Trzepot skrzydeł…

Zimna wojna zbliżała się wielkimi krokami do końca. Sowieci byli gotowi przeznaczać ogromne zasoby gotówki i ludzi na szalone projekty naukowców z wypaczonym spojrzeniem na etykę. W tym momencie właśnie Anthea Montalti, włoska neurobiolog z potężnymi przyjaciółmi w partii, sprzedała temu śmiesznemu ministerstwu, które finansowało też m.in. badania paranormalne, wizję nie do zignorowania.

„Co, gdyby Związek Radziecki mógł zdobyć broń dużo potężniejszą, niż rosnące w silosach stosy amerykańskich atomówek?

Co, gdyby wyruszył w podróż do zupełnie nowego lądu, dużo bardziej wartego zdobycia i bardziej niesamowitego niż sam Księżyc?”

Montalti chciała stworzyć superczłowieka przez digitalizację ludzkiego umysłu. Drogą, jaką miała ją tam zaprowadzić była szalona, acz genialna teoria Waldemara Schaeffera, poczciwego polskiego fizyka niemieckiego pochodzenia. I największego wizjonera naszych czasów. Tak oto ruszył projekt Kartagina, w którym zespół badawczy w serii makabrycznych eksperymentów Anthei i niesamowitych eksperymentów „Walda” przy akompaniamencie tragicznych konsekwencji powoli odkrywał „wszechświat w butelce”. Całą równoległą rzeczywistość wirtualną, pełną niewyobrażalnych niebezpieczeństw. Ale ich to nie zatrzymało. Nie od razu, w każdym razie. Dzień po dniu, wytrwale przekraczali granice, których nikt nie powinien przekraczać. A to wszystko targane wiatrami polityki, szpiegostwa naukowego, rozterek moralnych, realiów epoki, rodzącego się romansu…

– O czym ty pieprzysz tym dzieciakom?

Lowell Tyron przeniósł wzrok ze swojej małoletniej widowni – dwójki chłopców, którzy przerwali zabawę na podwórku, by posłuchać bajdurzenia osiedlowego pijaka – na wracającego do domu po dniu pracy mężczyznę.

Spojrzał sąsiadowi z klatki B, trzecie piętro, głęboko w oczy.

– Tak się zaczął koniec świata. I już nic go nie zatrzyma.

Autor: Qazqweop

Oko

9:02 12 marca 1981

Lokalizacja: <brak danych>

Papierowy kubek zafurkotał w miejscu, uderzony niespodziewaniem strumieniem wrzątku. Waldo wiedział, że maszyna potrafiła być szczególnie kapryśna, ale jego myśli błądziły zbyt daleko od trywialnej czynności parzenia porannej kawy, by zwrócić na to uwagę.

– Proszę – przywitała się Anthea z ciepłym uśmiechem, podając fizykowi napój, który szybkim ruchem uratowała przed niechybnym wylądowaniem na podłodze.

– Hej – odparł Waldo, z równie ciepłym, choć trochę niezręcznym uśmiechem, wyrwany ze swoich rozmyślań.

– O czym dzisiaj marzymy?

– Stabilizacja przepły… Nic takiego.

Anthea roześmiała się serdecznie na tą reakcję.

– Wiem, że to nie moja działka, ale może się mną zainspirujesz. Znowu – dodała z wesołym przekąsem.

Waldo tylko westchnął głęboko w udawanej irytacji i nachylił się nad blatem. Wyciągnął z kieszeni garść pomiętych karteczek z notatnika i chwilę przebierał przez nie, aż znalazł czystą.

Czy może raczej nie czystą, a niezapisaną – zwróciła w myśli uwagę Anthea.

Schaeffer wziął do ręki długopis i pokazał skinieniem, by neurolożka podeszła. Anthea nachyliła się nad karteczką i pozwoliła, by jej długie różowe włosy spłynęły niby przypadkiem na ramię Walda.

– Upraszczając, chodzi o to, że mamy główną matrycę – przy tych słowach narysował na środku kartki koło – która przyjmuje moderowany impuls ze świata wirtualnego, przesunięty w fazie o pewien kąt alfa – dodał na dole krótką kreskę prowadzącą do okręgu, odchyloną nieco od pionu – i chcemy ją kierunkować na zewnątrz – kolejna krótka kreska na górze, pionowa – i sygnał przechodzi, ale z jakiegoś powodu zostaje widmo w jądrze – jeszcze jedno, mniejsze koło, wewnątrz poprzedniego – Jakaś retencja, której nie potrafimy na razie wyjaśnić.

– Nie możemy po prostu wzmocnić sygnału? – Anthea łagodnie wyjęła długopis z dłoni Schaeffera i przedłużyła linię na górze rysunku.

– Moglibyśmy, ale mówimy o energiach tak dużych, że jego zmienność na wyjściu byłaby niebezpieczna.  

– To może… Może ustabilizować sygnał, dodając kolejny impuls w przeciwfazie? – odparła po chwili namysłu badaczka i dorysowała kolejną krótką, odchyloną kreskę, symetrycznie po drugiej stronie.

Waldo spojrzał na cały schemat, a następnie uśmiechnął się, zmiął kartkę i wyrzucił do kosza.

– To by było sprytne. Ale nie ma tak łatwo. Zgranie tych przesunięć fazowych na poziomie kwantowym – to niewykonalne. Co więcej, nigdy nie będzie wykonalne. Efekt kwantowy, z którym mamy do czynienia, jest z natury zbyt nieprzewidywalny. Kompletnie losowy.

– Typowe fizyczne myślenie. Zawsze jest jakiś wzór. Zaufaj biologowi.

– Nie tym razem. Zaufaj fizykowi. Daję głowę.

Autor: Qazqweop

Dunbar do sześcianu

– To be or not to be – that’s the question! – krzyczy Hamlet, trzymając w dłoni ludzką czaszkę. Krążył po scenie, prowadził swój monolog bardzo rzetelnie. Dba o szczegóły oddane w tym dramacie. Wszyscy, którzy siedzą w teatrze, bez problemu rozumieją same jego słowa, wręcz wyśmiewają je. Drwią z jego poetyckiej i filozoficznej natury. Słyszę szmery kilku osób ze swojej klasy pełne pogardy.

Co za ignorancja…

Spoglądam po chwili jeszcze raz na deski francuskiego teatru. Nie ma już żadnych rekwizytów. Przecieram oczy ze zdumienia. Nadal bez zmian. Scena jest pusta, a czerwona kotara zamyka dostęp do świata Hamleta.

A co z czaszką?  Dlaczego każdy o niej zapomina?

Przecież ona musi gdzieś być… Ale bym to zauważył.

            Dzwoni głucho dzwonek. Uczniowie powoli wstają z krzeseł, zabierają swoje rzeczy i żwawo dyskutują na pewno nie o obejrzanym przed sekundą dramacie. Nie słucham jednak nikogo. Cały czas myślę o tej wypalonej kości…

Szybko. Zdecydowanie za szybko.

            – Pamiętajcie, za dwa dni klasówka z lektury. Przygotujcie się dobrze! – mówi nauczycielka, jednak gwar uczniów ją zagłusza. Koniec końców nikt się nie przygotuje. Jak zwykle. Uroki profilu matematycznego.

            Spoglądam jeszcze raz na nią. Czy kiedykolwiek zauważyła, jak bardzo jest piękna? Wyróżnia się na tle wielu innych dziewczyn z naszej szkoły. Wysoka, szczupła z dużo jaśniejszą karnacją. Niebieskie oczy tak ciekawe otaczającego ją świata. Wąski uśmiech, jednak figlarny. Nigdy nie jest wymuszany. Czarne włosy czasami opadające na twarz. Zawsze w glanach. Zawsze w sweterku. Zawsze w spodniach. Inne kolory dla niej nie istniały.

            Yumi jest przepiękna. Nie to co panna Elizabeth… Sissi? Jak ona koniec końców miała na imię? Jeden powie tak, a drugi w inny sposób. I jak tu się połapać w tych wszystkich dziewczęcych głupotkach…

            Dobrze, że ona taka nie jest. Jest wyjątkowa. Tak samo intrygująca, jak… kiedyś.

            Jaki dzisiaj dzień tygodnia?

            Przechodzę przez dziedziniec, topiąc się w tłum uczniów Internatu, gdzie każdy wygląda tak samo. Mało kto wyróżnia się z tłumu. Moda przemijała, a jednak wszyscy wydają się zupełnie identyczni. Kiedyś musiało być chyba inaczej. Widzę, jak Yumi rozmawia z jakąś koleżanką. Podchodzę do nich, chcąc się przywitać.

            One jednak uciekają. Powód? Muszą coś pilnie załatwić u Jima Moralesa.

To nie jest pierwsze takie wytłumaczenie. Cały czas mam wrażenie, że mnie unika. Jakbym coś jej złego zrobił lub najbliższym osobom. Chciałbym się wszystkiego dowiedzieć. A nie mogę. Wszyscy mnie traktują jak jakiegoś obcego.

            Dziwny jest ten świat.

~*~

            – Cześć Yumi! – witam się z nią, udając zadowolenie. Jej znajomi jednak mieli inne podejście. W powietrzu już było czuć, że nie jestem tutaj mile widziany. Wręcz na twarzach gościło zaskoczenie.

            Najpierw niski i szczupły blondyn. Zawsze z czarnymi, okrągłymi okularami, posępną miną oraz niezwykle ważną torbą, z którą się nie rozstawał. Znany jako najlepszy uczeń w szkole – Jeremie Bepois.

            – Pamiętasz coś? – pyta mnie, z opanowaniem w głowie. Poprawia okulary na nosie. Czyli nie spodziewał się mojej nieobecności. Jednak skąd on mnie zna? Nie pamiętam, żebym coś w ostatnim czasie nabroił. Tutaj jestem grzeczny. W poprzedniej szkole zawiesiłem list miłosny na samochodzie dyrektora poprzedniej placówki. Wyjątkowo dziwna sytuacja w moim życiu.

            – Odpowiesz, czy nie? – pyta ze złością ktoś inny. Przyglądam mu się.

            Trochę wyższy od prymusa, jednak nadal niższy od niej. Brązowe włosy, krótkie, w delikatnym nieładzie. Ciemnozielona kurtka zestawiona z jeansami. Ręce trzyma w kieszeni. Spogląda na mnie z pogardą. Nie mam pojęcia, dlaczego – nawet go nie znam. Wychodzi jednak, że powinienem. Zabawnie to wyglądało, mimo, że w tej chwili nie było mi kompletnie do śmiechu.

            Odwracam się do Belpoisa i odpowiadam, udając:

            – Nie mam pojęcia o czym mówisz. 

            – Czyżby? Geromino! – krzyczy ktoś, chcąc mnie zaatakować. Odwracam się w ostatniej chwili i łapię szaleńca, a następnie odpycham go od siebie. Najniższy z całej grupy. Ubrany cały na fioletowo. Blond włosy ułożone w jeden wielki irokez. Z oczu widać szaleństwo. Nie wiem, co by się stało, gdybym w porę nie zareagował.

            – Głupi jesteś? – pytam zirytowany. – Mogłeś mi kark złamać!

Zbrodnia w biały dzień.

            – Czyli nic. Szkoda. Zabawnie było z twoim… – zaczyna mówić blondyn, jednak brunet patrzy na niego spode łba, przez co nie odpowiada, o kogo tak naprawdę chodzi. Nie mogę. Nie mogę znieść tej ciągłej niewiedzy. Przecież chodziłem tutaj normalnie do szkoły, jak każdy nastolatek.

            – Możecie mi powiedzieć, co się do jasnej cholery stało? Kim wy w ogóle jesteście? – pytam zdezorientowany sytuacją. Trzech nieznanych mi ludzi wypytuje się o moją pamięć. Czyli coś musiało się zdarzyć.

            – Jest gorzej, niż sądziłem… – mruczy pod nosem prymus. Przyglądam się dziewczynie obok niego. Różowe włosy ścięte na pazia. Sukienka oraz buty za kolana w podobnych odcieniach koloru. Przerażenie na twarzy. Ogromne przerażenie.

            – Wiesz co, musimy się zbierać… yyy… za lekcje – mówi szaleniec z niezręcznym uśmiechem na twarzy. Przyjaciele Yumi zabierają po kolei swoje plecaki. Dzwonka jeszcze nie było. Przecież dopiero przerwa się zaczęła. W dodatku obiadowa.

Przecież widzę, że kłamiesz.

Po kilku sekundach na dziedzińcu jestem sam. To było bardzo dziwne.

~*~

            Przechodząc po dziedzińcu, znaczna część uczniów patrzy na mnie z zaskoczeniem. Dlaczego ja znowu nic nie wiem? Mam iść do dyrektora, czy co innego zrobić? Znowu zmienić szkołę? Dopiero, co się przeprowadziłem. Mam całkiem dobre stopnie, jak na obcokrajowca. Tak sądzę.

            Yumi. Muszę z nią koniecznie porozmawiać.

            – O proszę, kogo my tutaj mamy! – słyszę głos najgorszej osoby, jaka mogła się teraz tutaj przytrafić. Samo pastwo nieszczęść. Naczelny motywator wychowania fizycznego, który podjął się więcej prac, niż sam Herkules. Okaz zdrowia, któremu zawsze strzela kręgosłup i nigdy nie opowiada szczegółów ze swojego życia. Oprócz tego, że coś robił w młodości.

