Refleksje po czerwcowych wydarzeniach

Jedna rzecz na sam początek tego tekstu: to nie będzie żadna forma jakiegoś tłumaczenia się za to, co stało się w czerwcu w światowym fandomie i w czym polska strona miała swój udział, bo nie uważam, żebyśmy tutaj coś złego zrobili. Felieton ten piszę dlatego, że chciałbym skomentować to, co się działo, wszystkie newsy, jakie otrzymaliśmy w ostatnim czasie. Jak pewnie wiecie, przy podawaniu kolejnych komunikatów nie komentowaliśmy ich treści, zgodnie z zasadą, którą się kieruje przy redagowaniu wieści – nie dodawać komentarza od razu w treści newsa, bo to nierzetelne. Dlatego też powstaje ten tekst.

Jeśli niektórym z Was to, co przeczytacie niżej, wyda się znajome i będziecie mieć wrażenie, że gdzieś już to słyszeliście – może tak być, gdyż wykorzystam tutaj to, co mówiłem o całej sytuacji w różnych rozmowach prowadzonych w ostatnich tygodniach.

OK, więc zacznijmy od początku. A ten nie nastąpił w czerwcu, tylko wcześniej. Kontakt z hiszpańską grupą CLReaction miałem od dłuższego czasu i już w marcu tego roku zapytałem się o to, czy wiadomo coś nowego w związku z sprawą nowej rzeczy lyokowatej. Odpowiedź była dość krótka: nic teraz nie wiadomo, prędzej w czerwcu. Oczywistym było, że tego nie ma sensu pisać na stronie, bo nic nowego to nie wnosiło. Na początku czerwca ponowiłem kontakt, wtedy właśnie Hiszpanie odpisali mi, że mają obawy, iż to może być zbyt dziecinne i że spodziewano się innego podejścia. Przez kilkadziesiąt minut debatowaliśmy w Radzie, czy robimy z tego osobną wiadomość, czy jednak czekamy do 10 czerwca. Ostatecznie postanowiliśmy jednak nie czekać i opublikowaliśmy depeszę 7 czerwca, przygotowując także wersję angielską.

Zapewne kojarzycie taki film „Jak rozpętałem drugą wojnę światową?”. Szczególnie początek. Kanonier Dolas strzela raz, na co odpowiada mu zmasowany atak Niemców. Biedny Franek nie mógł wiedzieć, że jego strzał zbiegł się z rozpoczęciem wojny, dlatego rzucił kwestię „Rany Julek…ale nawarzyłem bigosu”.
Dokładnie to samo powiedziałem, gdy zobaczyłem na drugi dzień, jakie komentarze na Reddicie ma nasza angielska publikacja. O ile polska wersja była przyjęta tak jak poprzednie wiadomości w tej sprawie, czyli bez oskarżeń wobec Hiszpanów, to w zagranicznym fandomie dyskusja była bardziej burzliwa. Odezwał się nawet Immudelki, który zazwyczaj nie zabierał głosu w innych sprawach poza swoim IFSCL. Tym razem jednak zabrał głos, bardzo krytyczny wobec tego, co powiedzieli Hiszpanie. Początkowo miałem wrażenie nawet, że to się tyczy nas, ale jednak z kontekstu wynikało, że to oni zachowują się, jego zdaniem, okrutnie, mówiąc o czymś, o czym nie mogą do końca powiedzieć wszystkiego, nie dając do tego nawet odrobiny jakiegoś dowodu.

Sprawa zrobiła się tak duża, że Hiszpanie postanowili wypuścić osobny komunikat. Pamiętam, że gdy on się pojawiał, byłem w pracy (dokładniej w pokoju, gdyż pracuję z domu), i trochę się zmobilizowałem, by jak najszybciej skończyć zaplanowane zadania, tak aby zająć się tłumaczeniem oświadczenia i wypuszczeniem go w miarę sprawnie na stronę. Uznałem bowiem, że jeśli z niezbyt wielkiej rzeczy, jaką były dwa wpisy na Twitterze, robimy pilnego newsa, to tym bardziej powinniśmy poza kolejką puścić także ten tekst, szczególnie że on jednak nieco układał do kupy to wszystko, co wiemy na ten moment, do tego był pierwszym tak obszernym stanowiskiem hiszpańskiej grupy od początku sprawy ze światełkiem w tunelu, czyli od grudnia 2021.

Nie będę tu przytaczać całości tekstów, bo one są dostępne na stronie jako wieści specjalne, skupię się tu bardziej na tym, co mnie zaskoczyło, zdziwiło i zastanowiło. Pierwsza rzecz – mocna reakcja Immudelkiego. Nie spodziewałem się tego z jego strony, chociaż miałem też wrażenie, jakby nieco nie kojarzył, co się działo, jakby nie znał wcześniejszej historii, tylko teraz się dopiero dowiedział. Rzucił on dość mocne oskarżenia, a wydaje mi się, że jemu łatwiej by było pewne rzeczy zweryfikować. Dlaczego tak sądzę? Ano – Immu ma kontakty z francuską stroną. Oni z kolei mieli jeszcze jakiś czas temu kontakt z Mediatoonem. Możliwe, że nadal on jest, więc można by było dopytać. Wiadomo, że w Mediatoonie i tak nie powiedziano by na tym etapie zbyt wiele, ale może coś byśmy więcej wiedzieli.

W oświadczeniu Hiszpanów nieco zastanowiła mnie jedna rzecz. Bo ogólnie cały tekst jest skonstruowany dobrze moim zdaniem, logicznie, mamy także wypunktowane, co wiemy na ten temat (na pewno coś będzie, ale nie wiemy kiedy dokładnie, nie mamy też pewności, w jakiej to będzie formie). Ale fragment, który teraz zacytuję, jest jednak dość prowokacyjny:

„Uważamy za śmieszne, że ludzie, którzy nie płacą oficjalnych licencji za wykorzystywanie marki do swoich projektów fanowskich, oskarżają nas o podawanie fałszywych wiadomości.”

Można to odczytać jako aluzję do Immudelkiego, nawet jeśli Yumivigo potem pisała na Reddicie, żeby tego fragmentu nie kierować personalnie. Myślę, że to było niezbyt potrzebne, choć rozumiem wzburzenie Hiszpanów.

Zgadzam się z tym, że nie jest zbyt mądre, aby myśleć, że oni to sobie wszystko zmyślili tylko po to, by zdobyć jakąś popularność. To by nie miało żadnego sensu. Szkoda trochę, że niektórzy tego nie rozumieli i nadal takie sugestie rzucali, doprowadzając tym samym do tego, że Yumivigo, jedna z zarządzających CLReactions, się wnerwiła, przez co postanowiono, iż niczego się od nich więcej niestety nie dowiemy. Tak więc źródełko trafił szlag. Musimy teraz czekać na jakieś oficjalne informacje, miejmy nadzieję, że nadejdą niedługo i że będą dobre.

Metaverse – największa szansa na powrót Kod Lyoko?

Osoby zainteresowane technologią i jej rozwojem z całą pewnością natrafiły już na określenie „metaverse”. W moich oczach jest to prawdziwy ewenement w historii informatyki. W tym przypadku nie chodzi mi jednak o skalę rewolucji, jaką obiecują nam propagatorzy metawersum (to chyba najlepsze spolszczenie tej egzotycznej nazwy, ale przyznam szczerze – w słowniku jej jeszcze nie znajdziecie. Na potrzeby tego felietonu umówmy się jednak, że właśnie w ten sposób tłumaczy się słówko „metaverse”, dobrze?). Znacznie ciekawszy jest dla mnie fakt, że tak naprawdę nikt do końca nie wie jak właściwie ma ono wyglądać, a jednak panuje dosyć powszechne przekonanie, że jest to przyszłość branży i krok milowy w dziejach Internetu. I jest to przekonanie na tyle duże, że wiele firm już teraz zaczęło w metawersum inwestować – czy to pośrednio (Sony i KIRBI – firma od Lego – przekazały Epic Games okrąglutkie 2 miliardy dolarów), czy to poprzez bezpośrednie tworzenie zespołów (albo i całych działów) mających ów metaverse tworzyć: wspomniany Epic, Facebook (który nawet zmienił nazwę na Meta… robi się poważnie, co?), Microsoft, Nvidia… w skrócie bardzo dużo bardzo dużych marek.

W zrozumieniu tego fenomenu raczej nie pomaga też fakt, że we wszystkich dywagacjach na jego temat często pojawia mnóstwo innych tajemniczych nazw – od trochę już rozpowszechnionych „kryptowalut” i „blockchaina”, poprzez znacznie świeższe „NFT”, aż do chyba kompletnie już enigmatycznego dla większości czytelników „Web3”. Dlatego też przed przejściem do meritum, czyli co z tym wszystkim może (a właściwie to powinno) mieć wspólnego Kod Lyoko, chciałbym najpierw spróbować wytłumaczyć Wam o co z tym całym metawersum chodzi. Jeżeli ktoś jest już obeznany w tej tematyce, to może pominąć następne dwa akapity.

Zacznijmy od samego początku, czyli etymologii określenia „metaverse”. Tak naprawdę jest to scalenie dwóch innych słów – greckiego przyrostka „meta” (które możemy przetłumaczyć na „poza”, „ponad” albo „coś w innym kontekście”) oraz angielskiego „universe” (czyli „uniwersum” albo „wszechświat”). Warto też wspomnieć o tym, że zarówno w języku polskim, jak i w języku angielskim słówko „meta” używa się do określenia takiego członka grupy, który służy do opisywania innych członków tej grupy. Tak, wiem – na pierwszy rzut oka nie ma to sensu, dlatego podrzucam parę przykładów: „metadane” to dane używane do opisu zbioru danych, „metajęzyk” to język używany to opisywania języków, a „metateoria” – teoria dotycząca teorii. Idąc tym tropem powinniśmy dojść do wniosku, że metawersum miałoby być z jednej strony „światem poza tym, w którym żyjemy”, a z drugiej „światem zawierające inne światy”. Myślę, że jest to całkiem dobry punkt startowy, ale przyjrzyjmy się temu słowu z jeszcze innej – tym razem historycznej – strony.

