„I ciebie też, bardzo…”

UWAGA! Mogą wystąpić niezgodności ramy czasowej.

Wiem, że nie chcesz się już dłużej bać…”

– Jak mogłeś użyć Powrotu do Przeszłości?

Normalnie, pomyślał. Wbrew opinii publicznej, potrafił on zrozumieć podstawowe elementy związane z informatyką. Patrząc na ręce Jeremiego, zapamiętał prostą kombinację przycisków, która skutkowała właśnie skokiem czasowym. Czy to oni wiedzą? Pewnie nie.

– Jesteś nieodpowiedzialny!

W końcu jest przeciętnym piłkarzem i tłukiem naukowym. Same zera z matematyki, fizyki, francuskiego, chemii. Tylko z włoskiego potrafił skleić kilka zdań, dzięki współlokatorowi, który pochodził z kraju płynącego winem oraz makaronem.

– Nie chcę ciebie znać!

Zabrała torbę podróżną, a następnie odwróciła się na pięcie i opuściła mury Kadic. Swoją walizkę delikatnie przedstawił w lewą stronę. Próbował wypełnić pustkę, którą zostawiła dziura w białej ścieżce. Nie zatrzymywał jej. W końcu nie chce już go znać.

„.. Nie chcę tańczyć do melodii, którą znam…”

– Witaj, synu.

Westchnął głośno, po czym też się przywitał ze swoim ojcem od niechcenia. Wrzucił swoje bagaże do samochodu. Zapiął pas, wyciągnął słuchawki, jednak ich nie założył. Przyglądał się spadającym płatkom z nieba. Zamrożone łzy z góry. Albo wspomnienia, które za kilka sekund spadną z szyby samochodu. Ciężko było je zinterpretować.

– Nadal grasz w te piłkę?

Milczał. W pewnym stopniu spodziewał się, że ten temat wróci jak wielki bumerang. Przed rozpoczęciem roku szkolnego było dokładnie to samo. Że nie powinien w ogóle grać, tylko się uczyć. Że tylko marnuje czas na boisku internatu. Że przynosi hańbę wszystkim prawnikom z ich rodowodu. Ale to nie była jego wina, że nie potrafił zrozumieć francuskiego prawa. W zasadzie, to jakiegokolwiek.  Zbiór sprzecznych zasad.

Czy właśnie opisał swoje serce? Pewnie tak. Jak miał wytłumaczyć to, że nie potrafił jej powiedzieć o wszystkim, co go gryzie na sumieniu? Miał okazję. Którą spieprzył po całości. Wolał milczeć. Patrzeć na jej oczy, z których można było odczytać wiele emocji, jakie kumulowały  się w nastolatce.

– Kiedy w końcu zaczniesz się uczyć?

Korek. Standardowo o tej godzinie, czego ojciec nigdy nie potrafił się nauczyć. Wiele razy przecież mógł przyjechać wcześniej po niego, żeby uniknąć jazgotu silników, klaksonów oraz bluzgów pozostałych kierowców na obecną sytuację.

Wtedy też zbierano się na poważne rozmowy o jego edukacji. Rok w rok to samo. Nawet jakby bardzo chciał, to nie miał siły przebicia na zmianę taśmy na odrobinę delikatniejszą. Matka zachowała taką samą strategię, jak on.

Cisza. Walka z własną głową. Płytki oddech.

– Marnuję tyle pieniędzy na tę szkołę!

Dźwięk telefonu. Zignorował pretensje kierowcy i otworzył wiadomość. To jego włoski współlokator. Był atak Xany. Niedaleko domów mieszkalnych. Przełknął nerwowo ślinę. Siedział w przeklętym korku, stając przed ważnym wyborem. Czas uciekał.

Tik tak… Tik tak… Tik tak…

– Po Nowym Roku wracasz na stałe. Przypilnuję cię.

„… Jestem wolny, już mnie porwał wiatr…”

Rozpiął pas. Zapiął pod szyję swój płaszcz. Wziął listonoszkę, w której było bardzo mało rzeczy. Otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Ktoś tam coś krzyczał. Że jest nieodpowiedzialny. Ma natychmiast wracać. Że jeszcze popamięta taki cyrk. Że ma nie wracać na święta.

Nieważne… nieważne…

Przechodził między autami. Czerwone, czarne, niebieskie, białe. Sami kierowcy, małe dzieci, pieski, kotki, choinki, zapakowane prezenty. Spokojni, sfrustrowani oraz wściekli kierujący. Zmęczeni pasażerowie. Mnóstwo tego było.

I on, który szedł w drugą stronę. Śnieg padał coraz szybciej. Czuł śnieg na swoich włosach. Trzy razy nawet oberwał po oczach. Mimo tego, nadal maszerował. Truchtał. Przepychał się na środku ulicy. Po minutach walki z technologią włączył sprint.

Czuł, że jest przez chwilę wolny. Bez żadnych zmartwień. Bez krzyczącego ojca i niewzruszonej matki. Bez kolejnych niezaliczeń przedmiotów. Bez świata Lyoko. Bez kontuzji po meczach reprezentacyjnych. Bez przebaczenia.

Wparował do fabryki jak poparzony. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że wszystko w miasteczku wydawało się jakby… normalne. Zwykły dzień przed wigilijną wieczerzą. Pracujący dorośli, szczęśliwe dzieci formujące białe kulki. Świąteczne piosenki w galeriach handlowych. Dozorcy sypiący sól na chodniki.

Jednak jedna rzecz się różniła. Nikogo w tej fabryce nie było. Tylko on. Sprawdził jeszcze raz telefon. Wiadomości nie było. Wyparowała. Albo nigdy nie powstała… spojrzał na ekran. Skaner niczego nie wykrywał. Był spokój. Wręcz podejrzany spokój.

Wzruszył ramionami, uśmiechnął się. Warto było jednak biec ten maraton pomiędzy samochodami na środku ulicy. Musiał jeszcze jedną rzecz załatwić. Odpoczął chwilkę na fotelu mózgowca i dowódcy wszystkich misji. Zamknął oczy, a uśmiech nie zniknął mu z twarzy.

„… Daleko, gdzie mleko, rozlewa się wśród gwiazd.”

– Hej! Wszystko dobrze?

Obudził się. Wisiała nad nim jedna głowa. Czarne włosy opadały na jasną twarz.  Przez myśl mu przeszło, że to mu się tylko śni. Jednak tak w ogóle nie było. Czuł, jak bolą go po upadku plecy. Nie wiedział, co się stało i dlaczego leży na ziemi. Nie do końca kontaktował. Jak na razie. Zamknął oczy po raz drugi.

– Hej! Wstawaj!

Nadal miał je zamknięte. Udawał, że jest z nim coraz gorzej. Tak naprawdę nic takiego nie miało miejsca. Ciekawość to był pierwszy stopień do piekła. Dla niego? Zdecydowanie czwarty, jak nie szósty. Czuł, jak dziewczyna próbuje go ocucić, szturchając oba ramiona.

– Nie zostawiaj mnie!

Dobra, już starczy. Otworzył oczy, ciesząc się jak nigdy. Mina jej była niesamowita. Mógł zrobić tylko zdjęcie wyobraźnią. Miał ogromną nadzieję, że to zapamięta. Szok na twarzy, że padła ofiarą niewinnego żartu, był warty upadku, którego nawet nie pamięta.

– Idiota.

Nie szkodzi, nie szkodzi…

Nim się zorientowała, chwycił jej policzki. Przybliżył jej usta do swoich. Szok? Niedowierzanie? Odepchnięcie? Co zrobić, co zrobić? Czy ktoś wie, jak ma postąpić? Wiecie? Nie wiecie?

Ona też nie wiedziała. Dlatego szybko pomogła mu wstać oraz otrzepać się ze śniegu. Po chwili przyjechało żółte oraz czarne auto. Marki niemieckie. Kierowcy inni. Żółte auto wypełnione choinką, młodszym bratem oraz zapachem wiśni. Czarne auto zapchane walizkami, jedzeniem oraz wiadomościami politycznymi.

Wiedzieli, do którego auta kto teraz idzie.

Autorka: Azize

Sny

  1. Jeremie

Jeremie śnił o aniele, zamkniętym w szklanej butelce. Anioł był cały w różu, z twarzą Aelity – a jednak nie był nią. Wydawał się smutny, może zamyślony.

-Kim jesteś? – zapytał Jeremie.

Anioł nie odpowiedział mu. Spojrzał mu w oczy i wymusił uśmiech. Po jego policzku spłynęły łzy.

-Uwolnię cię, zobaczysz – obiecał Jeremie.

We śnie nie pamiętał, że Aelita leżała bezpiecznie tuż obok niego, może nawet przytulając się do jego ramienia. Wolna od prawie dziesięciu lat.

Kim więc był anioł?

  1. Aelita

Aelita śniła o Xanie. Ten sam koszmar, który widywała od lat.

Przyjaciele znikający w Cyfrowym Morzu.

Czerwona wieża świecąca coraz jaśniej.

Kraby, mnożące się w zastraszającym tempie. Już nie była ich w stanie policzyć.

Została sama, na niewielkiej platformie sektora górskiego.

Gdzie była reszta sektora?

Została tylko ta mała wysepka, oraz wieża, strzeżona przez tysiące krabów.

“Dlaczego właśnie kraby?” zapytał kiedyś Jeremie, gdy opowiedziała mu o śnie.

Aelita pokręciła głową. Nie wiedziała.

Dlaczego właśnie kraby?

  1. Odd

Odd śnił… oczywiście o jedzeniu.

Był znów w stołówce w Kadic. Dostał właśnie trzecią dokładkę. Reszta wojowników rozmawiała przy stoliku. Śmiali się, widząc jego apetyt.

Nie było czym się przejmować, prawda?

-Moment – Odd przerwał pogawędki. Przy stole zapanowała cisza.

Chłopak wstał. Na jego twarzy malowało się przerażenie.

-Gdzie deser?

  1. Ulrich

Ulrich rzadko śnił o Lyoko, czy o szkolnym życiu. Od czasu do czasu przypominały mu się bardziej ekscytujące walki… Ale po obudzeniu nie potrafił powiedzieć, czy rzeczywiście były to wspomnienia, czy może tylko senne wymysły.

Tym razem jednak, we śnie powędrował do fabryki. Wydawała się dość realna. O wiele dokładniejsza, niż był w stanie zapamiętać.

Sen poprowadził go do windy i na dół, do skanerów. Czekały tam na niego postacie… Nie umiał rozpoznać ich twarzy, jednak wiedział, kto to: Odd, Yumi, Aelita i William.

Ale było tu coś jeszcze.

Jakiś cień, którego nie umiał rozpoznać i którego nikt z jego przyjaciół nie widział.

-Jeremie? – zapytał Ulrich, licząc na jakąś odpowiedź.

W tej chwili sen się skończył.

  1. William

William często miewał koszmary.

Śnił, że znów służy Xanie, że znów jest kontrolowany. Że rani przyjaciół, czasem i rodzinę.

Potem wstawał, zalany potem, żeby uświadomić sobie, że Xany nie ma już od dawna.

Tym razem, wyrwany z jednego z takich koszmarów, uświadomił sobie, że zasnął przy biurku. Rozejrzał się, próbując ustalić, czy jest w domu, czy w biurze. Jednocześnie jego uwagę zwrócił uśpiony komputer.

“No tak, musiałem czegoś nie dokończyć” pomyślał, uaktywniając go.

Zamarł.

Przez ułamek sekundy był pewien, że na ekranie widzi znak Xany – jednak to nie było możliwe.

To tylko umysł płatał mu figle, jak każdemu, kto dopiero co obudził się z koszmaru.

  1. Yumi

Yumi rzadko miewała sny; jeszcze rzadziej udawało jej się je zapamiętać.

Zwykle śniła jej się praca, rodzina, czasem szkolne czasy i Lyoko.

Zaskoczyło ją, gdy w śnie znalazła się na złocistym polu, które rozciągało się tak daleko, jak tylko mogła widzieć.

Gdzieś z boku widziała ruch, jednak za każdym razem, gdy próbowała na niego spojrzeć- znikał.

Zaczęła iść przed siebie.

Coś szło za nią. Coś jakby czarny dym.

A jednak, gdy w końcu zmaterializowało się, zagradzając jej drogę, nie był to William, jak się spodziewała.

Zerwała się z łóżka, nie będąc w stanie nazwać istoty, która przed nią stanęła.

Rozpłakała się.

Sięgnęła po komórkę i pośpiesznie wybrała numer, którego nie wybierała od lat.