            Jim Morales, w całej okazałości. Odrobinę wyższy ode mnie, do chudych nie należy. Zawsze w czerwono-szarym dresie, opasce na czole i plastrze na pół czoła. Nikt nie wie, co mu się stało. Zawsze woli o tym nie mówić.

– Dunbar, do gabinetu dyrektora. Rodzice po ciebie przyjechali.

            Cholera, musiałem coś narobić tutaj. Po prostu, musiałem.

            Ale dlaczego ja tego nie pamiętam?

~*~

            – Synku! – krzyczy z radości moja mama, przytula mnie. Naprawdę się mną przejęła? Szczególnie po tym, co zrobiłem? Zhańbiłem nazwisko Dunbar niecałe pół roku temu.                  – Witaj ponownie – mówi mój ojciec, z lekkim uśmiechem na twarzy. Niemożliwe. Ten wiecznie gburowaty i zapracowany człowiek spojrzał na mnie empatycznie. Coś musiało się poważnego stać, skoro przyjechał tutaj bez żadnego problemu.

            W oddali chrząka dyrektor Internatu – Jean-Pierre Delmas. Około pięćdziesięcioletni mężczyzna, zawsze mający na sobie stary, znoszony garnitur oraz okulary, robiące z niego podstarzałego profesora na wydziale paleontologii. Do tego w zestawie szara broda z wąsami. Wiem jedynie, że uczy się tutaj jego córka. Nie pamiętam jej. Jak to możliwe?

            – Cieszymy się, Williamie z twojego powrotu.

            Jakiego powrotu?

            – Nawet nie wiesz, jak rodzice się o ciebie martwili. Zachowałeś się skrajnie nieodpowiedzialnie.

            Ale co ja zrobiłem?

            – Szukała ciebie policja oraz inne służby ratunkowe w całym mieście.

            Uciekłem?

            – Z racji, że poszukiwania były naprawdę poważne, musisz w tej chwili nam wyjaśnić, co zrobiłeś. Słuchamy – po tych słowach dyrektor splata ręce. Żąda wyjaśnień.

            Myśl, Dunbar. Cokolwiek powiedz, żeby mogli dać ci spokój.

            – Panie Delmas, bardzo prosimy – zaczyna matka. – My z synem porozmawiamy w domu. Już jutro go zabierzemy. Wszystko sobie wyjaśnimy.

            Co mam wam wyjaśnić, jak sam nie wiem, co się stało?!

            – Oczywiście koszty za wzywanie służb poniesiemy. Nie chcemy już dzisiaj zamęczać Williama – dopowiada ojciec, wtórując.

            Najlepiej, dajcie mi wszyscy spokój. Mam dosyć tego.

            Wtem widzę w szybie jakiś znak. Skądś go znam. Trzy pierścienie i kreski. Wszystko połączone w dziwne kółko w kolorze czerwonym. Muszę je zobaczyć z bliska.

            Wstaję. Rozmowa dorosłych ucicha. Czuję ich wzrok na plecach, jednak nie odwracam się. Podchodzę do okna. Chcę dotknąć znak. Gdy tylko moja dłoń się do niego zbliża, on znika. Zamienia się w biały pył, który zwiewa wiatr do przodu.

            – Synku, czy wszystko dobrze? – pyta matka. Nie jestem w stanie jej spojrzeć w oczy.

            – Tak – odpowiadam – Kiepsko się czuję. Chciałbym pójść do pokoju.

            – Idź. My dokończymy rozmowę z dyrektorem – mówi matka ze współczuciem.

            – W domu porozmawiamy – dodaje ojciec, poważnym tonem. Nic się nie zmieniło.

            Wybiegam z gabinetu. Muszę znaleźć Yumi. Jak najszybciej. Zanim odejdę.

~*~

            Zauważam ją. Wraca sama. Biegnę do niej, zatrzymuję. Jest zaskoczona.

            – Coś się stało?

            – Owszem. Musisz mi to powiedzieć.

            – Co mam powiedzieć? – pyta zaskoczona.

            – Doskonale wiesz, co. – odpowiadam, jeszcze opanowany.

            – Nie wiem.

            – Twoja banda dzisiaj dziwnie się zachowywała. Prymus mnie pyta, czy cokolwiek pamiętam. Jakiś nędzny piłkarz…

            – Uważaj na słowa! – przerywa mi monolog.

            – Nieistotne. Ktoś wywiera na mnie presję, a jakiś mały kurdupel próbuje mnie zabić.

            Chwilowa cisza. Przeraziłem ją. Nie chciałem. Nie taki był plan.

            – Proszę, powiedz mi. Co zrobiłem? – błagam ją o odpowiedź.     

            – William – zaczyna. Przełykam głośno ślinę. Może wreszcie będę cokolwiek wiedzieć. Mam nadzieję. – Przepraszam. Nie mogę ci powiedzieć.

            – Dlaczego?

            – Przepraszam – mówi, po czym wymyka się z mojego uścisku i idzie do domu. Spoglądam jeszcze na nią, zanim skręca w lewą alejkę. Dlaczego ty mi to robisz?

~*~

            Wracam do pokoju. Zupełnie nie wiem, co robić. Jak się zachować w tym wszystkim, co ponoć złego zrobiłem. Tak okropnego, że nawet ona przestała się do mnie odzywać, a jej znajomi patrzą na mnie krzywo.         

            Coś mam na biurku. Zapakowane, czarne pudełko z lśniącą, złotą wstążką. Podchodzę bliżej. Adresata brak. Czy ktoś przypadkiem się nie pomylił?

            Otwieram paczkę. W środku jest ludzka czaszka. Jasna cholera.

            Odsuwam się od zawartości. Serce bije coraz szybciej, a krzyk nie może przejść przez gardło. Tego wszystkiego jest dzisiaj za dużo. Zdecydowanie za dużo. Zupełnie jak w jakiejś grze, jakbym nagle dostał amnezji.

            Kiedy oddech wraca do normy, podchodzę jeszcze raz do pudełka. Zauważam ten sam znak. Identyczny, co w gabinecie dyrektora. Dotykam go – ten nie ucieka. Jest on na płacie czołowym. Wyciągam czaszkę z kartonu. Unoszę ją lekko do góry.

„To be or not to be – that’s the question.”

Dokładnie, Hamlecie. Właśnie tak. Czy być tutaj, czy jednak nie być.

Autorka: Azize

Tylko wciąż… czegoś mi brakuje

Skarbie, jak było na kursie?
– A, wiesz, mamo… jak to na kursie. Dobrze, ale… długo i męcząco.
Pani Ishiyama potaknęła, nie przerywając krojenia marchewki do zupy. Już z kuchni usłyszała szmer odkładanego plecaka, zdejmowanych butów i wieszanej kurtki w przedpokoju. Jak zwykle w okolicach godziny osiemnastej, robiła dzieciom kolację i przygotowywała składniki do obiadu na następny dzień. Skupiona na codziennej rutynie, odtwarzała ruchy córki w głowie, nawet nie patrząc w jej stronę, odwrócona tyłem do korytarza, w stronę blatu.
Odezwała się dopiero, gdy Yumi przyszła do kuchni i usiadła na stołku barowym.
– Kochanie. Wiem, że jest ci ciężko. Na pewno nauka tutaj jest… inna, niż we Francji. Ale, wszyscy to przechodziliśmy. Ja, tata, twoi dziadkowie… całe nasze kształcenie odbywało się w Japonii. To po prostu kwestia…
– … czasu. Tak. Mówisz mi o tym od co najmniej pół roku.
– Bo jakoś wcześniej nie widziałam aż takiego zniechęcenia w twoim zachowaniu.
Kobieta odwróciła się w stronę swojej córki.
Oto kobieta bliska sześćdziesiątki właśnie mierzyła wzrokiem swoje najstarsze dziecko. Gdyby były podobnie ubrane, przypominałyby przysłowiowe dwie krople wody.
To nie była zwykła troska i Yumi Ishiyama doskonale o tym wiedziała. To była weryfikacja, czy oczekiwanie względem niej zostaną spełnione. I nawet chętnie rzuciłaby tym wszystkim w diabły, spakowała się i wróciła do Francji, gdyby…
… gdyby tylko miała do czego.
– Yumi, co się dzieje?
– Nic, mamo.
– Zawsze chciałaś skończyć dobre studia. Sama je wybrałaś, wyłożyliśmy na czesne…
– Tak, wiem. Mamo, to, naprawdę… chwilowe. Zaraz egzaminy, ciągle tylko się uczę, teraz kursy dodatkowe i… jestem zmęczona. To wszystko.
– Drugi rok jest aż tak ciężki?
– A żebyś wiedziała.
I, wreszcie, spojrzenie kobiety złagodniało, a u obu pojawił się delikatny uśmiech.
Ta rozmowa skończyła się tak, jak wszystkie poprzednie z ostatnich sześciu miesięcy: a zaliczyły ich co najmniej kilkanaście, tylko każda miała inną wymówkę na koniec. Nie obyło się bez wciśnięcia na siłę kolacji, której nie miała ochoty jeść i rytuału trzydziestominutowej rozmowy z tatą po powrocie z pracy.
Gdy wróciła do swojego pokoju i zobaczyła górę książek od psychologii na zagraconym biurku, westchnęła ciężko i, całym ciężarem ciała, opadła na łóżko. Najpierw wtuliła głowę twardo w poduszkę, by, następnie, przewrócić się na plecy i wgapić w sufit.
”Gdybym została we Francji, skończyłabym zajęcia o dwunastej, ale i tak… siedziałabym po nocach.”
Ta myśl dobijała się regularnie od dobrego miesiąca: odkąd odświeżyła kontakt z koleżanką ze Sceaux, która również wybrała psychologię. I, w zasadzie, celem nie było tylko wypytanie, jak sobie radzi.
Chciała… dowiedzieć się, co słychać u pewnego Niemca, uczącego się na tej samej uczelni, co ona: tylko na wychowaniu fizycznym.

– Mówiłam ci już! Niczego od ciebie nie chcę!
– To zdecyduj się, Yumi! Bo raz mówisz, że chcesz tylko przyjaźni, a raz, że może coś z tego będzie i…
– … i co?
– No i nie wiem.
– Czego nie wiesz?
– Co mam myśleć.
– Po tym, jak widziałam cię między Amandą a Terią tydzień temu?! Kpisz sobie ze mnie?! Przecież świetnie się z nimi bawiłeś!
– I znowu wracamy do tego samego tematu. Yumi, powtórzę to jeszcze raz. Mam prawo rozmawiać, z kim mi się podoba. To, że są to czasem inne dziewczyny, to nie oznacza, że…
– Wiesz co? Wsadź sobie te gadki! Już postanowiłam. Wracam do Japonii na studia. Nic mnie tu nie trzyma.
– Cz – Czekaj, co?! Yumi, poczekaj…!

„… kurwa.”
Tak, jak Yumi przeklnęła w myślach, przewracając się na lewy bok, tak samo pomyślał Ulrich, gdy obudził go sen z okresu drugiej klasy liceum. Ten przeklęty, po którym, następnego dnia, zwykle brał większą dawkę melatoniny: aby, przypadkiem, nie pojawił się kolejny raz.
I zrobił to, co zawsze, gdy właśnie ten sen zaprzątał mu głowę.
Szybkie dźwignięcie z łóżka. Pięciominutowy, zimny prysznic. Umycie zębów, wskok w dres, śniadanie – kanapka z resztkami z lodówki.
Wyjście z domu. I dwa kółka truchtu dookoła parku niedaleko domu. Byleby nie myśleć.
Rockowa składanka skutecznie wypędzała resztki smutnych myśli z jego głowy. Po tym krótkim rytuale mógł wrócić do codziennego życia i zacząć działać.
O ile nie miał zajęć na uczelni, to musiał zawsze sprawdzić grafik swoich zajęć pod kątem trzech prac dorywczych i ustalić, czy przypadkiem nie zapomniał dopisać sobie, że z kimś się umówił. Rzadko zdarzało się, żeby miał dzień wolny: ten również do takich nie należał.
Praktyki same się nie odbędą. A tak się złożyło, że Jim Morales płakał za jego odejściem z Kadic po maturze, więc ucieszył się jeszcze bardziej, gdy podjął się w Kadic praktyk z wychowania fizycznego.
”I znowu będę słuchał… jak to on pamięta, jak byłem kapitanem drużyny piłki nożnej…”

– Dobrze mieć cię przy swoim boku, Stern! Ah, pamiętam, jakby to było wczoraj: jak byłeś kapitanem drużyny piłki nożnej w naszej szkole. Zdobywaliśmy puchary, wygrywaliśmy z najlepszymi szkołami w regionie! Teraz ledwo jestem w stanie zgromadzić drużynę, tylko te komórki i komputery ich interesują. To były nasze czasy, Stern! Nie to, co teraz. Ledwo potrafią kopnąć piłkę…
Ulrich praktycznie nie zwracał uwagi na słowa przygrubego nauczyciela. Po tych kilku latach nie zmieniło się w nim nic. Nie zmienił nawet swojego ulubionego dresu, a robił się już co nieco przymały.
– To… co dzisiaj robimy, Jim?
Nauczyciel wyraźnie speszył się, bo odchrząknął i wrzasnął na dzieciaki zgromadzone na boisku. Było już dziesięć minut od rozpoczęcia zajęć, uczniowie drugiej gimnazjum już zdążyli sami wziąć piłkę i zaczął ją kopać między soba.
– Dobra! Ty i… ten w czarnym! Chodźcie tu, podzielimy was na drużyny! No ruchy, jazda!
”Naprawdę nic się nie zmieniło.”
Tylko, dlaczego, cały czas miał poczucie, że… czegoś mu w tym wszystkim, co się nie zmieniło, brakuje? Jakiegoś istotnego elementu, przez który odczuwał nieustanną pustkę we własnym sercu? Czy to tylko chodziło o dzisiejszy sen? A może… coś innego?
– Uważaj, STERN!
Łup.
Jeden z chłopaków tak pięknie wycyrklował odbicie piłki, że trafiła praktykanta w głowę.

