You spineless girl.

Aelita nie pisała się na bycie obiektem testowym w chorym projekcie swojego ojca, który sprowadził cierpienie na ich rodzinę. Nikt nie zapytał jej o zdanie, czy mając dwanaście lat, była w stanie przehandlować swoje własne życie za nawet nie swoją własną sprawę. Miała poczucie, że tak bardzo, jak dobrze teraz odnajdowała się w technicznych nowinkach, to dziewczynka, którą była, zanim to wszystko się stało, bardzo dobrze by się pewnie odnalazła w muzyce. Do tego orientowała się, że ciężar fizycznej książki i cichy dźwięk szorowania kartek o siebie był wiele przyjemniejszy niż dane, które niejednokrotnie zdawały się zwyczajnie przeciekać jej przez palce.

Nikt jej nigdy nie zapytał, czy chciała być strażniczką wirtualnego świata i czy zgadza się zabrać ten sekret ze sobą do grobu, o ile ten nie pochłonie jej jako pierwszy i nie uczyni tego grobu sam z siebie. Na razie się temu przeciwstawiała — nie miała wyboru, skoro bez niej wirus rezydujący w ciszy wirtualnego pustkowia byłby w stmie zrobić… praktycznie wszystko.

I nikt nie zapytal, czy była w stanie poświęcić samą siebie dla bezpieczeństwa świata.

Czasami zastanawiała się, czemu właśnie ona.

Czemu musiało trafić na jej rodzinę.

Czemu spłacała cholerny, nie swój dług.

I czemu wpadły w to kolejne osoby, które nie powinny z tym mieć w zasadzie do czynienia.

Aelita miała zwyczajnie dość swojego własnego odbicia w lustrze, jeżeli w tafli miała widzieć nic więcej poza różową księżniczkę, której każdy musiał bronić. W pewnej chwili nie mogła pozbyć się wrażenia, że nieważne, za co by się nie zabrała, to było to obarczone jakims ryzykiem. Czego dokładnie? Czasem sama nie wiedziała. W głowie jednak wyły te lampki ostrzegawcze, których niejednokrotnie zwyczajnie nie była w stanie tak łatwo wyłączyć.

Coraz częściej łapała się na myślach, czy troska jej przyjaciół na pewno nią była, czy też to już powoli zakrawało na kontrolę.

Aelita zazdrościła. Obserwowała swoich rówieśników, którzy wychodzili śmiało poza teren szkoły, nie przejmując się tym wszystkim, czym musiała na ich miejscu. Ona? Nie mogła nawet posiedzieć w spokoju w Pustelni, sam na sam z duchami przeszłości, do której nie mogła wrócić. Miała około godziny, zanim nie zaczynały się urywać telefony, zanim Jeremie nie zaczynał namierzać jej lokalizacji, i nie przychodził, przerywając jej próby przeniesienia się wspomnieniami do dni sprzed czegoś, co mogła śmiało nazwać kataklizmem.

Niejednokrotnie prosiła o to, by dał jej chociaż to.

Chwilę samotności.

On odpowiadał, że nie mógł; bo przecież się o nią martwił. I powinni wracać, bo mieli przed sobą jeszcze tyle pracy.

Chciała tylko czasu… i poczucia, że wcale nie była samolubna, prosząc o to.

Bo… nie mogła taka być, jeżeli od niej zależało dobro całego świata…?


You spineless girl

You should donate your legs because you never stand

You should throw a fucking party, you should hire a band.


Pewnego dnia księżniczka zwyczajnie miała dosyć. Po prawdzie ciężko było jej powiedzieć, co dokładnie doprowadziło do podjęcia przez nią tej decyzji — może kolejne kazanie że strony Jeremiego, może Odd wspominający o tym, że robiło się coraz cieplej i ot tak wyszedł na skate park — zostawiła telefon w swoim pokoju, by nie było jej tak łatwo znaleźć.

Na litość, była w liceum. I tak już żyła tyle czasu bez rodziców; nie miała przy sobie nikogo, kto by był jej pod tym względem aniołem stróżem. Nie czuła, by potrzebowała niańki, która będzie kręcić nosem na jakąkolwiek próbę poczucia, że była normalna.

Było jej bardzo dziwnie w momencie, w którym nie poszła do Pustelni, ani nie przesiadywała przed Superkomputerem, próbując posklejać w całość odpowiedzi na pytania, czemu Xana nie był w stanie zwyczajnie odejść. Zawędrowała dalej, za park, za fabrykę, mając przy sobie tylko mały odtwarzacz MP3 i słuchawki w uszach. Wszystko w niej krzyczało, że wystawiała się na niebezpieczeństwo, ale to nie był nawet jej głos, tylko reszty paczki. I chciała wierzyć, że to była tylko troska.

Potrzebowała, by zwyczajnie ją zrozumieli chociaż ten jeden raz.

Weszła do opuszczonego kościoła. Z miejsca poczuła, jak powietrze zmieniło się z chwilą przekroczenia przez nią progu; zrobiło się cięższe, unosił się w nim ciężki zapach kadzidła oraz wilgoć.

Nie wiedziała, co robić dalej. Czytała, że każde takie wejście wiązało się z czynnościami wynikającymi z przynależności do wiary, w ramach oddania czci tutejszego bytu wyższego. Aelita nie sądziła jednak, by odbywało się to przez bazgranie farbą w sprayu po ołtarzach i wybijanie szkła, które było pod ręką. Słyszała o urbexie, ale z tego, co udało jej się zrozumieć, to osoby podejmujące się go zwyczajnie szanowały miejsca, które zastały.

Usiadła w jednej z ław. Chciała się tylko rozejrzeć; tak z ciekawości. Próbowała sobie wyobrazić tych wszystkich ludzi, którzy tu przychodzili, spotykali się, wchodzili w interakcje albo szukali odpowiedzi.

Fascynowała ją gra kolorowych świateł na podłodze. Nie rozumiała do końca, co przedstawiały wszystkie te witraże, ale było to piękne. Cisza koiła.

Przynajmniej w pierwszej chwili.

Potem znów odezwał się ten syk w głowie.

”Ty mała… samolubna…”

”Martwią się o ciebie, a ty? Szlajasz się po pustostanach?”

”Jeremie z pewnością tego nie pochwala.”

”Wracaj do kodów, różowa księżniczko. Tylko to potrafisz.”

Sit in the center of a big dance floor and

Where’s all the attention you’ve been asking for?

Ale, jak miała wytłumaczyć, że wcale nie o to jej chodziło? Raz na jakiś czas bardzo chciała, by wszyscy przestali jej się tak przyglądać, odsuwać… chronić…

— Widok z góry jest wiele lepszy, Księżniczko.

Poderwała głowę. Usłyszała ten głos tylko dlatego, że finalnie zdjęła słuchawki. Próbowała znaleźć wzrokiem jego właściciela, chociaż z początku było to dość trudne.

Nie spodziewała się, że ktoś będzie siedział na belce pod sklepieniem.

— William…

Chociaż był trochę nad nią, tak widziała ten jego uśmieszek pod nosem.

— Zapraszam. Nie ugryzę. ~

Obawiała się, że takie wejście na belkę mogło być niebezpieczne. Ale z drugiej strony… czy nie wyszła po to, by przestać się martwić wiecznymi syrenami alarmowymi…?

Schodami na pięterko; minęła zapuszczone, do połowy rozebrane organy, znalazła miejsce, z którego William ewidentnie wślizgnął się na swoje miejsce.

Nie wyganiał jej.

Zobaczyła, jak wyciągnął w jej stronę rękę, by mogła po prostu bezpiecznie wejść, usiąść obok niego i zwiesić nogi. Czarna mamba na przedramieniu Dunbara nie odstraszała jej… ale ciekawiła, owszem. Utrwalony tuszem wąż wił się na jego skórze… pasował mu. W jakiś dziwny, nie do końca możliwy do wypowiedzenia sposób, bo przecież nie zgodziłaby się ze stwierdzeniem, że chłopakowi było aż tak blisko do jadowitego węża.

I chwilę tak siedzieli w milczeniu.

— Pierwszy raz cię tu widzę. — wreszcie rzucił William. — Zmiana dotychczasowego miejsca, czy wycieczka ot tak?

— To… — Aelita zaczęła, zastanawiając się, jak ubrać to w słowa. — Trochę…

Nie wiedziała, jak to określić. W zasadzie… zrobiła bardzo nieodpowiedzialną rzecz. Co, jeżeli Xana zaatakuje, a ona nie będzie nic wiedzieć… bo zrobiła to, co zrobila?

— Skomplikowane. Czaję. — rzucił krótko William, zerkając w dół. — Brzmi, jakbyś potrzebowała zostać sama.

Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Wzięła głęboki oddech.

— Sama… nie wiem. Chyba chciałam… na moment poczuć się normalnie.

Nie wierzyła, że to opuściło jej usta. Zaniepokoiła ją cisza, jaka zapadła po jej słowach. Chciała wierzyć, że to nie tak, że powiedziała coś nieodpowiedniego; że William jako kolejny nie będzie uważał jej za samolubną królewnę, która zapominała o swojej powinności.

Nawet, jeżeli się na nią nie pisała.

Zamiast tego jednak kiwnął głową.

— Myślę… że tak jak każdy. Wszyscy chcą czuć się normalnie. — wreszcie odpowiedział, chociaż ostrożność w jego głowie była bardzo dobrze wyczuwalna.

— Ale… nie mogę… zapominać o swojej roli. Co, jeżeli będę musiała znowu dezaktywować wieżę, albo… albo, nie wiem, będę potrzebna do pomocy w programach…? Albo…

Urwała. William spojrzał na nią. Uniósł brew. Aelita zmarszczyła swoje, próbując zrozumieć, dlaczego tak na nią patrzył.

— Twoją rolą nie jest bycie na każde zawołanie. — wreszcie westchnął. — Generalnie też nie powinno być to, co robisz. Powinnaś być dobre dziesięć lat starsza. I powinnaś się nie martwić o cały ten szajs. I wiem, że to co mówię… teraz wiele nie zmieni, bo nie zmienimy tego, co było kiedyś.

Otworzyła szerzej oczy.

William nikle się do niej uśmiechnął, zerkając zaraz gdzieś w dół.

— Kochana, sam tu przychodzę, żeby przestać myśleć o tym szajsie dookoła.

— Tym, w który… cię wpakowałam.

— Tym, w który sam zgodziłem się wejść.

Na to nie miała kontry.

— Wciąż… Powinnam… powiedzieć ci więcej. Ostrzec cię. Byłam… jestem za Ciebie odpowiedzialna.

— Nie. Nie jesteś odpowiedzialna… nie w tym miejscu. Nie dzisiaj i nie tutaj. Nie po to tu przyszłaś… prawda?

Miał rację.

— To… nie jest z mojej strony samolubne? — zapytała po raz kolejny.

Obserwowała gołębia, który wyleciał otwartymi drzwiami. William mówił, że zawsze tu wracał; miał swoje gniazdo dalej, pod sklepieniem. Nie widział opcji, by były w nim jakiekolwiek młode.

— To, że chcesz być zwykłym człowiekiem? Nie. Jesteś nim mimo shitu dookoła.

— Jak często tu jesteś…?

— Od czasu do czasu.

— Czy… Jeżeli znów będę chciała na moment… nie myśleć… czy mogę…

— Przychodź. Będę czekał w tym samym miejscu. — odpowiedział.


Ciche nucenie koiło za każdym razem, kiedy tu przychodziła. Nie musieli rozmawiać. Mogła milczeć.

Oboje i tak rozumieli wszystko.

Mogła wsłuchać się w melodię… mogła wreszcie nie być księżniczką w kryształowej klatce…

Uciszyć myśli krzyczące o powinności.

Autorka: Morrigan

“Long since I saw you.”

“No one here knows my name, no, I gave up my worries for one good thing; but I remember you clearly…”

Powinno go zaalarmować to ciche nucenie, które ledwie przedzierało się przez odgłosy cichnącego miasta… ale wciąż było. I zignorował je świadomie, zamykając za sobą klapę prowadzącą na dach akademika Kadic. Nie umiał zidentyfikować, co to dokładnie mogło być, chyba nawet aż tak bardzo go to nie obchodziło, póki nie podszedł bliżej.

