Obce dłonie na twarzy zasłaniały mu wizję, przyciągając w swoją stronę. Zrobił krok za siebie, drugi i trzeci, każdy skoordynowany jak poprzedni, jakby ktokolwiek, kto go trzymał, sam pilnował, by nie upadł. Nie kwestionował. Nie odzywał się. A pewnie powinien. Może jego zadaniem było w tej chwili się wyrwać, ale posłusznie dawał się prowadzić?
Plecami zetknął się z taflą wody. Poczuł jej charakterystyczny chłód na skórze. Czy powinna tu być? Tego również nie był w stanie zakwestionować. Dlaczego? Rozłożył ramiona i pozwolił, by woda otuliła go w całości.
Zupełnie tak, jakby zanurzenie w niej było niczym niezwykłym.
— }><{ —
Hide, before the floodgates open.
Can we lie here ‘till it’s all over…?
— }><{ —
Nie zbliżał swoich rąk do obcych dłoni. Leciał powoli w dół, z bezwiednie rozłożonymi ramionami, bez myśli, oporu… protestu. Bez choćby znaku powzięcia jakiejkolwiek woli w swoje ręce.
“Dobrze.”
“Jesteś już mój.”
”Twój protest jest daremny. Jak dobrze… że wreszcie to rozumiesz.”
Bierność była dziwnie przyjemna. Nie musiał nic robić. Nic nie bolało. Nawet nie krztusił się wodą. Może i nie widział, gdzie był, ale w tej chwili nie dbał o to.
Nie dbał o nic.
Było… wygodniej. Te dłonie wreszcie przestały go szarpać. Dzisiaj tylko trzymały, zasłaniały oczy. Pozwolił na to — było lepsze niż doświadczany dotychczas ból.
“Poddaj mi się.”
“Należysz do mnie.”
“Zamknij oczy… śpij.”
Może tak byłoby łatwiej — zamknąć oczy i oddać stery? Dryfować… póki to wszystko się nie skończy?
— }><{ —
— Nadchodzi.
Dłoń zacisnęła się na rękojeści katany.
Palce zgrabnie rozsunęły kolejne załamania wachlarza.
Knykcie uwidoczniły się, na wierzchu dłoni zamajaczył drobny błysk.
Różowa łuna zebrała się tuż nad opuszkami palców.
— }><{ —
I hear the violence coming,
Turn and run inside.
— }><{ —
Nie chciał walczyć. Po co mu to było? Próbował to zrobić raz, ale trafił prosto w ciemność, która to coraz mocniej, coraz bardziej zamykała go samego w sobie, odcinając wszelkie drogi ucieczki. Uciskała go, kompresowała, aż… ile zostało z niego samego? Jak najmniej, bo tak było najłatwiej.
Spadał coraz to głębiej… dalej…
Prościej. Tak było prościej. I kiedy już się całkowicie podda, nie będzie nic.
— }><{ —
“Naprawdę chcesz w ten sposób to zakończyć?”
Czemu nie?
“Otwórz oczy. Nie jesteś marionetką…”
Nie mam już sił walczyć.
“Jeżeli się poddasz… on to wykorzysta. I skrzywdzi tych wszystkich, na których ci zależy.”
Oni… na pewno już mnie skreślili.
“Śpij.”
“Nie, nie śpij. Otwórz oczy.”
Jestem zmęczony. Mam dość… teraz już nie boli.
“Znikniesz. A oni będą następni.”
W ciemności pojawiło się światełko. Otwierając oczy, chłopak zobaczył, że rzeczywiście znajdował się w wodzie. Czarny dym krążył wokół niego, próbując go oblepić jak smoła. Ciągnął go na dno, jakby odbierając coś, co było mu należne.
Chociaż nie widział najlepiej, zobaczył zarys sylwetki, a potem dłonie wyciągane w jego stronę.
“Nie chcesz tego kończyć… chcesz, żeby zwyczajnie przestało boleć.”
“A jeżeli teraz się poddasz… na szali znajdzie się więcej, niż sobie wyobrażasz.”
“Wróć.”
“Zamknij oczy. Nie walcz.”
“Poddaj się i pozwól mi wreszcie…!”
Zaczął myśleć. To wszystko powoli wybudzało go z letargu, w którym zaczął brać pod uwagę kolejne to i kolejne opcje. Co, jeżeli drugi głos miał rację? Komu stanie się krzywda? A co, jeżeli znów będzie boleć?
“Pamiętasz obietnicę…?”
Obie… obiecałem…
Chociaż ręce były ciężkie od tej ciemności, ruszył nimi w stronę wyciągniętych w swoją stronę dłoni. I złapał je.
I potem, przez chwilę, po prostu nic nie było. Ale tylko na moment.
Autorka: Morrigan