Rozdział 29

Jeremie siedział przed komputerem i rozmyślał nad mailem, którego otrzymał kilka godzin wcześniej. Zastanawiał się, co dokładnie będzie potrzebne i jak ten protest się uda. Jeśli w ogóle dojdzie do skutku. Sprawdził już nieoficjalne grupy kilku innych szkół o profilu i poziomie podobnym do Kadic, by zorientować się, czy tam też szykują się jakieś zmiany i czy tamtejsi uczniowie też są do nich nastawieni dość negatywnie, a może wręcz przeciwnie, chcą tych zmian. Okazało się, że jak na razie tylko pięć placówek otwarcie zapowiedziało włączenie się w program reformy, ale uczniowie w większości nie chcą się przeciwko temu buntować. Okularnik nie dziwił się takiemu obrotowi sprawy, w końcu zawsze było tak, że to mniejszość zaczynała zryw. Już miał włączyć w sieci nagranie programu publicystycznego z udziałem ministra edukacji, w którym dyskutowano by o kolejnych etapach wprowadzania rewolucyjnych zmian w duchu konserwatyzmu (niektórzy wręcz nazywali to wstecznictwem), gdy otrzymał smsa od Aelity.

„Jeremie….proszę, przyjdź do mnie…potrzebuję cię…” – głosiła wiadomość. Jeremie nie zastanawiał się ani chwili i poszedł w piżamie do swojej dziewczyny. Najpierw zapukał, ale nie słysząc odpowiedzi, postanowił wejść bez zaproszenia. Ujrzał różowowłosą, która siedziała skulona na łóżku ubrana w szarawą koszulę nocną i cichutko płakała.

-Aelita? – zaniepokoił się chłopak. – Co ci się stało, dlaczego płaczesz?

-Wiesz… niedługo minie kolejna rocznica śmierci mojego ojca – wyjaśniła po chwili dziewczyna, skrywając chwilami twarz w dłoniach i łkając. – To wszystko do mnie wraca, te okrutne wspomnienia…. Przecież ja widziałam jego śmierć. Rozumiesz to? Widziałam śmierć własnego ojca! On umarł na moich oczach! A ja… ja….nic nie zrobiłam…

-Kurczę… nie mogliśmy już więcej zrobić, kochanie… zrobiliśmy to co mogliśmy – odpowiedział Jeremie. – Rozumiem to, że wciąż cię to boli. Naprawdę. Ale nie możesz się o to obwiniać.

-Wiem, Jeremiaszu…po prostu czuję się teraz smutna, bo w takich momentach sobie myślę o tym, co by było, gdyby mój ojciec żył, gdyby mógł cię poznać… poza tym jest jeszcze jedna rzecz.

-Jaka? – zainteresował się okularnik.

-Zawsze mam wtedy stracha, że pewnego dnia los zabierze mi także ciebie… że coś się stanie i… i… – tu Aelita już nie mogła opanować emocji i mówiła przez łzy – i zginiesz, albo umrzesz… Jeremie, ja bym tego nie przeżyła! Ja bym chyba sama wolała się zabić, gdybyś zniknął!

-Nie mów tak, Aelita. Spokojnie, nic się ze mną nie dzieje – zapewnił ją blondyn. – Wypłacz się w moje ramię, jeśli to pomoże.

-Naprawdę… mogę to zrobić…? A nie poplamię ci piżamy?

-Aj tam, głupstwa… ważniejsze, że chcę ci pomóc. No, chodź tu do mnie… – Jeremie objął swoją dziewczynę i przytulił bardzo czule, tak aby poczuła się już bezpiecznie. W takiej pozycji oboje siedzieli na łóżku przez kilka minut.

-I jak, już lepiej? – zapytał chłopak.

-Tak, jest lepiej, jak zawsze, gdy mi pomagasz – odpowiedziała różowowłosa.

-Utulić cię do snu? Zrobiło się ciut późno.

-Jeśli tylko chcesz, Jeremie…

Jak powiedział, tak zrobił. Ułożył Aelitę na łóżku, przykrył ją, pocałował na dobranoc i wyszeptał:

-Aelito, śpij spokojnie. Nie zamartwiaj się. Wszystko będzie dobrze. Kocham cię…

Einstein postanowił, że zostanie tej nocy w pokoju, by móc zareagować, gdyby jego ukochanej przyśnił się koszmar. Stanął przed jej łóżkiem i spoglądał, jak wyrównuje się jej oddech, z łez przestają lecieć łzy i staje się coraz bardziej spokojna. Co kilkanaście minut podchodził cicho do niej, klękał przed łóżkiem i patrzył pełen miłości na kogoś, kto zawładnął jego sercem i dla kogo mógł poświęcić całą noc.

Około trzeciej nad ranem Aelita przebudziła się. Zdziwiło ją, że ktoś stoi nad jej łóżkiem. Przez chwilę myślała, że to może Jim, ale dostrzegła postać w niebieskiej koszuli z guzikami i zorientowała się, że to nie wuefista robi kontrole, a Jeremie jest tu od czterech godzin. Zapytała cicho:

-Co tu robisz o tej porze? Połóż się, nie musisz się męczyć.

Na co chłopak ją zapewnił:

-To nie jest meczące, wręcz przeciwnie. Chcę tu być z tobą i cię wspierać.

Różowowłosej zrobiło się bardzo miło na sercu:

-Doceniam to, Jeremie… to chyba ty powinieneś kiedyś założyć skrzydła anielskie, a ja powinnam paść przed tobą na kolana.

-Oj tam…. – zawstydził się ukochany – po prostu robię to co do mnie należy.

-Więc nie pójdziesz się wyspać do siebie?

-Wolę zostać tutaj z tobą.

-Skoro tak chcesz… to w takim razie chciałabym, abyś położył się przy mnie i przytulił. Tak będziesz najbliżej.

Jeremie był nieco zaskoczony propozycją, bo to oznaczało, że spałby z Aelitą w jednym łóżku. Z drugiej jednak strony pomyślał, że i tak są w związku, a poza tym on potrzebuje bliskości. Dlatego też dość szybko się zgodził i wszedł do łóżka, gdzie różowowłosa zapraszającym gestem odgarnęła kołdrę. Tuż potem para się pocałowała, a Jeremie wtulił się w swoją ukochaną dziewczynę, kładąc głowę w okolicach jej piersi. Tak oto spędzili oni pierwszą noc w jednym łóżku.

Matka Yumi i Hirokiego szykowała się do wyjścia na zebranie w szkole. Zwołało je dość nagle, ale dyrektor w mailu zaznaczył, że jest ono bardzo ważne, bo dotyczy przyszłości uczniów, rodziców i całej społeczności.

-Naprawdę nic wam w szkole nie mówili o tym, że jest planowane jakieś spotkanie? – spytała Akiko.

-Nie, nic nie wspominano, że was będą ciągać na gadaninę. Wiem tylko, że mają nam jakieś mundurki wprowadzić, może to o to chodzi? – odpowiedziała Yumi.

-Mundurki, powiadasz… – zamyśliła się matka. – A wiesz, to może nie jest taki zły pomysł. Jak czasem zobaczę na ulicy, jak się twoje koleżanki ubierają, to tak jakby miały szkołę w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Poza tym w Japonii mundurki były od zawsze i nikt nie narzeka.

-Owszem, szczególnie podstarzali zboczeńcy, im się te ubrania bardzo podobają u piętnastolatek…

-Nie przesadzaj, Yumi, to było tylko sześć takich przypadków.

-O sześć za dużo! Zresztą co to w ogóle za narzucanie nam strojów, my się niby samodzielności mamy uczyć w szkole, a będą nam mówić, co możemy ubrać, a co nie?

-Ale wiesz, Yumi… jak pójdziesz do pracy to też będziesz miała określony dress-code i w szkole takowy powinien być.

-Przecież jest. Nikt nie lata w bikini po szkolnych korytarzach, a jak ktoś nosi za krótką spódniczkę, to się taką osobę upomina.

-Czyżby? – zdziwiła się matka Yumi. – Wielokrotnie widziałam twoją koleżankę Sissi bardzo umalowaną i ubraną w wyzywający sposób…

-Ta dziw… znaczy, ona nie jest moją koleżanką – zaoponowała młoda Japonka. – A wolno jej, bo jest córką dyrektora i dlatego nieco na to oko przymykają.

-Mam nadzieję, że po wprowadzeniu mundurków się to ukróci, wszyscy muszą być równi wobec prawa. Zresztą myślę, że tak źle nie będzie, na pewno wymyślą jakiś fajny krótki, taki żebyście się w tych strojach czuli komfortowo.

-Srała babka, srała…

-Skąd u ciebie tyle pesymizmu? Chyba to od tych czarnych ubrań, które ciągle nosisz. Kto to widział, żeby dziewczyna się tylko tak ubierała… – Akiko spojrzała na zegarek – O kurczę, zaraz się spóźnię! No, nic, kolację macie w lodówce, przypilnuj brata, żeby niczego nie zmajstrował. Na razie, dzieciaki!

Hiroki nawet nie zauważył, że matka wyszła, ponieważ był skupiony na oglądaniu kolejnego odcinka programu dla młodych widzów o przygodach Wojciecha Suchodolskiego i Krzysztofa Kononowicza. Tym razem było dość burzliwie. Wojciech chwalił się skierowaniem na szczepienie:

-O, tu mam taki oto papier, pójdę z nim za dwa tygodnie i mnie zaszczepią, to wtedy nie umrę.

Kononowicz siedzący po drugiej stronie stołu nagle wstał i wziął skierowanie, a potem je podarł.

-Ej, co ty robisz? – oburzył się Suchodolski – To moje kurwa jest!

-Ten papier? To jest gówno – odpowiedział gruby osobnik.

-Ty jesteś sam gówno!

-A ja się nie będę szczepić, ni cholery! – odkrzyknął Kononowicz.

-To zdechniesz i będzie po tobie! – zripostował Major.

-I dobrze! Będzie spokój z knurem! Będzie spokój z kurwą mleczną uliczną! – Krzysztof nieomal już ze łzami w oczach wykrzykiwał wszystkie epitety, jakimi obarczają go białostockie (i nie tylko) dzieci.

Yumi miała już ochrzanić swojego młodszego brata za to, że ogląda tak głupawe rzeczy, jednak po chwili sobie przypomniała, że to w końcu program dla dzieci, tworzony w oparciu o najnowsze badania specjalistów i przekazywane są tam treści edukacyjne. Poza tym zawsze mogło być gorzej, Hiroki mógł trafić na przykład na kreskówkę o kucykach, a z tego co mówiono w mediach i co nawet pokazywano w reportażach, są ludzie, którzy tak się w to wkręcają, że stają się fanatykami i ciągle o tym w sieci piszą, zaś ci najbardziej radykalni potrafią nawet działać niczym terroryści i porywać ludzi, którzy otwarcie mówią, że kreskówka o kucykach jest słaba. Na całe szczęście we Francji jeszcze do tak strasznych rzeczy nie dochodziło.

Właśnie puszczono reklamę Ikei:

-Tylko teraz super promocja! Adoptuj Blahaja! Wspaniały zwierzak, który będzie świetnym przyjacielem oraz strażnikiem czystości! Tylko 69 euro! Oferta do wyczerpania zapasów.

Hirokiemu spodobała się pluszowa ryba

-Kurde, gdybym tyle nie wydał na chipsy, to bym sobie takiego Blahaja kupił. A może… ej, siostra, masz może wolne 7 dych?

-A na co?

-Na Blahaja.

-Co? Jakiego Blahaja?

-Rybę taką. Może wspólną kupimy i będzie mieszkać tydzień u ciebie, a potem tydzień u mnie?

-Pomyślimy… – szczerze mówiąc Yumi nie miała teraz głowy do pluszowych rekinów, ale ucieszyła się, że brat zaczął myśleć altruistycznie. W telewizji trwał dalszy ciąg programu, Kononowicz wciąż wygłaszał swoje gorzkie żale:

-Ja tu ciągle pracuję, węgiel wynoszę, drewienka… patrzcie jakie mam ręce brudne, niedomyte. Nie mam kiedy umyć! A tu – Krzysztof wskazał na kanapę – siedzi Wojciech. To jest laluś! Pachnący pięknie, czyściutki laluś! A ręce do roboty obie lewe! W melinę popadł, głęboką i szeroką, by tylko żarł, srał i wąchał rozpuszczalnik!

-Nieprawda! Odpierdol się ode mnie, ja podatki płacę, na światło płacę i jem za swoje, knurze! – wkurzył się Major.

-Laluś jesteś, narkotykarz, narkotykarz, alkoholik i więcej nic!

