ROZDZIAŁ II – Siedem minut niepotrzebnych ataków paniki

Sala od matematyki powoli wypełniała się kolejnymi uczniami. Zarówno tymi, co się stresowali, jak i tymi, co wchodzili do środka zadowoleni. Chociaż tych drugich można policzyć na palcach jednej dłoni. Rozmowy poszczególnych grup ucichły wraz z pojawieniem się nauczycielki – magister Catherine Meyer. Była wysoką nauczycielką wieku średniego. Zawsze nosiła czarne, szerokie spodnie i marynarkę i białą bluzkę. Na szyi wisiał złoty naszyjnik. Czerwone szpilki dodawały jej wzrostu, chociaż nadal byłam od niej wyższa o półtorej głowy.

Nigdy nie lubiłam matematyki. Mało tego – matematyka nigdy nie lubiła mnie.

Nigdy nie chciałam trafić do klasy wyżej. Mało tego – klasa wyżej nie chciała mnie.

Nigdy nie marzyłam o kolejnym zerze w dzienniku. Mało tego – dziennik nie marzył.

– Dzisiaj zrobimy poprawę sprawdzianu z układów równań. Oceny nie są złe, ale mogliście się bardziej postarać – powiedziała nauczycielka, poprawiając idealnie wyprasowaną marynarkę.

– Zawsze tak narzeka, a potem mamy najlepsze wyniki na testach – skomentowała cicho Monica, poprawiając i tak perfekcyjny według ogólnej opinii makijaż. Spojrzała na mnie z pędzelkiem w dłoni, na którym była odrobina pudru. Maznęła mnie nim po nosie, co skomentowałam lekkim uśmiechem i śmiechem.

– No już, cisza! – wtrąciła nauczycielka, po czym zaczęła rozdawać sprawdziany. – Larsen, jak zawsze perfekcyjnie, sto procent. Bierzcie przykład! – skomentowała zadowolona. – Monseuir, dwanaście. Decatinoque, dwadzieścia jeden. Żałosne… – kontynuowała, a wymienieni uczniowie jedynie schowali głowy pod kaptury. Pani Meyer ponownie poprawiła swoją marynarkę, po czym wróciła do rozdawania.

– Callietne, trzydzieści siedem. Uratowałaś się zadaniem dodatkowym. – dodała nauczycielka, na co Monica zagarnęła teatralnie włosy do tyłu, a zapach malinowej gumy rozpłynął się w powietrzu. Nawet chłopcy, którzy za nami siedzieli, obudzili się zainteresowani.

– Dunbar… zaraz, to niemożliwe. – powiedziała pani Meyer, jeszcze raz licząc punkty z mojego sprawdzianu. – Sześćdziesiąt procent.

Cała klasa spojrzała na mnie zaskoczona. Nawet Monica przestała przez chwilę rysować. Uśmiechnęłam się, czując zwycięstwo. W końcu dobra ocena!

– Mówiła pani, że ciągłe uczenie się przynosi dobre wyniki. – odpowiedziałam, nie ukrywając spojrzenia pełnego radości i zwycięstwa. Wiedziałam, że ojciec w końcu będzie ze mnie dumny. Chociaż raz w tym półroczu.

– No… tak, tak… – skomentowała nauczycielka, poprawiając nieistniejące marszczenie marynarki. – Poliakoff, pięćdziesiąt jeden. Ewidentnie ściągałeś od Herve’a. Herve? Dziewięćdziesiąt siedem. Delmas, czterdzieści cztery…

Reszta lekcji minęła spokojnie. Całkiem szybko według Monici. Według mnie? Przeciwnie. Ciągle nie mogłam zrozumieć tego, co się ostatnio wydarzyło. Cały czas miałam w głowie te dwa migoczące nazwiska. Mówiące do mnie przez popsuty sprzęt.

Schaeffer. Hopper.

– Byłaś już u Delmasa? – spytała Callietne, poprawiając róż na policzkach.

– Co… a, jeszcze nie. – mruknęłam niedbale.

– Na co czekasz? Lekcji już nie ma.