Określenie „metaverse” po raz pierwszy pojawiło się w powieści Neala Stephensona pod tytułem „Zamieć” (co godne odnotowania, została wydana w 1992 roku, czyli zaledwie rok po pojawieniu się pierwszej strony internetowej). Autor nazywał w ten sposób wirtualny świat, który użytkownicy mogli zwiedzać za pomocą specjalnych gogli (dzisiaj nazwalibyśmy je goglami VR); miał on być ucieczką od ponurej rzeczywistości poprzez oferowanie przeciętnemu człowiekowi znacznie więcej możliwości niż zwykły świat – każdy mógł w nim być kim chce, robić co chce i osiągnąć znacznie szybciej znacznie więcej, niż byłoby to możliwe prawdziwym świecie. A co dla nas szczególnie ważne, była to w pewnym sensie wizja sieci odległej przyszłości: Internetu w postaci trójwymiarowej. Gdy dorzucimy do tego wnioski z poprzedniego akapitu, ukazuje się przed nami już całkiem konkretna wizja metawersum jako następca Internetu dostępnego w pełnym trójwymiarze (to właśnie jest ten „świat poza tym, w którym żyjemy”), gdzie poszczególne strony czy aplikacje mogłyby być osobnymi światami (czyli „świat zawierający inne światy”). Dla przykładu, w trakcie trwania pandemii zdalne lekcje często były przeprowadzane poprzez platformę Microsoft Teams, dzięki której nauczyciele mogli rozmawiać z uczniami z użyciem kamerek czy też udostępnić podopiecznym swój pulpit w celu pokazania prezentacji albo wyświetlenia jakiegoś filmiku. W metawersum natomiast takie lekcje mogłyby się odbywać w wirtualnym odwzorowaniu zwykłej szkolnej sali lekcyjnej, którą uczniowie mogliby obserwować z pomocą gogli VR. Takie rozwiązanie dawałoby także możliwości niedostępne nam w zwyczajnej szkole – na lekcjach biologii nauczyciel mógłby pokazywać trójwymiarowe modele omawianych roślin i zwierząt, na lekcjach historii uczniowie mogliby zwiedzać wirtualne muzea i tak dalej, i tak dalej.

Brzmi to dla Was zbyt pięknie, żeby było prawdziwe? Cóż, z przykrością muszę powiedzieć, że zapewne macie rację… chociaż może z nieco innych powodów, niż się spodziewacie. Z czysto teoretycznego punktu widzenia stworzenie takiego metawersum jest bowiem jak najbardziej możliwe. Owszem, byłoby to zadanie przerażająco wręcz ambitne (jeżeli chodzi o skalę całego przedsięwzięcia), ale dysponujemy już technologią niezbędną do jego zrealizowania. Oczywiście po drodze natrafilibyśmy na sporo przeciwności typu „grafika musi być słaba”, „liczba użytkowników w danym świecie musi być mocno ograniczona”, „mało kogo stać na kupno odpowiednio mocnego sprzętu, który pozwalałby na odwiedzanie metawersum”, „tylko duże firmy byłoby stać na przeniesienie swoich stron i aplikacji do wirtualnej rzeczywistości” czy „kto i gdzie miałby przechowywać wszystkie nasze dane”, ale to wszystko z czasem dałoby się rozwiązać (chociaż obawiam się, że jeszcze przez dziesiątki, a może nawet setki lat ludzie z biedniejszych krajów nie mieliby dostępu do metawersum). Jeżeli mielibyśmy dość chęci i środków, to prototyp moglibyśmy postawić już teraz i dlatego jestem szczerze przekonany, że Meta (Facebook), tak samo jak i całe mnóstwo innych firm, naprawdę pracują teraz nad stworzeniem metawersum – nawet jeżeli na pierwszy rzut oka brzmi to tylko jak marketingowy slogan. Problem polega jednak na tym, że po pierwsze każda z tych firm działa osobno, a po drugie robi to dla przede wszystkim swoich własnych korzyści.

Co to oznacza? A no to, że raczej nie będziemy mieli jednego wspólnego metawersum, tylko całą masę odrębnych od siebie tworów typu „Facebookverse”, „Microsoftverse”, „Epicverse”, „Nvidiaverse” i tak dalej. Jeżeli na przykład – tutaj bardzo upraszczam, bo na ten moment nie wiadomo co poszczególne rozwiązania będą oferować – poświęcicie dużo czasu i pieniędzy na dopieszczenie swojego wirtualnego wcielenia w „Facebookverse”, to nie będziecie mogli z niego skorzystać w VRowych lekcjach organizowanych w „Microsoftverse”. Inny przykład: uczniowie mogliby zwiedzać wirtualne muzea w „Epicverse”, ale tradycyjne sale lekcyjne byłyby już domeną „Nvidiaverse”. Innymi słowy: zamiast jednego gigantycznego Internetu 3D otrzymamy wiele mniejszych VRowych hubów oferujących dostęp do usług poszczególnych korporacji (oraz ich partnerów biznesowych).

Jasne, z czasem właściciele poszczególnych wirtualnych światów zaczną się ze sobą dogadywać, ale to raczej niemożliwe, by wszyscy porozumieli się ze wszystkimi w każdym możliwym aspekcie (nie wspominając już o tym, że trzeba by było zintegrować ze sobą całe mnóstwo niekompatybilnych rozwiązań, brrrrrr…). Bo skoro do tej pory nie stworzono jednej wspólnej platformy do dystrybucji gier cyfrowych (mamy przecież Steama, Epic Game Store, Ubisoft Connect, GOG Galaxy…), to tym bardziej ta sztuka nie uda się z potencjalnie znacznie większymi projektami metawersów; w końcu w grę będą wchodziły naprawdę ogromne pieniądze, które każda firma będzie próbowała zgarnąć dla siebie. Pogoń za zyskiem może być przyczyną również innych problemów, takich jak nadmierna monetyzacja czy handel danymi użytkowników, ale to już dyskusja na inną okazję (zainteresowanych zapraszam na kanał informatyczny Buntowników Lyoko – chętni do rozmowy na ten temat na pewno się znajdą).

Skoro wiemy już czym w teorii powinno być metawersum i jak najprawdopodobniej będzie ono wyglądało w rzeczywistości, możemy wreszcie przejść do sedna sprawy – gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Kod Lyoko? Jeżeli do tej pory czytaliście w miarę uważnie, to na pewno zauważyliście GIGANTYCZNE podobieństwo pomiędzy konceptem metaverse’u a wirtualnym światem znanym z kreskówki. Ba, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że Cyfrowe Morze wraz z Lyoko i replikami spokojnie można uznać albo za metawersum, albo przynajmniej za jego zalążek. Jeszcze raz wróćmy do etymologii tego słowa: „świat poza tym, w którym żyjemy”, „świat zawierający inne światy”… pasuje jak ulał, prawda? Cyfrowe Morze to nasza trójwymiarowa wersja Internetu (zresztą w kreskówce zostało powiedziane wprost, że Cyfrowe Morze to Internet), z której też możemy dostać się do światów wewnętrznych, czyli do Lyoko i jego replik. Oczywiście w kreskówce nie ma ich dużo, ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by z upływem czasu zaczęły się tam pojawiać również inne, odrębne wirtualne światy stworzone nie tylko przez Franza Hoppera, lecz także przez zwykłych programistów.

Mediatoon dysponuje zatem marką, którą bardzo łatwo można przystosować do współczesnych realiów. Mało tego: takie uwspółcześnienie daje pewne naprawdę unikalne możliwości. No bo ile znacie serii, które pokazują Internet zarówno przed (serie 1-4 + Ewolucja), jak i po (potencjalne nowe serie) VRowej rewolucji? Myślę, że Kod Lyoko byłoby pierwsze, a ukazanie przemiany Cyfrowego Morza z prawie pustej i martwej przestrzeni do tętniącego życiem serca metawersum samo w sobie byłoby jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem. Jednocześnie dawałoby to scenarzystom przeogromne pole do popisu. Dla przykładu, czasami Wojownicy musieliby odwiedzać te „nielyokowe” wirtualne światy, by zdobyć jakieś dane czy udaremnić jakiś atak, ale jednocześnie musieliby zadbać o to, by żaden z przebywających w nim graczy (wśród których byliby przecież inni uczniowie Kadic) ich nie rozpoznał. Przykład numer dwa: być może jeden z bohaterów wpadłby w jakieś problemy finansowe, a najprostszym sposobem na ich rozwiązanie byłoby wzięcie udziału w wirtualnych walkach (czyli coś w stylu organizowanej przez Centrum „Areny”). Przykład numer trzy: w jednym z odcinków Odd mógłby wkręcić się w kryptowaluty i spróbować użyć Superkomputera to ich wydobycia, ale jednocześnie coś by w nim popsuł, co umożliwiłoby Xanie (czy też jakiemuś nowemu antagoniście) jakiś nietypowy atak w Lyoko. A to przecież tylko sam czubek góry lodowej – Wam również na pewno przychodzi do głowy sporo pomysłów, które twórcy mogliby przekuć na nowe wątki.