-Ta, ooo, jaki ty kurwa mądry jesteś! Ja alkoholik? W moim życiu alkoholu nie ma, a ty jesteś konfident i już!

-To ty masz rodzinę ubecką, twój wujek, Majorze, jest ubekiem.

-Śmierdząca kurwa jesteś…

Tego było już za wiele. Krzysztof podniósł się z taboretu i wskazując ręką drzwi, wykrzyczał:

-Wypierdalaj z tego domu już, już! Powiedziałem, nie ma cię, świnio cholerna ty! Won!

Hiroki nie wytrzymywał ze śmiechu i kręcił się z radości na kanapie. W tym samym czasie zadzwonił telefon Yumi. Odebrała go tak szybko, że zapomniała spojrzeć na numer, jaki wyświetlił się na ekranie smartfona.

-Tak, słucham… o, cześć… tak, tak…. To już? Nie no, cieszę się… tak, nie odbiera bo jest na zebraniu, pewnie wyłączyła telefon… dobrze, przekażę,.. no, na razie.

Hiroki jednym uchem wyłapał treść rozmowy i spojrzał na siostrę, która była nieco zaskoczona jej przebiegiem.

-Yumi, co się stało?

Dziewczyna wzięła oddech i powiedziała:

-Ojciec wraca za dwa dni z Hiszpanii.

Rozdział 28

Jean-Pierre Delmas siedział przed swoim domowym komputerem i kończył redagować wiadomość, którą sekretariat szkoły miał rozesłać do wszystkich rodziców. Dotyczyła ona zebrania, jakie miało się odbyć za trzy dni. Powodem jego zwołania był nowy regulamin szkoły. Dyrektor uważał, że trzeba przedstawić zmiany tej grupie, która mogłaby wnieść jakieś wątpliwości. Pamiętał przy tym, że to przedstawienie powinno odbyć się w taki sposób, aby nikt, nawet najbardziej gorliwy rodziciel, nie miał choćby cienia wątpliwości co do słuszności działań i nie musiał zatruwać dyrekcji i nauczycielom życia. Sam co prawda nie miewał takich problemów, ale wiedział z opowieści kolegów, że zdarzają się bardzo upierdliwe jednostki, które potrafią robić aferę z byle gówna, uważając, iż znają się lepiej na szkolnictwie, choć nie skończyli studiów pedagogicznych. Wolał uniknąć takich sytuacji, szczególnie teraz, gdy wprowadzano tak istotną reformę.

Właśnie wysyłał ostateczny tekst do sekretarki, gdy do pokoju weszła Sissi, ubrana odświętnie, bo wracała z próby w grupie mażoretek, do której należała. Była bardzo zadowolona.

-Cześć, tatulku!

-O, cześć… coś długo ci tam zeszło.

-Wiesz, dużo ćwiczyliśmy, poza tym dzisiaj wskazano, kto ma zostać tamburmajorką,

-Zgaduję po nastroju, że ty masz nią być.

-Pewnie że tak – odpowiedziała ucieszona nastolatka – wszyscy uznali, że to ja powinnam nią być. A wiesz, jaka to jest ważna rola?

-Domyślam się, choć nie za bardzo kojarzę, dlaczego – powiedział ojciec, który szczerze mówiąc nie przywiązywał do tego zbyt wielkiej wagi, ale uznał, że skoro córka ma zajęcie, to niech się rozwija.

-Będę prowadzić każdą paradę na każdej uroczystości w mieście, na wszystkich festynach, obchodach Dnia Bastylii…. Mam całą grupę pod sobą, jakieś trzydzieści dziewczyn, i będą robić to co ja każę. Wszystkie oczy na mnie będą zwrócone, wszystkie aparaty i kamery skierowane na moją sylwetkę we wspaniałym paradnym mundurze… – rozmarzyła się Sissi.

-No, to fajnie. A kiedy jakaś taka okazja będzie, żeby ciebie w takiej roli zobaczyć?

-Za około dwa-trzy tygodnie. Jeszcze nam powiedzą, ale będzie zrobiona uroczystość, na której wręczą mi buławę, złożę ślubowanie i poprowadzę pierwszy przemarsz. Będziesz chciał pewnie zobaczyć swoją zdolną córkę w tej roli, prawda, tatku drogi?

-No, pewnie że tak, ale musiałabyś mi powiedział, kiedy to będzie dokładnie i gdzie, to wtedy postaram się przybyć.

-Dobrze. To ja idę chwilę odpocząć do siebie!

Wyszła z pokoju. Ojciec chwilę się zadumał.

„No, kurczę, czyli jednak coś ta moja córka potrafi. Owszem, wiadomo że robi to po to, żeby się pokazać przed ludźmi, ale… przynajmniej jest to w jakiś pożyteczny sposób zrobione, trochę sobie poćwiczy przy okazji, poprawi koordynację ruchów… tylko jedno mnie zastanawia: nie przeszkadza jej maszerowanie i skakanie w mundurku, a jak zaczynaliśmy kwestię szkolnego uniformu, to była przeciw. Ale zaraz… ja jeszcze mogę jej pasję do bycia mażoretką wykorzystać… czyżbym mógł rozwiązać problem z nastolatką i jej skłonnościami do buntu? Nie no, jak to wyjdzie, to będzie trzeba do gazety napisać, do jakiegoś poradnika dla rodziców. Niech wywalą na okładkę: JEAN-PIERRE DELMAS I JEGO SPOSÓB NA BUNTY NASTOLETNIE. Cóż… trzeba to przemyśleć i działać. Ale to jak załatwimy zebranie.”

Ulrich i Odd siedzieli w swoim pokoju wraz z Aelitą, Yumi i Jeremiem, rozmyślając głośno o tym, jaka przyszłość ich czeka.

-Co mamy z tym zrobić? Mamy się podporządkować i siedzieć cicho? – zapytał Niemiec.

-Oczywiście, że nie! – stanowczo odpowiedziała czarnowłosa – Nie możemy dać się stłamsić, musimy pokazać, że mamy swoje zdanie.

-Tylko w jaki sposób? – włączył się Jeremie – Okupując szkołę i robiąc demonstracje na ulicach?

-W razie ostateczności owszem. Ale trzeba to rozegrać taktycznie. Nie można popełnić tego błędu, który Sissi zrobiła kilka lat temu przy okazji akcji z komórkami.

-Jakiej akcji z komórkami? – spytała Aelita – To musiało chyba być wtedy, gdy jeszcze nie sprowadziliście mnie na Ziemię.

-Owszem, Aelito, kiedyś była sytuacja, w której Xana przejął satelitę, a do kontaktu z nim używał telefonów komórkowych uczniów ze szkoły. – wyjaśnił Jeremie – Zaczęły dzwonić na lekcjach, co spowodowało wściekłość grona nauczycielskiego i wprowadzenie natychmiastowego zakazu posiadania włączonych komórek na lekcji.

-OK, tylko… gdzie był błąd Sissi? – dopytała różowowłosa.

-Błąd polegał na tym – zabrała głos Japonka – że protest zrobiono zbyt szybko. Córka dyrektora od razu praktycznie się z tym wyrwała, głównie dla zaspokojenia własnych partykularnych interesów. Nie w głowie jej było dobro wspólnoty.

-Chociaż akurat wtedy ten protest nam nieco pomógł – przypomniał sobie Odd.

-Wtedy tak, ale to dlatego, że sytuacja inaczej wygląda. Teraz coś takiego by nas pogrążyło. Nie możemy działać nagle i bez przemyślenia.

-Więc jak powinniśmy działać? – spytał Ulrich.

-Podstawowa kwestia jest taka – zabrał głos Einstein – że w tym momencie jeszcze niewiele osób wie o tym, jak dokładnie te zmiany mają wyglądać. Nie możemy teraz o tym głośno mówić. Powinniśmy poczekać, aż to zostanie oficjalnie ogłoszone i wprowadzane, wtedy zobaczymy, jak będą o tym uczniowie myśleć.

-Wiem, że w mojej klasie większość jest raczej niezadowolona, tak przynajmniej wyglądało to na lekcji wychowawczej, gdy Chardin zapowiedział nowy regulamin – dodała Yumi.

-Tak, ale wy jesteście starsi, niedługo odejdziecie z tej szkoły, mniej wam mogą zrobić – lekko zaoponował Odd.

-Racja – włączyła się Aelita – wydaje mi się, że młodsze roczniki nie będą tak odważne.

-Dlatego trzeba obserwować, co będzie się działo, i zacząć od lżejszych form oporu. Jak będą nas chcieli przymusowo zapisywać do harcerstwa, to się nie zgadzajmy, mówmy że to wbrew naszym przekonaniom, i że nie lubimy tego, co tam się robi. Nie chcemy spać w lesie i żreć robaków. Jak będą nam kazać ubierać mundurki, to nie ubierajmy. Zobaczymy, ile osób tak będzie działać, a potem w razie konieczności będziemy stopniowo wykorzystywać radykalniejsze formy – Japonka wyjaśniła swój plan.

-Ja bym dodał jeszcze coś – wtrącił się Jeremie – warto by było skomunikować się przez internet z uczniami z innych szkół, w końcu to ogólnokrajowa reforma. Łatwiej potem będzie organizować szerszy sprzeciw, gdy otrzymamy wsparcie kilkunastu, a może nawet kilkuset szkół w kraju, niż gdybyśmy sami, jako przedstawiciele jednej placówki we Francji, wyszli na ulicę.

-To dobra myśl – potwierdziła Yumi – bo pewnie podobne pomysły kiełkują w całym kraju, a nie sądzę, żeby posłusznych uczniów było więcej niż tych, którzy chcą dbać o swoją wolność. Nie w takim kraju jak Francja.

Po kilku godzinach dyskusji Jeremie wrócił do swojego pokoju. Włączył telewizor, właśnie nadawano wiadomości z zagranicy i pokazywano wywiad z prezydentem jednego z europejskich krajów.

-Czy zna pan jakieś osiągnięcia kandydata partii rządzącej na rzecznika praw obywatelskich? – zapytał redaktor prowadzący – Kojarzy może pan jakieś działania w zakresie praw człowieka?

-Nie, ale znam pana Wawrzyka osobiście, jest uczciwy, zawsze jak pożyczał na puszkę coli, to oddawał, więc na to stanowisko się doskonale nadaje.

„Fajne kryteria, nie ma co…” – pomyślał Jeremie. Zaraz potem usłyszał jednak jeszcze dziwniejsze rzeczy.

-Co może pan powiedzieć o działaniach służb mundurowych, wiele osób krytykuje to co się ostatnio przy demonstracjach przeciwko rządowi dzieje, uważa używane środki za zbyt drastyczne.

-Panie redaktorze, policja pracuje bardzo profesjonalnie, czego dowodem jest to, że nikt nie zginął. Niech pan zobaczy na to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, tam pięć osób zginęło, we Francji też były ofiary niedawno…

„Że co? Jakie ofiary?” – zdziwił się Einstein – „Przecież te cztery osoby, które zginęły dwa lata temu na demonstracji, to były ofiary śmiertelnego zatrucia się zbyt szybkim jedzeniem w biegu burgerów jalapeno z McDonalda. Ten człowiek się w ogóle na polityce nie zna… kto go wybrał…?”

Po obejrzeniu programu okularnik włączył komputer i zobaczył, że ma na Gmail wiadomość podpisaną „Od redakcji gazetki”. Otworzył ją i zaczął czytać.

Witaj, Jeremie!

Wybacz, że się tu wtrącamy, ale w nawiązaniu do wczorajszej rozmowy wyczuwamy, że może się coś dziać w szkole. Nam też te zmiany się nie podobają i chcemy wam jakoś pomóc. Jeśli będziecie potrzebować jakiegoś większego drukowania czy czegoś takiego, to pytajcie, mamy papier z pieniędzy szkolnych, to zawsze możemy wpisać w koszty. Tylko dyskretnie to musimy robić, nie możemy o tym rozmawiać na korytarzu, żeby nas nikt nie wsypał, dlatego będziemy się kontaktować głównie mailowo albo telefonicznie. Jak tylko coś będziecie więcej wiedzieć o działaniach, jakie chcecie podjąć, dajcie nam znać.

Milly i Tamiya

Rozdział 27

Gdy oczekiwani goście zjawili się już w pokoju redakcyjnym szkolnej gazetki, rozpoczęła się dyskusja.

-Chardin wyglądał, jakby nie był pewny tego, co nam przekazuje – zaczęła Yumi – jakby sam się z tym osobiście nie zgadzał i może chciałby się temu jakoś sprzeciwić, ale nie może, żeby się nie narazić i pracy nie stracić.

-Czyli już się zaczyna… – odpowiedziała Milly.

-Co się zaczyna?

