“No one here knows my name, no, I gave up my worries for one good thing; but I remember you clearly…”
Powinno go zaalarmować to ciche nucenie, które ledwie przedzierało się przez odgłosy cichnącego miasta… ale wciąż było. I zignorował je świadomie, zamykając za sobą klapę prowadzącą na dach akademika Kadic. Nie umiał zidentyfikować, co to dokładnie mogło być, chyba nawet aż tak bardzo go to nie obchodziło, póki nie podszedł bliżej.
Widok bardzo znajomego chłopaka na dachu akademika sprawił, że Ulrich zaczął dość mocno kwestionować swoją decyzję o wejściu tutaj. Była noc, Odd chrapał w najlepsze śpiąc w słuchawkach. To samo w sobie nie było aż tak problematyczne, gdyby nie to, jak głośno miał je ustawione. Zamykając oczy, słyszał te cholerne włoskie smęty i dłoń sama zaciskała się mocniej na poszewce od poduszki. Musiał bardzo mocno ze sobą walczyć, żeby nie wstać, nie wziąć jej, nie podejść bliżej, nie stanąć nad śpiącym współlokatorem, i…
…dlatego właśnie tu się znalazł. Nie chciał następnego ranka wychodzić z tego budynku w kajdankach.
Wystarczyło mu, że musiał znosić wieczne pretensje ojca, który przypominał sobie o jego istnieniu zazwyczaj na koniec semestru. I wcale to nie było aż takie dalekie w skojarzeniach od poczucia krępowanych nadgarstków.
A teraz, obecność Dunbara powodowała, że czuł się w dziwny sposób dociśnięty do ściany. I pewnie by wrócił, zszedł klapą z powrotem na dół i zamknął się w świetlicy albo pokoju cichej nauki, ale nie zdążył. Czarnowłosy najwyraźniej wyczuł jego obecność, bo spojrzał krótko przez ramię, ale… nic nie powiedział.
To go zaskoczyło. Co więcej, krótko kiwnął głową w górę; na znak czegoś podobnego do przywitania. Żadnych kąśliwych uwag.
Ulrich poczuł ciężką do odparcia potrzebę uszczypnięcia się w ramię. Zamiast tego zebrał się w sobie i odchrząknął.
Zabawne, że w tym wszystkim potrzebował odrobiny animuszu.
— No proszę. Cudowna noc na zachlanie pały — rzucił, przerywając ciszę razem z odgłosem podeszw swoich butów uderzających o dach.
Ciężko było mu ugryźć się w język, kiedy zobaczył piersiówkę w rękach swojego niegdysiejszego rywala. Może i obecnego. Od sprawy z Xaną ich kontakty — tudzież zwady — przestały być codzienną rutyną do odhaczenia. Z lekkim zaskoczeniem przyszło mu dojść do wniosku… że teraz mógł to nazwać sporadycznym easter eggiem. Występowało z podobną częstotliwością.
— Oh, wal się — William wywrócił oczami. — Głodnemu chyba chleb na myśli.— rzucił, wolno obracając w dłoni srebrną piersiówkę. — Niestety nie tym razem, towarzyszu. Nakryłeś mnie co najwyżej na żłopaniu energetyka. Samotne dawanie w palnik nigdy nie było w moim stylu, jeżeli cię to w jakikolwiek sposób próbowało zmartwić. — wpatrzył się ponownie w widok przed sobą; w lampy na parkowych alejkach, upodabniających park przy szkole do czegoś, co ktoś próbował uparcie doprowadzić do porządku, żeby nie przypominało zapuszczonej, opanowanej przez leśne duszki strefy.
Z marnym skutkiem, ale teoretycznie to miało jakiś swój klimat.
— No, wiesz… rzekomo głodny głodnemu wypomni.