Bardzo ważne jest również to, że Mediatoon najwyraźniej chciałby (a przynajmniej kiedyś chciał) posiadać marki idące z duchem czasu. Spójrzmy na nieudany eksperyment z „Linkers: Secret Codes”, o którym informowaliśmy Was jakiś czas temu na stronie (oryginalny artykuł znajdziecie tutaj: https://kodlyoko.pl/index.php/artykuly/felietony/tytulroboczy-dusza-code-lyoko-wiecznie-zywa/). Według materiałów opublikowanych na stronie firmy, w planach było między innymi stworzenie aplikacji wykorzystującą technologię Augmented Reality (AR), dedykowaną stronę internetową z grami, wirtualne komiksy, ilustrowane opowiadania i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście nie mamy gwarancji, że na przestrzeni lat to nastawienie się nie zmieniło (chociażby dlatego, że Linkersi okazali się ogromnym niewypałem). Jeżeli jednak Mediatoon dalej chciałby iść w kierunku takich multiplatformowych marek, to KL sprawdziłoby się wręcz idealnie – choć dotyka podobnych zagadnień co Linkersi (sztuczna inteligencja, wirtualne światy/zalążki metawersum, przepotężne komputery), to jednak w przeciwieństwie do nich ma już wypracowaną pewną renomę. Ponadto, jak już wspomniałem, Kod Lyoko daje możliwość pokazania widzom ewolucji Internetu, a także poruszenia/wytłumaczenia wielu tematów związanych z technologią, które zyskały popularność w ostatnich latach. Najprawdopodobniej nadchodzące lata będą też (w porównaniu z minioną dekadą) znacznie lepszym terminem na wydanie tego typu produkcji – bo skoro tyle firm zapowiada metawersową rewolucję, to kreskówka poruszająca ten temat powinna wzbudzić zainteresowanie, prawda?

No właśnie, ale czy do tej rewolucji faktycznie dojdzie? W końcu, jak zdążyłem Wam już wytłumaczyć, kreowana w mediach wizja metawersum może się znacząco różnić od tego, jak zostanie ono zrealizowane w rzeczywistości. Z tego powodu na pewno znajdzie się wśród Was całkiem sporo przeciwników metaverse’a. Ba, jeżeli mam być z Wami szczery, to sam jestem do niego raczej negatywnie nastawiony; obawiam się, że ostateczny produkt będzie tak silnie nastawiony na zysk, że będę wolał trzymać się od niego z daleka. Dlaczego zatem zdecydowałem się napisać ten felieton? Bo prawda jest taka, że największą szansą na powrót Kod Lyoko nie jest metawersum samo w sobie, lecz ogromny szum medialny z nim związany. Nawet jeżeli w ostatecznym rozrachunku okaże się, że metaverse to tak naprawdę kilka odrębnych gier podobnych do VRChatu, tylko że wypchanych mikropłatnościami, kryptowalutami i NFT, to przed jego powstaniem ludzie będą fantazjować o wspaniałym wirtualnym świecie pełnym nowych, ekscytujących możliwości. Czyli sami wiecie: „miało być pięknie, a wyszło jak zwykle”. Jeżeli to powiedzenie znowu się sprawdzi, to trudno, przeżyjemy. Nie zmienia to jednak faktu, że pomiędzy „pięknie” a „jak zwykle” jest bardzo dużo miejsca na „powrót Kod Lyoko”. Także bierz się do roboty, Mediatoonie, bo lepszej okazji chyba już nie będzie. W moim wykonaniu „Code Lyoko Metaverse” było tylko primaaprilisowym żartem, ale dla was może być kurą znoszącą złote jaja.

Autor: Mayakovsky

Cztery lata rewolucji okiem Jeremiego

To będzie osobliwy początek felietonu, jaki zazwyczaj publikuję z okazji kolejnej, czwartej już rocznicy powstania Centrum, ale też czasy, w których żyjemy, są osobliwe.

Możliwe, że zauważyliście, iż niekiedy wojnę, która rozgrywa się obecnie na terenie Ukrainy, nazywa się „operacją specjalną” czy nawet „pokojową”. Takie pewne przeinaczenie znaczeń. Niedawno wpadła mi do głowy taka myśl, że przecież myśmy swego czasu w fandomie też mieli do czynienia z podobnymi rzeczami. Oczywiście kaliber tego jest sporo mniejszy i nie dotyczył aż takich poważnych kwestii, ale pewna analogia jednak jest. Gdy ktoś mówił, że coś może się nie udać, bo na przykład nie znajdzie się zbyt wielu chętnych do zakupu figurek po kilkaset złotych sztuka, to nazywano to „sianem defetyzmu”. Gdy ktoś opowiadał się za tym, aby w twórczości fanowskiej znajdowało się to, co chce autor danego fanficka, rysunku czy innej produkcji, nawet jeśli byłoby to skierowane do starszej widowni, wtedy mówiono o „turpizmie”. Natomiast gdy uznawano, że fandom nie musi koniecznie opierać się na jednej linii światopoglądowej, rzucano hasło „relatywizmu”.

Powtarzaliśmy to od początku – Centrum nie jest skierowane przeciwko komukolwiek. Jeśli już bym miał mówić o jakimś „przeciwko”, to bardziej jest to walka z pewnym zniechęceniem i wycofaniem, jakie panowało w polskim fandomie mniej więcej od 2016 roku. Powody były różne. Jedne wynikały z ogólnego wypalenia i przeświadczenia, że już nic się nie wydarzy, nowej serii nie będzie, więc raczej trzeba zwijać interes. Inne zaś pochodziły z takiego odczucia, jakoby nasz fandom pewną zamkniętą kastą z „grubymi rybami” (do których mnie też zaliczano), gdzie nikt nowy już nie ma szans dołączyć. Były też powody wynikające z pewnych obaw przed prezentowaniem swojej twórczości. Nie brały się one z jakiegoś strachu przed krytyką czy hejtem, ale bardziej z takiego podskórnego przekonania, że może coś będzie uznane za niesłuszne z obowiązującą linią czy może nawet będzie chęć, by to formować od nowa, nawet wbrew woli autora.

Ci, którzy pamiętają atmosferę sprzed 5 maja ‘18, wiedzą że chwilami w fandomie było bardzo nerwowo. Biorąc te wszystkie składniki, które wymieniłem, a pewnie jeszcze kolejne by się znalazły, do kupy, wiadomym było, że coś trzeba z tym zrobić. Szczególnie, że te problemy się nie pojawiły nagle wtedy, gdy pracowaliśmy nad koncepcją Centrum. Nie, w fandomie dyskutowaliśmy o tym już parę lat przedtem. Czym innym jednak rzucać kolejne myśli o tym, że jest źle i że trzeba coś zrobić, a czym innym naprawdę podjąć jakieś działania.

Bardzo mnie bawiło swego czasu, już po rozpoczęciu funkcjonowania Centrum, stwierdzenie „spowodowaliście rozłam fandomu”. Nie, żadnego rozłamu nie było. Pomijam już fakt, że o rozłamie to byśmy mogli mówić, gdybyśmy wszyscy wcześniej byli związani jakimiś umowami z KLPX. A tak nie było, tylko niektórzy z nas podpisywali tak zwane „sojusze”. Ale mówienie o rozłamie w momencie, gdy po prostu zaproponowaliśmy naszą wizję funkcjonowania w fandomie, to śmieszne nadużycie. Zresztą skutki widać do dziś. Sami możecie ocenić, czyja wizja fandomu się sprawdza.

Rewolucja nasza też nie była żadną „tragedią dziejową”. Owszem, to co robimy jest rewolucyjne, choćby w podejściu. Jestem w tym fandomie od dawna i nie kojarzę, żeby jakikolwiek inny portal fanowski miał stałe publikacje różnego rodzaju materiałów, od opowiadań i fanartów po filmy na YouTube. Mało tego – nie kojarzę, żeby odbywały się one w jakimś ustalonym grafiku. Nie to, że na przykład na jakieś święta coś się puszcza, a potem mamy 3 miesiące posuchy. W Centrum tak nie ma. W Centrum, jak wiecie, co najmniej 3 razy w miesiącu prezentujemy nowe treści. Robimy to od czterech lat i ani razu się nie wychrzaniliśmy na terminie. Oby tak pozostało.

Skąd ten sukces? Nie będę tu skromny – Centrum można nazwać sukcesem. Ale skąd on pochodzi? Moim zdaniem między innymi z podejścia nas, twórców zrzeszonych w Radzie Ocalenia Fandomu, jak i poza nią. Mierzymy siły na zamiary. Wielokrotnie wcześniej było tak, że najpierw rzucało się bardzo szerokie plany, żeby potem się okazywało, iż nic z nich praktycznie nie wyjdzie, bo na przykład wymagały one udziału większego grona osób niż te, które się włączyły, albo też było to zwyczajnie nieprzemyślane. My natomiast zawsze, przy dyskutowaniu danego pomysłu, stawiamy sobie pytanie, czy zdołamy to zrobić. W 2018 trudno byłoby nam zakupić własną domenę i ją opłacać, nie mówiąc o postawieniu strony, tak aby niestraszne były nam przygody z hostingiem i aby też pracowało się na niej komfortowo. Trzy lata potem ruszyliśmy oficjalnie z nową wersją KodLyoko.pl. To też zresztą planowaliśmy wcześniej i długo nad tym pracowaliśmy.

Inna ważna kwestia jest taka, że nam się po prostu to chce robić, ciągle sprawia nam to przyjemności. Tworzenie kontentu fanowskiego traktujemy jako pewną odskocznię od codzienności, od studiów, pracy i tak dalej. Dzięki temu fandom dalej się rozwija, a patrząc na wieści, jakie niedawno napłynęły z zagranicy, możemy być dobrej myśli, co do przyszłości Lyoko.

Kolejny bardzo istotny czynnik, chyba najważniejszy nawet – ludzie. Ktoś przecież za tym wszystkim stoi, ktoś to musi tworzyć. Przez te cztery lata ferajna, z którą działam razem w ROFie, nie waham się powiedzieć – moja ferajna, moja banda – bardzo się ze sobą zżyła. Nie jesteśmy, tak mi się wydaje, tylko ludźmi, którzy sobie siedzą w sieci i czasem coś napiszą. Spotykamy się w miarę regularnie, często rozmawiamy nie tylko o fandomie… powiedziałbym, że tu się zrobiła więź przekraczająca nasze działania w tym środowisku. A połączyło nas Lyoko. Jestem za to wszystko bardzo wdzięczny każdemu z osobna i wszystkim z mojej ferajny.

Wielkie podziękowania dla wszystkich, którzy przez te cztery lata działali i działają, oraz dla wszystkich, którzy nas odwiedzają, czytają, siedzą na naszym serwerze discordowym. Zostańcie z nami, a na pewno Was nie zawiedziemy!

Autor: Jeremie_96

Komu przeszkadza nowa seria?

