Netflix, czyli największa szansa fandomu

Jak zapewne wiecie, 1 października Code Lyoko wraca do Netflixa, światowego giganta w kwestii platform VOD. Tego dnia dostęp do czterech animowanych serii otrzymają użytkownicy portalu we Francji, Hiszpanii, Stanach Zjednoczonych i Brazylii. Wiemy także, że będzie to dostępne w polskiej wersji. Co to wydarzenie – moim zdaniem największe w tym roku w fandomie – znaczy?

Na pierwszy rzut oka można by było uznać, że to w sumie nic nadzwyczajnego – ot, kolejny serwis, w którym będzie dostępny serial. Chodzi jednak o to, że tym razem jest to Netflix, czyli potęga na rynku, a sprawa dotyczy nie jednego kraju, ale co najmniej kilku największych rynków, a kto wie, może i całego świata. Nie bez znaczenia jest fakt, że pierwszym krajem, w którym to ogłoszono, była Francja – kolebka Lyoko. Tam wieść spotkała się z szerokim zainteresowaniem, co jest dobrym znakiem na przyszłość i co pokazuje nam, że już sama obecność CL we francuskim Netflixie jest więcej niż tylko ciekawostką. Jest początkiem nowego rozdziału. Biorąc pod uwagę to, że serial zapowiedziano na kilku rynkach, w tym w Polsce, już teraz możemy, na podstawie posiadanych przez nas potwierdzonych komunikatów, powiedzieć iż od października do CL będzie mieć dostęp 90 milionów potencjalnych widzów. To oczywiście nie oznacza, że oni wszyscy na pewno obejrzą serial, ale będą mieć taką możliwość.


Ktoś mógłby teraz powiedzieć – takie zresztą głosy się pojawiały – że wprowadzanie CL do Netflixa nie jest potrzebne, bo przecież i tak całość jest dostępna na YouTube. No, niby tak, chociaż oficjalne konto po polsku jak stanęło na 40 odcinkach, tak zostało. Ale dobra, mamy wszystkie odcinki w sieci, dostępne za darmo. Tyle są tu dwa haczyki. Pierwszy – jakość tych nagrań niekiedy jest niezbyt odpowiednia do tego, by oglądać sobie ulubiony serial nie na laptopie, a na 42-calowym telewizorze. Nie wspominam już o tym, że w polskich odcinkach niekiedy są braki dźwięku. A na Netflixie jednak jakość będzie lepsza. Druga kwestia, może nawet istotniejsza: niektórzy mogą się zdziwić, ale… obecność na YouTube wcale nie poprawiała sytuacji w fandomie w znaczący sposób. Nie było przez to napływu nowych fanów. Owszem, odcinki mają wyświetlenia od kilkunastu do nawet kilkuset tysięcy, kilka przebiło milion w angielskiej wersji, ale to wszystko praktycznie generowali ludzie znający już serial, tylko niekiedy zdarzało się, że ktoś “z polecenia” obejrzał. Nie trafiało to do nowych osób. Natomiast przy Netflixie jest spora szansa na rozrośnięcie się światowego fandomu. Wśród tych co najmniej 90 milionów osób będą oczywiście Lyokofani, ale będą też ludzie, którzy może kiedyś oglądali serial, ale o nim zapomnieli, jak i ci, którzy jeszcze nie znają CL, a Netflix im to zarekomenduje jako nowość. To będzie wielka szansa dla naszego fandomu, powiedziałbym nawet, że niepowtarzalna.

Otwiera się tu też pewna perspektywa na przyszłość. Jest możliwe, że jeśli kierownictwo Netflixa zobaczy, iż serial cieszy się popularnością, to może być podjęta decyzja o kontynuowaniu, już pod logiem tej firmy, produkcji. Nie wnikam teraz w to, czy ewentualny dalszy ciąg byłby po 95 odcinku, czy po Ewolucji, na ten moment istotne jest to, że taka możliwość będzie praktycznie istnieć. Choć to zależy od zainteresowania serialem, ale po pierwszych reakcjach na wiadomości myślę, że o to nie musimy się martwić. Zresztą, co do reklamy – słyszałem głosy, że podobno serwis nie był należycie zaangażowany w promocję serialu. Cóż… tak jak widziałem, to francuski oddział jednak dośc szeroko o tym informuje, za każdym razem, gdy jest wrzutka z listą nowości miesiąca, CL się pojawia, więc nie uznawałbym tego za niewystarczające informowanie. Trochę gorzej w Polsce to wygląda, ale też nie ma powodów do obaw. Netflix nie żyje samym Lyoko i musi promować też inne swoje produkcje, a obecnie sporo też zależy od zaangażowania nas, fanów i od sprawności informowania w fandomie, a ta – przynajmniej w Centrum – od wielu lat jest na wysokim poziomie.

Co możemy zrobić jako fandom? Moim zdaniem – jeśli ktoś może i ma na to środki – niech wykupi dostęp do Netflixa, ceny nie są zbyt wygórowane, poza tym zawsze to można rozdzielić na więcej osób, a obecnie nawet dają pierwsze 30 dni za 10 groszy, więc można sobie wypróbować. W końcu także od polskiego fandomu zależy przyszłość CL. Nie rzucałbym tutaj argumentem typu “ale Netflix jest zły, bo daje pedofilskie rzeczy”, bo to jest stwierdzenie kłamliwe, gdyż “Cuties”, bo o ten serial chodzi, ani pedofilski nie jest, ani to też produkcja Netflixowa nie jest, tylko zewnętrzna, tak jak CL. Swoją drogą to mam wrażenie, że najwięcej o tym wypowiadają się ci, którzy widzieli tylko jedną – istotnie kontrowersyjną – scenę, ale nie wnikali w to głębiej, żeby zrozumieć cel tej produkcji (która zanim weszła do mainstreamu, nie wzbudzała aż takich emocji). Tak więc nie widzę sensu w odradzaniu fanom CL wykupowania Netflixa z powodu jednej produkcji albo z racji kwestii ideologicznych, ponieważ teraz nie jest to dobry moment. Mamy jako fandom za dużo do zyskania, by to zaprzepaszczać przez mówienie, iż Netflix jest zły, bo reprezentuje daną agendę. Dla naszej społeczności w tym momencie nie ma to znaczenia, a poza tym nie ma obowiązku oglądania tych produkcji, co do których ma się zastrzeżenia, nikt nikogo do tego nie zmusza. Najważniejsze jest to, że przed taką szansą fandom w całym świecie jeszcze w swojej historii nie stał, bo jeszcze nigdy tak wiele osób nie miało dostępu jednocześnie do tego serialu. Kto wie, może wyniki oglądalności będą lepsze niż w telewizji? Tak czy inaczej, jeśli ktoś skreślał już naszą społeczność na straty i uznawał, że jest ona martwa, niech się dowie, że pogłoski o naszej śmierci okazały się przesadzone. Całkiem możliwe, że odrodzi się fandom we Francji czy Stanach Zjednoczonych, bo w sumie w Polsce on dalej – nieskromnie mówiąc, dzięki Centrum – jest żywy. Ale Netflix może być istotnie największym implusem do nowego rozdziału historii fandomu, jaki pisze się na naszych oczach. To już coś więcej niż słynne “światełko w tunelu”, o którym pisałem na tych łamach przed z góra rokiem. To początek nowej rzeczywistości – trzeciej generacji fandomu. Generacji netflixowej.