Skinęłam jedynie głową. Dzwonek zadzwonił. Na korytarzach zrobiły się pustki. Nawet tak kolorowy ptak, jak moja współlokatorka gdzieś zniknęła. Rozejrzałam się jeszcze raz. Tak szybko się wszyscy rozeszli?

Podeszłam mniej pewnie pod drzwi gabinetu dyrektora. Wzięłam głęboki wdech. Nie chciałam tam iść. Wiedziałam, że po raz kolejny usłyszę to samo.

Weź się w końcu za naukę.

Nie wolno opuszczać szkoły bez zgody.

Jesteś taka sama, jak ojciec.

Skierowałam pięść w kierunku drzwi. Nagle zgasło światło w całym korytarzu. Odwróciłam się. Jedynie pojedyncze słupy światła wyłaniały się z okien. I ktoś przebiegł między jednym słupem, a drugim. Na pewno ktoś tam był. Szłam w kierunku cienia, cały czas uważając na to, gdzie stawiam każdy kolejny krok. Dlaczego? Nie wiedziałam.

– Halo…?

Cisza. Nagle po korytarzu rozległ się śmiech.

– Jest tu ktoś…?

Znowu cisza. Znowu pojawił się śmiech.

– Halo…?

Nadal cisza. Paskudny śmiech był coraz bliżej.

Nagle zaczęła mnie cała ręka piec. Zatrzymałam się. Wtem…

Upadłam.

Ręka z pierścionkiem, który kiedyś podkradłam ze szkatułki pana Dunbara, bolała. Ciągnęła mnie w dół. Nie mogłam jej podnieść. Dziwny cień nadal się śmiał. Rozglądałam się nerwowo, próbując się podnieść. Dłoń bolała z każdą próbą ruchu. Nie krzyczałam. Czułam, jakby ktoś właśnie zacisnął mi w gardle linę, która zabraniała mówić.

Dłoń wróciła do normalności. Mogłam nią ruszać.

Ale bolała. Strasznie bolała.

Spojrzałam na pierścionek. Dziwnie błyskał. Zmieniał kolory. Normalnie był czarny, a teraz jak czerwony, raz biały. A znak pośrodku pulsował kontrastem. Chciałam zdjąć ozdobę, ale nie mogłam. Jedynie poparzyłam sobie palce.

Rozejrzałam się ponownie. Oddech przyspieszył. Śmiech nadal nie ustępował. Krople potu pojawiły się na skroniach. Chciałam zawołać o pomoc. Ale jednocześnie nie mogłam. Pętla w środku gardła zaciskała się coraz mocniej.

Co się dzieje?

Czy ktoś tu jest?

Dlaczego boli?

Ujrzałam jeszcze raz biegnącą postać. Próbowałam wstać i ją dogonić. Niezbyt zgrabnie, wciąż z piekącą ręką wstałam. Już prawie miałam dogonić tajemniczy cień. Ręka nadal pulsowała i robiła się raz czerwona, raz fioletowa.

Wtem ktoś otworzył drzwi. A ja? Prosto w nie. Złapałam nos dosłownie na sekundę. Zapomniałam o pierścionku. Teraz jeszcze czułam pieczenie na nosie.

– Nic ci nie jest?! – ktoś zapytał z przerażeniem. Nie odpowiedziałam. Kątem oka zauważyłam cień. Nie odpowiedziałam, tylko pobiegłam za nim.

– Zatrzymaj się!

Nie posłuchałam. Ktoś tam był. I ten ktoś ze mną teraz grał. Im bliżej byłam, tym pierścień coraz bardziej wariował. Mimo bólu, cały czas biegłam. Oddychałam jedynie ustami. Starałam się uspokoić.

Schaeffer. Hopper.

Nie dałam rady. Wpadłam w kozi róg.

Oparłam się plecami o ścianę. Spojrzałam na ręce. Lewa była cała czerwona od poparzeń, a na prawej była zaschnięta krew.

Uspokój się…

Widziałam cień…

Uspokój się…

Coraz ciężej mi się oddychało. Wyczułam w ustach krew. Niech się to już skończy. Nie chcę tutaj być. Nie mogę tak cierpieć. Niech ktoś dopadnie ten cień. I ten śmiech… śmiech pełen pogardy. Nie patrzyłam już na nic. Czułam tylko, jak ręce się trzęsą. Tylko z czego? Ze strachu? Z adrenaliny? Z niewiedzy?

