Rozdział drugi

Powstań, oprawco

Znów to samo, znów ten głos, który wiercił mu dziurę w umyśle. Tak bardzo podobny do jego matki, aczkolwiek tak bardzo od niego odległy. Jak to mówią: Im dalej w las tym gorzej i faktycznie im dłużej go słuchał tym bardziej miał go dość. Pragnął, by zniknął i już nigdy się nie odezwał.

Na początku było tak, że słuchał go i nie protestował nawet słowem, nic a nic. Wykonywał każde polecenie, był jego narzędziem, żołnierzem, oprawcą, który nie patrzył na krzywdę swoich ofiar. Wykonywał rozkazy i nawet nie śmiał się im sprzeciwiać. Dopiero później coś zaczęło do niego dochodzić.

I głos tak podobny do matki zaczął być coraz bardziej od niej odległy. Teraz przypominał obcego człowieka, który karmił go trucizną. 

Co to miało być, Oprawco?

Zaczął zawalać, kolejne misje szły na łeb na szyję. Ku wielkiemu niezadowoleniu wroga oprawca zaczął myśleć samodzielnie, przestał być narzędziem, marionetką. Zaczynał zrywać sznurki przymocowane do jego kończyn, co nie każdemu się podobało.

Oberwał. Dostał, poleciał na ścianę, uderzając o ceglaną powierzchnię tyłem głowy. Poczuł dziwne uczucie na końcu języka, jego ślina miała dziwny posmak. Oczy zaszły na chwilę mgłą, potrzebował chwili, by wzrok wrócił do normalności, by ujrzeć twarz wroga, który postanowił go kontrolować.

Przemów, Oprawco.

Czuł jak brakuje mu tchu, jak coś zaciska się na jego szyi, gardle, a następnie unosi go w górę. Odruchowo uniósł ręce, próbował wyczuć ciało wroga, by wyrwać się spod jego uścisku, złapać oddech. Rozchylił powieki, coś czerwonego błysnęło na chwilę w ciemnościach.

Drapiące uczucie w gardle z minuty na minutę stawało się coraz silniejsze, pozbawiało go sił życiowych. Rozluźnił uścisk na kończynach wroga, opuścił ręce wzdłuż własnego ciała. Chciał z tym walczyć, naprawdę chciał, ale nie dawał rady.

Przegrałeś, Oprawco.

~*~

– Czy on… Nie żyje?

Usłyszał głos, pytanie jakby przez mgłę. Kiedy rozchylił powieki mógł przysiąc, że widzi nad sobą twarz dziecka, do tego łudząco do niego podobną. Czarne kosmyki przysłaniały lekko pole widzenia, prosząc się o ścięcie, a szare oczy badały twarz wojownika.

William zdążył zamrugać kilka razy, a wygląd dziecka już się zmienił. Czarne kosmyki zniknęły transformując się w blond, tak samo oczy zmieniły barwę. A sam dzieciak wydawał się też przerażony.

– Żyje, jednak żyje!

Krzyknął, następnie odbiegając. William podniósł się z ziemi, obserwując jak dziecko oddala się z jakimś rówieśnikiem w popłochu. Zmarszczył brwi, zadając sobie miliony pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. Usiadł na ziemi, rozejrzał się wokół.

Ostatnie, co pamiętał to sytuacja z Zamczyska, gdzie zaczął z kimś rozmawiać, a następnie biały dym zaczął błąkać się wokół jego palców. Nie wiedział, co się stało, ani też z kim rozmawiał. Z jednej strony wydawało mu się, że rozmawiał ze swoją ukochaną mamą, ale z drugiej… Ta osoba wydawała się kimś zupełnie nowym i coś mówiło mu, że nie była nikim złym.

Kiedy próbował wstać zauważył coś jeszcze; jego dawny strój zniknął zastąpiony przez nowy. Szczerze mówiąc, pierwsze co zrobił to odetchnął z ulgą na widok braku znaku na swojej klatce piersiowej. Wciąż był tam pewien symbol, ale nic poza tym. Zauważył również, że strój występuje w jaśniejszej wersji, niż wcześniej.

Pasował teraz bardziej do obrońcy, aniżeli oprawcy, dlatego w głowie pojawiło mu się  inne pytanie: Kim aktualnie był?

Właśnie z tym pytaniem podniósł się z ziemi, próbował zbadać wygląd stroju. Nosił szary kombinezon z kapturem, przewiązaną w pasie bordową wstęgą z dwoma pasami z tyłu odznaczonymi na końcach różowymi pomponami.

Rozejrzał się następnie wokół. Nie znał otoczenia, w którym się znajdował, a wysokie drzewa wykraczające koroną poza pas chmur przyprawiały go o dziwny niepokój. Mimo wszystko zadzierał głowę wysoko w górę, jakby chciał dopatrzeć się skrawka nieba, czegokolwiek ukrytego za liśćmi.

– Ej, ty!

Odwrócił się gwałtownie słysząc krzyk, jednak nie zauważył za sobą nikogo. Zmarszczył brwi ponownie rozglądając się wokół, zdzierając również w pewnym momencie głowę do góry, tak jak wcześniej. I właśnie to go uratowało, gdyż zdążył zauważyć wystrzelone w swoją stronę strzały, które zamiast w niego trafiły w pień drzewa.