Kilka słów o pieniądzach

Nasz fandom jest dość spokojnym miejscem pod względem pieniędzy. Tak zwane “money dramas” wybuchały u nas w zasadzie tylko w przypadku utrzymania dawnego Forum.CodeLyoko.pl, były to jednak dość specyficzne kłótnie, toczyły się w zamkniętym gronie administracji. I tak kończyło się tym, że jednak ktoś tą stówkę na utrzymanie roczne wpłacił, choć nie był to założyciel forum. O tym, żeby zbierać od użytkowników, nikt w sumie nawet nie wspominał otwarcie.
Inna sprawa, że jak nawet Likkiemu nie chciało się już płacić, a i aktywność na forum spadała drastycznie, to samo upadło, a dniem śmierci był dzień wygaśnięcia serwera.

Ostatnimi czasy zaczynam spotykać się z opiniami, iż pewne rzeczy w fandomie można robić za pieniądze, że można je zbierać i na tym cały nasz fandom zyska. Ładnie to brzmi, jednak sprawa nie jest aż tak prosta jakby się to mogło wydawać.
W tym momencie ktoś może przypomnieć “ale przecież Immudelki założył sobie patreona i zebrał kilka tysięcy baksów”. Owszem, założył, zebrał, tyle że te pieniądze były potrzebne na opłacenie aktorów do nagrywania dialogów na tryb fabularny w IFSCL. Tylko po to. To nie jest tak, że jakby nie zaczęto zbiórki, to nie byłoby kolejnych wersji. Immu robi grę totalnie na systemie non-profit. Oczywiście jakby chciał, to mógłby sobie to jakoś skomercjalizować, sprzedawać i mieć z tego kasę. Ale wtedy musiałby wchodzić w układy najpierw z MoonScoopem, a potem z Mediatoonem, żeby uniknąć ciągania po sądach za bezprawne wykorzystanie znaków towarowych. A nawet jeśli wszystko byłoby załatwione pod względem prawnym, to nie miałbym pewności, czy gra rozwijałaby się tak jak obecnie. Całkiem niedawno wycofano z użycia facebookową Code Lyoko:Social Game, właśnie z racji braku pieniędzy i wycofania zgody właścicieli praw. Kto wie, czy podobny scenariusz nie czekałby symulatora. Na całe szczęście to jest niezarobkowa działalność, więc o to martwić się nie musimy.
Immudelki dalej to konto ma, dalej coś zbiera, ale nie ma to wpływu na rozwój gry, a i też te pieniądze nie są jakoś wielkie (około 80 dolarów miesięcznie – jakieś 250 zł). Do tego tutaj warto przypomnieć, że w całym fandomie jest to jedyny taki obecnie przypadek. Jeśli po 15 latach nie ma u nas takich rzeczy, nie zarabia się na twórczości fanowskiej, to wcale to nie oznacza, że musimy teraz do tego dorastać. To raczej obrazuje to, iż nie ma potrzeby, by sobie z tego robić dochodową działalność.

Można oczywiście sobie robić porównania, że w innych fandomach i środowiskach takie rzeczy są na porządku dziennym, że gadżety robione przez fanów są sprzedawane nawet za kilka tysięcy złotych (choć uważam, że trzeba mieć nie po kolei w głowie, by wydać kwotę równą średniej pensji w Polsce na jakiegoś, dajmy na to, pluszaka), i że nikt na to nosem nie kręci. Tyle że takie porównania są bez sensu. Nie mówię już o tym, iż małpowanie wszystkiego, co robi się gdzieś indziej, nie zaprowadzi naszego fandomu zbyt daleko. Po prostu nie ma zbytniego sensu odwoływać się do tych przypadków, gdzie popyt na gadżety najpierw zaczęli kształtować sami twórcy danych produkcji, zezwalając na wypuszczanie wszystkiego, co się da: od książek poprzez figurki, zeszyty, gry, aż po pościel, koszulki czy nawet papier toaletowy. Code Lyoko uniknęło aż takiego rozdysponowania marką, stanęło wszystko na etapie figurek, książek i gier. Dlatego też nie było za bardzo impulsu do tego, by zacząć bawić się w fanowską sprzedaż własnoręcznych wyrobów czy nawet ustawianie sobie konta na patronicie.

Nie bez znaczenia jest także sam fakt starzenia się fandomu, szczególnie jeśli chodzi o patreony i patronity. A może nawet nie tyle starzenie się, bo z tego czynnika nam wyjdzie, że więcej osób dysponuje pieniędzmi zdobytymi osobiście, co zmniejszająca się liczebność. Nie jesteśmy w tym wspaniałym okresie, gdy na jednej stronie fanowskiego można było zgromadzić kilka tysięcy osób i to z jednego kraju. Teraz te kilka tysięcy podpisze w ciągu roku jedną petycję, a liczba ta tyczy się całego świata. Dlatego nie spodziewam się, żeby taka inicjatywa, jeśli ruszyłaby w polskim fandomie, zyskała sporą popularność.
Zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy mogą potraktować ten tekst jako wyraz pewnego “defetyzmu”, jak to czasem się określało w fandomie pewne krytyczne głosy, ale ja traktuję to raczej jako głos realisty. Nikomu nie zabraniam robić patronitów czy sprzedawać figurek za 200 złotych. Jak ktoś chce, to niech to robi. Ale czy znajdzie się popyt na to? Poza tym to też nie wygląda tak, jakby się mogło wydawać: “założę sobie profil, niech mi wpłacają, to będę coś robił”. Jak się już coś takiego zakłada, to raczej w momencie, gdy już się coś konkretnego robi. Ze sprzedażą fanowskich gadżetów sprawa wygląda natomiast tak, że jeśli faktycznie chce się coś sprzedać, to cena powinna być dostosowana do oczekiwań. Pewnie, można sobie założyć, że 200 złotych jest odpowiednią kwotą, ale w wypadku, gdy za licencjonowaną figurkę z Allegro trzeba zapłacić około 15-20 złotych, raczej nikt nie kupi gadżetu za 200. I pal licho tu formę wykonania, podstawowym czynnikiem jest cena.
Warto tu podkreślić jeszcze jedną rzecz – gdyby w naszym fandomie zaczęły pojawiać się a to różne patronity, a to usługi polegające na rysowaniu fanartów za pieniądze, czy też inne tego typu formy drobnej działalności zarobkowej, to nie dawałyby one korzyści całemu fandomowi. A wynika to z prostego prawa rynku. Jeśli ktoś coś sprzedaje, dajmy na to rysunek, no to korzyści mają 2 strony, czyli tak naprawdę 2 osoby. Wytwórca – bo zarobi za wykonaną pracę. Nabywca – bo zyska towar. I tyle. Może jeszcze jakiś pośrednik typu Poczta Polska, jeśli ktoś by to wysyłał. Reszta fandomu nie ma z tego żadnej korzyści. Trochę bardziej się to rozbija przy patreonie i patronicie, bo tam korzyści może mieć więcej osób, ale dalej nie będzie to dla całego fandomu, a dla tych, którzy będą korzystać z tego, co będzie zrobione za te wpłacone datki (o ile się założy, że pieniądze pójdą na rozwój działalności, a nie na jedzenie, picie i prywatne sprawy).

Tak czy inaczej: jak ktoś chce, to niech się w to bawi, podkreślam jednak, że nie jest to ten sposób działalności, który miałby być dominujący, albo choćby jakoś w znaczącym stopniu ożywić fandom, bo i tak jakoś sobie po tylu latach i zawirowaniach radzimy, a pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że od pewnego czasu nawet lepiej to wygląda niż jeszcze rok temu.