Wtem ktoś ujął moją dłoń. Przykucnął do mnie. Miałam tak rozmazany obraz, że nie wiedziałam, kto mnie tutaj znalazł. Czułam szorstkie palce, które próbowały zatrzymać mój strach. Usłyszałam jeden komunikat. Bardzo prosty.

– Spójrz na mnie.

Posłuchałam. On mi pomoże. Musi pomóc.

– Wdech…

Posłuchałam. Ale na pewno mi pomoże?

– Wydech…

Posłuchałam. On nie ma złych zamiarów.

– Wdech…

Posłuchałam. Muszę znaleźć ten cień.

– Wydech…

Posłuchałam. Nikogo nie szukam.

– Wdech…

Posłuchałam. Wymyśliłam to sobie.

– Wydech…

Posłuchałam. Ręce przestały się trząść.

Byliśmy w gabinecie pielęgniarki. Ja, Dorothy oraz on.

Lekarka ostrożnie sprawdzała nos, zaraz po tym, jak obandażowała lewą rękę. Pod bandażem teraz czułam tylko chłodny żel, którego wcześniej nałożono ogromną ilość. Jedynie gazik przy nosie był nieprzyjemny. Śmierdział nasączoną substancją, o której z pewnością wiedziałabym więcej, gdybym uważniej słuchała na lekcjach chemii.

– Na szczęście nie jest złamany. – skomentowała po chwili Dorothy. Jej głos był zawsze ciepły. Jakby nim chciała wypowiadać czary, przez które człowiek mniej cierpi. Momentalnie czułam się bezpiecznie. Na pewno nic mnie już nie boli.

Oprócz głowy. Dwa nazwiska nadal krążyły po niej.

Schaeffer. Hopper.

– Przyjdź jutro. Zmienię ci opatrunek – dodała pielęgniarka, na co odpowiedziałam twierdząco skinieniem głowy. Następnie wyszłam. A za mną gabinet opuścił chłopak. Odwróciłam się. Teraz normalnie go widziałam.

Lekko zadarłam głowę do góry. Był wysokim, postawnym uczniem o białych włosach. Delikatne, niebieskie oczy. Prosty nos, usta wąskie. Odziany w brązową bluzę, czarne spodnie oraz czarną, pikowaną kamizelkę.

Nic nie powiedziałam. To on zaczął rozmowę.

– Co to był za towar?

– Słucham?

– No, wiesz… – dodał, pokazując na swój nos. Patrzyłam na niego wyraźnie zaskoczona. – Nic? Naprawdę? Obiecuję, że Ciebie nie wydam… tylko się tym podziel…

– Ale…

– Okej, okej – przerwał mi nieznajomy, unosząc ręce na znak poddania się. – Rozumiem wszystko. Nie ufasz mi.

Najgorsze jest to, że właśnie ci zaufałam.

– Nie wiem… – wydusiłam z siebie, niepewna tego, co mówię.

– Ale ja wiem… I ty też doskonale wiesz…

– Co takiego „wiem”? – dopytałam zaciekawiona. Niczego nadzwyczajnego nie robiłam. Udawałam, że się uczę, uciekałam na nocne spacery po lesie, chodziłam na wszystkie obiady do stołówki. Czasami grałam w karty. Nigdy nie unikałam zajęć z Jimem, chociaż klasa mnie do tego namawiała bardzo chętnie.

Więc co takiego wiedziałam?

– To chyba twoje. – powiedział chłopak, po czym wręczył mi pierścionek. Czarny, z granatowym znakiem. Znakiem, którego znaczenia nikt nie znał. Pierścień, trzy kreski i znowu pierścień. Normalnie bym go wzięła, nałożyła na serdeczny palec i poszła dalej…

… ale on miał ten znak na bransoletce.

Przytrzymałam nadgarstek swojego bohatera trochę mocniej. Przyjrzałam się dokładniej. Dokładna kopia znaku Xany. Wytrzeszczyłam oczy. Chłopak spojrzał na mnie pewnie, po czym wyrwał dłoń. Moja błyskotka przeturlała się kawałek dalej.