-Wiecie, my w redakcji od pewnego czasu mamy informacje o tym regulaminie, ba, nawet go już czytałyśmy i wydrukowałyśmy.

Redaktorki opowiedziały emerytowanym wojownikom Lyoko to, co działo się w ostatnich dniach, łącznie z postępami Jima w nauce obsługi komputera i wysyłania wiadomości.

-A więc to tak… – zabrał głos Odd – nie bez powodu mówiono o mundurkach na tym zebraniu, za które wciąż mam karę. To jest szerszy plan.

-Bo w sumie same mundurki to by było bez sensu wprowadzać, wiadomo by było, że i tak byśmy to odrzucili – powiedziała Tamiya – Ale jeśli tu się szykują grubsze zmiany…

-Tylko co oni w ogóle chcą? – włączył się Jeremie – Przecież to, co planują, to jest kompletne wywrócenie istoty szkoły. Mamy się tu rozwijać zgodnie z naszymi osobowościami, a co oni nam proponują? Dryl pruski, mundurki, jednolitość… i jeszcze nas do jakiegoś harcerstwa albo innego paramilitarnego syfu wrzucą, gwardii jakiejś młodzieżowej. A co, jak nie chcemy? Zmuszą nas?

-Chyba tak… – odrzekła Milly – W końcu to ma być część ogólnokrajowej reformy, a wiadomo, że wtedy łatwiej wprowadzać zmiany, bo nikt nie będzie się chciał wyłamać pod groźbą kary z kuratorium.

-Tylko co my mamy zrobić – zapytał Ulrich – kłaść uszy po sobie i się dostosować?

-Oczywiście, że nie! – rzuciła Japonka – Przecież tyle lat nas uczyli o tym, jak ważne jest posiadanie własnego zdania, indywidualność i wyrażanie siebie. Niech zobaczą, że nie ma zgody na zabieranie nam tego.

-Niby fajnie… – nieśmiało odezwała się Aelita – ale… czy to coś da? A może te mundurki to nie będą takie straszne…?

-Wiesz, Aelita, w mojej ojczyźnie, choć tak w sumie Francja to już bardziej moja ojczyzna, no, ale… w moich ojczystych stronach mundurki są od lat. Niby nic w tym złego, ale wyglądają okropnie. Za duże marynarki i niedopasowane kraciaste spódniczki oraz białe podkolanówki. A najgorsze jest to, że podstarzali zboczeńcy jeszcze sobie z tego fantazje erotyczne robią…

-Bezwstydnicy – rzekł Odd.

-Tylko kto by miał stanąć na czele protestu, jeśli by taki się zaczęło planować? – zapytała Tamiya.

-Na pewno nie Sissi – powiedziała Yumi, która w międzyczasie wstała i zaczęła chodzić po pokoju – Ona już jeden protest uwaliła, niby taka odważna, a pamiętamy, jak szybko wymiękła przy sprawie telefonów. Poza tym drugi raz numer z buntowniczą córką dyrektora nie wypali.

-Ale w kwestii mundurków – wtrącił się Ulrich – to jednak jest przeciw.

-Sam widziałem, agresywna była strasznie na tym zebraniu – dodał Odd.

-Jest przeciw, ale tylko dlatego, że nie mogłaby się pokazywać w tych szmatach z galerii. Choć i tu miałabym pewne wątpliwości, czy nie byłaby traktowana na specjalnych zasadach. Ona by w dupie miała prawa ucznia, skoro nie wie, co to jest, bo i tak ciągle jest tu głównie dlatego, że jej ojca wsadzili na stołek dyrektorski.

-No, to co w takim razie? – powiedział Jeremie

-Sami musimy wziąć sprawy w swojej ręce. Nie ma co liczyć na koneksje z dyrektorem. Musimy pokazać swój sprzeciw. Nie będziemy tych mundurków nosić, będziemy się ubierać tak jak chcemy, należeć tam, gdzie chcemy należeć i nie pozwolimy sobie tłumić indywidualności i zabierać nam naszych praw. Nasz czas wolny jest dla nas, a nie po to, by spełniać zachcianki jakieś dziwaczne reformatorów. Jeśli będzie trzeba, zaczniemy okupację korytarzy. Jeśli nas do tego zmusi sytuacja, to wyjdziemy na ulicę. Nie damy sobą pomiatać! – Yumi skończyła swoje improwizowane przemówienie, gestykulując dłonią.

-Tylko, że… no, wiesz, Yumi… – po chwili ciszy odezwała się Aelita – czy to nie będzie zbyt radykalne? Okupacja, lekceważenie przepisów o mundurkach, demonstracje…

-Trzeba było nas nie wkurwiać – odpowiedziała Japonka.

Był już późny wieczór. Jeremie wciąż siedział przed komputerem, czytając e-booka. Ściągnął sobie właśnie nową pozycję – dzienniki Krzysztofa Vargi. Lubił jego felietony publikowane co tydzień w „Dużym Formacie”, spodziewał się więc świetnej lektury i jak na razie, po ponad siedemdziesięciu stronach, nie rozczarował się. Tak wciągnął się w intelektualną ucztę, że nie zauważył, jak do pokoju po cichu weszła Aelita. Była ubrana w białą marynarkę i spódniczkę tego samego koloru.

-Jeremie… – zawołała – .. nie przeszkadzam?

-Yyy..co? Nie, nie, skąd – odpowiedział Jeremie – ale… co tu robisz tak późno?

-No bo wiesz… coś mi wpadło do głowy. Pamiętasz, jak sprowadziłeś mnie na Ziemię? Wtedy spędziłeś ze mną całą noc i czuwałeś.

-Istotnie, coś takiego było.

-Pomyślałam, że przecież powinnam ci się za to odwdzięczyć…

-Nie, nie musisz…

-Ale czuję, że powinnam, w końcu gdyby nie ty, to teraz bym tutaj nie stała. Zostanę tutaj całą noc.

-OK, ale… bez piżamy? Trochę tak wizytowo się ubrałaś.

-No, wiesz… pamiętasz, czemu mi wygenerowałeś dawno temu skrzydła.

-Pamiętam… – zaczerwienił się Einstein.

-To teraz ja tak trochę do tego nawiązuję. Chcę ci się jakoś odwdzięczyć za to wszystko.

-Bardzo mi miło… – Jeremie podszedł do niej, wziął ją za rękę i pocałował w policzek. Aelita dość szybko objęła swojego chłopaka i spowodowała, że następny pocałunek był już w usta i trwał dłużej.

-Chyba już trzeba iść spać, Jeremie – powiedziała różowowłosa.

-A ty gdzie się położysz?

-Spokojnie, postaram się zasnąć na fotelu, jak się zmęczę staniem.

-Jakim staniem…?

-No, wiesz, w końcu skoro mam tu czuwać, to nie mogę od razu spać iść. Ale tobie sen się przyda.

-Kurczę, Aelita… – Jeremie był bardzo zaskoczony postawą swojej dziewczyny – ty naprawdę jesteś aniołem, choć bez skrzydeł.

-Bez skrzydeł, powiadasz… – różowowłosa się zastanowiła przez moment – wiesz, zaraz przyjdę, tylko muszę na chwilę wyjść do pokoju.

-OK, ja w tym czasie skorzystam z toalety.

Aelita zdołała wrócić do pokoju Jeremiego szybciej od głównego lokatora. Gdy ten przybył, stanął jak wryty. Ujrzał stojącą w centralnym punkcie dziewczynę ubraną tak jak wcześniej, ale ze skrzydłami i długimi rękawiczkami na dłoniach.

-Mój wybawco, jestem gotowa, by cię strzec – Aelita zasalutowała, a potem podeszła do okularnika. Ten wciąż był zaskoczony.

-Aelita… ty naprawdę wyglądasz jak anielska dziewczyna…

-Skoro tak mówisz…

-Mogę mieć do ciebie prośbę?

-Jasne, proś o co chcesz.

-Aelita, aniele… pragnę ucałować twe skrzydła, jeśli pozwolisz.

-Oczywiście, Jeremie, będzie mi bardzo miło…

Chłopak powoli podszedł do dziewczyny i uklęknął.

-Nie musisz tego robić na kolanach – lekko speszyła się różowowłosa.

-Ale powinienem, w końcu jesteś aniołem.

Jeremie ujął w dłoń jedno ze skrzydeł i je delikatnie ucałował, potem powtórzył to z drugim skrzydłem, wszystko robiąc powoli i z wyczuciem. Potem wstał i powiedział.

-Teraz mogę iść spać spokojny, że przy mnie będziesz.

-Poczekaj.. . – szepnęła Aelita i objęła go swoimi skrzydłami, całując bardzo czule.

W pokoju, który wykorzystywał Jim, trwała krzątanina. Dwóch majstrów, jeden to brunet z wąsem o imieniu Stefan, drugi zaś to ciemnowłosy Marian, właśnie kończyło instalowanie w przylegającym do pokoju sporej wielkości magazynku monitory i aparaturę do obsługi kamer. Panowie byli tak pochłonięci pracą, że nie zauważyli, iż do pomieszczenia wszedł dyrektor Delmas.

-I jak, panowie, skończyliście?

Stefan się przestraszył:

-O cholera! Yyy… tak, panie kierowniku, jeszcze tylko pół godziny i będzie po wszystkim.

Z głębi magazynku odezwał się Marian:

-Ej, Stefan, podaj mi, kurwa, ten kabel!

Dyrektor nie był zbyt zadowolony z takiego języka:

-Ale panowie, może trochę delikatniej, w końcu w tym budynku są dzieci.

-Oj, pardonsik, kierowniku, już się poprawiam. Stefan! Podaj mi, kurwa, ten kabelek!

Przez korytarz przechodził Jim. Korzystając z okazji, Delmas zawołał go.

-Jim, mam sprawę.

-O co chodzi, panie dyrektorze?

-Chciałbyś może sobie dorobić trochę do obecnej pensji?

-Jak nie, jak tak. Każdy by chciał!

-No, widzisz, to ja daję taką okazję. Widzisz te ekrany?

Jim zajrzał do magazynku.

-A co to jest? Kino domowe?

-Nie, coś lepszego. Wprowadzamy monitoring. Od teraz nie będziesz musiał chodzić po korytarzu i pilnować porządku. Wystarczy, że będziesz obserwować obraz z kamer.

-Fajnie, nie będę się musiał męczyć. Ale… – wuefista zaczął się zastanawiać – za to miałbym dostać dodatkowe pieniądze?

-Jasne, wbijemy ci w papiery, że jesteś ochroniarzem i wpadnie kilkaset euro.

-No, dobra – zgodził się Jim – ale co, jak nic nie będzie się dziać?

-Spokojnie, kierowniku! – odezwał się Stefan – My tu zamontowaliśmy też telewizję satelitarną, zresztą sami panowie zobaczcie. Próba generalna, Marian, odpalaj!

Podłączono wszystkie kable i naciśnięto guzik od zasilania. Ekrany się rozbłysły, na prawie wszystkich widać było poszczególne części korytarzy, sal lekcyjnych i podwórka, tylko jeden z nich miał inny obraz. Nadawano tam właśnie reklamę jednej z telewizji:

-Zapraszamy całe rodziny na show pełen radości i zabawy pod tytułem „Pierdolona Niedziela”! Zapewniamy masę atrakcji: koszmarna muzyka disco polo, drętwe żarty i goście niemający nic do powiedzenia, czyli wszystko to, czego potrzebujecie, by spędzić jakoś ostatni dzień przed pracą!

Nauczyciele się nieco zaskoczyli.

-I jak, dobrze działa? – spytał Marian – Jeśli tak, to się rozliczymy u pana w gabinecie, tak jak się umawialiśmy, po trzysta euro na łebka.

-No.. dobrze, dobrze – rzekł dyrektor – a za szybki serwis to nawet na wino jeszcze mogę dać.

-Ooo, pan kierownik z gestem, to lubimy! – wspólnie odpowiedzieli zadowoleni majstrowie.

Rozdział 26

Gustave Chardin zawsze przygotowywał się sumiennie do każdej lekcji wychowawczej, jaką miał ze swoją klasą. Nie traktował tych zajęć tak jak wielu innych nauczycieli, nie odklepywał kazań, by potem usiąść i dać uczniom wolną rękę. Wolał z nimi dyskutować na różne tematy, nie wstydząc się swojego zdania i zachęcając swoich podopiecznych do wyrażania własnych poglądów i samodzielnego myślenia, co nieco kłóciło się z istotą szkoły, która miała przygotowywać posłusznych i bezmyślnych obywateli. Tym razem jednak Gustave był nieco zakłopotany. Z jednej strony nie podobały mu się zapisy regulaminu, który miał za kilka chwil przedstawić uczniom. Spodziewał się ich reakcji, mówiąc szczerze sam by chętnie zaprotestował przeciwko tym reformom. Z drugiej jednak strony był on reprezentantem całego grona pedagogicznego Zespołu Szkół Kadic. Nie mógł on tak na dobrą sprawę potępiać regulaminu instytucji, w której sam pracuje od wielu lat. Bił się przez kilka minut z myślami, ale ostatecznie postanowił, że pozwoli się uczniom wypowiedzieć, mając nadzieję, że nikt się nie pokusi o podkablowanie do kuratorium.