Autorka: Akuliszi

Papierowe katharsis

Nigdy nie czuła się odarta z poczucia bezpieczeństwa, a przynajmniej… nie przez Williama. Bardziej miała wrażenie, że nigdy w pełni takiego nie zaznała. W zasadzie nigdy takowego od niego nie oczekiwała, więcej, nawet ani przez moment nie uważała, aby na takowe zasługiwała. Na samym początku widziała w nim osobę, która po prostu przeżyła to samo, kogoś do kogo być może w przyszłości będzie mogła zwrócić się o pomoc w radzeniu sobie z trudnymi emocjami, a komu takiej pomocy udzieli bez chwili zawahania. Nieco później marzenie o wejściu z nim w taką relację przerodziło się w swego rodzaju zakazany owoc. Owoc, którego zerwanie wiązałoby się ze skrzywdzeniem całej masy ważnych dla niej osób oraz skomplikowanie życia ich wszystkich.

Nie mogła sobie na to pozwolić, bo znalazł się ktoś lepszy. I to nie tak, że miała o to żal do Akemi, bo nie o to w tym wszystkim chodziło, ale wciąż… to bolało. Sama ta myśl, o odrzuceniu, o tym, że nie była wystarczająco dobra.

Nie mogła pozbyć się tego z pozoru drobnego ukłucia.

Zresztą, nawet teraz, gdy już miała świadomość tego, że pokochała inną osobę, a Dante potrafił dzień w dzień kłaść jej do głowy, że czuje do niej to samo, to w jej głowie wciąż pozostawały tyle paskudne myśli.

Zasługuje na kogoś lepszego.

Na kogoś bardziej atrakcyjnego. Silniejszego. Mniej zniszczonego. Na kogoś, kto potrafiłby być dla niego wsparciem.

Jesteś dla niego ciężarem… jesteś ciężarem dla wszystkich.

To litość, nie miłość.

Ten fizyczny dystans, niepisana granica, którą wyznaczyła… nie wynikała ze złości, a bardziej ze wstydu. To właśnie dlatego nie chciała mówić o tym spotkaniu komukolwiek, a zwłaszcza Dantemu – wystarczyła jej jedynie myśl o tych wszystkich emocjach, które czuła odnośnie Williama, a których nie potrafiła kontrolować, aby poczuła do siebie obrzydzenie. Wiedziała, że nie ma powodu, aby jakkolwiek się na niego gniewać. To oczywiście, nie oznaczało, że nie zdarzyły jej się momenty, w których miała ochotę zwyzywać go od najgorszych, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to bez sensu. Przecież William w niczym jej nie zawinił… przecież nie zmusił jej siłą do walki w Lyoko, ani przez moment nie dał jej nadziei na to, że jej uczucia zostaną odwzajemnione… nie mógł wiedzieć o tym, że to wszystko, co wydarzyło się na łamach ostatnich kilku miesięcy, może przygnieść ją na tyle, aby wydarzyła się tragedia.

Nie mógł wiedzieć o niczym… ponieważ nie wspomniała mu o tym ani słowem. Nie otrzymała żadnej pomocy, ponieważ o nią nie poprosiła.

—  So climb up, come clean

      Blow back the smoke screen

      It’s all here, It’s all you

      Get clear on the darker view —

Słysząc jego słowa, tylko mocniej zacisnęła dłonie.

Przestań… przestań słodzić, tylko powiedz to wreszcie wprost. Powiedz, co myślisz.

W końcu po to tu jesteś.

To przeciągające się w nieskończoność czekanie na moment kulminacyjny – to chyba właśnie ono było najgorsze. Nie spodziewała się żadnego ciepłego słowa z jego strony, nie oczekiwała zrozumienia, ani podobnego, bo z jakiego powodu miałaby tego od niego chcieć? Oczyma wyobraźni widziała, jak chłopak delikatnie zaczyna temat, aby chwilę później zacząć na nią krzyczeć, naśmiewając się z tego, jak głupia była, szukając czyjejkolwiek uwagi poprzez wylaniu własnego żalu w listach i próbując się zabić.

Miałby rację jak nic.

Tak samo uznałaby zresztą, gdyby kazał jej trzymać się od niego z daleka.

– Daj spokój. Tu nie było czego wyrzucać. Nie ma czego rozumieć.

Czy zareagowałaby na jego słowa tak samo, gdyby nie buzowały w niej te wszystkie emocje, o których sam mówił? Prawdopodobnie tak. Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy miała myśl, że William nie chciał jej skrzywdzić swoimi słowami. Wciąż widziała w nim dobrego człowieka, nawet jeżeli on sam tak o sobie nie myślał.

Chciała powiedzieć coś jeszcze, jednak w tym momencie przestała słyszeć jego kroki. Sama również się zatrzymała, choć z lekkim opóźnieniem. Dopiero wtedy na niego spojrzała. Powoli, jakby ze strachem, jednak… w jego oczach cały czas nie widziała złości, chłodu. Zmroziło ją coś zupełnie innego – jego słowa.

”Tutaj… jest to wszystko, czego nie potrafię powiedzieć na głos.”

Zadrżała. Tępo wpatrywała się w wyciągniętą w jej stronę dłoń z białą kopertą. Dałaby słowo, że dobrze wiedziała, co było napisane w tym liście, ale mimo to… tak strasznie bała się jego treści.

Czy naprawdę skrzywdziłam cię tak bardzo, że napisałeś o tym cały list…?

Czy nie możesz powiedzieć mi, żebym trzymała się od ciebie z daleka w dwóch zdaniach?

To trwało chwilę. Dość długą chwilą. Przez całe minuty nie potrafiła się zmusić ani do tego, aby na niego spojrzeć, ani do tego, by czegokolwiek powiedzieć, ani tym bardziej do tego, aby  wyciągnąć dłoń w jego stronę dłoń i wziąć od niego kopertę. Nie chciała znać jej treści – nie chciała wiedzieć, co zostało zapisane na znajdujących się w środku kartkach.

Dobrze wiedziała, że słowa wypowiadane właśnie tą drogą, przez papier, są dużo lepiej przemyślane, o wiele staranniej ułożone.

Mogły bardziej zaboleć.

A jednak otworzyła tę kopertę – powoli, ze strachem, może i złością, drżącymi dłońmi, ale jednak.

Ty przeczytałeś mój list… jestem ci winna to samo.

Nawet jeżeli będę przez to płakać.

Zresztą… przecież to nie ma znaczenia.

Nie obchodzi cię, co pomyślę.

Wyjęła dwie drobno zapełnione kartki – kolejny lęk. Ilość napisanych przez niego słów. Cofnęła się o dwa kroki i była wdzięczna Williamowi, że zrobił to samo. Sama jego obecność wywoływała na jej plechach ciarki

Czy… czy schrzaniłam aż tak bardzo?

Strach zaciskał się na niej niczym lina o stalowych kolcach. Oddech miała płytki, szybki, a para wydychana przez usta stała się jeszcze bielsza, lodowata, niemal tak zimna jak kolor jej oczu – te zazwyczaj miały ciepłą barwę, która niekiedy wesoło wpadała w delikatną morską zieleń jednak… teraz te tęczówki lśniły błękitem, a jej źrenice zwęziły się chyba granic możliwości. Panika, ta irracjonalna, a jednak rozdzierająca panika, która powoli wyrywała jej tlen z płuc, jednocześnie zdawała się chcieć pozbawić ją gruntu pod stopami.

Zarówno dosłownie jak i w przenośni.

Litera po literze, słowo po słowie, zdanie za zdaniem, linijka za linijką. Z każdą chwilą przebiegała wzrokiem po kolejnych akapitach coraz to szybciej, lecz wciąż tak samo uważnie. Nie zwracała uwagi na otoczenie, na to, że zaciska palce na tyle mocno, aby we wnętrzach jej dłoni pojawiły się ślady paznokci, na to, że na trzymaną przez nią kartkę papieru oraz jej policzki zaczęły spadać drobne płatki śniegu, a kilka minut później – łzy. Nie potrafiła oderwać się od tekstu.

Od tych “głupot”, miała ochotę przez chwilę rzec.

Jestem tchórzem, Młoda. Jestem pierdolonym, ślepym tchórzem – wiem to. Jeżeli powiesz mi to prosto w oczy, jeszcze skinę Ci w potwierdzeniu głową i nie obrażę się o to, że mówisz prawdę.

Przecież… to nijak miało się do rzeczywistości.

Jak? W którym miejscu, w jaki sposób?

Jak śmiałaby nazwać go tchórzem?

Przecież… przecież to ja stchórzyłam.

Bałam się mówić o czymkolwiek wprost, poprosić o pomoc.

To ja pierwsza napisałam listy, aby nie musieć o niczym mówić.

To kompletna nieprawda.

Kłamstwo.

Bujda wymyślona przez demona w jego własnej głowie.

Bo… naprawdę niczego nie wiedziałem, Aissatou. Wybacz mi – nie widziałem nic. Nie zauważyłem, nie spostrzegłem, nie domyśliłem się, nawet nie odczytałem sygnałów – bo może uznałem, że skoro sam ich nie wysyłałem, to jakby tej całej sprawy nie ma? Po prostu myślałem, że dalej jesteśmy na tej stopie koleżeńskiej, że mogę Cię nazwać przyjaciółką i myślałem, że poważasz mnie w ten sam sposób? Czy ja w ogóle myślałem? Bo w tej chwili poddaję to w wątpliwość.

Ale… właśnie tak miało być.

Nie miałeś wiedzieć.

To nie doprowadziło do niczego dobrego.

Czy… czy nie jesteśmy dalej na tej stopie?

Pisząc… czując to wszystko… straciłam prawo do tego, by nazwać cię przyjacielem… prawda?

Nie chciała tego. Tak strasznie tego nie chciała. W końcu właśnie tego tak strasznie się obawiała, przychodząc na to spotkanie – tego, że usłyszy to wprost.

Czy właśnie w tym momencie nie próbował jej tego powiedzieć…?

Bo nawet jeżeli zniszczyła tę relację na własne życzenie… to chciała aby nawzajem byli obecni w swoich życiach… nawet jeżeli nie w rolach pierwszoplanowych.

Czy to chcesz mi powiedzieć?

Nie rozumiem… nie potrafię…

Lecz właśnie to zrozumienie miało nadejść teraz, stopniowo, powoli.

Z każdym kolejnym słowem tego listu.

To była jego spowiedź. Nie spis wyrzutów kierowanych w jej stronę.

I z każdym zdaniem drżała coraz bardziej, uświadamiając sobie, co stało za tymi wszystkimi słowami – co niosły za sobą te wszystkie litery, zdania.

Cierpienie.

Całą masę cierpienia.

Cierpienia niezawinionego, znoszonego w samotności.

A ona głupia stwierdziła, że chrzani to wszystko, bo jest za słaba i że tak po prostu po paru miesiącach ucieknie od tego oo wszystkiego.

Jaka z ciebie przyjaciółka?

Jaka wojowniczka?

Gdzie się podziało to twoje pieprzone doświadczenie?

Było faktycznie się zabić.

Zero z ciebie pożytku.

Faktycznie była słaba.

Twoje problemy są, były i zawsze będą niczym w porównaniu do tego co przeżyli twoi najbliżsi.

Jak śmiała w ogóle myśleć o poddawaniu się i zostawieniu ich wszystkich?

Jak śmiała w obliczu tego, z czym właśnie podzielił się z nią William?

Aissatou… ja nie chciałem, żebyś musiała tam wchodzić. Ja nie chciałem tam sam wchodzić. Nie chciałem, żeby ktokolwiek musiał znowu tam wchodzić.

Bo znam ryzyko.

Przecież nie kazałeś mi tam wchodzić.

Każdy krok… każde najmniejsze skinienie palcem, które wykonała w Lyoko… zrobiła je z własnej woli.

Nikt nie kazał jej tam włazić.

Nikt jej nie zmuszał.

Uniosła się pieprzonym poczuciem sprawiedliwości i chęcią “ratowania świata”.

Ten cały koszmar zgotowała sobie na własne życzenie.

W imię czego?

W przypadku Williama i Akemi wyglądało to inaczej.

Żadne z nich nie chciało, aby wchodził tam ktokolwiek.

Oboje znali ryzyko.

Więc dlaczego…

Dlaczego…

Dlaczego do cholery obwiniasz o to siebie?

Bo wiem, jak to jest – kiedy zostaje Ci ukazane piekło i wmówione, że to Twoja wina. Kiedy widzisz, jak cały świat stoi w płomieniach, kiedy powietrze tnie smród benzyny i spalenizny… a to w Twoich dłoniach tkwi pudełko z zapałkami.

Czy… czy pokazując ci własne łzy… mówiąc o tym co czuję, otwierając się przed tobą…

Nie wsadziłam ci tego pudełka w dłonie?