Kilka słów o fanfikach

Siedziałem sobie razu pewnego i myślałem, o czym tu napisać tekst. Przy tym myśleniu zauważyłem pewien trend: obecnie coraz więcej opowiadań pojawiających się w fandomie opiera się na “beyond Lyoko”. Co to jest? Ano, takim określeniem opisuje się te teksty fabularne, w których wątek walki w Lyoko jest albo na drugim planie, albo nie pojawia się wcale. OK, może jeszcze nie ma co mówić o większym nurcie, skoro teraz mamy może trzy-cztery takie teksty, ale… z taką liczebnością fandomu, jaką mamy, to i tak już coś.

Początkowo myślałem, że ten tekst będzie bardzo łatwy do napisania, bo po raz kolejny wychodzi na to, że myśmy zaczęli robić coś, co we Francji czy w części piszącej po angielsku jest znane od dawna, tylko po prostu nie było komu w Polsce tego robić. Ale jako że swoje lata mam, to wyleciało mi z głowy, że to się nie zaczęło od “After Lyoko” Magdy, “Incorrect Code” Shikari czy mojego “Bez Lyoko”, że tego typu teksty, w których nie było nacisku na walkę z Xaną, pojawiały się już wcześniej.
Dobrych kilka lat temu pojawiło się krótkie opowiadanie “Bo życie kabaretem jest” autorstwa Dragona. O samych potyczkach z wrogiem nie było tam praktycznie nic, bo przedstawiono zwyczajne życie nastolatków w krzywym zwierciadle. Odd coś wypił, Jeremie oglądał gołe panienki, ot, codzienność. Tyle tylko, że zrobiła się drobna burza po publikacji, padł nawet argument o profanacji kreskówki (wtedy nikt nie myślal, że można przeginać jeszcze bardziej, choćby poprzez robione na siłę crossovery). Specjalistką od bardziej obyczajowych fanficków była Brie, tak mniej więcej w okresie 2014-16 opublikowała kilka blogów, choćby “Dalsze losy Yumi” (tu z tytułu wręcz wynikało, o czym ma być), opowiadające o życiu “po Lyoko” czy też “Pani Ishiyama”, w której akcja przeniesiona została o parę lat do przodu. Wraz z ogólną posuchą w fandomie zniknęły także tego typu teksty. A teraz się do tego wraca.

Czemu to wraca? Cóż, moim zdaniem powód jest prosty. Pisałem swego czasu cały artykuł o starzeniu się fandomu, tu bym przyczyny upatrywał. W fandomie zostają osoby bardziej doświadczone życiowo, które wiedzą, jak dane sprawy opisać nieco bardziej psychologicznie. Na dobrą sprawę to było nieuniknione, można było się spodziewać, że prędzej czy później tego typu teksty się u nas pojawią, bo w sumie ile można pisać tylko kolejne kontynuacje po 4 serii, w których Xana się magicznie odradza. Oczywiście nie zależy oczekiwać, że wszyscy będą pisać tylko w nurcie “beyond Lyoko”, bo tak się nie stanie, ale myślę, że coraz więcej tekstów powstających w naszej społeczności będzie szło w tym kierunku. Może to być chociaż tak zrealizowane jak w “Fake Love” autorstwa Azize, gdzie tego wątku “lyokonistycznego” nie ma w ogóle, a bardziej skupiamy się na psychologicznym aspekcie, i moim zdaniem to wyszło bardzo dobrze.

Skoro już jesteśmy przy opowiadaniach… gdy jest podejmowana kwestia “beyond Lyoko” (choć to, o czym teraz chcę wspomnieć, dotyczy twórczości fanowskiej w ogóle), pojawia się problem kanoniczności. Niektórzy mają obawy, by zmieniać coś w charakterach bohaterów, żeby tylko kanonu nie naruszyć, z kolei inni właśnie kanon biorą jako podstawowe kryterium decydujące o opinii na temat danego tekstu. Wydaje mi się, że w twórczości fanowskiej nie trzeba się tak kurczowo kanonu trzymać. OK, jeśli komuś jest tak wygodniej, czemu nie, może pisać “kanonicznie”. Ale jak ktoś chce się tym bawić, zmieniać, modyfikować dla swoich potrzeb – droga wolna, w końcu istnieje coś takiego jak wolność twórcza. Zresztą… jak ktoś czytał opublikowaną niedawno w polskiej wersji językowej biblię koncepcyjną (można powiedzieć, taki kanon spisany w dokument oficjalny) i porównał ją z serialem, to wie, że nawet kanon opracowany przez twórców można zmieniać. Więc czemu by fani nie mogli? 😉 Szczerze mówiąc to bardziej niż zabawy z kanonem mierzwi mnie, gdy ktoś umieszcza wątki, o których nie ma pojęcia. O co mi chodzi? Otóż: w takich opowiadaniach zdarza się, że są poruszane tematy poważniejsze (choćby polityczne albo religijne). Jeśli jest to umiejętnie wpisane w fanfick, to może stanowić to jego dodatkowy walor. Ale jeśli jest to wklepane bez znajomości tematu, albo, co w sumie nawet gorsze, tylko po to, by uprawiać łopatologiczną próbę wkręcania ideologii, no to może to szkodzić, jeśli pozostałe aspekty artystyczne tego nie nadrabiają.

To, czego mi osobiście brakuje w opowiadaniach, teraz mówiąc już nieco bardziej ogólnie, nie tylko w nurcie “beyond Lyoko” (choć na dobrą sprawę chociażby to co ja piszę w “Bez Lyoko” albo Magda Lena w “After Lyoko” można nazwać po włosku “dopo Lyoko”), to niekiedy taki brak humorystycznych tekstów. Większość tak jakby uparła się na to, aby pisać wszystko na poważnie, żadnej parodii, żadnych żartów i innych tego typu rzeczy, tak jakby się bała. Nie ma czego, w fandomie też potrzebujemy się pośmiać. Nie bójmy się parodii i groteski. to nie jest profanacja, a może być z tego niezła zabawa 😉

GDZIE JESTEŚ XANA? PRZYBĄDŹ TU… – teorie spiskowe nt. Xany

Xana, Xana… któż go nie zna? Tego cudownego programu, który w miły sposób chce przejąć władzę nad światem? Tylko banda dzieciaków chce mu zepsuć ten piękny plan. Nie rozumiem ich ani trochę, ty zapewne też. Ach, ta dzisiejsza młodzież – ciągle w tych komputerach i telefonach!

A tak nieco poważniej – wszyscy wiemy, że ten program to dupek, jakich na świecie mało. Jakieś małe coś myśli, że wszystko mu wolno. Całe szczęście, że znalazła się ta grupa znajomych, która obrała sobie za cel pokonanie tego panicza zła.
Jak doskonale wiemy, Xana jednak dał się pokonać pod koniec fabuły. Przez jeden, malutki program, który trafił w jego – przysłowiową – Achillesową piętę. Dosyć smutna śmierć, ale co zrobić. Raczej nie damy rady go reaktywować.
Zaraz… a może właśnie się da? Przecież nasz wirus powrócił i nadal zatruwał życie Wojownikom Lyoko, którzy zaczęli przykładać wagę do nauki i związków miłosnych (Panie Stern? Panno Ishiyama?).
Tak teraz człowiek się zastanawia… to gdzie do jasnej cholery ukrył się nasz antywirus potocznie nazywany Xaną? Ot tak przecież sobie nie wrócił na zasadzie „Dobra, pośmialiśmy się, że mnie nie ma, ale teraz sobie Zmartwychwstanę”. Gdzieś musiał sobie żyć przez te dwa lata czasu ziemskiego.
Pozostaje tylko pytanie – gdzie on się ukrył?

