mać!

Blondyn finalnie drgnął, jakby oprzytomniał, i rzuca się do konsoli, jakby od tego zależało jego życie. Niewiele się myli.

Ale tutaj nie chodzi tylko o jego życie.

Modlę się do bogów, żeby okazało się, że nie wchodzę tam za późno. Boję się nie tylko o Aelitę, ale i o ekipę z internatu.

Wytrzymaj. Nie daj się zabić. Impim ort…*

— }><{ —

“White roses, black doves, Godmother rise up; I need you to see me for what I have become.”

— }><{ —

Otwieram oczy dopiero, gdy pod stopami czuję stabilny grunt. Nienawidzę uczucia nieważkości. Źle mi się kojarzy, zupełnie tak, jakby za moment sznurki miały złapać moje ręce i nogi i zacząć nimi sterować.

To wciąż ten czarny kombinezon, ale nie mam na sobie jego znaków. Nie jestem więcej laleczką na sznurkach. Mój umysł należy tylko do mnie — mam kontrolę. Biegnę na południe, tam, gdzie Jeremie wskazał mi lokację Aelity. Nie rozumiem, czemu nie zwirtualizował mnie bliżej, ale nie pytam. Wiem, że i tak teraz nie będzie chciało mu się tego tłumaczyć.

Miecz pojawia się w mojej ręce — taki, jak zapamiętałem. I, bogowie mi świadkiem, rozcięcie nim pierwszego kraba było tak kurewsko wyzwalające. Kolejne eksplozje wstrząsają Lyoko, a ja? Nie przestaję. Metodycznie je koszę, zupełnie tak, jak on tego ode mnie oczekiwał… i teraz chcę wierzyć, że widzi, że sam na siebie przygotował broń. I, że mu nie daruję.

Aelita chowa się za skałkami, przerażona. Próbuje strzelać w kolejne potwory swoimi różowymi kulkami, co wyglądałoby uroczo, gdyby nie okoliczności. Gdy mnie widzi, odruchowo uciska się bardziej w swoją zasłonę, rozglądając za drogami ucieczki.

Przestaje, gdy przy niej kucam i wyciągam dłoń.

— Spokojnie. — uśmiecham się do niej lekko. Ona orientuje się, że nic jej nie grozi, przynajmniej nie z mojej strony. — Przybywam z odsieczą. Zaufasz mi?

W jej oczach coś się zmienia: zamiast strachu pojawiają się te małe iskierki szczęścia.

Ona cieszy się… że mnie widzi. Nad głowami świstają nam lasery.

— Poczekaj, księżniczko. — rzucam, zaciskając dłonie na rękojeści swojego miecza. Wychylam się zza skałki, żeby wybadać sytuację i już wiem jedno: sektorem górskim zatrzęsie jak marzenie.

— Nadchodzą z południa, uważajcie. — głos Jeremiego przypomina mi, że nie możemy tu zostać. Zaraz nas otoczą, dlatego zbieram energię na tyle, by posłać falę uderzeniową.

Wybijam nam przejście. Otaczam Aelitę ramieniem i biegniemy w stronę wieży.

Przejście jest zablokowane. Kraby i tarantule próbują nas zamknąć w kotle. Widzę, jak Aelita strzyże wzrokiem, przerażona. Nie dziwię jej się — ten strach mi się udziela. Muszę postawić wszystko na jedną kartę, inaczej mamy problem.

Nie tylko my.

Problem robi się również na ziemi, gdzie nikt nie wie, czy wszyscy przywitają następny dzień.

— Aelita, creid mi **, nie mam lepszego pomysłu. — mówię wreszcie, widząc przesmyk do wieży. — Kiedy tylko znajdziesz się w powietrzu… rozwiń skrzydła.

— Co?

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej: zbieram w dłoni kupkę dymu i strzelam jej nią pod stopami. Różowowłosą wybiło w górę, z krzykiem; ja w tym czasie dorywam się do potworów, które nie wiedzą, co jest grane.

Ich dezorientacja to moja szansa na wybicie ich wszystkich jeden po drugim. W powietrzu rozbłysły różowe skrzydła. Potwór pożegnał się z życiem — a księżniczka znajduje się w wieży.

Krzyki wojowników rozbrzmiewają w powietrzu. Oddycham z ulgą, gdy orientuję się, że wszyscy są cali. Nie odpowiadam, bo nie mam na to czasu; biała łuna powrotu do przeszłości zabiera mnie kilka godzin w tył.

— }><{ —

Znowu gwałtowny wdech, ponownie chwila na rozeznanie, gdzie jestem. Jawa, sen? Koszmar? Nie wiem. Nie w pierwszej chwili.

Jestem w swoim pokoju. Na biurku leży blister tych ziołowych prochów, jakie dała mi Yolanda. Nie chcę ich brać.

Odwracam głowę w stronę otwieranych drzwi. W progu stoi bardzo znajoma mi postać. Powoli wchodzi do środka, nie umiem do końca odczytać wyrazu twarzy.

— Byłeś tam.

Doskonale wiemy, gdzie. Kiwam głową.

— Nie miałem wyjścia. Aelita była w niebezpieczeństwie. Wy też. — przygryzam na koniec wargę. Spuszczam wzrok, spodziewając się bury za to, co zrobiłem. Wiem, że inaczej nie mogłem, ale znam również ryzyko.

Dłoń dotyka mojego policzka. Powoli podnoszę głowę, spotykam się ze ściągniętymi brwiami, ale oczami pełnymi troski. Znam to spojrzenie. Bada, czy nic mi się nie stało.

— Ty też. — odpowiada.

Biorę spokojny, głęboki oddech. Podnoszę ręce, oplatam je w pasie, wtulam się w ciepłą klatkę piersiową, słucham miarowego bicia serca. Ta sama dłoń, która dotychczas gładziła mój policzek, przenosi się na moje włosy.

— Cieszę się… — zaczynam, szukając odpowiednich słów. Po chwili uznaję, że pieprzyć to. — Oh, gods. Bałem się o ciebie, Gwiazdko. Cieszę się, że nic ci nie jest.

Cieszę się. Bo doskonale wiem, że cienie nie mają sensu bez światła.

*Impim ort — irl. “Błagam cię”.

** Creid mi – ze szkockiego gaelickiego “zaufaj mi”/”uwierz mi”

Autorka: Morrigan

Code: Czerepach – rozdział 1


Historia ta rozpoczyna się wtedy, kiedy wójt pognał siekierą Czerepacha po tym jak dowiedział się o działaniu na 2 fronty. Czerepach ledwo dobiegł do swego domu i zamknął dobrze drzwi. Wójt pokrzyczał trochę i odszedł. Czerepach wyczerpany, popatrzył na siebie w łazience w lustrze i widział tam człowieka, na którego nie może patrzyć już więcej, z którym trzeba skończyć. Będąc wyrzuconym nie tylko z pracy, ale z polityki, drogi życia, zdecydował że musi podjąć ważną decyzję, odejść z Wilkowyj, niekoniecznie na zawsze, ale po to, aby wrócić jako Inny Czerepach, ten którego nikt nie zna, nawet były przełożony, żeby zaskoczyć wszystkich, a najbardziej Kozioła,żeby teraz to on poddał się jemu i służył mu godząc się na każdy warunek zachowując pozór władzy nad Czerepachem.