To przeze mnie czujesz się winny.

Nie powinieneś… Nie powinieneś!

To przeze mnie… wszystko. Akemi… ona, ty, Mori, Oliver, Monica…

Wszyscy cierpicie przeze mnie.

Przez te listy.

Bo przeżyłem to – xanafikacja nie jest jedynie brakiem kontroli nad samym sobą. Jest to również… nie potrafię tego określić słowami. Ale… XANA pokazywał mi, co może zrobić, jeżeli będę się opierał. Co może zrobić mnie, co może zrobić z moimi bliskimi. Kiedy dewirtualizowałem Wojowników, to nie tak, że zmieniali się w cyfrowy proch… widziałem, jakby naprawdę umierali.

Przecież sama również to znała. Doświadczyła tak wielu koszmarów, w których ginęli jej najbliżsi.

W których krzywdzi wszystkich, których kocha.

Słowa ostre jak nóż, wbite w serce umierającego brata.

Kilka strzałów w stronę przyjaciółki, stojącej na krawędzi przepaści.

Kulka między oczami ukochanego.

To wszystko co jakiś czas do niej wracało – cyklicznie nawet w tych radosnych momentach.

Co gdyby te koszmary miały miejsce na jawie?

Nie zniosłaby tego…

William musiał.

Jak…?

Jak śmiesz go oceniać?

Jak śmiesz cokolwiek mu zarzucać?

Nie radzisz sobie sama ze sobą, pragniesz pomocy.

A jednocześnie robisz wszystko, aby dobić każdego, na kim ci zależy.

Nieprawda…!

Satou… bałem się. Wybacz mi, nie wiedziałem, co robić – tak, fakt, że miałaś doświadczenie… był dla mnie cenny, ale nigdy nie był cenniejszy od samej ciebie, rozumiesz? To nie może być ważniejsze od człowieka, nigdy nie było, nie jest, i nie będzie ważniejsze od Ciebie, jako osoby. Jesteś czymś więcej, nie jesteś tylko numerem identyfikacyjnym, nie dla nas, nie dla mnie – bo dla mnie jesteś przyjaciółką… nawet, jeżeli straciłem tę relację na własne życzenie, przez błędy, jakie popełniłem i dalej… popełniam.

Ten jeden akapit… wywołał w niej chyba najbardziej skrajne emocje.

Obwiniał się. Bez przerwy… między wierszami podkreślał to na każdym kroku. Bał się. Bał się, a przecież mogła mu wtedy pomóc. Wstydziła się własnych emocji, miała ochotę zakopać je pod ziemię, nigdy nie wyciągać na światło dzienne i o nich zapomnieć.

Wyzbyć się ich.

Jak treści listów.

Przecież… przecież to ja popełniłam błędy. Całą masę błędów.

Zniszczenie tego wszystkiego… było moim życzeniem.

Życzeniem, które wymknęło się spod kontroli.

A jednak, w ten całej burzy pojawiło się światełko.

Światełko, które oślepiło ją na tyle, aby straciła nad sobą panowanie i pozwoliła popłynąć łzom.

Zaprzeczył.

Czy szczerze?

Zaprzeczył.

Nazwał ją przyjaciółką.

Czy to nie litość?

Zależało… mu…?

To była dla niej nierealna myśl. Jak mógł? Jak mógł nie znienawidzić jej po tym wszystkim? Jakim cudem mógł darzyć ją jeszcze jakimikolwiek pozytywnymi emocjami?

Jak…?

Nie chciało jej się w to wierzyć. To było tak abstrakcyjne… tak surrealistyczne…

Czy mogło być prawdziwe?

To nie tak, że tamtego dnia w parku, spanikowałem przez Ciebie – odkąd zostałem wyciągnięty, cierpię na zaburzenia lękowe. Zostałem poprawnie zdiagnozowany dopiero w momencie, w którym również poszedłem na odwyk.

Nie byłem w stanie pomóc sobie samemu – i jeszcze próbuję pomagać innym. Żałosny jestem… wiem doskonale.

Kolejna głupota… tak bezsensowna…

A pisana z taką pewnością.

Pomógł jej tyle razy.

Podczas pierwszego ataku… dzień po nim, tamtego popołudnia w kawiarni, gdy szukali Akemi, kiedy Cezarine rozesłała listy…

A to były tylko i wyłącznie jej “osobiste” przypadki.

Siedzenie po kodach tylko po to, aby zapewnić im bezpieczeństwo, opieka nad nimi wszystkimi, powolne tłumaczenie tego, czym był wirtualny świat.

Te słowa nie miały żadnego sensu.

Jedynym, co potrafiłam zrobić, było wyżycie się a skrawku papieru… zwierzyłam się kartce, zamiast komukolwiek z was.

Nie potrafię przyznać się do błędu.

Do tego, że coś jest ze mną nie tak.

Jak dziecko, które nie potrafi o siebie zadbać.

Kto z nas jest żałosny?

W ten sposób wpadłem w marihuanę i heroinę – jestem czysty od trzech i pół roku, teoretycznie trochę dłużej… ale liczę dni od zakończenia tej „agresywniejszej” części odwyku. Pić… piję, okazyjnie, ale wyszło, że i tego wyrzekłem się na jakiś rok, sam z siebie.

Przypomniała sobie ich rozmowę telefoniczną.

Diabli wiedzą, co ją podkusiło, aby wspomnieć o odwyku.

Powiedział… że wie, o czym mówi.

Teraz zrozumiała dlaczego.

Ty też to przeszedł…

Ale w jeszcze gorszej formie.

Poprzez narkotyki.

I… w pewnym momencie życia, również stanąłem na tej samej krawędzi, na linii dzielącej życie od śmierci.

Bo nie chciałem już cierpieć.

Miałem próbę samobójczą. Chciałem… przedawkować herę.

W ostatniej chwili zadzwonił braciak. Elektryk.

Poznałaś mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej, możliwej chwili, a ja zapomniałem wyciszyć tego telefonu.

I w pewnym momencie życia stanęłam na tej krawędzi dzielącej życie od śmierci.

Bo chciałam przynajmniej na moment pozbyć się bólu.

Miałam próbę samobójczą… prawie przedawkowałam leki.

W ostatniej chwili znalazł mnie Dante.

Czytam ten list prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej chwili, a ja zapomniałam wyciszyć tego telefonu i zdecydowałam się go odebrać.

Te historie były niemal identyczne.

Odwyk.

Powiedział, że rozumie.

Już wiedziała, co wtedy miał na myśli.

Wtedy, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Ja… nie chciałem cierpieć, ale również nie chciałem jednak kończyć w ten sposób.

Wiem, że Ty też nie chcesz.

Nie chcę…

Nigdy nie chciałam…!

Nie chcę was zostawić…!

Nie chcę tak kończyć…

Błagam… błagam, pozwól mi… pozwól mi zostać.

Do jasnoniebieskich oczu napłynęły kolejne łzy i z każdą chwilą było ich coraz więcej. Słone kropelki wody zamarzały na bladych, różowawych policzkach, drażniąc przy tym ich właścicielkę, jednak ta nijak na to nie reagowała.

Przecież tego nie chciała.

Nie zrobiła tego celowo.

Nie planowała… nie zamierzała.

To był tylko… wypadek.

Chcę żyć… chcę żyć!

Zawsze chciałam!

NIE JESTEM SAMOBÓJCZYNIĄ!

Aissatou, Ty też mi wtedy pomogłaś. Naprawdę.

Dziękuję, że to ze mną przeczekałaś. Przepraszam, że byłaś tego świadkiem – zawsze się wstydzę później, kiedy ktoś mnie znajduje w tym stanie, albo przy kimś w ogóle mi tak odwali.

Czułem się bezpieczniej.

Za co przepraszasz…?

Nie miałeś na to wpływu.

To nie jest twoja wina… nigdy nie była.

Jednak te kilka słów… Dzięki nim poczuła w sercu ciepło… takie przyjemne, kojące.

Coś, co wyrzucała sobie od dawna, okazało się nie prawdą.

Ale… czy na pewno?

Czy te słowa były szczere?

Jaką mogła mieć co do tego pewność?

To litość… to tylko litość.

Nie chce mieć cię na sumieniu.

Kto mógłby czuć się przy tobie bezpiecznie?

To nierealne.

A jednak te słowa padły.

Chciała w nie wierzyć.

Tak strasznie pragnęła móc się ich złapać jak liny… jak ostatniej deski ratunku.

Wtedy… w kawiarni – kiedy spotkaliśmy się, by ustalić, jak możemy pomóc Akemi… przepraszam, że pociągnąłem za jedną ze strun, za mocno – robiąc Ci po raz kolejny krzywdę.

Nie potrafiła tego zrozumieć. Sama chciała tego spotkania.

Więc dlaczego przepraszasz?

To ja powinnam to powiedzieć.

Niby gdzie… gdzie w tym wszystkim była jego wina? Zgodził się na tę rozmowę, opowiedział jej o własnym przypadku, o tym jak rodzeństwo pomagało mu sobie z tym radzić. Próbował przetłumaczyć jej, że nie powinna sobie wyrzucać tamtego policzka. Pomógł jej… tak strasznie jej wtedy pomógł.

Czym niby miała być ta struna, którą pociągnął za mocno?

W jaki sposób miałby zrobić jej krzywdę…?

Przecież… nie potrafiłby.

To nie ma sensu…

To kompletnie nie ma sensu.

Nie jesteś tylko kodem. Jesteś Aissatou – naszą Aissatou, czy jak się śmiałem, bo dawałaś tak odczuć, że Cię wszędzie pełno, tuptałaś tu, tuptasz jeszcze tam… „Tuptuś” ^^”

Spod dwóch strumyków łez wylewających się z jej oczu przebił się blady uśmiech. To przezwisko było tak urocze i zarazem idiotyczne… a jednocześnie tak strasznie prawdziwe. Ale… czy to właśnie nie tego nie tego brakowało jej przez te wszystkie lata? Świadomości, że… po prostu jest człowiekiem?

Człowiekiem.

Nie żadnym kodem.

Żywą, czującą istotą.

Kimś, kto ma własne imię, a nie tylko cyferki.

Człowiekiem.

Czy… czy naprawdę patrzysz na mnie w ten sposób?

Czy widzisz we mnie… kogoś normalnego…?

Tak, wiem, jestem w związku z Akemi i kocham ją. Naprawdę mocno ją kocham – a Ciebie traktuję i poważam jako przyjaciółkę i będę szczery, ale i jako młodszą siostrę.

Uśmiech przez łzy… cicha radość łamana przez wyrzuty sumienia.

Nie powinieneś… nie powinieneś tak o mnie myśleć.

Przecież na to nie zasłużyłam.

Nie zasłużyłam na żaden szacunek z twojej strony… co dopiero ciepłe uczucia.

Wyrządziłam ci krzywdę… całą pasę krzywd… tak strasznych.

Do cholery… zakochałam się w tobie.

To powinno przekreślić wszystko.

A jednak najwidoczniej nie przekreśliło. Nie rozumiała dlaczego. Nie potrafiła pojąć, czemu William zdecydował się to wszystko napisać.

Cały czas… ci zależy…?

Nie licz na to.

To kłamstwo.

Przestań…

Jak wszystko inne.

To tylko wstęp.

Zaraz powie ci, co naprawdę o tobie myśli.

DAJ  MI SPOKÓJ!

I ten głos ucichł… odczekała jedną chwilę, drugą…

Nie wrócił. Przynajmniej na razie. Nie liczyła na to, że już nigdy go nie usłyszy, ale mimo to…

Po raz pierwszy poczuła, że ma nad tym kontrolę.

Przepraszam, że Cię w to wszystko wciągnąłem.

Przepraszam, że nie zauważyłem niczego.

Przepraszam, że nie powiedziałem podczas tamtego spotkania, chociażby tego, że… jesteśmy. Że masz moje wsparcie. Bałem się. Nie chciałem Cię jeszcze bardziej dobić, a wiem, że w większości przypadków kompletnie nie potrafię ważyć swoich słów, lecąc bezpośrednio.

Przepraszam… że nie mogłem nic zrobić.

Przepraszam… że złamałem kolejną obietnicę.

Powiedz słowo… a staną za Tobą murem, Tuptuś.

Jak mogłam… chcieć ich zostawić?

Tak strasznie pożałowała tych wszystkich listów… nie pierwszy raz z resztą – ta myśl nawiedziła ją już któryś z kolei raz w ciągu ostatniego tygodnia. Nie powinien mieć powodu, aby pisać to wszystko, a jednak… płacz wywołany z początku smutkiem, frustracją, bezsilnością, po tej ostatniej linijce zamienił się we łzy wzruszenia.