Moja pierwsza myśl po zadaniu sobie tego pytania, to Cyfrowe Morze.
Wiadomo, wszystkie sektory, (czyt. Górski, Pustynny, Leśny, Polarny i ich centrum – Kartagina) zostały zniszczone, a superkomputer, który przez jakiś czas był zasilaczem Xany, został wyłączony. Jednak nie było dosłownie ani jednej wzmianki, że ta lawina pełna cyferek i wiążąca potencjalnego topielca do wiecznego życia także została dezaktywowana.
Umówmy się – morze też było nieodłączną częścią Lyoko. Powodowało też ono stany przedzawałowe Jeremiego (ekhm… ukochana mu prawie umarła po raz drugi, trzeci i czwarty). Więc, czy ta szara chmura dymu aka Xana nie mogła zrobić tego samego? Niepostrzeżenie uciec do Morza Cyfrowego, gdy zorientował się, że to jego koniec? Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że ten program nie jest aż taki durny i lekkomyślny, jak został nie raz przedstawiony. Mógł sobie w pewien sposób znaleźć drogę ucieczki i tym samym przechytrzyć naszych bohaterów.

Kolejna teoria – wpłynięcie do psychiki profesora Tyrona.
Chyba przyznacie mi rację, że z Xany było niezłe ziółko. Aktywował sobie wieże, kiedy chciał, poruszał się z kierunkiem prądu, kiedy chciał. No i właśnie – ot tak sobie wchodził do ludzkiego ciała, jakie obrał za cel. Dużo osób na tym ucierpiało, ba! Nawet każdy Wojownik Lyoko został minimum raz opętany prze Xanę (np. Jeremie w odcinku „Podwójny Kłopot”) i wykiwani przez polimorficzne spektra (odcinka „Pocałunek Xany” nie da się zapomnieć). Tak więc Xana mógł się właśnie pojawić w mózgu jednego z głównym bohaterów piątego sezonu, nazywanego potocznie „Ewolucją” – profesora Tyrona.
Jak wiadomo na podstawie wielu filmów czy kreskówek dziecięcych, wielki uczony oraz profesor jest najczęściej starym szaleńcem z brodą, który tylko siedzi w swojej piwnicy, jaką określa mianem „laboratorium”. Mamy tutaj idealny przykład takiego człowieka. Jednak czy ktoś wie cokolwiek o tym, jaki Tyron był kiedyś? Człowiek zagadka. Tak więc Xana ma idealne pole do popisu – przychodzi sobie w niespodziewane odwiedziny do naszego profesorka, osiada w jego głowie. Dzięki temu nasz wirus przeżywa wyłączenie superkomputera, a Tyron zyskuje coraz to nowe zdolności. Nawet Xana ma nowe mieszkano zupełnie za darmo (czyt. Superkomputer kolegi „po fachu”).
Właściwie to mogło się też tak stać z Franzem Hopperem, ale po pierwsze: jest to raczej temat na inną rozprawkę. Po drugie – Hoppera nie ma pomiędzy tym okresem, bo cóż… cytując Franza Maurera z filmu „Psy” – „A kto umarł, ten nie żyje”.

Skoro jesteśmy przy temacie Tyrona i jego mózgu, to czy Xana mógł stracić pamięć i odrodzić się w nowym miejscu, po drodze przypominając sobie, czym w ogóle jest?
Lekko naginam zasady rozmyśleń, ale pomyślmy – superkomputer w Kadic, który nota bene był domem Xany przez pewien czas, zawierał elementy wspomnień naszego szalonego programu. Wyłączając go, jednocześnie program traci na wartości – zupełnie nic nie pamięta, ogólnie to żyje jak człowiek z amnezją powypadkową. Można się nawet kłócić, że umarł – a co!
Wtem budzi się w zupełnie innym miejscu, mianowicie w piwnicy Tyrona, będąc w jednej z tysiąca próbek testowych. Kiedy Tyron (lub jego przydupas… znaczy pomocnik) otwiera takową próbkę, nasz program rozprzestrzenia się po terenie, a profesor wraz z przyjaciółmi udaje się do lekarza pierwszego kontaktu. Podczas poznawania nowego domu, nasz bohater główny nagle przypomina sobie, kim jest i kto mu wyrządził taką krzywdę. Mówi sobie w myślach:
„Ach… wrócę na ziemię. Zniszczę tę bandę dzieciaków, która mnie wysłała na takie chore wakacje do jakiegoś starucha! Tylko jak się dostać…”
I w tej sekundzie zauważa ten cud architektury – prywatny, nowiuśki superkomputer Tyrona! Aż się buźka cieszy na sam ten widok, niczym dziecko dostające swój wymarzony od lat prezent od Mikołaja!

Domyślam się, że ta ostatnia teoria wydaje się co najmniej, jakbym przez jej napisaniem zdążyła wciągnąć amfetaminę, wstrzyknąć rtęć i wypiła więcej jak ćwiartkę polskiej wódki. Ale przyznajcie, że brzmi to dosyć logicznie. Tak mi się wydaje.
W końcu nikt nie wie, co się stało z Xaną i nikt mi nie zarzuci, że takowe sytuacje mogły się wydarzyć, zanim nastąpił ostateczny powrót na ziemię do licealistów w Kadic…
Może trafiłam w sedno sprawy, a Xana mnie za niedługo znajdzie i tyle będzie z moich teorii spiskowych…
Kończę ten wywód, dla własnego dobra. Waszego też.

Autorka: Azize
Korekta: Mayakovsky

Francuska zadyszka

Historyjka sprzed miesiąca: wchodzę sobie na CodeLyoko.fr, żeby sprawdzić, czy coś nowego się wydarzyło i czy jest coś, o czym warto napisać u nas. Patrzę, a tam informacja o filmiku z okazji 15-lecia serialu. Szybko jednak okazuje się, że coś, co redakcja międzynarodówki uznała za nowe nagranie, jest tak naprawdę materiałem z listopada. Do tego był on już publikowany u nas na stronie.

Co to obrazuje? Ano, coś co pozwoliłem nazwać sobie “francuską zadyszką”. Zapewne każdy, kto interesuje się CL, choć raz w życiu odwiedzał portal CodeLyoko.pl, czy to w francuskiej, czy w angielskiej wersji językowej. Przez wiele lat strona ta liderowała w ilości publikowanych wieści, nie miała też sobie równych jeśli chodzi o wszelakie dane na temat postaci, odcinków, samego Lyoko. I pod tym drugim względem nic się nie zmieniło, dalej jest to doskonałe źródło wiedzy dla tych, którzy chcą się dowiedzieć pewnych szczegółów. Nieco inaczej jednak sprawa wygląda, jeśli chodzi o wieści fandomowe. Przypadek opisany wyżej nie jest wyjątkiem, zdarzały się nawet sytuacje, w których rzecz, ogłaszana w newsie jako “nowa inicjatywa”, istniała już kilka miesięcy przed wypuszczeniem notki. Na dobrą sprawę to obecnie głównie wieści o IFSCL pojawiają się “nieprzeterminowane”.