– Cześć, Ulrich!
– Hej, Odd…
– Stary… wszystko dobrze? Brzmisz, jakbyś…
– … dostał piłką w głowę? Zgadłeś.
– No okej… mam nie pytać?
– Tak.
– Dobra. Zamyśliłeś się i spadła z nieba?
– Miałeś nie pytać.
– Ale nie powiedziałeś, żeby nie zgadywać.
Odd w słuchawce usłyszał ciężkie westchnięcie, typowe dla Ulricha.
– Nic się nie zmieniłeś – stwierdził Włoch.
– Mówisz?
Mógłby na odczepnego powiedzieć, że Odd też się nie zmienił, ale musiał bardzo ważyć słowa, nawet w tak prozaicznej sytuacji. Wciąż miał z tyłu głowy, że jedna z sióstr Włocha zmarła tuż po zamknięciu Superkomputera, co bardzo negatywnie odbiło się na jego psychice. Nadal był pogodnym chłopakiem, ale nie aż tak, jak za czasów ich gimnazjum czy liceum. Powiedzieć: „nic się nie zmieniłeś” w jego wypadku było otwartym strzałem w stopę.
– A u Ciebie jak?
– A, wiesz… co u mnie może się zmieniać. Śniadanie, terapia, leki, prace manualne… niewiele się u mnie zmienia. Za miesiąc stąd wychodzę, to może będę mógł coś więcej powiedzieć.
– Co dziś namalowałeś?
– Widok zza okna bez tych obrzydliwych krat.
– Już niedługo, stary. Pamiętasz, co obiecałem?
– Tak. Czekam, aż tu przylecisz. Pojedziemy razem na plażę. Zobaczysz, włoskie drinki wymiatają~ Tak dawno nie słyszał śmiechu Odd’a w słuchawce, a tu… przyjemny dźwięk. To bardzo pozytywnie zaskoczyło Niemca: aż uśmiechnął się do słuchawki.
– Odd?
– Tak?
– Nie masz poczucia, że… jeszcze czegoś ci brakuje?
– O, znam ten ton. Widzę, że nie tylko ja cierpię na syndrom braku Lyoko.
– Co? Nie, to nie tak…!
– Ależ oczywiście, że tak! Mieliśmy całą swoją bandę, super zabawę z dreszczykiem w tle, ale zawsze udało nam się ujść cało. Adrenalina, relacje, przyjaźń… no nie mów, że Ci się nie podobało.
Chwila ciszy. Tak ciężko było przyznać rację, a jednak…
– Chyba… Chyba masz rację.
– A widzisz. Te gadki psychologów tutaj na coś się przydają.
– A – Ale nie mówiłeś… im?
– Gdybym powiedział, to nie wychodziłbym za miesiąc, prawda?
– No tak.
Ulrich westchnął cicho, nieco nerwowo, na co Odd tylko zaśmiał się pod nosem.
– Kończy mi się czas, a jeszcze muszę zadzwonić do mamy. Także… trzymaj się tam, Stary. I… Ulrich?
– Tak?
– Przestań myśleć o tej szmacie, dobra?
– Cz – Czekaj, co?
– Naaara~
Ale nie zdążył go skrzyczeć za ten tekst, bo rozłączył się.
”Wredal.”
Szczery do bólu. Nie mógł mu nie przyznać racji.

– W imieniu Kolegium Naukowego Wydziału Fizyki Kwantowej w Berno stypendium za wyróżniające się wyniki w nauce i osiągnięcia otrzymuje Jeremie Belpois. Zapraszam!
Zakończenie roku akademickiego zawsze było wyjątkową uroczystością w mieście federalnym Szwajcarii. Młody Francuz od początku nie żałował, że wybrał się właśnie tutaj na studia, dzięki którym mógł poszerzyć swój zakres wiedzy z przedmiotów i zagadnień, które najbardziej go interesowały. Generalnie zawsze, gdy pytano go o powody wyboru takiego, a nie innego miejsca i kierunku na studia odpowiadał to, co wszyscy inni. „Słyszałem wiele dobrych opinii, widziałem uczelnię w rankingach, zależało mi na wysokim poziomie, na konkretnych wykładowcach i szerszym poznaniu ich dorobku naukowego.”
Oficjalna teoria miała się zupełnie inaczej do rzeczywistości. To nie była nawet minimalna różnica, choć część rzeczy pokrywała się. Jednak, nie mógł nikomu zdradzić lokalizacji komputera kwantowego, w którym kilka lat temu siedziała śmiertelnie niebezpieczna, sztuczna inteligencja, prawda?
I gdy odbierał wymarzone stypendium, dzięki któremu miał gwarancję kontynuacji nauki i poszerzania swojej wiedzy, miał tylko jedne słowa w głowie: otrzymane w sms’ie przed galą od swojej wybranki serca, którą wyciągnął z groźnego, wirtualnego świata.
„Jestem z Ciebie dumna, Jeremie.”

– Aelita, nadal istnieje możliwość, że Twoja mama znajduje się: tak, jak twój ojciec, schowana gdzieś w danych w Lyoko. Jednak… moja wiedza jest zbyt ograniczona, by ją odnaleźć.
– Na ile możesz być tego pewien?
– Nie jestem. I nie jestem też dobry w szukaniu na Ziemi, więc… chciałem, myślałem, żeby spróbować poszukać rozwiązania podczas studiów w Szwajcarii. Pamiętasz, jak pokazywałem ci wymarzoną uczelnię, prawda?
– Tak. Mają tam naprawdę… wiele osób, które znają się na nauce bliskiej do technologii Superkomputera. Naprawdę myślisz, że to… może się udać?
– Może to nie jest stuprocentowa szansa i wiem, że… to wiąże się z rozłąką między nami, ale… ja wierzę. I zrobię wszystko, co w mojej mocy.
– Obiecujesz?
– Tak.
– W takim razie, ja też zrobię wszystko. Poszukam tropów. Może… ona nadal jest na Ziemi. Ukrywa się, po tym wszystkim, może po prostu boi się ujawnić. Ewentualnie… może znajdę jej grób, ale…
– Chcesz znaleźć. Rozumiem. Pomogę Ci. I pamiętaj. Zawsze będę z tobą. Nawet, jeśli będą dzieliły nas tysiące kilometrów.

Uścisk obu dłoni między sobą i Jeremiem przypominał się różowowłosej za każdym razem, ilekroć traciła nadzieję, pojawiały się wątpliwości i dopadała ją zwyczajna tęsknota za bliskimi jej przyjaciółmi.
Dlaczego Stany Zjednoczone? Z danych internetowych ściągniętych na twarde dyski ich laptopów przed zamknięciem Lyoko wynikało, że to była lokalizacja jednej z ostatnich kopii Superkomputera wytworzonych przez Xanę w ramach niszczonych Replik. Kończyły jej się powoli pomysły, ale, na ten moment, nie miała innych tropów, poza tym i pozostałością dokumentacji z Pustelni. Podróżowała po wielu krajach, pokonała tysiące kilometrów i sprawdziła bardzo wiele miejsc: w nadziei, że chociaż w jednym odnajdzie trop wskazujący na to, że Anthea Schaeffer jeszcze żyje.
Tutaj była od dobrych kilku miesięcy. I, wreszcie, po raz pierwszy od kilku lat, znalazła pojedyncze śladu, prowadzące po strzępach nitki… ale, czy do kłębka?
Rozpalona nadzieja nie pozwalała jej spać. Choć był środek nocy, to palce szalały po klawiaturze. Leżała na łóżku, w hostelu przypominającym ruinę, bo tylko na taki było ją stać. Znowu usłyszała szmer przypominający przebiegającego robaka bądź mysz, ale zaczęła powoli przyzwyczajać się do tego stanu rzeczy.
Z ciągu między ekranem laptopa, trzecią kawą i zajadanymi w międzyczasie paluszkami wyrwał ją telefon.
– Halo?
– Aelita?
– Tak, William?
– Po… Potrzebuję, żebyś wróciła do Francji. Szybko.
– Wracam za trzy dni i wtedy…zaraz, co?

„- Pamiętajcie, co ustaliliśmy. Jeśli tylko któreś z nas zauważy, że Xana wrócił, niezwłocznie dzwonimy do siebie i wszyscy wracamy do Francji. Bez względu na wszystko.”

Notes z potencjalnym adresem Anthei wypadł różowowłosej z ręki. Otwarty, spadł na ziemię, kartkami do podłogi.
„Nie… Boże, tylko nie to…”
– Xana wrócił.

I myślała, że będzie tak, jak zaplanowali, w razie, gdyby czarny scenariusz się ziścił. Sądziła, że całą szóstką spotkają się ponownie w podziemiach opuszczonej fabryki Renault i, burzą mózgów, zaplanują, co zrobić dalej.
Życie zdążyło jednaj przekonać młodą Aelitę Schaeffer, że nie wszystko przebiega zgodnie z planem.
Tak było i tym razem.

„I ciebie też, bardzo…”

UWAGA! Mogą wystąpić niezgodności ramy czasowej.

Wiem, że nie chcesz się już dłużej bać…”

– Jak mogłeś użyć Powrotu do Przeszłości?

Normalnie, pomyślał. Wbrew opinii publicznej, potrafił on zrozumieć podstawowe elementy związane z informatyką. Patrząc na ręce Jeremiego, zapamiętał prostą kombinację przycisków, która skutkowała właśnie skokiem czasowym. Czy to oni wiedzą? Pewnie nie.

– Jesteś nieodpowiedzialny!

W końcu jest przeciętnym piłkarzem i tłukiem naukowym. Same zera z matematyki, fizyki, francuskiego, chemii. Tylko z włoskiego potrafił skleić kilka zdań, dzięki współlokatorowi, który pochodził z kraju płynącego winem oraz makaronem.

– Nie chcę ciebie znać!

Zabrała torbę podróżną, a następnie odwróciła się na pięcie i opuściła mury Kadic. Swoją walizkę delikatnie przedstawił w lewą stronę. Próbował wypełnić pustkę, którą zostawiła dziura w białej ścieżce. Nie zatrzymywał jej. W końcu nie chce już go znać.

„.. Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam…”

– Witaj, synu.

Westchnął głośno, po czym też się przywitał ze swoim ojcem od niechcenia. Wrzucił swoje bagaże do samochodu. Zapiął pas, wyciągnął słuchawki, jednak ich nie założył. Przyglądał się spadającym płatkom z nieba. Zamrożone łzy z góry. Albo wspomnienia, które za kilka sekund spadną z szyby samochodu. Ciężko było je zinterpretować.

– Nadal grasz w te piłkę?

Milczał. W pewnym stopniu spodziewał się, że ten temat wróci jak wielki bumerang. Przed rozpoczęciem roku szkolnego było dokładnie to samo. Że nie powinien w ogóle grać, tylko się uczyć. Że tylko marnuje czas na boisku internatu. Że przynosi hańbę wszystkim prawnikom z ich rodowodu. Ale to nie była jego wina, że nie potrafił zrozumieć francuskiego prawa. W zasadzie, to jakiegokolwiek.  Zbiór sprzecznych zasad.

Czy właśnie opisał swoje serce? Pewnie tak. Jak miał wytłumaczyć to, że nie potrafił jej powiedzieć o wszystkim, co go gryzie na sumieniu? Miał okazję. Którą spieprzył po całości. Wolał milczeć. Patrzeć na jej oczy, z których można było odczytać wiele emocji, jakie kumulowały  się w nastolatce.

– Kiedy w końcu zaczniesz się uczyć?

Korek. Standardowo o tej godzinie, czego ojciec nigdy nie potrafił się nauczyć. Wiele razy przecież mógł przyjechać wcześniej po niego, żeby uniknąć jazgotu silników, klaksonów oraz bluzgów pozostałych kierowców na obecną sytuację.

Wtedy też zbierano się na poważne rozmowy o jego edukacji. Rok w rok to samo. Nawet jakby bardzo chciał, to nie miał siły przebicia na zmianę taśmy na odrobinę delikatniejszą. Matka zachowała taką samą strategię, jak on.

Cisza. Walka z własną głową. Płytki oddech.

