—————————————
ELITSA
Siedzę w prawie pustym autobusie, niemalże cały czas patrząc w okno. Widoki odnawianych bloków, fontann sprawiały, że delikatnie na mojej twarzy pojawiał się uśmiech, jednak jak szybko się pojawiał, tak samo znikał.
Mija miesiąc od śmierci Laury. Dalej nie dociera to do mnie i za każdym razem, kiedy słyszę wzmiankę o niej, to oddalam się na kilka metrów. Ona niczemu nie zawiniła. Była uczennicą dziwnej szkoły z aspiracjami do nauki fizyki kwantowej i pracowania przy superkomputerze. Planowała zostać programistką. Mogła spokojnie spełniać swoje marzenia, natomiast teraz jej dusza błąka się po niebie, a ciało spoczywa w grobie.
Najgorsze jest to, że wszyscy myślą, że popełniła samobójstwo, podczas, gdy została zamordowana. Moje ręce się do tego przyczyniły. Codziennie zadaję sobie jedno pytanie.
Dlaczego?
Dlaczego dałam się?
Dlaczego dałam się opętać Xanie?
Nie raz radziłam sobie z tym wirusem. Wykorzystał moją słabość do własnego celu. A ja teraz cierpię i mam wyrzuty sumienia. Nie mogę przyznać się policji, bo wiem, że trafię do psychiatryka, jeżeli opowiem całą historię z Xaną. Z drugiej strony wiem, że ta sprawa nie ujrzy światła dziennego i jeżeli teraz wszystko powiem, to sprowadzę na szkołę jeszcze gorszą reputację.
Wyobrażam sobie te transparenty z napisami „Szkoła z mordercami!” i automatycznie przez moje ciało przechodzi dreszcz. Jestem skazana na wieczne potępienie i grozę nie tylko wśród szkoły, a także i całej Francji. Nikt nie będzie chciał przyjąć do pracy kryminalistki.
Odrzucam myśl przyznania się do winy. Zostało jedynie chronienie mojej kolejnej już tajemnicy. Tylko to pozostało.
Autobus z piskiem opon zatrzymuje się na ostatnim przystanku. Drzwi otwierają się, a ja jako jedyna wychodzę. Fala wiatru uderza w moją twarz oraz ręce. Na głowę zakładam kaptur, szyję otulam szarym szalikiem i idę kupić znicz.
Chociaż to mogę zrobić dla niej. Laura wiele razy pomagała mi w nauce, odradzała mi picie alkoholu. Dzięki niej udawało mi się przechodzić do następnej klasy bez sierpniowych poprawek. Dzięki niej przestałam okradać miejscowe sklepy. Była dla mnie jak druga matka, której nie mam od ośmiu lat. Gdzie ja popełniłam błąd, że nikogo nie próbowałam chociaż przez chwilę wysłuchać?
Biorę duży, czerwony znicz ze znakiem krzyża i sercem. Podaję go sprzedającej. Ona z kolei mówi cenę:
– Dwadzieścia euro.
Stoję wmurowana, patrząc się w szare oczy ekspedientki. Nie mam tyle pieniędzy.
Wyjmuję z kieszeni trzynaście euro i kładę na ladę ze spuszczoną głową. Ona liczy, a ja wzdycham głośno.
– Przykro mi, ale nie masz tyle pieniędzy.
– Nie mogłaby pani mi pożyczyć? Przy najbliższej okazji oddałabym co do centa – pytam z naiwną nadzieją w głosie, że się zgodzi. Ekspedientka kiwa głową.
– Zbyt wiele razy zostaliśmy okradzeni.
Kiwam głową, a następnie odnoszę znicz na swoje miejsce i wybieram mniejszy. Jest on koloru białego i ma faliste zdobienia.
– Dziesięć euro.
Kładę banknot na ladę i w milczeniu idę na grób Laury.
Siadam na metalowej ławce, kładąc obok siebie znicz. Patrzę na nagrobek. Widnieje na nim napis:
LAURA GAUTHIER
ur. 04.12.1998
zm. 25.08.2014
POKÓJ JEJ DUSZY
Po lewej stronie jest jej zdjęcie. Blond włosy były tradycyjnie rozpuszczone, poza dwoma pasmami, które spinała w małego koka. Miała roześmiane, piwne oczy oraz biały uśmiech. Była szczęśliwa. Może jest szczęśliwa tam, w niebie.
Zapalam znicz i kładę go na środku nagrobka. Łzy napływają mi do oczu.
– Przepraszam… – szepczę, po czym odmawiam modlitwę i powolnym krokiem wychodzę z cmentarza, zostawiając jedynie święcący, mały znicz.
Wsiadam do autobusu na to samo miejsce, co wcześniej. Oczy mam opuchnięte od płaczu, co ukrywam wśród innych pasażerów.
– Słyszałaś o tym samobójstwie w szkole? – pyta swoją przyjaciółkę starsza pani, która siedzi naprzeciwko mnie.
– Minął od niego miesiąc. Biedni rodzice. Mogli się nią zająć, to nie doszłoby do niego.
Liczę w myślach do dziesięciu. Nie mogę krzyknąć jak jakaś idiotka, że to nie było samobójstwo. Nie dość, że zwróciłabym na siebie zbędną uwagę, to i tak nikt nie wysłuchałby mnie do końca. Prędzej zostałaby wezwana policja, niż ktoś by chciał mnie wysłuchać.
Na szczęście autobus zatrzymuje się na przystanku będącym niedaleko szkoły. Wybiegam z niego, jakby za chwilę miał mnie złapać kontroler biletów, a ja jechałam na gapę. Czuję na sobie wzrok każdego przypadkowego przechodnia. Nie oglądam się za siebie, wracam do szkoły jak najszybciej.
