William nie wierzył w Boga, ale jakimś cudem właśnie siedział na krokwiach pod sufitem opuszczonego kościoła. Znalezienie wejścia na miejsce, w którym właśnie się znajdował było efektem jednych z jego wędrówek poza Kadic w poszukiwaniach zajęcia lepszego, niż błąkanie się po terenach Kadic. Park tak dobrze nie chronił przed słońcem; początek września wciąż dawał się wszystkim we znaki, ale jeszcze nikt chyba nie porwał się na ten sam pomysł.
Mógł przysiąc, że nawet, jeżeli było tu chłodniej od kamiennych ścian, to wcale tak łatwiej się tu nie oddychało. W powietrzu wciąż zdawał się unosić ciężki zapach kadzideł. Witraże przepuszczały światło słoneczne, które kolorowymi plamami oświetlało drewniane, ciężkie nawy oraz zdewastowany ołtarz. Zdawało się, że miejsce jakiś czas temu padło ofiarą domorosłych fanatyków urbexu, którzy to, niestety, nie potrafili poszanować ani zostawić w spokoju tego, co zastali.
Mimo, że nie wierzył, to domyślał się, że dopuszczali się świętokradztwa. Chyba. Terminologia kościelna nigdy nie była jego mocną stroną.
I to chyba nie do końca tak, że… totalnie nie wierzył. Bardziej chyba wątpił przez ilość spraw, jakie w jego życiu zwyczajnie poszły nie tak. Było ich sporo i zastanawiał się… czy jeżeli ten cały Bóg nie istniał, to czy przypadkiem nie miał dość cynicznego poczucia humoru. To po pierwsze.
Po drugie. William stanowczo wolał samotność na swoich własnych warunkach. Miał wówczas to poczucie, że był tu z własnego wyboru, a nie wskutek konsekwencji akcji, które odstrzeliły mu dość potężnie w twarz.
W rzeczywistości, w której wszystko zdawało się patrzeć na niego z góry, to teraz on obserwował puste ławy, ołtarz i konfesjonały, wyobrażając sobie, ilu ludzi musiało tędy przejść, przeżegnać się, zamoczyć dłoń w wodzie święconej i liczyć na to, że ta krótka chwila im jakkolwiek pomoże. William próbował bardzo długo zrozumieć, co to mogło dać i jak bardzo ulżyć w tych ciężkich momentach. I to nie tak, że nie próbował, bo… pewnego dnia sam usiadł w tej nawie. Gdzieś w środku opuszczonego kościoła, on sam, licząc, że… jeżeli ktoś tu rzeczywiście był, to powinien go wysłuchać bez tych wszystkich ceremoniałów. Przecież tyle czasu dzieciaki modliły się w niektórych domostwach w zaciszu swojego własnego pokoju. Tyle słyszał o tych wszystkich ludziach, którzy sami w domach brali do rąk różańce i traktowali to jak swoją własną rozmowę z bytem wyższym, ale…
…on nie poczuł nic. Żadnej obecności, ulgi, pokrzepienia. Wciąż czuł, że był sam. Jedyne, co mu tamtego dnia towarzyszyło, to ta jedna, błądząca pod sklepieniem kościoła jaskółka, która próbowała znaleźć drogę wyjścia z potrzasku. Nieironicznie czuł, że utożsamiał się z nią bardziej, niż pewnie by chciał.
Oboje zagubieni.
Oboje w przestrzeni, która niby była bezpieczna. Nie byli pierwsi, nikt nie wiedział, czy ostatni.
Może poza gniazdem gołębi. Pewnego razu spróbował do nich sięgnąć, bo miał je w zasięgu ręki i do tej pory nie do końca wiedział, co je spłoszyło: on sam, czy tatuaż czarnej mamby wijącej się wokół jego przedramienia. Ich pióra raz na jakiś czas lubiły spaść na ziemię. Nie podnosił ich. William nie do końca interesował się dotykaniem tu czegokolwiek. Nawet, jeżeli nie do końca to wszystko miało dla niego sens, tak… wciąż miał pewien szacunek. Dla kogoś to miało więcej sensu niż dla niego samego.
Dlatego… próbował chyba jeszcze zrozumieć, co w tym było.
Bardzo szybko wrócił na swoje krokwie, analizując po raz kolejny kawałki pokruszonego tynku na blacie ołtarza.
Może nie potrzebował się modlić.
Może… kluczem było znalezienie miejsca, które będzie na tyle swoiście neutralne, że pozwoli mu rozliczyć się z myślami.
Niejednokrotnie jednak to go przerastało; siedział więc, obserwując przesuwające się razem ze słońcem plamy witraży. Oczami wyobraźni widział tych wszystkich ludzi. którzy kiedyś tu przychodzili, żegnali się i siadali, szukając… pewnie niekiedy sami nie do końca wiedzieli, czego, ale słyszeli, że mogli to tu zdobyć.
Ludzie zjawiali się tu w swoich lepszych i gorszych momentach.
Mógłby ich spotkać krzątających się między ławami, kiwających sobie głową w niemym przywitaniu. Uśmiechających do starych przyjaciół… albo odwracających wzrok na wypadek, gdyby nie chcieli zostać zauważeni.
Niektórzy zwyczajnie przychodzili tu, czując, że zwyczajnie należeli do tego miejsca.
William nie miał tego poczucia — będąc poza rodzinnym domem, zwyczajnie przez to wszystko zapomniał, jak to do końca było – należeć gdzieś.
Nie był stąd.
Nie pasował tu… ale wciąż tu przychodził. W momentach, kiedy chciał być sam na swoich warunkach, kiedy chciał chociaż przez moment patrzeć na świat z góry — nawet, jeżeli to był jego mały fragment, to… jeżeli ktoś myślał, że nikt nie spoglądał w dół, to on tu siedział.
Autorka: Morrigan