Wiedział,że tym razem trzeba zacząć od nowa, wszystko należy zrobić inaczej i tym razem nie ma miejsca nawet na najmniejsze błędy. Teraz przyszedł czas na zmianę, która wstrząśnie, nie tylko wójtem, czy Wilkowyjami, ale również całą Polską. Wiele dni Czerepach zastanawiał się nad pierwszym krokiem, ale nic konkretnego nie przyszło mu do głowy.


Na razie postanowił wejść na różne fora, grupy internetowe w poszukiwaniu pomysłów. Z zaoszczędzonych pieniędzy zakupił kilkanaście poradników, powieści, filmów aby znaleźć cokolwiek, co mogłoby mu pomóc zrobić ten pierwszy krok i chociaż wyciągnął wiele z tego, w tym śmiechu i zabawy, to było na tak zwaną przyszłość i to bardzo niepewną.


Po kilku miesiącach zajrzał na Moją Pocztę i zobaczył wiele dziwnych reklam. Chciał je usunąć, ale jedna przykuła uwagę. Była to reklama kursu organizowanego w Niemczech pt. Uwolnij swoje JA. Na początku uśmiechnął się i chciał kliknąć usuń, ale pomyślał, że wprawdzie to tylko rozgrzewka przed pierwszym krokiem, ale jest wystarczające na ten czas. Zapisał się i rozpoczął przygotowania. Nie chciał, żeby ktoś dowiedział się, gdzie jedzie, więc zdzwonił do swego kolegi aby załatwił mu transport po cichu.


Spotkał się z nim w nocy za lasem i wyjechał do Warszawy, a potem z lotniska Okęcie poleciał do Berlina. Podczas kursu usłyszał wiele ładnie i budująco brzmiących hasełek i słyszał wiele anegdotek.
Udało mu się porozmawiać z wydawcą książek motywujących i dowiedział się o istnieniu specjalistycznego szkolenia dla, jak to określił spindoktorów. Dopytawszy o szczegóły, wydawca podał nazwę strony szkolenia i innych z tym związanych. Przeczytał i po zakończeniu kursu, podziękował za informacje i zaczął przygotowywać się do podróży do Brukseli.


Po wyjściu z hotelu po śniadaniu, zorientował się, że jego dokumenty, w tym portfel, zniknęły. Miał przy sobie zaledwie 100 euro, co starczyło na dojazd do granicy. Zszokowany, zaczął szukać ale nie przyniosło to efektu. Zdenerwowany w nocy, przeszedł się po mieście i wchodząc do parku był świadkiem nieznanego zdarzenia. Kilku ludzi ubranych w garnitury, walczyła jakimiś niezrozumiałymi błyskami z krukami. Kilka z nich podleciało do Czerepacha i uszkodziło jego strój. Chciał walczyć, ale stwory okazały się silniejsze i upadł nieprzytomny. Kiedy obudził się, ptaków nie było, a on, w tych samych ubraniach, siedział w samochodzie, prowadzony przez ludzi walczących z ciemnymi ptakami. Jeden z nich używał nieznanego dotąd modelowi laptopa, bardzo zaawanasowanego jakby używał go jakiś członek NASA. Rozmawiał z jakimś wyżej od niego postawionym człowiekiem, kiedy skończył rozmowę, spytał Czerepacha:

-Widzę, że nasz towarzysz już się obudził, zaraz dojedziemy do naszego przyczółka i porozmawiamy, ale najpierw, kim jesteś i skąd się tam znalazłeś?

Czerepach opowiedział pokrótce swoją historię, kiedy dotarli na miejsce, do opuszczonego magazynu budowlanego, ewidentnie szef tej grupy, przedstawił się:

– Ja i ci tutaj należymy do tajnej grupy agentów, chcącej przejąć władzę nad światem i wiem nie my pierwsi ale mamy bardzo charyzmatycznego przywódcę. Kiedy go poznasz, też będziesz chciał mu służyć. Jutro, w Pradze, przedstawimy ci go i opowiemy ci co wiemy o tych ptakach, a na razie pokażemy ci, gdzie możesz spać, więc bądź gotów na spotkanie z nim. Ma wielu agentów, którzy wypełniają dla niego zadania. Zmagamy się z różnymi przeciwnikami, ale on ma sytuację pod kontrolą.Trochę się rozgadałem, co nie? Czy po tym co powiedziałem , masz ochotę zgodzić się?

– Przyjmuję waszą ofertę z uwagi na okoliczności ale też chcę zobaczyć, komu służysz i jeśli taki jest, jak o nim mówisz mogę się zgodzić.

– Zobaczysz, że po spotkaniu z nim, zmienisz zdanie.

Ciąg dalszy nastąpi

Autor: Marlowen

Ławeczka

— Ale czemu on to tłumaczy w ten sposób!?

— William, za mocno to analizujesz.

— No ale… to nie ma kompletnie sensu!

Ulrichowi nie pozostało nic innego, jak cicho westchnąć. Kiedy Dunbar na coś się uparł, nie było takiej siły, aby oderwać go od przedmiotu zainteresowania na daną chwilę. Będzie przy tym siedział, póki nie rozgryzie… lub się nie znudzi.

Nikt nigdy nie wiedział, co nastąpi pierwsze.

— No daj mu się trochę popieklić. — Odd nawet nie oderwało oczu od swojej przenośnej konsoli. — To się robi całkiem zabawne. — dodało, poprawiając się na okupowanej przez ich czwórkę ławeczce przed budynkiem szkoły.

— No, no spójrz! — Szkot podsunął im pokreślone kartki pod nos — Przecież to jak wół był tłumaczone najpierw na angielski, i to jeszcze jakimś piździkiem z neta, a dopiero potem na rosyjski…

— Skoro i tak już tłumaczyli, to mogli z tym… — Jeremie nie dokończył, bo William mu bardzo szybko przerwał.

— No właśnie nie! — chłopak gwałtownie odwrócił się do Belpoisa. — Najdokładniejszy przekład, z najmniejszą utratą znaczenia, to ten między językiem źródłowym, a docelowym! I jak wrzucisz jakiś po drodze, to zgubisz jeszcze więcej…!

No to żeście go uruchomili…”

Zaczął się zatem cały wykład z zakresu teorii przekładu, przez co Jeremie pożałował swojego wtrącenia się. To akurat była ta jedna domena, w której się kompletnie nie obracał, totalnie się na tym nie znał — jak twierdził, humanistyczne dyscypliny nigdy nie były jego działką. I niby to samo jeszcze niedawno byłby w stanie powiedzieć William. Ponoć.

No, ale — to, że jeszcze niedawno był na mat-infie nie znaczyło, że nie znał się na teorii przekładu. A, że podjął decyzję o pójściu w tłumaczenia… to z drugiej strony nie oznaczało, że zupełnie rzucał elektronikę.

Po prostu bardziej to widział jako hobby.

— Dobrze, William, poprawisz. Nie gorączkuj się tak.

— No, ale… no kurwa!

— Ej, siema!