Uwierzyła w nie… a przecież jeszcze kilkanaście dni wcześniej wydałyby się jej czystą fantastyką.

Im… im wszystkim wciąż zależy.

Mimo tego, co zrobiłam, napisałam.

Nie zasłużyłam na to… a jednak…

Jak mogłam…?

Podniosła oczy znad kartki. Nawet nie zauważyła kiedy tak mocno zacisnęła na niej palce. Gdyby tylko choć odrobinę dłużej się nad tym zastanowiła, zapewne bałaby się jego wzroku, jednak taka myśl nie przyszła jej do głowy – nie zdążyła. Błękitne, zapłakane oczy wpatrywały się w stojące w znacznym odstępie od niej szare. Te jednak nie wyrażały złości…

Nie wyrażały nic, co wskazywałoby na to, że za chwilę powie jej jakąkolwiek z kwestii, które wyobrażała sobie w jego ustach, kiedy szła na to spotkanie.

Nie… nie nienawidzisz mnie… prawda?

Milczała, tak po prostu stojąc przed nim i starając się zebrać na tyle, aby wydusić z siebie cokolwiek sensownego.

Co powinna teraz powiedzieć?

– Przepraszam… za… za wszystko. Skrzywdziłam cię… tak strasznie… was wszystkich… tymi listami, lekami… nie chciałam… nie chciałam was martwić… to… nie było celowe

Zatrzymywała się niemal co słowo, nawet jeżeli wcześniej dobre kilka minut zbierała na to własne myśli. Wodze sterujące jej własnym głosem cały czas wymykały jej się z dłoni, ciągnąc za sobą całe wodospady łez.

– Ale… powiedz mi… – zaczęła powoli. Zawachała się. Czy mogła o to zapytać? Czyu odpowiedź na to, nie powinna być oczywista…?

Ale nawet jeśli… co z tego?

– Proszę, powiedz… dlaczego…? – szepnęła, wysuwając do przodu ręce tak, jak gdyby chciała wskazać na trzymane przez siebie kartki.

Tak strasznie chciała to zrozumieć… i tak strasznie bała się, że tego nie potrafiła.

Że jest za wcześnie.

Że musi się jeszcze pozbierać.

Siebie i innych.

Że na końcu tej długiej ścieżki nigdy nie ujrzy normalności.

Przestań… już raz tak myślałaś i nie skończyło się to dobrze.

Powiedz słowo… a staną za Tobą murem, Tuptuś.

Nie możesz się poddać. Dla nich.

Walcz… dla tych, który walczyli o ciebie.

Autorka: PeachToast

List Williama do Aissatou

Sceaux, dn. 17.02.2015


Nie umiem pisać takich listów – to, co próbuję właśnie przelać na papier, nijak ma się do wpajanych nam w szkole podstaw. To coś więcej, niż parę grzecznościowych formułek, ładnie zaznaczony wstęp, rozwinięcie z przejściem do meritum sprawy, zakończenie, pozdrowienie, podpis…
Pozostałe, nieudane próby jego sklecenia – podarłem, wyrzuciłem do kosza. Nie liczę już, który to raz, które podejście, która próba, bo wiecznie coś mi w tym nie pasuje. Może… jestem po prostu przewrażliwiony, może jednak mam nadzieję, że mimo wszystko – przeczytasz to, co mam Ci do powiedzenia, a nie mam odwagi powiedzieć Ci twarzą w twarz.
Jestem tchórzem, Młoda. Jestem pierdolonym, ślepym tchórzem – wiem to. Jeżeli powiesz mi to prosto w oczy, jeszcze skinę Ci w potwierdzeniu głową i nie obrażę się o to, że mówisz prawdę.
Bo… naprawdę niczego nie wiedziałem, Aissatou. Wybacz mi – nie widziałem nic. Nie zauważyłem, nie spostrzegłem, nie domyśliłem się, nawet nie odczytałem sygnałów – bo może uznałem, że skoro sam ich nie wysyłałem, to jakby tej całej sprawy nie ma? Po prostu myślałem, że dalej jesteśmy na tej stopie koleżeńskiej, że mogę Cię nazwać przyjaciółką i myślałem, że poważasz mnie w ten sam sposób? Czy ja w ogóle myślałem? Bo w tej chwili poddaję to w wątpliwość.
Bo… tak. Jestem zaskoczony. Byłem. Jestem dalej.
Nie wiedziałem… naprawdę musisz mi uwierzyć w to, że… nie wiedziałem tego. Nie widziałem. ~~Striapach,~~ znowu się powtarzam. Wybacz. To będzie kompletny chaos. Nie wiem, ile jeszcze razy napiszę to samo.
Nigdy… nie potrafiłem podchodzić do pewnych spraw spokojnie. Po prostu. Gdzieś gubię swój pieprzony instynkt samozachowawczy. Zamiast ruszyć cymbałem, zamiast na moment stanąć w miejscu i chociażby podjąć próbę logicznego myślenia, gdzieś pomijam ten krok w nerwach. Wiem – jestem narwańcem (przynajmniej jeszcze nie wbijam ludziom cyrkli w kolana jak moja matka… ale, to inna historia).

Bo tak. Byłem wtedy wściekły, zrozpaczony, zagubiony, przerażony. Bo… obiecałem coś sobie: że nikogo już więcej nie spotka to, co spotkało mnie. Że nie pozwolę na to… a ostatecznie… to spotkało właśnie Akemi.
I nie mogłem z tym nic zrobić.
Satou… nigdy Cię o to nie obwiniałem. Nie winiłem Cię za to, że zostałyście zwabione w pułapkę, bo być może, gdybym był wtedy z Wami… też bym się nie pokapował, chociaż znam jakieś… no, mógłbym powiedzieć, że większość jego sztuczek. Nie wiem dokładnie, czego nauczył się przez ten czas, jaki po, jak się okazywało, tylko częściowym zniszczeniu, hulał po sieci. A z pewnością sobie poużywał, nie sądzę, żeby nie.
On… nie przepuszcza takich okazji. Znalazłem się pod jego kontrolą na pół roku. W tym czasie, na Ziemi, tak jak w przypadku Akemi, funkcjonowało tylko moje spektrum, z podstawowymi informacjami, jakimś tam poziomem wiedzy szkolnej i świadomością, że są rodzice, że trzeba się do nich odezwać…
…ale, to spektrum właśnie pamiętało tylko o usypianiu ich czujności.
Bo nie pamiętało o tym, jaką obietnicę złożyłem Pchełce. W przeddzień mojej pierwszej misji w Lyoko – że do niej zadzwonię. Możesz teraz stwierdzić, że to była tylko pierdoła, ale… zawsze dotrzymywałem obietnic, szczególnie tych, które składałem swojemu ciotecznemu rodzeństwu (jestem jedynakiem – ale, najpierw Rhys i ~~Zadziora~~ Kayleigh traktowali i dalej traktują mnie jak młodszego, rodzonego brata, potem ten sam wzorzec zacząłem odtwarzać wobec Mori, Sequilla i Sayeeda).
Tej jednej nie dotrzymałem przez własną głupotę. Wiesz, czemu powiedziałem, żebyście spierdalali w podskokach na widok latającego potwora z mackami – Scyphozoi? Żebyście nie popełnili mojego błędu i nie uznali, że ona nie atakuje tylko dlatego, że się Was, na przykład, boi. Bo ona się nie boi. Ona usypia Waszą czujność, by zabrać Was samych sobie.
Wtedy, kiedy Akemi została opętana, została zwirtualizowana vis-a-vis tego skurwysyna. By nie mieć nawet najmniejszych szans na ucieczkę.

Wtedy… uspała w ten sposób właśnie moją czujność. Bo mi się, kurwa, zachciało rżnąć bohatera. Bo chciało mi się zaimponować i chciałem poczuć… że mogę coś więcej, niż tylko podawać kolejne chusteczki i móc tylko wesprzeć słowem. Bo byłem za młody, żeby oddać Sid swój szpik. Bo chociażbym chciał, nie mogłem zapakować się w pierwszy, lepszy, samolot do Manchesteru i wesprzeć Seqa i Saya po stracie mamy w wypadku. Bo chciałem wreszcie poczuć, że potrafię zrobić coś więcej, niż sprawiać tylko problemy – wyleciałem z gimnazjum w Szkocji za naczepianie gdzie się dało listów… miłosnych. Well, nie potrafiłem zagadać do jednej dziewczyny, więc uznałem, że może w ten sposób zwrócę na siebie uwagę. Jak sobie o tym przypomnę, zalewa mnie krew. Już mniejsza o to – byłem, najprościej mówiąc, pierdolniętym szczeniakiem. Teraz została tylko część „pierdolnięty”.
Bezpośredniość przyszła mi dopiero z czasem. Dlatego wtedy odważyłem się powiedzieć to, co powiedziałem. Podczas tego pierwszego ataku… po sześciu latach.
Wtedy, kiedy wydano nakazy poszukiwania, aresztowania i egzekucji całej, Starej Gwardii – w tym mnie. Dalej nie wiem, jakim cudem wtedy udało mi się spierdolić przed służbami.
Aissatou… ja nie chciałem, żebyś musiała tam wchodzić. Ja nie chciałem tam sam wchodzić. Nie chciałem, żeby ktokolwiek musiał znowu tam wchodzić.
Bo znam ryzyko.
Bo wiem, jak to jest – kiedy zostaje Ci ukazane piekło i wmówione, że to Twoja wina. Kiedy widzisz, jak cały świat stoi w płomieniach, kiedy powietrze tnie smród benzyny i spalenizny… a to w Twoich dłoniach tkwi pudełko z zapałkami.
Bo przeżyłem to – xanafikacja nie jest jedynie brakiem kontroli nad samym sobą. Jest to również… nie potrafię tego określić słowami. Ale… XANA pokazywał mi, co może zrobić, jeżeli będę się opierał. Co może zrobić mnie, co może zrobić z moimi bliskimi. Kiedy dewirtualizowałem Wojowników, to nie tak, że zmieniali się w cyfrowy proch… widziałem, jakby naprawdę umierali.

Widziałem śmierć, jak rzekę. Zanurzyłem się w nią. On… codziennie, co chwila… katował mnie. Zrobił wszystko, byleby mnie złamać i to mu się udało.
Dusił.
Zabijał na wszelkie, możliwe sposoby.
Do tej pory pamiętam ten łańcuch, jaki wbijał mi się w szyję. Miał… kolce. Malutkie, ale czułem wyraźnie każdy z nich. Były nasączone jakimś cholerstwem.
Boję się najmniejszego trzasku, jeżeli wydaje go z siebie jakieś urządzenie. Boję się, kiedy ktoś mnie zajdzie od tyłu. Śpię po ledwie trzy-cztery godziny, bo albo nie mogę zasnąć, bo się boję, albo budzę się z krzykiem.
Satou… bałem się. Wybacz mi, nie wiedziałem, co robić – tak, fakt, że miałaś doświadczenie… był dla mnie cenny, ale nigdy nie był cenniejszy od ***samej ciebie***, rozumiesz? To nie może być ważniejsze od człowieka, nigdy nie było, nie jest, i nie będzie ważniejsze od Ciebie, jako osoby. Jesteś czymś więcej, nie jesteś tylko numerem identyfikacyjnym, nie dla nas, nie dla mnie – bo dla mnie jesteś przyjaciółką… nawet, jeżeli straciłem tę relację na własne życzenie, przez błędy, jakie popełniłem i dalej… popełniam.
Wiem, że jestem „tylko człowiekiem”, ale powinienem mieć na tyle doświadczenia, by… nie wiem, poradzić sobie wtedy z Aelitą i Was w to nie wciągać.
Bo znam Lyoko na wylot – przez to, jak na siłę mi wgrał w głowę wszelkie dane związane z lokacjami sektorów, potworami, ich taktykami… wszystko, co mógł.
To nie tak, że tamtego dnia w parku, spanikowałem przez Ciebie – odkąd zostałem wyciągnięty, cierpię na zaburzenia lękowe. Zostałem poprawnie zdiagnozowany dopiero w momencie, w którym również poszedłem na odwyk.
Nie byłem w stanie pomóc sobie samemu – i jeszcze próbuję pomagać innym. Żałosny jestem… wiem doskonale.
Bo kiedy zaczęły do mnie wracać wspomnienia niewoli, kiedy to wszystko zaczęło mi odbierać resztki tego przekonania, że być może temat jest zamknięty – zacząłem się izolować. Bo pamiętałem, co obiecał XANA – co zrobi z „moją pomocą”, do czego mnie zmusi.