Widok bardzo znajomego chłopaka na dachu akademika sprawił, że Ulrich zaczął dość mocno kwestionować swoją decyzję o wejściu tutaj. Była noc, Odd chrapał w najlepsze śpiąc w słuchawkach. To samo w sobie nie było aż tak problematyczne, gdyby nie to, jak głośno miał je ustawione. Zamykając oczy, słyszał te cholerne włoskie smęty i dłoń sama zaciskała się mocniej na poszewce od poduszki. Musiał bardzo mocno ze sobą walczyć, żeby nie wstać, nie wziąć jej, nie podejść bliżej, nie stanąć nad śpiącym współlokatorem, i…

…dlatego właśnie tu się znalazł. Nie chciał następnego ranka wychodzić z tego budynku w kajdankach.

Wystarczyło mu, że musiał znosić wieczne pretensje ojca, który przypominał sobie o jego istnieniu zazwyczaj na koniec semestru. I wcale to nie było aż takie dalekie w skojarzeniach od poczucia krępowanych nadgarstków.

A teraz, obecność Dunbara powodowała, że czuł się w dziwny sposób dociśnięty do ściany. I pewnie by wrócił, zszedł klapą z powrotem na dół i zamknął się w świetlicy albo pokoju cichej nauki, ale nie zdążył. Czarnowłosy najwyraźniej wyczuł jego obecność, bo spojrzał krótko przez ramię, ale… nic nie powiedział.

To go zaskoczyło. Co więcej, krótko kiwnął głową w górę; na znak czegoś podobnego do przywitania. Żadnych kąśliwych uwag.

Ulrich poczuł ciężką do odparcia potrzebę uszczypnięcia się w ramię. Zamiast tego zebrał się w sobie i odchrząknął.

Zabawne, że w tym wszystkim potrzebował odrobiny animuszu.

— No proszę. Cudowna noc na zachlanie pały — rzucił, przerywając ciszę razem z odgłosem podeszw swoich butów uderzających o dach.

Ciężko było mu ugryźć się w język, kiedy zobaczył piersiówkę w rękach swojego niegdysiejszego rywala. Może i obecnego. Od sprawy z Xaną ich kontakty — tudzież zwady — przestały być codzienną rutyną do odhaczenia. Z lekkim zaskoczeniem przyszło mu dojść do wniosku… że teraz mógł to nazwać sporadycznym easter eggiem. Występowało z podobną częstotliwością.

— Oh, wal się — William wywrócił oczami. — Głodnemu chyba chleb na myśli.— rzucił, wolno obracając w dłoni srebrną piersiówkę. — Niestety nie tym razem, towarzyszu. Nakryłeś mnie co najwyżej na żłopaniu energetyka. Samotne dawanie w palnik nigdy nie było w moim stylu, jeżeli cię to w jakikolwiek sposób próbowało zmartwić. — wpatrzył się ponownie w widok przed sobą; w lampy na parkowych alejkach, upodabniających park przy szkole do czegoś, co ktoś próbował uparcie doprowadzić do porządku, żeby nie przypominało zapuszczonej, opanowanej przez leśne duszki strefy.

Z marnym skutkiem, ale teoretycznie to miało jakiś swój klimat.

— No, wiesz… rzekomo głodny głodnemu wypomni.

William wzruszył ramionami, ale obserwował kątem oka podchodzącego bliżej Ulricha. Krótko prychnął pod nosem, ale nie pokazywał, że ten komentarz wywołał u niego lekki uśmiech. To nie tak, że pozwolił mu podejść, ale i nie zabronił. W pewien sposób był ciekawy jego obecności, bo odkąd znalazł to przejście, nie widział tu nikogo poza sobą. Chyba, że się mijali; nie mógł tego wykluczać. Jeżeli ktoś znał to przejście i wiedział, kiedy Jim na pewno nie zainteresuje się jakimś wychodzeniem poza cztery ściany swojej kanciapy, mógł skorzystać. Nikt nie rościł sobie prawa własności. Zresztą… walki o terytorium byłyby chyba już z ich strony zagraniem godnym jaskiniowców.

Nie to, że podobnych i tak się kiedyś nie chwycili.

— Swoją drogą, nie za późno na takie środki?

— Może — William zerknął na piersiówkę. Ulrich dopiero teraz zobaczył, że ta miała po bokach ozdobne grawery. — Ale to chyba będzie problem jutrzejszego Williama, jeżeli rzeczywiście to zacznie działać.

— Nie działa? No nieźle.

— Gdybym miał tu poduszkę, koc i gwarancję, że nie zacznie mi tu padać na łeb, pewnie bym mógł tu spać.

— To czemu nie śpisz? Nikt cię tu nie trzyma — Ulrich finalnie usiadł na dachu. Najpierw jednak zrzucił z siebie bluzę. Nie widziało mu się dopierać spodni z czegokolwiek, co mogło się tu znajdować.

— Czasami… tak bywa. Tak myślę.

W odpowiedzi pojawiło się tylko ciche westchnienie; ale to nie tak, że wyłącznie William był tu winien. Ulrichowi również zdarzyło się ratować kofeiną — zwłaszcza w momentach poprzedzających egzaminy semestralne. Ale, do tych było jeszcze daleko. To nie mógł być więc powód, dla którego William zawzięcie próbował powstrzymać się od spania.

— Tobie również najwidoczniej nie po drodze z ustawowymi ośmioma godzinami — William skontrował, pociągając zaraz krótko łyka.

Ulrich odruchowo czekał na to, aż chłopak się skrzywi. W pewien sposób liczył, że jednak go nakryje na drobnym kłamstwie. Nie wyszło.

— To chyba… Oddowi i jego kolejnej, nowej playliście po nieudanej randce z tą… Tabithą? Yvonne? Straciłem rachubę w jego przebiegu, on w skali regulacji głośności.

— Ah. Mówimy o“Amour Amour, am Ende gefangen zwischen deinen Zähnen”, czy “I can wait for years if I gotta, heaven knows I ain’t getting over you”?

— No proszę, Dunbar. Od kiedy znasz niemiecki?

— Nie znam. — Szkot wzruszył ramionami — Wchodzi mi co najwyżej przy słuchaniu Rammsteina i Falco.

Ulrich krótko prychnął pod nosem, próbując ukryć zalążek własnego uśmiechu. Mógł się domyślić. Brzmiało to bardzo jak William; jak coś, co grałoby mu na pętli, gdy tylko widmo dostania kosza od Yumi przestało takowym być. I wyglądał jak ktoś, kto tak mocno się tym nie przejmował. Na ile była to prawda? Do pewnego etapu, miał Dunbara za kogoś, kto tak łatwo nie dopuszczał do siebie przegranej — w zawodach, w życiu szkolnym, w miłości. Patrząc na niego dzisiaj miał to głupie wrażenie, że coś się zmieniło. Niewidocznie na pierwszy rzut oka.

Coraz wyraźniej widoczne im dłużej obaj siedzieli na tym dachu; nawet, jeżeli półmrok próbował rozmyć rysy ich twarzy.

— A ty? Od kiedy nie boisz się wysokości? — William nieco wychylił się, zerkając na oświetlany lampami dziedziniec.

— Od kiedy nie patrzę tak głupio w dół — odmruknął Ulrich, układając się plecami na wcześniej rozłożonej bluzie.

— Hm.

William uważał to za zabawne — to, jak oni obaj niezgrabnie tańczyli wokół łączącego ich niewygodnego tematu tak, by go wcale w oczywisty sposób nie poruszyć. Tego wieczoru obaj byli zmęczeni. Od dłuższego czasu… zwyczajnie wyczerpani, a wykrzesanie z siebie resztek sił na konflikt wydawało się dzisiaj poza zasięgiem. Powoli przechylił się za siebie. Pod plecami poczuł twardy, zimny grunt, nad sobą widział czarne niebo i nieśmiało próbujące je rozświetlić gwiazdy. Odruchowo zaczął próbować je łączyć w konstelacje; dziecięcym zwyczajem, kiedy wierzył, że losy każdego człowieka były zapisane w tych małych, białawych punkcikach nad ich głowami.

Kątem oka widział przechyloną ku niemu głowę Ulricha i zaskoczone spojrzenie; prawdopodobnie ewidentnie wolał, by tego nie zauważył.

On sam tego nie komentował. A mógłby. A potem znów łapaliby się za słówka, wyciągaliby kolejne argumenty jak noże i rzucaliby nimi na oślep w nadziei, że którykolwiek z nich zwyczajnie trafi, że sprawi jak najwięcej bólu i skutecznie uświadomi, kto w całej kłótni był tu górą. William jednak uświadomił sobie, że to nie był chyba rodzaj walki, w której chciałby brać udział. To nawet nie była już kwestia zmęczenia, a faktu, że o słuszności racji nie decydowałaby siła użytego argumentu, a poziom decybeli wydobywających się z gardła oponenta.

I nagle znów znaleźliby się w martwym punkcie. A on miał tego serdecznie dość.

Zważywszy na fakt, że Ulrich również nie zdecydował się na jakąkolwiek kąśliwą uwagę, mógł zakładać, że ich powody ku temu mogły pokrywać się przynajmniej w połowie.

— No, podziel się — Stern wreszcie wywrócił oczami. — Co ci znowu chodzi po glowie? Czym mnie zaskoczysz?

— Co mi chodzi po głowie? — William uniósł brwi, przechylając głowę w stronę swojego towarzysza. — Skąd w ogóle taki pomysł?

— Zawsze to robisz — Niemiec nie wycofywał się. — Kombinujesz. Zerkasz na wszystkie strony i szukasz punktu zaczepienia. A potem się go łapiesz.

— I… co dalej? — William podparł się na łokciach, zerkając z zaciekawieniem na swojego towarzysza.

— A potem znów wyjeżdżasz z jakimś popieprzonym pomysłem — Ulrich umościł się wygodniej. — Do stopnia, że nie mam już pojęcia, czy się z ciebie śmiać, płakać, czy pozwolić na działanie selekcji naturalnej.

William roześmiał się. Nie jakoś głośno i ostentacyjnie, ale… szczerze.

— Zawsze możesz iść po popcorn. Ponoć chaos wiele lepiej wchodzi z czymś do chrupania w zasięgu ręki.

To było dziwne uczucie; pierwszy raz od dawna zamienić słowo na dłużej z kimś, komu najchętniej wydrapałoby się oczy… i wcale nie mieć ochoty tego robić. Ulrich zastanawiał się, czy większość jego żądzy mordu nie została w pokoju, dalej stojąc nad Oddem z poduszką w rękach. Cokolwiek to by nie było — rozmawiali teraz prawdopodobnie po raz pierwszy dłużej niż kiedykolwiek w ostatnich latach.

William sam nie wiedział, co do tego doprowadziło, ale nie miał w planach tego zaczepiać. Spostrzeżenia mogły wisieć między nimi niewypowiedziane. Każdy z nich miał je własne; rewizja rzeczywistości nie zawsze musiała być pracą zespołową.

— A tak serio, to… — zaczął wreszcie, wbijając wzrok w gwiazdy nad głową. — Szanse na spotkanie kogokolwiek na tym dachu do tej pory oceniałem na nikłe.

— Jesteśmy w Kadic. Nie możesz zakładać, że będą zerowe. To mógł być ktokolwiek.

— Tak jak na to, że Jim kiedykolwiek opowie o tym wszystkim, o czym wolałby nie mówić?

W polu widzenia Ulricha pojawił się błyszczący przedmiot. Zmarszczył brwi, ale chwycił za piersiówkę i upił z niej łyk.

Nie był fanem truskawek, ale dawało się przełknąć. Rzeczywiście, został mu na języku posmak energetyka.

— Hola, mówimy o szansach na prawdopodobne zdarzenia, a nie cudach… — mruknął, oddając metalową buteleczkę. — Mam nadzieję, że nie naplułeś do środka.

— Specjalnie dla ciebie? Zawsze.

— Klasycznie, jednak dalej z ciebie kawał chuja.

— Spoko, nie naplułem, ale bawi mnie, że pytasz o to dopiero teraz, Stern.

Piersiówka wróciła do właściciela. Ten upił z niej łyk i znów bawił się nią w dłoniach. Płyn cicho przelewał się we wnętrzu. Na oko miała pewnie z ćwierć litra i pewnie połowy z tego już nie było.

— W pewien sposób cieszę się, że to jednak nie była aż tak przypadkowa osoba — wreszcie wypalił William. — Weź się tłumacz, czemu zachlewasz na dachu akademika. Powiedzą, żeś jebnięty. Albo, że masz głupi plan.

Ulrich zmarszczył brwi. Zerknął, nie do końca rozumiejąc, co ten miał na myśli.