Głowy bywalców ławeczki poderwały się w stronę kolejnego głosu — tego spoza grona. W ich kierunku biegł właśnie… Dean. Chyba był z drugiej licealnej. Zatrzymał się przed nimi, mało się nie wywracając.

— Jasny szlag, chłopaki! — wyrzucił wreszcie z siebie. Pochylił się, oparł dłonie o kolana i spróbował złapać oddech.

— Ło matko, co się stało? — Odd zatrzymało aż grę, by ogarnąć, co tu w ogóle miało miejsce.

— Jim, cholera jasna! — Dean wykrztusił między kolejnymi haustami powietrza. — Kontrolę zrobił znienacka! Do pokoju wpadł jak bomba!

— Oh, kontrolę? — Jeremie uniósł brew. — Nam też.

— I, co? Macie przypał? Duży? — Dean spojrzał po ławeczce, oczekując odpowiedzi.

— Przypał? — William, oderwany od tłumaczeń, aż się zdziwił. — Gdzie tam… przyszedł, rozejrzał się, coś powspominał o czasach służby w woju i sobie poszedł.

— No! I palnął, że wolałby o tym nie mówić! — Odd dodało od siebie.

Cóż, między innymi tylko dlatego, że ciebie nie było w pokoju, bo zabrałeś Kiviego na spacer, a William rzucił, że z Dracarys to taki projekt na biologię.”

Stern na razie się nie odzywał. Czekał. Obserwował. Przechylił nieco głowę, gdy dezorientacja Deana zrobiła się nieco większa.

Chociaż, fakt, lokatorom pokoju 102 zrobiło się ciepło, kiedy wuefista wszedł i najpierw zobaczył psią piłkę przy łóżku Odda, a później całe terrarium z gekonem. Do tej pory Ulrich zastanawiał się, czy to oni byli tacy elokwentni, że sprzedawali wuefiście każdą bajkę, czy też rzeczony nauczyciel zwyczajnie… nie posiadał zbyt rozwiniętych szarych komórek.

— Ale tak… nic? Żadnej kary?

— Przecież mówię, że nic a nic. — Jeremie pokręcił głową.

— Nie no, kurwa, kłamiecie. Albo się, kurwa, wykręciliście!

— Nie, po prostu umiemy trzymać swój pierdolnik w ryzach. — Ulrich finalnie się odezwał.

Robi się ciepło…”

— Nosz kurwa, pierdolicie! W chuja to ja, a nie…!

Zamilkł, kiedy William odłożył obok siebie swoje papiery i powoli podniósł się z ławki. Za nim wstało Odd, potem wyprostował się Ulrich, a na końcu ustawił się Jeremie.

Dunbar spojrzał spod byka na delikwenta, stając z nim twarzą w twarz.

— Z łąweczką zadzierasz?

Ekipa ustawiła się wreszcie z nim w jednej linii. Każdy miał podobny wyraz twarzy — Odd nawet próbowało stanąć na palcach, by wyglądać na wyższe niż w rzeczywistości.

William przechylił lekko głowę, wciąż wpatrując się w Deana na przestrzał.

Ciulu niemyty?

Autorka: Morrigan

Sprowadzę cię do domu – część druga

Zainfekowany awatar kosi nas jedno po drugim. Nie mam szans odepchnąć Odda, który po mojej lewej, w zasięgu ręki, zmienia się w wirującą chmurę pikseli. Yumi łapie mnie za ramię i ciągnie do tyłu. Coś krzyczy, ale nie rozumiem… nie potrafię rozróżnić słów. One się tak ze sobą mieszają…

Widzę, jak William znika w chmurze czarnego dymu, a potem niknę i ja – wskutek wywołania przez Jeremiego komendy mojej dewirtualizacji.

— *** —

„…do domu.”

Pierwszy oddech aż boli. Ale to, jak gwałtownie go nabieram, nie zależy ani trochę ode mnie. Potem oślepia mnie (przypominam sobie, że wcale nie umieram) ostre, dochodzące chyba z każdej strony światło i jestem oto w domu, na ziemi.

I uświadamiam sobie, że to w Lyoko zdarzyło się naprawdę.

William tam jest. Mój największy wróg. Ten imbecyl, który nie posłuchał ostrzeżeń, który tam władował się na pewnego… uciekł ze swojego awatara. Sam sobie utworzył schronienie, z poziomu którego to mnie – mnie, do cholery – wybrał i sprawił, że mu obiecałem.

Zmanipulował mnie, sukinsyn.

Teraz nawet nie wiem, na ile to wszystko mogło być w ogóle prawdziwe. Może to cholerna pułapka, w którą wpadłem teraz ja, jak ostatni dureń… ale otwierając oczy widzę znajome ściany pomieszczenia ze skanerami i stojącego naprzeciw mnie Odda, który patrzy się na mnie jak na ducha.

– No, co? – burczę, wychodząc z tuby.

Pokój wiruje mi w oczach. To nie jest najlepszy znak, ale i nie pierwszyzna. Idę pod ścianę, starając się nie okazywać problemu.

– Ulrich…? – słyszę za sobą. Odwracam głowę i przez ramię widzę zmartwioną twarz Aelity.

– We własnej osobie. – odpowiadam, siląc się na coś, co można by było nazwać uśmiechem.

Nie chcę tu być”.

Chyba nawet nie czuję, żeby podniosły mi się kąciki ust. Odwracam się wreszcie do niej całym ciałem.

Przestań, to nie pora.

– Czy wszystko… w porządku?

To takie proste pytanie. Automatycznie kiwam głową, wątpliwości zostawiając tu wyłącznie dla siebie. W zasadzie, nawet nie umiem tego poprawnie nazwać.

– Co… się stało w Lyoko? – pyta dalej. Chcę iść w kierunku windy. Odbijam się od ściany, a Aelita podąża za mną. – Kiedy… William cię zamknął w dymie. Razem ze sobą.

A więc, tak to wyglądało.

– To… trochę bardziej skomplikowane? Opowiem na górze.

— *** —

– Chcesz powiedzieć… – Jeremie stara się podsumować. Brzmi dość niepewnie. Sam wątpi w to, co chce powiedzieć. – …że widziałeś się z Williamem.

Kiwam głową.

– I on… nie jest w swoim ciele.

Ponownie kiwam.

– Jest… gdzieś, i stworzył swój własny… sektor? Wymiar?

– Cytując go, to coś w stylu jego własnego świata, miejsca stworzonego przez jego świadomość. Chyba się czegoś za dużo naoglądał, bo nazwał to czymś w stylu „dziedziny ducha” – palcami obu rąk rysuję w powietrzu cudzysłów – Nad którą on sam ma kontrolę. O kuźwa, nie patrz tak na mnie! – wywracam oczami, a Odd dalej stoi z rozdziawionymi ustami.

– On… tam jest. Tylko, gdzie? – Yumi mruczy pod nosem. Przygląda się ze wszystkich stron holomapie jakby liczyła na to, że zobaczy na niej coś niezwykłego.

Osobiście nie wierzę w to, że jej się uda. Jeżeli dobrze zrozumiałem, William zwiał z opętanego awataru jakiś czas temu – a teraz tylko na moment go przejął. Gdzie był dokładnie? Jeremie coś cały czas klika, wstukuje i nie mogę nawet dosłyszeć własnych myśli. Próbuję sobie przypomnieć jak najwięcej.