Przeglądając ostatnio YouTube natknąłem się na kilka kanałów prowadzonych przez francuskich twórców, na których to kanałach znajduje się dość sporo kontentu lyokowatego. Przyznam, że nieco mnie to zaskoczyło, ale myślę, że dobrze się dzieje, iż takie rzeczy są. Filmy wszelakiego rodzaju: analizy postaci, omówienia odcinków (ktoś nawet robi serię podobną do mojej „Lyokospekcji”, ale w krótszej formie), nagrania z gier… i wszystko to jest w miarę świeże, wrzucane na bieżąco, a nie wytworzone, dajmy na to, z 5-10 lat temu. Filmy te mają po kilka tysięcy wyświetleń każdy. To dobry znak, bo widać, że francuski fandom także jest aktywny, nie tylko jeśli chodzi o symulator Superkomputera.

I tutaj będzie drobny opieprz dla międzynarodówki. Może ja inaczej rozumiem politykę redakcyjną portalu fandomowego, ale gdybym był na miejscu Francuzów z CodeLyoko.fr, to bym takie rzeczy promował na głównej jak tylko by się dało, może bym nawet działał tak, aby to się ukazywało pod marką strony, tak jak u nas, gdzie wiele rzeczy jest sygnowanych logiem Centrum. Skoro można było puścić newsa o tym, że założono Instagrama na temat lyokowatych gadżetów, to sklecenie depeszy o tym, że taki a taki twórca nagrał to i to, nie jest chyba zbyt wymagające? Chyba faktycznie chcą tam, żeby ktoś ich wyprzedził…

Ale dobra, nie jest celem tego tekstu rytualne opieprzenie dawnych gigantów, ale coś innego. U youtubera znanego jako Rom’s znalazłem dość świeże, bo z końca marca, nagranie pod tytułem „Dlaczego nie chcę kontynuacji Code Lyoko”. Nieco mnie to zdziwiło, bo wydawać by się mogło, że po prawie że dekadzie, jaka minęła od premiery Ewolucji (grudzień 2012 – pokazy przedpremierowe, styczeń 2013 – emisja regularna w TV), nie będzie raczej głosów sprzeciwu, szczególnie od momentu, w którym dowiedzieliśmy się, że coś jest na rzeczy i coś może powstać. Tym bardziej nie spodziewałem się takiej opinii z Francji, ojczyzny Lyoko. A tu proszę, jednak się pojawiło. Mało tego, w komentarzach pod filmem odezwały się osoby, które również mają tu spore wątpliwości, czy kontynuować serial.

Po co więc piszę ten tekst? Ano, w odróżnieniu od wielu dyskutantów spraw politycznych na polskim Twitterze, którzy całą swoją pożal się Boże argumentację opierają na zasadzie „bo ja tak wiem/bo tak powiedzieli o 19:30/bo *** to super partia”, tutaj mamy do czynienia z rzeczowymi argumentami, nad którymi się pochylę. I tutaj, żeby była jasność całkowita (choć pewnie ci, którzy mnie znają, dobrze o tym wiedzą), ja jestem entuzjastą kontynuacji i z takich pozycji będę prowadził polemikę.

Pierwszy argument jest taki, że kontynuacja musiałaby być mroczniejsza i dojrzalsza, tak aby widzowie, którzy oglądali serial te, załóżmy, ponad 15 lat temu, dalej by się w nim odnaleźli, i to miało by być wadą. Przyznam, że mam tu nieco inny pogląd. Owszem, CL może i by wymagało pewnego bardziej dojrzałego podejścia, ale to też dlatego, że jednak bohaterowie się starzeją. To już mieliśmy w kreskówce, mieliśmy też w Ewolucji. Yumi mająca 16-17 lat będzie się zachowywać inaczej niż Yumi 14-letnia, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę istnienie czegoś takiego jak kryzys dojrzewania. Zresztą nie widziałbym tu też wady, jeśli chodzi o grupę docelową 10-13 lat. To też jest jednak inne pokolenie niż to, które oglądało serial przy premierze, niż ludzie mniej więcej w moim wieku, ewentualnie starsi o rok-dwa. To jest pokolenie, które jest przyzwyczajone do większej drastyczności. Oczywiście nie mówię, żeby teraz nagle z serialu robić rąbankę krwistą oraz horror erotyczny, tak też przegiąć nie można, przynajmniej w oryginalnej produkcji. Ale w drugą stronę też to nie może zbytnio pójść, żeby nie było to zbyt dziecinne.

Druga sprawa: format 20-minutowych odcinków jest zdaniem autora filmu ciężki do tego, aby odpowiednio opowiedzieć historie, dlatego lepiej byłoby zrobić od 6 do 8 odcinków po 40 minut, niż taką typową serię 20×26. I tutaj się generalnie mogę nawet zgodzić z tym, że nie trzeba się koniecznie tego typowego podziału epizodów trzymać. Zresztą od paru lat się od tego odchodzi. Mam Playera (roczny pakiet za 49 zł i to bez reklam, raz zapłaciłem i spokój, tylko czasu trochę brak na oglądanie) i tam te oryginalne seriale mają po 6, po 8 odcinków, ale to właśnie dają serwisy VOD – elastyczność. Wymogi typu 20×26 to stara rzeczywistość tradycyjnych nadawców, a od niej trochę już odchodzimy. Chociaż wydaje mi się, że ważniejsze jest nie to, czy to będzie 8×40, 20×26 czy 26×20, ale to, co będzie w tych odcinkach, jaka ta fabuła będzie.

No i teraz chyba najdziwniejszy moim zdaniem argument, tu będę cytować „istnieją Kroniki (książki), jest Ewolucja, IFSCL, CLFV (projekt gry typu visual novel), więc każdy może wybrać swój kanon, dlatego nowa seria jest niepotrzebna, bo CL i tak przetrwa”.

Zaczynając od końca – owszem, od ładnych paru lat ten fandom trzyma się na fanowskich tworach, czy to we Francji, czy to w Polsce lub gdzie indziej. Ale nowy sezon, czy w ogóle jakaś nowa produkcja na pewno by nie zaszkodziła fandomowi, a wręcz przeciwnie. Kwestia kanonu… owszem, można sobie uznać, że książki są kanoniczne (bo już Ewolucja na ten moment oficjalnie jest kanoniczna tak długo, jak długo twórcy za taką ją będą uznawać). Są w książkach motywy, które można wykorzystać w nowej serii, tak jak wątki w Ewolucji, które warto kontynuować. Ale nie uznawałbym istnienia tych produkcji za jakiś czynnik ograniczający. Kompletnie natomiast nie rozumiem użycia tutaj IFSCL. Wydaje mi się, że Immudelki nie miał zamiaru tworzyć jakiejś kontynuacji serialu. Poza tym dziwne wydaje mi się myślenie typu „są książki, jest symulator, nie powinno być nic nowego, bo i tak historia jest kontynuowana”. Na dobrą sprawę mogę wtedy uznać, że skoro piszę „Bez Lyoko”, w którym przedstawiam moją wizję dalszych losów naszych bohaterów (na ile ona jest zgodna z tym, co ludzie sobie myślą – niech każdy czytelnik sobie sam oceni), no to w takim razie nie ma potrzeby tworzyć kontynuacji.

Podsumowując to wszystko – pojawia się grupa przeciwników kontynuacji serialu, zobaczymy, czy ona będzie liczniejsza, czy też nie, i czy te osoby będą oglądać nowe produkcje, gdy się jednak pojawią?

Franz Hopper nie gra w kości

To nie będzie felieton dla wszystkich.

To będzie felieton pisany przez matematyka duchem, informatyka ciałem i fizyka sercem. Niemniej znajomość żadnej z tych dziedzin nie będzie potrzebna, by go zrozumieć, a w każdym razie się o to postaram. Więcej – mam przeczucie, że dobra znajomość akademicka tych dziedzin może sprawić, że odczujecie potrzebę popukania mnie w głowę. Jeśli tak się stanie, zapraszam do krzyczenia na mnie na naszym serwerze discordowym Buntownicy Lyoko : )

Poszedłem na wykład.

Pierwszy wykład stacjonarny od dwóch lat, i to nawet nie na „mój” przedmiot, tylko jako wolny słuchacz. Naturalnie pokarało mnie i prawie na pewno złapałem na nim covida, piszę to niewyspany po nocy gorączkowania, ale mniejsza o to. Wykład na dumnie brzmiący temat „Kwantowe algorytmy genetyczne”.

Temat jak najbardziej wzbudzający nadzieję na ciekawe zajęcia, ale nie tego rodzaju, co podejrzewacie. Poszedłem tam raczej dla zabawy, oczekując głównie jak mało wykładowca powie na temat, a jak wiele absurdalnych dygresji wtrąci. Nie zawiodłem się żadną miarą.[1]

Główną częścią tego wykładu było przejście linia po linii przez prosty kwantowy program. Problem w tym, że nie mieliśmy bladego pojęcia, co tak naprawdę robimy i po co.

Jeśli ktoś z was miał jakąś styczność z programowaniem kwantowym, wie doskonale, że tak naprawdę korzystamy w nim z raczej ograniczonej puli narzędzi. Robimy z nich prawdziwe cuda, ale czasem nawet wiedząc, jaką cegiełkę każda linia kodu ma dołożyć do naszego końcowego rozwiązania, ciężko jest dostrzec powiązanie między skutkiem a przyczyną.[2]

Z wykładu wyszedłem w wiosenny wieczór z trzema głównymi myślami:

– raczej już na niego nie wrócę, ciężko się na nim czegokolwiek nauczyć

– współczuję ludziom, którzy muszą na ten przedmiot przygotować projekt zaliczeniowy, a tak naprawdę przez cały proces zdobywania niezbędnej do tego wiedzy przejść samodzielnie

– może ja też spróbuję przejść przez ten proces?

Jeśli w tej chwili zaczynacie się nudzić i myślicie o porzuceniu tego tekstu – zaufajcie mi, dojdziemy do Lyoko. Ten wstęp jest „ważny”.