– Nie ma za co, złociutka – powiedział nieznajomy, puścił oczko i szedł do wyjścia.

Nie mogłam tego tak zostawić.

– Kim ty jesteś?! – krzyknęłam, chcąc iść za nim. Zmarnowałam kilka sekund, aby wszystko przeanalizować. A przecież powinnam nie odstępować białowłosego choćby na krok. Odwrócił się.

– Twoim przyjacielem – odpowiedział z uśmiechem. Otworzył drzwi na korytarz. – Albo wrogiem… – dodał, po czym zniknął z pola widzenia.

Zebrałam szybko pierścionek z podłogi. Już miałam za nim iść, jednak te same drzwi otworzył ktoś inny. Mój tata. Jednak tym razem się nie uśmiechnęłam. Nie przytuliłam go.

– Musimy porozmawiać – powiedzieliśmy w tym samym czasie.

~~***~~

Seven minutes of unnecessary panic attacks
Here I go with the coldest hands

(Brunette – Future Lover)

Autorka: Azize

ROZDZIAŁ 1 – Tętno przyspieszyło prawie do tysiąca

Stałe oraz z lekka irytujące dudnienie w czaszce nie dawało za wygraną.

Niepewnie otworzyłam oczy. Widziałam zlewające się ze sobą kable oraz kłujące po oczach światło. Bardziej przytomna próbowałam się podnieść z ziemi. Powoli – najpierw dłonie, potem łokcie, a na sam koniec podparłam się, żeby usiąść. Wszystko mnie bolało. Zupełnie tak, jakbym się z kimś porządnie pobiła. Obudził mnie chłód oraz buczenie maszyn.

Dotknęłam lewą dłonią szczęki. Stała na swoim miejscu.

Spojrzałam na ręce. Bez żadnych nowych zadrapań.

Usiadłam po turecku i obejrzałam nogi. Zero siniaków.

To, dlaczego się tak okropnie czuję? Czemu mnie tak głowa okropnie boli…

Wtem zadzwonił telefon, a ten z kolei leżał przy skanerze. Doczołgałam się, aby go odebrać. Nie zdążyłam. Wyświetliło się powiadomienie. Czternaście nieodebranych połączeń od nieznanego numeru. Zmarszczyłam brwi. Czy to na pewno był mój telefon? Spojrzałam jeszcze raz na jego ekran. Zdjęcie z dzieciństwa, gdzie tata mnie trzyma za rękę. Tak, to musiał być mój. Ale… kto tyle razy dzwonił? Nie mogłam sobie nic przypomnieć.

Głowa mnie bolała. Dotknęłam przy skroniach – nie wyczułam żadnego strupa, a palce były czyste. Nadal nie mogłam się zorientować, gdzie jestem. Potrzebowałam chwili, aby to zrozumieć. Od razu przypomniałam sobie, gdzie jest tak zimno, żółto i mnóstwo światła.

Fabryka – miejsce, gdzie rozpoczęła się zarówno przygoda, jak i koszmar.

Chętnie bym tutaj została, ale zachorowanie przez dziwną akcję w Lyoko brzmi jako marne wytłumaczenie. Otrzepałam bluzkę z kurzu i stałam przez kilka sekund w bezruchu. Szok – chwilowo nic się nie dzieje. Wzięłam głęboki wdech, a następnie wyszłam z fabryki, kierując się do wyjścia.

Na dworze było wyjątkowo chłodno, jak na wiosnę. Chociaż nie bez powodu istnieje przysłowie „W marcu, jak w garncu”. Wczoraj było bardzo ciepło i spokojnie można było wyjść w krótkim rękawie na zewnątrz po lekcjach. Dzisiaj? Bez kurtki bądź grubej bluzy ani rusz. Chyba, że ktoś chce się przeziębić, wtedy droga wolna.

Przeszłam przez park tak dyskretnie, jak tylko się da. Rozejrzałam się, czy nikt mnie nie śledził. Zdałam sobie sprawę, że już dawno temu powinnam być w akademiku, szykując się do spania. Nie chciałam znowu tłumaczyć, dlaczego po raz kolejny byłam poza szkołą w godzinach niedozwolonych.