On mnie wtedy złapał za ramię. Odwróciłem się, i… i co wtedy? Nie pamiętam jego twarzy. W sensie, tej awataru. Zaszła wtedy dymem, jak zresztą wszystko inne wokół mnie.

– Myślicie, że to gdzieś w sektorze piątym? – Odd, zamknij się. Próbuję myśleć.

Potem zrobiło się jeszcze dziwniej. To było podobne do pustki i nie rozumiałem, co się ze mną tam działo. Dosłownie znalazłem się w stanie zawieszenia. Potem usłyszałem chyba właśnie Williama, pierwszy raz od dawna tak… naprawdę.

Odbycie rozmowy z nim w tych okolicznościach chyba mnie tylko bardziej rozstroiło.

– Nie ma nawet śladu po nim. Jedyne, co mamy, to jego awatar. – Yumi, błagam cię…

Dłoń bezwiednie zaciska się w pięść. Czemu ja?!

– Skoro może z tamtym miejscem robić, co tylko chce, to czemu nie wciągnie tam swojego awatara i go nie odzyska?

Właśnie, czemu? Dobre pytanie, Odd. Może jednak jest jeszcze dla ciebie jeszcze jakaś szansa.

– Bo nie jest w stanie go utrzymać. Cokolwiek zrobił, mógł jedynie go wykorzystać, żeby się do mnie dostać, jak most. On… nie jest w stanie przez niego tak swobodnie przechodzić, bo XANA mu to blokuje.

– Dobra myśl, Ulrich.

– Co?

Nieironicznie zaskoczony, podnoszę głowę. Wszystkie spojrzenia skierowane są w moją stronę.

– To. – Jeremie poprawia okulary. – Dobrze kombinujesz.

– Ale, co niby ja…? – nie rozumiem. Co stało się przed chwilą? Ktoś powiedział o moście. Ale, kto?

– Powiedziałeś, że XANA może blokować Williamowi dostęp, skoro ten już wydostał się na zewnątrz. Awatar to coś w stylu…

– Oblężonej twierdzy?

– Dokładnie.

Co jest? Konsternacja na ich twarzach robi się coraz większa. Jestem zagubiony i coraz mniej rozumiem… Otwieram usta i chcę coś powiedzieć, ale nie wiem, co. Stawiam na klasykę, bo ona jest zazwyczaj skuteczna.

– Tak. – kiwam głową. – Tak, dokładnie. Sorry, jestem trochę… rozkojarzony. Wiecie, dziwne zdarzenia, przejścia… a, zresztą. – zbywam sytuację macnięciem ręki. Jeszcze to wszystko trawię.

Aelita zdaje się to łyknąć. Co do Odda nie mam złudzeń – on jest naiwny. Yumi nie odrywa wzroku od holomapy, skoro już znowu na nią spojrzała. Jeremie pokiwał głową i dalej coś sprawdza.

Trzymał mnie na siłę przy spokoju. Dlaczego nie mógł utrzymać XANY i wrócić do ciała? Był na to za słaby? I skąd wiedziałem to, co dopiero padło, do tego jeszcze z moich ust?

Czuję, że muszę go znaleźć. Poznać odpowiedzi, zrozumieć to, co się dzieje.

– Ulrich?

– Co?

– Wszystko w porządku?

Kiwam znowu głową. Kłamię. Obiecałem mu i nie wiem, w co się wkopałem.

Autorka: Morrigan

Paprotka

Aelita, odkąd wróciła na ziemię… miała duży problem z pilnowaniem czasu. Tak, jak kolejne dzwonki naznaczały rozpoczęcie zajęć czy przerw i tego nie miała problemu się trzymać, to granice zacierały się, kiedy znów znajdowała się sama w pokoju i mogła zająć się dosłownie… czymkolwiek. Jej ulubionym zajęciem w ostatnim czasie było przerzucanie dyskografii kolejnych zespołów w poszukiwaniu nowych brzmień. Okazało się również, że… dość dobrze jej to szło w międzyczasie uczenia się podstaw rysunku cyfrowego.

Nie samą matematyką, fizyką i informatyką przecież żył człowiek, i panienka Stones (czy Schaeffer – niekiedy ją dopadał kryzys odnośnie własnej tożsamości) tak bardzo, jak lubiła cyferki, to podjęła się zadania wyćwiczenia ręki. Różowowłosą zauroczyły prace jednej z dziewczyn ze starszych klas, która otrzymała prawo do wystawienia ich w szkolnej bibliotece, a sama obserwacja jej przy pracy obudziła w niej myśl, że… przecież, mogłaby spróbować.

Tak, definitywnie odkąd znów zaczęła żyć między ludźmi, zaczęła coraz bardziej chcieć poznawać nowe pasje. I skoro i tak porwało ją miksowanie muzyki, to wątki jej myśli poszły dalej… wpadła na pomysł stworzenia swojej własnej okładki. Bo, kto wiedział, może… pewnego dnia… nagrałaby składankę swojego autorstwa? Myśl wydawała się raczej mało prawdopodobna, ale nauczona doświadczeniem, postanowiła się nie poddawać.

Aelita siedziała zatem w półmroku swojego pokoju, z twarzą oświetlaną wyłącznie od ekranu swojego komputera. W niskiej kwocie nabyła tablet graficzny, na którym próbowała narysować… jakkolwiek prostą linię, łączącą się od jednego punktu do drugiego. Starała się wyrobić koordynację między ruchem dłoni a tym, co obserwowała na monitorze, by móc w ogóle ruszyć dalej. Swoją drogą, aż dziw, że od ilości uruchomionych zakładek, ten komputer jeszcze nie wył jak odrzutowiec.

No, co? Skoro wkręciła się w temat, to postanowiła zrobić bardzo rzetelny research. Już wiedziała, jakimi programami powinna się zainteresować, znalazła kilka ciekawych porad oraz darmowe kursy online.

Nie zorientowała się, że ktoś wszedł do pokoju. Słuchawki na uszach wygłuszały dźwięki z jej otoczenia, zapewniając czysty dźwięk. Zresztą, gdyby nawet nie redukcja szumów, to i tak by nic nie usłyszała. Odkryła, że dość dobrze jej się pracowało, kiedy muzyka była bliżej niż dalej od górnej granicy suwaka głośności. O obecności kogoś w pokoju poinformował ją dopiero złapany kątem oka niewyraźny widok dość wysokiej w porównaniu z nią sylwetki.

Szybko zsunęła słuchawki z głowy i zerwała się z krzesła.

William.

Chłopak stał w środku jej pokoju, coś trzymając w rękach.

William stał, opierając się o framugę jej drzwi. Był wieczór. Nie wierzyła, że go widziała: to był cud. Chłopak jakimś cudem wrócił z Lyoko i nie pamiętał, jak do tego doszło, ale… cieszyła się.

Poszedł bliżej. Rozmawiali.

To był błąd, że tak łatwo uwierzyła: bo następne, co zapamiętała, to błysk znaku Xany w jego oczach oraz uderzenie w głowę.