No więc spróbowałem. Najpierw trzeba było zrozumieć, czy w zasadzie jest qubit. Łatwo powiedzieć, że odpowiednikiem bitu w klasycznym komputerze.

No tak, ale wszyscy mniej lub bardziej rozumiemy „zasady”, jakimi rządzi się bit. Intuicje dotyczące tego wynalazku są… intuicyjne.

1-0

Prawda-Fałsz

System binarny.

2 do potęgi n-tej.

I tak dalej. Każdy, kto choć trochę słuchał w szkole na matematyce albo lubi łamigłówki logiczne, ma dobrą intuicję związaną z działaniem bitów.

Qubit natomiast jest taki, jak cała fizyka kwantowa i wszystko, co udaje nam się z niej „wyciągnąć”.

Obcy. Dziwny. I z gruntu probabilistyczny.

Można powiedzieć, że qubit da się wprowadzić w każdy stan pomiędzy 0 a 1 i działać w ten sposób na wszystkich tych wartościach na raz. I technicznie rzecz biorąc będzie to prawdziwe zdanie, problem w tym, że niewtajemniczony słuchacz zrozumie je źle może nawet w 3 różnych miejscach, bo będzie się posługiwał „zdroworozsądkową” intuicją, a nie kwantową, probabilistyczną.

Słyszałem kiedyś, że jako ludzie jesteśmy za mało wyewoluowanym gatunkiem. Postrzegamy rzeczy oczami, widzimy trójwymiarową przestrzeń. Stąd nasza matematyka jest właśnie taka: geometryczna, regularna. Kąty w trójkącie dodają się do 180, a najbardziej zrozumiałe są dla nas liczby rzeczywiste[3].

A w tym samym czasie, gdy przy chodzi do badania rozkładu normalnego – rozkładu prawdopodobieństwa który wydaje się nas otaczać z każdej strony, niemal każde zjawisko naturalne, czy to w skali makro czy w skali kwantowej, wydaje się być mu poddane – ta geometryczna matematyka tak związana z tym, jak postrzegamy rzeczywistość, zawodzi. Wiemy o rozkładzie normalnym dużo mniej niż byśmy chcieli[4].

Powiem więcej – dzisiaj już z całą pewnością wiemy, że nasze postrzeganie rzeczywistości nijak ma się do tego, jaka naprawdę jest rzeczywistość. Kąty w trójkącie nie dodają się do 180 stopni. Czworokąt o samych kątach prostych wcale nie musi być prostokątem. Mamy dwie świetnie potwierdzone eksperymentalnie teorie, teorię względności i kwantową teorię pola. I obie te teorie pokazują nam bardzo wyraźnie, że rzeczywistość jest… poplątana.

Więc patrzymy sobie na świat. Powinniśmy widzieć wszędzie prawdopodobieństwa, ale ich nie widzimy. Stąd niektórzy nawet zadają sobie pytania, czy kiedykolwiek zrozumiemy fizykę kwantową tak naprawdę, czy może nie jesteśmy zdolni wymyślić i przyswoić niezbędnych intuicji.

I wtedy przychodzi Franz Hopper, który bierze to całe kwantowe bagno, i robi z niego kolejne. Superkomputer Lyoko nie jest kwantowy tylko z nazwy – słowo „qubit” pojawia się w serialu w sensownym kontekście[5].

Czyli Lyoko zostało zbudowane na qubitach, które mają dwa różne stany. To nie jest tak, że qubit może być w stanie 1 albo 0 i po prostu dowiemy się, w którym jest. Qubit jest w stanie pomiędzy 1 a 0, i gdy chcemy się dowiedzieć, jaki jest ten stan, on zmieni się z pewnym prawdopodobieństwem w 1 albo 0.

Założenie, że Lyoko nie korzysta z tej niezwykłej własności qubitów i używa ich jako w zasadzie zwykłych bitów jest nie tylko nielogiczne. Jest nudne : )

Albert Einstein miał powiedzenie, które szybko zaczęło irytować jego wybitnych kolegów po fachu w miarę jak teoria kwantowa zdobywała coraz więcej eksperymentalnych podstaw i każda próba obalenia jej kończyła się fiaskiem.

„Bóg nie gra w kości. Bóg nie gra w kości. Bóg nie gra w kości.”

Aż w końcu ktoś[6] mu powiedział: „Przestań mówić Bogu, co ma robić.”

Czy w takim razie Franz Hopper gra w kości?

Jak na świat, u którego podstaw leży prawdopodobieństwo i niepewność, Lyoko wydaje się być bardzo stabilne, wręcz nudne.

Można powiedzieć, że to tak jak z naszym rzeczywistym światem. Ale podstawowa różnica jest taka, że w rzeczywistości zachodzi mnóstwo szalenie ciekawych efektów kwantowych, każdy dziwniejszych od poprzedniego, a jakoś zbierają je do kupy inne efekty, takie jak grawitacja.

W Lyoko nie tylko nie ma tych „innych efektów”, które mogłyby świat jakoś „uspokajać”, w Lyoko istnieje też tylko jeden efekt kwantowy. Można w nim trochę pozmieniać prawdopodobieństwa, ale na koniec dnia to nie będzie dobra symulacja efektu Unruha, promieniowania Hawkinga, czy nawet zachowania fotonu[7]. To będą qubity, cegiełki, z których zbudowane jest Lyoko. I gdy nikt nie patrzy, te qubity będą w stanie pomiędzy 0 a 1.

Teoretyzowanie, co to oznacza, może przyprawić o ból głowy. Szczególnie że sam serial nie daje nam w tym kierunku żadnych wskazówek. Ale zawsze warto się nad tym chwilę pogłowić. Nie widziałem jeszcze żadnego opowiadania eksplorującego ten temat, ani nawet luźnych rozważań w formie felietonu.

A chciałbym.

Wyzywam Wyklętego, wyzywam Morrigan, i każdego, kto dotrwał do końca tego chaotycznego i nieskładnego tekstu: Powiedzcie nam wszystkim, tutaj na stronie, coś o Lyoko, czego nikt nie wie. Powiedzcie coś o kwantowym Lyoko.

Autor: Qazqweop


[1] Hej, udało mi się nawet z przyjaciółką wkręcić jednego z młodszych studentów, żeby zadał pytanie (zasadne, żeby nie było) sprowadzające się do:

– Ale o co tu w zasadzie chodzi, bo Profesor to w sumie nic nie powiedział?

Odpowiedź, zgodnie z przewidywaniami, brzmiała:

– W sumie to się nie interesuj.

To jest oczywiście bardzo luźna transkrypcja tego wykładu, sama odpowiedź trwała chyba z 4 minuty. Niemniej sens w pełni zachowany.

[2] Co jest bardzo w duchu teorii kwantowej. Główny fenomen tej teorii i to, czemu wzbudzała takie oburzenie wśród najlepszych fizyków te 100 lat temu, to że fundamentalnie zaprzecza związkowi skutku i przyczyny, co obserwujemy w skali mikro. Brzmi to absurdalnie. Ciąg przyczynowo-skutkowy jest przecież pierwszym prawem natury, prawem logiki. I owszem, jest to absurdalne. Jest także prawdziwe.

[3] Euk… Euklidesowa. Chodzi mi o to, że rzeczywistość jest euklidesową.

[4] To teraz dla ludzi mówiących moim językiem:

Chodzi o to, że nie jesteśmy w stanie wyznaczyć dystrybuanty rozkładu normalnego funkcjami analitycznymi. A że funkcje analityczne wyrosły z naszej intuicji geometrycznej, a ta się wzięła stąd, jak patrzymy (w sensie że oczami) na rzeczywistość… to wniosek jest taki, że jesteśmy na za niskim poziomie ewolucji, albo w ogóle egzystencji, żeby zrozumieć wszechświat.

…to były zajęcia trwające do 18 po całym dniu kolokwiów. I my, i prowadzący byliśmy w klimacie na takie rozkminy xd

[5] Odcinek 30: Wspaniały Dzień.

I to chyba tyle, jestem prawie pewien, że „qubit” pada tylko raz przez cały czas trwania serialu.

[6] To mógł być Niels Bohr (ten od modelu atomu i powłok elektronowych)

[7] Bardzo ciekawe sprawy, kwantowa próżnia itp. Polecam Wikipedię. A jeśli ktoś boi się fizyki, ale go to ciekawi, a w szkole mimo tego strachu miał przynajmniej czwórę, to polecam na YouTube wykład (popularnonaukowy) Andrzeja Dragana „Teoria kwantowa vs czarne dziury.” Ostatnio jest tego pana dużo w mediach, i większość jego otwartych wykładów w internecie to papka popularnonaukowa na poziomie „Wiedzy i życia” albo innego „Świata nauki”, ale ten jeden wykład jest naprawdę przyjemny i merytoryczny.

Code Lyoko 2.0

Niniejszy artykuł jest wynikiem prac Mayakovskiego, który wykonał research i powyciągał poniższe dane. Zostały one potem upakowane w jeden tekst przez Wyklętego. Jeżeli chcecie kogoś chwalić: All hail the Mayakovsky!

Od stosunkowo niedawna zaczęły od czasu do czasu pojawiać się informacje wskazujące że Code Lyoko wciąż jest pamiętane przez Mediatoon. Każda następna rzecz była nieco grubsza od poprzedniej. Na początku po prostu pojawił się oficjalny kanał CL na YouTubie z starymi odcinkami w kilku językach. Potem, na oficjalnym kanale Republiki Francuskiej na Reddicie pojawił się ledwo na moment banner z postaciami naszej ulubionej kreskówki, rysowanej na nowej kresce. Jeszcze potem gruchnęła nam wieść, że Mediatoon zatrudnił oficjalną cosplayerkę Yumi, oryginalny autor piosenki World without danger robi jej remastera, zaś Hiszpański fandom mający kontakty z Mediatoonem dał wyraźnie do zrozumienia że firma robi z Code Lyoko COŚ. Całość zaczęła nas przyprawiać o nadzieję możliwej kontynuacji, Mayakovski więc postanowił pogrzebać i zorientować się jak stary na obecne czasy Code Lyoko trzyma się na tle innych produkcji publikowanych przez Mediatoona.

