Cyberpunk 2004, czyli czy Xana śni o elektrycznych owcach?

Zacznijmy od czegoś, czego nie powinno się robić, czyli podzielmy ludzi na “uczciwych”; fanów i fanów, którzy się oszukują. Odpowiedź na pytanie, co dana osoba pokochała w KL i co sprawiło, że została w fandomie na dłużej, zwykle odzwierciedla się w odpowiedzi na inne pytanie: który sezon jest twoim ulubionym?

Jeśli czwarty lub trzeci, prawdopodobnie porwał cię przygodowy klimat, lekka historia z głębszymi niuansami i przyjemne poczucie szalonego niebezpieczeństwa składające się na nieco rozwinięty i z własnym charakterem, ale generalnie serial, który możemy spokojnie zaliczyć do kina nowej przygody. Gdyby KL powstawało dzisiaj, pewnie te same elementy złożyłyby się na serię superhero. Jeśli to drugi sezon jest twoim ulubionym, to pewnie za to, co dla wielu jest prawdziwym sercem KL: historię Hoppera i shenanigany z Aelitą i Kluczami. W tej grupie fanów znajdzie się paru, którzy się oszukują. Są jeszcze tacy, w tym ja, którzy na spokojnie, z perspektywy czasu i kilkukrotnych seansów ulubionych odcinków, najcieplejsze wspomnienia mają z pierwszego sezonu.

Prawdopodobnie większość z nas dzielących to uczucie oszukuje samych siebie. Co przez to rozumiem? Polski fandom dawno wpadł w pułapkę tłumaczenia wszystkiego naukowo. Programistyczny setting wirtualnego świata sprawił, że chcieliśmy poznać jego działanie i wyjaśnić je sobie w oparciu o rzeczywistą naukę. Techno-bełkot Jeremiego wykładającego zasady panujące w Lyoko Oddowi z czasem stał się nie do odróżnienia od szalenie kreatywnych bzdur wypisywanych przez nas na forach.
I o ile ta część charakteru KL porwała co poniektórych, to obawiam się, że w pierwszym sezonie nie ma tego ani trochę. Później z resztą też nie jest kładziony na to nacisk; programowanie to jedynie rozwiązanie fabularne: pojazdy, superskan, program antyxanowy, klon Williama, kod: Ziemia… długo można by wymieniać. Ale zauważcie, że w opowiadanej historii istotne są jedynie efekty napisanego kodu” cudownego zaklęcia zmieniającego zasady gry. Programowanie sednem odcinka było raz, w “Skidbladnirze”. Raz na 97 (wliczając w to prequele) odcinków serialu opartego o technologię i informatykę.
Czemu? Prosta sprawa: “Kod Lyoko” nigdy nie pretendowało do miana hard science fiction. Co więcej, od pierwszej koncepcji w założeniach było to szalone fantasy na miarę rozpoczynającego się wówczas XXI wieku; wieże i księżniczki, rycerze i potwory, magia i demony zostały przeniesione z świata wiecznego idealizowanego średniowiecza w świat nowych możliwości: Lyoko. Twórcy wzięli to wszystko i postarali się ruszyć w przyszłość, opowiedzieć fantastyczną historię unikając zamknięcia swojej wizji w ramach science fiction i, umyślnie lub nie, stworzyli serial ociekający gibsonowskim wczesnym cyberpunkiem. Poszukiwanie Klucza w Piątce? Żeglowanie po Internecie? “Równoległa rzeczywistość”? Przecież to wyobrażenie cyberprzestrzeni rodem z czasów “Neuromancera”;, tak dalekie od podstaw technicznych, jak bliskie nienaukowej fantazji.