— No, co? — William spróbował szybko usprawiedliwić swoje zdanie. — To równie dobrze mogłeś być ty na moim miejscu.

— No oczywiście — Stern wywrócił oczami. — Z pewnością wpadłbym na taki pomysł.

— A nie wpadłeś?

Pytanie skutecznie zamknęło mu na moment usta. Nieco głośniej westchnął. Nie zmieniło się ani trochę to, że zwyczajnie nienawidził, kiedy William miał rację.

A jednocześnie, dawało się z nim normalnie porozmawiać.

Jeszcze przecież nie rzucili się sobie wzajemnie do gardeł.

Nie musieli głośno mówić, czemu tu byli. To również gdzieś wisiało w powietrzu; główny powód ich wzajemnych zawirowań, w którym żaden z nich nic nie zyskał.

Tego jednego wieczoru pozwolenie sobie na status quo wcale nie było takie złe.

— Ta. Z dwojga złego… to mógł być ktoś inny — wreszcie przyznał.

Obaj wiedzieli, o kogo im chodziło. A jednocześnie sam temat ich męczył; więc go nie poruszyli. Piersiówka co jakiś czas trafiała z rąk do rąk. Słowa leniwie krążyły. Cykl zaczynał się od nowa. Czasami nawet bez konieczności jakiejkolwiek rozmowy. William nigdy nie był mistrzem uprzejmego small-talku. Ulrich podobnie, czuł, jak bardzo to było sztuczne. Nie potrzebował tego, chyba już za długo musiał zwyczajnie udawać przed wszystkimi, by nie wydać jednego sekretu.

I tego, jak bardzo ta jedna rzecz ich wszystkich gniotła po sumieniach.

— A następnym razem? — zapytał wreszcie Ulrich. — Mam się tu ciebie znów spodziewać?

William przeciągnął ręce nad głową, pozwalając, by odpyknęły mu stawy.

— A co? Wolałbyś zastać tu kogoś innego? — odbił, uśmiechając się półgębkiem.

— Nie wiem. — Ulrich wzruszył ramionami. — Może. Ale…

— No, co?

— Najwyżej weź więcej w tej swojej flaszce. Na wypadek, gdybyśmy jednak się tu znowu spotkali.

— Spoko. Truskawkowy?

— Niech ci będzie.

“Come by you have come far, long since I saw you so how have you been?”

Autorka: Morrigan

Randka

Notka od autora:

Hej wszystkim! Ten fanfik to mój dość spóźniony speciał z okazji pride month. Mam nadzieję, że się wam spodoba.

Ah te późne, wiosenne wieczory, pełne rześkiego powietrza i zapachu trawy. O ile większość uczniów szkoły Kadic było już o tej porze w objęciach Morfeusza, to Odd Della Robbia miał zgoła inne plany niż spanie. Nastolatek leżał w łóżku nasłuchując, czekając aż oddech jego współlokatora nabierze spokojnego i powolnego rytmu. To nie pierwszy raz kiedy będzie się wymykał w ten sposób, ale być może będzie to ostatni.

Jedynym co oświetlało jego pokój była pełnia księżyca za oknem, a kiedy oddech Ulricha w końcu zasugerował że droga wolna, Odd od razu ruszył do akcji. Z kocią finezją zwinął się z łóżka i zarzucił wyjściowe ubrania, a chwilę później już go nie było. Zamykając po cichu drzwi Della Robbia głęboko odetchnął, najbardziej stresująca część była już za nim. Chłopak rozejrzał się po korytarzu i poprawił swe majestatycznie nastroszone blond włosy, teraz tylko nie wpaść na patrolującego Jima, i do fabryki.

Biegnąc bezszelestnym krokiem, po głowie chodził mu cel tej eskapady – William Dunbar. Od jakiegoś czasu dwójka spotykała się w fabryce, reszta Wojowników Lyoko rzadko tam zagląda teraz kiedy superkomputer jest wyłączony. Odd nawet nie wiedział do końca jak to się zaczęło, był chyba zbyt skupiony walką z XANĄ aby zauważyć kiedy przyjacielskie żarty zmieniły się w flirt, kiedy mimo tego że chodził z Cindy od miesiąca każda interakcja z Williamem przyprawiała go o motyle w brzuchu. Tamte dni wydają się tak dalekie mimo że minął może rok. Relacja reszty wojowników z Williamem nigdy się nie poprawiła, niechęć do niego pozostała po xanafikacji.

Korytarze akademika ustąpiły drogi dziedzińcowi Kadic, Odd znowu się rozejrzał w poszukiwaniu Jima, nie było go nigdzie w pobliżu, ale po przymrużeniu oczu blondyn mógł wychwycić światło latarki wuefisty gdzieś w parku; wygląda na to że główna droga do fabryki to nie najlepszy pomysł, jeśli Odd nie chce zostać przyłapany.

“Pora na plan B” pomyślał Odd, i podbiegł do sali gimnastycznej. Tak jak sądził, drzwi były otwarte, w końcu Jim zawsze przesiadywał tam między nocnymi patrolami. Drogę przez salę gimnastyczną przerywa mu zapach… karmelowego macchiato…? Wuefista musiał zostawić swoją kawę w kantorku, Odd oddał się pięknej woni kawy i zboczył z drogi prosto do małego pomieszczenia, które Morales uznaje za najbardziej swój kąt w całym budynku. Na plastikowym stoliku, pod ścianą z wielkim plakatem sumo leżał on: plastikowy kubeczek z automatu wypełniony przepysznym napojem. Della Robbia uśmiechnął się od ucha do ucha , chwycił go i wziął jeden łyk, na tyle mały aby jego nauczyciel nie zauważył zmiany, ale wystarczająco duży aby zaspokoić swoje kawowe pragnienie. Wtedy usłyszał z zewnątrz dźwięk kroków. Odd nie miał czasu wydostać się z kantorka, podbiegł do szafy, która stała przy ścianie obok i niezdarnie wcisnął się do niej, rozpychając przy tym paręnaście identycznych bluz i sportowego wyposażenia.

Przez szparę w drzwiach mógł zobaczyć jak Jim wchodzi do pokoju.

Mężczyzna rozsiadł się w swoim “fotelu”, a raczej plastikowym krześle z przyczepionymi na rzepy poduszkami ortopedycznymi, i zaczął relaksować się ze swoimi gazetkami w jednej dłoni i kubeczkiem macchiato w drugiej.

Odd mógł jedynie się przyglądać i odliczać minuty jak nietypowa pozycja w której był sprawi że wyleci z szafy prosto przed nos Jima. W desperacji przed uniknięciem konsekwencji dalej kurczowo rozpierał zagracone wnętrze mimo tego jak bardzo jego ręce się trzęsły.

W końcu jak blondyn poczuł że jego siły ustępują drogi grawitacji stał się cud, jego tęgi nauczyciel wstał i wyszedł z latarką na kolejny obchód. Jak tylko Odd usłyszał klik drzwi, pozwolił sobie wyskoczyć z ukrycia, cały zdyszany wziął jeszcze jeden łyk kawy Jima i zaczął kuśtykać z na wpół zdrętwiałą nogą w stronę przejścia do kanałów.

“Mistrz skradania Della Robbia” przechwalał się przed samym sobą.

Kiedy dotarł do fabryki był może parę minut spóźniony. Z ekscytacją i kapką stresu Odd chwycił linę i zjechał po niej na dolny poziom fabryki.

“Nie śpieszyłeś się.” Para znajomych rąk objęła blondyna od tyłu, a ten od razu pozwolił całemu stresowi go opuścić, i wtulił się jeszcze bardziej. Łatwo mógł poczuć ciepło swojego chłopaka, i o matko jak on właśnie tego potrzebował; nawet nie wiedział jak nieubłaganie za nim tęsknił.

“Miałem mały problem z Jimem” Odd odwrócił nie przerywając uścisku i pocałował szatyna w policzek. “Tęskniłem za tobą William.” Słowa powiedziane z czułością i melancholijnym tonem jakiego prawie nigdy nie używał

”Ja za tobą też Odd. Na następne ferie nie puszczam cię samego, to były potworne dwa tygodnie” Oznajmił, przytulając młodszego chłopaka trochę mocniej. “Przygotowałem nam nasze miejsce. Chodź. Opowiesz mi jak było po drodze” William wypuścił Della Robbię z objęcia i zamiast tego zaczął prowadzić go za rękę w głąb fabryki.

Miejscówka tej dwójki to kącik dla pracowników przy oknie niedaleko dawnych linii produkcyjnych, ze średnim stolikiem kawowym i kanapą która pamięta co najmniej 2 ostatnie dekady. Kiedy tam weszli, Oddowi od razu rzuciło się w oczy że pomieszczenie było skąpane w świetle świec, zapakowane w siatkę jedzenie i rozstawiony przez Dunbara laptop i parę płyt z ich ulubionymi grami i filmami. Blondyn uśmiechnął się i wydał chichot aprobaty na przygotowania swojego chłopaka.

“Wiedziałem że ci się spodoba!” Skwitował to z dumą William.

Odd pociągnął nosem. Woń wydobywająca się z torby przypominała mu o jednej z ich pierwszych randek “Czy ja…”

niuch niuch

“…czuję zapiekanki???” zapytał. Aż w brzuchu zaczęło mu burczeć

“Domowej roboty!” Dunbar teatralnie ukłonił się i wydał ręką zapraszający gest dla blondyna by skorzystał z rzeczy dla niego przygotowanych. Ot cały William, czego innego by się spodziewać po wiecznym romantyku, który wyleciał z dawnej szkoły za oblepianie korytarzy miłosnymi listami? Dzięki Bogu że od tamtego czasu jego pomysły stały się o wiele bardziej taktowne.

Następne parę godzin dwoje chłopaków spędziła leżąc wtuleni na kanapie, rozmawiając o tym jak spędzili ferie, jedząc i grając w wiele tytułów ze swojej wspólnej kolekcji, o ile w bijatykach i akcyjniakach szli łeb w łeb, to jednak w ścigałkach William wytarł Oddem podłogę, co oczywiście spotkało się z głośną dezaprobatą młodego Włocha i serią żartobliwych przekleństw i oskarżeń o oszustwo skierowanym ku szatyna. Aby udobruchać swojego chłopaka po sromotnej porażce, Dunbar włączył do paru ostatnich zapiekanek jedną z płyt z ulubionym serialem Della Robbi.

Kiedy ostatni odcinek ‘Stalowego Samuraja: Wojownika Neo Olde Tokyo’ dobiegał końca, powieki Odda praktycznie same się zamykały. Głębokie oddychanie które czuł za swoimi plecami oraz kompletny brak reakcji na zakończenie odcinka dały mu do zrozumienia że William już dawno zasnął. Pozostał tak wtulony w niego przez następne parę minut, uczucie błogości i relaksu było zbyt wspaniałe aby je odrzucić. O jakby chciał po prostu zamknąć oczy i usnąć tu z Williamem, ale niestety musieli wrócić przed zajęciami aby nie wpaść w tarapaty. Żaden z nich nie chciał musieć słuchać wywodów Jima i Delmasa o przestrzeganiu zasad.

“Will, pora wstawać. Musimy wracać.” potrząsnął ramieniem chłopaka. Ten otworzył oczy i z lekkim pomruknięciem podniósł się na tyle by pocałować Odda i opadł z powrotem na kanapę.

“Daj mi jeszcze parę minut” Szatyn odpowiedział zmęczonym, błagalnym głosem.

Odd przewrócił oczami i uśmiechnął się pod nosem. “Nie mogę uwierzyć że to JA jestem tutaj głosem rozsądku.” Powiedział żartobliwie. “No dalej, musimy jeszcze tutaj ogarnąć”

W ciągu następnych paru minut udało się im posprzątać i spakować swoje rzeczy. Dwójka chłopaków przeszła przez całą fabrykę trzymając się za ręce i rozmawiając o wszystkim i o niczym. Kiedy byli na moście William zatrzymał się, bardzo zdziwiło to Della Robbię który od razu zwrócił całą swoją uwagę ku niemu

“Więc Odd, jak podobała ci się randka?” Pytanie, o ile zwyczajne to wydawało się kryć coś niespodziewanego. Zwłaszcza to jak Dunbar trzymał swoją torbę przykuło wzrok blondyna, jednak zdecydował się nie naciskać i poczekać aż jego chłopak sam ujawni swoje karty.