– Pretensje, dom, matematyka… – wyliczałam po kolei, co pamiętałam, zanim obudziłam się w fabryce. – Chłopak, Schaeffer, walka… – przerwałam wyliczankę. Schaeffer… kojarzyłam to nazwisko. Obiło mi się ono o uszy… a może to było coś innego? Zupełnie przypadkowe zlepienie liter, czy nazwa nowego sklepu?

– Pretensje, dom, matematyka… chłopak, Schaeffer, walka…

– Schaeffer… Hopper? – pomyślałam. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, skąd te dwa nazwiska przyszły mi do głowy. Jedno z nich na pewno kiedyś słyszałam. Albo obydwa. Sama nie wiem. Wtem poczułam, jak kilka kropel skapnęło mi ze zniszczonej werandy na głowę.

Próbowałam przecisnąć się przez uszkodzone ogrodzenie, aby tylko nie zostać zauważoną przez szkolne kamery. Ze względów bezpieczeństwa postanowili po odbudowie szkoły zadbać o każdy szczegół. Mało komu udawało się wymykać poza mury szkoły niezauważonym. Tylko tego zniszczonego płotu nie wyłapywały kamery.

Dałam radę. Kosztem kolejnych wyrwanych włosów i nowych zadrapań. Spojrzałam na rękę, która pokrywała się delikatnymi smugami krwi.

Kilka blond włosów z czarnymi pasmami zostało na płocie. Wtem ktoś zapalił światło w latarce. Pobiegłam czym prędzej w kierunku szkoły. Czarną ścieżką, bez żadnego źródła. Byle tylko nie zostać przyłapana na gorącym uczynku. W głowie nadal liczyłam to, co się wcześniej zdarzyło…

Pretensje, dom, matematyka… chłopak, Schaeffer, walka…

Wchodziłam po cichu na drugie piętro. Na korytarzach nie było żadnej, żywej duszy.

Pretensje, dom, matematyka… chłopak, Schaeffer, walka…

Rozejrzałam się po raz ostatni. Poprawiłam koszulkę, a włosy zgarnęłam do tyłu.

Pretensje, dom, matematyka… chłopak, Schaeffer, walka…

– GDZIEŚ TY BYŁA?!

Zamilkłam. Na łóżku siedziała blond dziewczyna w biało-czerwonej piżamie. Poprawiła różową w kropki opaskę na twarzy, po czym ściągnęła płatki z oczu, które potem odłożyła do pudełka. Stałam przez kilka sekund w drzwiach.

– Do środka, ale już! – krzyknęła współlokatorka, co od razu uczyniłam. Ciągle miałam w głowie to nazwisko. Nazwisko, które każdy mieszkaniec Francji znał. Nazwisko, które w pewnym momencie codziennie pojawiało się na nagłówkach lokalnych gazet oraz w telewizji.

Schaeffer… Hopper… Schaeffer…

– Czy ty do reszty zwariowałaś?! – kontynuowała blondynka. Następnie wstała, poprawiając swoje loki. Upiła łyka wody. – Dlaczego nie było z tobą kontaktu?!

Sama chciałabym to wiedzieć, panno Callietne.

– Znowu była kontrola czystości. Masz szczęście. Pochowałam wszystkie twoje rzeczy do szafy. Nie wiem, kiedy ty to posprzątasz, panno Melanie. Mało tego! Po raz kolejny musiałam ci kryć tyłek! Dobrze, że Jim w to wszystko uwierzył.

– A… co…

– Że poszłaś sprzątać stołówkę.

– Eee…

– Nie sprawdzał tego.

– Yyy…

– Nie wymykaj się tak więcej.

– No…

– Drugi raz nie wymyślę takiej dobrej ściemy.

Schaeffer… Hopper… Schaeffer…

– Wszystko dobrze? – spytała dziewczyna. Usiadłam powoli na swoje łóżko. Nie mogłam jej spojrzeć w oczy. Obiecałam, że przestanę robić kolejnych problemów. Wystarczająco dużo razy nasza klasa była na świeczniku u dyrektora. Od małych bzdur typu spóźnienia na lekcje, po dużo gorsze przewinienia. Zagrozili nam nawet, że nie pozwolą nam pojechać na wycieczkę szkolną za granicę…

… z drugiej strony… i tak bym nie pojechała.