– Siadajcie, moi drodzy, dziś mam wam coś ważnego do ogłoszenia.

Klasa momentalnie ucichła.

– Jak pewnie wiecie, niedługo wprowadzony zostanie nowy regulamin szkoły. W najbliższym numerze gazetki będzie cała jego treść, ale już teraz wiemy, że się sporo zmieni, będą wprowadzone mundurki…

W tym momencie zgłosił się jeden z uczniów:

– Przepraszam bardzo, ale mógłby nam pan jedną sprawę wyjaśnić?

– Tak, a o co chodzi?

– Z jakiego powodu chcecie nas, prawie dorosłych ludzi, wbić w jakieś dziwactwa?

– Dziwactwa… no, cóż – odpowiedział lekko zakłopotany nauczyciel – Grono pedagogiczne uznało, że wprowadzenie obowiązkowych mundurków będzie dobrym pomysłem, ponieważ wtedy zlikwidujemy zjawisko tak zwanej szkolnej rewii mody. Zresztą szkoła nie jest od strojenia się, a tak, to przynajmniej się skończą docinki, że ktoś nie ma markowych ciuchów i wszyscy będą sobie równi.

– Ta, jasne… – odezwał się głos z tyłu sali – A córka dyrektora będzie mogła dalej sobie łazić w tych swoich szmatkach, już ja wiem, jak to się skończy. Zresztą, co to za zwyczaje, żeby córka była w szkole, którą zarządza jej rodzic, co to za jakieś wschodnioeuropejskie zwyczaje.

Chardin w głębi duszy przyznał tej osobie rację, jemu się to też nie podobało. W tym momencie zgłosiła się Yumi.

– Jeśli mogę… mnie jedna rzecz zastanawia. Tyle razy słyszymy w szkole, czy to od pana, czy od innych nauczycieli, że nas głos jest ważny, że powinniśmy się angażować, że powinno się nas wysłuchać, bo to dobry trening przed dorosłym życiem obywatelskim, a jak przychodzi co do czego, to nowy regulamin wprowadza się kompletnie bez żadnej naszej wiedzy. Nikt nas nie pyta o zdanie, o to, czego oczekujemy, co nam się podoba, a co nie. Narzucacie nam i tyle. No to jak się mamy tego życia w społeczeństwie obywatelskim uczyć, skoro nie możemy nawet zdecydować, jak chcemy być ubrani?

Nauczyciel wpadł w jeszcze większe zakłopotanie, bo szczerze się zgadzał z tym, co Japonka powiedziała, jednak nie mógł tego głośno powiedzieć.

– Spokojnie, mogę was zapewnić, że po oficjalnym przedstawieniu przepisów wszystkie głosy krytyczne będą wysłuchane przez grono pedagogiczne i rozpatrzone.

Mówiąc to, miał absolutną świadomość tego, że tak się nie stanie, że wszelkie sugestie uczniów będą spuszczone do klopa, jednak wolał nieco uspokoić nastroje wśród młodzieży, bo obawiał się trochę buntu, w końcu ma do czynienia z ludźmi w ciężkim okresie dojrzewania.

Drukarka wypluwała z siebie kolejne strony zadrukowanego materiału. Tamiya brała je i zszywała ze sobą. Był to próbny egzemplarz nowego numeru „Wiadomości Kadic”, pierwszego po feriach, w którym zamieszczono pełny tekst nowego regulaminu szkolnego.

– No i gotowe – powiedziała dziewczyna – Jim będzie miał co czytać w kiblu.

– Myślisz, że faktycznie wszystko będzie sprawdzać, od deski do deski? – spytała Milly.

– Wszystkiego to nie sprawdzi, ale pewnie spojrzy, czy jest regulamin.

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi, zaraz potem otworzyły się. Pojawił się wspomniany przez dziewczyny nauczyciel w-fu.

– I jak, macie coś dla mnie?

– Oczywiście – powiedziała ciemnoskóra uczennica – Jeszcze ciepłe, dopiero co wyjęte z drukarki.

– Niech no spojrzę… – Jim wziął gazetę do ręki i zaczął przeglądać – regulamin jest, słówko od was też jest, że popieracie… i rubryka sportowa. Czyli tak jak się umawialiśmy, żadnych treści niebezpiecznych, żeby konfliktów nie zaogniać. Dobra, to lecę, bo czasu nie mam.

Po wyjściu Moralesa z pokoju nazywanego redakcją gazetki Milly zapytała:

– Tekst popierający? Napisałaś to wtedy, gdy byłam na urlopie?

– No, tak. W końcu urlop urlopem, ale coś trzeba było zrobić. Ale spokojnie, wymyśliłam pewien patent. Niezależność prasy będzie obroniona.

Tamiya włączyła drukarkę jeszcze raz, znowu zaczęły z niej wychodzić kartki i po raz kolejny zostały one złączone.

– Zobacz, tu jest wersja, którą ma Jim. Otwórz na 4 stronie, co widzisz?

– Regulamin, nasz komentarz, a na następnej artykuł o drzewach w okolicy.

– No właśnie. A teraz wersja prawdziwa. Tam, gdzie Jim może przeczytać o drzewostanie, zamieszczamy krytykę regulaminu oraz sondę z uczniami, którym się te przepisy nie podobają. Ta wersja pójdzie do kolportażu, a Jim i grono pedagogiczne zobaczą tylko to, co dostali od nas, bo i tak się potem nie będą tym pismem interesować, zresztą nigdy się nie interesowali.

– Dobra, to ma sens – przyznała Milly – ale skąd masz ten tekst przyrodniczy?

– Wyjęłam z archiwum, dawno temu coś takiego na przyrodę pisałam.

Nagle zadzwonił telefon, który odebrała Tamiya.

– Redakcja Wiadomości Kadic, słucham…tak, tak, oczywiście, przyjmujemy… co takiego? Już o tym się mówi?… Rozumiem. To wiesz, jak zrobimy? Przyjdź tu do nas do redakcji… Jasne, możesz wziąć przyjaciół, my cały czas jesteśmy, może będziecie mieć istotne wieści. OK, do zobaczenia.

Odłożyła słuchawkę.

– Kto dzwonił?

– Yumi Ishiyama. Ale nie uwierzysz, co się stało.

– Skoro ona do nas dzwoni, to pewnie coś interesującego.

– Nawet bardzo. Na wychowawczej Chardin mówił o regulaminie, wszyscy uczniowie to ostro skrytykowali, podobno w innych klasach też takie pogadanki były, zaraz Japonka przyjdzie z Ulrichem, Oddem, Jeremiem i Aelitą. Może mają jakiś plan?

Milly zastanowiła się przez moment.

– Mówiąc szczerze, to wcale by mnie to nie zdziwiło…

Rozdział 25

Tamiya siedziała przed swoim komputerem i sprawdzała służbową skrzynkę, na którą napływały zazwyczaj plotki oraz różne artykuły, wysyłane przez uczniów do wykorzystania w Wiadomościach Kadic. Tak się złożyło, że Milly przez ostatnie dni nie mogła tego robić, bo wyjechała do wujostwa na północy kraju, tak więc wszystko spadło na przyjaciółkę. Nie była to zbyt uciążliwa robota, chociaż czasem ludzie przesyłali teksty o kompletnych pierdołach. Dodatkowo były napisane strasznie niechlujnie, tak że nawet porządna korekta niczego nie dawała.

Dziewczyna miała już wyłączyć sprzęt, gdy nagle zauważyła powiadomienie o nowej wiadomości. Nadawcą był Jim Morales.

– Co on może chcieć? – powiedziała sama do siebie. Po chwili jednak przypomniała sobie, że jeszcze przed feriami Jim umawiał się z redakcją, że dostarczy materiały związane z nowym regulaminem szkoły. Sądziła jednak, że odbędzie się to drogą papierową, a nie elektroniczną, szczególnie że wuefista nie był zbyt biegły w informatyce, napęd na płyty traktował jako niedorobioną podstawkę do napojów.

– No, dobra, zobaczmy co on tam napisał… – otworzyła maila i zaczęła czytać.

Witajcie! Pewnie się dziwicie, że wysyłam to mejlem, a nie daję na papierze, ale to z dwóch powoduw. Po pierwsze: muszę się nauczyć tego ustrojstwa, a sami dobrze wiecie, ze trening czyni miszcza. Po drógie: jeśli wyślę to, co mam wysłać, elektronicznie, to nie wpadnie to w niepowołane ręce. A to są holernie ważne dane – regulamin szkoły wraz z załącznikami. Przejrzyjcie, bo będzie on opublikowany w gazetce wraz z waszym ap…aprob… no, kurna, z waszym „bardzo dobrze”, tym takim tekstem o nowych przepisach. Tylko pamiętajcie – nikomu ani mru mru!

Wasz Jimbo

P.S. Wybaczcie błendy, ale dopiero się óczę, a jeśli chodzi o dyktanda to wolałbym o tym nie mówić…

Tamiya otworzyła pierwszy plik załączony do maila, podpisany jako „regulamin kadic.doc”. Pierwsze punkty były dość znajome, bo znajdowało się tam to co zawsze musiało być w tego typu aktach: czym jest Kadic, kto zarządza i tak dalej. Jednak z każdą kolejną stroną dziewczyna coraz bardziej dziwiła się temu, co zawarto w nowym regulaminie.

-Dział o samorządzie szkolnym obcięty do trzech punktów? Wyrzucony zapis o uczestnictwie delegacji na radach pedagogicznych? Co oni, chcą zrobić jak w Polsce, że samorząd tylko organizuje trzy dyskoteki w roku? – prowadziła wewnętrzny monolog na głos.

-A tu? Nakaz noszenia mundurków pięć dni w tygodniu, do tego kary za nienoszenie włącznie z wyrzuceniem ucznia? Załącznik o wzorze mundurka… pogrzało ich! „Nakazy i zakazy dla ucznia”… zakaz korzystania z telefonów komórkowych poza swoimi pokojami? Co ten Delmas? Jednej bitwy mu mało???

Ale najbardziej zbulwersował Tamiyę inny punkt:

– Zakazuje się jakiejkolwiek działalności mającej znamiona polityczne lub polityczno-społeczne, nieaprobowanej przez władze szkoły i niebędącej wolontariatem w organizacjach zaprzyjaźnionych, takich jak Związek Harcerstwa Francji, Obóz Narodowo-Religijny et cetera? Kurna, co to jest? Toć mamy rozdział państwa od Kościoła! Ale nie, zaraz… co ja tym czytam: zabronione jest ocenianie i komentowanie przez uczniów szkoły poczynań dyrekcji i grona nauczycielskiego, czyn ten jest traktowany jako… naruszenie powagi urzędu nauczyciela??? Czy ktoś tam się na łby pozamieniał?

Zaszokowana dziewczyna czym prędzej złapała za telefon i zadzwoniła do Milly. Ta odebrała dość szybko:

– Hej, co tam słychać w Paryżu?

– Wyczuwam kryzys…

– Kryzys? Co ty, przerzuciłaś się na dziennikarstwo polityczne, czy gospodarcze?

– W szkolnictwie kryzys! Jim przysłał nam projekt regulaminu.

– Przysłał? Mailem? – zdziwiła się Milly – A ja myślałam, że on traktuje monitor komputera jako telewizor z wielką dupą.

– Nudzi mu się w ferie, więc się nieco nauczył. Ale ja nie o tym. Właśnie czytam ten dokument.

– I jak?

– Chyba już wiem, czemu Jim daje nam zakaz komentowania…

Po tym, jak zakończyła się transmisja z konkursu skoków narciarskich, w których ostatecznie wygrał Dawid Kubacki, Ulrich i jego przyjaciele przygotowali się do powrotu do Francji. Wzięli walizki, a babcia Sterna wyszła wraz z nimi, by odprowadzić ich na dworzec i przy okazji zjeść zapiekankę w barze, w którym bardzo często się stołowała, oraz kupić nowy numer tygodnika „wŚmieciach”, gdzie opisano byłego wicepremiera i ministra nauki jako zdrajcę rządu najlepszej zmiany.