“Była wspaniała.” Odd odparł czule i mocno uścisnął Williama. “Dziękuję”

“Nie dziękuj mi jeszcze! Zatrzymałem się bo mam dla ciebie jeszcze jedną rzecz.” Szatyn ostrożnie otworzył torbę i wyciągnął z niej..

…kopertę?

“Pamiętasz jak parę dni temu mówiłeś mi przez telefon o tej jednej japońskiej piosenkarce RnB? W-”

“Hikaru Utada!?” Odd wciął się między zdaniami.

William pokiwał głową i wyciągnął ręce wręczając Della Robbi tajemniczą kopertę.

“Dowiedziałem się że ma za 3 tygodnie koncert w Paryżu, i kupiłem nam bilety.”

Oczy Odda zapaliły się na wieść o prezencie, i zanim którykolwiek z nich mógł powiedzieć cokolwiek, szatyn znalazł się wciągnięty w pocałunek, jego ciało czuło się jakby właśnie został kopnięty piorunem. Był dumny z siebie, jego serce wypełniło ciepło, w końcu odwalił kawał dobrej roboty i jego chłopak jest szczęśliwy.

“Chwila, skąd w ogóle miałeś na to pieniądze? Te bilety kosztują fortunę!” Włoch przerwał romantyczny gest i uniósł brew.

“Tak w skrócie…” Will powędrował wzrokiem na bok i lekko się uśmiechnął “…powiedziałem o nas moim rodzicom. Wspaniale to znieśli, i kiedy usłyszeli o pomyśle na prezent byli bardziej niż chętni mi pomóc.”

“Serio? Twój stary zawsze wydawał się typem który nie zniósłby dobrze takich wieści.” Odd był wyraźnie zdziwiony reakcją państwa Dunbar. W tej chwili przypomniał sobie że powinni wracać a nie stać na moście i rozmawiać w najlepsze, więc przykucnął i otworzył właz do kanałów.

“Nie wiem, wygląda na to że kocha mnie nie ważne czy jestem hetero czy bi” odpowiedział patrząc jak jego chłopak schodzi po drabinie, i podążył w jego ślady.

Przejeżdżając przez kanały na deskorolkach kontynuowali rozmowę.

“Dobrze że o tym mówisz Will, bo sam myślałem o powiedzeniu reszcie że jesteśmy razem!” Krzyknął do jadącego trochę wolniej partnera. “Nie podoba mi się to jak bardzo się od nich oddalam przez nas sekret; te całe skradanie i ciągłe kłamanie serio wpłynęły na naszą przyjaźń.” Rozwinął, i pozwolił sobie zwolnić by jechać łeb w łeb z Dunbarem. “Mam nadzieję że nie masz nic przeciwko?”

“Nie, oczywiście że nie. Nie musisz się mnie nawet pytać, w końcu są to bardziej twoi przyjaciele niż moi. I nie ważne co jestem tu po to by cię wspierać.”

Dwójka chłopaków w końcu dotarła do wyjścia prowadzącego do parku w Kadic. “Dzięki że jesteś. Jutro im o wszystkim powiem. Ich reakcja nie może być gorsza niż twoich rodziców” Odpowiedział z wdzięcznością i mimo dzielnych słów, wyczuwalną nutą niepewności. Następnie obydwoje weszli po drabinie.

Odd wyciągnął rękę do swojego partnera, który właśnie na kolanach zamykał właz do kanałów, i pomógł mu wstać. Obydwoje powędrowali w stronę akademika trzymając się za ręce.

“Hej.”

“Hmm?”

“Kocham cię, William.”

“Ja ciebie też, Odd.”

Autor: Classico

I’m in the rafters looking down…

William nie wierzył w Boga, ale jakimś cudem właśnie siedział na krokwiach pod sufitem opuszczonego kościoła. Znalezienie wejścia na miejsce, w którym właśnie się znajdował było efektem jednych z jego wędrówek poza Kadic w poszukiwaniach zajęcia lepszego, niż błąkanie się po terenach Kadic. Park tak dobrze nie chronił przed słońcem; początek września wciąż dawał się wszystkim we znaki, ale jeszcze nikt chyba nie porwał się na ten sam pomysł.

Mógł przysiąc, że nawet, jeżeli było tu chłodniej od kamiennych ścian, to wcale tak łatwiej się tu nie oddychało. W powietrzu wciąż zdawał się unosić ciężki zapach kadzideł. Witraże przepuszczały światło słoneczne, które kolorowymi plamami oświetlało drewniane, ciężkie nawy oraz zdewastowany ołtarz. Zdawało się, że miejsce jakiś czas temu padło ofiarą domorosłych fanatyków urbexu, którzy to, niestety, nie potrafili poszanować ani zostawić w spokoju tego, co zastali.

Mimo, że nie wierzył, to domyślał się, że dopuszczali się świętokradztwa. Chyba. Terminologia kościelna nigdy nie była jego mocną stroną.

I to chyba nie do końca tak, że… totalnie nie wierzył. Bardziej chyba wątpił przez ilość spraw, jakie w jego życiu zwyczajnie poszły nie tak. Było ich sporo i zastanawiał się… czy jeżeli ten cały Bóg nie istniał, to czy przypadkiem nie miał dość cynicznego poczucia humoru. To po pierwsze.

Po drugie. William stanowczo wolał samotność na swoich własnych warunkach. Miał wówczas to poczucie, że był tu z własnego wyboru, a nie wskutek konsekwencji akcji, które odstrzeliły mu dość potężnie w twarz.

W rzeczywistości, w której wszystko zdawało się patrzeć na niego z góry, to teraz on obserwował puste ławy, ołtarz i konfesjonały, wyobrażając sobie, ilu ludzi musiało tędy przejść, przeżegnać się, zamoczyć dłoń w wodzie święconej i liczyć na to, że ta krótka chwila im jakkolwiek pomoże. William próbował bardzo długo zrozumieć, co to mogło dać i jak bardzo ulżyć w tych ciężkich momentach. I to nie tak, że nie próbował, bo… pewnego dnia sam usiadł w tej nawie. Gdzieś w środku opuszczonego kościoła, on sam, licząc, że… jeżeli ktoś tu rzeczywiście był, to powinien go wysłuchać bez tych wszystkich ceremoniałów. Przecież tyle czasu dzieciaki modliły się w niektórych domostwach w zaciszu swojego własnego pokoju. Tyle słyszał o tych wszystkich ludziach, którzy sami w domach brali do rąk różańce i traktowali to jak swoją własną rozmowę z bytem wyższym, ale…

…on nie poczuł nic. Żadnej obecności, ulgi, pokrzepienia. Wciąż czuł, że był sam. Jedyne, co mu tamtego dnia towarzyszyło, to ta jedna, błądząca pod sklepieniem kościoła jaskółka, która próbowała znaleźć drogę wyjścia z potrzasku. Nieironicznie czuł, że utożsamiał się z nią bardziej, niż pewnie by chciał.

Oboje zagubieni.

Oboje w przestrzeni, która niby była bezpieczna. Nie byli pierwsi, nikt nie wiedział, czy ostatni.

Może poza gniazdem gołębi. Pewnego razu spróbował do nich sięgnąć, bo miał je w zasięgu ręki i do tej pory nie do końca wiedział, co je spłoszyło: on sam, czy tatuaż czarnej mamby wijącej się wokół jego przedramienia. Ich pióra raz na jakiś czas lubiły spaść na ziemię. Nie podnosił ich. William nie do końca interesował się dotykaniem tu czegokolwiek. Nawet, jeżeli nie do końca to wszystko miało dla niego sens, tak… wciąż miał pewien szacunek. Dla kogoś to miało więcej sensu niż dla niego samego.

Dlatego… próbował chyba jeszcze zrozumieć, co w tym było.

Bardzo szybko wrócił na swoje krokwie, analizując po raz kolejny kawałki pokruszonego tynku na blacie ołtarza.

Może nie potrzebował się modlić.

Może… kluczem było znalezienie miejsca, które będzie na tyle swoiście neutralne, że pozwoli mu rozliczyć się z myślami.

Niejednokrotnie jednak to go przerastało; siedział więc, obserwując przesuwające się razem ze słońcem plamy witraży. Oczami wyobraźni widział tych wszystkich ludzi. którzy kiedyś tu przychodzili, żegnali się i siadali, szukając… pewnie niekiedy sami nie do końca wiedzieli, czego, ale słyszeli, że mogli to tu zdobyć.

Ludzie zjawiali się tu w swoich lepszych i gorszych momentach.

Mógłby ich spotkać krzątających się między ławami, kiwających sobie głową w niemym przywitaniu. Uśmiechających do starych przyjaciół… albo odwracających wzrok na wypadek, gdyby nie chcieli zostać zauważeni.

Niektórzy zwyczajnie przychodzili tu, czując, że zwyczajnie należeli do tego miejsca.

William nie miał tego poczucia — będąc poza rodzinnym domem, zwyczajnie przez to wszystko zapomniał, jak to do końca było – należeć gdzieś.

Nie był stąd.

Nie pasował tu… ale wciąż tu przychodził. W momentach, kiedy chciał być sam na swoich warunkach, kiedy chciał chociaż przez moment patrzeć na świat z góry — nawet, jeżeli to był jego mały fragment, to… jeżeli ktoś myślał, że nikt nie spoglądał w dół, to on tu siedział.

Autorka: Morrigan

Polewoj i nie wnikaj

— Stary, ty to… też widzisz?

— Madonna mia… ziemia się w pół rozstąpi. Czekaj, a może ja po prostu jeszcze… auć! Za co to!?

Kątem oka Odd jeszcze zobaczył cofającą się dłoń Jeremiego. Rozmasował uszczypnięte ramię, obrzucając Belpoisa spojrzeniem godnego obrażonego kota – zmrużył oczy, a gdyby tylko mógł, to pewnie by położył po sobie również i uszy, miarowo bijąc ogonem w podłogę. Tym razem jednak wzrok musiał wystarczyć. Zresztą – ten szybko przeniósł się na uciśniętą na kanapie parę kumpli. Mieli na niej na tyle mało miejsca, że Della Robbia do tej pory nie wiedział, jakim cudem z niej nie spadli w nocy.

Znaczy, widział, że panowie bardzo mocno się wzajemnie trzymali.

— Dla pewności. — Jeremie odmruknął, przecierając okulary o materiał swojej koszulki. — A to? Po co? — zapytał, obserwując, jak Odd unosił telefon.

I, szczerze, znał już ten cwany uśmieszek. I nie przypominał sobie, by zwiastował on kiedykolwiek coś nieproblemogennego.

— A to? — cicho rozbrzmiał dźwięk migawki. Uśmiech Odda zrobił się jeszcze szerszy. — Dla potomności. ~


— Borys, polewoj!

— Kurwa, nie jestem Borys! Co to w ogóle za typ? — William uderzył z łokcia w dno butelki z wódką, odkręcił ją i rozlał zawartość w kubki.

Może i wbrew jakimś niepisanym zasadom, ale nie mieli dostępu do kieliszków. Zresztą, i tak to był cud, że tak szybko doprowadzili Pustelnię do stanu jakiejkolwiek używalności w czasie zaledwie dwóch tygodni.

— Borys Polewoj, taki radziecki pisarz. — Odd dorwał się do laptopa Jeremiego, ustawiając kolejne piosenki w kolejce odtwarzacza. — Był tak sławny, że nawet do tej pory piją w jego imię.

Ulrich uniósł brew, zerkając na swojego przyjaciela. Ten dłuższą chwilę nic sobie z tego nie robił; dodał parę kawałków od P!nk i Rihanny, a dopiero po chwili zorientował się co do wwiercającego się w jego skroń wzroku Sterna. Powoli odwrócił się w jego stronę, próbując zrozumieć, skąd takie akurat spojrzenie.

— No, co?

— Nic, nic. — Ulrich szybko odparł, odwracając się, by podnieść z podłogi plastikowy kubeczek. — Zwyczajnie jestem w szoku. Twoja szara komórka czasami jednak działa, skoro jest w stanie wykrzesać z siebie takie ciekawostki.

— Ej! — Odd wydał z siebie obruszony pisk.

— Nie, nie, nie. — William zakręcił butelkę i odstawił ją na blat stołu. — Szara komórka działa. Po prostu nie styka kabelek. Wiecie, wejście jest wyrobione. I tak jestem w szoku, że nie słyszymy co chwilę dźwięku podłączanego USB i dźwięku odłączanego USB.

— Nie no, to raczej w pokoju Jeremiego! — Odd palnął bez większych ogródek.