Później nie było nic: póki nie obudziła się w wirtualnej rzeczywistości, wystawiona na macki kradnącego pamięć potwora.

To był moment. Odskoczyła od niego bliżej parapetu. Coś do niej mówił, ale nie słyszała dokładnie. Zaczęła się rozglądać. Oddech przyspieszył. Na klatce piersiowej ktoś sznurował jej żelazny gorset. W uszach szumiało od krwi. Mięśnie się spięły na tyle mocno, by mogła szybko podjąć ucieczkę.

Chwyciła za stojącą na parapecie doniczkę i cisnęła nią w niego. Chciała sobie tylko kupić czas na ucieczkę: nie spodziewała się, że trafi go prosto w głowę.

Nie była ona za duża, ale gliniana. W środku była paprotka, którą dostała chyba od Yumi, kiedy wspomniała jej, że chciałaby nauczyć się hodować rośliny doniczkowe, bo na swój sposób wnosiły ciepło do domu. Przy spotkaniu z czaszką Dunbara najzwyczajniej ona trzasnęła. Chłopak nawet nie zdążył krzyknąć: padł jak długi wśród ziemi do kwiatków, liści oraz kawałków roztrzaskanej glinki.

Aelita cała się trzęsła. Drżącą dłonią zapaliła lampkę przy biurku.

Chłopak leżał nieruchomo. Obok niego leżało pudełko z markerami alkoholowymi oraz związany sznurówką pęczek cienkopisów.

— Och… cholera jasna… — wydusiła z siebie, podchodząc powoli bliżej.

Trochę szybciej przy nim klęknęła i sprawdziła czynności życiowe. Na szczęście oddychał, ale… tą raną na głowie na pewno ktoś będzie musiał się zająć.

— }><{ —

— O żeby to… jasna…

— Już, William… już. Nie wierć się, proszę.

Chłopak ze zrezygnowaniem opadł na poduszkę i ciężko wzdychając, przymknął oczy. Nie spodziewał się ani trochę, że ten dzień skończy się dla niego nieplanowaną wizytą u szkolnej pielęgniarki, która to właśnie dopiero, co opatrzyła mu głowę. Gdzieś w tle słyszał magiczną frazę o telefonie do rodziców, ale, co oni by mogli zrobić? Przylecieć tutaj? Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie oczekiwałby od nich stawienia się w ciągu godziny z cholernej Szkocji tylko dlatego, że… no właśnie, ich syn leżał w gabinecie pielęgniarki, z rozbitą głową, a obok niego siedziała niesamowicie zmartwiona koleżanka, będąca głównym winowajcą tego zamieszania.

I, tak, chciał być z jednej strony zły na Aelitę. Psia krew, bolała go głowa po tym, jak dostał od niej… doniczką. Tak, doniczką, z kwiatkiem. Swoją drogą, to była całkiem ładna paprotka, aż go ciekawiło, skąd ją wytrzasnęła i czemu uznała, że to był odpowiedni na niego kaliber.

Czasami te rozmyślania przerywał mu własny, cichy syk od szczypiącego środka antyseptycznego.

— Zostaniesz tu dzisiaj na noc. — usłyszał od Yolandy. — Wolałabym cię mieć na oku.

— Oh… świetnie. — burknął z wyraźnym przekąsem w głosie.

Kątem oka wychwycił niespokojnie bawiącą się rękawami Aelitę.

Wziął głębszy oddech, starając się zignorować to głupie uczucie kołowania w głowie. Jakby raz cały świat kręcił się wokół niego w lewo… to w prawo… jakoś nie mógł powiedzieć, by to go urządzało. Miał wrażenie, że za moment zwróci kolację, jeżeli ten helikopter, z łaski swojej, po prostu się nie zatrzyma.

Pielęgniarka jeszcze pokręciła się wokół niego i poszła w stronę swojego biurka, by wypełnić dokumentację. Wtedy bliżej podeszła różowowłosa: niepewnie, jakby obawiała się, co mógł na to powiedzieć poszkodowany.

Ten tylko wywrócił oczami.

— Jasna cholera, już się tak nie czaj. — rzucił.

Aelita przełknęła ślinę i przyciągnęła sobie taborecik. Przysiadła się przy kozetce.

— William, ja… nie chciałam… nie chciałam cię skrzywdzić. — spuściła wzrok.

— Kwiatek… to na koniec. — mruknął. Przymknął na krótko oczy, a potem spojrzał na dziewczynę, która niewiele z tego zrozumiała.

— Że… co?

O nie. A co, jeżeli on bredzi od urazu…? Może on powinien być na pogotowiu!?”

— Kobieto… najpierw zakopujesz zwłoki. — powiedział, powoli podnosząc się na łokciach. W trakcie tego kilkukrotnie zabluzgał pod nosem, ale udało mu się w miarę zebrać. — Potem bierzesz kwiatka. Takiego, kurwa, pod ochroną, żeby nie można było tak łatwo wykopać. I wkopujesz w ziemię. A nie, że kwiatkiem się pozbywasz problemu i zostawiasz rozpierdol na miejscu zbrodni.

Aelita zamrugała, nie rozumiejąc kompletnie, do czego dokładnie pił.

— Co Ty… mówisz?

— No jak już planujesz morderstwo, to nie zabieraj się do tego od dupy strony.

— A-ale… nie chciałam…

William westchnął ciężko.

— Chyba… za mocno mnie na to napierdziela łeb, żebym się z tobą kłócił. Weź mi powiedz jedno.

— Tak…?

— Czemu, u licha, paprotką!?

William stał w progu jej pokoju. Później chwilę rozmawiali. A wreszcie w jego oczach pojawił się znak: zabolało i dopadła ją ciemność.

— Wiesz, co… wystraszyłam się, że… to włamywacz. Nie słyszałam cię, i… to… jakoś złapałam pierwsze.

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej robiło jej się za to głupio.

Skrzywdziła go… praktycznie za nic. Chociaż może nie powinien się do niej tak skradać, albo… chociaż zapalić światło, by wiedziała, że to ktoś swój…?

— }><{ —

Dlatego tym bardziej nie spodziewała się, że kilka dni później, po powrocie do pokoju, na biurku zastanie przewiązaną różową wstążką glinianą doniczkę z paprotką.

Wysoce skuteczna broń dalekiego zasięgu P.A.P.R.O.T.K.A., zachowaj wszelkie środku ostrożności podczas użytkowania.

Ps. Masz jakieś przeciwbólowe na stanie?”

Autorka: Morrigan

Sprowadzę cię do domu

Wznoszę się. Nie potrafię nazwać tego uczucia, ale to nie lekkość. Wtedy… chociaż jest to lekkie, to wciąż wyczuwalne. A nie mogę zidentyfikować, czy cokolwiek trzyma mnie w powietrzu – nie ma nic. To bezwład. Dziwnie przyjemna pustka, a zanurzenie się w niej nie wywołuje we mnie strachu.

Nie czuję tego.

Nie czuję… kompletnie nic.

Gdzie jestem? Nie żyję? Nie widzę nic. To nawet nie jest moje ciało. Brakuje… tego poczucia.

Jeżeli wykonuję jakieś ruchy, to wszystko zdaje się być poza mną.

– Gdzie… jesteś…?