William wzruszył ramionami, ale obserwował kątem oka podchodzącego bliżej Ulricha. Krótko prychnął pod nosem, ale nie pokazywał, że ten komentarz wywołał u niego lekki uśmiech. To nie tak, że pozwolił mu podejść, ale i nie zabronił. W pewien sposób był ciekawy jego obecności, bo odkąd znalazł to przejście, nie widział tu nikogo poza sobą. Chyba, że się mijali; nie mógł tego wykluczać. Jeżeli ktoś znał to przejście i wiedział, kiedy Jim na pewno nie zainteresuje się jakimś wychodzeniem poza cztery ściany swojej kanciapy, mógł skorzystać. Nikt nie rościł sobie prawa własności. Zresztą… walki o terytorium byłyby chyba już z ich strony zagraniem godnym jaskiniowców.
Nie to, że podobnych i tak się kiedyś nie chwycili.
— Swoją drogą, nie za późno na takie środki?
— Może — William zerknął na piersiówkę. Ulrich dopiero teraz zobaczył, że ta miała po bokach ozdobne grawery. — Ale to chyba będzie problem jutrzejszego Williama, jeżeli rzeczywiście to zacznie działać.
— Nie działa? No nieźle.
— Gdybym miał tu poduszkę, koc i gwarancję, że nie zacznie mi tu padać na łeb, pewnie bym mógł tu spać.
— To czemu nie śpisz? Nikt cię tu nie trzyma — Ulrich finalnie usiadł na dachu. Najpierw jednak zrzucił z siebie bluzę. Nie widziało mu się dopierać spodni z czegokolwiek, co mogło się tu znajdować.
— Czasami… tak bywa. Tak myślę.
W odpowiedzi pojawiło się tylko ciche westchnienie; ale to nie tak, że wyłącznie William był tu winien. Ulrichowi również zdarzyło się ratować kofeiną — zwłaszcza w momentach poprzedzających egzaminy semestralne. Ale, do tych było jeszcze daleko. To nie mógł być więc powód, dla którego William zawzięcie próbował powstrzymać się od spania.
— Tobie również najwidoczniej nie po drodze z ustawowymi ośmioma godzinami — William skontrował, pociągając zaraz krótko łyka.
Ulrich odruchowo czekał na to, aż chłopak się skrzywi. W pewien sposób liczył, że jednak go nakryje na drobnym kłamstwie. Nie wyszło.
— To chyba… Oddowi i jego kolejnej, nowej playliście po nieudanej randce z tą… Tabithą? Yvonne? Straciłem rachubę w jego przebiegu, on w skali regulacji głośności.
— Ah. Mówimy o“Amour Amour, am Ende gefangen zwischen deinen Zähnen”, czy “I can wait for years if I gotta, heaven knows I ain’t getting over you”?
— No proszę, Dunbar. Od kiedy znasz niemiecki?
— Nie znam. — Szkot wzruszył ramionami — Wchodzi mi co najwyżej przy słuchaniu Rammsteina i Falco.
Ulrich krótko prychnął pod nosem, próbując ukryć zalążek własnego uśmiechu. Mógł się domyślić. Brzmiało to bardzo jak William; jak coś, co grałoby mu na pętli, gdy tylko widmo dostania kosza od Yumi przestało takowym być. I wyglądał jak ktoś, kto tak mocno się tym nie przejmował. Na ile była to prawda? Do pewnego etapu, miał Dunbara za kogoś, kto tak łatwo nie dopuszczał do siebie przegranej — w zawodach, w życiu szkolnym, w miłości. Patrząc na niego dzisiaj miał to głupie wrażenie, że coś się zmieniło. Niewidocznie na pierwszy rzut oka.
Coraz wyraźniej widoczne im dłużej obaj siedzieli na tym dachu; nawet, jeżeli półmrok próbował rozmyć rysy ich twarzy.
— A ty? Od kiedy nie boisz się wysokości? — William nieco wychylił się, zerkając na oświetlany lampami dziedziniec.
— Od kiedy nie patrzę tak głupio w dół — odmruknął Ulrich, układając się plecami na wcześniej rozłożonej bluzie.
— Hm.