Ulrich w złym momencie wziął łyka i spojrzał w stronę pary Einsteinów. Zrobiło mu się ciepło, kiedy Jeremie spojrzał w ich stronę, zastanawiając się, czemu słyszał swoje imię. Czy zakrztusił się? Odgłosy dławienia się przywołały Yumi, która na blacie postawiła kolejny kubek, tuż przed Ulrichem.

— No pluj, pluj do kubeczka. — rzuciła, co tylko nasiliło próby dławionego śmiechu. Chłopak wreszcie nie wytrzymał – posprintował do kuchni i wypluł zawartość do zlewu, zanim poszłoby mu wszystko nosem. Odetchnął głęboko, w nadziei, że za moment nie skończy się zwrotem czegoś więcej, niż tylko cholerny sok pomarańczowy.

— Jędza. — burknął, wycierając usta wierzchem dłoni.

— Do usług. — Yumi zabrała czysty kubeczek i wzruszyła ramionami z uśmieszkiem z czystej satysfakcji. Przysiadła się do Aelity, która z uniesioną brwią do tej pory zastanawiała się, co najlepszego na myśli mógł mieć Odd ze swoim nawiązaniem do USB.

Finalnie westchnęła, dochodząc do wniosku, że im mniej wiedziała, tym lepiej spała. Znając chłopaków, gdyby spróbowała w to wniknąć głębiej, i tak pewnie by po wszystkim uznała, że było jej to iście po cholerę – bo dosłownie jej zlasowało mózg. Uwielbiała ich, byli jej przyjaciółmi, ale czasem… zwyczajnie zastanawiała się, czy te wszystkie psioczące na facetów laski w pewien sposób nie mieli racji, to raz. Dwa… niekiedy przez nich miała to głupie wrażenie, że rozumiała skąd wzięło się stwierdzenie, że mężczyźni żyli krócej. I nie chodziło o czynniki biologiczne.

Jeremie nalał sobie soku. Picie z Williamem, Ulrichem i Oddem nie należało do najlepszych pomysłów. Raz, jeden jedyny raz dał im się namówić, i jak się to skończyło? Otóż, następnego dnia leżał skacowany w swoim pokoju po tym, jak Dunbar uraczył go jakimś jabcokiem, który to zwiózł z rodzinnych stron podczas wakacji w Szkocji. Po wszystkim tylko sobie przypomniał, że babciulka wspominała, że to mocny specyfik, do rozcieńczania… bo jak jego ojciec sprawdził woltaż alkoholomierzem, to przyrząd wpadł aż po poziom około siedemdziesięciu procent.

Od tamtej pory twierdził, że jak mają zamiar sobie przepalić przełyki, to on nie wnikał.

On tylko będzie obserwował. Ile się da. A resztę niech osądzi historia.


Jeremie od samego początku wiedział, że jego najlepszą decyzją tego dnia było nie pić z chłopakami. Jak na razie całkiem dobrze sobie radzili z tą jedną butelką wódki, a w lodówce turystycznej chłodziła się kolejna. Wiśniowa wchodziła jak marzenie – nie czuć było potrzeby zapijania, nie martwili się zagryzaniem…

…a bardziej doświadczone jednostki zazwyczaj miewały świadomość do czego to mogło prowadzić.

Najlepsze więc zaczęło się, kiedy Jeremie, Yumi i Aelita poszli spać. William, Odd i Ulrich obiecali, że niedługo później posprzątają i sami grzecznie pójdą dmuchać sobie materace, by walnąć w kimę. Bez większych dziwnych rewelacji.

— Mordo, kurwa jego mać! Ale Ty zajebisty jesteś!

”Zaczyna się.”, pomyślał Jeremie, kiedy usłyszał kolejne “Pij, pij, pij!” z dołu.

Bez kaca się nie obędzie.


Co było słychać dalej?

Chłopacy może i przykręcili muzykę, ale to ich nie powstrzymało przed urządzeniem sobie karaoke do czego tylko im się nawinęło pod przycisk myszki. Odd pamiętał, że w pewnym momencie po prostu wyciągnął telefon i nagrywał, jak Ulrich i William zarzynali kolejne utwory od Hollywood Undead, robiąc sobie współdzielony mikrofon ze znalezionej w kuchni drewnianej łyżki.

— Your remorse holds no recourse…! — linia melodyczna na tym etapie była bardzo opcjonalna. — No, I’m breathing slowly…

— Oh, won’t you hold me? ~ — Odd ledwo zdążył się cofnąć o krok, zanim William, zamiast trzymać razem z kumplem drewnianą łychę… zwyczajnie go złapał i obkręcił wokół własnej osi.

— Ło paaanie. To może Wam dam trochę przestrzeni? — Della Robbia prychnął, sięgając po swój kubek z wódką rozcieńczoną colą.

— E tam… my nie Jeremie… nie będziemy chyba aktualizowali żadnego oprogramowania… — William podrapał się po karku, nieco chwiejąc. Dalej trzymał Ulricha przy sobie.

Obaj mieli czerwone nosy i nieco przeszklone oczy. Siekło ich.

— Ehe… a potem… dźwięk podłączanego USB… dźwięk odłączanego USB… dźwięk podłączanego USB… — Stern zachichotał pod nosem. — Stary, to… może dlatego on się tam tyle… no… zaszywa? Aktualizuje oprogramowanie…

— Żeby tylko swoje…

— Ale… że ciotki? — Odd zamrugał. — Nieee no… chłopaaaki…

— Nie no.. ciotkę poważamy… szanujemy i kochamy. — Ulrich nieco się odepchnął od Williama i siadł na kanapie. Zaczął wyliczać na palcach przy poważaniu, szacunku i kochaniu. — Iiii… jakby jej tylko krzywdę zrobił, to ja bym go ten… no.

— A wiesz, jak takie rzeczy się załatwia w Szkocji? — William usiadł obok. Czknęło mu się – a mimo to dalej dorwał się do swojego kubka. Jakby mu jeszcze było mało atrakcji.

— Dawaj.

— No… to takiemu to wpierdol… i w bagażnik… i w samych gaciach wywozi się do lasu. — Dunbar zachichotał, nieco się kiwając na boki.

— Mrrr… tak mi móóów… ~

Odd otworzył szerzej oczy, widząc, jak William z Ulrichem się do siebie przykleili.

“Dobry kurwa Kivi, najebali się w trzy dupska.”

— Ej… wiesz co? — William palnął w pewnym momencie. — Ty to jednak jesteś spoko morda, Stern…

— Noo… ty też nie jesteś taki zły…

“Ło w mordę. Dobra. To ja lepiej idę do kibla.”*

Co się działo dalej? Odd bardzo chciał wiedzieć. Poszedł na moment na stronę. Potem stwierdził, że na moment się położy, aż wreszcie… no właściwie to urwał mu się film.

Chłopakom też.

Okazało się, że William był zarąbistą poduszką, a Ulricha nawet dynamitem nie oderwie od ciepłego.

Autorka: Morrigan

Niech żyje chaos

— Kurwa, Dunbar! Czego tak drzesz tę puchę!?

Ulrich z wyraźnym poirytowaniem spojrzał na Williama, który to właśnie wpadł do pokoju jak burza, obwieszczając swoje przybycie głośnym… bluzgiem, chyba. Niemiec już dawno się pogubił, w jakim języku mówił Szkot. Czasami to zwyczajnie brzmiało jak czarnomagiczne zaklęcia, a on jakoś wolał w to nie wnikać.

William, ciężko dysząc, podniósł rękę. Kazał Ulrichowi czekać, aż w ogóle da radę z siebie cokolwiek wydusić. Oparł się ciężko plecami o drzwi z ręką na klatce piersiowej — trochę, jakby za moment miał paść na zawał.

— No? Bo zaraz odlecisz. — Ulrich czekał, jeszcze. I nawet nie był w stanie sam określić, czy sytuacja go irytowała, czy też zaczynała w pewien pokręcony sposób ciekawić.

— Son… son of a bitch! — tym razem udało się zrozumieć przekleństwo. William przetarł twarz dłońmi i wziął spokojniejszy oddech. Dalej czuł, jakby serce mu miało wyskoczyć z piersi i słyszał dudnienie, ale teraz był w stanie mówić. Opuścił ręce i spojrzał na swojego współlokatora. Z początku nie wiedział, na kim się skupić – na Ulrichu, na siedzącej mu na ramieniu fretce czy jeszcze fakcie, że w tle Kiwi postanowił wskoczyć w kosz na pranie Odda. Wreszcie jednak zatrybił. — Chodź tu.

— Co…?

— No chodź! Chodź i wyjrzyj przez te zasrane drzwi, bo na słowo to mi nie uwierzysz! — William odbił się od wejścia, robiąc miejsce do przejścia. — I powiedz, czy widzisz to samo, co ja.

Ulrichowi nie do końca chciało się to robić. Naprawdę, miał lepsze rzeczy do roboty niż dawanie się wciągnąć w kolejne dzikie pomysły ziomka z ADHD, z którym tylko cudem zaczął się jakoś dogadywać. Mina Williama jednak aż go zaintrygowała, bo wyglądał, jakby zobaczył coś… czego w życiu z pewnością już nie odzobaczy.

— Jeżeli to jakiś kolejny prank twój i Niry… — wstał z miejsca. Fretka uciekła mu w kaptur. — To przysięgam, że was rozstrzelam. Co tam niby zobaczyłeś?

— No, sam zobacz. Na pewno nie białe myszki… — William burknął, chociaż dalej niepewnie zerkał w kierunku wyjścia z pokoju.

„Mi to się wcale nie przywidziało, prawda?”

Ulrich wywrócił oczami i otworzył drzwi. Zerknął na lewo.

— No i nic tu nie ma. — stwierdził, za chwilę spoglądając na prawo. — O chuj ci…

— Mee-e-e-e-e!

— Ja pierdolę! — Niemiec trzasnął drzwiami, aż ściany się zatrzęsły, a sam William podskoczył w miejscu. Za moment otworzył je jednak ponownie i znów spojrzał na prawo, powoli, jakby obawiając się, że jeżeli wyjrzy za szybko, to obraz sprzed chwili zniknie.

Nie zniknął. W głębi korytarza mógł zobaczyć wesoło biegającą po korytarzu bielutką kozę-miniaturkę. Sam widok w sobie był kuriozalny, ale w tej chwili licho paliło samą kozę. Bardziej chodziło o to, że w pysku trzymała dwa, jak nie trzy razy od siebie dłuższą katanę.

— Mówiłem?! — William finalnie się odpalił, kiedy Ulrich gapił się na zwierzaka. — Kurwa, wracam z zajęć, wchodzę na piętro, a ona, jebana w dupę, już na mnie czeka! Ty wiesz, jak za mną pobiegła!?

— Skąd ona się tu w ogóle wzięła!?

— A mnie się pytasz?!

— Ciebie bym pierwszego posądzał o przyniesienie kozy do akademika. Kto mi ostatnio opowiadał cały lore o kulaniu owiec!?

— Diathan, sam się kulaj! Po prostu przewracasz leżącą kołami do góry owcę, żeby znowu stanęła na nogi, bo inaczej…!

— Dunbar, skup się! Koza, katana, korytarz! Skąd mogła się, jebana, wziąć?!

„Może jak strzelę mu słowami-kluczami, to się skupi na czymś innym…”

— Nie mam pojęcia! Jedyna osoba o której wiem, że ma dostęp do katany, to Vari. — zmiana tematu przebiegła pomyślnie. Chłopak zaczął się zastanawiać. — No ale… Vari by nie dał żadnej kozie swojej katany. Więcej, pewnie by ją przerobił na kebaba, jakby tylko mu ją obśliniła. Ale…

Na korytarzu rozległ się wysoki, damski pisk. Sprowokowało to chłopaków do ponownego zerknięcia na sytuację poza pokojem, więc uchylili lekko drzwi i wyjrzeli. Mała koza właśnie biegła w kierunku schodów, którymi to z donośnym stukotem obcasów zbiegła znajoma im Meksykanka.

— Czyli… chcesz mi powiedzieć, Dunbar, że spierdalałeś przed małą kozą zupełnie jak teraz Katarina? — Ulrich krótko prychnął śmiechem, na co czarnowłosy wywrócił oczami.

— Hej, ja się nie darłem. — zaczął. — Po drugie, kto pierdolnął drzwiami, jak tylko zobaczył tę kozę na korytarzu?

— …słuchaj, ty gnoju.