– Marnuję tyle pieniędzy na tę szkołę!

Dźwięk telefonu. Zignorował pretensje kierowcy i otworzył wiadomość. To jego włoski współlokator. Był atak Xany. Niedaleko domów mieszkalnych. Przełknął nerwowo ślinę. Siedział w przeklętym korku, stając przed ważnym wyborem. Czas uciekał.

Tik tak… Tik tak… Tik tak…

– Po Nowym Roku wracasz na stałe. Przypilnuję cię.

„… Jestem wolny, już mnie porwał wiatr…”

Rozpiął pas. Zapiął pod szyję swój płaszcz. Wziął listonoszkę, w której było bardzo mało rzeczy. Otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Ktoś tam coś krzyczał. Że jest nieodpowiedzialny. Ma natychmiast wracać. Że jeszcze popamięta taki cyrk. Że ma nie wracać na święta.

Nieważne… nieważne…

Przechodził między autami. Czerwone, czarne, niebieskie, białe. Sami kierowcy, małe dzieci, pieski, kotki, choinki, zapakowane prezenty. Spokojni, sfrustrowani oraz wściekli kierujący. Zmęczeni pasażerowie. Mnóstwo tego było.

I on, który szedł w drugą stronę. Śnieg padał coraz szybciej. Czuł śnieg na swoich włosach. Trzy razy nawet oberwał po oczach. Mimo tego, nadal maszerował. Truchtał. Przepychał się na środku ulicy. Po minutach walki z technologią włączył sprint.

Czuł, że jest przez chwilę wolny. Bez żadnych zmartwień. Bez krzyczącego ojca i niewzruszonej matki. Bez kolejnych niezaliczeń przedmiotów. Bez świata Lyoko. Bez kontuzji po meczach reprezentacyjnych. Bez przebaczenia.

Wparował do fabryki jak poparzony. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że wszystko w miasteczku wydawało się jakby… normalne. Zwykły dzień przed wigilijną wieczerzą. Pracujący dorośli, szczęśliwe dzieci formujące białe kulki. Świąteczne piosenki w galeriach handlowych. Dozorcy sypiący sól na chodniki.

Jednak jedna rzecz się różniła. Nikogo w tej fabryce nie było. Tylko on. Sprawdził jeszcze raz telefon. Wiadomości nie było. Wyparowała. Albo nigdy nie powstała… spojrzał na ekran. Skaner niczego nie wykrywał. Był spokój. Wręcz podejrzany spokój.

Wzruszył ramionami, uśmiechnął się. Warto było jednak biec ten maraton pomiędzy samochodami na środku ulicy. Musiał jeszcze jedną rzecz załatwić. Odpoczął chwilkę na fotelu mózgowca i dowódcy wszystkich misji. Zamknął oczy, a uśmiech nie zniknął mu z twarzy.

„… Daleko, gdzie mleko, rozlewa się wśród gwiazd.”

– Hej! Wszystko dobrze?

Obudził się. Wisiała nad nim jedna głowa. Czarne włosy opadały na jasną twarz.  Przez myśl mu przeszło, że to mu się tylko śni. Jednak tak w ogóle nie było. Czuł, jak bolą go po upadku plecy. Nie wiedział, co się stało i dlaczego leży na ziemi. Nie do końca kontaktował. Jak na razie. Zamknął oczy po raz drugi.

– Hej! Wstawaj!

Nadal miał je zamknięte. Udawał, że jest z nim coraz gorzej. Tak naprawdę nic takiego nie miało miejsca. Ciekawość to był pierwszy stopień do piekła. Dla niego? Zdecydowanie czwarty, jak nie szósty. Czuł, jak dziewczyna próbuje go ocucić, szturchając oba ramiona.

– Nie zostawiaj mnie!

Dobra, już starczy. Otworzył oczy, ciesząc się jak nigdy. Mina jej była niesamowita. Mógł zrobić tylko zdjęcie wyobraźnią. Miał ogromną nadzieję, że to zapamięta. Szok na twarzy, że padła ofiarą niewinnego żartu, był warty upadku, którego nawet nie pamięta.

– Idiota.

Nie szkodzi, nie szkodzi…

Nim się zorientowała, chwycił jej policzki. Przybliżył jej usta do swoich. Szok? Niedowierzanie? Odepchnięcie? Co zrobić, co zrobić? Czy ktoś wie, jak ma postąpić? Wiecie? Nie wiecie?

Ona też nie wiedziała. Dlatego szybko pomogła mu wstać oraz otrzepać się ze śniegu. Po chwili przyjechało żółte oraz czarne auto. Marki niemieckie. Kierowcy inni. Żółte auto wypełnione choinką, młodszym bratem oraz zapachem wiśni. Czarne auto zapchane walizkami, jedzeniem oraz wiadomościami politycznymi.

Wiedzieli, do którego auta kto teraz idzie.

Autorka: Azize

Sny

  1. Jeremie

Jeremie śnił o aniele, zamkniętym w szklanej butelce. Anioł był cały w różu, z twarzą Aelity – a jednak nie był nią. Wydawał się smutny, może zamyślony.

-Kim jesteś? – zapytał Jeremie.

Anioł nie odpowiedział mu. Spojrzał mu w oczy i wymusił uśmiech. Po jego policzku spłynęły łzy.

-Uwolnię cię, zobaczysz – obiecał Jeremie.

We śnie nie pamiętał, że Aelita leżała bezpiecznie tuż obok niego, może nawet przytulając się do jego ramienia. Wolna od prawie dziesięciu lat.

Kim więc był anioł?

  1. Aelita

Aelita śniła o Xanie. Ten sam koszmar, który widywała od lat.

Przyjaciele znikający w Cyfrowym Morzu.

Czerwona wieża świecąca coraz jaśniej.

Kraby, mnożące się w zastraszającym tempie. Już nie była ich w stanie policzyć.

Została sama, na niewielkiej platformie sektora górskiego.

Gdzie była reszta sektora?

Została tylko ta mała wysepka, oraz wieża, strzeżona przez tysiące krabów.

“Dlaczego właśnie kraby?” zapytał kiedyś Jeremie, gdy opowiedziała mu o śnie.

Aelita pokręciła głową. Nie wiedziała.

Dlaczego właśnie kraby?

  1. Odd

Odd śnił… oczywiście o jedzeniu.

Był znów w stołówce w Kadic. Dostał właśnie trzecią dokładkę. Reszta wojowników rozmawiała przy stoliku. Śmiali się, widząc jego apetyt.

Nie było czym się przejmować, prawda?

-Moment – Odd przerwał pogawędki. Przy stole zapanowała cisza.

Chłopak wstał. Na jego twarzy malowało się przerażenie.

-Gdzie deser?

  1. Ulrich

Ulrich rzadko śnił o Lyoko, czy o szkolnym życiu. Od czasu do czasu przypominały mu się bardziej ekscytujące walki… Ale po obudzeniu nie potrafił powiedzieć, czy rzeczywiście były to wspomnienia, czy może tylko senne wymysły.

Tym razem jednak, we śnie powędrował do fabryki. Wydawała się dość realna. O wiele dokładniejsza, niż był w stanie zapamiętać.

Sen poprowadził go do windy i na dół, do skanerów. Czekały tam na niego postacie… Nie umiał rozpoznać ich twarzy, jednak wiedział, kto to: Odd, Yumi, Aelita i William.

Ale było tu coś jeszcze.

Jakiś cień, którego nie umiał rozpoznać i którego nikt z jego przyjaciół nie widział.

-Jeremie? – zapytał Ulrich, licząc na jakąś odpowiedź.

W tej chwili sen się skończył.

  1. William

William często miewał koszmary.

Śnił, że znów służy Xanie, że znów jest kontrolowany. Że rani przyjaciół, czasem i rodzinę.

Potem wstawał, zalany potem, żeby uświadomić sobie, że Xany nie ma już od dawna.

Tym razem, wyrwany z jednego z takich koszmarów, uświadomił sobie, że zasnął przy biurku. Rozejrzał się, próbując ustalić, czy jest w domu, czy w biurze. Jednocześnie jego uwagę zwrócił uśpiony komputer.

“No tak, musiałem czegoś nie dokończyć” pomyślał, uaktywniając go.

Zamarł.

Przez ułamek sekundy był pewien, że na ekranie widzi znak Xany – jednak to nie było możliwe.

To tylko umysł płatał mu figle, jak każdemu, kto dopiero co obudził się z koszmaru.

  1. Yumi

Yumi rzadko miewała sny; jeszcze rzadziej udawało jej się je zapamiętać.

Zwykle śniła jej się praca, rodzina, czasem szkolne czasy i Lyoko.

Zaskoczyło ją, gdy w śnie znalazła się na złocistym polu, które rozciągało się tak daleko, jak tylko mogła widzieć.

Gdzieś z boku widziała ruch, jednak za każdym razem, gdy próbowała na niego spojrzeć- znikał.

Zaczęła iść przed siebie.

Coś szło za nią. Coś jakby czarny dym.

A jednak, gdy w końcu zmaterializowało się, zagradzając jej drogę, nie był to William, jak się spodziewała.

Zerwała się z łóżka, nie będąc w stanie nazwać istoty, która przed nią stanęła.

Rozpłakała się.

Sięgnęła po komórkę i pośpiesznie wybrała numer, którego nie wybierała od lat.

Autorka: Akuliszi

Papierowe katharsis

Nigdy nie czuła się odarta z poczucia bezpieczeństwa, a przynajmniej… nie przez Williama. Bardziej miała wrażenie, że nigdy w pełni takiego nie zaznała. W zasadzie nigdy takowego od niego nie oczekiwała, więcej, nawet ani przez moment nie uważała, aby na takowe zasługiwała. Na samym początku widziała w nim osobę, która po prostu przeżyła to samo, kogoś do kogo być może w przyszłości będzie mogła zwrócić się o pomoc w radzeniu sobie z trudnymi emocjami, a komu takiej pomocy udzieli bez chwili zawahania. Nieco później marzenie o wejściu z nim w taką relację przerodziło się w swego rodzaju zakazany owoc. Owoc, którego zerwanie wiązałoby się ze skrzywdzeniem całej masy ważnych dla niej osób oraz skomplikowanie życia ich wszystkich.

Nie mogła sobie na to pozwolić, bo znalazł się ktoś lepszy. I to nie tak, że miała o to żal do Akemi, bo nie o to w tym wszystkim chodziło, ale wciąż… to bolało. Sama ta myśl, o odrzuceniu, o tym, że nie była wystarczająco dobra.

Nie mogła pozbyć się tego z pozoru drobnego ukłucia.

Zresztą, nawet teraz, gdy już miała świadomość tego, że pokochała inną osobę, a Dante potrafił dzień w dzień kłaść jej do głowy, że czuje do niej to samo, to w jej głowie wciąż pozostawały tyle paskudne myśli.

Zasługuje na kogoś lepszego.

Na kogoś bardziej atrakcyjnego. Silniejszego. Mniej zniszczonego. Na kogoś, kto potrafiłby być dla niego wsparciem.

Jesteś dla niego ciężarem… jesteś ciężarem dla wszystkich.

To litość, nie miłość.

Ten fizyczny dystans, niepisana granica, którą wyznaczyła… nie wynikała ze złości, a bardziej ze wstydu. To właśnie dlatego nie chciała mówić o tym spotkaniu komukolwiek, a zwłaszcza Dantemu – wystarczyła jej jedynie myśl o tych wszystkich emocjach, które czuła odnośnie Williama, a których nie potrafiła kontrolować, aby poczuła do siebie obrzydzenie. Wiedziała, że nie ma powodu, aby jakkolwiek się na niego gniewać. To oczywiście, nie oznaczało, że nie zdarzyły jej się momenty, w których miała ochotę zwyzywać go od najgorszych, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to bez sensu. Przecież William w niczym jej nie zawinił… przecież nie zmusił jej siłą do walki w Lyoko, ani przez moment nie dał jej nadziei na to, że jej uczucia zostaną odwzajemnione… nie mógł wiedzieć o tym, że to wszystko, co wydarzyło się na łamach ostatnich kilku miesięcy, może przygnieść ją na tyle, aby wydarzyła się tragedia.

Nie mógł wiedzieć o niczym… ponieważ nie wspomniała mu o tym ani słowem. Nie otrzymała żadnej pomocy, ponieważ o nią nie poprosiła.

—  So climb up, come clean

      Blow back the smoke screen

      It’s all here, It’s all you

      Get clear on the darker view —

Słysząc jego słowa, tylko mocniej zacisnęła dłonie.

Przestań… przestań słodzić, tylko powiedz to wreszcie wprost. Powiedz, co myślisz.

W końcu po to tu jesteś.

To przeciągające się w nieskończoność czekanie na moment kulminacyjny – to chyba właśnie ono było najgorsze. Nie spodziewała się żadnego ciepłego słowa z jego strony, nie oczekiwała zrozumienia, ani podobnego, bo z jakiego powodu miałaby tego od niego chcieć? Oczyma wyobraźni widziała, jak chłopak delikatnie zaczyna temat, aby chwilę później zacząć na nią krzyczeć, naśmiewając się z tego, jak głupia była, szukając czyjejkolwiek uwagi poprzez wylaniu własnego żalu w listach i próbując się zabić.