Zdjęcie listy produkcji na stronie głównej Mediatoon, 20 lutego 2022 r.

Jest na zdjęciu powyżej jedna rzecz, która może zwracać uwagę. Linkers: Secred codes, brzmi dziwnie znajomo z Code Lyoko. Ciekawiej się robi, gdy po wejściu na odpowiednią podstronę przeczytamy opis Linkersów:

Zdjęcie oryginalnego opisu Linkersów

Spróbuj nowej gry... życia!
Lune, Dragon, Mei, Peach oraz Tess nigdy wcześniej nie widzieli się na oczy aż do momentu gdy zostali zaproszeni do domku górskiego przez ich internetowego przyjaciela, producenta gier i komputerowego geniusza: Cassiela, którego nigdzie jednak nie dało się znaleźć...

Piątka nastolatków musi nauczyć się jak ze sobą współpracować, aby ocalić ich przyjaciela uwięzionego we własnej grze. Szybko potem ich wakacje zamieniają się bezlitosne misje w wirtualnym świecie Cassiela.

Robi się ciekawie, prawda? Opis produkcji brzmi bardzo podobnie do Code Lyoko. Zanim jednak przyjrzymy się bliżej, zwróćmy uwagę na jedną rzecz. Poszlaki mogą tutaj nie być takie oczywiste:

Szczegóły produkcyjne Linkersów

Emisja produkcji we Francji rozpoczęła się pod koniec listopada 2014 roku. A wiecie co się wydarzyło na początku owego roku? MoonScoop, czyli poprzedni właściciel praw autorskich do CL zostaje przejęty przez firmę Dargaud. Linkersów tworzyło studio Ellipsanime, ale te znowu należy do… Dargauda.

Wróćmy może jeszcze na moment do strony Mediatoona, bo mamy tam ciekawy rodzynek:

Oferta Linkersów

Producent serialu oferował dla fanów komiksy, dedykowaną stronę internetową z grami, aplikację rozszerzonej rzeczywistości (AR), oraz dodatkowo gry z kategorii Visual Novel. Wygląda na dość sporo pracy. Generalnie projekt nie wypalił, ale, zaczyna tu się pojawiać pewne pytanie. Czy cała akcja z Linkersami nie wygląda jak próba stworzenia spadkobiercy Code Lyoko, przystosowanego do dzisiejszych czasów? Dla dzisiejszego odbiorcy?

Podsumujmy więc linię czasu:

  • Na przełomie 2012/2013 roku swoją premierę we Francji ma Code Lyoko: Ewolucja. Serial zostaje bardzo źle przyjęty przez publiczność.
  • Na początku 2014 roku MoonScoop zostaje sprzedany Dargaudowi.
  • Generalnie między 2014 – 2018 r. względem Code Lyoko panuje absolutna cisza, ale w listopadzie swoją premierę mają Linkersi których tworzą Ellipsanime, którzy to z kolei należą do Dargauda.
  • Projekt Linkersów nie wypala, zostaje odłożony na półkę między 2015-2017 r.
  • Zaczynając od 2018 roku pojawiają się pierwsze informacje o CL opisane na początku artykułu.

Można więc się sugerować, że z formatu Code Lyoko nigdy nie zrezygnowano, jego “dusza” wciąż była obecna. Podjęto się próby stworzenia CL 2.0 i włożono w to wręcz ogromny wysiłek, ale pomysł okazał się klapą. Dalej jednak nikt nie chce z formatu rezygnować, i niedługo po tym pojawiają nam się informacje, każda większa od poprzedniej że z CL dzieje się coś, do tego stopnia iż dzisiaj podejrzewamy powrót naszej ulubionej kreskówki.

Czy Code Lyoko powróci? Żeby być względem was sprawiedliwym musimy odpowiedzieć “Nie wiemy, możemy tylko przypuszczać”. Natężenie sygnałów jednak ostatnio robi się coraz gęstsze, polecam dla chętnych poczytać felieton Jeremiego Zdarzenia przyspieszyły – czyli co oznaczają ostatnie wydarzenia w fandomie? który pakuje do wora wszystkie tego rodzaju spadające kamyczki.

Zdarzenia przyspieszyły – czyli co oznaczają ostatnie wydarzenia w fandomie?

W ostatnich tygodniach wydarzenia w międzynarodowym fandomie znacząco przyspieszyły. Trochę ich się nagromadziło, a też w naszych “Wieściach” nie zawsze jest miejsce na to, by nieco dokładniej przeanalizować to, co do nas dociera ze świata. Dlatego dzisiaj proponujemy taki przegląd zdarzeń ostatnich dni z próbą ich analizy i choćby częściowej odpowiedzi na pytanie “co dalej?”.

22 listopada 2021 – Julien Lamassonne, wykonawca oryginalnego openingu do serialu, czyli piosenki “Un monde sans danger”, podał na Facebooku, że nagrywał nową wersję tego utworu.

26 listopada 2021 – Hiszpanka z fandomu CL, która jest dość znana w internecie pod ksywką Yumivigo, ogłosiła na Twitterze, że została zatrudniona przez Mediatoon, właściciela praw do serialu, jako oficjalna cosplayerka Yumi.

6 grudnia 2021 – hiszpańskojęzyczna część fandomu, działająca na twitterowym profilu Code Lyoko REACT, podała następujący komunikat:

Dotarły do nas wieści z wiarygodnych źródeł, będzie coś nowego z Code Lyoko. Żyjemy.

Nasza redakcja poprosiła o doprecyzowanie tej wiadomości. Oto, co otrzymaliśmy w odpowiedzi:

Nie wiemy, co to dokładnie ma być, ale wiemy, że będzie coś nowego i że to będzie oficjalne.

Wieści wywołały spore poruszenie wśród fanów, dlatego też 7 grudnia po południu Hiszpanie wystosowali kolejny komunikat:

Wielu z was zaczęło spekulować co do tego, co to ma być. Nie mamy pewności, czy to będzie coś tak dużego jak nowy sezon, czy też tylko wznowienie na przykład na płytach Blu-Ray. Możemy za to zapewnić, że to coś nowego i oficjalnego i że wiadomość o tym pochodzi ze źródeł bezpośrednio w Mediatoonie, jednak nie uwierzymy w 100%, dopóki tego nie zobaczymy. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Z drugiej strony nie wierzymy, że to byłaby nowa seria Ewolucji, bo trzeba by było wybrać nowych aktorów, tamci są już dorośli.

Według informacji pochodzących z Hiszpanii, szczegóły mają być znane za kilka miesięcy.

9 stycznia 2022 – na twitterowym koncie Cartoon Fantasy, zajmującym się szeroko pojętą popkulturą, pojawił się komunikat:

Rzeczywiście pracujemy nad nową produkcją związaną z Code Lyoko, ale nie jest to nowa seria, jak niektórzy by chcieli. Data wydania: najpewniej w 2022.

Produkcją ma się zajmować ekipa Cartoon Fantasy, ma w niej uczestniczyć Julien Lamassonne. Do komunikatu dołączono fragment prac nad nagrywaniem nowej wersji openingu.

11 stycznia 2022 – Hiszpanie z Code Lyoko REACT wydali nowy komunikat:

Nie, nowa rzecz nie jest piosenką. Nie, nie będziemy ryzykować kontaktu, jaki jeden z adminów (a jest nas 6 albo 7) ma z Mediatoonem, tylko po to żeby spełnić czyjeś oczekiwania. Mamy styczeń i możemy powiedzieć, że nowa rzecz będzie pochodzić z Mediatoona i nie będzie to piosenka. W tym momencie jeden z administratorów wie i NIE MOŻE tego powiedzieć, ponieważ ryzykowałby bardzo dobry kontrakt i okazję której nie chce przegapić.
Nie zasłużyliśmy na to, co firma produkcyjna zrobi z serialem.

To, co wyłania się z tych wszystkich doniesień, można odnieść do znanej od dawna w naszym fandomie teorii “kamyczków”. Określano tak zdarzenia mające związek z CL, które pokazywały, że właściciele marki wciąż coś z nią robią. Wystarczy wymienić choćby utworzenie oficjalnych kanałów na YouTube, konkurs na AMV, czy też wreszcie udostępnianie Code Lyoko na serwisach takich jaki Amazon Prime Video, HBO czy Netflix, nawet jeśli ten ostatni w Polsce niezbyt ładnie obszedł się z fanami serialu, a obecnie chyba nawet nie można z polskiego konta oglądać, zaś sama ekipa zajmująca się social mediami po kilku obiecujących twittach przestała odpowiadać na nasze zapytania, uznając że lepiej promować (z czego tu też nie jest robiony zarzut, żeby nie było, każda korporacja tak działa) infantylną produkcję opartą na bardzo słabej i delikatnie mówiąc bardzo krytykowanej i znienawidzonej grze sieciowej, nie wiedzieć czemu uwielbianej przez dzieci, które jeszcze nie wiedzą, co to egzamin maturalny. Nawet nie powiedzieli “przepraszam” za to, że nie ma polskiej wersji CL, choć obiecano. No, ale jednak w ujęciu światowym sam fakt pojawienia się Code Lyoko na Netflixie miał znaczenie dość spore i raczej nie było akcji typu “nie oglądam, bo Netflix promuje pedofilię (typowo czarnkowa bzdura)”.

Jednak jest pewna różnica między tym, co wymieniłem przed chwilą, a elementami układanki, którym zaczyna się ten tekst. O ile kwestia udostępniania na serwisach VOD odcinków, jak i inne czynniki z ostatnich nieco się rozciągały, wpadały co jakiś czas, o tyle ostatnie wieści to tylko plony z niecałych dwóch miesięcy. Mało tego, praktycznie za każdym z tych zdarzeń kryją się pytania, na które obecnie nie znamy odpowiedzi.