— Sam słuchaj! Mamy jebaną kozę-terrorystkę, a ja chciałbym mieć możliwość pójść chociaż do kibla. Wniosek jest prosty.

— …idziesz do kibla?

— Nie. Trzeba złapać kozę.

Evie bardzo chciał wiedzieć, o co chodziło, kiedy otworzył drzwi swojego pokoju i pierwsze, co zobaczył, to swojego młodszego kuzyna oraz jego współlokatora (czyli swoich sąsiadów z pokoju obok) trzymających po obu stronach rozłożone prześcieradło na środku korytarza.

— No… siema, kawalerka. — rzucił, powoli przymykając za sobą drzwi. — Co wy, pranie wietrzycie?

— Ciszej, Evie. — William wywrócił oczami. — Spłoszysz kozę.

— Spłoszę wam, co?

Dunbar nie musiał wcale odpowiadać. Po korytarzu ponownie rozległo się charakterystyczne beczenie, które dość konkretnie zbiło Lennoxa z tropu.

— Dawaj, biegiem! — William z Ulrichem pobiegli przed siebie z rozłożonym prześcieradłem – koza, którą próbowali złapać, spojrzała na nich i zaczęła sama uciekać przed ich dwójką.

Irlandczyk zaś stał przez chwilę dalej jak wryty, nie do końca wiedząc, co dokładnie powinien ze sobą zrobić. Wzruszył więc ramionami i wyciągnął telefon, by zacząć nagrywać całość tej akcji dla potomnych.

— Jeszcze lepszy odjazd niż betoniarka w gabinecie u dyra. — skwitował, idąc za chłopakami.

— Kurwa, skręca! Stój, łajzo ty…!

„Jakim cudem ona tak szybko biega?!”

Dwa razy byli już blisko złapania kozy. William liczył na to, że do trzech razy była sztuka i tym razem uda im się ją capnąć w prześcieradło. Nie wiedział jeszcze, co z nią zrobią potem, ale… coś się zawsze wymyśli, prawda?

No, na to mniej-więcej liczył. Że coś się wymyśli.

Koza jednak wycwaniła się – skręciła w otwarte drzwi od kanciapy, a William z Ulrichem (i rozpostartym między sobą prześcieradłem) wpadli na wychodzącą zza winkla dziewczynę. Nie mieli szans wyhamować – rozległ się pisk, poszła wiązanka przekleństw, a potem nastąpił głuchy łoskot sygnalizujący, że cała trójka zwyczajnie się wyłożyła na ziemię.

Zawiniątko w prześcieradle szamotało się jak wściekłe. William przewrócił się na plecy i podniósł do siadu, za chwilę sięgając po materiał, by ściągnąć go z ich bardzo przypadkowej ofiary.

— No chyba was coś popierdoliło! — rozległ się damski, wściekły głos. — Czy wy sobie zdajecie sprawę ile ja, mierda, spędziłam dzisiaj przed lustrem nad tymi włosami, żeby były idealnie proste!?

William poczuł na sobie wzrok Ulricha. Lekko spanikowany, swoją drogą.

— Oh gosh, Deya, we’re soooo sorry! Próbowaliśmy złapać kozę, i…

Hiszpanka wygrzebała się spod prześcieradła. Miała nieco zmierzwione włosy, ale cała reszta wydawała się być na miejscu. Popatrzyła na nich z niedowierzaniem i najpierw jednemu, a potem drugiemu przytknęła dłoń do czoła, a potem przypatrzyła się ich twarzom.

— Przysięgam, że za moment będziecie obaj szczali do kubeczków.

— Deya, to nie haluny, a jedyne, co biorę, to moje prochy, żebym się mógł skupić i nagle nie zaczął randomowo pierdolić o piętnastu tematach na raz! Tam była koza! Koza z kataną, no przysięgam!

— A ty, Stern, zamiast uspokoić swojego emosia, to poleciałeś z nim?

Ulrich odliczył w myślach do trzech, zanim się odezwał.

— Deya, tam była koza. Z kataną. Nie, nie żartuję!

— Ej… David?

Vari zajrzał do szafy, by wziąć swoją kurtkę. Wszystko było niby tak, jak zostawił, ale brakowało mu jednego pokrowca.

— Nie brałeś przypadkiem mojej katany?

— Ah. No. Pożyczyłem na moment. — współlokator na moment podniósł głowę znad podręcznika, ale dość szybko do niego wrócił.

Vari kiwnął głową.

— A… gdzie jest teraz? — zapytał, narzucając na siebie dżinsową kurtkę.

— Dałem ją Armagedon.

— DAŁEŚ MOJĄ KATANĘ SWOJEJ KOZIE!?

— I puściłem na korytarz.

— Ty… oszalałeś.

— Niech żyje chaos.

Autorka: Morrigan

KU6.2-FPKW

W obszernej, zimnej sali, tuż obok superkomputera wyglądającego jak piętnaście połączonych ze sobą szaf z tą różnicą, że każda z nich posiadała dwadzieścia wajch oraz około stu przycisków i lampek siedział przy interfejsie młody, wychudzony informatyk. Wzrostem sięgał siódmoklasisty, miał ciemnobrązowe włosy oraz kozią bródkę i ubrania koloru szarego, które wisiały na nim tak, jakby nałożył na siebie worek kartofli. Sięgnął on po zestaw słuchawkowy który wisiał na jednym z sześciu monitorów interfejsu.
­– I jak wam idzie? – powiedział spokojnym, lekko drżącym głosem. – Dobra ta sztuczna inteligencja, co?
– Tobie już kompletnie odbiło?! – odpowiedział głos z komputera – Te pełzoludki, czy jak to tam się nazywało miały zadawać 30 punktów zdrowia, nie 70.
– Oj nie przejmuj się Miedwiediew – odpowiedział mu – Zresztą twój awatar zjada najwięcej pamięci i mocy.
– Tu się zgodzę z Rauem – rzekł drugi głos – Ale faktycznie te pełzacze kopią mocno.
– Może sam się zwirtualizujesz i powalczysz z twoimi potworkami. – powiedział Miedwidew.
– O nie, nie! – odpowiedział mu Rau. – Po tym, jak wrzuciłeś mnie do cyfrowego morza, moja noga długo nie postanie w KU6.2-FPKW.– Dłuższej nazwy się nie dało wymyślić? – spytał drugi awatar.
– Za wcześniejszą zostaliśmy wyśmiani przez połowę kampusu.
– A no tak!
– Dobra, dość mam tego.– rzekł Rau – Dewirtualizacja Feliksa, dewirtualizacja Aleksa.
Uderzył mocno przycisk Enter po czym szybkim krokiem, wyruszył do pomieszczenia obok w którym znajdowały się dwa skanery. Po chwili skanery otworzyły się i wyszło z nich w kłębie gęstego dymu dwóch studentów. Pierwszy, Feliks, miał długie kasztanowe włosy, nosił okulary w prostokątnych oprawkach i był ubrany w ciemny dres. Drugi był jego kompletnym przeciwieństwem: miał na sobie białą koszulę z brązowym krawatem, kamizelkę w tym samym kolorze oraz spodnie w kant, o ton ciemniejsze niż góra garderoby. – Ty zawsze musisz być w garniturze?– spytał Mikołaj
– Po pierwsze to nie garnitur, bo nie mam na sobie marynarki– odpowiedział Aleksander lekko drwiąc z wiecznie niechlujnego Mikołaja Raua – A po drugie to jest to nasz mundurek uczelni.
– W dni uroczyste – wtrącił się w końcówkę zdania.
Po dłuższej chwili Mikołaj wyłączył terminal. Wyszli z pracowni i ruszyli ciemnym korytarzem w stronę wyjścia z kompleksu Informatyki Kwantowej. Musieli pójść okrężną drogą aby minąć większość monitoringu oraz pokój ochrony. Gdy Feliks chwycił za klamkę drzwi wyjściowych usłyszeli za plecami ponury głos który w tych okolicznościach brzmiał niczym z horroru.
– Miedwiedew – zaczął wymieniać – Rau i Diatłow! Do mnie ale już!
Gdy się odwrócili, ujrzeli sylwetkę profesora Neprevowycza. Był to starszy mężczyzna o siwych włosach, których liczbę można by policzyć na palcach rąk całej trójki. Jego twarz pokrywały zmarszczki głębokie niczym fałdy, choć mimo wieku profesor trzymał świetną formę fizyczną. Jak zwykle miał na sobie śnieżnobiały kitel z przypiętą plakietką. Patrzył na nich wzrokiem złego szerszenia, a jego żołnierska postura tylko potęgowała grozę, której doświadczyli studenci.– P…Profesor Neprevowycz. – powiedział drżącym głosem Mikołaj.
Podeszli do niego niczym baranki prowadzone na rzeź. Profesor nachylił się, patrząc Mikołajowi prosto w oczy.
– Czy wie pan – zaczął – która jest godzina? Czy ma pan świadomość, o której godzinie zamykany jest ten wydział? Oraz czy jest pan zaznajomiony z regulaminem który mówi o tym że uczniowie nie mogą przebywać w kompleksach badawczych po ich zamknięciu?
– T… tak panie profesorze.
– No dobrze – kontynuował Neprevowycz. – Ze względu na szacunek do waszego dorobku naukowego i chęć kontynuowania badań, uznam, że was tutaj nie było. Pod warunkiem, że oddacie mi wasz klucz.– Klucz? – spytał kłamliwie Feliks
– Ten który sobie dorobiliście w przerwie międzysemestralnej
Aleks wyciągną z kieszeni klucz i pokornie oddał go profesorowi. Ten tylko spojrzał na przedmiot i po chwili otworzył im drzwi wyjściowe. Gdy tylko opuścili wydział, profesor zamkną drzwi i przekręcił zamek. Potem cała trójka udała się do akademika nr 3 w którym mieszkali, odebrali klucze z portierni i wyruszyli w kierunku stołówki. Uchylili delikatnie drzwi oddzielające korytarz od stołówki i cichym krokiem weszli do środka. Rozejrzeli się, i już spokojnym chodem ruszyli w stronę lady.
– To co mamy dzisiaj? –spytał Aleks Feliksa, który już zaczął zbierać rzeczy ze szwedzkiego stołu.
– Suchary – zaczął wyliczać Feliks – pasztet z psa w konserwie, grzyb z twojego sufitu i gorzała.
– A tak na serio? – ponownie spytał Aleks
– Suchy chleb, masło, pasztet– odpowiedział Mikołaj
Mikołaj i Aleks prowiant do rąk i usiedli przy najbliższym stoliku, zaś Feliks schylił się za ladę tak głęboko że musiał położyć się na niej brzuchem, o mało co nie strącając umytych szklanek.
– Czego ty tam szukasz? – spytał szyderczo Aleks – Sensu?
Po tych słowach Feliks wyjął stamtąd półlitrową butelkę czystej wódki.
– Ehhh – westchnął Mikołaj
– No co? – spytał Feliks – Dzisiaj jest piątek, więc po maluchu można.
Aleks z uśmiechem na ustach kiwnął głową twierdząco. Po tym gdy spożyli pokarm i kilku łykach gorzał, Aleks powiedział.
– No i nici z naszego dodatkowego czasu na kompie.
– A mówiłem wam żebyśmy chodzili tam tylko w weekendy. – odpowiedział mu Diatłow
– Dobra, jakoś sobie poradzimy – rzekł Rau– Zresztą wiedzieliśmy że to kiedyś się może wydarzyć.
– Myślicie że wyciągnie z tego jakieś większe konsekwencje? – spytał Feliks
– Nie – orzekł mu spokojnym tonem Mikołaj – Ty masz największą średnią na uczelni i pierdyliard laureatów z różnych konkursów. Ja jako jedyny w całej uczelni posiadam programy debugujące większość systemów wieloczynnikowych na naszych superkompach. A Aleks jest dziany.
– Ej wypraszam to sobie! – powiedział agresywny tonem Miedwiediew wyciągając w jego stronę niedojedzoną skórkę chleba. – Dostałem się tutaj przez naukę tak samo jak wy.
–Tak ?– odpowiedział mu Mikołaj odsuwając spod swojego nos rękę ze skórką – A kto ode mnie ściągał na egzaminie wstępnym z mechaniki kwantowej?
– Oj bo tego akurat nie wiedziałem.
– Panowie – przerwał im Feliks – bo robimy za dużo hałasu. Trzeba to szybko skończyć bo zaraz przyjdzie ruda menda i nici z ,,badań” na ten weekend.
– A niby za co mogłaby nas podkablować? – spytał go Aleks
– Za zakłócanie miru nocnego.
– O nie – powiedział Aleks – za bardzo te Pełzacze zalazły mi za skórę. Jutro je poskromie moimi płomieniami.Po tych słowach Aleks rozdzielił się z Feliksem i Mikołajem, ruszając do swojego pokoju na drugim końcu akademika. Chwilę później ta dwójka również udała się do siebie.