– Tak, tak… Zmęczona jestem – odpowiedziałam, udając ogromne ziewnięcie. Spojrzałam tym razem na współlokatorkę. Po jej minie można było wywnioskować: nie wierzy mi. Z resztą, nie pierwszy raz.

Dziewczyna usiadła na krześle naprzeciwko mnie. Ujęła moje dłonie. Swoje miała bardzo delikatne, a po nozdrzach uderzył mnie zapach orzechów laskowych. Dwa razy pogładziła moją rękę.

– Powiesz, co się stało? – spytała łagodnym, pełnym empatii głosem. – Przecież cioci Monice możesz ufać.

Miała rację. Mimo, że panna Callietne uwielbiała plotki, tak nigdy nie wygadała nic, co zostało wypowiedziane w naszym pokoju. Od dwóch lat. Wszystkie sekrety i inne dziwne wyznania zostawały w pokoju o numerze 116. Tylko ją mam. Jako jedyna mnie przyjęła z ciepłem do nowej klasy. Czułam się przy niej bezpieczna. Pełna opieki. Była taką moją ciocią…

… a czy swojej ukochanej cioci nie powiesz wszystkiego?

Ja bym powiedziała…

– Ale obiecujesz, że nie będziesz dramatyzować? – spytałam niepewnie. Monica spojrzała na mnie wpierw surowo, jednak od razu zmieniła minę na bardziej łagodną. Westchnęła głośno.

– Obiecuję.

Przełknęłam głośno ślinę. Dam radę. Nie dam rady z tym sama.

– Pamiętasz tą fabrykę?

– Tą za wzgórzem?

– Tam, gdzie były samochody.

– No, tak…

– Byłam tam. Ale nie wiem, kiedy.

Blondynka wybałuszyła oczy, a następnie zakryła lewą dłonią usta, żeby tylko nie krzyknąć. Obiecała, że nie zrobi żadnej afery. A włoszka zawsze dotrzymywała słowa.

– Ale… jak to…

– Nie wiem.

– Czy ty…

– Ale najgorsze jest to, że…

– No, co?

– Że tam się coś zadziało.

Wstrzymałam opowieść. Uświadomiłam sobie, jak brzmi to absurdalnie. Całe moje wyjaśnienia brzmią tak, jakbym zaraz miała zarezerwować wolny pokój w szpitalu psychiatrycznym. Nie było szans, żeby mi uwierzyła w całość.

Zaryzykować?

Zaryzykuję.

– Kojarzysz takie gry komputerowe, co wybierasz postać i walczysz z potworami? – zaczęłam delikatniej, obserwując mimikę współlokatorki. Ta skinęła głową. – To ja tak miałam, ale na żywo.

Monica zmarszczyła brwi. Następnie wierzchem dłoni dotknęła mojego czoła, a potem obu policzków. Mruknęła cicho.

– Przysięgam!

– Nie, nie masz gorączki.

– Uwierzysz mi?

– Nie krzycz. Cisza nocna.

Miała rację. Patrzyłam na starszą koleżankę. Miałam wrażenie, że nie powinnam jej tego mówić. Powinnam to zostawić dla siebie i powrócić do porządku dziennego. Udawać, że się uczę, wychodzić ze znajomymi… a w zasadzie to tylko z Monicą, a przede wszystkim: udawać, że jestem całkowicie normalną osobą.

Wtem Włoszka wystawiła przede mnie mały palec prawej dłoni. Milczała. Czekała na mój ruch. Również wystawiłam palec. Ujęła go swoim, bez słowa. Następnie uśmiechnęła się.

– A jaki miałaś strój?

– Co…

– No, strój. Zabawnie byś wyglądała w różowym. Albo na przykład z takimi rogami sukuba. Albo nie, z zielonymi pomponami. Albo nie, w sukience z falbanami. Albo nie, z takimi wielkimi bliznami na twarzy…

Cała Monica. Jej włoski temperament oraz kreatywność nie znała granic. Wystarczył tylko jeden element związany ze sztuką i dziewczyny już po prostu nie było. Uśmiechnęłam się delikatnie. Zawsze znalazła jakiś powód, aby rozmawiać o teatrze, modzie oraz makijażu. Prawdziwa artystka.