Pokazywał mi, jak zabijam wszystkich, którzy cokolwiek dla mnie znaczyli.
Takie sny mam do tej pory, w różnej formie. A żeby je zagłuszyć… robiłem chyba wszystko.
W ten sposób, wpadłem w marihuanę i heroinę – jestem czysty od trzech i pół roku, teoretycznie trochę dłużej… ale liczę dni od zakończenia tej „agresywniejszej” części odwyku. Pić… piję, okazyjnie, ale wyszło, że i tego wyrzekłem się na jakiś rok, sam z siebie.
W ten sposób, zacząłem się okaleczać – mam blizny po całej długości ramion. Nie chcę Ci się o nich rozpisywać. Nie potrafię. Przepraszam, że nie mogę być w tej kwestii szczery, ale… one się nigdy nie zagoją. Dlatego, poza domem, nie chodzę na krótki rękaw, a przełamanie się do tego, by nie zakładać bluzy przy ~~Pchełce~~ Mori, która wie o tych sznytach… jest ciężkie. Chociaż wiem, że nie będzie mi robić o to wyrzutów, nie będzie gderać, nie będzie załamywać rąk.
I… w pewnym momencie życia, również stanąłem na tej samej krawędzi, na linii dzielącej życie od śmierci.
Bo nie chciałem już cierpieć.
Miałem próbę samobójczą. Chciałem… przedawkować herę.
W ostatniej chwili zadzwonił braciak. Elektryk.
Poznałaś mnie prawdopodobnie tylko dlatego, że zadzwonił w ostatniej, możliwej chwili, a ja zapomniałem wyciszyć tego telefonu.
Tylko… czasem naprawdę myślę, czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, gdybym jednak się na to odważył, gdybym wziął tę dawkę, bo wierz mi, upewniłem się, że to by mnie na pewno zabiło.
Wtedy, zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Ja… nie chciałem cierpieć, ale również nie chciałem jednak kończyć w ten sposób.
Wiem, że Ty też nie chcesz.
Dopiero wtedy, powoli… dałem do siebie dostęp i dałem sobie pomóc. Chociaż nie mogłem powiedzieć nikomu prawdy. Rodzice, rodzeństwo – oni wiedzą, że *coś* się zadziało i dlatego znalazłem się w takim stanie. Nie wiedzą, co dokładnie, a mnie boli takie ukrywanie, to, że muszę ich wciąż okłamywać i jeszcze mam czelność usprawiedliwiać w tym samego siebie, że robię to dla ich dobra.

Nie powiem przecież mamie, tacie, że za ich syna, przez pół roku chodziło spektrum – a ich dziecko przechodziło…
Już sam nie wiem, jak to określić.
Dla nich liczy się, że „wróciłem”. Wiem, że nie zasłużyłem na to ciepło. Wiem, że nie zasłużyłem na wybaczenie ze strony Mori, której było głupio, że na mnie naskoczyła… skąd miała wiedzieć, że nigdy o niej nie zapomniałem – to moje przygłupie spektrum nie miało wgranego odpowiedniego wspomnienia?
Stanęli za mną murem, kiedy zdałem sobie sprawę, że potrzebuję pomocy.
Wtedy, miałem atak paniki. Dostaję je niekiedy bez zapowiedzi. Gdziekolwiek. Szukam wtedy miejsca, w którym mogę się schować, by to przeczekać, boję się samego siebie, boję się, że mogę komuś zrobić krzywdę – raz niechcący przyłożyłem tak Kayleigh. Wystraszyłem się, kiedy podeszła za blisko, kiedy złapała mnie za ramię, bo jeszcze nie wiedziała, co się ze mną dokładnie dzieje. Odepchnąłem ją, chodziła z siniakiem na ramieniu.
Czasem również bywa, że w ich wyniku tracę przytomność. Po prostu mdleję. Organizm wyłącza mi awaryjnie świadomość, bo dostaje za mocne wciry.
Ostatnio, napad dorwał mnie w mieszkaniu. Rozwaliłem szkło, Akemi znalazła mnie pod biurkiem. Gdyby nie ona, prawdopodobnie siedziałbym tam dłużej w tym stanie.
Aissatou, Ty też mi wtedy pomogłaś. Naprawdę.
Dziękuję, że to ze mną przeczekałaś. Przepraszam, że byłaś tego świadkiem – zawsze się wstydzę później, kiedy ktoś mnie znajduje w tym stanie, albo przy kimś w ogóle mi tak odwali.
Czułem się bezpieczniej.
Przepraszam, że sam… nie dałem Ci tego odczuć, kiedy potrzebowałaś wsparcia.
Wtedy… w kawiarni – kiedy spotkaliśmy się, by ustalić, jak możemy pomóc Akemi… przepraszam, że pociągnąłem za jedną ze strun, za mocno – robiąc Ci po raz kolejny krzywdę.
Bo wiem, jak wygląda taka chwilowa fascynacja, takie zauroczenie. Sam je przeżyłem. Ono samo mnie zaprowadziło do diabła, bo chciałem się popisać.

To była moja kara. Poznanie tamtej dziewczyny, lata temu, z perspektywy czasu, to najgorsze, co mi się przytrafiło. Zostawiła mnie po wszystkim jak kredowy obrys zwłok i czekała na deszcz, który mnie zmyje.
Dlatego… poczułem, że dostałem jasno do zrozumienia – nie zasługuję na jakąkolwiek pomoc. Czy to głupie notatki, by móc zrównać się z poziomem ówczesnej klasy (zawaliłem potem rok w liceum – powtarzałem drugą klasę), czy zwykła rozmowa… cokolwiek.
Powiedziała, że to wszystko moja wina.
She was goddamn right.
Nie jesteś tylko kodem. Jesteś Aissatou – naszą Aissatou, czy jak się śmiałem, bo dawałaś tak odczuć, że Cię wszędzie pełno, tuptałaś tu, tuptasz jeszcze tam… „Tuptuś” ^^”
Tak, wiem, jestem w związku z Akemi i kocham ją. Naprawdę mocno ją kocham – a Ciebie traktuję i poważam jako przyjaciółkę i będę szczery, ale i jako młodszą siostrę.
Bo jesteś człowiekiem. Bo nie zrobiłaś niczego złego. To Ciebie skrzywdzono. Nie jesteś wypruta z emocji.
Nie chcesz cierpieć.
To… to ja Cię skrzywdziłem. Jestem jak trucizna – czuję się tak, jakbym niszczył każdego, kto się do mnie chociażby zbliży.
Przepraszam, że Cię w to wszystko wciągnąłem.
Przepraszam, że nie zauważyłem niczego.
Przepraszam, że nie powiedziałem podczas tamtego spotkania chociażby tego, że… jesteśmy. Że masz moje wsparcie. Bałem się. Nie chciałem Cię jeszcze bardziej dobić a wiem, że w większości przypadków kompletnie nie potrafię ważyć swoich słów, lecąc bezpośrednio.
Przepraszam… że nie mogłem nic zrobić.
Przepraszam… że złamałem kolejną obietnicę.
Nie wiem nawet, czy dotarłaś chociażby do połowy listu – jeżeli chociażby go otworzyłaś i przeczytałaś połowę – naprawdę jesteś zajebista, żeś przebrnęła przez ten pierdolnik.
Jeżeli go nie przeczytałaś: nie chciałaś, za co Cię nie winię. Bo nie mam takiego prawa, bo to Ty masz zasrane prawo czuć do mnie żal po tym wszystkim. Równie dobrze, nigdy Ci go nie dałem, bo nie potrafiłem się na to zdobyć.
Powiedz słowo… a stanę za Tobą murem, Tuptuś.

Autorka: Morrigan

Co, jeżeli…

Na trawniku przed boiskiem szkolnym w Kadic wylegiwała się piątka młodych uczniów. Jeremy siedział z laptopem na kolanach, zza pleców zaglądała mu Aelita. Razem omawiali ostatnie zadanie domowe. Odd skrobał coś w swoim notatniku, przygotowując pomysły na nowy scenariusz filmu krótkometrażowego. Yumi  wespół z Ulrichem leżeli na trawie wpatrując się w leniwie poruszające się chmury na niebie. Chłopak wciąż zastanawiał się nad zbliżającym się terminem oddania wypracowania języcznego. Nie mogąc znaleźć odpowiedzi, postanowił podnieść się z ziemi i zwrócić się do swojego współlokatora:

– Odd, jak ty to robisz że zawsze znajdziesz jakiś ciekawy temat na wypracowanie albo film?

 – Po prostu zadaje sobie pytanie, na przykład “Co jeżeli?”

– Co jeżeli? – Powtórzył się pytająco Ulrich.

– Tak. No wiesz, rzucasz jakieś pytanie które ciebie by zainteresowało i masz gotowy materiał na film.

– Czyli jakie? Jak ukryć Kiwiego w walizce? – Zaśmiał się Jeremy.

– Na przykład… Co jeżeli Sissi pojawiłaby się w Lyoko?

– Miałbym niefart. – Krótko rzucił Stern, jednocześnie z powrotem kładąc się plecami na trawie.

– A jakby Sissi wyglądała? Miałaby rogi albo wampirze kły doktora Shrenka?

– Prędzej głowę wielką jak jej ego. – Zażartowała Aelita.

Grupa roześmiała się na kilka chwil. Temat poczęła ciągnąć Yumi.

– Ej, ale to w zasadzie jest ciekawe pytanie. Jak wyglądałaby Sissi w Lyoko?

– Chyba jak sam doctor Shrenk. – Poważnie odpowiedział Ulrich.

– Hmmm… – Zastanowił się Odd. – Stawiałbym na Czirliderkę. Zawsze stara się wszystkim udowodnić że wygląda najlepiej i ściąga na siebie uwagę.

– A może pielęgniarka? – Zastanowiła się Aelita.

– Pielęgniarka? A skąd ten pomysł? – Rzucił Belpois.

– No bo w sumie o ile na co dzień jest złośliwa, to zawsze dba o swoich. A w sytuacjach niebezpiecznych potrafi być troskliwa. Superkomputer tworzy awatary na podstawie ludzkiej podświadomości, więc w sumie czemu nie?

– A właśnie, a propo superkomputera. – Wtrącił się Ulrich. – A co jeżeli ktoś go odnajdzie i włączy na nowo?

– Nie ma szans. – Odpowiedział pewnie Jeremy. – Operację rozruchu zabezpieczyłem wymogiem wpięcia przenośnej pamięci flashowej, nikt go nie uruchomi.

– A po naszemu? – Zapytała się Yumi.

– Wkładasz właściwy pen drive i wciskasz przycisk. A takowy mam tylko ja.

– Oprócz tego zablokowaliśmy również windę, przyciski, wrota… – Wtrąciła się Aelita. – Razem z Williamem zamurowaliśmy nawet przejście do laboratorium.

– Ta, ale na długo to nie wystarczy.

– Czemu? – Zapytał się Odd.

– Bo miasto ma zamiar w przyszłości wyburzyć fabrykę. Chwilowo wybierają się do tego jak sójka za morze, ale jak się w końcu wezmą to odkryją superkomputer.

– Oh. – Zaniepokoiła się Yumi. – Mamy na to jakiś pomysł?

– W zasadzie dwa. Jeżeli będą zbierali się wystarczająco długo aby firmy produkowały podobne komputery na masową skalę to po prostu się ujawnię, wtedy i tak będzie wszystko jedno. A jeżeli się sprężą to rozłożę superkompa na części i złożę go gdzieś z powrotem w jakieś dziurze.

– A niby gdzie taką dziurę znajdziesz? – Dopytywał się Ulrich.

– Po prostu coś wymyślę. Po walkach z XANĄ w zasadzie nie widzę rzeczy której musiałbym się bać.

– Hmmm… – Aelita przez moment się zastanowiła. – A co gdyby XANA wygrał?

– Co?

– Gdyby XANA wygrał. Zniewoliłby ludzkość? Wszyscy padliby na kolana jak w utopijnych filmach?

– Na pewno. – Wtrącił się Odd. – Widziałaś te wielkie pająki w opuszczonym laboratorium? Ich ostre kończyny na pewno nie służyły do szydełkowania szalików.

– W sumie nie raz się nad tym zastanawiałem. – Począł mówić Jeremy. – Ciężko dzisiaj stwierdzić co by się stało, ale możliwe że XANA schowałby się i tyle. Zwróćcie uwagę że większość jego ataków była skierowana na mnie albo Aelitę, byliśmy dla niego albo przeszkodą albo środkiem do celu. Ale nikt nie wie jaki był jego prawdziwy cel.

– Czyli co, ryzykowaliśmy życiem na darmo? – Zapytał się Ulrich.