Autor: Ginizmon

Into the light (2/2)

Chcę… żeby tylko przestało boleć.”

“Już nie będzie.”

“Chciałem im pomóc.”

“I wreszcie im pomożesz.”

— }><{ —


Dłonie powoli zsuwały się z jego ciała. Puszczały ręce, które coraz śmielej wyciągał w stronę światła. Nie krępowały już nóg — był w stanie płynąć ku powierzchni. Nie mógł do końca jednak rozszyfrować, co mogło go stąd wyciągać. Było tak jasne… i bez twarzy. Albo, nie był w stanie jej dostrzec wskutek oślepienia. Czemu zaufał sile, której nie znał? Oddał stery w jej dłonie. Była ciepła, a on w tym wszystkim już zapomniał, jakie to uczucie. W ostatnim czasie istniał tylko ból i apatia.

William zaczynał czuć coraz więcej. Widział, jak przybliżała się powierzchnia tafli wody. Cienie próbowały go dogonić, ale niknęły.

I nagle pstryk… ciemność.

Chciał krzyczeć, kiedy nagle znów nie było nic. Ale tylko na moment.


— }><{ —

— Odd, od południa nadlatują szerszenie.

— Przyjąłem, szefie. Powitam należycie. ~

— Ubezpieczajcie Aelitę. Może ponownie spróbować ją przejąć.

— Nasz książę bardzo się w takim razie zdziwi.

— Nie możemy… Pozwolić mu znów odejść.

— Wiem, Aelita. Odzyskamy go.

— }><{ —


“Breathe, I think you’ve finally broken

If we don’t die here, we’ll always be haunted.”


— }><{ —


— Ulrich, zostało ci dwadzieścia punktów, uważaj…!

— Yumi, nie!

Potwor padł na bok, pozostawiając po sobie huk i chmarę fruwających na wszystkie strony odłamków. Wachlarze, które dopiero go przecięły, zmieniły się w pył, nigdy w tej walce już nie wracając do dłoni swojej właścicielki. Przy uchu ledwie wybronionego samuraja świsnęły strzałki, którym zawtórowały kolejne wybuchy; potworów jednak przybywało coraz to więcej. Przychodziły kolejne i kolejne fale z zamiarem zmycia ich jedno po drugim.

Xana przychodził jak rwąca rzeka… Jak śmierć.

Jego kolejna fala zaś objawiała się czernią, dymem, i pustką w szarych oczach.

— }><{ —

Wynurzył się spod tafli wody. Powinien go uderzyć chłód potęgowany mokrymi, lepiącymi się do ciała  ubraniami. Stanął na stabilnym gruncie. Dał się podprowadzić o krok, dwa, trzy do przodu.

“Co zrobisz teraz?”

“Oni wciąż walczą.”

— Czy… Mam jeszcze szansę…?

“Zostaniesz w cieniach… Czy zaryzykujesz, podążając za światłem?”

Czwarty krok. Piąty. Podeszwy coraz szybciej biły w taflę wody łączącą się z szarym lądem. Ostatki oblepiającej go czarnej mazi znikały, odsłaniając biały kombinezon, o którym mało kto jeszcze pamiętał.  Szary ląd prowadził w głąb równie szarego lasu, spomiędzy którego drzew biło białe światło… I dobiegały kolejne głosy.

— Nie może dostać Aelity…!

— Nie dostanie jej.

— }><{ —

Smuga światła uwolniła skrępowane dłonie pojmanej Księżniczki. Opętany awatar zatoczył się do tyłu, Aelita zaś ledwie złapała równowagę i odbiegła kilka kroków, w drżących rękach próbując przywołać pole energii. Podniosła wzrok i zamarła.

Znała ten biały kombinezon. Ten sam, którego przecież miała nigdy więcej nie zobaczyć. Między palcami wojownika przeskoczyły iskry. Ziemia zadrżała, gdy wbił w nią ciężki, oburęczny miecz.

— Zapomnij… Że pozwolę ci złamać tę obietnicę.

Autorka: Morrigan

Out of the dark (1/2)

Obce dłonie na twarzy zasłaniały mu wizję, przyciągając w swoją stronę. Zrobił krok za siebie, drugi i trzeci, każdy skoordynowany jak poprzedni, jakby ktokolwiek, kto go trzymał, sam pilnował, by nie upadł. Nie kwestionował. Nie odzywał się. A pewnie powinien. Może jego zadaniem było w tej chwili się wyrwać, ale posłusznie dawał się prowadzić?

Plecami zetknął się z taflą wody. Poczuł jej charakterystyczny chłód na skórze. Czy powinna tu być? Tego również nie był w stanie zakwestionować. Dlaczego? Rozłożył ramiona i pozwolił, by woda otuliła go w całości.

Zupełnie tak, jakby zanurzenie w niej było niczym niezwykłym.

— }><{ —

Hide, before the floodgates open.

Can we lie here ‘till it’s all over…?

— }><{ —

Nie zbliżał swoich rąk do obcych dłoni. Leciał powoli w dół, z bezwiednie rozłożonymi ramionami, bez myśli, oporu… protestu. Bez choćby znaku powzięcia jakiejkolwiek woli w swoje ręce.

“Dobrze.”

“Jesteś już mój.”

”Twój protest jest daremny. Jak dobrze… że wreszcie to rozumiesz.”

Bierność była dziwnie przyjemna. Nie musiał nic robić. Nic nie bolało. Nawet nie krztusił się wodą. Może i nie widział, gdzie był, ale w tej chwili nie dbał o to.

Nie dbał o nic.

Było… wygodniej. Te dłonie wreszcie przestały go szarpać. Dzisiaj tylko trzymały, zasłaniały oczy. Pozwolił na to — było lepsze niż doświadczany dotychczas ból.

“Poddaj mi się.”

“Należysz do mnie.”

“Zamknij oczy… śpij.”

Może tak byłoby łatwiej — zamknąć oczy i oddać stery? Dryfować… póki to wszystko się nie skończy?

— }><{ —

— Nadchodzi.

Dłoń zacisnęła się na rękojeści katany.

Palce zgrabnie rozsunęły kolejne załamania wachlarza.

Knykcie uwidoczniły się, na wierzchu dłoni zamajaczył drobny błysk.

Różowa łuna zebrała się tuż nad opuszkami palców.

— }><{ —

I hear the violence coming,

Turn and run inside.

— }><{ —

Nie chciał walczyć. Po co mu to było? Próbował to zrobić raz, ale trafił prosto w ciemność, która to coraz mocniej, coraz bardziej zamykała go samego w sobie, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Uciskała go, kompresowała, aż… ile zostało z niego samego? Jak najmniej, bo tak było najłatwiej.

Spadał coraz to głębiej… dalej…

Prościej. Tak było prościej. I kiedy już się całkowicie podda, nie będzie nic.

— }><{ —

“Naprawdę chcesz w ten sposób to zakończyć?”

Czemu nie?

“Otwórz oczy. Nie jesteś marionetką…”

Nie mam już sił walczyć.

“Jeżeli się poddasz… on to wykorzysta. I skrzywdzi tych wszystkich, na których ci zależy.”

Oni… na pewno już mnie skreślili.

“Śpij.”

“Nie, nie śpij. Otwórz oczy.”

Jestem zmęczony. Mam dość… teraz już nie boli.

“Znikniesz. A oni będą następni.”

W ciemności pojawiło się światełko. Otwierając oczy, chłopak zobaczył, że rzeczywiście znajdował się w wodzie. Czarny dym krążył wokół niego, próbując go oblepić jak smoła. Ciągnął go na dno, jakby odbierając coś, co było mu należne.

Chociaż nie widział najlepiej, zobaczył zarys sylwetki, a potem dłonie wyciągane w jego stronę.

“Nie chcesz tego kończyć… chcesz, żeby zwyczajnie przestało boleć.”

“A jeżeli teraz się poddasz… na szali znajdzie się więcej, niż sobie wyobrażasz.”

“Wróć.”

“Zamknij oczy. Nie walcz.”

“Poddaj się i pozwól mi wreszcie…!”

Zaczął myśleć. To wszystko powoli wybudzało go z letargu, w którym zaczął brać pod uwagę kolejne to i kolejne opcje. Co, jeżeli drugi głos miał rację? Komu stanie się krzywda? A co, jeżeli znów będzie boleć?

“Pamiętasz obietnicę…?”

Obie… obiecałem…

Chociaż ręce były ciężkie od tej ciemności, ruszył nimi w stronę wyciągniętych w swoją stronę dłoni. I złapał je.

I potem, przez chwilę, po prostu nic nie było. Ale tylko na moment.

Autorka: Morrigan

Between memories and reality (I’ll follow your light)

Biegnę. Wydłużam krok. Przede mną cienie — światło oddala się z każdą sekundą, razem z nią moja szansa na ucieczkę z tego koszmaru. Słyszę go, nadchodzi. Jego kroki są wolniejsze niż moje, ale i tak się zbliża, nieubłaganie, jak wyrok. Są jak obietnica, którą wiem, że spełni za każdym cholernym razem, ilekroć mnie złapie. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Brakuje mi sił.

Ma moją twarz, ale nie mój głos. Ten szorstki ton, sztuczny, przypominający syntezatory mowy, za każdym razem przechodzi na wskroś, tnący świadomość jak zimne ostrze.

Jeszcze mam nadzieję. Jeszcze wierzę, że mogę stąd uciec.

— }><{ —

“I’m a waking hell and the gods grow tired.”

— }><{ —

— Oddychaj.

Ale nie mogę. Kurwa, nie mogę. Ktoś mi sznuruje cholerny, żelazny gorset i to nie w pasie, ale bezpośrednio tam, gdzie mam płuca. Jeszcze trochę, a zmiażdży mi żebra. Serce praktycznie wyskakuje z piersi. Jestem w spirali: ściany są za blisko, oddech za szybki, a dotyk, jakikolwiek, pali. Kołnierz bluzy znajduje się za blisko mojej szyi. Próbuję sobie go poluźnić za wszelką cenę.

— Uspokój się.

Nie mogę! Za głośno, za dużo, zbyt nagle.

— Nic ci nie grozi.

Skąd to wiesz?

W gabinecie pielęgniarki okazuje się, że biegłem przez korytarz jakby mnie coś goniło: a to był tylko Jim, który znów chciał się przyczepić o jakiś cholerny kwitek, którego cały czas zapominam mu przynieść. Światełkiem, za którym goniłem, była mrugajaca, ledwie działająca żarówka. Miałem cholerną schizę, że jestem znowu… tam.

I próbuję wyrwać się na wolność, bo nie chcę więcej być marionetką. Że znów ktoś pociąga za sznurki mojego ciała, a mi każe na to patrzeć zza szklanej ściany, o ile nie zmieni zdania i nie uzna, że to za mało… i czas zabawić się ze swoją ofiarą.

Nawet nie umiem do końca powiedzieć Yolandzie, co się dokładnie stało. Chcę to jakkolwiek zamieść pod dywan, udać, że nic się nie stało, zbyć to z uśmiechem i odrobiną zakręcenia rzeczywistością. Ona to średnio kupuje, o ile… w ogóle. Wypluwam po kryjomu ziołowe dziadostwo na uspokojenie, które mi dała na “wyciszenie”. Ale, ja nie potrzebuję się wyciszać. Nie chcę tego.

Potrzebuję kontroli — nad samym sobą, nad swoim otoczeniem.

— }><{ —

— Nie uwolnisz się.

Przypomina mi o czymś, co już doskonale wiem: nie uwolnię się. Nie jestem w stanie mu zaprzeczyć, nie umiem zaprotestować. A mimo to dalej uciekam, bez słowa, jakby licząc na to, że moja cisza nie zdradzi ciężkich kroków niosących się przez wzniesiony labirynt.

Chcę się wyrwać: zobaczyć niebo, innych ludzi, znajomych… twarze rodziców. Zamiast tego jestem w piekle, do którego zesłała mnie własna brawura. Nie jestem w stanie dostrzec żadnej drogi ucieczki. Wszystko, cały korytarz, wąski przesmyk, zaczyna zalewać czarna maź. Próbuję w nią nie wdepnąć, bo wiem, jak to się skończy.