Jest kilka powodów takiej, a nie innej sytuacji. Pierwszy, nasuwający się od razu: nie ma nowych odcinków serialu, nie ma nawet powtórek we francuskiej telewizji (a to ma znaczenie, gdyż redakcja w dużej mierze mieszka we Francji). A skoro nie ma impulsu w postaci emisji, to i słabiej o newsy. Bo przy premierze choćby Ewolucji coś jeszcze można było pisać (ba, wtedy to był jeden ze złotych okresów aktywności). Ale obecnie tego nie ma. Brak też jest informacji o przyszłości serialu. To akurat nie jest wina redakcji, bo za to odpowiada Mediatoon, który wie, że taki fanowski portal istnieje, bo tam właśnie poszło ogłoszenie o AMV.
Od pewnego czasu dochodziły sygnały o tym, że kilka osób z samej redakcji uznało, iż nie ma sensu już niczego nowego publikować. Jak na razie nie przeobraziło się to w jakieś odejścia ogłaszane publicznie, i oby tak zostało.

Ktoś może się teraz zastanowić: “no dobra, nie ma odcinków, nie ma emisji, to czemu np. Wy macie o czym pisać, a Francja nie?”. Ano właśnie, tu jest haczyk. Francuska redakcja dość rzadko informuje o fanowskich inicjatywach, projektach (np. o CL:Project Eradication była może jedna wzmianka w ciągu ostatnich 2-3 lat) czy nawet twórczości, co może nieco zaskakiwać, bo kiedyś był stały cykl “Talenty naszej społeczności”. A w obecnych czasach takie rzeczy są głównym składnikiem wieści, fajnie byłoby moim zdaniem, gdyby strona, która ma rozpoznawalnośc w świecie, również takie rzeczy publikowała.
Dziwić może też to, że od początku akcji z petycją do Mediatoona na stronie nie było żadnej wzmianki. Nieoficjalnie mogło to wynikać z polityki redakcyjnej i przewagi głosów sceptycznych wobec tej petycji, podjęto decyzję, by tego nie nagłaśniać.

Wygląda to trochę niepokojąco, jednak na szczęście nie ma co mówić o upadku strony, bo ta wciąż się broni obszerną bazą danych i projektami już wykonanymi, tak jak np. tłumaczenie książek z serii “Code Lyoko Chronicles” na angielski i francusku, tutaj redakcja istotnie się postarała, bo co tydzień dodawano nowy rozdział. Jest też wiele innych rzeczy wciąż dostępnych, z których nadal można korzystać, i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

Felieton na koniec roku

Kończy się kolejny rok, nadchodzi czas podsumowań. Wydawać by się mogło, że będzie podobnie jak w 2017, że nie będzie się zbyt wiele działo w fandomie. Jednak pozory mylą. Ten rok był, przynajmniej na naszym polskim podwórku, jednym z lepszych w historii. Udało się to nieco rozruszać, zaczęło pojawiać się więcej treści. Może nie jesteśmy na takim etapie jak, powiedzmy, 10 lat temu, gdy chociażby kodlyokowa blogosfera była bardzo rozrośnięta, ale myślę, że i tak w tym roku zrobiliśmy sporo.

Ważnym punktem, który praktycznie rzecz biorąc zapoczątkował ten rozruch, było ogłoszenie 5 maja powstania Centrum oraz Rady Ocalenia Fandomu. Od tego niejako zaczął się większy ruch w naszym fandomie, co widać zarówno na naszym serwerze discordowym (Buntownicy Lyoko), jak i na samej stronie. Zapowiadaliśmy, że nowe teksty będą pojawiać się regularnie, i tak się właśnie dzieje. Jak dotąd ani razu nie załapaliśmy żadnego opóźnienia, myślę że w 2019 zdołamy to utrzymać. Przy tworzeniu projektu Centrum chcieliśmy, aby było to miejsce, gdzie można swobodnie i bez obaw realizować różne koncepcje, zarówno pisarskie jak i nie tylko. Dodaliśmy do tego to, co od dawna jest znakiem rozpoznawczym tej strony, czyli bieżące informacje z krajowego i zagranicznego podwórka. Efekty możecie obserwować na co dzień, informacje się wciąż pojawiają, zaś wachlarz tematyczny tekstów, jakie publikujemy, stale się rozszerza, bo jest u nas miejsca zarówno na obyczajówkę (“Bez Lyoko”, “Fake Love”), jak i artykuły nieco bardziej ukierunkowane na swego rodzaju przemyślenia (“Równoległe rzeczywistości”), czy też one-shoty, które niedawno stały się popularne w naszym środowisku i które też często publikujemy.  

Mijający rok był istotny również z racji tego, iż obchodziliśmy 15-lecie istnienia naszego ulubionego serialu. Tutaj możemy się pochwalić, iż polski fandom bardzo się tutaj postarał, mocno się w obchody włączył, przez 5 dni pod rząd, od 30 sierpnia do 3 września, pojawiały się nowe materiały, nie tylko tekstowe. Warto w tym miejscu wspomnieć o powstaniu Drogowskazu Lyoko, stronie zawierające linki do miejsc w internecie związanych z naszym fandomem, są tam podane nie tylko polskie, ale też zagraniczne strony. A trzeba tutaj zaznaczyć, że nie wszędzie się tak postarano. Najbardziej zdziwiła mnie postawa CodeLyoko.fr, portalu, który kiedyś był zawsze przygotowany na takie okazje i w wielu przypadkach to właśnie tam kreowano pewne trendy fandomowe. W tym roku nie wykorzystano rocznicy, z tego powodu od samej redakcji nie pojawiło się nic. Był co prawda komunikat o tym, że Mediatoon szuka filmików AMV do wrzucenia na oficjalne konto, jednak niczego większego nie przygotowano (zresztą kwestia zastoju w redakcji międzynarodówki to temat na szerszy tekst).

Teraz wątek osobisty, wcześniej jakoś nie miałem okazji, ale uznałem, że teraz jest dobra okazja. Dziękuję wszystkim, którzy w plebistycie “Fan roku 2017”, jaki miał miejsce już w tym roku, oddali na mnie swój głos, przez co wygrałem ten konkurs. Nie jestem co prawda entuzjastą takich zabaw w fandomach, ale uznałem tak wewnętrznie, że te głosy potraktuję jako pewnego rodzaju okazanie uznania za to, co robię dla fandomu od ponad 6 lat. Tak więc, jeszcze raz dzięki, szczególnie że w następnej edycji, jaka ma się odbyć, nie będziemy już mieć prawa głosu, bo zmieniają się zasady.

Co nas czeka w nadchodzącym roku? Szczerze mówiąc – nie wiadomo. Szczególnie jeśli chodzi o zagraniczne podwórko i najważniejszą kwestię dla każdego fana CL: czy będzie coś nowego. Może coś być, może się Mediatoon wziąć do roboty, ale może też nie być nic. Jeśli zaś chodzi o polski fandom, to tu jestem nieco większym optymistą, gdyż ten impuls, jaki dało powstanie i dzialałność Centrum, może spowodować (i w sumie nawet teraz to się w pewnym stopniu dzieje) przyrost nowych fanów czy choćby osób, które kiedyś oglądały serial, a teraz sobie o nim przypomniały i chciały sprawdzić, czy coś jeszcze wokół niego się dzieje.
A jak będzie… pożyjemy, zobaczymy.

Czy “The Guardian Code” ściągał z “Kod Lyoko”?