Gdy wszyscy znaleźli się już na peronie, najedzeni i napojeni (Odd zjadł aż 3 zapiekanki), czekali na pociąg. Z głośników rozlegały się komunikaty:

„Uwaga, pociąg Regio z Grudziądza do Torunia jest w dniu dzisiejszym odwołany. Opóźnienie może ulec zmianie”.

– Powariowali? – zdziwił się Jeremie – Odwołany i opóźnienie może ulec zmianie?

– Tutaj to normalka – odpowiedziała starsza pani – No, uważajcie, bo właśnie wasz wjeżdża. Kurczę… jakbyście nie mogli jeszcze trochę zostać.

– Co poradzić, za dwa dni zaczynamy nowy semestr i musimy być na miejscu – powiedziała Yumi.

– Życie ucznia jest cholernie ciężkie – dodał Odd.

– Tak, szczególnie jak jesteś patentowanym leniem – odgryzł się Ulrich.

– No, dobra, dzieciaczki, wsiadajcie, bo wam odjedzie. Przygotowałam trochę jedzenia na drogę – babcia wręczyła ogromną torbę z Auchana – Mam nadzieję, że wam starczy.

– Cóż… – powiedziała Aelita – Gdyby nie Odd, to starczyłoby nam na trzy tygodnie, ale myślę, że nasz przyjaciel zje większość z tego, co tu jest.

Nastolatki wsiadły do pociągu. Tym razem też wykupiono cały przedział, o co postarała się babcia Ulricha. Zgodnie z przewidywaniami Odd zgłodniał jeszcze przed przekroczeniem granicy polsko-niemieckiej i zjadł jedenaście kanapek z serem, szynką i ogórkiem, popijając to trzema butelkami coli. Wszyscy wesoło rozmawiali i wspominali ten pobyt, a Ulrich dodał, że zaprosił swoją babcię do Francji, gdy tylko będzie jakieś dłuższe wolne, podobne do majówki. Jako, że zrobiła się noc, postanowiono się zdrzemnąć. Jeremie nie był śpiący, dlatego wziął tableta, otworzył aplikację z e-bookami i zaczął czytać „Wielkiego przywódcę” – rzecz o północnokoreańskim dyktatorze, Kim Dzong Unie. W ostatnich dniach sporo o nim mówiono, także w Polsce, gdyż podejrzewano jego śmierć. Einstein wolał być na bieżąco, dlatego szybko pobrał książkę z pewnej strony, na której wrzucano różne publikacje, mając pewną nadzieję, że zdąży się z nią zapoznać, zanim nawet w Korei Północnej będą pisać o swoim wodzu w czasie przeszłym.

Rozdział 24

Nadeszła sobota. Dla babci Ulricha był to dzień sportowy. Trwał puchar świata w skokach narciarskich, a starsza pani śledziła poczynania polskich zawodników już wtedy, gdy jedynym liczącym się skoczkiem z orłem na piersi był Adam Małysz. Obecnie powody do radości dawało więcej sportowców. Nic dziwnego, że babcia czekała na każdy weekend ze skoczkami i śledziła każde zawody. Nie inaczej było i tym razem.

– Ciekawe, jak sobie Kubacki poradzi. Może pokona Geigera?

– Karla? – zdziwił się Ulrich, który też trochę się znał na skokach – Nie, on jest teraz w życiowej formie, walczy o Kulę. A Dawid musi się bronić, żeby mu Ryoyu nie odebrał trzeciej pozycji w generalce.

– Dawid też jest w szczytowej formie, w końcu wygrał Turniej Czterech Skoczni. Teraz też ma serię, cały czas na podium – wyjaśniała babcia.

– Ale nie na najwyższym, a tam trzeba celować, żeby wygrać sezon – przerwał Ulrich tłumaczenie staruszki. – Teraz to niech się on skupi żeby mu Japończyk nie zarąbał miejsca.

– Japończyk? Jaki Japończyk? – włączyła się Yumi.

– A to nie znasz Kobayashiego? – zapytał Niemiec.

– Zwanego w polskim internecie „głupim chujem” – zaśmiała się starsza pani.

– Nie. W Japonii nikt o nim nie mówił, gdy byłam tam na wakacjach w zeszłym roku.

– Czyli się potwierdza to, co kiedyś w Eurosporcie mówili. Ryoyu jest bardziej popularny w Europie niż u siebie w Azji.

Do rozmowy przyłączył się Odd.

– U nas we Włoszech skoki też są mało popularne.

– Tylko że z Włochów to może jeden skacze, jeśli w ogóle wejdzie do konkursu. Wtedy jest święto narodowe. Za to Japończycy dość spore osiągnięcia mają, w końcu nadal skacze najbardziej utytułowany ich zawodnik, Noriaki Kasai – odpowiedział Ulrich.

– Oj tak – potwierdziła babcia. – Pamiętam, jak skakał w Lillehammer na igrzyskach w ‘94… Taką ma kondycję, że nawet jak osiemdziesiątkę skończy, to będzie latać – rzekła babcia.

Po południu rozpoczęła się transmisja, poprzedzona studiem. Babcia zawsze oglądała całe studio, tak też i dzisiaj zrobiła, a nasi bohaterowie wraz z nią, uzbrojeni w przekąski i napoje.

– Witamy państwa w zimowym studiu Eurosportu przed konkursem Pucharu Świata w Kulm, kłania się Michał Korościel, są nasi stali eksperci: Krzysztof Biegun, były skoczek, oraz Jakub Kot, również były skoczek.

– Dzień dobry – odpowiedzi równocześnie dwaj wciąż młodzi bruneci.

– To jak, zaczniemy tak jak zawsze, od podsumowania. Jak się kadra B spisała?

– A na co znowu mówić, że jest do dupy? – wtrącił Biegun.

– Nie, tu trzeba o tym mówić – włączył się Kot – Trzeba uświadamiać ludziom, że kadra B, ta która skacze w Kontynentalnym, jest do dupy. Nie ma co się cieszyć, jak będą zajmować miejsca w okolicach czterdziestego. Związek nic nie robi. Wystarczy, że prezes w publicznej telewizji wystąpi i powie, że Kubacki, Żyła, Stoch świetnie skaczą, więc jesteśmy potęgą. Owszem, skaczą świetnie, oby tak dalej było, ale musimy myśleć o przyszłości. Musimy też mówić o tym, że kadra B skacze do dupy.

– No, dobra… – przerwał Korościel – Skoro ten wątek załatwiony, to teraz może coś przyjemniejszego. Wiem Kubo, że pobiłeś pewien ważny rekord świata.

– To prawda, pobiłem. – potwierdził były skoczek z dumą. – Przedwczoraj do mojego daewoo tico, którym wożę młodzików na skocznię w Wiśle, weszło czternaście osób!

– Nie chrzań! Jak czternaście osób? Do tico? – Krzysztof nie mógł uwierzyć. – Może jeszcze powiesz, że z nartami i całym sprzętem?

– A pewnie, ze z całym sprzętem. A jak mieli skakać? Na dupie?

– No, to gratulujemy sukcesu, a teraz przenosimy się na skocznię, gdzie są już nasi komentatorzy.

Po dwudziestu minutach przerwy reklamowej rozpoczął się konkurs. Komentatorzy rozpoczęli swoją pracę:

– Witamy państwa, na zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich w Kulm zapraszają Marek Rudziński…
– Oraz Igor Błachut.

– Rozpoczynamy pierwszą serię. Zobaczymy w niej pięćdziesięciu zawodników, w tym siedmiu Polaków.

– Oczywiście wiemy, że do drugiej serii wejdzie najpewniej trzech, bo reszta jest na doczepkę…

– Igor, nie możesz tak mówić! – upomniał Rudziński swojego kolegę. – Może się cud zdarzy.

– Ale za to nam płacą, żebyśmy to szczerze komentowali. A prawda jest taka, że liczyć możemy tylko na żelazną trójkę.

Słowa komentatora miały swoje potwierdzenie w wynikach. Czterech słabszych zawodników z Polski skończyło zawody w ostatniej, piątej dziesiątce. Bardzo dobrze zaprezentowali się zaś Piotr Żyła, Kamil Stoch i Dawid Kubacki. Ten ostatni miał największe szanse na zwycięstwo w kadrze, bo był na drugim miejscu. Do prowadzącego, Karla Geigera, tracił tylko trzy punkty.

-No widzisz, mówiłam, że Dawid sobie poradzi – rzekła babcia Ulricha.

-To dopiero pierwsza seria, jeszcze się może zmienić wiatr, warunki. Może Karl lepiej skoczy. Jeszcze wszystko może się zdarzyć – odpowiedział Ulrich.

W tym samym czasie pod Paryżem, w mieszkaniu Delmasów, rozległ się dzwonek telefonu stacjonarnego. Jean-Pierre był w swoim pokoju i studiował zaległą prasę. Mimo tego, że był niezadowolony z przerwania wolnego dnia, podniósł słuchawkę.

– Delmas Jean-Pierre, słucham.

– Witaj, Pierre, to ja. Patrick z ministerstwa.

– O, hej Patrick! Co słychać?

– Jakoś leci. W zasadzie, to dzwonię do ciebie w zaufaniu, Mam pewne pytanie co do reformy.

– Reformy? – zafrasował się nieco Delmas – To już nawet w weekend się tym zajmujecie?

– Formalnie to nie, ale jest pewna sprawa, do której mam przecieki. Jak na razie nie chcemy jej podawać publicznie, żeby nie zaszkodzić sprawie. Macie już u siebie obmyślony regulamin?

– Jasne. Dwa dni temu go zatwierdziliśmy, a po feriach zamierzamy go oficjalnie wdrożyć i przedstawić uczniom.

– To dobrze, tylko że jest pewien… może nie tyle haczyk, co… no, jest problem. A dokładniej może być.

– Jaki problem?

– Niezadowolenie społeczne… – tu się Patrick lekko zawahał – Nie tyle społeczne, co uczniowskie. Znam przypadek szkoły, w której zaczęły krążyć przecieki na temat nowych regulacji.

– I co? – spytał Delmas.

– Uczniowie są cholernie niezadowoleni. Planują strajk, mają zamiar przestać przychodzić na lekcje i okupować korytarze.

– Co za nieodpowiedzialni gówniarze – lekko rozgniewał się dyrektor – Gdyby coś takiego miało miejsce w mojej szkole, to prędko byśmy ten strajk wygasili. Może nawet siłą, ale żadnego protestu by nie było.

– Wydaje mi się, że nieodpowiedzialni byli także ci, którzy rozpuszczali takie informacje w szkole. Wiesz jak to jest, nauczyciele za bardzo się spoufalają z uczniami i potem paplają, co im ślina na język przyniesie.

– Spokojnie, Patrick. Na szczęście w mojej szkole do żadnego przecieku nie doszło i nie dojdzie, a wszelkie bunty będziemy tępili w zarodku.

– No to mnie uspokoiłeś. Muszę kończyć, niech żyje refoma!

– Niech żyje reforma!

-I miłego weekendu…

Rozdział 23

Jaki piękny dzień nastał! – babcia Ulricha spojrzała przez okno. Poza kilkoma chmurami, które nie zapowiadały żadnych opadów, pogoda w Toruniu była bardzo dobra.

– Idealna pora, żeby zabrać nas na wycieczkę. Pewnie nigdy żeście takiej w szkole nie mieli, co?

– Co najwyżej do lasu – odpowiedział Ulrich.

– No to ja wam dzisiaj pokażę, co jest ciekawego w moim mieście. Ale spokojnie, nie będziemy żadnych nudnych muzeów odwiedzać. Wystarczy że u was w tej Francji macie tego od cholery.

Młodzież odetchnęła z ulgą.

– To w takim razie gdzie pójdziemy? – zapytał Jeremie.

– Zobaczycie, ale na pewno wam się spodoba ta podróż. Będę robić za przewodniczkę, bo znam w końcu wszystkie kąty… albo prawie wszystkie.

– A śniadanie? – odezwał się Odd.

– Na mieście zjemy. W najstarszym McDonaldzie na świecie.

– To u was jest najstarszy w świecie McDonald? – zdziwił się Włoch.

– A jest. No… może drugi najstarszy, ale na pewno starszego w Europie nie ma. To jak, idziemy?

Ekipa pojechała autobusem linii 20 na lewobrzeże. Tam była pierwsza, dość osobliwa atrakcja, jaką babcia chciała pokazać młodzieży. Po krótkim marszu z przystanku autobusowego na Poznańskiej doszli do bloku mieszkalnego z wielkiej płyty. Mienił się na nim ogromny napis „URZĘDNICZA 2”, a tuż pod nim mniejszy, napisany sprayem „Go ha go ha goha – 3 zł”.

– Czemu tu przyszliśmy? Przecież to zwyczajny blok mieszkalny – powiedział Jeremie.

– Nie macie takich we Francji? – zdziwiła się starsza pani.