Oblepi mnie całego, wciśnie się przez usta, nos, i zaleje płuca. Odbierze oddech i zostawi, i będę błagał, żeby to się wreszcie skończyło.

Ale nie pozwoli mi się udusić. Nigdy na to nie pozwala.

Skręcam w lewo. Przejście za mną się zamyka. Przede mną jest lita ściana, a maź właśnie zaczyna wspinać się po nogawkach spodni.

— }><{ —

Nie śpię już od dwóch godzin. Nie umiem zamknąć oczu i wyprzeć z głowy to, co zobaczyłem w śnie. Siedzę przy biurku, przy zapalonej lampce i zarzynam kolejną kartkę, próbując wyrzucić z siebie to, co mi siedzi w głowie. To wydaje się zwyczajnie niemożliwe, bo o ile w jednej chwili myślę sobie, że wszystko już jest w porządku, kolejna uświadamia mi, że nie do końca.

Muzyka w słuchawce na chwilę przestaje grać. Spinam się, wzięty z zaskoczenia nagłą zmianą. Słyszę dzwonek powiadomienia i wszystko wraca do normy. Sięgam po leżący nieco dalej na blacie telefon, którego ekran właśnie gaśnie i podświetlam go ponownie. Widzę jeden skrót i jedno słowo, który sprawia, że w jednej chwili świat się dla mnie zatrzymuje.

Ścianami internatu wstrząsa czyjś przerażony krzyk. Wylatuję z pokoju, rzucając ołówek. Światła migoczą, uczniowie nie są w stanie przepchnąć się przez schody, bo wszyscy pchają się do głównego wyjścia, a Jim nie umie ogarnąć chaosu. Na moich oczach zawodzą te wszystkie procedury, których uczą nas od dzieciaka — niejednokrotnie w tym celu wyciągając nas na zewnątrz w największe zimnice. Nie rozumiem jednak jeszcze do końca, czemu…

Wtedy na korytarz wchodzi wysoki mężczyzna w masce konia.

Widzi mnie. I powoli wyciąga rękę, celując we mnie z pistoletu.

Nie wiem, jak uciekłem. Zdaję sobie sprawę, że właśnie otarłem się o śmierć, chociaż pełna tego świadomość przychodzi dość opornie. Po zwianiu strzelcowi bocznymi drzwiami, kieruję się w stronę parku. Biegnę przez noc.

Prosto w paszczę lwa. Nie pamiętasz?

Ta jedna myśl mnie zatrzymuje w miejscu, w ciemnym parku, pomiędzy drzewami bez liści, Mam wrażenie, jakby patrzyły na mnie z góry, jakby to jednak już nie były drzewa, tylko obserwujące mnie oceniająco sylwetki.

A ja znajduję się w ogniu krzyżowym ich pytań.

Już raz to zrobiłeś.

Już raz zamiast sprzymierzeńca, stałeś się pieprzonym łowcą. Zabijałeś ich jedno po drugim, bez cienia skruchy. A wśród nich?

— }><{ —

Pierwsze wyjście z mroku jest… oślepiające. Najpierw czujesz więcej, mocniej, pozwalasz sobie zanurzyć się w tym uczuciu — w wolności, której ci brakowało. A potem? Przychodzi coś, co da się nazwać śmiało strzałem w pysk od rzeczywistości.

Drobne rzeczy zaczynają działać jak zapalniki. Wspomnienia nadchodzą. A części rzeczy nie pamiętasz wcale, chociaż każdy wokół mówi, że to się przecież zdarzyło. Nie masz pojęcia: głupiejesz, zapominasz, czy chorujesz.

Wreszcie jednak orientujesz się, że za dużo rzeczy się nie pokrywa i znajdujesz się w iluzji. Ta nagle się kruszy, załamuje w sobie… i z powrotem wciąga cię w mrok.

— }><{ —

— Zapomnij.

— To nie jest prośba, Jeremie. Aelita jest tam sama, a reszta utkwiła w internacie ze strzelcem, tak!?

— Wydostaną się.

— Albo nie, bo Aelitę dopadną potwory, a resztę ktoś zastrzeli jak prawie mnie. Przestaniesz, kurwa, unosić się dumą!?

— Nie unoszę się dumą, tylko wiem, co się stało ostatnim razem.

Belpois poprawia swoje okulary i znów wstukuje polecenia w wiersz. Słyszę przez słuchawki przerażony głos Aelity. Jest tam sama, bo Ulrich i Odd utknęli w masie spanikowanych dzieciaków, a Yumi zatrzymali rodzice; dowiedzieli się o strzelaninie i kategorycznie zabronili jej ruszać się z domu, nie wspominając o fakcie, że chciała się wymknąć nad ranem.

Jestem tu sam. Jeremie próbuje znaleźć inne rozwiązanie problemu, ale doskonale wiemy, że go nie ma.

Gdzie mój strach? Nie wiem. Na razie jest napięcie i adrenalina. Muszę działać, być może jeszcze tylko to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach.

— I doskonale wiesz, że Aelita jest tam kompletnie sama. Skończ, kurwa, szukać rozwiązania tam, gdzie go nie ma i mnie tam wpuść! Chyba, że chcesz, żeby dziewczyna tam zginęła, ale na to ci akurat nie pozwolę!

Być może puściły mi nerwy, bo właśnie biorę Jeremiego za kołnierz i podnoszę go z tego cholernego fotela. Upór zmienia się w strach, ale nawet nie waży się drgnął — jakby nie wiedział, co jestem zdolny zrobić.

— Jeżeli coś jej się stanie, to raz, masz jej krew na rękach. — cedzę, ważąc każde kolejne słowo. Muszę zadbać, żeby powaga sytuacji do niego dotarła. — Dwa, jeżeli z tej uroczej, różowej główki spadnie chociaż włosek, to przyjdę do ciebie. Z siekierą. I łeb ci nią odrąbię, jak będziesz spał.

Puszczam go — Jeremie z jękiem zderza się z siedzeniem i patrzy na mnie w strachu, jakbym rzeczoną siekierę miał już teraz przy sobie.

— No rusz się, kurwa twoja mać!

Blondyn finalnie drgnął, jakby oprzytomniał, i rzuca się do konsoli, jakby od tego zależało jego życie. Niewiele się myli.

Ale tutaj nie chodzi tylko o jego życie.

Modlę się do bogów, żeby okazało się, że nie wchodzę tam za późno. Boję się nie tylko o Aelitę, ale i o ekipę z internatu.

Wytrzymaj. Nie daj się zabić. Impim ort…*

— }><{ —

“White roses, black doves, Godmother rise up; I need you to see me for what I have become.”

— }><{ —

Otwieram oczy dopiero, gdy pod stopami czuję stabilny grunt. Nienawidzę uczucia nieważkości. Źle mi się kojarzy, zupełnie tak, jakby za moment sznurki miały złapać moje ręce i nogi i zacząć nimi sterować.

To wciąż ten czarny kombinezon, ale nie mam na sobie jego znaków. Nie jestem więcej laleczką na sznurkach. Mój umysł należy tylko do mnie — mam kontrolę. Biegnę na południe, tam, gdzie Jeremie wskazał mi lokację Aelity. Nie rozumiem, czemu nie zwirtualizował mnie bliżej, ale nie pytam. Wiem, że i tak teraz nie będzie chciało mu się tego tłumaczyć.

Miecz pojawia się w mojej ręce — taki, jak zapamiętałem. I, bogowie mi świadkiem, rozcięcie nim pierwszego kraba było tak kurewsko wyzwalające. Kolejne eksplozje wstrząsają Lyoko, a ja? Nie przestaję. Metodycznie je koszę, zupełnie tak, jak on tego ode mnie oczekiwał… i teraz chcę wierzyć, że widzi, że sam na siebie przygotował broń. I, że mu nie daruję.

Aelita chowa się za skałkami, przerażona. Próbuje strzelać w kolejne potwory swoimi różowymi kulkami, co wyglądałoby uroczo, gdyby nie okoliczności. Gdy mnie widzi, odruchowo uciska się bardziej w swoją zasłonę, rozglądając za drogami ucieczki.

Przestaje, gdy przy niej kucam i wyciągam dłoń.

— Spokojnie. — uśmiecham się do niej lekko. Ona orientuje się, że nic jej nie grozi, przynajmniej nie z mojej strony. — Przybywam z odsieczą. Zaufasz mi?

W jej oczach coś się zmienia: zamiast strachu pojawiają się te małe iskierki szczęścia.

Ona cieszy się… że mnie widzi. Nad głowami świstają nam lasery.

— Poczekaj, księżniczko. — rzucam, zaciskając dłonie na rękojeści swojego miecza. Wychylam się zza skałki, żeby wybadać sytuację i już wiem jedno: sektorem górskim zatrzęsie jak marzenie.

— Nadchodzą z południa, uważajcie. — głos Jeremiego przypomina mi, że nie możemy tu zostać. Zaraz nas otoczą, dlatego zbieram energię na tyle, by posłać falę uderzeniową.

Wybijam nam przejście. Otaczam Aelitę ramieniem i biegniemy w stronę wieży.

Przejście jest zablokowane. Kraby i tarantule próbują nas zamknąć w kotle. Widzę, jak Aelita strzyże wzrokiem, przerażona. Nie dziwię jej się — ten strach mi się udziela. Muszę postawić wszystko na jedną kartę, inaczej mamy problem.

Nie tylko my.

Problem robi się również na ziemi, gdzie nikt nie wie, czy wszyscy przywitają następny dzień.

— Aelita, creid mi **, nie mam lepszego pomysłu. — mówię wreszcie, widząc przesmyk do wieży. — Kiedy tylko znajdziesz się w powietrzu… rozwiń skrzydła.

— Co?

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej: zbieram w dłoni kupkę dymu i strzelam jej nią pod stopami. Różowowłosą wybiło w górę, z krzykiem; ja w tym czasie dorywam się do potworów, które nie wiedzą, co jest grane.

Ich dezorientacja to moja szansa na wybicie ich wszystkich jeden po drugim. W powietrzu rozbłysły różowe skrzydła. Potwór pożegnał się z życiem — a księżniczka znajduje się w wieży.

Krzyki wojowników rozbrzmiewają w powietrzu. Oddycham z ulgą, gdy orientuję się, że wszyscy są cali. Nie odpowiadam, bo nie mam na to czasu; biała łuna powrotu do przeszłości zabiera mnie kilka godzin w tył.

— }><{ —

Znowu gwałtowny wdech, ponownie chwila na rozeznanie, gdzie jestem. Jawa, sen? Koszmar? Nie wiem. Nie w pierwszej chwili.

Jestem w swoim pokoju. Na biurku leży blister tych ziołowych prochów, jakie dała mi Yolanda. Nie chcę ich brać.

Odwracam głowę w stronę otwieranych drzwi. W progu stoi bardzo znajoma mi postać. Powoli wchodzi do środka, nie umiem do końca odczytać wyrazu twarzy.

— Byłeś tam.

Doskonale wiemy, gdzie. Kiwam głową.

— Nie miałem wyjścia. Aelita była w niebezpieczeństwie. Wy też. — przygryzam na koniec wargę. Spuszczam wzrok, spodziewając się bury za to, co zrobiłem. Wiem, że inaczej nie mogłem, ale znam również ryzyko.

Dłoń dotyka mojego policzka. Powoli podnoszę głowę, spotykam się ze ściągniętymi brwiami, ale oczami pełnymi troski. Znam to spojrzenie. Bada, czy nic mi się nie stało.

— Ty też. — odpowiada.

Biorę spokojny, głęboki oddech. Podnoszę ręce, oplatam je w pasie, wtulam się w ciepłą klatkę piersiową, słucham miarowego bicia serca. Ta sama dłoń, która dotychczas gładziła mój policzek, przenosi się na moje włosy.

— Cieszę się… — zaczynam, szukając odpowiednich słów. Po chwili uznaję, że pieprzyć to. — Oh, gods. Bałem się o ciebie, Gwiazdko. Cieszę się, że nic ci nie jest.

Cieszę się. Bo doskonale wiem, że cienie nie mają sensu bez światła.

*Impim ort — irl. “Błagam cię”.

** Creid mi – ze szkockiego gaelickiego “zaufaj mi”/”uwierz mi”

Autorka: Morrigan