William uważał to za zabawne — to, jak oni obaj niezgrabnie tańczyli wokół łączącego ich niewygodnego tematu tak, by go wcale w oczywisty sposób nie poruszyć. Tego wieczoru obaj byli zmęczeni. Od dłuższego czasu… zwyczajnie wyczerpani, a wykrzesanie z siebie resztek sił na konflikt wydawało się dzisiaj poza zasięgiem. Powoli przechylił się za siebie. Pod plecami poczuł twardy, zimny grunt, nad sobą widział czarne niebo i nieśmiało próbujące je rozświetlić gwiazdy. Odruchowo zaczął próbować je łączyć w konstelacje; dziecięcym zwyczajem, kiedy wierzył, że losy każdego człowieka były zapisane w tych małych, białawych punkcikach nad ich głowami.
Kątem oka widział przechyloną ku niemu głowę Ulricha i zaskoczone spojrzenie; prawdopodobnie ewidentnie wolał, by tego nie zauważył.
On sam tego nie komentował. A mógłby. A potem znów łapaliby się za słówka, wyciągaliby kolejne argumenty jak noże i rzucaliby nimi na oślep w nadziei, że którykolwiek z nich zwyczajnie trafi, że sprawi jak najwięcej bólu i skutecznie uświadomi, kto w całej kłótni był tu górą. William jednak uświadomił sobie, że to nie był chyba rodzaj walki, w której chciałby brać udział. To nawet nie była już kwestia zmęczenia, a faktu, że o słuszności racji nie decydowałaby siła użytego argumentu, a poziom decybeli wydobywających się z gardła oponenta.
I nagle znów znaleźliby się w martwym punkcie. A on miał tego serdecznie dość.
Zważywszy na fakt, że Ulrich również nie zdecydował się na jakąkolwiek kąśliwą uwagę, mógł zakładać, że ich powody ku temu mogły pokrywać się przynajmniej w połowie.
— No, podziel się — Stern wreszcie wywrócił oczami. — Co ci znowu chodzi po glowie? Czym mnie zaskoczysz?
— Co mi chodzi po głowie? — William uniósł brwi, przechylając głowę w stronę swojego towarzysza. — Skąd w ogóle taki pomysł?
— Zawsze to robisz — Niemiec nie wycofywał się. — Kombinujesz. Zerkasz na wszystkie strony i szukasz punktu zaczepienia. A potem się go łapiesz.
— I… co dalej? — William podparł się na łokciach, zerkając z zaciekawieniem na swojego towarzysza.
— A potem znów wyjeżdżasz z jakimś popieprzonym pomysłem — Ulrich umościł się wygodniej. — Do stopnia, że nie mam już pojęcia, czy się z ciebie śmiać, płakać, czy pozwolić na działanie selekcji naturalnej.
William roześmiał się. Nie jakoś głośno i ostentacyjnie, ale… szczerze.
— Zawsze możesz iść po popcorn. Ponoć chaos wiele lepiej wchodzi z czymś do chrupania w zasięgu ręki.
To było dziwne uczucie; pierwszy raz od dawna zamienić słowo na dłużej z kimś, komu najchętniej wydrapałoby się oczy… i wcale nie mieć ochoty tego robić. Ulrich zastanawiał się, czy większość jego żądzy mordu nie została w pokoju, dalej stojąc nad Oddem z poduszką w rękach. Cokolwiek to by nie było — rozmawiali teraz prawdopodobnie po raz pierwszy dłużej niż kiedykolwiek w ostatnich latach.
William sam nie wiedział, co do tego doprowadziło, ale nie miał w planach tego zaczepiać. Spostrzeżenia mogły wisieć między nimi niewypowiedziane. Każdy z nich miał je własne; rewizja rzeczywistości nie zawsze musiała być pracą zespołową.
— A tak serio, to… — zaczął wreszcie, wbijając wzrok w gwiazdy nad głową. — Szanse na spotkanie kogokolwiek na tym dachu do tej pory oceniałem na nikłe.