– Może i mamy… ale raczej na obrzeżach miast – odpowiedziała Aelita.

– A, w sumie… w końcu to gierkowska wielka płyta, a Gierek kiedyś przecież we Francji pracował…

– Kto? – spytał Ulrich.

– Edward Gierek, on rządził Polską w latach siedemdziesiątych. Niby trochę pobudował, trochę kasy ludziom porozdawał, ale skurczysyn zadłużył nas na tak niebotyczne sumy, że dopiero dwa lata temu wszystko spłaciliśmy. A gnojek leży w grobie i nawet nie przeprosił…

– W ogóle, to po co my tu przyszliśmy? – wtrącił się Odd.

– Pokażę wam coś… jakby to nazwać… oryginalnego.

Podeszli bliżej bloku. Na przedniej ścianie, tuż pod framugami okien z pozbijanymi szybami, zamontowano tablicę. Napis na niej głosił:

KÓ PAMIENCI DANIELA MAGICALA, PIERSZEGO PATOSTREAMERA POLSKI, BOHATERA WALKI Z RYSZARDEM CEBULOM I POLSKĄ POLICJOM. Cześć jego pamięci!”.

– Patostreamera? – zdziwiła się Yumi – To wy honorujecie patologów?

– Nie my, kochanie – zaoponowała staruszka – To tylko lokalni mieszkańcy. Takie jajca chcieli sobie zrobić, bo po tym, co ten kretyn robił w internecie, zaczął być sławny i ta sława przelała się na cały blok. Jak TVN przyjeżdżał program robić, to wszyscy sąsiedzi się pokazywali. Co dwa dni policja, bo albo Daniel bił Gohę, albo Goha biła Jacę… i oni teraz uznali, że po utracie Daniela trzeba go upamiętnić, a pod tablicą, w hołdzie jemu, pić tak zwany kociołek Menelixa – mieszaninę alkoholi i energetyków.

– Upamiętnić? To on zginął? – dopytał Ulrich.

– A gdzie tam zginął! Do więzienia go wsadzili, bo przesadził. Frajer jeden zaczął pochwalać mord na Adamowiczu, nie wiedząc, że to karalne. Do tego ma zakaz transmisji w internecie.

– Szczerze… – po chwili ciszy odezwał się Jeremie – To chyba największa głupota, jaką kiedykolwiek ktoś upamiętnił na tablicy.

– Cóż… – odparła babcia – na szczęście Toruń słynie z innych, bardziej godnych chwalenia się rzeczy.

Po krótkich odwiedzinach patologicznego zakątka miasta Aniołów wycieczka pojechała na Starówkę. Babcia Ulricha nie miała zamiaru oprowadzać dzieciaków po muzeach ziemi toruńsko-chełmińskiej, czy też po skansenie wojny krzyżacko-tyfuskowskiej. Wolała zrobić nieco bardziej praktyczną wycieczkę.

– Tego gościa to wam nie będę przedstawiać. Pewnie się o nim uczyliście – powiedziała starsza pani, pokazując na pomnik Mikołaja Kopernika.

– A co on zrobił? – spytał Odd.

– Kurna… odkrył teorię heliocentryczną. Słońce. Centrum wszechświata – wyjaśnił Jeremie, nieco zirytowany niewiedzą przyjaciela.

– A teraz wam pokażę, jak się kiedyś robiło kary. Widzicie tego osiołka po drugiej stronie, przy napisie „Toruń przeprasza za Radio Maryja”? – spytała babcia.

Wszyscy przytaknęli.

– Otóż kiedyś, gdy jeszcze nie było sądów, trybunałów i ministra Ziobry, sadzano delikwenta na takim posągu, tak żeby mu się to ostre wykończenie wbiło w dupę. Siedział tydzień od rana do nocy.

– Dość osobliwa kara – przyznała Yumi.

– Wtedy nie było tak rozbudowanych więzień. Ale dobra… chcecie zobaczyć ten najstarszy McDonald?

– A dlaczego najstarszy? – spytała Aelita.

– Bo tam, dawno temu, Mikołaj Kopernik odkrył że Ziemia nie jest płaska, gdyż płaski jest kotlet w Big Macu.

– Serio tak było? – nie dowierzał Jeremie. Babcia Ulricha zaśmiała się i odpowiedziała, przerywając śmiechem:

– Ale ja was nabrałam… ale ładnie brzmi, co nie?

Po legendzie o Koperniku przyjaciele poszli odwiedzić kilka sklepów, zarówno tych z pamiątkami, by nasi bohaterowie mogli sobie coś kupić dla siebie i bliskich, jak i takich, do których często wpada babcia Ulricha – księgarnie, Empik oraz Biedronka. Około czternastej, po kolejce lodów u Lenkiewicza postanowiono wybrać się na obiad.

-Pójdziemy do pizzerii. Ale nie do takiej zwykłej. Pójdziemy do Domowej Pizzy. Najstarszy lokal w mieście, działa od ponad czterdziestu lat.

-Ale jedzenia tak starego nie mają? – dopytał Włoch.

-A gdzie tam! Wszystko świeże i smaczne, robione na miejscu. To nieco inna pizza niż w pozostałych 49 lokalach tego typu w naszym mieście, ale bardzo pyszna i do tego niedroga.

Weszli do środka. Wystrój był utrzymany w klimacie drewna, kojarzył się nieco z góralską chatą. Za ladą stał brunet w sile wieku, który dobrze znał babcię, stałą bywalczynię.

-O, dzień dobry pani! To co zwykle, tak: jedna z samym serem, ketchup i majonez, a do picia Pepsi, tak?

-Tak, przy czym niech najpierw dzieci zamówią. Widzi pan, wnuka z przyjaciółmi zaprosiłam…

Każdy zamówił inną pizzę: Yumi z pieczarkami, Aelita z szynką, Jeremie z serem, Ulrich z pieczarkami, zaś Odd z kurczakiem, pieczarkami, serem i salami. Gdy wszyscy siedzieli i czekali na zamówienie, z głośników rozlegał się głos radia:

-Tu RMF, dochodzi godzina trzecia po południu, pora na najnowsze fakty. Sejm za wyższą akcyzą na napoje energetyczne. Koronawirus atakuje Azję, czy dojdzie do Europy? Powiemy także o szokującym odkryciu, aktor Cieślak agentem służby bezpieczeństwa, może być powiązany z wieloma zbrodniami poprzedniego reżimu.

– E tam, szokujące… – skomentowała babcia – Jak ktoś miał za komuny olej w głowie to od razu skumał, że serial o milicji nadawany w tamtych czasach musiał być propagandowym gównem, a obsada musiała być lojalna wobec władz, tylko po prostu ludzie byli naiwni i pieprzyli, że ten cały Borewicz to jest nasz polski James Bond… ani on Bond, ani nasz…

Podano posiłki, wszyscy zaczęli jeść. W radiu leciała muzyka, lecz nagle coś zaczęło się zacinać i zamiast utworu Elektrycznych Gitar „Co powie Ryba” poleciało przemówienie:

– …a te uczelnie wszystkie lewackie, czemu one dostają pieniądze? My tu mamy taki przykład u nas, w Toruniu naszym kochanym, tworzymy wspaniałą uczelnię, a pieniądze rządowe od ministra Gowina dostaje to UMK… no jak tak może być…

– Cholera, znowu się ten pieprzony dyrektor wpierniczył w radiu, mówiłem, kurna, żeby nowe kupić, to nie, bo to po czterdziestu latach działa – facet z lady nieco się wnerwił, jednak pokręcił gałkami i po chwili ponownie można było usłyszeć muzykę, a po chwili jingiel stacji:

– Ujebała misia pszczoła! RMF FM!

Nasi bohaterowie gruchnęli śmiechem, nigdy wcześniej takiego czegoś w radiu nie słyszeli.

– I jak, smakuje? -spytała starsza pani.

– Bardzo…dobre – odpowiedział Odd z pełnymi ustami, przerywając słowa mlaskaniem.

– Odd, nie gada się z pełną mordą! – strofował go Ulrich.

– Oj tam… nikt nie widzi – odrzekł Włoch.

Rozdział 22

W żadnym wypadku! Nie musicie mi nic oddawać! To wy wygraliście, więc to wasza kasa – babcia Ulricha wzbraniała się przed przyjęciem pięciu tysięcy złotych – po tysiącu od każdego z Wojowników.

– Nam te pieniądze nie są aż tak potrzebne jak tobie – odpowiedział wnuk.

– Ta, akurat młodym ludziom pieniądze nie są potrzebne… Nie wciskaj mi kitu, bo ci nos jak Pinokiu urośnie. Wy jesteście młodzi, macie wiele celów, a mi te pieniądze na co? Na przeżarcie i leki co najwyżej.

– Ale to się nie godzi, sumienie by nas gryzło – włączył się Jeremie – W końcu to ty nam ten program pokazałaś. Ty nam zasugerowałaś. Więc to ci się po prostu należy.

– Coś czuję, że nie odpuścicie…

– Do usranej śmierci nie odpuścimy, jak nie weźmiesz tej kasy jako naszego podziękowania – wtrącił się Odd.

– No dobra… – starsza pani zrezygnowała z dalszego odmawiania – Przynajmniej jakieś dodatkowe sianko na książki będzie. Co prawda kociarz obiecał nam trzynaste i czternaste emerytury, ale chyba gówno z tego wyjdzie…

– Jaki kociarz? – zainteresowała się Yumi.

– Tak się mówi na pewnego polityka, który decyduje o prawie wszystkim w tym kraju. Tak naprawdę jest szeregowym posłem, ale…

– Zaraz, zaraz – przerwał Jeremie – Szeregowy poseł, a decyduje o wszystkim? A premier? A prezydent?

– Cóż… owszem, mamy premiera, mamy prezydenta, ale i tak główny czynnik władzy jest w rękach kociarza, bo jest szefem partii rządzącej.

– No to w takim razie skoro macie i prezydenta, i premiera, to jednak oni powinni rządzić, a nie ktoś, kto jest tylko posłem.

– Teoretycznie tak, ale w praktyce jest nieco inaczej. Zresztą, wieczorem to zobaczycie w telewizji. Kilka innych rzeczy o naszym kraju też…

Tymczasem w Kadic nauczyciele zbierali się na specjalnym zebraniu o reformie. Jim był już od godziny w pokoju belferskim i przygotowywał niezbędne rzeczy – herbatę, ciastka i małe co nieco mocniejszego, ponieważ były ferie.

– Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni… – podśpiewywał sobie wuefista. Nie zauważył nawet, jak do sali weszli praktycznie wszyscy dostępni w tym momencie nauczyciele. Nie było to trudne, gdyż na ferie nie wyjechał nikt. Zwłaszcza, że za pensję nauczycielską i tak by się daleko nie wyjechało.

– O, widzę że wszystko gotowe, Jim – powiedział dyrektor – Tak więc weźcie sobie co tam chcecie. Zaczniemy od lampki wina, a potem do pracy. Mamy od cholery roboty.

Grono nauczycielskie nalało sobie wykwinty trunek o nazwie Mamrot – jedno z najlepszych win europejskich, a następnie zasiadło za stołem.

– No to za reformę – wzniósł toast Jean-Pierre.

– Za reformę! – powtórzyli zebrani.

– Dobra, to od czego zaczniemy? – spytał Jim.

– Najpierw regulamin, tutaj musimy go nieco doprecyzować – odpowiedział dyrektor – Mam wstępny projekt, który chcę wam przedstawić. Zrobiłem kopię dla każdego. Zapoznajcie się.

Po kilku minutach wnikliwej lektury wstała pani Hertz.

– Jeśli mogłabym zapytać… W jakim celu te punkty o mundurkach są tak szczegółowo rozpisane? Wzór długości spódnicy, kolor… to tak musi być?

– Musi, wymogi ministerstwa.

– A ten paragraf z zakazem noszenia kabaretek i pończoch na lekcjach też? Czy to nie przesada?

– Widzisz, Suzanne… to jest zrobione z myślą o młodzieży. Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak bardzo widok dziewczęcej nogi w kabaretkach podnieca tych młodych chłopaków. A oni przecież się mają skupić na nauce, a nie na nogach koleżanek. Jeszcze by im coś do głowy przyszyło…

– Naprawdę? – zdziwił się Gilles Fumet – Myślisz, że wszyscy uczniowie w Kadic myślą tylko o miłości?

– A nie? Oni są w tym niebezpiecznym wieku dojrzewania. A my jako szkoła, musimy uchronić ich od zagrożeń i pokazać właściwą drogę.

– Ale zaraz… – zgłosił się Jim – Jakie jest niebezpieczeństwo w noszeniu kabaretek czy nawet legginsów? Przecież to tylko ubrania.