Prawie każdy internauta, który obejrzał zapowiedź ReBoot: The Guardian Code, po seansie wyrażał jedną i tą samą opinię: „to nie ma żadnego powiązania z oryginałem, dostaniemy jakieś dziwne połączenie Kod Lyoko i Power Rangers”. Po premierze pierwszych 10 odcinków nadszedł czas, by dokładniej przyjrzeć się sprawie i zastanowić się, czy nowy ReBoot faktycznie zżynał z francuskiej kreskówki, tylko się wzorował, czy może wszelkie podobieństwa są zupełnie przypadkowe. Osąd wydacie sami – ja wypiszę tylko wszystkie elementy, które moim zdaniem są podobne do ich odpowiedników w KL. Postaram się przy tym unikać tych rzeczy, które pochodzą z oryginału ReBoota. Chciałbym również przestrzec wszystkich przed spoilerami, których w tego typu rozważaniach po prostu nie da się uniknąć. Jeżeli zamierzacie obejrzeć The Guardian Code, polecam wrócić do artykułu już po zakończeniu seansu. Zostaliście ostrzeżeni. A teraz, bez zbędnego przedłużania, przejdźmy do sedna:

1. Ogólne

– w obu seriach bohaterowie uczęszczają do szkoły (choć Alan Turing jest tylko liceum, a Kadic zespołem szkół)

– w obu seriach bohaterowie odkrywają przypadkiem wirtualny świat, co sprawia, że zostają przyjaciółmi

– w obu seriach bohaterowie muszą udawać się do owego wirtualnego świata, by walczyć o bezpieczeństwo Ziemi

– w obu seriach bohaterowie prócz broni posiadają również pojazdy oraz specjalne moce

– w obu seriach bohaterowie sprowadzają na Ziemię osoby, które początkowo były uwięzione w wirtualnym świecie (Aelita i Vera)

– w obu seriach bohaterowie poruszają się po Internecie specjalnym statkiem (Skidblandir oraz Codec)

– struktura odcinków jest dosyć podobna: zawiązanie akcji na Ziemi; pojawienie się jakiegoś „ziemskiego” problemu; atak w wirtualnym świecie; zamknięcie wątku z początku odcinka

– skład obu grup jest bardzo podobny – 3 chłopaków (geniusz, sportowiec i śmieszek) i 2 dziewczyny, w tym jedna pochodząca z wirtualnego świata

– główni wrogowie bohaterów próbują siać zniszczenie w świecie rzeczywistym poprzez oddziaływanie na świat wirtualny (Xana aktywuje wieże, a Sourcerer atakuje serwery)

– w obu seriach antagoniści przypuścili atak na elektrownię oraz manipulowali pogodą

– w obu seriach główni antagoniści nie walczą z bohaterami bezpośrednio, lecz wysługują się potworami (oraz swoim głównym pomagierem – w przypadku Xany był to William, a Sourcerera – Megabyte)

2. Austin vs. Odd

– obaj posiadają zwierzątko

– obu można uznać za największych dowcipnisiów w grupie

– w świecie wirtualnym obaj korzystają z pocisków wystrzeliwanych „z rąk”

– w świecie wirtualnym obaj korzystają z praktycznie takiego samego pojazdu: deski, przy pomocy której bardzo lubią wykonywać sztuczki

3. Ulrich vs. Trey

– obaj są sportowcami (Ulrich gra w piłkę, Trey – w koszykówkę) i wiodącymi postaciami w swoich zespołach

– jeden i drugi posiada bardzo wymagającego ojca

– w świecie wirtualnym obaj walczą w zwarciu (choć Trey walczy gołymi pięściami, a nie bronią białą, jak Ulrich)

– zarówno Ulrich, jak i Trey nie są najlepszymi uczniami i mają problemy z nauką

4. Aelita vs. Vera

– obie są powiązane z geniuszami stojącymi za procedurą wirtualizacji (Aelita jest córką Hoppera, a Vera została stworzona przez ojca Austina. Chociaż kto wie, może jeszcze się dowiemy, że wcale nie jest AI?)

– obie były na początku uwięzione w wirtualnym świecie, choć potem trafiły na Ziemię

– w obu zakochują się najwięksi geniusze grupy

5. Jeremie vs. Parker

– obaj są ponadprzeciętnie inteligentni

– obaj zakochali się w dziewczynach, które były uwięzione w wirtualnym świecie

6. Ojciec Austina vs. Franz Hopper

– obaj mają powiązania rodzinne z grupą głównych bohaterów

– obaj panowie są odpowiedzialni za stworzenie laboratorium, z którego można przenieść się do wirtualnego świata

– obaj panowie opracowali procedurę wirtualizacji

– żaden z nich nie pomyślał o zostawieniu łatwo dostępnych instrukcji dla potomnych; zarówno Strażnicy, jak i Wojownicy musieli się trochę postarać, by czegoś się o nich dowiedzieć

7. Bronie

– zarówno Tamra, jak i Ulrich w walce posługują się mieczami (choć Tamra ma dodatkowe ostrza przymocowane do nóg)

– Odd i Austin walczą przy pomocy pocisków wystrzeliwanych „z rąk”

– Parker oraz Yumi korzystają z broni rzucanej, która wraca do nich po rzucie (Yumi – wachlarze, Parker – coś, co zostało określone mianem „bumerangu”)

8. Pojazdy

– deska Odda i deska Austina funkcjonują praktycznie tak samo

– hulajnoga Yumi jest bardzo podobna do pojazdu Parkera

I to jest na ten moment wszystko, co przychodzi mi do głowy – jeżeli zauważyliście jeszcze jakieś cechy wspólne dla obu serii, to nie zapomnijcie się nimi podzielić. Jak widać, elementów wspólnych dla obu serii jest naprawdę sporo. Jak myślicie – jest to świadome kopiowanie z Kod Lyoko, inspiracja i chęć oddania hołdu kreskówce czy może czysty przypadek? Czy w drugiej części sezonu możemy spodziewać się kolejnych podobieństw, czy może ReBoot pójdzie w zupełnie innym kierunku, niż KL? I jak oceniacie działania samych scenarzystów – przekroczyli już granicę moralności? Dyskusja w tej sprawie na pewno prędko się nie skończy. Mam nadzieję, że również i Wy wypowiecie się na ten temat.

Autor: Mayakovsky

Cyberpunk 2004, czyli czy Xana śni o elektrycznych owcach?

Zacznijmy od czegoś, czego nie powinno się robić, czyli podzielmy ludzi na “uczciwych”; fanów i fanów, którzy się oszukują. Odpowiedź na pytanie, co dana osoba pokochała w KL i co sprawiło, że została w fandomie na dłużej, zwykle odzwierciedla się w odpowiedzi na inne pytanie: który sezon jest twoim ulubionym?

Jeśli czwarty lub trzeci, prawdopodobnie porwał cię przygodowy klimat, lekka historia z głębszymi niuansami i przyjemne poczucie szalonego niebezpieczeństwa składające się na nieco rozwinięty i z własnym charakterem, ale generalnie serial, który możemy spokojnie zaliczyć do kina nowej przygody. Gdyby KL powstawało dzisiaj, pewnie te same elementy złożyłyby się na serię superhero. Jeśli to drugi sezon jest twoim ulubionym, to pewnie za to, co dla wielu jest prawdziwym sercem KL: historię Hoppera i shenanigany z Aelitą i Kluczami. W tej grupie fanów znajdzie się paru, którzy się oszukują. Są jeszcze tacy, w tym ja, którzy na spokojnie, z perspektywy czasu i kilkukrotnych seansów ulubionych odcinków, najcieplejsze wspomnienia mają z pierwszego sezonu.