– Skąd, dla XANY cel uświęca środki. Gdyby nie my, kto wie ilu ludzi by przypadkowo zginęło.

– A co jak wszyscy staniemy się dorośli? – Wtrącił Della Robbia. – Założymy rodzinę albo będziemy podróżować po świecie.

– Rodzinę… – Zaczerwienił się Jeremy.

– No wiecie, rozjedziemy się i żaden z nas nie będzie miał czasu dla siebie. Aż w końcu zapomnimy że kiedyś chodziliśmy do jednej i tej samej budy.

– Myślę że trochę za daleko wybiegasz w przyszłość Odd. – Uspokoiła przyjaciela Yumi. – Wszyscy razem przeżyliśmy ze sobą wiele trudnych, tragicznych i chwalebnych chwil. Takich rzeczy nie da się zapomnieć.

– Poza tym mamy XXI wiek. – Powiedziała Aelita. – Będziemy do siebie często dzwonić i raz na kwartał albo pół roku robić długie, wspólne zjazdy. Będzie dobrze.

– To ja może mam fajniejsze pytanie. A co jeżeli pojedziecie w najbliższe wakacje razem ze mną do Japonii?

– A twoi rodzice się zgodzą?

– Pewnie, przekonam ich.

– Hmm… – Przeciągnął Jeremy. – W sumie, czemu nie?

Autor: Wyklęty

Przygody młodego Jima Moralesa

9 lipca 1973, Avenida 9 de Julio, Buenos Aires

20:34 GMT-3

Nocne Buenos Aires, choć wielkie i błyszczące, było tego wieczoru ciche i chłodne. Skąpane w gęstym jak atrament mroku, którego ku zdziwieniu Douglasa dziesiątki przyćmionych latarni nie potrafiły rozpędzić, Plaza Lavalle kusiła zmęczonego Brytyjczyka dużo bardziej niż parkiet Teatro Colón.

Chociaż…

Douglas wrócił z balkonu z powrotem do zapierającej dech w piersiach sali opery. Uroczystości z okazji Dnia Niepodległości przetoczyły się przez cały kraj zwyczajowo kilka tygodni wcześniej, 25. maja. Teraz stolica Argentyny w większości szykowała się do niespokojnego snu, a jedynymi wartymi wspomnienia obchodami 9. lipca był bal dla miejskiej śmietanki.

 – …ski dla głowy argentyńskiego Kościoła!

– Nikt tak nie mówi, Jimbo – odparł niewysoki mężczyzna próbując wyrwać się z szerokiego uścisku Moralesa. – Cześć Douglas, dobrze cię widzieć.

– Hej, Jorge – Douglas wyciągnął rękę na uściskanie.

– A kim jest wasza urocza towarzyszka, durnie?

Wzrok całej trójki mężczyzn spoczął na ślicznej, niewysokiej Japonce, siedzącej pod ścianą tuż obok, dotychczas nieobecnej w rozmowie, lustrującej uważnie każdy centymetr parkietu. Dopiero po kilku sekundach Akiko zorientowała się, że to o niej mowa, ale nim zdążyła się odezwać, przedstawił ją Jim.

– A, właśnie, dobrze, że jesteś. Potrzebujemy błogosławieństwa. A właściwie to przynajmniej, żeby cud się ziścił. Inaczej ta dwójka nigdy nie wyjdzie razem na parkiet.

– Nie masz… – przerwał mu bardziej zakłopotany niż zirytowany Douglas – Nie masz czegoś do roboty, stary?

Istotnie – stojąca w tyle orkiestra właśnie skończyła stroić instrumenty i dawała znać, że zaraz zacznie grać.

– Racja – Jim przygładził klapy czerwonej dresowej bluzy, która służyła mu zamiast marynarki do garnituru i ruszył na środek sali w poszukiwaniu partnerki, ale po drodze jeszcze zdążył dać Jorge’owi kuksańca w bok. – Ty lepiej się pozbądź tej koloratki, bo nikt nie będzie chciał z tobą tańczyć!

– Phi, amator. Ta koloratka sprawi, że wszystkie najgorętsze laski nie będą myślały, że do nich zarywam, i nie będą się bały wskoczyć do tanga!

***

Pierwsze nuty rozbrzmiały.

Wybuchła noc.

– Mogę prosić Panią do tańca?

– Tango z nieznajomym? Zawsze!

…3, 4 i…

…Więcej się można nauczyć podróżując. Podróżować jest bosko…

…Ach proszę pana jaki pan jest ciekawski. Naturalnie myślę o mężczyznach…

…Kiedy wybrali mnie syreną morza, zaprosili mnie do pierwszej klasy…

***

Ostre nuty rozpalały krew w żyłach nawet tych, którym nie dane dzisiaj było wyjść na parkiet. Douglas usiadł pod ścianą obok zmarnowanej Akiko i z uśmiechem zauważył, że wystukuje nogą rytm. Dziewczyna jednak nadal była spięta, czujna… i gotowa do walki.

– Odpręż się, dzisiaj NIE będziemy się napieprzać z bojówkami Peróna, spokojnie.

Japonka skwitował uwagę lekkim skinieniem głowy i jeszcze lżejszym uśmiechem. I jeszcze lżejszą uwagą.

***

tkt ktk tkt ktk tkt ktk…

Stukot szpilek Akiko niósł się po asfalcie, gdy cała trójka oddalała się żwawym krokiem dalej ulicą Libertad. Japonka szła przodem, dalej wypatrując potencjalnych napastników. Jim i Douglas postanowili już więcej nie zwracać jej dziś uwagi.

– Ładną promenadkę machnąłeś tam na koniec, Jim.

– Serio? Dzięki.

– Tylko tak dla pewności – wiesz, ze istnieje różnica miedzy tangiem amerykańskim a argentyń-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk…

– Wy też nieźle wymiataliście na parkiecie z Akik-

               – Zamknij się.

tkt ktk tkt ktk tkkt ktk tkt…

– To co tam u naszej panny Semiramis?

– Teraz każe do siebie mówić del Carmen.

– Huh, ciekawe.

ktk tkt ktk tkt ktk ktk…

– Też to widziałeś, nie?

– Tak. Dotarli do niej pierwsi.

– Yep. Kartagina: 1, my: 0

Autor: Qazqweop

Przyszłość

Głowy pełne marzeń. Sny, o których każdy nam mówił – są do spełnienia. Wystarczy po nie odpowiednio sięgnąć, prawda? Życzenia się spełniają. Czeka nas świetlana przyszłość…

Uśmiecham się z przekąsem, wspominając te właśnie słowa. Jaka mnie czeka przyszłość? Nie wybiegam w nią dalej, niż parę dni w przód. Nauczyło mnie to parszywe życie Wojownika Lyoko. Ciągłe ocieranie się o śmierć. Myśli śmigające po głowie przy atakach, przelatujące przed oczami życie, zanim mógłby spaść ostatni cios – cudem zatrzymywany przez niezastąpiony Powrót do Przeszłości.

Jednak, czy szczęście będzie się mnie tak kurczowo trzymać za każdym razem? Nie chcę tego, ale mimo wszystko, wciąż o tym myślę. Pewnego dnia… limit cudów może się wyczerpać, a cios, który spadnie – zakończy historię, w książce stawiając ostatnią kropkę.

Nie wybiegam w przyszłość. Czasem próbuję, ale zatrzymuje mnie świadomość… że być może wybiegam za daleko.

Bo pewnego dnia, tej przyszłości dla mnie… może po prostu nie być.

Pewnego dnia, XANA może mi ją zabrać.

Pewnego dnia… może po prostu zabrać przyszłość dla całego świata.

I nie będzie już nic.

Autorka: Morrigan

Wojna Żywieniowa

Zabił dzwonek szkoły Kadic. Zakończyła się niniejszym przerwa, a zebrani na boisku uczniowie oczekiwali na ich nauczyciela. Ten pojawił się niedługo później, głośno otwierając drzwi:

– Hej, wiem że będziecie rozczarowani, ale muszę odłożyć dzisiejsze zawody w bieganiu na setkę!

Zebrani uśmiechnęli się z miejsca z ulgą jednocześnie wiwatując. Odda Dellarobie jednak rozbolał żołądek, jakby na te słowa przeczuwał coś niedobrego.

– Cicho mi tu! – Rzucił Jim Morales, nauczyciel WF – Nasza szkoła przystąpiła do własnego programu  zdrowego odżywiania się, dlatego aby wam wyjaśnić dlaczego garść sałaty może was uratować przed wężami w dzikiej Amazonii, Pani Yolanda Perraudin opowie wam o zaletach waszej nowej diety!

– Nie, to być nie może… – po cichu zaskomlał Odd – To się nie dzieje naprawdę. Mam jakieś deja vu!

Odezwał się głos szkolnej pielęgniarki – Sałata może nie, ale na pewno zdrowe odżywianie pomoże wam zachować dobrą formę. Przykładowo rano warto zjeść  lekkie posiłki.

Pani Perraudin dalej prowadziła wykład z prawidłowych metod odżywiania się. Do Odda po cichu odezwał się jego dobry kolega: Ulrich Stern:

– Zanim dobiegłem na zajęcia przeszedłem obok stołówki. Dzisiaj na obiad podają chyba sałatkę z ryżem i owocami.

– Nie, tak być nie może. – Zbulwersował się Odd. –  Muszę dzisiaj zjeść porządne jedzenie. Idziesz ze mną po lekcjach do stołówki!

========================================

Gdy tylko lekcje się zakończyły, Odd z Ulrichiem zakradli się do szkolnej stołówki.

– Nikogo nie ma. Chodźmy – rzucił Odd.

Weszli do środka i zajrzeli do kuchni. Odd jakby stały bywalec, od razu zlokalizował lodówkę a w niej nie wydane przez Rosę – miejscową kucharkę – jedzenie uznane przed dyrekcję za “nie zdrowe”. Stern odezwał się do swojego przyjaciela:

– Jesteś pewny że nikt nie zauważy braku przyczepy żarcia?

– A skąd, nikt się nie połapie. Wszyscy będą mieli nosy wsadzone w te ich zdrowe żarcie! – Odpowiedział  zadowolony Odd, pakując do plecaka kilka kawałków kurczaka oraz słoik z purre z ziemniaków. – Dobra, spadamy. Wrócimy po więcej jutro.

========================================

– Nie wierzę że się pokapowali! – Powiedział po cichu Odd, wyglądając następnego dnia zza węgła stołówki na stojącego przy drzwiach Jima.

– Nooo – odpowiedział Ulrich – Jeżeli Jim również przyszedł podjadać to pewno że się pokapowali. Co teraz?

– Nie będzie przecież tu stał w nieskończoność, dorwę się do tego jedzenia chociażbym miał podpisać pakt z diabłem.

========================================

W pokoju Jeremiego Belpuois, oprócz niego samego przebywała jeszcze jego koleżanka Aelita Stones. Do pokoju zapukali a potem weszli Odd oraz Ulrich.

– I jak? – Zapytał się Jeremy, obracając się na swoim krześle obrotowym – Dalej stoi przy tych drzwiach?

– Jim broni swojego terenu jak lew swej jaskini! – Zaśmiał się Ulrich – Wygląda na to że nawet Odd się nie prześlizgnie.

– Nie mogą przez wieczność tych drzwi pilnować, w końcu skończy się ten cały program! – Rzucił oburzony Odd.

– No tak, tylko czy twój żołądek to przeżyje? – Powtórnie zaśmiał się Ulrich.

– Oj, Odd, przesadzasz. – Odezwała się Aelita. – Zdrowe jedzenie nie jest takie złe.

– Wypluj to albo pożałujesz! To jest walka o przetrwanie! – Rzucił wyraźnie niezadowolony Della Robbia. – Skoro Jim pilnuje bez przerwy przy stołówce, to go po prostu zmuszę by ustąpił!

Aelita spojrzała na niego, trochę z niepokojem. – Mam nadzieję że nie będziesz go znów szantażować?

========================================

Późnym wieczorem żadnego ucznia nie dało się zauważyć na szkolnym podwórku. Robiło się coraz ciemniej, i tylko nauczyciel WF dumnie stał przy drzwiach stołówki. Zauważył idącego w jego kierunku jakiegoś ucznia, zasłoniętego szarym płaszczem, ciemnymi okularami oraz kapeluszem.

– Dwa słoiki psiego, znaczy, pysznego pasztetu mojej babci – odezwał się Odd, wyciągając zza pazuchy dwa szare słoiki z podejrzaną zawartością.

Jim otworzył pokrywkę, powąchał z zadowoleniem – Mmm, twoja babcia przyrządza naprawdę dobry pasztet Della Robbia. Proszę, zgodnie z obietnicą. – Uchylając delikatnie drzwi wyciągnął papierową torbę by zaraz przekazać ją Oddowi. – Tylko mam nadzieję że to pozostanie między nami.