Nagle ktoś z hukiem otworzył drzwi. Na nas spadł strumień ostrego światła z latarki. Obie krzyknęłyśmy przerażone. Ukazał nam się nauczyciel wychowania fizycznego, który podjął się każdej możliwej w życiu pracy, ale zawsze wolałby o nich nie mówić. Ubrany w pobrudzony od kawy biały podkoszulek, czerwone spodnie w kratę, czarną opaskę. A na twarzy? Duży plaster. Za każdym razem. Od wielu lat największy autorytet uczniów Kadic, w jednym dresie na cały rok szkolny.

Właśnie teraz stał i świecił nam prosto po oczach ogromną latarką.

– CZY WY MACIE MNIE ZA IDIOTĘ? ROSIE NIKT NIE POMAGAŁ!

Nie odpowiedziałyśmy, cały czas mrużąc oczy. Nauczyciel zmniejszył moc w swojej ogrodowej latarce. Wciąż milczałyśmy, patrząc na to na siebie, to na pana Moralesa. Modliłam się w duszy, żeby tym razem nie podsłuchiwał wieczornych rozmów i niczego nie zrozumiał z mojego bełkotu, który opowiadałam Monica.

– Callietne, jutro widzę ciebie ćwiczącą na mojej lekcji! A ty, Dunbar, do dyrektora!

Scuza, mia amica… – szepnęła do mnie dziewczyna.

Posłusznie wstałam i szłam w kierunku gabinetu dyrektora.

– A TY DOKĄD? – ponownie krzyknął Jim.

– Do… dyrektora… – odpowiedziałam jutro.

– Bardzo jesteś dowcipna, Dunbar. Jutro po lekcjach. A teraz, natychmiast spać!

Nauczyciel trzasnął drzwiami. Nie zapowiadał się dobry tydzień. Ani miesiąc. Ani rok.

As pulsações subiram quase pra mil
Estou louca, completamente senil

(Mimicat – Ai, coração)

Autorka: Azize

PROLOG – Spójrz, jak świat płonie

– Czym ty jesteś?

Młoda dziewczyna stoi przy starej windzie w dawnej fabryce samochodów. Już dawno planowała wycieczkę w to miejsce. Słyszała plotkę o ruinach Kadic – piętnaście lat temu duża część Internatu została zniszczona. Wszystko zaczęło się od wybuchu w bloku biologicznym, a później tylko leciało domino pełne kradzieży, podpaleń oraz paniki. Zdarzyły się także usiłowania zabójstwa, a nawet jedna niewinna nastolatka została brutalnie zamordowana. Przyczyną było właśnie to miejsce, w którym stoi.

– Czymś wyjątkowym.

Czarna mgła zatacza kółko nad głową nastolatki, po czym wraca w zasięg jej wzroku. Dziewczyna ma przeczucie, jakby żyła w niezwykle interesującym śnie. Szczypie swoją skórę dwa razy na lewej ręce. Czuje ból – to jest rzeczywistość. Właśnie teraz rozmawiała z chmurką na terenie mistycznej fabryki samochodów.

– Jesteś tylko wytworem.

Przygląda się szczegółom sali katedralnej. Odpowiednio odliczone różnice, aby konstrukcja nigdy się nie zapadła. Starannie wyselekcjonowane materiały, które przetrwają największe załamania pogodowe. Kolorystyka nadająca klimat, który ostrzegał przed tym miejscem. Mimo tego, postanowiła przyjść.

– Wytworem wyjątkowym.

Poprawia swoje włosy, zgarnia je do tyłu. Mgła pomaga jej, delikatnie rozwiewając niesforne kosmyki. Ignoruje to zjawisko. Wciąż jest w szoku tym, co się aktualnie dzieje. Słyszała mnóstwo plotek na temat śmierci jednego z najlepszych francuskich naukowców początku XXI wieku. Powstały nawet książki na temat gry, której ostatecznie nie ukończył. Pewna firma, nikomu wcześniej nieznana, postanowiła położyć rękę na biznesie okrytym tajemnicą oraz bólem. Stworzyli pewien świat, jednak słuch o nich zaginął.