Miałby rację jak nic.

Tak samo uznałaby zresztą, gdyby kazał jej trzymać się od niego z daleka.

– Daj spokój. Tu nie było czego wyrzucać. Nie ma czego rozumieć.

Czy zareagowałaby na jego słowa tak samo, gdyby nie buzowały w niej te wszystkie emocje, o których sam mówił? Prawdopodobnie tak. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy miała myśl, że William nie chciał jej skrzywdzić swoimi słowami. Wciąż widziała w nim dobrego człowieka, nawet jeżeli on sam tak o sobie nie myślał.

Chciała powiedzieć coś jeszcze, jednak w tym momencie przestała słyszeć jego kroki. Sama również się zatrzymała, choć z lekkim opóźnieniem. Dopiero wtedy na niego spojrzała. Powoli, jakby ze strachem, jednak… w jego oczach cały czas nie widziała złości, chłodu. Zmroziło ją coś zupełnie innego – jego słowa.

”Tutaj… jest to wszystko, czego nie potrafię powiedzieć na głos.”

Zadrżała. Tępo wpatrywała się w wyciągniętą w jej stronę dłoń z białą kopertą. Dałaby słowo, że dobrze wiedziała, co było napisane w tym liście, ale mimo to… tak strasznie bała się jego treści.

Czy naprawdę skrzywdziłam cię tak bardzo, że napisałeś o tym cały list…?

Czy nie możesz powiedzieć mi, żebym trzymała się od ciebie z daleka w dwóch zdaniach?

To trwało chwilę. Dość długą chwilą. Przez całe minuty nie potrafiła się zmusić ani do tego, aby na niego spojrzeć, ani do tego, by czegokolwiek powiedzieć, ani tym bardziej do tego, aby  wyciągnąć dłoń w jego stronę dłoń i wziąć od niego kopertę. Nie chciała znać jej treści – nie chciała wiedzieć, co zostało zapisane na znajdujących się w środku kartkach.

Dobrze wiedziała, że słowa wypowiadane właśnie tą drogą, przez papier, są dużo lepiej przemyślane, o wiele staranniej ułożone.

Mogły bardziej zaboleć.

A jednak otworzyła tę kopertę – powoli, ze strachem, może i złością, drżącymi dłońmi, ale jednak.

Ty przeczytałeś mój list… jestem ci winna to samo.

Nawet jeżeli będę przez to płakać.

Zresztą… przecież to nie ma znaczenia.

Nie obchodzi cię, co pomyślę.

Wyjęła dwie drobno zapełnione kartki – kolejny lęk. Ilość napisanych przez niego słów. Cofnęła się o dwa kroki i była wdzięczna Williamowi, że zrobił to samo. Sama jego obecność wywoływała na jej plechach ciarki

Czy… czy schrzaniłam aż tak bardzo?

Strach zaciskał się na niej niczym lina o stalowych kolcach. Oddech miała płytki, szybki, a para wydychana przez usta stała się jeszcze bielsza, lodowata, niemal tak zimna jak kolor jej oczu – te zazwyczaj miały ciepłą barwę, która niekiedy wesoło wpadała w delikatną morską zieleń jednak… teraz te tęczówki lśniły błękitem, a jej źrenice zwęziły się chyba granic możliwości. Panika, ta irracjonalna, a jednak rozdzierająca panika, która powoli wyrywała jej tlen z płuc, jednocześnie zdawała się chcieć pozbawić ją gruntu pod stopami.

Zarówno dosłownie jak i w przenośni.

Litera po literze, słowo po słowie, zdanie za zdaniem, linijka za linijką. Z każdą chwilą przebiegała wzrokiem po kolejnych akapitach coraz to szybciej, lecz wciąż tak samo uważnie. Nie zwracała uwagi na otoczenie, na to, że zaciska palce na tyle mocno, aby we wnętrzach jej dłoni pojawiły się ślady paznokci, na to, że na trzymaną przez nią kartkę papieru oraz jej policzki zaczęły spadać drobne płatki śniegu, a kilka minut później – łzy. Nie potrafiła oderwać się od tekstu.

Od tych “głupot”, miała ochotę przez chwilę rzec.

Jestem tchórzem, Młoda. Jestem pierdolonym, ślepym tchórzem – wiem to. Jeżeli powiesz mi to prosto w oczy, jeszcze skinę Ci w potwierdzeniu głową i nie obrażę się o to, że mówisz prawdę.

Przecież… to nijak miało się do rzeczywistości.

Jak? W którym miejscu, w jaki sposób?

Jak śmiałaby nazwać go tchórzem?

Przecież… przecież to ja stchórzyłam.

Bałam się mówić o czymkolwiek wprost, poprosić o pomoc.

To ja pierwsza napisałam listy, aby nie musieć o niczym mówić.

To kompletna nieprawda.

Kłamstwo.

Bujda wymyślona przez demona w jego własnej głowie.

Bo… naprawdę niczego nie wiedziałem, Aissatou. Wybacz mi – nie widziałem nic. Nie zauważyłem, nie spostrzegłem, nie domyśliłem się, nawet nie odczytałem sygnałów – bo może uznałem, że skoro sam ich nie wysyłałem, to jakby tej całej sprawy nie ma? Po prostu myślałem, że dalej jesteśmy na tej stopie koleżeńskiej, że mogę Cię nazwać przyjaciółką i myślałem, że poważasz mnie w ten sam sposób? Czy ja w ogóle myślałem? Bo w tej chwili poddaję to w wątpliwość.

Ale… właśnie tak miało być.

Nie miałeś wiedzieć.

To nie doprowadziło do niczego dobrego.

Czy… czy nie jesteśmy dalej na tej stopie?

Pisząc… czując to wszystko… straciłam prawo do tego, by nazwać cię przyjacielem… prawda?

Nie chciała tego. Tak strasznie tego nie chciała. W końcu właśnie tego tak strasznie się obawiała, przychodząc na to spotkanie – tego, że usłyszy to wprost.

Czy właśnie w tym momencie nie próbował jej tego powiedzieć…?

Bo nawet jeżeli zniszczyła tę relację na własne życzenie… to chciała aby nawzajem byli obecni w swoich życiach… nawet jeżeli nie w rolach pierwszoplanowych.

Czy to chcesz mi powiedzieć?

Nie rozumiem… nie potrafię…

Lecz właśnie to zrozumienie miało nadejść teraz, stopniowo, powoli.

Z każdym kolejnym słowem tego listu.

To była jego spowiedź. Nie spis wyrzutów kierowanych w jej stronę.

I z każdym zdaniem drżała coraz bardziej, uświadamiając sobie, co stało za tymi wszystkimi słowami – co niosły za sobą te wszystkie litery, zdania.

Cierpienie.

Całą masę cierpienia.

Cierpienia niezawinionego, znoszonego w samotności.

A ona głupia stwierdziła, że chrzani to wszystko, bo jest za słaba i że tak po prostu po paru miesiącach ucieknie od tego oo wszystkiego.

Jaka z ciebie przyjaciółka?

Jaka wojowniczka?

Gdzie się podziało to twoje pieprzone doświadczenie?

Było faktycznie się zabić.

Zero z ciebie pożytku.

Faktycznie była słaba.

Twoje problemy są, były i zawsze będą niczym w porównaniu do tego co przeżyli twoi najbliżsi.

Jak śmiała w ogóle myśleć o poddawaniu się i zostawieniu ich wszystkich?

Jak śmiała w obliczu tego, z czym właśnie podzielił się z nią William?

Aissatou… ja nie chciałem, żebyś musiała tam wchodzić. Ja nie chciałem tam sam wchodzić. Nie chciałem, żeby ktokolwiek musiał znowu tam wchodzić.

Bo znam ryzyko.

Przecież nie kazałeś mi tam wchodzić.

Każdy krok… każde najmniejsze skinienie palcem, które wykonała w Lyoko… zrobiła je z własnej woli.

Nikt nie kazał jej tam włazić.

Nikt jej nie zmuszał.

Uniosła się pieprzonym poczuciem sprawiedliwości i chęcią “ratowania świata”.

Ten cały koszmar zgotowała sobie na własne życzenie.

W imię czego?

W przypadku Williama i Akemi wyglądało to inaczej.

Żadne z nich nie chciało, aby wchodził tam ktokolwiek.

Oboje znali ryzyko.

Więc dlaczego…

Dlaczego…

Dlaczego do cholery obwiniasz o to siebie?

Bo wiem, jak to jest – kiedy zostaje Ci ukazane piekło i wmówione, że to Twoja wina. Kiedy widzisz, jak cały świat stoi w płomieniach, kiedy powietrze tnie smród benzyny i spalenizny… a to w Twoich dłoniach tkwi pudełko z zapałkami.

Czy… czy pokazując ci własne łzy… mówiąc o tym co czuję, otwierając się przed tobą…

Nie wsadziłam ci tego pudełka w dłonie?

To przeze mnie czujesz się winny.

Nie powinieneś… Nie powinieneś!

To przeze mnie… wszystko. Akemi… ona, ty, Mori, Oliver, Monica…

Wszyscy cierpicie przeze mnie.

Przez te listy.

Bo przeżyłem to – xanafikacja nie jest jedynie brakiem kontroli nad samym sobą. Jest to również… nie potrafię tego określić słowami. Ale… XANA pokazywał mi, co może zrobić, jeżeli będę się opierał. Co może zrobić mnie, co może zrobić z moimi bliskimi. Kiedy dewirtualizowałem Wojowników, to nie tak, że zmieniali się w cyfrowy proch… widziałem, jakby naprawdę umierali.

Przecież sama również to znała. Doświadczyła tak wielu koszmarów, w których ginęli jej najbliżsi.

W których krzywdzi wszystkich, których kocha.

Słowa ostre jak nóż, wbite w serce umierającego brata.

Kilka strzałów w stronę przyjaciółki, stojącej na krawędzi przepaści.

Kulka między oczami ukochanego.

To wszystko co jakiś czas do niej wracało – cyklicznie nawet w tych radosnych momentach.

Co gdyby te koszmary miały miejsce na jawie?

Nie zniosłaby tego…

William musiał.

Jak…?

Jak śmiesz go oceniać?

Jak śmiesz cokolwiek mu zarzucać?

Nie radzisz sobie sama ze sobą, pragniesz pomocy.

A jednocześnie robisz wszystko, aby dobić każdego, na kim ci zależy.

Nieprawda…!

Satou… bałem się. Wybacz mi, nie wiedziałem, co robić – tak, fakt, że miałaś doświadczenie… był dla mnie cenny, ale nigdy nie był cenniejszy od samej ciebie, rozumiesz? To nie może być ważniejsze od człowieka, nigdy nie było, nie jest, i nie będzie ważniejsze od Ciebie, jako osoby. Jesteś czymś więcej, nie jesteś tylko numerem identyfikacyjnym, nie dla nas, nie dla mnie – bo dla mnie jesteś przyjaciółką… nawet, jeżeli straciłem tę relację na własne życzenie, przez błędy, jakie popełniłem i dalej… popełniam.

Ten jeden akapit… wywołał w niej chyba najbardziej skrajne emocje.

Obwiniał się. Bez przerwy… między wierszami podkreślał to na każdym kroku. Bał się. Bał się, a przecież mogła mu wtedy pomóc. Wstydziła się własnych emocji, miała ochotę zakopać je pod ziemię, nigdy nie wyciągać na światło dzienne i o nich zapomnieć.

Wyzbyć się ich.

Jak treści listów.

Przecież… przecież to ja popełniłam błędy. Całą masę błędów.

Zniszczenie tego wszystkiego… było moim życzeniem.

Życzeniem, które wymknęło się spod kontroli.

A jednak, w ten całej burzy pojawiło się światełko.

Światełko, które oślepiło ją na tyle, aby straciła nad sobą panowanie i pozwoliła popłynąć łzom.

Zaprzeczył.

Czy szczerze?

Zaprzeczył.

Nazwał ją przyjaciółką.

Czy to nie litość?

Zależało… mu…?

To była dla niej nierealna myśl. Jak mógł? Jak mógł nie znienawidzić jej po tym wszystkim? Jakim cudem mógł darzyć ją jeszcze jakimikolwiek pozytywnymi emocjami?

Jak…?

Nie chciało jej się w to wierzyć. To było tak abstrakcyjne… tak surrealistyczne…

Czy mogło być prawdziwe?

To nie tak, że tamtego dnia w parku, spanikowałem przez Ciebie – odkąd zostałem wyciągnięty, cierpię na zaburzenia lękowe. Zostałem poprawnie zdiagnozowany dopiero w momencie, w którym również poszedłem na odwyk.

Nie byłem w stanie pomóc sobie samemu – i jeszcze próbuję pomagać innym. Żałosny jestem… wiem doskonale.

Kolejna głupota… tak bezsensowna…

A pisana z taką pewnością.

Pomógł jej tyle razy.

Podczas pierwszego ataku… dzień po nim, tamtego popołudnia w kawiarni, gdy szukali Akemi, kiedy Cezarine rozesłała listy…

A to były tylko i wyłącznie jej “osobiste” przypadki.