– Tylko albo aż, mój drogi – zaoponował dyrektor. – Zaczyna się na legginsach i kabaretach, a kończy… zresztą, szkoła to nie Moulin Rouge, żeby dziewczyny nogami fikały. My musimy ich nauczyć, co to jest dress-code.

– A co to jest? – spytał wuefista.

– To takie zasady, jak się wolno ubierać – wyjaśniła Suzanne – Ty masz takie w sali gimnastycznej przecież.

– No tak, racja. Koszulka, spodenki, trampki…

– A ja bym chciał poruszyć inną kwestię – odezwał się Gustave Chardin – Wśród zapisów regulaminu jest ten punkt o tym, że nagrodzone zostanie poinformowanie nauczyciela o tym, że inny uczeń ściągał podczas sprawdzianu. Czy to nie jest donosicielstwo?

– Po co takie mocne słowa – zdziwił się dyrektor – Donosicielstwo… to jest działanie dla dobra społeczności. A nagradzanie to nic złego. To jest przykład, jak należy się zachować.

– Ale czy to nie jest niekoleżeńskie?

– W życiu mało kto będzie dla tej młodzieży zachowywać się po koleżeńsku, niech się tego nauczą już teraz, by nie było potem nieprzyjemności. Poza tym, ze ściąganiem należy walczyć, to nie ulega wątpliwości.

– Jako opiekun samorządów klasowych – włączył się Gilles – Chciałbym się dowiedzieć, co ma na celu zmiana przepisów dotyczących jego funkcjonowania.

– Tutaj będę z wami bardzo szczery – Jean-Pierre zamyślił się przez chwilę i podrapał po brodzie, by kontynuować – Dotychczas ten samorząd nam tak naprawdę komplikował sprawę. Tak, komplikował! Musieliśmy zapraszać przedstawicieli samorządów na rady pedagogiczne, żeby opiniowali wnioski o przechodzenie do następnych klas. Ba, nawet mogli niekiedy się wstawiać za uczniami! Owszem, niekiedy to było przydatne, ale lata praktyki pokazują, że częściej było to tylko kolesiostwo robione po to, by kumplowi, który jest patentowanym leniem, uchronić dupsko przed relegowaniem ze szkoły, czy choćby powtarzaniem klasy. Na coś takiego nie możemy już sobie pozwalać, nie przy tej reformie. A to, że wreszcie zajmujemy się kompleksową zmianą regulaminu, umożliwia nam wprowadzenie tych zmian. Czy to jest dla was zrozumiałe?

– Tak, ale… – zaczął Gilles – Jeśli zabierzemy to uprawnienie, to od czego będzie wtedy samorząd?

– A to mało jest zadań? Organizacja imprez, wycieczek, oczywiście pod nadzorem nauczycieli, dbanie o czystość korytarzy… zawsze coś się znajdzie.

Zbliżał się wieczór. Babcia Ulricha podała domowo robioną pizzę na wielkiej blasze na kolację. Wszystkim bardzo smakowała, nawet Oddowi, który musiał przyznać, że choć zrobiona ona była nieco inaczej niż według włoskich standardów, to smakuje ona równie dobrze, a może nawet odrobinę lepiej. Być może to przez grube ciasto albo szynkę na serze. Najedzone towarzystwo zgromadziło się przed telewizorem.

– Trzeba zobaczyć, co się stało w kraju i na świecie – powiedziała babcia i włączyła telewizor na jedną ze stacji komercyjnych. Właśnie zaczynał się tam program informacyjny. Prezentowała go ciemna blondynka w szarym garniturze.

– Witam państwa. Dzisiaj nastąpił dzień, w którym Sejm przyjął do dalszych prac ustawę represyjną wobec sędziów. Coraz bliżej scenariusz, w którym każda nieprawomyślność wobec władz będzie karana. Sypią się porównania do komunizmu i hitleryzmu. Co na to Unia Europejska? Czy opozycja powstrzyma walec niszczący polską demokrację? O tym w materiale naszego korespondenta sejmowego.

Pokazano migawki z Sejmu, argumentację posłów rządzących o nazwie „walczymy z nadzwyczajną kastą” i tych z opozycji, częściowo wyjaśnioną przez prowadzącą.

Potem powiedziano o kolejnych wątkach afery z szefem Izby Kontroli, który miał być wynajemcą lokalu pod dom publiczny, o braku pieniędzy na remonty torów, jakie były zapowiadane przez rząd nazywany często „rządem Najlepszej Zmiany” – jak się okazało, było to hasło z ostatniej kampanii wyborczej, a także o tym, że pieniądze na program „500+”, przekazywane każdej rodzinie z dziećmi, są wydawane w sklepach monopolowych na alkohol wysokoprocentowy. Wyłaniał się dość pesymistyczny obraz Polski.

– Czy naprawdę jest tutaj tak źle? – spytała Yumi po programie.

– Nie mogę powiedzieć, że jest bardzo dobrze. Ale… zaraz coś jeszcze zobaczymy. Przełączę na publiczną – odpowiedziała starsza pani.

W publicznej telewizji, utrzymywanej za pieniądze podatników, dziennik zaczynał się tuż po zakończeniu serwisu u konkurencji. Pokazano wielkie studio ze stołem, za którym siedziała brunetka w zielonej sukni.

– Dobry wieczór. Dzisiaj Sejm przyjął do dalszych prac ustawę usprawniającą pracę sędziów i dyscyplinującą ich niegodne zachowania. Dokonuje się prawdziwa reforma polskiego sądownictwa, jednak nie wszyscy chcą aby sądy działały dla obywateli. Obrońcami nadzwyczajnej kasty okazali się posłowie totalnej opozycji, który jak zwykle bronią statusu utraconego w wyniku wyborów, w których obywatele naszego kraju opowiedzieli się za najlepszą zmianą.

Pokazano materiał dość podobny do tego, co w stacji komercyjnej, jednak nieco inaczej wykonany. Wyliczano zalety projektu, a o opozycji mówiono w samych złych słowach. Po informacji o sądach podano wieści o tym, że w Rosji jest źle, bo strzelają, we Francji są ciągłe strajki, USA to najlepszy sojusznik, a remont torów będzie, tylko w późniejszym terminie. Przypomniano także o korzyściach z programu „500+”, a na koniec zaproszono na galę „Zasłużeni dla rozwoju muzyki disco-polo” pod patronatem ministra kultury.

Po zakończeniu programu starsza pani zapytała:

– I jak wrażenia?

Pierwszy odezwał się Ulrich:

– To jest jakiś matrix… światy równoległe albo co. W jednym programie mówią że jest do dupy, w drugim że jest zajebiście.

– Dziwaczne to… – dodała Yumi.

– W takim razie kto mówi prawdę? – spytała Aelita.

– Kto mówi prawdę? Nikt. Nikt nie mówi całej prawdy, każdy koloryzuje pod siebie. Pytanie jest więc nie w tym, kto mówi prawdę, a kto mniej kręci – odpowiedziała babcia Ulricha.

– Jak wy to wytrzymujecie – zastanawiał się Jeremie – Jeśli coś takiego jest u was codziennie? Przecież to na pewno powoduje konflikty i podziały w narodzie.

– Nawet nie wiesz, jak wielkie, chłopcze… ale cóż, lata praktyki. Życie w Polsce hartuje. Poza tym… politycy to tylko drobna część tego kraju.

Rozdział 21

Zapraszam do kolejnego pytania – powiedział prowadzący. Do beczki podeszli Brajan i Odd.

– Teraz takie związane z pracą, ale też językowe bardziej. Może trochę trudniejsze dla naszych gości światowców, ale… zobaczymy. Niekiedy my tutaj mamy większe problemy z mową ojczystą. A pytanie jest takie: Wymień ginący zawód.

Pierwszy zgłosił się Odd. Refleks wyćwiczony w walkach z potworami w wirtualnym świecie przydawał się tutaj dość mocno. Równie szybko Włoch wypalił:

– Żołnierz!

Widownia wybuchła gromkim śmiechem.

– No zobaczmy czy o to akurat chodziło… niestety nie, to nie takie ginięcie. Co na to przeciwnicy?

– Em… może… – zastanawiał się głośno Brajan – kioskarz?

– Cóż… mi się wydaje że kioski jeszcze są. A odpowiedzi na tablicy nie ma. Ciekawie się robi nam w grze – powiedział podekscytowany prowadzący.

Ulrich rzucił do Odda:

– Na cholerę żeś wyskakiwał z tym żołnierzem?

– No ale co? Źle powiedziałem? Żołnierz ginie, więc to jest ginący zawód – tłumaczył się Włoch.

– Ale to nie w takim sensie!

– A w jakim?

– Zaraz zobaczysz – powiedział Niemiec. Nadeszła jego kolej na odpowiedź. Prowadzący podszedł do niego.

– No to teraz Ulrich, wymień ginący zawód.

– Zegarmistrz.

Wtedy wreszcie ktoś trafił.

W dalszej części programu rozgrywka zrobiła się bardziej wyrównana. Małolepsi zbliżyli się do naszych bohaterów na dwa punkty i dopiero piąte – ostatnie pytanie, w którym punkty mnożono razy trzy, rozstrzygnęło o wszystkim. Rywale okazali się tu nieco głupkowaci. Stwierdzili, że krajem, który powstał po rozpadzie Związku Radzieckiego była Jugosławia. W ten oto sposób do finału weszli Paryscy Wojownicy.

– A więc udało wam się. Przeciwnicy pokonani, oni otrzymają na pocieszenie zapas starego twarogu. Wy stajecie przed szansą wygrania 25 tysięcy złotych. Kto się z tym zmierzy? – spytał prowadzący.

– Cóż… – odpowiedział Jeremie – To może ja bym poszedł? Kto jeszcze by chciał?

– Ja, ja, ja, ja! Weź mnie! Weź mnie! – wyrwał się Odd.

– Na pewno chcesz?

– Jasne!

– No dobra… to w takim razie Odd ze mną wystąpi.

– To w takim razie postanowione, duet francusko-włoski będzie walczyć o naszą główną nagrodę. Prosimy na środek.

Gospodarz programu zszedł z chłopakami do środkowej części studia.

– Zróbmy tak. Odda zapraszamy do kącika muzycznego, tam trochę polskiej muzyki będzie, więc uznajmy to za dodatkowe wrażenia turystyczne, a my z Jeremiem zrobimy sobie test. Pewnie dobry z nich jesteś?

– Najlepszy! – krzyknął Odd, który dopiero dochodził do kącika – Jak on rozwiązuje testy, to nie ma chuja we wsi!

– Odd! Zważaj na słowa, jesteś w telewizji! – syknęła Yumi, która wraz z Aelitą i Ulrichem obserwowała wszystko ze stanowiska dla drużyny.

– Spokojnie, to się wytnie. Nie takie rzeczy się działy – powiedział niezrażony zajściem Karol – Dobra… na czym to ja skończyłem? A tak, zasady: będzie teraz pięć pytań. Na odpowiedź mamy piętnaście sekund. Odpowiadamy szybko, a jak nie wiemy, mówimy „dalej”. Jak starczy czasu to wrócimy. Wszystko jasne?

– Pewnie, że tak. Łatwizna – odpowiedział pewny siebie Einstein.

– To w takim razie czytam pierwsze pytanie, zegarze ruszaj: Co robimy, gdy pada deszcz?

– Kryjemy się pod dachem.

– Co wczoraj jadłeś na obiad?

– Kotleta schabowego.

– Wymień rodzaj domu.

– Jednorodzinny.

– Co pijemy gdy jesteśmy spragnieni?

– Wodę.

– Popularny grzyb?

– Pieczarka.

– No i brawo. Szybko poszło, nawet nam pięć sekund zostało. Sprawdźmy teraz punkty.

Okazało się, że Jeremie uzbierał 170 punktów, tak więc Oddowi nie pozostało już wiele do roboty.

– Mam nadzieję, że tego nie spieprzy – rzekł Ulrich.

– Spokojnie – odpowiedziała Aelita – to są tak łatwe pytania, że z łatwością to wygramy.

Odd wrócił z kącika muzycznego.

– Ale to disco polo to takie trochę, jakby ktoś po pijaku to tworzył – skomentował Włoch.

– Cóż… taki to folklor, skoro jesteśmy telewizją publiczną to musimy też tego typu muzykę prezentować – tłumaczył nieco skrępowany sytuacją prowadzący – Tak czy inaczej, nasza gra się toczy dalej, kolega zrobił za ciebie robotę. Zostało ci tylko trzydzieści punktów do zdobycia.

– Łeee… to z palcem w dupie zdobędę, ja jestem Odd Wspaniały!

