— Stary, ty to… też widzisz?
— Madonna mia… ziemia się w pół rozstąpi. Czekaj, a może ja po prostu jeszcze… auć! Za co to!?
Kątem oka Odd jeszcze zobaczył cofającą się dłoń Jeremiego. Rozmasował uszczypnięte ramię, obrzucając Belpoisa spojrzeniem godnego obrażonego kota – zmrużył oczy, a gdyby tylko mógł, to pewnie by położył po sobie również i uszy, miarowo bijąc ogonem w podłogę. Tym razem jednak wzrok musiał wystarczyć. Zresztą – ten szybko przeniósł się na uciśniętą na kanapie parę kumpli. Mieli na niej na tyle mało miejsca, że Della Robbia do tej pory nie wiedział, jakim cudem z niej nie spadli w nocy.
Znaczy, widział, że panowie bardzo mocno się wzajemnie trzymali.
— Dla pewności. — Jeremie odmruknął, przecierając okulary o materiał swojej koszulki. — A to? Po co? — zapytał, obserwując, jak Odd unosił telefon.
I, szczerze, znał już ten cwany uśmieszek. I nie przypominał sobie, by zwiastował on kiedykolwiek coś nieproblemogennego.
— A to? — cicho rozbrzmiał dźwięk migawki. Uśmiech Odda zrobił się jeszcze szerszy. — Dla potomności. ~
— Borys, polewoj!
— Kurwa, nie jestem Borys! Co to w ogóle za typ? — William uderzył z łokcia w dno butelki z wódką, odkręcił ją i rozlał zawartość w kubki.
Może i wbrew jakimś niepisanym zasadom, ale nie mieli dostępu do kieliszków. Zresztą, i tak to był cud, że tak szybko doprowadzili Pustelnię do stanu jakiejkolwiek używalności w czasie zaledwie dwóch tygodni.
— Borys Polewoj, taki radziecki pisarz. — Odd dorwał się do laptopa Jeremiego, ustawiając kolejne piosenki w kolejce odtwarzacza. — Był tak sławny, że nawet do tej pory piją w jego imię.
Ulrich uniósł brew, zerkając na swojego przyjaciela. Ten dłuższą chwilę nic sobie z tego nie robił; dodał parę kawałków od P!nk i Rihanny, a dopiero po chwili zorientował się co do wwiercającego się w jego skroń wzroku Sterna. Powoli odwrócił się w jego stronę, próbując zrozumieć, skąd takie akurat spojrzenie.
— No, co?
— Nic, nic. — Ulrich szybko odparł, odwracając się, by podnieść z podłogi plastikowy kubeczek. — Zwyczajnie jestem w szoku. Twoja szara komórka czasami jednak działa, skoro jest w stanie wykrzesać z siebie takie ciekawostki.
— Ej! — Odd wydał z siebie obruszony pisk.
— Nie, nie, nie. — William zakręcił butelkę i odstawił ją na blat stołu. — Szara komórka działa. Po prostu nie styka kabelek. Wiecie, wejście jest wyrobione. I tak jestem w szoku, że nie słyszymy co chwilę dźwięku podłączanego USB i dźwięku odłączanego USB.
— Nie no, to raczej w pokoju Jeremiego! — Odd palnął bez większych ogródek.
Ulrich w złym momencie wziął łyka i spojrzał w stronę pary Einsteinów. Zrobiło mu się ciepło, kiedy Jeremie spojrzał w ich stronę, zastanawiając się, czemu słyszał swoje imię. Czy zakrztusił się? Odgłosy dławienia się przywołały Yumi, która na blacie postawiła kolejny kubek, tuż przed Ulrichem.
— No pluj, pluj do kubeczka. — rzuciła, co tylko nasiliło próby dławionego śmiechu. Chłopak wreszcie nie wytrzymał – posprintował do kuchni i wypluł zawartość do zlewu, zanim poszłoby mu wszystko nosem. Odetchnął głęboko, w nadziei, że za moment nie skończy się zwrotem czegoś więcej, niż tylko cholerny sok pomarańczowy.
— Jędza. — burknął, wycierając usta wierzchem dłoni.
— Do usług. — Yumi zabrała czysty kubeczek i wzruszyła ramionami z uśmieszkiem z czystej satysfakcji. Przysiadła się do Aelity, która z uniesioną brwią do tej pory zastanawiała się, co najlepszego na myśli mógł mieć Odd ze swoim nawiązaniem do USB.
Finalnie westchnęła, dochodząc do wniosku, że im mniej wiedziała, tym lepiej spała. Znając chłopaków, gdyby spróbowała w to wniknąć głębiej, i tak pewnie by po wszystkim uznała, że było jej to iście po cholerę – bo dosłownie jej zlasowało mózg. Uwielbiała ich, byli jej przyjaciółmi, ale czasem… zwyczajnie zastanawiała się, czy te wszystkie psioczące na facetów laski w pewien sposób nie mieli racji, to raz. Dwa… niekiedy przez nich miała to głupie wrażenie, że rozumiała skąd wzięło się stwierdzenie, że mężczyźni żyli krócej. I nie chodziło o czynniki biologiczne.