Siedzenie po kodach tylko po to, aby zapewnić im bezpieczeństwo, opieka nad nimi wszystkimi, powolne tłumaczenie tego, czym był wirtualny świat.

Te słowa nie miały żadnego sensu.

Jedynym, co potrafiłam zrobić, było wyżycie się a skrawku papieru… zwierzyłam się kartce, zamiast komukolwiek z was.

Nie potrafię przyznać się do błędu.

Do tego, że coś jest ze mną nie tak.

Jak dziecko, które nie potrafi o siebie zadbać.

Kto z nas jest żałosny?

W ten sposób wpadłem w marihuanę i heroinę – jestem czysty od trzech i pół roku, teoretycznie trochę dłużej… ale liczę dni od zakończenia tej „agresywniejszej” części odwyku. Pić… piję, okazyjnie, ale wyszło, że i tego wyrzekłem się na jakiś rok, sam z siebie.

Przypomniała sobie ich rozmowę telefoniczną.

Diabli wiedzą, co ją podkusiło, aby wspomnieć o odwyku.

Powiedział… że wie, o czym mówi.

Teraz zrozumiała dlaczego.

Ty też to przeszedł…

Ale w jeszcze gorszej formie.

Poprzez narkotyki.

I… w pewnym momencie życia, również stanąłem na tej samej krawędzi, na linii dzielącej życie od śmierci.

Bo nie chciałem już cierpieć.

Miałem próbę samobójczą. Chciałem… przedawkować herę.

W ostatniej chwili zadzwonił braciak. Elektryk.

Poznałaś mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej, możliwej chwili, a ja zapomniałem wyciszyć tego telefonu.

I w pewnym momencie życia stanęłam na tej krawędzi dzielącej życie od śmierci.

Bo chciałam przynajmniej na moment pozbyć się bólu.

Miałam próbę samobójczą… prawie przedawkowałam leki.

W ostatniej chwili znalazł mnie Dante.

Czytam ten list prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej chwili, a ja zapomniałam wyciszyć tego telefonu i zdecydowałam się go odebrać.

Te historie były niemal identyczne.

Odwyk.

Powiedział, że rozumie.

Już wiedziała, co wtedy miał na myśli.

Wtedy, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Ja… nie chciałem cierpieć, ale również nie chciałem jednak kończyć w ten sposób.

Wiem, że Ty też nie chcesz.

Nie chcę…

Nigdy nie chciałam…!

Nie chcę was zostawić…!

Nie chcę tak kończyć…

Błagam… błagam, pozwól mi… pozwól mi zostać.

Do jasnoniebieskich oczu napłynęły kolejne łzy i z każdą chwilą było ich coraz więcej. Słone kropelki wody zamarzały na bladych, różowawych policzkach, drażniąc przy tym ich właścicielkę, jednak ta nijak na to nie reagowała.

Przecież tego nie chciała.

Nie zrobiła tego celowo.

Nie planowała… nie zamierzała.

To był tylko… wypadek.

Chcę żyć… chcę żyć!

Zawsze chciałam!

NIE JESTEM SAMOBÓJCZYNIĄ!

Aissatou, Ty też mi wtedy pomogłaś. Naprawdę.

Dziękuję, że to ze mną przeczekałaś. Przepraszam, że byłaś tego świadkiem – zawsze się wstydzę później, kiedy ktoś mnie znajduje w tym stanie, albo przy kimś w ogóle mi tak odwali.

Czułem się bezpieczniej.

Za co przepraszasz…?

Nie miałeś na to wpływu.

To nie jest twoja wina… nigdy nie była.

Jednak te kilka słów… Dzięki nim poczuła w sercu ciepło… takie przyjemne, kojące.

Coś, co wyrzucała sobie od dawna, okazało się nie prawdą.

Ale… czy na pewno?

Czy te słowa były szczere?

Jaką mogła mieć co do tego pewność?

To litość… to tylko litość.

Nie chce mieć cię na sumieniu.

Kto mógłby czuć się przy tobie bezpiecznie?

To nierealne.

A jednak te słowa padły.

Chciała w nie wierzyć.

Tak strasznie pragnęła móc się ich złapać jak liny… jak ostatniej deski ratunku.

Wtedy… w kawiarni – kiedy spotkaliśmy się, by ustalić, jak możemy pomóc Akemi… przepraszam, że pociągnąłem za jedną ze strun, za mocno – robiąc Ci po raz kolejny krzywdę.

Nie potrafiła tego zrozumieć. Sama chciała tego spotkania.

Więc dlaczego przepraszasz?

To ja powinnam to powiedzieć.

Niby gdzie… gdzie w tym wszystkim była jego wina? Zgodził się na tę rozmowę, opowiedział jej o własnym przypadku, o tym jak rodzeństwo pomagało mu sobie z tym radzić. Próbował przetłumaczyć jej, że nie powinna sobie wyrzucać tamtego policzka. Pomógł jej… tak strasznie jej wtedy pomógł.

Czym niby miała być ta struna, którą pociągnął za mocno?

W jaki sposób miałby zrobić jej krzywdę…?

Przecież… nie potrafiłby.

To nie ma sensu…

To kompletnie nie ma sensu.

Nie jesteś tylko kodem. Jesteś Aissatou – naszą Aissatou, czy jak się śmiałem, bo dawałaś tak odczuć, że Cię wszędzie pełno, tuptałaś tu, tuptasz jeszcze tam… „Tuptuś” ^^”

Spod dwóch strumyków łez wylewających się z jej oczu przebił się blady uśmiech. To przezwisko było tak urocze i zarazem idiotyczne… a jednocześnie tak strasznie prawdziwe. Ale… czy to właśnie nie tego nie tego brakowało jej przez te wszystkie lata? Świadomości, że… po prostu jest człowiekiem?

Człowiekiem.

Nie żadnym kodem.

Żywą, czującą istotą.

Kimś, kto ma własne imię, a nie tylko cyferki.

Człowiekiem.

Czy… czy naprawdę patrzysz na mnie w ten sposób?

Czy widzisz we mnie… kogoś normalnego…?

Tak, wiem, jestem w związku z Akemi i kocham ją. Naprawdę mocno ją kocham – a Ciebie traktuję i poważam jako przyjaciółkę i będę szczery, ale i jako młodszą siostrę.

Uśmiech przez łzy… cicha radość łamana przez wyrzuty sumienia.

Nie powinieneś… nie powinieneś tak o mnie myśleć.

Przecież na to nie zasłużyłam.

Nie zasłużyłam na żaden szacunek z twojej strony… co dopiero ciepłe uczucia.

Wyrządziłam ci krzywdę… całą pasę krzywd… tak strasznych.

Do cholery… zakochałam się w tobie.

To powinno przekreślić wszystko.

A jednak najwidoczniej nie przekreśliło. Nie rozumiała dlaczego. Nie potrafiła pojąć, czemu William zdecydował się to wszystko napisać.

Cały czas… ci zależy…?

Nie licz na to.

To kłamstwo.

Przestań…

Jak wszystko inne.

To tylko wstęp.

Zaraz powie ci, co naprawdę o tobie myśli.

DAJ  MI SPOKÓJ!

I ten głos ucichł… odczekała jedną chwilę, drugą…

Nie wrócił. Przynajmniej na razie. Nie liczyła na to, że już nigdy go nie usłyszy, ale mimo to…

Po raz pierwszy poczuła, że ma nad tym kontrolę.

Przepraszam, że Cię w to wszystko wciągnąłem.

Przepraszam, że nie zauważyłem niczego.

Przepraszam, że nie powiedziałem podczas tamtego spotkania, chociażby tego, że… jesteśmy. Że masz moje wsparcie. Bałem się. Nie chciałem Cię jeszcze bardziej dobić, a wiem, że w większości przypadków kompletnie nie potrafię ważyć swoich słów, lecąc bezpośrednio.

Przepraszam… że nie mogłem nic zrobić.

Przepraszam… że złamałem kolejną obietnicę.

Powiedz słowo… a staną za Tobą murem, Tuptuś.

Jak mogłam… chcieć ich zostawić?

Tak strasznie pożałowała tych wszystkich listów… nie pierwszy raz z resztą – ta myśl nawiedziła ją już któryś z kolei raz w ciągu ostatniego tygodnia. Nie powinien mieć powodu, aby pisać to wszystko, a jednak… płacz wywołany z początku smutkiem, frustracją, bezsilnością, po tej ostatniej linijce zamienił się we łzy wzruszenia.

Uwierzyła w nie… a przecież jeszcze kilkanaście dni wcześniej wydałyby się jej czystą fantastyką.

Im… im wszystkim wciąż zależy.

Mimo tego, co zrobiłam, napisałam.

Nie zasłużyłam na to… a jednak…

Jak mogłam…?

Podniosła oczy znad kartki. Nawet nie zauważyła kiedy tak mocno zacisnęła na niej palce. Gdyby tylko choć odrobinę dłużej się nad tym zastanowiła, zapewne bałaby się jego wzroku, jednak taka myśl nie przyszła jej do głowy – nie zdążyła. Błękitne, zapłakane oczy wpatrywały się w stojące w znacznym odstępie od niej szare. Te jednak nie wyrażały złości…

Nie wyrażały nic, co wskazywałoby na to, że za chwilę powie jej jakąkolwiek z kwestii, które wyobrażała sobie w jego ustach, kiedy szła na to spotkanie.

Nie… nie nienawidzisz mnie… prawda?

Milczała, tak po prostu stojąc przed nim i starając się zebrać na tyle, aby wydusić z siebie cokolwiek sensownego.

Co powinna teraz powiedzieć?

– Przepraszam… za… za wszystko. Skrzywdziłam cię… tak strasznie… was wszystkich… tymi listami, lekami… nie chciałam… nie chciałam was martwić… to… nie było celowe

Zatrzymywała się niemal co słowo, nawet jeżeli wcześniej dobre kilka minut zbierała na to własne myśli. Wodze sterujące jej własnym głosem cały czas wymykały jej się z dłoni, ciągnąc za sobą całe wodospady łez.

– Ale… powiedz mi… – zaczęła powoli. Zawachała się. Czy mogła o to zapytać? Czyu odpowiedź na to, nie powinna być oczywista…?

Ale nawet jeśli… co z tego?

– Proszę, powiedz… dlaczego…? – szepnęła, wysuwając do przodu ręce tak, jak gdyby chciała wskazać na trzymane przez siebie kartki.

Tak strasznie chciała to zrozumieć… i tak strasznie bała się, że tego nie potrafiła.

Że jest za wcześnie.

Że musi się jeszcze pozbierać.

Siebie i innych.

Że na końcu tej długiej ścieżki nigdy nie ujrzy normalności.

Przestań… już raz tak myślałaś i nie skończyło się to dobrze.

Powiedz słowo… a staną za Tobą murem, Tuptuś.

Nie możesz się poddać. Dla nich.

Walcz… dla tych, który walczyli o ciebie.

Autorka: PeachToast

List Williama do Aissatou

Sceaux, dn. 17.02.2015


Nie umiem pisać takich listów – to, co próbuję właśnie przelać na papier, nijak ma się do wpajanych nam w szkole podstaw. To coś więcej, niż parę grzecznościowych formułek, ładnie zaznaczony wstęp, rozwinięcie z przejściem do meritum sprawy, zakończenie, pozdrowienie, podpis…
Pozostałe, nieudane próby jego sklecenia – podarłem, wyrzuciłem do kosza. Nie liczę już, który to raz, które podejście, która próba, bo wiecznie coś mi w tym nie pasuje. Może… jestem po prostu przewrażliwiony, może jednak mam nadzieję, że mimo wszystko – przeczytasz to, co mam Ci do powiedzenia, a nie mam odwagi powiedzieć Ci twarzą w twarz.
Jestem tchórzem, Młoda. Jestem pierdolonym, ślepym tchórzem – wiem to. Jeżeli powiesz mi to prosto w oczy, jeszcze skinę Ci w potwierdzeniu głową i nie obrażę się o to, że mówisz prawdę.
Bo… naprawdę niczego nie wiedziałem, Aissatou. Wybacz mi – nie widziałem nic. Nie zauważyłem, nie spostrzegłem, nie domyśliłem się, nawet nie odczytałem sygnałów – bo może uznałem, że skoro sam ich nie wysyłałem, to jakby tej całej sprawy nie ma? Po prostu myślałem, że dalej jesteśmy na tej stopie koleżeńskiej, że mogę Cię nazwać przyjaciółką i myślałem, że poważasz mnie w ten sam sposób? Czy ja w ogóle myślałem? Bo w tej chwili poddaję to w wątpliwość.
Bo… tak. Jestem zaskoczony. Byłem. Jestem dalej.
Nie wiedziałem… naprawdę musisz mi uwierzyć w to, że… nie wiedziałem tego. Nie widziałem. ~~Striapach,~~ znowu się powtarzam. Wybacz. To będzie kompletny chaos. Nie wiem, ile jeszcze razy napiszę to samo.
Nigdy… nie potrafiłem podchodzić do pewnych spraw spokojnie. Po prostu. Gdzieś gubię swój pieprzony instynkt samozachowawczy. Zamiast ruszyć cymbałem, zamiast na moment stanąć w miejscu i chociażby podjąć próbę logicznego myślenia, gdzieś pomijam ten krok w nerwach. Wiem – jestem narwańcem (przynajmniej jeszcze nie wbijam ludziom cyrkli w kolana jak moja matka… ale, to inna historia).