Klęcząc na trawie William zauważył sprawcę szybszego bicia serca. Stał on na jednej z gałęzi drzewa, mierząc w niego ręką, jakby właśnie stamtąd wystrzelił dwa pociski. Chłopak ten wyglądał co najmniej dziwnie, może nawet śmiesznie. Przypominał kota, a może nawet nim był, w końcu miał uszy oraz ogon, choć od reszty odstawały blond włosy z fioletowym pasmem postawione wysoko do góry.

Poruszył się, wyprostował nagle i opuścił rękę. Rozchylił usta w lekkim szoku, zastrzygł uszami, przechylając następnie głowę.

– William? – zapytał w końcu zeskakując z drzewa. – To serio ty?

– Zależy, znamy się?

Mimo tego, co powiedział mógł przysiąc, że zna skądś twarz blondyna. Choć, gdyby go znał był pewny, że nie zapomniałby fioletowego kota, którego wypatrzyły z kilometra, bo w oczy rzucało się wszystko. 

– Co ty, na amnezję cierpisz? – zapytał. – Niby trochę cię nie było, ale…

– Czekaj, co? Jak długo mnie nie było?

– Będzie ze dwa lata! – wzruszył ramionami. – Dwa lata temu zostałeś wybrany na Obrońcę i od razu do Xany ci się poleciało, nawet dzień nie minął!

– Dwa lata…?

– No, rok Xanie służyłeś, później o tobie słuch zaginął, ale pojawiła się legenda… – umilkł na chwilę. – Chwila, jak to leciało?

William odstąpił kilka kroków tył w szoku łapiąc się następnie za głowę. Wypuścił powietrze z płuc, pragnął rąbnąć się w łeb. Mało co pamiętał, wszystko mu się mieszało. Niby coś mu stykało, rozpoznawał chłopaka przed sobą, choć nie mógł przypomnieć sobie jego imienia, do tego wiedział, że był jakiś czas pod władzą wroga. Po prostu niektóre rzeczy w jego umyśle zostały otoczone mgłą.

– A, pamiętam! – krzyknął nagle blondyn. – Szkarłatny Wojownik wyrwał się spod władzy wroga, zostając skazany na błąkanie się po Zamczysku Mroku. Widać, żeś się wydostał!

– Na to wygląda… – westchnął. – Ale dwa lata? 

– Tak, rok u Xany, niecały rok w Zamczysku – wzruszył ramionami. – Wiem jakie to zryte, sam się gubię, Ulrichowi trochę zajęło tłumaczenie mi tego.

– Ulrich…?

Kolejne miejsce, które kojarzy, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć skąd. Próbował to zrobić, wyobrazić sobie właściciela tego imienia, bo nie wiedzieć czemu czuł nieodpartą złość, irytację przez samą wzmiankę o nim.

– Rany, jeśli nawet Ulricha nie pamiętasz to serio jest źle!

– Czemu?

– Niemal codziennie laliście się po mordach, tego się nie zapomina!

Lałem się z kimś po mordach?

I tu Kot miał rację – gdyby faktycznie tak było na pewno by to zapamiętał. Lecz jeśli była to prawda w jakimś stopniu wyjaśniało to dziwne uczucie złości, tudzież irytacji. 

William chciał jeszcze zaczepić chłopaka, zapytać go o więcej rzeczy, gdzie w ogóle był, bo jego orientacja w terenie była w tym momencie na naprawdę niskim poziomie. Osoba przed nim była jego jedynym źródłem informacji, chciał, czy nie, był zmuszony trochę na nim polegać. Jednak zanim zdążył otworzyć usta coś uderzyło jego towarzysza w głowę.

Kot zatoczył się, niemal upadł. Wydał z siebie głośny jęk przeklinając następnie pod nosem, może nawet sycząc niczym prawdziwe zwierzę po czym schylił się po zwój papieru, który uderzył go w głowę.

– Następnym razem jak się z nią zobaczę idziemy na lekcje celności – mruknął rozwijając zwój.

William zamilkł obserwując jak ekspresja blondyna zmienia się z każdym przeczytanym słowem. Uśmiechnął się nagle spoglądając następnie na wojownika.

– Dobra, Will. Pytanie – zaczął. – Pamiętasz chociaż Aelitę?

Znowu to samo, znowu coś kojarzył i znów próbował podstawić imię pod obraz w swoim umyśle. Jednak nie dał rady, była to kolejna z wielu dziur w jego wspomnieniach.

 – Nie jestem pewny…

– Trudno, ale dobrze się składa, bo właśnie zwołała Zebranie Strażników – wzruszył ramionami. – Może ci pomoże.

– A skąd wiesz, że z tobą pójdę?

– Bo cię znam…?

William skrzyżował ręce na torsie patrząc na niego jak na debila. Blondyn roześmiał się chowając następnie zwój papieru do kieszeni kombinezonu i wyciągnął łapę przed chłopaka.

– Dobra, to od nowa – uśmiechnął. się. – Jestem Odd, Strażnik Lasu.

William patrzył na chwilę na łapę Odda, zastanawiał się, czy odwzajemnić gest, bo ledwo go znał. Jednak on zdawał się wiedzieć coś o nim, o jego życiu przed staniem się tym Obrońcą. Odd znał tą część jego historii, która była ukryta za mgłą.

Dlatego wyciągnął w końcu dłoń w jego stronę, odwzajemnił gest z niemrawą miną. Wydawało mu się, że blondyn wyszczerzył się jeszcze bardziej, niczym dziecko które dostało lizaka.

– William.

Obrońca?

A może Oprawca?

Nie. Na razie po prostu William.

Autor: Finley