Siedzę na murku i przyglądam się szkolnemu dziedzińcowi. W wyniku ostatnich wizyt sanepidu postanowili odnowić to miejsce i wygląda ono właściwie jak z bajki. Żadnych dziur na drodze, zadbany i zawsze idealnie podcięty trawnik, żywopłoty stojące przed bramą szkoły, która jest cała czarna. Niemalże marzenie dla artystycznej i wrażliwej duszy. Uczniów jest niewielu, ponieważ większość zapewne się uczy, lub po prostu nie chce im się wychodzić z pokoi.
– Cześć – mówi znajomy głos. To William, który bez zapytania siada obok mnie. Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Czy jest właściwie o czym rozmawiać? Poza tym, że policja szuka mordercy Laury, to nic się ostatnio nie działo Ciekawe, na jak długo.
– Znowu nie byłaś na śniadaniu – upomina mnie Dunbar niezadowolonym głosem. Wzruszam ramionami i odpowiadam nieprzejęta.
– Zapomniałam, a kiedy już przyszłam, to nic nie zostało.
– Musisz coś jeść. Jeszcze brakuje, żebyś ty padła – po tych słowach zdycham głęboko i mówię na tyle spokojnie, jak mogę.
– Będę na kolacji. Zadowolony?
– Trzymam za słowo. Spróbuj tylko się wymigać.
– Przyszedłeś mnie zdenerwować?! Bo na razie ci się doskonale udaje – odpowiadam złośliwie, nawet na niego nie patrząc. Rozumiem, że się martwi, ale nie musi mnie traktować jak dziesięciolatkę, która nie wie, kiedy chce coś zjeść.
– Nie. Potrzebuję twojej pomocy – odpowiada William.
– Żadna nowość. A w czym tym razem?
– Znajdziemy mordercę Laury – mówi Dunbar pewnym siebie głosem. Gdy tylko to słyszę, wybałuszam oczy ze zdziwienia, a następnie wstaję z murku.
– Mam nadzieję, że sobie teraz ze mnie żartujesz, tak?
– Z takiej rzeczy nie wolno się śmiać. Powiedziałem to całkowicie poważnie – odpowiada, krzyżując ręce na piersi. Podchodzę bliżej i wpatruję się w jego oczy. Nic nie widać.
– Piłeś?
– Elitsa, proszę cię. Minął miesiąc od zabójstwa, a policja nadal jest w ślepym zaułku. A ja chcę znaleźć tego dupka i go osobiście zabić! On…
– Dobrze! Dobrze – krzyczę do niego, zanim do reszty rozpocząłby swoją przemowę na temat Laury, którą słyszałam kilkanaście razy i praktycznie mogłabym ja powtórzyć słowo w słowo.
– Więc się zgadzasz? – pyta z nadzieją i uśmiechem.
– Tak. Chociaż wiem, że będę tego później żałować… – odpowiadam, starając się powstrzymywać łzy. Nie mogę mu teraz powiedzieć, że to ja jestem mordercą. Jestem pewna, że najpierw by mi w to nie uwierzył, a następnie totalnie by się załamał. Nie mogę mu tego zrobić. Chociaż niedługo prawda wyjdzie na jaw.
William podchodzi do mnie i przytula mnie tak mocno, że chwilowo brakuje mi powietrza.
– Nie uduś mnie! – krzyczę, śmiejąc się.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć – komentuje chłopak, tuląc mnie jeszcze mocniej. Kiedy mnie puszcza, zadaję mu najbardziej oczywiste pytanie.
– Od czego chcesz zacząć?
– Znasz odpowiedź – odpowiada, a w tym samym czasie wypowiadamy to samo słowo.
– Fabryka.
Nie chciałam tu wracać.
Nadal czuć w powietrzu grozę, przeciekające rury oraz chłód szczypiący po policzkach. Idziemy w ciszy do laboratorium. Nie wiem, na co liczy William. Ona była mózgiem naszej grupy. Złamała wszelkie zabezpieczenia i odkryła sekrety, które pozwoliły nam poznać Xanę. Dzięki niej zaczęliśmy poznawać jego słabe punkty.
Gdyby nie ona, nadal wszystko stałoby w miejscu.
Gdyby nie ona, wirus byłby niewinnym błędem.
Gdyby nie ona, nie doszłoby do żadnej tragedii.
– No dobra. Pamiętasz, jak się logowało? – pyta Dunbar. Kiwam przecząco głową. Wyparłam wszystkie wspomnienia, które miałam. Ponad miesiąc nie dotykałam tej sprawy. Zablokowałam jakiekolwiek informacje na jego temat. Albo zrobiłam to wszystko nieświadomie.
Stoję przy krześle i spoglądam na kody. Zlepek nieznanych informacji zapisanych specjalnym kodem z zastosowaniem języka binarnego. Nic nie mówię. William nadal walczy z dekodowaniem. Stuka coraz bardziej agresywnie w klawiaturę, chcąc złamać hasło. Jednocześnie szybko się denerwuje, jak i uspokaja.
Niesamowite.
– Poddaję się. – mówi zrezygnowany chłopak po długiej batalii z superkomputerem.
– Mówiłam, że to nic nie da – odpowiadam bez większych emocji w głosie.
– Nie da się go po prostu wyłączyć?
– Rozumiem, że chcesz doprowadzić całą Francję do chaosu?
– Eh… nieważne…
William po raz ostatni klika cokolwiek na klawiaturze. Wciska enter.
Nagle otwierają się wszystkie pliki. Pogrążone w bałaganie. Patrzymy ze zdumieniem na wszystko, co zostało rozwalone. Pamiętam, że było wszystko uporządkowane i w odpowiednich folderach.
A przede wszystkim – ekran monitora nie był taki czerwony.
Autorka: Azize