Bo tak. Byłem wtedy wściekły, zrozpaczony, zagubiony, przerażony. Bo… obiecałem coś sobie: że nikogo już więcej nie spotka to, co spotkało mnie. Że nie pozwolę na to… a ostatecznie… to spotkało właśnie Akemi.
I nie mogłem z tym nic zrobić.
Satou… nigdy Cię o to nie obwiniałem. Nie winiłem Cię za to, że zostałyście zwabione w pułapkę, bo być może, gdybym był wtedy z Wami… też bym się nie pokapował, chociaż znam jakieś… no, mógłbym powiedzieć, że większość jego sztuczek. Nie wiem dokładnie, czego nauczył się przez ten czas, jaki po, jak się okazywało, tylko częściowym zniszczeniu, hulał po sieci. A z pewnością sobie poużywał, nie sądzę, żeby nie.
On… nie przepuszcza takich okazji. Znalazłem się pod jego kontrolą na pół roku. W tym czasie, na Ziemi, tak jak w przypadku Akemi, funkcjonowało tylko moje spektrum, z podstawowymi informacjami, jakimś tam poziomem wiedzy szkolnej i świadomością, że są rodzice, że trzeba się do nich odezwać…
…ale, to spektrum właśnie pamiętało tylko o usypianiu ich czujności.
Bo nie pamiętało o tym, jaką obietnicę złożyłem Pchełce. W przeddzień mojej pierwszej misji w Lyoko – że do niej zadzwonię. Możesz teraz stwierdzić, że to była tylko pierdoła, ale… zawsze dotrzymywałem obietnic, szczególnie tych, które składałem swojemu ciotecznemu rodzeństwu (jestem jedynakiem – ale, najpierw Rhys i ~~Zadziora~~ Kayleigh traktowali i dalej traktują mnie jak młodszego, rodzonego brata, potem ten sam wzorzec zacząłem odtwarzać wobec Mori, Sequilla i Sayeeda).
Tej jednej nie dotrzymałem przez własną głupotę. Wiesz, czemu powiedziałem, żebyście spierdalali w podskokach na widok latającego potwora z mackami – Scyphozoi? Żebyście nie popełnili mojego błędu i nie uznali, że ona nie atakuje tylko dlatego, że się Was, na przykład, boi. Bo ona się nie boi. Ona usypia Waszą czujność, by zabrać Was samych sobie.
Wtedy, kiedy Akemi została opętana, została zwirtualizowana vis-a-vis tego skurwysyna. By nie mieć nawet najmniejszych szans na ucieczkę.

Wtedy… uspała w ten sposób właśnie moją czujność. Bo mi się, kurwa, zachciało rżnąć bohatera. Bo chciało mi się zaimponować i chciałem poczuć… że mogę coś więcej, niż tylko podawać kolejne chusteczki i móc tylko wesprzeć słowem. Bo byłem za młody, żeby oddać Sid swój szpik. Bo chociażbym chciał, nie mogłem zapakować się w pierwszy, lepszy, samolot do Manchesteru i wesprzeć Seqa i Saya po stracie mamy w wypadku. Bo chciałem wreszcie poczuć, że potrafię zrobić coś więcej, niż sprawiać tylko problemy – wyleciałem z gimnazjum w Szkocji za naczepianie gdzie się dało listów… miłosnych. Well, nie potrafiłem zagadać do jednej dziewczyny, więc uznałem, że może w ten sposób zwrócę na siebie uwagę. Jak sobie o tym przypomnę, zalewa mnie krew. Już mniejsza o to – byłem, najprościej mówiąc, pierdolniętym szczeniakiem. Teraz została tylko część „pierdolnięty”.
Bezpośredniość przyszła mi dopiero z czasem. Dlatego wtedy odważyłem się powiedzieć to, co powiedziałem. Podczas tego pierwszego ataku… po sześciu latach.
Wtedy, kiedy wydano nakazy poszukiwania, aresztowania i egzekucji całej, Starej Gwardii – w tym mnie. Dalej nie wiem, jakim cudem wtedy udało mi się spierdolić przed służbami.
Aissatou… ja nie chciałem, żebyś musiała tam wchodzić. Ja nie chciałem tam sam wchodzić. Nie chciałem, żeby ktokolwiek musiał znowu tam wchodzić.
Bo znam ryzyko.
Bo wiem, jak to jest – kiedy zostaje Ci ukazane piekło i wmówione, że to Twoja wina. Kiedy widzisz, jak cały świat stoi w płomieniach, kiedy powietrze tnie smród benzyny i spalenizny… a to w Twoich dłoniach tkwi pudełko z zapałkami.
Bo przeżyłem to – xanafikacja nie jest jedynie brakiem kontroli nad samym sobą. Jest to również… nie potrafię tego określić słowami. Ale… XANA pokazywał mi, co może zrobić, jeżeli będę się opierał. Co może zrobić mnie, co może zrobić z moimi bliskimi. Kiedy dewirtualizowałem Wojowników, to nie tak, że zmieniali się w cyfrowy proch… widziałem, jakby naprawdę umierali.

Widziałem śmierć, jak rzekę. Zanurzyłem się w nią. On… codziennie, co chwila… katował mnie. Zrobił wszystko, byleby mnie złamać i to mu się udało.
Dusił.
Zabijał na wszelkie, możliwe sposoby.
Do tej pory pamiętam ten łańcuch, jaki wbijał mi się w szyję. Miał… kolce. Malutkie, ale czułem wyraźnie każdy z nich. Były nasączone jakimś cholerstwem.
Boję się najmniejszego trzasku, jeżeli wydaje go z siebie jakieś urządzenie. Boję się, kiedy ktoś mnie zajdzie od tyłu. Śpię po ledwie trzy-cztery godziny, bo albo nie mogę zasnąć, bo się boję, albo budzę się z krzykiem.
Satou… bałem się. Wybacz mi, nie wiedziałem, co robić – tak, fakt, że miałaś doświadczenie… był dla mnie cenny, ale nigdy nie był cenniejszy od ***samej ciebie***, rozumiesz? To nie może być ważniejsze od człowieka, nigdy nie było, nie jest, i nie będzie ważniejsze od Ciebie, jako osoby. Jesteś czymś więcej, nie jesteś tylko numerem identyfikacyjnym, nie dla nas, nie dla mnie – bo dla mnie jesteś przyjaciółką… nawet, jeżeli straciłem tę relację na własne życzenie, przez błędy, jakie popełniłem i dalej… popełniam.
Wiem, że jestem „tylko człowiekiem”, ale powinienem mieć na tyle doświadczenia, by… nie wiem, poradzić sobie wtedy z Aelitą i Was w to nie wciągać.
Bo znam Lyoko na wylot – przez to, jak na siłę mi wgrał w głowę wszelkie dane związane z lokacjami sektorów, potworami, ich taktykami… wszystko, co mógł.
To nie tak, że tamtego dnia w parku, spanikowałem przez Ciebie – odkąd zostałem wyciągnięty, cierpię na zaburzenia lękowe. Zostałem poprawnie zdiagnozowany dopiero w momencie, w którym również poszedłem na odwyk.
Nie byłem w stanie pomóc sobie samemu – i jeszcze próbuję pomagać innym. Żałosny jestem… wiem doskonale.
Bo kiedy zaczęły do mnie wracać wspomnienia niewoli, kiedy to wszystko zaczęło mi odbierać resztki tego przekonania, że być może temat jest zamknięty – zacząłem się izolować. Bo pamiętałem, co obiecał XANA – co zrobi z „moją pomocą”, do czego mnie zmusi.

Pokazywał mi, jak zabijam wszystkich, którzy cokolwiek dla mnie znaczyli.
Takie sny mam do tej pory, w różnej formie. A żeby je zagłuszyć… robiłem chyba wszystko.
W ten sposób, wpadłem w marihuanę i heroinę – jestem czysty od trzech i pół roku, teoretycznie trochę dłużej… ale liczę dni od zakończenia tej „agresywniejszej” części odwyku. Pić… piję, okazyjnie, ale wyszło, że i tego wyrzekłem się na jakiś rok, sam z siebie.
W ten sposób, zacząłem się okaleczać – mam blizny po całej długości ramion. Nie chcę Ci się o nich rozpisywać. Nie potrafię. Przepraszam, że nie mogę być w tej kwestii szczery, ale… one się nigdy nie zagoją. Dlatego, poza domem, nie chodzę na krótki rękaw, a przełamanie się do tego, by nie zakładać bluzy przy ~~Pchełce~~ Mori, która wie o tych sznytach… jest ciężkie. Chociaż wiem, że nie będzie mi robić o to wyrzutów, nie będzie gderać, nie będzie załamywać rąk.
I… w pewnym momencie życia, również stanąłem na tej samej krawędzi, na linii dzielącej życie od śmierci.
Bo nie chciałem już cierpieć.
Miałem próbę samobójczą. Chciałem… przedawkować herę.
W ostatniej chwili zadzwonił braciak. Elektryk.
Poznałaś mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej, możliwej chwili, a ja zapomniałem wyciszyć tego telefonu.
Tylko… czasem naprawdę myślę, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym jednak się na to odważył, gdybym wziął tę dawkę, bo wierz mi, upewniłem się, że to by mnie na pewno zabiło.
Wtedy, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Ja… nie chciałem cierpieć, ale również nie chciałem jednak kończyć w ten sposób.
Wiem, że Ty też nie chcesz.
Dopiero wtedy, powoli… dałem do siebie dostęp i dałem sobie pomóc. Chociaż nie mogłem powiedzieć nikomu prawdy. Rodzice, rodzeństwo – oni wiedzą, że *coś* się zadziało i dlatego znalazłem się w takim stanie. Nie wiedzą, co dokładnie, a mnie boli takie ukrywanie, to, że muszę ich wciąż okłamywać i jeszcze mam czelność usprawiedliwiać w tym samego siebie, że robię to dla ich dobra.

Nie powiem przecież mamie, tacie, że za ich syna, przez pół roku chodziło spektrum – a ich dziecko przechodziło…
Już sam nie wiem, jak to określić.
Dla nich liczy się, że „wróciłem”. Wiem, że nie zasłużyłem na to ciepło. Wiem, że nie zasłużyłem na wybaczenie ze strony Mori, której było głupio, że na mnie naskoczyła… skąd miała wiedzieć, że nigdy o niej nie zapomniałem – to moje przygłupie spektrum nie miało wgranego odpowiedniego wspomnienia?
Stanęli za mną murem, kiedy zdałem sobie sprawę, że potrzebuję pomocy.
Wtedy, miałem atak paniki. Dostaję je niekiedy bez zapowiedzi. Gdziekolwiek. Szukam wtedy miejsca, w którym mogę się schować, by to przeczekać, boję się samego siebie, boję się, że mogę komuś zrobić krzywdę – raz niechcący przyłożyłem tak Kayleigh. Wystraszyłem się, kiedy podeszła za blisko, kiedy złapała mnie za ramię, bo jeszcze nie wiedziała, co się ze mną dokładnie dzieje. Odepchnąłem ją, chodziła z siniakiem na ramieniu.
Czasem również bywa, że w ich wyniku tracę przytomność. Po prostu mdleję. Organizm wyłącza mi awaryjnie świadomość, bo dostaje za mocne wciry.
Ostatnio, napad dorwał mnie w mieszkaniu. Rozwaliłem szkło, Akemi znalazła mnie pod biurkiem. Gdyby nie ona, prawdopodobnie siedziałbym tam dłużej w tym stanie.
Aissatou, Ty też mi wtedy pomogłaś. Naprawdę.
Dziękuję, że to ze mną przeczekałaś. Przepraszam, że byłaś tego świadkiem – zawsze się wstydzę później, kiedy ktoś mnie znajduje w tym stanie, albo przy kimś w ogóle mi tak odwali.
Czułem się bezpieczniej.
Przepraszam, że sam… nie dałem Ci tego odczuć, kiedy potrzebowałaś wsparcia.
Wtedy… w kawiarni – kiedy spotkaliśmy się, by ustalić, jak możemy pomóc Akemi… przepraszam, że pociągnąłem za jedną ze strun, za mocno – robiąc Ci po raz kolejny krzywdę.
Bo wiem, jak wygląda taka chwilowa fascynacja, takie zauroczenie. Sam je przeżyłem. Ono samo mnie zaprowadziło do diabła, bo chciałem się popisać.