Gdzie jestem? Wszędzie, nigdzie?

– Odezwij… się…

Mówię, ale to, co wydobywa się z ust ani trochę nie przypomina mojego głosu.

– Odez… wij…

Nie mogę.

Ale nawet nie jestem w stanie poczuć paniki, pojawia się myśl, że taka powinna nastąpić. Co się dzieje? Czemu wszystko przyjmuję z takim spokojem? Dlaczego nie walczę? Przecież zawsze… walczę…

Jestem… wojownikiem…

Ilekroć otwieram usta, przestrzeń wokół mnie wypełnia się kakofonią mojego zniekształconego – a jednocześnie wyraźniejszego niż zwykle – głosu. Słowa mieszają się. Każde chce wybrzmieć w tej samej chwili, w różnym tonie, echem odbijając się po…

Po jakich ścianach? Przecież ich tu nie ma. Jestem… tylko ja…

Kiedy echa cichną, zapada milczenie nieprzerywane nawet moim własnym oddechem. Tu go nie ma.

Nie ma nic.

Nie ma mnie.

– Mam cię. – słyszę.

A może jednak jestem.

— *** —

Gdzie jestem?

Dym. Czarny jak smoła, leniwie pełznący po ziemi. Gęsty i nie do przejrzenia – grubą warstwą przykrywa nogi aż do kostek. Nie niesie ze sobą jednak charakterystycznego, duszącego smrodu. Nie krztuszę się.

Uścisk palców – nie potrafię powiedzieć: moich, czy obcych? – na skroniach robi się coraz lżejszy. Aż wreszcie znika.

– To ja.

– Gdzie jestem?

– Otwórz oczy. Spójrz na mnie.

– Patrzę.

– Owszem, patrzysz. Ale nie widzisz.

To nie moje dłonie dotykały skroni. Teraz czuję swoje własne ręce, które są opuszczone wzdłuż ciała. Pojawia się coraz więcej bodźców.

– Dokąd mnie zabrałeś?

– Do miejsca, z którego mogę cię odesłać z powrotem, nie martw-…

– Dokąd mnie zabrałeś, XANA?

Skąd we mnie tyle odwagi? Czemu się nie boję? Nie ma zagrożenia. A powinno być. To obce miejsce i nie wiem, co się dzieje, a mimo to… nie drżę. Nie czuję ciężaru paniki.

– Nie XANA. To… to ja.

To on? Czy jestem w stanie uwierzyć na słowo? Skąd cała masa tych dziwnych rzeczy sprzed kilku chwil? Czy to na pewno były tylko chwile? A może minuty? Godziny?

– To… ty?

– Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy… zaufaj mi.

Otwieram oczy, tym razem naprawdę wreszcie widzę. To naprawdę on, William – w swojej czarnej koszulce z czerwonymi rękawami, w dżinsach i z kamaszami: nie ma śladu po czarnym kombinezonie czy znaku XANY na jego czole.

Jakim cudem mnie tu zabrał? Skąd to potrafi? Czy to oznacza również moje opętanie?

– Nie, nie opętałem cię. Jesteś jednak w tej chwili… moją bramą.

Czemu słyszysz moje myśli?

– Ja jakby… sam stworzyłem to miejsce. Jeszcze do końca tego nie rozumiem, ale… mogłem to zrobić. Nie jestem… w swoim awatarze.

Jak?

– Doszło do rozłamu. Wyrwałem się, ale tylko… samą świadomością. Duszą. Nie wiem, czy czytasz fantastykę, ale… to tak, jakbym przeniósł się do dziedziny ducha i zgubił drogę powrotną.

– To czemu on… ty…? – tym razem wydobywam z siebie głos. Ale nie rozumiem momentów, w których nie muszę tego robić, by ten był w stanie mi odpowiedzieć… boję się, o czym w ogóle mogę tu pomyśleć. Ile on z tego wie? Czy grzebie mi w głowie? To jego… świat. Jego wymiar. Jakkolwiek to brzmi.

– Przejąłem go. Udało mi się wreszcie… dorwać swoje ciało. Nawet, jeżeli tylko na chwilę.

A kiedy tam wrócę, to co?, myślę.

– Wtedy lepiej uciekaj, bo to już nie będę ja.

– I dlaczego to mnie złapałeś?

Boże, czuję się w niewytłumaczalny sposób lepiej, kiedy William odpowiada dopiero po tym, jak rzeczywiście zadam pytanie. Nienawidzę, kiedy odpowiada mi na pytania zadane wyłącznie w myśli. Jego miejsce, czy „dziedzina ducha”, cokolwiek to jest, wzbudza we mnie niepokój.

Czy też wzbudzałoby, gdyby tylko nie fakt tego cholernego… spokoju… normalnie przecież już dawno bym go zaatakował.

– Słaby masz refleks, Stern. – gdyby nie okoliczności, właśnie bym mu starł ten uśmieszek z twarzy własną pięścią. Ale nie mam nawet katany. I nie wiem, czemu dalej tak spokojnie stoję.

Powinienem być przerażony, ale nie jestem.

Porwał mnie?

– Musiałem. Kogokolwiek. Sprowadź mnie do domu.

Próbujemy. Cały czas, kurwa, próbujemy – ale się wymykasz!

– To nie ja. To mój awatar, który cały czas gonicie. Jest… chwilowo bezpański, zajęty przez XANĘ. Czuję to. Muszę… przejąć własne ciało. Sprowadź mnie do niego. Będę… po prostu musiał sobie z ciebie zrobić bramę przejściową.

– A teraz co, przejmiesz moje, Dunbar!?

– Nie. – szybko odpowiada, jakby speszony; aż robi mi się głupio za to naskoczenie – Oczywiście, że nie. Nie chcę tego. Nie przejmę cię. Za dobrze wiem, jak bardzo to…

Nie kończy, ale nie musi. Czuję jednak ten potrzask… to trwa krótko, ale jest dość wymowne.

– Boli. – dopowiadam za niego.

William kiwa głową. Ciężko mi określić jego minę. Nawet nie wiem, jaką mogę mieć ja. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego się nie boję…

– Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak ciężko mi wywołać u ciebie poczucie bezpieczeństwa. – uśmiecha się, może i nie tak wrednie jak wcześniej choć podobnie krótko, a ja… nie rozumiem. Niczego… nie rozumiem.

Jak tego dokonał, wyciągnął własną świadomość z zainfekowanego „pudełka”? Co zrobił, że stworzył własną przestrzeń i dowiaduję się o tym dopiero teraz? Czemu ja? Naprawdę byłem aż tak wolny? Co też dzieje się w Lyoko? Przypominam sobie coraz więcej szczegółów: w tym, misję.

– Jak niby mam to zrobić?

I czemu właściwie ja? Dla mnie mógłbyś tu… no właśnie… nie. Odkąd tu tkwisz, to… coraz mniej mam takich myśli, że mógłbyś nie wracać na ziemię. Przecież… to byłoby zabójstwo.

Bo Dunbar wlazł tu, ponieważ ktoś musiał.

Czuję się nagle źle z tymi myślami, kiedy widzę, ze on… tu jest.

– Co teraz dzieje się na pustyni?