Była także mowa o Xanie. O groźnym wirusie, który w latach świetności potrafił manipulować telewizją do tego stopnia, że ludzie wierzyli we wszystko, co było mówione na jego temat. A każdy, który śmiał twierdzić inaczej, miał bardzo duże problemy.

Jednak powiedzieli, że to koniec jego rządów.

Że został pokonany doszczętnie, bez ofiar.

Nawet powstała na cmentarzu tablica o nim.

A w tym momencie miała go przed sobą. Niewielka chmurka, która w każdej może się rozpaść, gdy tylko zawieje trochę mocniej monsun. Legenda okryta niechlubną sławą oraz jeszcze większymi teoriami bez żadnego logicznego uzasadnienia…

Nie wie, co mówić.

Czy jest w szoku, że on dalej żyje, czy że z nią teraz nawiązuje kontakt.

– Kochasz ogień?

Chmura zaczyna wić się wokół nastolatki. Ta chce ją odprowadzać wzrokiem, jednak nie do końca jej to wychodzi. Sprytnie rozbiła się na kilka elementów, aby wprowadzić zamęt w głowie dziewczyny. Małymi krokami wchodzi w jego grę: jednocześnie mozolną, ale cholernie pociągającą. Blondynka kochała takie zagrywki. Xana wiedział, za jakie struny pociągnąć, żeby osiągać stopniowo swój cel.

– Kocham ogień.

Czuje bliskość czarnej mgły coraz bardziej. Zanim odpowiedziała, jedynie ją oplatała. Teraz już dotyka jej skóry. Unosi lekko w górę dłonie, aby mieć je przed oczami. Powoli rusza nadgarstkami. Łapie kolejne elementy, które delikatnie wsiąkają w jej dłonie. Serce jej bije coraz szybciej. Mimo tego, nie boi się.

Nagle coś ją kłuje pomiędzy żebrami. Siła uderzenia sprawia, że blondynka upada na kolana. Zamyka oczy, klęczy. Potrzebuje jeszcze chwili, aby mógł zaznajomić się z nowym ciałem. Tak dawno tego nie robił. Nie miał tyle mocy, co kiedyś, żeby bez opamiętania atakować ludzi. Ale ten ostatni raz zdołał…

Dziewczyna otworzyła oczy. Nie miała jego znaku. Gałka oczna stała się granatowa, a źrenice zastąpiły wcześniej niebieskie tęczówki. Czuła się silniejsza. Pełna energii, która pozwoli jej zostać zapamiętana na całe życie. Spełni swoje marzenie, po upadku, jaki zaliczyła kilka lat wcześniej.

Od razu biegnie do laboratorium. Jeszcze przez kilka sekund może wpisać jeden kod, który pozwoli na przygotowania do pierwszego ogniska. Nie zapali go od razu. Poczeka.

Oznaki wyczerpania na ich ciałach.

Szybki wojownik kontra zwinny mag.

Pistolet przeciwko pnączom.

Chęć zwycięstwa czy przetrwania?

Dramatyczna pauza całej sytuacji. Wojownicy patrzą na siebie zaskoczeni przez kilka sekund. Następnie wszystkich pochłania biała kula światła, pochłaniając wszystko na swojej drodze. Mnie, mojego przeciwnika, wszystkich oglądających.

Brzmi to jak doskonała zapowiedź do interesującego filmu, który stałby się światowym bestsellerem na całym świecie, prawda? Przyznam, że nawet bym się na coś takiego wybrała. Jednak jest jeden haczyk – to wszystko się stało w rzeczywistości.

Prawie. Balansowało to na granicy wyobraźni oraz szaleństwa.

Pozwól się poprowadzić przez tę historię, która w Kadic bardzo lubi się powtarzać. Zupełnie jak wtedy, kiedy mój ojciec się uczył. Chociaż nie przyznał się do wszystkiego, ale o kilku rzeczach wiem.

Baby watch the world on fire

It is all a game to me

(Luke Black – Samo mi se spava)

Autorka: Azize