To była moja kara. Poznanie tamtej dziewczyny, lata temu, z perspektywy czasu, to najgorsze, co mi się przytrafiło. Zostawiła mnie po wszystkim jak kredowy obrys zwłok i czekała na deszcz, który mnie zmyje.
Dlatego… poczułem, że dostałem jasno do zrozumienia – nie zasługuję na jakąkolwiek pomoc. Czy to głupie notatki, by móc zrównać się z poziomem ówczesnej klasy (zawaliłem potem rok w liceum – powtarzałem drugą klasę), czy zwykła rozmowa… cokolwiek.
Powiedziała, że to wszystko moja wina.
She was goddamn right.
Nie jesteś tylko kodem. Jesteś Aissatou – naszą Aissatou, czy jak się śmiałem, bo dawałaś tak odczuć, że Cię wszędzie pełno, tuptałaś tu, tuptasz jeszcze tam… „Tuptuś” ^^”
Tak, wiem, jestem w związku z Akemi i kocham ją. Naprawdę mocno ją kocham – a Ciebie traktuję i poważam jako przyjaciółkę i będę szczery, ale i jako młodszą siostrę.
Bo jesteś człowiekiem. Bo nie zrobiłaś niczego złego. To Ciebie skrzywdzono. Nie jesteś wypruta z emocji.
Nie chcesz cierpieć.
To… to ja Cię skrzywdziłem. Jestem jak trucizna – czuję się tak, jakbym niszczył każdego, kto się do mnie chociażby zbliży.
Przepraszam, że Cię w to wszystko wciągnąłem.
Przepraszam, że nie zauważyłem niczego.
Przepraszam, że nie powiedziałem podczas tamtego spotkania chociażby tego, że… jesteśmy. Że masz moje wsparcie. Bałem się. Nie chciałem Cię jeszcze bardziej dobić a wiem, że w większości przypadków kompletnie nie potrafię ważyć swoich słów, lecąc bezpośrednio.
Przepraszam… że nie mogłem nic zrobić.
Przepraszam… że złamałem kolejną obietnicę.
Nie wiem nawet, czy dotarłaś chociażby do połowy listu – jeżeli chociażby go otworzyłaś i przeczytałaś połowę – naprawdę jesteś zajebista, żeś przebrnęła przez ten pierdolnik.
Jeżeli go nie przeczytałaś: nie chciałaś, za co Cię nie winię. Bo nie mam takiego prawa, bo to Ty masz zasrane prawo czuć do mnie żal po tym wszystkim. Równie dobrze, nigdy Ci go nie dałem, bo nie potrafiłem się na to zdobyć.
Powiedz słowo… a stanę za Tobą murem, Tuptuś.

Autorka: Morrigan

Co, jeżeli…

Na trawniku przed boiskiem szkolnym w Kadic wylegiwała się piątka młodych uczniów. Jeremy siedział z laptopem na kolanach, zza pleców zaglądała mu Aelita. Razem omawiali ostatnie zadanie domowe. Odd skrobał coś w swoim notatniku, przygotowując pomysły na nowy scenariusz filmu krótkometrażowego. Yumi  wespół z Ulrichem leżeli na trawie wpatrując się w leniwie poruszające się chmury na niebie. Chłopak wciąż zastanawiał się nad zbliżającym się terminem oddania wypracowania języcznego. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi, postanowił podnieść się z ziemi i zwrócić się do swojego współlokatora:

– Odd, jak ty to robisz że zawsze znajdziesz jakiś ciekawy temat na wypracowanie albo film?

 – Po prostu zadaje sobie pytanie, na przykład “Co jeżeli?”

– Co jeżeli? – Powtórzył się pytająco Ulrich.

– Tak. No wiesz, rzucasz jakieś pytanie które ciebie by zainteresowało i masz gotowy materiał na film.

– Czyli jakie? Jak ukryć Kiwiego w walizce? – Zaśmiał się Jeremy.

– Na przykład… Co jeżeli Sissi pojawiłaby się w Lyoko?

– Miałbym niefart. – Krótko rzucił Stern, jednocześnie z powrotem kładąc się plecami na trawie.

– A jakby Sissi wyglądała? Miałaby rogi albo wampirze kły doktora Shrenka?

– Prędzej głowę wielką jak jej ego. – Zażartowała Aelita.

Grupa roześmiała się na kilka chwil. Temat poczęła ciągnąć Yumi.

– Ej, ale to w zasadzie jest ciekawe pytanie. Jak wyglądałaby Sissi w Lyoko?

– Chyba jak sam doctor Shrenk. – Poważnie odpowiedział Ulrich.

– Hmmm… – Zastanowił się Odd. – Stawiałbym na Czirliderkę. Zawsze stara się wszystkim udowodnić że wygląda najlepiej i ściąga na siebie uwagę.

– A może pielęgniarka? – Zastanowiła się Aelita.

– Pielęgniarka? A skąd ten pomysł? – Rzucił Belpois.

– No bo w sumie o ile na co dzień jest złośliwa, to zawsze dba o swoich. A w sytuacjach niebezpiecznych potrafi być troskliwa. Superkomputer tworzy awatary na podstawie ludzkiej podświadomości, więc w sumie czemu nie?

– A właśnie, a propo superkomputera. – Wtrącił się Ulrich. – A co jeżeli ktoś go odnajdzie i włączy na nowo?

– Nie ma szans. – Odpowiedział pewnie Jeremy. – Operację rozruchu zabezpieczyłem wymogiem wpięcia przenośnej pamięci flashowej, nikt go nie uruchomi.

– A po naszemu? – Zapytała się Yumi.

– Wkładasz właściwy pen drive i wciskasz przycisk. A takowy mam tylko ja.

– Oprócz tego zablokowaliśmy również windę, przyciski, wrota… – Wtrąciła się Aelita. – Razem z Williamem zamurowaliśmy nawet przejście do laboratorium.

– Ta, ale na długo to nie wystarczy.

– Czemu? – Zapytał się Odd.

– Bo miasto ma zamiar w przyszłości wyburzyć fabrykę. Chwilowo wybierają się do tego jak sójka za morze, ale jak się w końcu wezmą to odkryją superkomputer.

– Oh. – Zaniepokoiła się Yumi. – Mamy na to jakiś pomysł?

– W zasadzie dwa. Jeżeli będą zbierali się wystarczająco długo aby firmy produkowały podobne komputery na masową skalę to po prostu się ujawnię, wtedy i tak będzie wszystko jedno. A jeżeli się sprężą to rozłożę superkompa na części i złożę go gdzieś z powrotem w jakieś dziurze.

– A niby gdzie taką dziurę znajdziesz? – Dopytywał się Ulrich.

– Po prostu coś wymyślę. Po walkach z XANĄ w zasadzie nie widzę rzeczy której musiałbym się bać.

– Hmmm… – Aelita przez moment się zastanowiła. – A co gdyby XANA wygrał?

– Co?

– Gdyby XANA wygrał. Zniewoliłby ludzkość? Wszyscy padliby na kolana jak w utopijnych filmach?

– Na pewno. – Wtrącił się Odd. – Widziałaś te wielkie pająki w opuszczonym laboratorium? Ich ostre kończyny na pewno nie służyły do szydełkowania szalików.

– W sumie nie raz się nad tym zastanawiałem. – Począł mówić Jeremy. – Ciężko dzisiaj stwierdzić co by się stało, ale możliwe że XANA schowałby się i tyle. Zwróćcie uwagę że większość jego ataków była skierowana na mnie albo Aelitę, byliśmy dla niego albo przeszkodą albo środkiem do celu. Ale nikt nie wie jaki był jego prawdziwy cel.

– Czyli co, ryzykowaliśmy życiem na darmo? – Zapytał się Ulrich.

– Skąd, dla XANY cel uświęca środki. Gdyby nie my, kto wie ilu ludzi by przypadkowo zginęło.

– A co jak wszyscy staniemy się dorośli? – Wtrącił Della Robbia. – Założymy rodzinę albo będziemy podróżować po świecie.

– Rodzinę… – Zaczerwienił się Jeremy.

– No wiecie, rozjedziemy się i żaden z nas nie będzie miał czasu dla siebie. Aż w końcu zapomnimy że kiedyś chodziliśmy do jednej i tej samej budy.

– Myślę że trochę za daleko wybiegasz w przyszłość Odd. – Uspokoiła przyjaciela Yumi. – Wszyscy razem przeżyliśmy ze sobą wiele trudnych, tragicznych i chwalebnych chwil. Takich rzeczy nie da się zapomnieć.

– Poza tym mamy XXI wiek. – Powiedziała Aelita. – Będziemy do siebie często dzwonić i raz na kwartał albo pół roku robić długie, wspólne zjazdy. Będzie dobrze.

– To ja może mam fajniejsze pytanie. A co jeżeli pojedziecie w najbliższe wakacje razem ze mną do Japonii?

– A twoi rodzice się zgodzą?

– Pewnie, przekonam ich.

– Hmm… – Przeciągnął Jeremy. – W sumie, czemu nie?

Autor: Wyklęty

Przygody młodego Jima Moralesa

9 lipca 1973, Avenida 9 de Julio, Buenos Aires

20:34 GMT-3

Nocne Buenos Aires, choć wielkie i błyszczące, było tego wieczoru ciche i chłodne. Skąpane w gęstym jak atrament mroku, którego ku zdziwieniu Douglasa dziesiątki przyćmionych latarni nie potrafiły rozpędzić, Plaza Lavalle kusiła zmęczonego Brytyjczyka dużo bardziej niż parkiet Teatro Colón.

Chociaż…

Douglas wrócił z balkonu z powrotem do zapierającej dech w piersiach sali opery. Uroczystości z okazji Dnia Niepodległości przetoczyły się przez cały kraj zwyczajowo kilka tygodni wcześniej, 25. maja. Teraz stolica Argentyny w większości szykowała się do niespokojnego snu, a jedynymi wartymi wspomnienia obchodami 9. lipca był bal dla miejskiej śmietanki.

 – …ski dla głowy argentyńskiego Kościoła!

– Nikt tak nie mówi, Jimbo – odparł niewysoki mężczyzna próbując wyrwać się z szerokiego uścisku Moralesa. – Cześć Douglas, dobrze cię widzieć.

– Hej, Jorge – Douglas wyciągnął rękę na uściskanie.

– A kim jest wasza urocza towarzyszka, durnie?

Wzrok całej trójki mężczyzn spoczął na ślicznej, niewysokiej Japonce, siedzącej pod ścianą tuż obok, dotychczas nieobecnej w rozmowie, lustrującej uważnie każdy centymetr parkietu. Dopiero po kilku sekundach Akiko zorientowała się, że to o niej mowa, ale nim zdążyła się odezwać, przedstawił ją Jim.

– A, właśnie, dobrze, że jesteś. Potrzebujemy błogosławieństwa. A właściwie to przynajmniej, żeby cud się ziścił. Inaczej ta dwójka nigdy nie wyjdzie razem na parkiet.

– Nie masz… – przerwał mu bardziej zakłopotany niż zirytowany Douglas – Nie masz czegoś do roboty, stary?

Istotnie – stojąca w tyle orkiestra właśnie skończyła stroić instrumenty i dawała znać, że zaraz zacznie grać.

– Racja – Jim przygładził klapy czerwonej dresowej bluzy, która służyła mu zamiast marynarki do garnituru i ruszył na środek sali w poszukiwaniu partnerki, ale po drodze jeszcze zdążył dać Jorge’owi kuksańca w bok. – Ty lepiej się pozbądź tej koloratki, bo nikt nie będzie chciał z tobą tańczyć!

– Phi, amator. Ta koloratka sprawi, że wszystkie najgorętsze laski nie będą myślały, że do nich zarywam, i nie będą się bały wskoczyć do tanga!

***

Pierwsze nuty rozbrzmiały.

Wybuchła noc.

– Mogę prosić Panią do tańca?

– Tango z nieznajomym? Zawsze!

…3, 4 i…

…Więcej się można nauczyć podróżując. Podróżować jest bosko…

…Ach proszę pana jaki pan jest ciekawski. Naturalnie myślę o mężczyznach…

…Kiedy wybrali mnie syreną morza, zaprosili mnie do pierwszej klasy…

***

Ostre nuty rozpalały krew w żyłach nawet tych, którym nie dane dzisiaj było wyjść na parkiet. Douglas usiadł pod ścianą obok zmarnowanej Akiko i z uśmiechem zauważył, że wystukuje nogą rytm. Dziewczyna jednak nadal była spięta, czujna… i gotowa do walki.

– Odpręż się, dzisiaj NIE będziemy się napieprzać z bojówkami Peróna, spokojnie.

Japonka skwitował uwagę lekkim skinieniem głowy i jeszcze lżejszym uśmiechem. I jeszcze lżejszą uwagą.

***

tkt ktk tkt ktk tkt ktk…

Stukot szpilek Akiko niósł się po asfalcie, gdy cała trójka oddalała się żwawym krokiem dalej ulicą Libertad. Japonka szła przodem, dalej wypatrując potencjalnych napastników. Jim i Douglas postanowili już więcej nie zwracać jej dziś uwagi.

– Ładną promenadkę machnąłeś tam na koniec, Jim.

– Serio? Dzięki.

– Tylko tak dla pewności – wiesz, ze istnieje różnica miedzy tangiem amerykańskim a argentyń-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk…

– Wy też nieźle wymiataliście na parkiecie z Akik-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk tkkt ktk tkt…

– To co tam u naszej panny Semiramis?

– Teraz każe do siebie mówić del Carmen.

– Huh, ciekawe.

ktk tkt ktk tkt ktk ktk…

– Też to widziałeś, nie?

– Tak. Dotarli do niej pierwsi.

– Yep. Kartagina: 1, my: 0

Autor: Qazqweop