– Oczywiście, nikogo tu nie widziałem proszę Pana.

========================================

– Ty, ja nie chcę nic mówić Odd – Obracając się na krześle w pokoju Jeremiego powiedział Ulrich – ale czy ci się nie kończy ta psia karma?

– Ta, a wygląda na to że i w stołówce zaczyna brakować zapasów. Zostało już tylko te zdrowe żarcie.

– To co zamierzasz zrobić? – Zapytał się Stern, wciąż kręcąc się na krześle.

– Najtrudniejsze sytuacje wymagają największych poświęceń. – Powiedział Włoch po czym stanął gwałtownie na równe nogi:

– Do biblioteki!

Ulrich aż spadł z krzesła.

========================================

Na lekcji historii nauczyciel zbierał po kolei referaty od każdego ucznia, wcześniej jednak wysłuchując ich ustnej odpowiedzi na zadane im wcześniej tematy.

– Della Robbia! – Zawołał Gilles Fumet – Teraz twoja kolej. Miałeś przygotować pracę o antycznym Rzymie.

– Tak Panie psorze – odpowiedział Odd, wstając z ławki i wychodząc na środek sali. – Starożytny Rzym był państwem istniejącym już od około 530 roku przed naszą erą. Zostało ono zbudowane dzięki wspólnemu wysiłkowi żołnierzy i ich dowódców. Żołnierze musieli być dobrze wyszkoleni, wyposażeni, oraz wyżywieni. Przykładowo podczas kolacji spożywano wieprzowinę oraz wołowinę. Na stołach pojawiały się również gęsi, kaczki, gołębie. Rzymianie znani też byli z sosów bez których żadna prawdziwa uczta nie mogła się odbyć…

Ostatecznie zakończyło się, że Odd przez dziesięć minut opowiadał o potrawach jakie spożywali Rzymianie.

========================================

Podczas zajęć prowadzonych przez Pana Gustava Chardina, uczniowie przygotowywali się do nowego spektaklu. Nauczyciela postanowił odwiedzić Dyrektor szkoły:

– A co oni tacy zmarkotnieli? – Zapytał się Delmas patrząc na zrezygnowanych podopiecznych.

– Nie wiem Panie Dyrektorze, wszyscy stracili humor gdy Della Robbia przyniósł własnoręcznie wykonane modele dziczyzny do sceny z ucztą. Powinni być zadowoleni, ten chłopak włożył w to całego ducha!

Do sali wszedł nauczyciel WF z dość nietęgą miną.

– Ja rozumiem że nasi uczniowie mogą być nieprzyzwyczajeni do zbilansowanej diety… – Począł mówić zakłopotany dyrektor, jakby próbując się bronić. – Ale jako dyrektor mam obowiązek dbać o ich zdrowie.

– Panie dyrektorze – Odezwał się Jim. – Telewizja przyjechała do naszej szkoły.

– Hę? – Zdziwił się Delmas. – A to niby w jakiej sprawie?

Przez drzwi sali przeszedł Thomas Wincent, człowiek znany w świecie medialnym jako “Telewizja”. Za nim ciągnęła się kamerzystka z widocznie włączoną kamerą.

– Zrób panoramę dzieciaków. – Rzucił do swojej kamerzystki reporter, po czym począł prowadzić reportaż – Czy szkoła Kadic zapewnia prawidłową przyszłość naszych dzieci? Patrząc na te wychudzone biedaki należy w to wątpić. Aby pokazać Państwu jak bardzo jest źle, wystarczy zapytać się pierwszego z brzegu ucznia…

– Moment, Proszę Pana! – Spanikowany dyrektor natychmiast podszedł do dziennikarza.

========================================

W szkolnej stołówce długa kolejka ciągnęła się do Rosy, miejscowej kucharki która wydawała jedzenie. W tem jednak, na sam środek bez pardonu wepchnął się Della Robia z wyraźnym zadowoleniem na ustach:

– I co Rossa? Co dzisiaj mamy na obiad?

– Purre z ziemniaków, panierowane kotlety, wędzoną kiełbasę. Co sobie wybierzesz, Odd. – Odpowiedziała równie zadowolona kucharka, ciesząc się z możliwości powrotu do swojej starej kuchni.

Autor: Wyklęty

Powiedz im, że wciąż żyję

Stali naprzeciw siebie – nastoletni chłopiec w czarnym, przylegającym kombinezonie z czerwonymi akcentami i nieco starszy od niego, młody mężczyzna w pelerynie z kapturem, który zakrywał jego twarz. Mieli do siebie po dwa kroki, byli sobie wzajemnie na wyciągnięcie ręki, na wyciągnięcie broni – choć dzieliła ich od siebie ściana. Nie próbowali się przebić. Przyglądali się sobie wzajemnie, z początku powtarzając ruchy. Jedno podążało w nich za drugim.

Młody mężczyzna zdjął kaptur swojej peleryny – nastolatek zamarł, cofając się o kilka kroków z lekkim opóźnieniem.

– Kim… jesteś!? – zapytał, wystawiając swój oburęczny miecz. Był gotowy do podjęcia ataku, nawet, jeżeli oddzielała ich bariera ze szkła.

Mężczyzna był spokojny. Spoglądał na nieco niższego chłopaka. Nie ruszał się.

            – Ja… jestem tobą. – ten odpowiedział po dłuższej chwili.

            – Czego… chcesz…? Nie wierzę Ci!

            Mężczyzna w pelerynie wyglądał jak nastolatek jako młody dorosły. Przypatrywali się sobie wzajemnie. Mieli różne stroje, różne wyrazy twarzy i różne odczucia – a byli jedną i tą samą osobą.

            – Przestań… błagam, przestań! – wrzasnął wreszcie chłopak – Przestań! Nie będę…! Już nie będę, rób co chcesz, ale daj mi spokój!

            Łamał mu się głos. Drżał, widział trzęsącą się sylwetkę samego siebie.

            – Nie jestem nim… – cicho powiedział mężczyzna – Musisz mi w to uwierzyć. Nie jestem…

            – Skończ…! – pisnął chłopak. Upuścił swój oburęczny miecz. Złapał się za głowę, zakrył uszy dłońmi. – Skończ, rozumiesz…!?

            Jak miał wytłumaczyć to samemu sobie, jeżeli doskonale to znał? Nie potrafiłby wtedy w nic takiego uwierzyć. Uznałby, że to kolejna iluzja, podstęp, mająca na celu złamanie resztek jego oporów.

            Mężczyzna przyłożył dłoń do zimnego szkła. Był wystarczająco blisko. Na tyle, by widział osadzającą się na nim wilgoć od oddechu. Czy to naprawdę było możliwe w wirtualizacji? Czy może to był świat stworzony przez ich – jego – wspólne koszmary?

            Ile czasu minęło, nim nastolatek, choć nieufnie, podszedł do tej ściany?

            – Jakim cudem… jesteś ode mnie starszy? – zapytał nastolatek. – Jeżeli mówisz prawdę…?

            – Sam tego nie rozumiem… ale ktoś zdecydował, że pomoże mi wrócić.

            – Czyli… zostawisz mnie tutaj, prawda?

            – Nie.

            – Jak to nie…?

            – Idziemy stąd razem. Jesteśmy tą samą osobą.

            Mężczyzna był ciałem. Nastolatek – pamięcią o świecie sprzed swojego upadku.

            Ściana nagle zniknęła, a oni razem z nią.

            Otworzył oczy. Rozejrzał się wokoło. Stał przy konsoli, uruchomionej.

            Wysłana wiadomość. Kiedy…?

            „Wrócisz do domu, dziecko.”

            „Powiedz im, że wciąż żyję.”

            Kim był chłopak z jego… dziwnej wizji? Był taki przerażony…

            Czy naprawdę byli jednym ciałem i rozumem?