— Jesteśmy w Kadic. Nie możesz zakładać, że będą zerowe. To mógł być ktokolwiek.
— Tak jak na to, że Jim kiedykolwiek opowie o tym wszystkim, o czym wolałby nie mówić?
W polu widzenia Ulricha pojawił się błyszczący przedmiot. Zmarszczył brwi, ale chwycił za piersiówkę i upił z niej łyk.
Nie był fanem truskawek, ale dawało się przełknąć. Rzeczywiście, został mu na języku posmak energetyka.
— Hola, mówimy o szansach na prawdopodobne zdarzenia, a nie cudach… — mruknął, oddając metalową buteleczkę. — Mam nadzieję, że nie naplułeś do środka.
— Specjalnie dla ciebie? Zawsze.
— Klasycznie, jednak dalej z ciebie kawał chuja.
— Spoko, nie naplułem, ale bawi mnie, że pytasz o to dopiero teraz, Stern.
Piersiówka wróciła do właściciela. Ten upił z niej łyk i znów bawił się nią w dłoniach. Płyn cicho przelewał się we wnętrzu. Na oko miała pewnie z ćwierć litra i pewnie połowy z tego już nie było.
— W pewien sposób cieszę się, że to jednak nie była aż tak przypadkowa osoba — wreszcie wypalił William. — Weź się tłumacz, czemu zachlewasz na dachu akademika. Powiedzą, żeś jebnięty. Albo, że masz głupi plan.
Ulrich zmarszczył brwi. Zerknął, nie do końca rozumiejąc, co ten miał na myśli.
— No, co? — William spróbował szybko usprawiedliwić swoje zdanie. — To równie dobrze mogłeś być ty na moim miejscu.
— No oczywiście — Stern wywrócił oczami. — Z pewnością wpadłbym na taki pomysł.
— A nie wpadłeś?
Pytanie skutecznie zamknęło mu na moment usta. Nieco głośniej westchnął. Nie zmieniło się ani trochę to, że zwyczajnie nienawidził, kiedy William miał rację.
A jednocześnie, dawało się z nim normalnie porozmawiać.
Jeszcze przecież nie rzucili się sobie wzajemnie do gardeł.
Nie musieli głośno mówić, czemu tu byli. To również gdzieś wisiało w powietrzu; główny powód ich wzajemnych zawirowań, w którym żaden z nich nic nie zyskał.
Tego jednego wieczoru pozwolenie sobie na status quo wcale nie było takie złe.
— Ta. Z dwojga złego… to mógł być ktoś inny — wreszcie przyznał.
Obaj wiedzieli, o kogo im chodziło. A jednocześnie sam temat ich męczył; więc go nie poruszyli. Piersiówka co jakiś czas trafiała z rąk do rąk. Słowa leniwie krążyły. Cykl zaczynał się od nowa. Czasami nawet bez konieczności jakiejkolwiek rozmowy. William nigdy nie był mistrzem uprzejmego small-talku. Ulrich podobnie, czuł, jak bardzo to było sztuczne. Nie potrzebował tego, chyba już za długo musiał zwyczajnie udawać przed wszystkimi, by nie wydać jednego sekretu.
I tego, jak bardzo ta jedna rzecz ich wszystkich gniotła po sumieniach.
— A następnym razem? — zapytał wreszcie Ulrich. — Mam się tu ciebie znów spodziewać?
William przeciągnął ręce nad głową, pozwalając, by odpyknęły mu stawy.
— A co? Wolałbyś zastać tu kogoś innego? — odbił, uśmiechając się półgębkiem.
— Nie wiem. — Ulrich wzruszył ramionami. — Może. Ale…
— No, co?
— Najwyżej weź więcej w tej swojej flaszce. Na wypadek, gdybyśmy jednak się tu znowu spotkali.
— Spoko. Truskawkowy?
— Niech ci będzie.
“Come by you have come far, long since I saw you so how have you been?”
Autorka: Morrigan