Lamassonne nagrywający nową wersję openingu? Dlaczego to robi, gdzie to będzie użyte, kto to zamówił? – co prawda tu już wiemy, że to nie pod nowy sezon, ale akurat kwestię piosenki warto w tym momencie połączyć z Hiszpanami. Nie ma przypadku w tym, że ci sami ludzie, którzy podali, iż coś dużego się szykuje ze strony Mediatoona, tuż po publikacji na temat piosenki wypuszczają komunikat, że tego akurat Mediatoon nie planuje. To może być znak, że szykuje się coś więcej niż tylko jedna rzecz. Nie mamy żadnej informacji na temat tego, jakby Lamassonne robił coś pod patronatem firmy. Całkiem możliwe też, że będzie więcej materiału, gdyż za rok mija dwadzieścia lat od premiery pierwszego odcinka. Jaka byłaby lepsza data na wypuszczenie czegoś nowego niż właśnie 2023?

Sam zresztą czynnik hiszpański jest tu interesujący. Nagle jedno z popularniejszych obecnie kont twitterowych w naszym fandomie wypuszcza takie wieści, mało tego – okazuje się, że Hiszpanie mają “wtyczkę” w samym Mediatoonie. Oczywistym jest, że teraz nie dowiemy się wszystkiego, bo najgorsze, co teraz można zrobić, to spalić źródło. Nie mam jednak wątpliwości, że co jakiś czas, co kilka tygodni będziemy mieć nowe komunikaty, bo sami ich powiernicy nie wytrzymają napięcia i będą wręcz musieli podać choćby najmniejszą cząstkę informacji, zapewne za zgodą właścicieli praw. Można nawet uznać, że Hiszpania ma więcej wtyk, w końcu jest Yumivigo.

I tu właśnie kolejna interesująca sprawa związana z tą dwudziestosiedmioletnią cosplayerką (wiem, że kobietom się wieku nie powinno wypominać, ale sama się do lat przyznaje na Twitterze). Jeśli Mediatoon angażuje ją do tego, by charakteryzowała się na Yumi (co, jak pewnie wiedzą czytelnicy naszej strony, bardzo dobrze jej wychodzi), to raczej nie po to, żeby obskakiwała dwa konwenty do roku, a i to jeszcze z dozą niepewności, gdyż sytuacja pandemiczna jest jaka jest. Tu się kryje szerszy plan. Jaki? Tego właśnie – na ten moment nie wiemy.

Na dobrą sprawę pozostaje nam trochę coś, co kiedyś robili sowietolodzy – interpretowanie komunikatów i wieści, jakie wpadają w nasze ręce. Jeśli Hiszpanie piszą “Nie zasłużyliśmy na to, co zrobi firma”, to można to rozumieć jako pewną zapowiedź czegoś naprawdę wielkiego. Oczywiście nadal z tyłu głowy trzeba mieć myśl, że równie dobrze może to nie być nowa seria czy film, a najwyżej wydanie wszystkich poprzednich 5 sezonów na Blu-Ray albo jakaś książka czy coś takiego. Jednak nadzieja nadal jest i teraz wydaje się ona nawet większa niż jeszcze rok czy pół roku temu.

Zadziwiająca może być, szczególnie dla ludzi siedzących w fandomie od wielu lat i pamiętających dawne dzieje, nieobecność międzynarodówki z CodeLyoko.fr. Zazwyczaj to oni wiedli prym w podawaniu różnych zakulisowych informacji i przecieków, natomiast obecnie nie ma na ich stronie nawet tych informacji, które już od dawna krążą w social mediach. Dla nas to w sumie dobrze, bo my jako KodLyoko.pl możemy się chwalić, że jesteśmy prawdopodobnie jedyną stroną na świecie (poza społecznościówkami), która podaje te wszystkie wieści napawające pewnym optymizmem. Jednak powodów absencji Francuzów do dziś nie znamy. Może faktycznie już nie ma komu tam pisać?

Co będzie dalej, tego jeszcze nie wiadomo, ale wiemy, że warto to obserwować i warto już spodziewać się większego ruchu w fandomie.

Osiemnaście mieć lat to nie grzech… czyli co by mogli nasi podopieczni robić

Myślałem sobie nad tym, co by tu napisać z okazji 18 rocznicy premiery Code Lyoko na świecie. Niby to nieokrągła rocznica, choć jak ktoś oglądał “Misia” od mistrza Barei, to wie, że okrągłą można nazwać nawet 31 rocznicę. Postanowiłem nie robić kolejnego tekstu o oczywistościach typu “całe pokolenie już zna najlepszą kreskówkę w dziejach”, bo zresztą kiedyś coś takiego publikowaliśmy. Pomysł wziąłem ostatecznie z samej liczby.

Jest u nas taka pewna magia związana z ukończeniem 18 lat. Można legalnie kupić alkohol, zrobić prawo jazdy (znaczy ok- to można teoretycznie ciut przed osiemnastką, ale jakiś wymóg jest z opiekunami, jak dobrze kojarzę), czy też brać udział w wyborach, o ile się oczywiście ma jakieś pojęcie o polityce a nie tylko wierzy w to, co powiedzą w dzienniku o wpół do ósmej… tak sobie pomyślałem, żeby kilka słów napisać o tym, jak można sobie wyobrazić bohaterów naszych właśnie w wieku 18 lat. Zdaję sobie sprawę, ze nie wyczerpię tutaj tego wątku, zresztą nawet takiego zamiaru nie mam. Przez chwilę miałem nawet w głowie to, aby tutaj zacząć tworzyć pewien spin-off mojego “Bez Lyoko”, ale uznałem, że i tak pewnie w swoim opowiadaniu dojdę do tego momentu bez żadnych sztuczek ze spin-offami. Wpadłem za to na inny pomysł, zapytałem na discordzie grupę “Artystów z Lyoko”, żeby podrzucili swoje propozycje. Kilka pomysłów się znalazło.

Motywem, który często się przewijał, była wspólna przyszłość dwóch serialowych par, czyli Yumi i Ulricha oraz Jeremiego i Aelity. Tu w sumie najprostsza droga to życie razem, w końcu skoro byliby już dorośli to mogliby nawet wspólnie zamieszkać. Zresztą tu też warto pamiętać, że w tym pierwszym paringu mamy rok przerwy. Zastanawiam się, czy by czasem już beneficjentów 500+ nie mieli… a nie, zaraz, we Francji tego chyba nie ma 😀
Tak czy inaczej, jakby ktoś potrzebował pomysłu na “dorosłe opowiadanie”, to podrzucam: Yumi i Ulrich (albo Aelita i Jeremie, jeśli ktoś cierpi na germanofobię) wychowują dzieciaka. Przy czym tu oczywiście pewne pojęcie trzeba by było mieć i to nie tylko opierając się na obejrzeniu wszystkich sezonów Supernianii i znajomości metody karnego jeżyka. Ale jakby ktoś był na siłach to może spróbować.

Pojawiały się też pomysły co do zawodowej przyszłości, Jeremie i Aelita byli kierowani na studia, co też w sumie wynika z tego, jacy byli w serialu. Studia by do nich pasowały, najpewniej jakieś techniczne, choć nie wykluczałbym, że Aelita może jednak na coś bardziej humanistycznego by poszła. Jeśli zaś chodzi o Ulricha i Yumi, to padła sugestia, że przeniosą się do Japonii. To też by było możliwe, w końcu wiemy, jak bardzo Yumi jest przywiązana do swojej ojczyzny. A Odd… cóż, tu też są pomysły, żeby na przykład został asystentem Jima albo nawet to samo co on robił. Choć może też wolałby o tym nie mówić…

Tak wygląda krótki przegląd idei o przyszłości bohaterów w wieku 18 lat, wiem że niepełny, kto wie – może kiedyś do czegoś takiego wrócimy. A może Wy macie jakieś pomysły? Dajcie znać.

Refleksje o Arenach

Hej, ten tekst nie jest jak pierwotnie miał być jedną z zaległych aren, a czymś co mógłbym określić jako luźne podsumowanie tego skąd koncept aren jako opowiadań się wziął oraz jak dalej rozwijał.

No to zaczynając od początku. Pomysł realizacji opowiadań opisujących starcie dwóch postaci z innych opowiadań-uniwersów narodził się u mnie jakoś w 2016 roku. Głównie za sprawą jeszcze wówczas nieco żywego community skupionego wokół spisu opowiadań, które swoją drogą było dość unikalnym tworem. Nie kojarzę by inne uniwersum niż te Lyokowe posiadało aż tak aktywną i barwną blogosferę. Rzecz jasna pomijając gigantów popkultury takich jak chociażby Harry Potter czy inne znane marki. Nie zawsze mają jednak one aż taki potencjał na tworzenie fanfikcji, która mogłaby swobodnie bawić się swoją formą, fabułą i wprowadzaniem nowych postaci nie przecząc przy tym oryginalnej fabule. W miarę duży potencjał widziałem wówczas także w potencjalnych fanfików z uniwersum Percy’ego Jacksona jednak nigdy nie byłem się w stanie doszukać jakiegoś dobrego opowiadania związanego z tą marką. Możliwe, że to była też kwestia braku zorganizowania innych fandomów w coś na rodzaj ich spisów opowiadań, bo jednak spis dawał dużo w kwestii dostępności innych opowiadań, z których można było czerpać swoją inspirację. Wiadomo, że zawsze był też Wattpad jednak mam o nim dość niską opinię i wolę omijać szerokim łukiem.

Fanfiki niemal zawsze posiadały jakąś nową postać, którą dalej w tym tekście będę określał skrótowo OC (Original character). Była ona często w pewnym stopniu odbiciem autora bądź raczej tego jak autor siebie wyobrażał a co za tym idzie sprowadzało to opowiadania do schematu „Wojownicy Lyoko i Ja”. Jednym to wyszło lepiej innym gorzej. W opkach, gdzie autorzy mieli jakiś szerszy zamysł na fabułę taka postać często bywała katalizatorem wprowadzonych przez autora zmian ( Na pewno całkiem fajne opko z wilkołakami, gdzie każdy miał symbol łapy na ciele a jak się potem okazało Jim swoje ukrywał pod plastrem na twarzy) bądź kontrastem dla dotychczasowych postaci (Chociażby Powrót Xany, gdzie Maciej srał swoimi poglądami przy każdej możliwej okazji przez co zarżnął skądinąd dobrą koncepcję na opko. Samemu nie miałby chłop jaj by zrobić z tego porządne opowiadanie a przy nawet relatywnie niewielkich zmianach PX miał potencjał takim się stać). Właściwie to można większość ówczesnych opowiadań nawet powymieniać po ich nowych postaciach.