Autorka: Morrigan

Zakochany Ślizgon

            – Mógłbyś wyjaśnić ten list jeszcze raz? – spytał spokojnie Albus Dumbledore.
            – Mówię, że zabrał mi go ten kot! – krzyknął zirytowany William, wskazując na zwierzaka kroczącego dumnie  po gabinecie dyrektora.
Gdy zwierzak skoczył z biurka, zamiast sierści miał włosy i ludzką głowę. Wystarczyła zaledwie sekunda, żeby winowajcy już nie było. Zmienił się w profesor McGonagall, która spoglądała na chłopca wzrokiem pełnym pogardy. Młody czarodziej nie krył swojego zdziwienia. Nie wiedział, że nauczycielka jest animagiem.
            – To ciekawe – skomentowała Minerwa, która trzymała w dłoni kartkę. – Uważasz zatem, że pisanie miłosnych wierszy jest ważniejsze od nauki w Hogwarcie?
            Dunbar nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Zaskoczony nagłą przemianą nauczycielki jedyne kiwnął głową w ramach zaprzeczenia.
            – Uważam Albusie, że ten oto świeżak nie zna jeszcze zasad naszej instytucji – odezwał się opiekun domu ucznia, Severus Snape. – Pamiętajmy, że jest tu od niedawna, a wielu innych uczniów i po dłuższym czasie wyrządzało wiele szkód – mówiąc te słowa, spojrzał na swoją koleżankę z pracy.
            – Severusie, twój podopieczny nie jest już dzieckiem. Jeśli dalej będzie tak postępować, nie zostanie dopuszczony do egzaminów. Dopilnuję tego.
            Słowa opiekunki Gryffindoru sprawiły, że Williama przeszył dreszcz. W Hogwarcie uczy się dopiero pół roku, z dużym opóźnieniem przez pomyłkę. Powinien otrzymać list w dniu swoich jedenastych urodzin. Jednak przez błąd znalazł się w czwartej klasie, a jego dalsze losy są niepewne.
            – No dobrze – Dumbledore odłożył pióro na miejsce, splótł palce w koszyk i spojrzał na Williama. – Slytherin traci pięć punktów. Wróć do pokoju.
            Chłopiec kiwnął głową i wyszedł z gabinetu dyrektora.
            – Tylko tyle? Albusie! – skomentowała oburzona McGonagall.
 ~*~
            William usiadł na łóżku, przygnębiony rozmową. Po raz kolejny jego dom stracił punkty. Dodatkowo McGonagall dopilnuje, żeby nie napisał egzaminów i nie został dopuszczony do piątej klasy.
            Spojrzał na zdjęcie z rodzicami. We Francji, gdy jeszcze wszystko było dobrze. Nigdy nie był wybitnym uczniem, ale zawsze radził sobie na tyle, żeby przechodzić dalej. Kiedy tylko dowiedzieli się, że ich syn jest czarodziejem i powinien uczyć się od kilku lat w Hogwarcie, przestali się do niego przyznawać.
            Nie poczuł większej różnicy. Ojciec zawsze pracował i nie było go w domu, a gdy tylko ukończył siedem lat, matka poszła w ślady swojego męża. Miał lepszy kontakt z sąsiadami, niż z własnymi rodzicami.
            Do pokoju wszedł blondyn, który niezbyt zadowolony zmierzał w kierunku Williama.
            – Przez ciebie znowu straciliśmy punkty! – krzyknął, ściągając w emocjach swoją czarną szatę. Sala Slytherinu zaczynała się powoli wypełniać resztą podopiecznych domu.
            – Jak ciebie nie było, rywalizowaliśmy tylko z tymi głupimi Gryfonami – dodał Crabe.
            – A teraz mamy mniej punktów od Hufflepuffu – dokończył Goyle.
            – Dajcie mu już spokój – wtrąciła się Pansy, która poprawiała sobie włosy. – Jest opóźniony i działa na szkodę własnego domu, zamiast innego.
            Draco wraz ze swoimi przyjaciółmi zaczęli złośliwie rechotać. William wściekły uderzył pięścią w nocny stolik. W pokoju nastała cisza.
            – Szkoda, że nikt z was nie raczył mi w ogóle pomóc! To nie moja wina, że w papierach zrobili błąd i nie dotarłem z wami, mając jedenaście lat! Wszystkiego uczę się sam! A wy macie do mnie pretensje, że dom traci punkty za rzeczy, których po prostu nie wiem?
            Po tych słowach Dunbar wziął swoją torbę, zimową szatę i wyszedł. Pokój Ślizgonów dalej pozostał w ciszy. Nikt nie spodziewał się takiej reakcji z jego strony.
 ~*~
            William postanowił się przejść na boisko Quidditcha. Lubił przebywać na trybunach i obserwować treningi drużyn. Zastanawiał się często nad dołączeniem, jednak wewnętrzne rozterki nie pozwalały mu zrobić czegokolwiek poza patrzeniem.
            Wyciągnął nową kartkę i zaczął od nowa pisać list do pewnej dziewczyny. Widział ją głównie na boisku do Quidditcha podczas meczy. Była doskonałą szukającą – niemal cały czas zdobywała punkty dla swojego domu. Poza celnością wyróżniała się rudym kolorem włosów. Czasem zamienili ze sobą kilka słów, jednak zawsze musiała pędzić na zajęcia, żeby nie mieć wpisanego spóźnienia.
            – Cześć William! – przywitała go ciepło Ginny. Chłopak od razu schował list oraz resztę rzeczy i wstał z uśmiechem, widząc dziewczynę. Przez kilka sekund uświadamiał sobie, z kim właśnie teraz rozmawia.
            – Hej. Co tutaj robisz?
            – Miałam mieć trening razem z braćmi, ale chyba o nim zapomnieli – odpowiedziała rudowłosa. – Pomyślałam, że ciebie nauczę paru zasad Quidditcha.
            – Mnie? – zapytał zaskoczony William propozycją.
    Jeszcze przed chwilą pisał dla niej list miłosny, a teraz nauczy go podstawowych zasad gry. Bez żadnego sprzeciwu powiedział:
            – Znaczy, tak. Chętnie.
            – Bierz nimbusa i widzimy się na boisku – powiedziała szczęśliwa panna Weasley i pobiegła się przygotować na trening. Sprawił, że jest teraz szczęśliwa.
            Dunbar wiedział, że Ginevra Weasley jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką poznał w życiu. Był jednak jeden problem. W zasadzie były dwa.
            Pierwszym był taki, że Ginny była zakochana w Harry’m Potterze.
            Drugi był gorszy. Ona jest z Gryffindoru, a on w Slytherinie.
 ~*~
            Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Hogwart był częściowo już udekorowany świątecznymi dekoracjami, a duchy poszczególnych domów śpiewały z radością kolędy. Slytherin nadrobił zaległości, które stracił przez Williama i prowadził w całej klasyfikacji.
            Dunbar szedł samotnie po korytarzach szkoły. Wszyscy już wcześniej skończyli zajęcia i każdy zajmował się innymi sprawami. Duplikat listu, którego oryginał zabrała profesor McGonagall, skończył pisać kilka dni temu. Wszystkie zaległości  już zaliczył. Nie słyszał już komentarzy pod swoim adresem od kolegów i koleżanek z domu.
            Co zatem może robić zakochanyŚlizgon w młodszej od siebie Gryfonce?
            – Cześć, William – przywitała go zupełnie inna osoba. Odwrócił się, a przy ścianie stała najsympatyczniejsza Krukonka, jaką chłopak poznał.
            Luna Lovegood od dzieciństwa miała niechlubny przydomek „Pomyluna”. Dunbar nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego uczniowie nie akceptują jej odmienności – szczególnie Slytherin. Bardzo często słyszał wyzwiska skierowane do dziewczyny.
            – Witaj, Luno – odpowiedział nonszalancko, a następnie wziął dłoń dziewczyny i ucałował ją. Blondynka z początku nie wiedziała, jak zareagować na takie przywitanie.
            – W twoim świecie tak są witane kobiety? – zapytała, będąc dalej w szoku.
            – Nie zawsze, chociaż uważam, że to powinien być obowiązek każdego mężczyzny – wyjaśnił William. Krukonka patrzyła na niego z podziwem, co dawało mu dużą satysfakcję.
            – Zastanawiam się, dlaczego nie jesteś u nas, w Ravenclaw. Poradzić sobie z tak ogromnymi brakami w czarodziejskim nauczaniu w takim krótkim czasie to powód do dumy.
            – Myślisz?
            – Oczywiście – odpowiedziała spokojnie Luna, a następnie założyła swoje widmokulary. Wyglądały one nietypowo. Oprawki były w kształcie dwóch dłoni skierowanych do siebie w przeciwnym kierunku, a miały kolor złoty. Lewe szkiełko było w środku niebieskie, a dalej białe. Prawe wyróżniał jedynie różowy środek.
            Świeży Ślizgon nie umiał zrozumieć, czemu Luna je nosi, jednak akceptował to w pełni.
            – Coś się z tobą dzieje, Williamie. – stwierdza dziewczyna.
            – Skąd to wiesz?
            – Zachowujesz się inaczej, niż zwykle – wyjaśniła Krukonka, a następnie uniosła swoje okulary na czoło. Dunbar westchnął głośno, po czym zaczął opowiadać wszystko, co go męczy:
            – Nie potrafię dogadać się ze swoim domem. Nikt nie wyjaśnił mi zasad funkcjonowania w Hogwarcie, przeze mnie Slytherin stracił dużo punktów i spadł na ostatnie miejsce. Do tego jeszcze McGonagall chce, żebym nie został dopuszczony do egzaminów.
            William usiadł na chłodnej podłodze, opierając się o chropowatą ścianę. Prawe kolano miał uniesione, a lewa noga była wyprostowana.
            – Jednak nie to jest najgorsze. Zakochałem się.
            – To urocze – komentuje Luna, która podczas słuchania jego historii schowała do upchanej torby swoje widmokulary.
            – Nie jest. Ona jest Gryfonką.
            – Co z tego?
            – Nie mam u niej żadnych czas – odpowiedział zrezygnowany.
            – Dlaczego? – dopytywała Luna.
            – Ona kocha Harry’ego Pottera. Z nim nie da się konkurować.
            – Spróbuj. Nie zaszkodzi – doradziła Krukonka.
            – Myślisz, że warto?
            – Oczywiście. Spójrz – dziewczyna wskazała dłonią na dwór. Był otulony białą pierzyną, a udekorowane choinki świeciły, dając dodatkowy blask.
            – Zbliżają się Święta. Piękniejszej okazji nie będzie.
            Dunbar zadumał się nad słowami koleżanki. Nie pomyślał w ten sposób. Jego dalsza nauka w Hogwarcie stoi pod znakiem zapytania, a Ginny z pewnością wraca do rodziny na Boże Narodzenie. Być może już nigdy więcej jej nie zobaczy.
            – Jesteś geniuszem! – wykrzyknął chłopak i zerwał się na nogi. Poczuł nowy przypływ energii. Musi teraz tylko zaplanować sytuację przed świętami. Ma jeszcze jeden prezent do zrobienia.
            – Powodzenia, Williamie – powiedziała Luna, która po raz czwarty zaczęła czytać najnowszy magazyn „Żonglera”, który przysłał pan Lovegood.
 ~*~
     Do Wigilii został jeden dzień. Cała szkoła została już udekorowana świątecznymi ozdobami, duchy krążyły po korytarzach, śpiewając z radością kolędy, a w Głównej Sali świeczki balansowały nad przygotowanymi miejscami dla uczniów, którzy zostali na Święta w Hogwarcie. Część uczniów już wyjechała do swoich rodzin.
            William czekał na pannę Weasley przed wejściem do szkoły. Zaproponował małe spotkanie przed wyjazdem dziewczyny na święta. Był jednocześnie zestresowany i podekscytowany.  Prezent trzymał schowany w torbie.
            – Hej, ślizgonie – zawołała z radością Ginny, widząc Dunbara.
            – Eee… Witaj – odpowiedział zaskoczony chłopak. To już? Tak szybko przyszła? Nie zdążył przygotować w pełni swojej wypowiedzi.
            “Działaj, William. Nie możesz tego zepsuć.” – pomyślał.
            Chłopak ujął jedną dłoń Gryfonki, po czym schylił się i pocałował ją. Spojrzał na minę dziewczyny obdarzonej nietypowym przywitaniem. Kilka sekund nie odzywała się. Kiedy minął jej największy szok, spytała:
            – Każdy mężczyzna tak wita dziewczynę w twoim świecie?
            – Tak zostałem wychowany, by takim gestem obdarzać kobiety – odpowiedział Dunbar tak samo nonszalancko, jak wyjaśnił kilka dni wcześniej Lunie.
            – Jesteś prawdziwym dżentelmenem – skomentowała rudowłosa, dalej nie mogąc wyjść z zachwytu nad zachowaniem chłopaka.
            – Przygotowałem dla ciebie mały prezent. Wiesz, święta… – powiedział William. Od razu wyciągnął niewielką paczkę okrytą złotym papierem i obwiązaną czerwoną wstążką. Wręczył ją dziewczynie.
            – Kolory Gryffindoru. Dziękuję ci, Williamie – wydusiła z siebie Ginny. – Też coś dla ciebie przygotowałam – po tych słowach wyciągnęła spod płaszcza podobnej wielkości prezent, zapakowany w barwach jego domu.
            Dunbar nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się podarunku od dziewczyny.
            – Muszę się zbierać. Niedługo odjeżdża pociąg. Bracia pewnie się martwią o mnie. Wesołych Świąt, Williamie!
            Ginny spojrzała na chłopaka jeszcze raz, po czym ominęła go i skierowała się  w kierunku pociągu. Dunbar nie odwrócił się – cały czas był zszokowany całą sytuacją.
            “Matko, zapomniałem!” – pomyślał chłopak, a następnie podbiegł do dziewczyny. Zaskoczona zatrzymała się, gdy tylko przed nią pojawił się William.
            – Zaczekaj. Muszę powiedzieć ci coś naprawdę ważnego.
            – Słucham – powiedziała ze spokojem panna Weasley.
            – No… więc… – jąkał się Dunbar. Nie wiedział, że powiedzenie jej uczuć będzie tak ciężkie. Pewnie wyjdzie na totalnego głupka przy ukochanej.
            – William, powiedz. Spóźnię się na pociąg – nalegała Ginny.
            – Dobrze. Zatem… – Ślizgon wziął głęboki oddech. Ujął w swoje dłonie jeszcze raz ręce Gryfonki. – Zakochałem się w tobie.
            Po tych słowach puścił dłonie dziewczyny. Patrzył jej w oczy, jednak nie potrafił nic z nich odczytać. Żadnej reakcji. Miał przeczucie, że niepotrzebnie wyznał uczucia. Ona woli Pottera – człowieka z jej domu. Na co on liczył? Że pokocha osobę z domu, którego całego wręcz nienawidzi?
            Nagle Ginny umieściła swoje dłonie na ramionach Williama. Stanęła na palcach i zbliżyła się do jego ust. Chłopak wiedział, co musi zrobić.
            Przybliżył się do dziewczyny, a ich usta złączyły się w jednym pocałunku. Dzwony w Hogwarcie dzwoniły coraz głośniej. Śnieg spokojnie prószył na ich twarze.
            – Matko, pociąg! – krzyknęła Ginny. Dała Dunbarowi jeszcze jednego buziaka w policzek, po czym ruszyła w pościg na stację. Chłopak teraz odwrócił się w jej stronę. Stał przy moście tak długo, póki nie zniknął z jego oczu ostatni wagon czarodziejskiego pociągu.
 ~*~
            Dzień później stu uczniów i cała kadra nauczycieli zasiadła przy stole. Byli już po dzieleniu opłatkiem oraz wspólnej kolacji. Teraz każdy rozmawiał w mniejszym lub większym gronie. Kilka osób śpiewało razem z duchami.
– Jak było? – zapytała Luna podczas szkolnej Wigilii. Chłopak głośno westchnął i odpowiedział:
– Miałaś rację. Warto było spróbować.
– Krukoni rzadko kiedy się mylą – powiedziała dziewczyna z uśmiechem na twarzy.
– Właśnie! – krzyknął William do samego siebie. Z torby wyjął drugi prezent, po czym wręczył go Lunie.
– To dla ciebie. Nawet nie wiesz, jaki mam u ciebie dług.
– Naprawdę nie trzeba… – zaczęła dziewczyna, będąc zdziwiona gestem Ślizgona.
– Są święta. To mój prezent dla ciebie. Koniecznie załóż, chłodno jest – przerwał jej William. Zszokowana dziewczyna od razu założyła ciepłe, niebieskie skarpety od kolegi. Spojrzała na stopy i ruszała nimi, próbując nie wybuchnąć przez nadmiar radości.
– Skąd wiedziałeś?
– Zauważyłem, że ostatnio chodzisz boso.
– Draco Malfoy pożyczył moje buty. Mówił, że je odnowi – odpowiedziała Krukonka – Nie wiem jednak dlaczego, ale do dziś mi ich nie oddał.
– Zdobędę je – zadeklarował Dunbar, czując wstręt do kolegi z domu.
– Po świętach. Teraz na nich się skupmy – uspokoiła go dziewczyna.
– Masz rację. Wesołych Świąt, Luno.
– Wesołych Świąt, Williamie.

Autorka: Azize