Prawdopodobnie większość z nas dzielących to uczucie oszukuje samych siebie. Co przez to rozumiem? Polski fandom dawno wpadł w pułapkę tłumaczenia wszystkiego naukowo. Programistyczny setting wirtualnego świata sprawił, że chcieliśmy poznać jego działanie i wyjaśnić je sobie w oparciu o rzeczywistą naukę. Techno-bełkot Jeremiego wykładającego zasady panujące w Lyoko Oddowi z czasem stał się nie do odróżnienia od szalenie kreatywnych bzdur wypisywanych przez nas na forach.
I o ile ta część charakteru KL porwała co poniektórych, to obawiam się, że w pierwszym sezonie nie ma tego ani trochę. Później z resztą też nie jest kładziony na to nacisk; programowanie to jedynie rozwiązanie fabularne: pojazdy, superskan, program antyxanowy, klon Williama, kod: Ziemia… długo można by wymieniać. Ale zauważcie, że w opowiadanej historii istotne są jedynie efekty napisanego kodu” cudownego zaklęcia zmieniającego zasady gry. Programowanie sednem odcinka było raz, w “Skidbladnirze”. Raz na 97 (wliczając w to prequele) odcinków serialu opartego o technologię i informatykę.
Czemu? Prosta sprawa: “Kod Lyoko” nigdy nie pretendowało do miana hard science fiction. Co więcej, od pierwszej koncepcji w założeniach było to szalone fantasy na miarę rozpoczynającego się wówczas XXI wieku; wieże i księżniczki, rycerze i potwory, magia i demony zostały przeniesione z świata wiecznego idealizowanego średniowiecza w świat nowych możliwości: Lyoko. Twórcy wzięli to wszystko i postarali się ruszyć w przyszłość, opowiedzieć fantastyczną historię unikając zamknięcia swojej wizji w ramach science fiction i, umyślnie lub nie, stworzyli serial ociekający gibsonowskim wczesnym cyberpunkiem. Poszukiwanie Klucza w Piątce? Żeglowanie po Internecie? “Równoległa rzeczywistość”? Przecież to wyobrażenie cyberprzestrzeni rodem z czasów “Neuromancera”;, tak dalekie od podstaw technicznych, jak bliskie nienaukowej fantazji.

Więc tak, oszukujemy się. Szukamy wyjaśnień, zagłębiamy się w aspekty technologiczne, godzinami rozprawiamy o tym, czemu Powrót do Przyszłości nie przywraca do życia, albo czemu po drugim sezonie nieaktywne wieże zmieniły kolor. Jednocześnie najprzyjemniej wraca nam się do starszych odcinków. Zachwalamy stare stroje i “brudny” wygląd sektorów. “Równoległą rzeczywistość” i “Klucze” stawiamy na najwyższych pozycjach naszych osobistych zestawień, zaraz obok “O włos”, “Kłamstw” i “Kontaktu”. Zadajmy sobie przez chwilę szczere pytanie: czy to tylko fabuła i indywidualne względy estetyczne zwracają naszą uwagę, czy to, co nas porwało, to stylistyka na granicy modernistycznego fantasy i odciążonego z klimatów noir cyberpunku, nijak nie związana z hardkorowym sf, którego tak się od lat w KL doszukujemy?
Widząc wyżej słowo “cyberpunk” większości pewnie w pierwszej chwili przypomniały się nocne deszcze nad Miastem Aniołów z “Blade Runnera” i to wcale nie jest takie znów nietrafione skojarzenie. Czy chcę powiedzieć, że Xana śni o elektrycznych owcach? Nie, raczej nie (choć kto wie? wszyscy pewnie pamiętamy pointę odcinka “Dobry i zły”). Chodzi mi o stylistykę, w jakiej przedstawiane są sceny na Ziemi podczas pierwszego sezonu. Choć wraz z motywem replik zaczęliśmy podróżować z bohaterami po całym świecie, to właśnie w pierwszych 26 odcinkach dostrzeżemy najwięcej różnorakich teł. Wiele akcji będzie się działo w nocy lub z wieczora, gdzie rysownicy odchodzą od wyblakłego zestawu kolorów na rzecz zabaw białym sztucznym światłem lub pastelowymi odcieniami zachodzącego słońca. W kolejnych sezonach zaś zdecydowana większość sytuacji zostanie nam przedstawiona w trakcie dnia, na tych samych tłach błękitnego nieba przecinanego białymi chmurami. Samo Kadic przez te zmiany oświetlenia stanie się też bardziej “czyste”, mniej surowe i zestarzałe, mniej wyblakłe od słońca, a mieszkańcy Paryża mniej zmęczeni i bardziej kreskówkowi. W tych postępujących z sezonu na sezon zmianach można dostrzec nurt odchodzenia od mocnej stylistyki przedstawionej na samym początku, w “Garage Kids”. Sam otwierający kadr krótkiego odcinka pilotażowego budzi skojarzenia z – rozpowszechnionym m.in. przez “przed-Akirowy” cyberpunk właśnie – wizerunkiem dystopijnego science fiction.

To wszystko, o czym piszę wyżej, widać jak na dłoni, a jednak ja sam przez długi czas nie potrafiłem zorientować się, że oszukuję sam siebie, jak i oszukuję innych. Uparcie bowiem analizowałem “Kod Lyoko” (z pomocą wielu innych członków fandomu), starając się uczynić z niego dzieło kompletne przy pomocy kompleksowych spójnych teorii.
“Kod Lyoko” to lekkie fantasy przepełnione uwspółcześnioną magią. Lyoko i Internet to nie są elementy wizji cyberprzestrzeni z roku 2004, ale unowocześniona o 20 lat szalona wizja z 1984 (może to dlatego KL mimo upływu lat się aż tak nie starzeje? bo od początku było ponadczasowe?). Taka, w której powinniśmy się spodziewać piratów żeglujących po Cyfrowym Morzu i podróży w każdą stronę przez czas, przestrzeń i Internet. U podstaw stylistyki KL leżą różne spojrzenia na cyberpunk sprzed kilku dekad; nie wizjonerska przyszłość, ale odświeżone retro. Czemu więc staramy się wszystko tłumaczyć i rozkładać na czynniki pierwsze? Nikt przecież nie rozpisuje na tablicy fizyki stojącej za magią Warcrafta. Jeśli uwiódł nas cudowny vibe “Garage Kids”, czemu odrzucamy jego istotę, to, co czyni go dla nas porywającymi?
Powinniśmy o KL myśleć bardziej jak twórcy “Ewolucji”. Tak, “Ewolucji”. Może nie tak niechlujnie podchodząc do materiału źródłowego, ale na pewno tak kreatywnie; mamy przecież do poznania całą cyberprzestrzeń. Jak wspaniale by było, gdyby nie była wypełniona odtwórczymi replikami Lyoko (tym już zajął się Xana, my nie musimy), ale dziewiczymi wyspami o własnych zasadach, jak Kora (Cortex), prawda?
Nie odrzucajmy korzeni i inspiracji leżących u podstaw pomysłu twórców na samym początku serii, ale rozwińmy je.

P.S. Tak, napisałem to głównie dlatego, że chciałbym poczytać sobie o piratach w Cyfrowym Morzu, z techno-remiksem “He is a pirate” na słuchawkach i bananem na twarzy 🙂

“Jestem wiecznym dzieckiem”

Piątek, godzina 14:00, rok 2007

Na dworze beznadziejna pogoda, nikt nie chce wychodzić. W odwiedziny przyjeżdża rodzina – wujek, ciocia i kilka lat starsza ode mnie kuzynka. Siedzimy w pokoju, ona włącza ZigZapa. Zgodziłam się, w końcu jest moim gościem. Leci jakaś dziwna bajka, której nigdy nie widziałam. Z początku nie zwracam na nią większej uwagi i układam sobie puzzle. Jednak coś przykuwa moją uwagę.

Postać ubrana cała na różowo, która nagle zaczyna latać.