– Ale teraz będzie trudniej lekko, jeśli odpowiedź się powtórzy, to będzie taki oto dźwięk.

W studio zabrzmiało „BEEE”. Strasbuger kontynuował:

– Wtedy dajemy szybko inną. Czasu jest więcej, bo dwadzieścia sekund. Jesteś gotowy?

– Nu, dawaj – odrzekł Odd.

– To zaczynamy: Co robimy, gdy pada deszcz?

– Spierda…znaczy uciekamy.

– Co wczoraj jadłeś na obiad?

– Schabowego.

Pojawił się sygnał „BEEE!”.

– Cholera… dobra, McDonalda jadłem!

– Wymień rodzaj domu.

– Publiczny!

W tym momencie słychać było przelatującą muchę, tak wszystkim mowy odjęło.

– Yyy, dobra… Co pijemy gdy jesteśmy spragnieni?

– Alkohol.

– Popularny grzyb?

– Papierzak.

– Dobrze. Podliczamy punkty – prowadzący i Odd odwrócili się w stronę tablicy – Co robimy gdy pada, powiedziałeś że uciekamy… no dobrze. Za to jest 15 punktów.

– O, fajnie.

– Co jadłeś na obiad… powiedziałeś że McDonalda…

– Musiałem skłamać bo mi Jeremie podrąbał odpowiedź.

– No, cóż… za to niestety jest zero punktów. Budynku się nie je.

– Cholera…

– Ale spokojnie, nie ma się co martwić, jeszcze trzy pytania i tylko piętnaście punktów. Rodzaj domu, powiedziałeś, że publiczny, cóż… intrygująca odpowiedź. Ciekawe ile będzie mieć punktów.

Na tablicy pojawiła się liczba 34.

– A teraz to jestem wręcz zaskoczony, bo to najwyżej punktowana odpowiedź. Tak więc macie szczęście, wygraliście 25 tysięcy złotych!

Wojownicy się bardzo ucieszyli, choć szczerze mówiąc nie spodziewali się tego.

– Gratuluję, udało wam się. Co z tymi pieniędzmi zrobicie?

– Szczerze mówiąc, nie wiemy. Nawet nie planowaliśmy udziału w tym programie – odpowiedział Jeremie.

– Na pewno podzielimy się po równo – dodała Yumi.

– Może coś babci odpalimy. Gdyby nie ona, to byśmy się tutaj nie znaleźli. Część tych pieniędzy jej się po prostu należy – wtrącił się Ulrich.

– Czyli jak widać, odcinek z happy endem. Takie lubię najbardziej. Kończymy na dziś, przypominam o przysyłaniu nam żartów i propozycji pytań na Facebooku, dziękujemy i do zobaczenia – Strasburger zszedł z pola widzenia obiektywu kamery, pozostawiając w nim stojących przed beczką bohaterów. Nie wiedzieli za bardzo, co mają robić, więc stali bez ruchu. Zza kadru dobiegł ich głos człowieka z obsługi technicznej.

– No co tak stoicie? Machać, kurwa, machać! Musi być tło do napisów!

Tak więc zaczęli machać. Widzowie w telewizji nie usłyszą wskazówek technika, bo na montażu w tym momencie będzie podłożona muzyka, dlatego techniczny nie musiał się hamować z językiem. Nasi turyści i tak o tym nie wiedzieli. Wystarczała im świadomość, że koszty podróży zwróciły się wielokrotnie, nawet jeśli po podziale zostawało na głowę po pięć tysięcy złotych minut kwota, którą mieli ofiarować babci Ulricha.

Rozdział 20

Myślicie, że będziemy się nadawać do tego programu? – zastanawiała się głośno Aelita.

– Jasne, że tak. Jesteście przecież jakieś dwadzieścia razy mądrzejsi od tych wszystkich idiotów, którzy się tam pchają tylko po to, by mieć zdjęcie z Strasburgerem, bo się nie mają jak wykazać intelektualnie – odpowiedziała babcia.

– Potraktujmy to jako przygodę – dodał Jeremie.

– Musimy chyba nazwę swojej drużyny wykombinować, bo tak każą w formularzu – zaproponował Ulrich.

– Nazwę… może Wojownicy? – rzucił pomysł Odd.

– Wojownicy… tylko tyle, czy coś jeszcze? – zapytała Yumi.

– No, niby narzuca się tu jedno słowo – zabrał głos Einstein – ale z oczywistych względów nie możemy go użyć, bo i tak nikt by nic nie zrozumiał.

– To może… Paryscy Wojownicy? – rzuciła babcia.

Wszyscy zgodzili się z propozycją starszej pani.

Studio programu było nieco mniejsze, niż mogło się to wydawać w telewizji, ale i tak zrobiło wrażenie na przybyszach z Francji. Paczka ustawiała się już przy swoim stanowisku – wielkim pulpicie z pięcioma mikrofonami, dzięki czemu nie było potrzeby przyczepiania mikroportów. Na przedzie tego stołu zamontowano tablicę elektroniczną służącą do wyświetlania nazwy drużyny. Po drugiej stronie ustawiono taki sam mebel dla drugiej drużyny, która właśnie wchodziła do studia. Pięć osób – dwie kobiety i trzech mężczyzn w wieku jeszcze produkcyjnym, z twarzy zupełnie zwyczajnych, nazwa ich drużyny mówiła wprost, że są oni rodziną o nazwisku Małolepsi.

Do Wojowników podszedł facet z obsługi technicznej ze słuchawką w uchu, połączoną z mikrofonem. Jeremiemu bardzo przypominała taką, której używał swego czasu przy pracy z Superkomputerem.

– Widać, że nie byliście jeszcze w takim programie. Nie bójcie się, nie tacy jak wy tutaj przychodzili, a przynajmniej u was jest jakaś prezencja. No, ale co zagranica, to zagranica. A więc tak: na początku, jak usłyszycie muzyczkę i zapowiedź drużyn, to machacie równo rękami do kamery. Pokazać wam, jak się macha?

– Nie jesteśmy takimi debilami! – odpowiedział Odd.

– W sumie… – przyznał po chwili techniczny – Wiecie, nie tacy idioci do nas przychodzą. W każdym razie, potem jest prowadzący, opowiada dowcip, zazwyczaj diabelnie żenujący, ale i tak wszyscy się z tego śmieją, żeby Strasburgerowi nie było smutno. Czyli wy też się zaśmiejcie, tak z szacunku dla siwych włosów.

– Spokojnie, sztukę taktownego odbioru słabych żartów mamy opanowaną do perfekcji, co nie, Odd? – zaśmiała się złośliwie Yumi.

– A guzik się tam znasz! To są perły humoru! – odpowiedział Odd.

– Od kiedy to perły robi się z sucharów? – zaczął zastanawiać się Ulrich.

Ale na to pytanie już nikt nie zdążył odpowiedzieć, gdyż reżyser zawołał przez głośniki:

– Trzydzieści sekund do nagrania, wszyscy na stanowiskach, widownia cicho!

Rozległ się motyw muzyczny teleturnieju, po chwili widownia zaczęła klaskać, a z głośników popłynął głos:

– Witamy państwa w teleturnieju Familiada. Dziś spotkamy się z rodziną Małolepszych: Januszem, Grażyną, Brajanem, Karyną i Zbigniewem. Ich przeciwnikami będzie drużyna pod nazwą Paryscy Wojownicy: Jeremie, Yumi, Ulrich, Aelita i Odd. Gospodarzem programu jest Karol Strasburger.

W tym momencie zza wielkiej tablicy świetlnej zamontowanej nad „beczką” do początkowej rozgrywki wyłonił się prowadzący, jak zwykle w dobrze skrojonym garniturze, stanął na środku studiu, ukłonił się na wszystkie strony i zaczął tak jak zawsze od 25 lat:

– Witam państwa gorąco i serdecznie, kolejna Familada przed nami, tak jak zwykle krótka historyjka na początek. Zapewne pamiętamy Kubusia Puchatka, sympatyczna postać, no więc o nim dzisiaj żarcik. Poszedł on sobie pewnego razu z Tygryskiem na ognisku, siedzą sobie, jedzą, i nagle Tygrysek mówi „Wiesz, Kubusiu, muszę ci coś szczerze powiedzieć”. Na to Puchatek „OK, o co chodzi?” Tygrysek mu odpowiada „No, bo ja tego Prosiaczka to tak nie za bardzo lubię.”. Miś na to odpowiedział „Jak ci nie smakuje, to nie musisz jeść”.

Wszyscy w studiu wybuchli śmiechem, bo tym razem, o dziwo, żart nie był taki suchy.

– Dobrze, no to teraz przejdźmy do naszych zawodników, po raz drugi w naszym programie rodzina Małolepszych. W poprzednim odcinku była w finale, no ale coś się nie udało panie Januszu.

– Trochę nam nie wyszło – odpowiedziała głowa rodziny.

– No ale dobra. Było minęło, poprzednim razem było co prawda tylko te 800 złotych, ale już zapomnijmy. Gramy od nowa, przypomnij nam swoich członków rodziny.

Ojciec przypomniał, kto jest w drużynie, sprowadzało się do wymienienia imion.

– Przejdźmy teraz do nowych śmiałków – Strasburger poszedł na drugą stronę studia – Oto przed nami drużyna pod tajemniczą nazwą Paryscy Wojownicy. Zaraz nam kapitan tej drużyny, Jeremie, wszystko wyjaśni. Skąd takowa nazwa?

– Wzięła się ona stąd – zaczął okularnik, po czym wziął wdech – Że wszyscy mieszkamy w Paryżu.

– No to ciekawe, choć jak wiem i jak w sumie widać, oczywiście bez podtekstów rasistowskich – tu prowadzący się nieco uśmiechnął – To każde z was pochodzi z innego kraju. Ale to wyjdzie jak przedstawisz członków.

– Więc tak, po kolei. Yumi jest z Japonii. To najstarsza jednostka naszej drużyny. Obok niej Ulrich reprezentujący Niemcy. Za nim Aelita ze Szwajcarii i na końcu, ale nie najgorszy, Odd z Włoch.

– Czyli jak widać, międzynarodowa drużyna, bo i sąsiedzi są – tu Strasburger spojrzał na Sterna – i też przedstawiciele bardziej egzotycznych krajów. Tak się zastanawiam… skąd się wzięliście u nas?

– Przyjechałem odwiedzić swoją babcię i zabrałem ze sobą przyjaciół – odpowiedział Ulrich.

– To bardzo ładnie. Wiem że babcia jest na widowni, oklaski prosimy.

Publiczność uprzejmie zaklaskała.

– To skoro wszyscy już się znamy, możemy rozpocząć grę, zapraszam kapitanów drużyn na środek.

Jeremie i Janusz podeszli do beczki.

– O, jak się złożyło – rzekł Karol Strasburger – obaj panowie na J, a ja na K jestem. Przypomnę zasady. Wiem że ja to już dwadzieścia pięć lat mówię, ale tradycji musi stać się zadość: Czytam pytanie, zawodnicy się zgłaszają, kto szybciej naciśnie, ten odpowiada. Dobra odpowiedź to przejęcie pytania. Drużyna ma wtedy 3 szanse, narada u drużyny przeciwnej po drugiej utracie szansy, a do finału wchodzimy zdobywając dwieście lub więcej punktów. Wszystko jasne?

Wszyscy potwierdzili.

– To w takim razie pierwsze pytanie brzmi tak: Wymień dania, które można zrobić z ziemniaków.

Obaj zawodnicy byli szybcy, ale pierwszy zgłosił się Jeremie:

– Frytki!

– Sprawdźmy… no i ładnie, pierwsze miejsce, Wojownicy przejmują. Zobaczmy co Yumi powie. Ona jako Japonka to prędzej sushi, ale może z ziemniaków… da się?

– Raczej nie – odpowiedziała dziewczyna – W Japonii ziemniaki nie są aż tak popularne.

– Ale chyba nie będziesz miała problemu z pytaniem?

– Żadnego. U nas w szkole są placki ziemniaczane, więc to właśnie podaję.

– Sprawdźmy… no i placki są. Teraz Ulrich.

– Ja z kolei powiem – zaczął zastanawiać się Niemiec – Może kluski ziemniaczane?

Okazało się, że one też są.

– Kolej na Odda. Wiem, że ty bardzo lubisz jeść, więc pewnie też sobie poradzisz z pytaniem.

– To jest dość łatwe… z ziemniaków można zrobić… placki są, frytki… o, wiem. Zapiekanka!

– Zobaczmy. Od tej odpowiedzi zależy, czy zdobędziecie komplet za to pytanie… i proszę, udało wam się. Macie pierwsze 80 punktów, Małolepsi jak na razie zero, ale to dopiero początek gry. Zapraszam do drugiego pytania…