– Nie wiem. Zużywam większość sil na podtrzymanie łączności, na trzymaniu cię tutaj.

– Gdzie twoja broń? Moja?

– Nie chciałem, byś ją tutaj miał. A możliwość wciągnięcia cię do mojego „wymiaru”… – tutaj uniósł dłonie i zrobił gest cudzysłowu manualnego – …chyba jest wystarczająco silna?

Przez spływający na mnie spokój jestem tak opanowany, że aż to irytuje.

– I jak mam to zrobić? – pytam ponownie.

– Nie wiem.

Chcę kląć. Chcę go zbluzgać, wyzwać, kazać puknąć się w łeb i jeżeli chce mnie zabierać do jakiejś swojej „duchowej piwnicy”, to niech najpierw ma jakiś plan do przedstawienia. Ale mina Williama… nagle mnie ucisza.

Pojawia się nagle zrozumienie, bo czuję… desperację. Strach. On… się boi? Oczywiście, że się boi… nie chce tu być…

Mówię szybciej, niż jestem w stanie pomyśleć nad tym, jak wielką te słowa mają wagę. Przecież… to obietnica…

Dlaczego ją składam?

– Ja…

Zacinam się.

Ale to chce się ze mnie uwolnić. Jeżeli ten kiep mnie ku temu manipuluje tak, jak trzyma mnie usilnie przy spokoju… to kiedy tylko wróci na ziemię, osobiście skopię mu za to dupsko.

– Sprowadzę… cię do domu…

Autorka: Morrigan

Tam (gdzie)

Na skraju zimnej podłogi, tuż przy miejscu, gdzie od świata zewnętrznego powinna odgradzać go ściana budynku, leżał chłopak. Nie był ranny. Ubrania nie nosiły śladów jakiejkolwiek szarpaniny. Oddychał, tyle zdołał zauważyć. Zatem żył, ale… co tu w ogóle robił?

Co on sam tu robił?

Powoli podchodził bliżej. Nad miastem rozpościerało się wielobarwne, nocne niebo. Nocne…? Było jaśniejsze niż zwykle, ale gwiazdy dalej dało się swobodnie łączyć w gwiazdozbiory. Część z nich doskonale znał, ale pojawiło się wiele nowych. Dodatkowo, zrobiły się jaśniejsze i samo niebo zrobiło się nimi wiele bardziej nakrapiane. Księżyc również zmienił swój rozmiar – nigdy w życiu nie widział, by ten mógł być aż tak wielki. Miał wrażenie, że to dlatego to niebo było wiele jaśniejsze, niż zwykle… i bardziej kolorowe, ale tutaj już nie miał pewności. Ale widział wszystko.

Widział wszystko, doskonale.

W powietrzu unosiły się kawałki gruzów miasta.

Na miejscu tamtego chłopaka nagle leżała dziewczyna. Zdezorientowany, cofnął się do tyłu o krok. Nie zauważył kiedy doszło do tej zmiany.

Kolejny przeskok. Kolejna postać. Inny chłopak. Wtedy właśnie zorientował się, że znał każde z nich. To byli jego przyjaciele.

Jesteście przeklęci wolną wolą”.

Zignorował głos. Podchodził bliżej i bliżej przyjaciela (kolejnego) oraz krawędzi. Czuł konieczność bycia ostrożnym, jakby ta podłoga w każdej chwili miała się pod nimi załamać i zabrać ich wszystkich w przepaść. W dół. W nicość.

Kiedy był jednak w stanie kucnąć przy nieprzytomnym, widział również to, co znajdowało się poza zimnym, na w pół ogołoconym z paneli podłogowym betonem.

Pod nimi była woda. Odbijały się w niej przedziwne kolory nieba – fiolety, zielenie, błękity i czerwienie – skrzyły gwiazdy i zaglądał w nią księżyc. Pod taflą ginęły zarysy miasta, które do tej pory przecież widział tak wyraźnie.

Gdzie był?

Gdzie on wylądował…?

Zostaliście wybrani, ale musicie wybrać według samych siebie”.

Przykucnął tak, by przyjaciel znajdował się na około krok za nim. Postać zresztą ponownie się zmieniła.

Wyciągnął dłoń w kierunku tafli wody. Chciał jej dotknąć. Tego nie powinno tu być. Ich tu również nie powinno. Co zniszczyło miasto?

Nie zobaczył własnego odbicia w wodzie i nawet na to w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi. Woda była przyjemna w dotyku, niezbyt zimna. Zanurzył w niej rękę po nadgarstek, zamącił nią. Tafla, po uspokojeniu się, ponownie pokazywała dziwne niebo, ale nie jego odbicie.

Ono przyszło zza niego – zobaczył, jak jego sylwetka stanęła nad tą samą krawędzią, nad którą przycupnął.

Pojawił się nagły ból od szarpnięcia za włosy i głowa odskoczyła do tyłu. Odruchowo wystrzelił dłonie, byleby wyrwać się z potrzasku.

Spojrzał sam sobie w oczy. Nie słyszał głosu, ale widział twarz niczym beznamiętną maskę i poruszające się usta.

– Obudź… się…

– Co ty… p-puść…!

„…wybrani. Wybierzcie… on nie… wygrać… nie pozwoli…”

– Obudź się!

Nie masz nade… żadne… władzy…”

– Obudź się! To tylko sen.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

– Chłopie, nie wierzgaj tak…!

Rozległ się jednak krótki wrzask i w powietrze wystrzeliły ręce. Po pokoju poniósł się głuchy odgłos uderzenia. Za moment dołączył do tego huk kolan uderzających o podłogę.

– O kurwa… zajebana… twoja w dupę mać!

– Puszczaj! …huh?

Tak, jak jeszcze przed chwilą chciał się bronić, teraz opuściła go cała pewność.

Jego współlokator bardzo rzadko tak bluzgał. Ba, praktycznie wcale, ale tym razem z jakiegoś powodu zdecydował się na puszczenie wiązanki. Może dlatego, że trzymał się oto za nos i podpierał się łokciem, próbując przetworzyć, do czego właśnie doszło?

– Cholera jasna – burknął chłopak, odrywając dłoń od twarzy. Przyjrzał się jej wnętrzu i odetchnął z ulgą, nie widząc tam krwi.

Odd Della Robbia miał dość duży problem z wyjaśnieniem, jak znaleźli się w tej sytuacji i dlaczego zareagował w tak gwałtowny sposób. Usiadł spokojnie na swoim łóżku i obserwował zbierającego się z ziemi Ulricha. Chyba nie był w dobrym humorze. Machnął ręką i wstał sam, mimo propozycji pomocy z jego strony.

– Wierzgałeś się, jakbym miał cię udusić we śnie. – w porządku, brzmiał trochę zabawnie z tym nosem, przez ten cios jaki zarobił. Tyle, że do śmiechu mu wcale nie było.

– Ale… co ty mówisz…? – Odd zamrugał i przetarł oczy i ponownie spojrzał na współlokatora.