Wówczas też chętnie wieczorami oglądałem na Polsacie Viasat History serial Deadliest Warriors (https://www.imdb.com/title/tt1281313/). Dla tych co nie znają to można go skrótowo opisać jako serial, gdzie odcinek dzielił się na dwie części. Pierwszą gdzie następowało omówienie ekwipunku wojowników oraz ich zarysu historycznego oraz drugą, którą stanowiła wyreżyserowana walka pomiędzy wojownikami. Było to dość widowiskowe zwłaszcza dla osoby zainteresowaną wszelaką historią jak ja. Po którymś odcinku zacząłem szukać na Youtube filmów w podobnej konwencji przez co natrafiłem na filmy z serii „Death Battle” (https://www.youtube.com/user/screwattack). Mimowolnie zacząłem wówczas parować ze sobą postaci z fanfików i obmyślać w głowie potencjalne scenariusze starć. Było to o tyle łatwiejsze, że posiadały one bardzo zróżnicowany wachlarz uzbrojenia co dawało ogromne możliwości jeśli chodzi o zrealizowanie walki. Nie trzeba było dużo czasu abym zaczął rozkminiać jakie postaci wziąć do areny, która nie miałaby miejsca jedynie w mojej głowie a także na kartce ( bądź w tym przypadku w edytorze tekstu).

Padło wówczas na Anioła Ciemności, będącym postacią z Powrotu Xany oraz Franza Pickelhaube z Code Cortex. Obydwie postaci do pozytywnych nie należały i były mocno przesadzone przez co elegancko mi pasowały na pierwsze starcie. Publikację się zdecydowałem umieścić na stronie Macieja, która była wówczas najaktywniejszej punktem fandomu (spis i blogosfera wówczas już mocno podupadły). Wiązało się to z drobną cenzurą jaką musiało przejść opko, żeby być opublikowane ale, że ta nie była zbyt uciążliwa to koniec końców nie miałem z tym wielkich problemów i opko zostało opublikowane. Z perspektywy czasu można tu powiedzieć, że ta stronka a właściwie jej szablon jest naprawdę paskudnie zorganizowany pod względem przechowywania treści bo dokopanie się do tych starych arenek trochę mi zajęło. Na dzień dzisiejszy opko to mam nieco ponad 700 wyświetleń i żadnego komentarza. Chociaż pewnie jakaś dyskusja była na chacie bo miałem motywację żeby napisać kolejną. Wówczas z kolei padło na postać z opowiadania Wojownika Xanadu oraz Mateusza z Powrotu Xany. Tutaj ponownie dała o sobie znać cenzura bo Maciej pozmieniał dialogi swojej postaci przed puszczeniem na stronę. Niemniej w miarę ok opko wyszło. Na dzień dzisiejszy ma nieco ponad 700 wyświetleń i 5 komentarzy.

Wówczas zgłosiła się do mnie Natka Nataly z pytaniem czy mogłaby napisać kolejną arenę na co od razu wydałem zgodę. Nigdy Aren nie traktowałem jako czegoś co jest tylko moje a bardziej a jako koncept, który daje możliwość na kreatywne przedstawienie postaci dlatego też byłem zadowolony, że ktoś inny chce też spróbować swoich sił przy jej realizacji. Na 3 arenkę trzeba już było trochę poczekać ( kilka miesięcy?) a gdy ta już się pojawiła to wywołała dość sporą dyskusję w komentarzach. Przyjebał się wówczas głównie Shadow, że mało walki i ogólniki ale właściwie to niesłusznie bo jakoś nie wiadomo jak źle to nie było. Choć sama walka była rzeczywiście za krótka bo żadna z użytych w niej postaci nie była w stanie zaprezentować całego swojego dostępnego arsenału.

Dla kontrastu czwarta arena zebrała już tylko bardzo pozytywne opinie. Właściwie to było jedne z fajniejszych opowiadań jakie miałem okazję napisać. Opowiadała ona o walkę Marka Szewczyka z drugiego frontu ( jedno z fajniejszych opowiadań wówczas a na pewno jedno z bardziej kreatywnym podejściem ) oraz Jeana De Champiette z Code Cortex. Nie ma pojęcia czy Marek miał w swoim opowiadaniu jakąś większą rolę ale Jean na pewno był postacią robiącą jedynie za tło, dla której ta arenka była jedynym miejscem gdzie go rozwinąłem jako postać. Wprowadziłem również wówczas postać Ines, która miała odegrać większą rolę w dłuższej perspektywie ale koniec końców. Ostatecznie wyszło naprawdę fajne opowiadnie. Zarówno jako one-shot jak i gdyby miało stanowić część jakiejś większej całości ( Postać Ines jeszcze była gdzie indziej wykorzystana poza arenami ale nie pamiętam gdzie). Jeżeli ktoś narzeka na nadmiar wolnego czasu i lubi arenki to polecam sobie przeczytać.

Piąta arenka była w sumie trochę takim zapychaczem na odwal. Postaci zostały wzięte z martwych opowiadań więc autorzy pewnie nawet na tą arenę nie zerknęli. Niemniej zła też nie była ale też nie dobra na tyle by tu za dużo o niej wspominać. Po prostu była. Kolejną rundę pisać miała Ananasims ale coś tam nie pykło i arena numer 6 chyba to się nigdy nie pojawiła. A przynajmniej nie pamiętam by takowa miała premierę a samej areny też znaleźć nie mogę. 7 Edycję bodajże pisał Qazqweop a sama arena dała mi się głównie zapamiętać przez to, że Maciej się przypruł o wątek podpitego Odda. W sumie zabawne jest to, że nie pamięta się samej walki a jedynie dramę wokół opowiadania.

W 2019 Areny zmieniły format z pisanych przeze mnie ( bądź przez kogoś innego) raz na jakiś czas opowiadań na bitwy literackie gdzie to autorzy zgłaszają do nich swoje postaci, piszą dwie wersję tej samej walki i publiczność ( czasami ponoć i jednoosobowa ) decyduje, która będzie kanoniczna. Areny te posiadały własne uniwersum i nie były bezpośrednio kontynuacją tych moich jednakże nie ma przeciwwskazań by były bo mój wcześniejszy koncept bazował na multiwersum, gdzie uniwersum aren turniejowych byłoby po prostu kolejną rzeczywistością. Azize wówczas wystartowała pierwszą edycję, w której wzięło udział 8 uczestników. Wygrał Charles Soule, będący postacią pisaną przez Qazqweopa. Samą edycję nawet nieco śledziłem bo kilka walk pamiętam nawet całkiem nieźle jak i to, że było kilka ciekawych postaci jak chcociażby typek walczący jako pantera. Równolegle rozwijany był również wątek z Xan Guldur ale właściwie to nie mam pojęcia o co w nim chodzi.

Rok później w lutym Akuszili wystartowała kolejną edycję. Tutaj już postanowiłem się zgłosić bo i miałem wcześniej przygotowaną postać. Trochę dramy wokół niej zresztą potem było bo niby zbyt OP ( co jest zarzutem z dupy bo to czytelnicy decydują kto wygrywa i nawet mega OP postać może przegrać ) czy to, że miałem wrażenie, że każdy chciał by postać odpadła. Niemniej wygrałem pierwszą walkę i przeszedłem do półfinału. Tam już odparłem jednak na tamtej edycji mi już w ogóle nie zależało. Przeciągała się ona w czasie tak bardzo, że hype mi się na nią skończył jako pod koniec ćwierćfinałów a dalej co się działo to mnie niezbyt interesowało. Walki o 3 miejsce nawet nie pisałem bo zwyczajnie nie miałem na to czasu ani głowy, ponieważ była już końcówka semestru i szkoła zajmowała większość mojej uwagi. Choć miała się ona pojawić na 30.07.2021 jednak Anka się zesrała, że jej to psuje jej fabułę jakichś opek więc opowiadanie koniec końców nie doszło do skutku dzięki czytasz właśnie ten tekst a nie arenkę. Koniec końców arenę wygrał Mayak , korzystający z tej samej postaci co w pierwszej edycji. Nie weryfikowałem tej informacji podczas pisania tekstu ale ponoć w finałowej walce został oddany tylko jeden głos. Ależ to musiało być emocjonujące. Koniec końców mam wrażenie, że moja postać i tak była najbardziej rozpoznawalna w tej edycji pomimo raczej chłodnego przyjęcia.

Edycji 2.5 nie śledziłem więc poza tym, że była to nic o niej nie wiem

Obecnie edycja aren trafiła już w lepsze ręce bo do Wyklętego, którego wspomaga Azize i zapowiada się całkiem ciekawie. Postaci są w miarę różnorodne i ciekawie ( nie ma już chodzących arsenałów jak w drugiej edycji). Co prawda nie każdą dotychczasową arenkę dotychczas czytałem jednak poziom, tych co czytałem jest całkiem ok. A przynajmniej tych co były zwycięskie w pierwszej rundzie. Fajnym pomysłem też jest to, że dwójka zawodników, którzy odpali w ćwierćfinałach pisze jeszcze jedną walkę. Dzięki temu tylko dwie postaci instant znikają z turnieju i trafiają na śmietnik historii. Wydaje mi się, że jest też kilka nowych pisarzy w tej edycji a to też na plus.

No to byłoby chyba na tyle o arenach na obecną chwilę. Nie wiem właściwie jak ostatecznie można ten tekst potraktować niemniej myślę, że stanowi on w miarę ciekawe na spojrzenie na areny oraz ich ewolucje na przeciągu już bagatela 5 lat!

Autor: Pablo

Felietony