Jeremie nalał sobie soku. Picie z Williamem, Ulrichem i Oddem nie należało do najlepszych pomysłów. Raz, jeden jedyny raz dał im się namówić, i jak się to skończyło? Otóż, następnego dnia leżał skacowany w swoim pokoju po tym, jak Dunbar uraczył go jakimś jabcokiem, który to zwiózł z rodzinnych stron podczas wakacji w Szkocji. Po wszystkim tylko sobie przypomniał, że babciulka wspominała, że to mocny specyfik, do rozcieńczania… bo jak jego ojciec sprawdził woltaż alkoholomierzem, to przyrząd wpadł aż po poziom około siedemdziesięciu procent.
Od tamtej pory twierdził, że jak mają zamiar sobie przepalić przełyki, to on nie wnikał.
On tylko będzie obserwował. Ile się da. A resztę niech osądzi historia.
Jeremie od samego początku wiedział, że jego najlepszą decyzją tego dnia było nie pić z chłopakami. Jak na razie całkiem dobrze sobie radzili z tą jedną butelką wódki, a w lodówce turystycznej chłodziła się kolejna. Wiśniowa wchodziła jak marzenie – nie czuć było potrzeby zapijania, nie martwili się zagryzaniem…
…a bardziej doświadczone jednostki zazwyczaj miewały świadomość do czego to mogło prowadzić.
Najlepsze więc zaczęło się, kiedy Jeremie, Yumi i Aelita poszli spać. William, Odd i Ulrich obiecali, że niedługo później posprzątają i sami grzecznie pójdą dmuchać sobie materace, by walnąć w kimę. Bez większych dziwnych rewelacji.
— Mordo, kurwa jego mać! Ale Ty zajebisty jesteś!
”Zaczyna się.”, pomyślał Jeremie, kiedy usłyszał kolejne “Pij, pij, pij!” z dołu.
Bez kaca się nie obędzie.
Co było słychać dalej?
Chłopacy może i przykręcili muzykę, ale to ich nie powstrzymało przed urządzeniem sobie karaoke do czego tylko im się nawinęło pod przycisk myszki. Odd pamiętał, że w pewnym momencie po prostu wyciągnął telefon i nagrywał, jak Ulrich i William zarzynali kolejne utwory od Hollywood Undead, robiąc sobie współdzielony mikrofon ze znalezionej w kuchni drewnianej łyżki.
— Your remorse holds no recourse…! — linia melodyczna na tym etapie była bardzo opcjonalna. — No, I’m breathing slowly…
— Oh, won’t you hold me? ~ — Odd ledwo zdążył się cofnąć o krok, zanim William, zamiast trzymać razem z kumplem drewnianą łychę… zwyczajnie go złapał i obkręcił wokół własnej osi.
— Ło paaanie. To może Wam dam trochę przestrzeni? — Della Robbia prychnął, sięgając po swój kubek z wódką rozcieńczoną colą.
— E tam… my nie Jeremie… nie będziemy chyba aktualizowali żadnego oprogramowania… — William podrapał się po karku, nieco chwiejąc. Dalej trzymał Ulricha przy sobie.
Obaj mieli czerwone nosy i nieco przeszklone oczy. Siekło ich.
— Ehe… a potem… dźwięk podłączanego USB… dźwięk odłączanego USB… dźwięk podłączanego USB… — Stern zachichotał pod nosem. — Stary, to… może dlatego on się tam tyle… no… zaszywa? Aktualizuje oprogramowanie…
— Żeby tylko swoje…
— Ale… że ciotki? — Odd zamrugał. — Nieee no… chłopaaaki…
— Nie no.. ciotkę poważamy… szanujemy i kochamy. — Ulrich nieco się odepchnął od Williama i siadł na kanapie. Zaczął wyliczać na palcach przy poważaniu, szacunku i kochaniu. — Iiii… jakby jej tylko krzywdę zrobił, to ja bym go ten… no.
— A wiesz, jak takie rzeczy się załatwia w Szkocji? — William usiadł obok. Czknęło mu się – a mimo to dalej dorwał się do swojego kubka. Jakby mu jeszcze było mało atrakcji.
— Dawaj.
— No… to takiemu to wpierdol… i w bagażnik… i w samych gaciach wywozi się do lasu. — Dunbar zachichotał, nieco się kiwając na boki.
— Mrrr… tak mi móóów… ~
Odd otworzył szerzej oczy, widząc, jak William z Ulrichem się do siebie przykleili.
“Dobry kurwa Kivi, najebali się w trzy dupska.”
— Ej… wiesz co? — William palnął w pewnym momencie. — Ty to jednak jesteś spoko morda, Stern…
— Noo… ty też nie jesteś taki zły…
“Ło w mordę. Dobra. To ja lepiej idę do kibla.”*
Co się działo dalej? Odd bardzo chciał wiedzieć. Poszedł na moment na stronę. Potem stwierdził, że na moment się położy, aż wreszcie… no właściwie to urwał mu się film.
Chłopakom też.
Okazało się, że William był zarąbistą poduszką, a Ulricha nawet dynamitem nie oderwie od ciepłego.
Autorka: Morrigan