Ulrich nie miał pewności, co powinien z nim zrobić. Miał… kilka opcji. Mógł opowiedzieć mu skrótowo, jak znaleźli się w tym położeniu. Z drugiej strony miał ochotę to lać i stwierdzić, że i tak nigdy w ten sposób do niczego z Oddem nie doszedł. Ewentualnie, mógł mu strzelić w nos w ramach wyrównania rachunków. Wyszliby na czysto i nie musieliby więcej wracać do tematu. I ta ostatnia opcja kusiła najbardziej. Bardzo, jeżeli miał być szczery. Ale, zakładało to, że będąc w raczej średnim nastroju, precyzyjnie wycyrkluje cios na tyle, by nie trzeba było ani biec po pielęgniarkę, ani po czarny worek.

– Zasadniczo to, co usłyszałeś. Chciałem cię obudzić i mi przyjebałeś w twarz – Stern odwrócił się i wrócił na własne łóżko.

Odd zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy.

Śniło mu się coś na tyle dziwnego, że tego nie grali nawet w Lyoko. Nigdy nie widział tam podobnego miejsca. Nie oglądał filmu, nie czytał komiksu ani nie grał w grę, gdzie takie coś by występowało.

Po drugie, Ulrich był jedną z postaci, jaką zobaczył tam na ziemi. Chyba… pierwszą.

Tam, na krawędzi. Tam.

– E… heh… wiesz, jak to czasami… – Odd zaśmiał się nerwowo. – Walczyłem!

– Z głupotą. Chyba wyszło na remis, ale nie wiem, której. Bezdennej, czy bezbrzeżnej – Ulrich wywrócił oczami i przyłożył głowę do poduszki.

– Oh, kochany jesteś…

Odd powstrzymał się przed wywróceniem oczami. Sam położył się z powrotem, kiedy Ulrich sięgał do wyłącznika swojej lampki nocnej.

Pokój znowu pogrążył się w ciemności.

Włoch wciąż pomiędzy ścianami świadomości widział rozgwieżdżone, kolorowe niebo, zimną podłogę i przyjaciół.

-·=»‡«=·–·=»‡«=·-

Przeklęci wolną wolą zostali wybrani, ale muszą wybrać według samych siebie.”

Autorka: Morrigan

What have you become?

Minął miesiąc. Miesiąc od kiedy Xana został pokonany, miesiąc od kiedy został wyciągnięty z piekła, miesiąc od kiedy ten rozdział został zamknięty. Miesiąc, od kiedy wszyscy kopnęli go w tyłek i powiedzieli, by radził sobie sam.

William Dunbar był więźniem Xany. Trafił do piekła przez własną głupotę, a przynajmniej według reszty grupy właśnie tak to wyglądało. Wpadł przez to, że postanowił porwać się z motyką na słońce. I porwał się, dowiedział się w końcu czego tak pilnie strzegła Yumi i szczerze mówiąc – gdyby mógł cofnąłby się w czasie i zamknąłby sobie tą niewyparzoną gębę.

Ten, kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Płacił za swoje opętanie każdego dnia, podczas, gdy wszyscy myśleli, że nie pamiętał. Ale nie mieli powodu, by pytać, czy wszystko było w porządku. Natomiast on rozpaczliwie prosił, by ktokolwiek wystosował w jego kierunku to durne pytanie. I cholera, jak żałował, że sam nie potrafi o tym gadać. Nie umiał zmusić siebie do wrażliwości, do wylania z siebie wszystkiego co najgorsze. Był wrażliwy, ale nie miał w zwyczaju dużo o sobie mówić.

Xana postanowił się bawić, traktować go jak pieprzoną zabawkę, bo mógł i miał do tego środki. Rozpętał dookoła chłopaka piekło i zaczął wmawiać, że przecież była to jego wina. Zaczął zabijać, mordować jego najbliższą rodzinę, osoby, które uważał za przyjaciół, a potem wcisnął mu w dłoń nóż i powiedział, że to jego wina. A William uwierzył.

Od kiedy go ściągnęli każdej nocy kręcił się w łóżku, przewracał z boku na bok, mówił coś pod nosem, nieświadomie przykrywał głowę poduszką. Śnił, przypominał sobie, widział to coraz wyraźniej. I dobrze wiedział, że każdy z wojowników ma go głęboko gdzieś. Nawet Aelita, którą uważał za tą najbardziej rozumiejącą, za zdrowy rozsądek grupy.

Ale w końcu poszła ona za resztą. Zresztą, nie miała powodu, wystarczającego motywu, by stanąć po stronie Anglika. Byłoby to szalone, gdyby właśnie stanęła po jego stronie.

Budził się z krzykiem, zalany łzami, alarmując pół piętra w internacie, użerając się następnego dnia z debilami, którzy zapomnieli piątej klepki, uznając, że świetną aktywnością będzie podkładanie mu kolejnych kłód pod nogi. Z czasem nauczył się zagłuszać krzyki, zakrywać sobie usta, pchać w nie wszystko co popadnie, od kołdry zaczynając na własnej dłoni kończąc. Wszystko byleby był cicho.

Tej nocy w ogóle nie spał, bardziej myślał. Ostatnio sprawiał więcej problemów niż się spodziewano, a po nim można było spodziewać się wszystkiego. W końcu z poprzedniej szkoły został wyrzucony za rozwieszanie listów miłosnych. Wszyscy powoli tracili do niego cierpliwość i nawet jeśli zrobił coś dobrego to i tak zbierał bęcki. 

Fabryka od zawsze była opuszczonym miejscem, odrobinę upiornym, gdy zapadała noc. Jednak przestawało go to obchodzić, wszystko przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Może dlatego tak łatwo było mu przekroczyć próg budynku, zsunąć się po linie, wejść do windy.

Reszta grupy w pewnym sensie wciąż widziała w nim wroga, pomiota Xany. Patrzyli na niego i widzieli problem, być może nawet potwora. Nie był już człowiekiem, kimś kogo napadnięto podstępem. W ich oczach był nieudacznikiem, mało tego, był nim nawet we własnych oczach. Patrzył w lustro i doskonale wiedział kim jest – małolatem, który porwał się z wielkim mieczem na niemal nieśmiertelną Scyfozoe.

Way to go, Dunbar.

Nacisnął przycisk, zjechał na piętro niżej, do interfejsu Superkomputera. Nie chciał włączać komputera, nie przyszło mu to nawet do głowy. Patrzył tylko na maszynę zaciskając pięści, kląć pod nosem po angielsku. Gotowało się w nim.

Chwycił coś w ręce, chyba metalową rurkę, to co było najbliżej. Podszedł do komputera, uniósł ręce. Cisnął metalem w klawiaturę, następnie w monitory. Dał się porwać, uderzał i uderzał. Krzyczał, a niedługo potem do krzyku dołączyły również łzy.

Kim był? Czym się stał?

What have you become?

Zaległ w końcu na podłodze, klęcząc otoczony szczątkami porządnie uszkodzonej maszyny. Jeremie pewnie nieźle by się na niego wydarł, a reszta poszłaby za nim. Wypuścił rurę z uścisku, oddychając niespokojnie, łapczywie. Przewrócił się na podłogę, runął jak długi. Zakrył oczy, a następnie uszy. To wszystko było takie pojebane.

Był na granicy. Stał się potworem, od dłuższej chwili nim był. 

Stop looking for monsters under your bed.

You are the monster.

Autor: Finley