Lustrzany, koszmarny świat nie upominał się o niego tak długo, jak nie wykonał swojej powinności. Wydawało się, że czekał, by dać mu nadzieję na to, że tym razem się stąd wydostanie, że Wojownicy po niego przyjdą, wyciągną z Lyoko i wróci na Ziemię.
William wiedział jednak, że nie powinien się łudzić. To miejsce go tak łatwo stąd nie wypuści. Zacisnęło na nim swoje szponiska i trzymało go tak długo, jak był tu potrzebny.
Właśnie…. czy to była kwestia potrzeby? A może pokręcona logika rządzącego się tym miejscem wirusa, dręczącego go bez ustanku, dalej i dalej, póki nie pochłonie go szaleństwo, póki ciemność w pełni nie zaleje jego świadomości i ze starej jaźni nie zostanie już zupełnie nic, co wówczas ją budowało? Ta perspektywa była przerażająca. William nie wiedział, czego powinien się więcej bać.
Jego ciało dryfowało na powierzchni sadzawki w sektorze polarnym, w jednej z jaskiń, w której to znajdowała się wieża. Nie był to fragment Cyfrowego Morza. Nie groziło mu wieczne zniknięcie wśród tych wszystkich poszatkowanych danych. Nie opowiadali mu o tym. Wspomniał mu o tym towarzyszący mu coraz to częściej głos. Przestał kwestionować jego obecność. Przestał z nim walczyć. Co jakiś czas tylko przypominał, by się zamknął — wtedy, gdy potrzebował się skupić. Tak, jak teraz.
“Nie ma ich tu.”
“Dlaczego… teraz mnie tu wysyłasz?”
“To nie ma sensu…”
Bał się nazywać to aktem łaski — przerwą od wiecznego zachowywania czujności, od zastanawiania się, skąd padnie kolejny cios i gdzie tamten świat zabierze go dalej. Wiedział, że to szybko zniknie… że znowu tam wyląduje, nozdrza ponownie wypełni smród wszechobecnej zgnilizny, a on będzie balansował między byciem łowcą a zwierzyną.
W Lyoko również nie było słońca. Zaczynał dochodzić do wniosku, że tęsknił za jego ciepłem na skórze.
Ile tu był?
Czy ktoś go szukał?
Czy Wojownicy naprawdę próbowali go sprowadzić…?
Chciał wierzyć, że… nie zostawią go.
“To jest Twoja walka.”
“Nie możesz oczekiwać pomocy w momencie, w którym to Ty wpakowałeś się w ten problem.”
Najgorsze było to, że głos miał rację. Sam się w to ładował. Mówili mu, by uważał, a teraz… znalazł się tutaj. Pozostało mu wywalczyć sobie wolność.
Zabić Bestię.
Otworzył powoli oczy. Wpatrzył się w lodowe sklepienie. Powinien czuć zimno, ale brakowało mu wbijających się w skórę igiełek. Powinien rozpaczliwie szukać ciepła, ale tego również nie potrzebował.
Czy naprawdę musiał w tej chwili czekać na to, aż Wojownicy się pojawią…?
Sklepienie nie przepuszczało światła z zewnątrz, ale jednocześnie wnętrze, wbrew wszelkim zasadom logiki, nie było całe zaciemnione. Liczył pęknięcia w lodowej kopule. Stracił rachubę po pięćdziesiątym i zaczynał od nowa. Nigdzie ich nie było.
A może nie powinno ich tu jeszcze być. Ślad pazurów na sklepieniu sam zajarzył się fioletem.
“Nigdy nie będą wiedzieć, że pojawiłeś się tu, teraz.”
Odd musiał zostawić te zadrapania podczas jednej z misji. Mógł sobie tylko wyobrażać, co doprowadziło do pojawienia się ich w tym miejscu. Kogo bronił? Czy skutecznie? Na pewno lepiej, niż William. To nie on znalazł się teraz w tym piekle.
Wyciągnął rękę do góry. Fioletowy ślad zmienił się w drobną kulkę energii i strzelił prosto do wnętrza dłoni Williama. A wtedy pochłonęła go woda.
— William…!
— }><{ —
Nie zdążyli. Znowu. Ostatnie, co zobaczył Odd, to znikające pod wodą ciało Williama. Tym razem nie było ono tak półprzezroczyste jak ostatnim razem. Chciał wskoczyć, zanurkować, ale bardzo szybko zobaczy dno.
I nic poza nim.
— Przecież… nic nie mogło go zabrać…
Fioletowy kocur klęknął nad brzegiem sadzawki, wpatrując się w przezroczystą taflę. Aelita zatrzymała się za nim i spojrzała w górę – tam, skąd widoczny był ten fioletowy strzał. Wyżłobiony znak powoli gasł.
— On… pojawia się w przypadkowych miejscach, ale… czemu? — Aelita rozejrzała się dookoła, starając się znaleźć jakąkolwiek wskazówkę, coś, co byłoby w stanie doprowadzić ich do miejsca, w którym Xana przetrzymywał Williama.
— To oznacza, że są dostępne kanały komunikacji z tamtym miejscem. — z góry odezwał się głos administratora. — Nie jestem w stanie znaleźć jego sygnatur teraz… musimy czekać, aż znów pojawi się w Lyoko. Postaram się poprawić program alarmujący nas o jego obecności.
Aelita kiwnęła głową, chociaż Jeremie nie mógł tego zobaczyć. Stała przy Oddzie, który ledwie podnosił się z kolan, nie odrywając wzroku od sadzawki.
Czas się kończył… musieli działać. Zwłaszcza teraz, gdy krycie zaginięcia Williama zrobiło się wiele cięższe w momencie, w którym spektrum nawaliło i otoczenie zaczęło się interesować jego nieobecnością.
— }><{ —
Linia życia. Kwiat.
Linia życia… kwiat… klucz.
Portal sobie z niego zadrwił, wyrzucając przed zamkniętą bramą. Niedokończona gwiazda lśniła co czwartym symbolem. Obok niej pojawiły się ślady pazurów.
Potem posłusznie odsunął się od wrót na dwa kroki i odwrócił się.
Przed nim rozciągało się jezioro.
Za nim — ponownie las. Portal rozpadł się.
— Wciąż… tu jesteś… wciąż liczysz na zwycięstwo.
— Nie pozostało mi nic innego.
Autorka: Morrigan