Więc tak, oszukujemy się. Szukamy wyjaśnień, zagłębiamy się w aspekty technologiczne, godzinami rozprawiamy o tym, czemu Powrót do Przyszłości nie przywraca do życia, albo czemu po drugim sezonie nieaktywne wieże zmieniły kolor. Jednocześnie najprzyjemniej wraca nam się do starszych odcinków. Zachwalamy stare stroje i “brudny” wygląd sektorów. “Równoległą rzeczywistość” i “Klucze” stawiamy na najwyższych pozycjach naszych osobistych zestawień, zaraz obok “O włos”, “Kłamstw” i “Kontaktu”. Zadajmy sobie przez chwilę szczere pytanie: czy to tylko fabuła i indywidualne względy estetyczne zwracają naszą uwagę, czy to, co nas porwało, to stylistyka na granicy modernistycznego fantasy i odciążonego z klimatów noir cyberpunku, nijak nie związana z hardkorowym sf, którego tak się od lat w KL doszukujemy?
Widząc wyżej słowo “cyberpunk” większości pewnie w pierwszej chwili przypomniały się nocne deszcze nad Miastem Aniołów z “Blade Runnera” i to wcale nie jest takie znów nietrafione skojarzenie. Czy chcę powiedzieć, że Xana śni o elektrycznych owcach? Nie, raczej nie (choć kto wie? wszyscy pewnie pamiętamy pointę odcinka “Dobry i zły”). Chodzi mi o stylistykę, w jakiej przedstawiane są sceny na Ziemi podczas pierwszego sezonu. Choć wraz z motywem replik zaczęliśmy podróżować z bohaterami po całym świecie, to właśnie w pierwszych 26 odcinkach dostrzeżemy najwięcej różnorakich teł. Wiele akcji będzie się działo w nocy lub z wieczora, gdzie rysownicy odchodzą od wyblakłego zestawu kolorów na rzecz zabaw białym sztucznym światłem lub pastelowymi odcieniami zachodzącego słońca. W kolejnych sezonach zaś zdecydowana większość sytuacji zostanie nam przedstawiona w trakcie dnia, na tych samych tłach błękitnego nieba przecinanego białymi chmurami. Samo Kadic przez te zmiany oświetlenia stanie się też bardziej “czyste”, mniej surowe i zestarzałe, mniej wyblakłe od słońca, a mieszkańcy Paryża mniej zmęczeni i bardziej kreskówkowi. W tych postępujących z sezonu na sezon zmianach można dostrzec nurt odchodzenia od mocnej stylistyki przedstawionej na samym początku, w “Garage Kids”. Sam otwierający kadr krótkiego odcinka pilotażowego budzi skojarzenia z – rozpowszechnionym m.in. przez “przed-Akirowy” cyberpunk właśnie – wizerunkiem dystopijnego science fiction.

To wszystko, o czym piszę wyżej, widać jak na dłoni, a jednak ja sam przez długi czas nie potrafiłem zorientować się, że oszukuję sam siebie, jak i oszukuję innych. Uparcie bowiem analizowałem “Kod Lyoko” (z pomocą wielu innych członków fandomu), starając się uczynić z niego dzieło kompletne przy pomocy kompleksowych spójnych teorii.
“Kod Lyoko” to lekkie fantasy przepełnione uwspółcześnioną magią. Lyoko i Internet to nie są elementy wizji cyberprzestrzeni z roku 2004, ale unowocześniona o 20 lat szalona wizja z 1984 (może to dlatego KL mimo upływu lat się aż tak nie starzeje? bo od początku było ponadczasowe?). Taka, w której powinniśmy się spodziewać piratów żeglujących po Cyfrowym Morzu i podróży w każdą stronę przez czas, przestrzeń i Internet. U podstaw stylistyki KL leżą różne spojrzenia na cyberpunk sprzed kilku dekad; nie wizjonerska przyszłość, ale odświeżone retro. Czemu więc staramy się wszystko tłumaczyć i rozkładać na czynniki pierwsze? Nikt przecież nie rozpisuje na tablicy fizyki stojącej za magią Warcrafta. Jeśli uwiódł nas cudowny vibe “Garage Kids”, czemu odrzucamy jego istotę, to, co czyni go dla nas porywającymi?
Powinniśmy o KL myśleć bardziej jak twórcy “Ewolucji”. Tak, “Ewolucji”. Może nie tak niechlujnie podchodząc do materiału źródłowego, ale na pewno tak kreatywnie; mamy przecież do poznania całą cyberprzestrzeń. Jak wspaniale by było, gdyby nie była wypełniona odtwórczymi replikami Lyoko (tym już zajął się Xana, my nie musimy), ale dziewiczymi wyspami o własnych zasadach, jak Kora (Cortex), prawda?
Nie odrzucajmy korzeni i inspiracji leżących u podstaw pomysłu twórców na samym początku serii, ale rozwińmy je.

P.S. Tak, napisałem to głównie dlatego, że chciałbym poczytać sobie o piratach w Cyfrowym Morzu, z techno-remiksem “He is a pirate” na słuchawkach i bananem na twarzy 🙂