Przestaję układać i siadam po turecku, wpatrzona jak w obrazek. Próbuję cokolwiek zrozumieć z bajki. Mamy czwórkę osób w cyfrowym świecie – Lyoko. Piąty chłopiec w okularach siedzi przy komputerze i podaje instrukcje swoim przyjaciołom. Jest jeszcze jeden, taki zły. Próbuje im przeszkodzić.

– Ale on jest okropny! Muszą go pokonać.

– Cicho, oglądaj.

Jak powiedziała starsza kuzynka, tak zrobiłam. Jednak te wszystkie dziwne nazwy, imiona postaci. Dziewczyna z wachlarzami to Yumi. Fioletowy kot to Odd. Żółty z mieczami to Ulrich. Niebieski sweterek to Jeremie. Zły to William. Różowa to Aelita.

Od razu wiedziałam, że ostatnia będzie moją ulubioną postacią. W końcu lata i ma moc. Jak ona szła? Pole energii? Jakoś tak.

Następnego wychodzimy z kuzynką na dwór. Proponuję jej się bawić w bajkę, którą oglądałyśmy. Zgadza się.

– Ja będę Aelitą! Ona ma skrzydła!

– Ale ty ich nie masz.

Co z tego? Po coś jednak wyobraźnia istnieje. Kuzynka z gałęzi i liści plecie wachlarz. Przyglądam się jej w skupieniu. Jestem w szoku, jak ona to zrobiła.

– Ja jestem Yumi. Walczymy?

– One były przyjaciółkami.

– Udajmy, że jedną z nich opętał ten…

– Xana?

– Właśnie!

Udajemy walkę. Kuzynka z liści ma wachlarz. Ja biorę szybkimi ruchami piasek w dłonie i krzyczę „Pole energii”. Chcę ciągle zadawać pytania o tę bajkę. Jednak decyduję się na jedno:

– Co to jest za bajka?

– Kod Lyoko.

Kod Lyoko. Muszę zapamiętać.

Miesiąc później, rok 2007

Wracam szybciutko do domu. Zaraz będzie ta bajka, którą widziałam wcześniej. Coś mi jednak nie gra, jak zaczynam oglądać.

Dlaczego Aelita jest w komputerze?

Gdzie jest William?

Dlaczego mają oni inne stroje?

Oglądam przez jakiś czas, ale cały czas nic nie mogę z niej nic zrozumieć. Ostatecznie odpuszczam sobie dalsze oglądanie. Pamiętałam tylko dwie rzeczy – Aelita jest dobra, a William nie.

Czwartek, rok 2013

Lekcje odrobione, ale nie mam z kim wyjść na dwór. Koleżanka ma szlaban. Włączam komputer. Dochodzę do wniosku, że chętnie bym sobie coś obejrzała.

Nagle sobie coś przypominam.

Była taka bajka! Jak ona szła?

Mało nas, choć w sam raz, by ratować ten świat…

Szukam po całym internecie. Znajduję pewien portal, gdzie są wszystkie odcinki. Zaczynam oglądać. Nie wiedziałam wcześniej, że ominęłam cały pierwszy sezon.

Zauważam, że postać Williama Dunbara nie jest wcale taka zła, jak myślałam kilka lat wcześniej. Wbrew pozorom to jest dobra osoba. Stara się, ale Wojownicy Lyoko tego nie doceniają.

Zwróciłam też uwagę na jeden mankament – Ulrich nie potrafi rozmawiać z dziewczynami. Miał mnóstwo okazji, żeby wyznać ukochanej miłość, a ostatecznie nigdy do tego nie doszło. Nawet w aktorskiej kontynuacji o nazwie „Kod Lyoko: Ewolucja”, której kanoniczność z kreskówką jest kwestią bardzo sporną. Teoretycznie byli wtedy już w liceum.

Aelitę nadal lubię, ale chwilami mam wrażenie, że za dużo się wokół niej dzieje. Para najlepszych uczniów w całej szkole jest naprawdę urocza. Jestem zawiedziona nadal brakiem wyznania miłości, ale mają w sobie coś słodkiego, co sprawia, że nie potrafię się na nich obrażać.

Sissi jaka jest, taka jest – ona wiele się nie zmieniła. Strasznie kojarzyła mi się z ludźmi w szkole. Jest irytująca, ale nie kryje się z emocjami, co potrafią robić nasi główni bohaterowie.

Obejrzałam całość, wiem jedno.

Chcę pisać o tym.

Stawiam swoje pierwsze kroki w fandomie, ale o tym będzie innym razem.

Poniedziałek, rok 2020

Nadal w fandomie funkcjonuję. Funkcjonuje Centrum – wspaniała fandomowa inicjatywa, której mam zaszczyt być częścią. Piszę różne opowiadania i miniaturki. Pracuję nad czymś większych. Matura opóźniona. Nie chcę ciągle oglądać zlepek filmików, a przy stand-upach co chwilę się śmieje.

Oglądam Kod Lyoko. Od początku.

Zauważam jedną rzecz, której nigdy wcześniej nie widziałam.

Sissi po prostu chciała się zaprzyjaźnić. Chciała mieć wielu przyjaciół. Nie kryje się ze swoim zdaniem, nie można jej odmówić wyrazistości. Pokonała ją zazdrość o Ulricha. No i strach. Strach, że może stać się krzywda komukolwiek – czy to Wojownikom, czy jej samej.

Ulrich, Ulrich…

Nadal za nim nie przepadam. Jest pokrzywdzony przez swojego ojca, ale ciągłe fochy sprawiają, że mam problem z polubieniem go. Mam problem z pisaniem opowiadań, gdzie gra pierwsze skrzypce. Próbowałam dłuższe prace – wszystkie trafiły do kosza.

Aelity co prawda nie uważam, że jest za dużo, jednak jest za dużo niejasności z nią związanych. Gdyby powstała króciutka seria poświęcona tylko jej, to chętnie bym obejrzała.

Jak bardzo lubię postać młodej Ishiyamy, to im jestem starsza, tym bardziej nie rozumiem jej podejścia. Doskonale wie, że podoba się Dunbarowi – Dlaczego nie może mu powiedzieć wprost, tylko non stop odwleka tę wiadomość? Skoro tak podoba jej się Ulrich, to czemu nie zrobi pierwszego kroku? A może jednak jest trochę w tym prawdy, że nowy z Kadic zauroczył ją swoją pewnością siebie?

No i William.

Ta postać sprawiła, że całe moje myślenie się zmieniło. W dzieciństwie przeze mnie znienawidzony, a teraz to niezmiennie od kilku lat ulubieniec. Ma swoje wady – kto ich nie posiada, niech pierwszy rzuci kamieniem. Jednak urzeka mnie tym, jak bardzo jest bezpośredni i pewny siebie w swoich przekonaniach.

Takimi ludźmi, jak on się otaczam w prywatnym życiu. Na swój sposób osoby romantyczne, zabawne, pewne siebie… czasami za dużo mówimy. Tylko czasami.

Czy mówiłam już, że każdy William jest świetny w swojej roli?

William Dunbar – postać z „Kod Lyoko”

Will Treaty – główny bohater „Zwiadowców”

William Shakespeare – wybitny dramaturg

Długo by wymieniać. Wiem jedno.

Jestem wiecznym dzieckiem.

Czy jest mi z tym źle? Wcale.

Teraz jestem na studiach i nadal tworzę o Kodzie Lyoko. Może po studiach zmienię podejście do Ulricha i stanie się moją postacią? Może skupię się na parze Einsteinów?

Autorka: Azize